<?xml version="1.0" encoding="utf-8" standalone="yes"?><rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"><channel><title>W pustyni i w puszczy on nowypolski.pl</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/</link><description>Recent content in W pustyni i w puszczy on nowypolski.pl</description><generator>Hugo</generator><language>pl</language><atom:link href="https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/index.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/><item><title>Rozdział I</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/01/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/01/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;W pustyni i w puszczy&lt;/h2&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ I&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Wiesz, Nel — mówił Staś Tarkowski do swojej przyjaciółki, małej Angielki — wczoraj przyszli zabtie (policjanci) i aresztowali żonę dozorcy Smaina i jej troje dzieci — tę Fatmę, która już kilka razy przychodziła do biura do twojego ojca i do mego.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A mała, podobna do ślicznego obrazka Nel podniosła swe zielonawe oczy na Stasia i zapytała na wpół ze zdziwieniem, a na wpół ze strachem:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział II</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/02/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/02/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ II&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Tymczasem w domu czekała ich podczas obiadu dobra nowina. Panowie Tarkowski i Rawlison byli zaproszeni przed kilku tygodniami, jako biegli inżynierowie, do obejrzenia i oceny robót prowadzonych przy całej sieci kanałów w prowincji El-Fajum, w okolicach miasta Medinet, blisko jeziora Karoun oraz wzdłuż rzeki Jussef i Nilu. Mieli tam zabawić koło miesiąca i uzyskali na to urlopy od własnej kompanii. Ponieważ zbliżały się święta Bożego Narodzenia, więc obaj nie chcąc rozstawać się z dziećmi postanowili, że Staś i Nel pojadą także do Medinet. Po usłyszeniu tej nowiny dzieci omal nie wyskoczyły ze skóry z radości. Dotychczas znały miasta leżące wzdłuż kanału, a mianowicie Izmailę i Suez, poza kanałem zaś — Aleksandrię i Kair, pod którym oglądały wielkie piramidy i Sfinksa. Ale były to krótkie wycieczki, gdy wyprawa do Medinet-el-Fajum wymagała całego dnia jazdy koleją wzdłuż Nilu na południe, a potem od El-Wasta na zachód, ku Pustyni Libijskiej. Staś znał Medinet z opowiadań młodszych inżynierów i podróżników, którzy jeździli tam na polowanie na wszelkiego rodzaju ptactwo wodne oraz na wilki z pustyni i hieny. Wiedział, że jest to osobna wielka oaza leżąca po lewym brzegu Nilu, ale niezależna od jego wylewów i mająca swój własny system wodny, utworzony przez jezioro Karoun, przez Bahr-Jussef i przez całą więź drobnych kanałów. Ci, którzy oazę tę widzieli, mówili, że jakkolwiek kraina ta należy do Egiptu, jednakże, oddzielona od niego pustynią, tworzy odrębną całość. Tylko rzeka Jussef wiąże, rzekłbyś, niebieskim cienkim sznurkiem tę okolicę z doliną Nilu. Wielka obfitość wód, żyzność gleby i wspaniała roślinność tworzą z niej jakby raj ziemski, a rozległe ruiny miasta Krokodilopolis ściągają tam setki ciekawych podróżników. Stasiowi jednak uśmiechały się głównie brzegi jeziora Karoun z rojami ptactwa i wyprawy na wilki do pustynnych wzgórz Gue-bel-el-Sedment.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział III</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/03/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/03/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ III&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Obaj inżynierowie wyjechali nazajutrz na noc do Kairu, gdzie mieli odwiedzić rezydenta angielskiego i być na posłuchaniu u wicekróla. Staś obliczał, że może im to zająć dwa dni, i pokazało się, że obliczenia jego były trafne, gdyż trzeciego dnia wieczorem otrzymał od ojca, już z Medinet, następującą depeszę: „Namioty przygotowane. Macie wyruszyć z chwilą rozpoczęcia twoich wakacji. Fatmie daj znać przez Chadigiego, że nie mogliśmy dla niej nic zrobić...” Podobną depeszę otrzymała również pani Olivier, która też zaraz rozpoczęła przy pomocy Murzynki Dinah przygotowania podróżne.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział IV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/04/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/04/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ IV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zarówno pan Tarkowski, jak pan Rawlison, który kochał nad życie swoją małą Nel, ucieszyli się bardzo z przybycia dzieci. Młoda parka powitała też z radością ojców, ale zaraz poczęła się rozglądać po namiotach, które były już zupełnie wewnątrz urządzone i gotowe na przyjęcie miłych gości. Okazało się, że są wspaniałe, podwójne, podbite jedne niebieską, drugie czerwoną flanelą, wyłożone na dole wojłokiem i obszerne jak duże pokoje. Kompania, której chodziło o opinię wysokich urzędników Towarzystwa Kanałowego, dołożyła wszelkich starań, by im było dobrze i wygodnie. Pan Rawlison obawiał się początkowo, czy dłuższy pobyt pod namiotem nie zaszkodzi zdrowiu Nel, i jeśli się na to zgodził, to tylko dlatego, że w razie niepogody zawsze można było przenieść się do hotelu. Teraz jednak rozejrzawszy się dokładnie we wszystkim na miejscu, doszedł do przekonania, że dni i noce spędzane na świeżym powietrzu stokroć będą dla jego jedynaczki korzystniejsze niż przebywanie w zatęchłych pokojach miejscowych hotelików. Sprzyjała temu i prześliczna pogoda. Medinet, czyli El-Medine, otoczone naokół piaszczystymi wzgórzami Pustyni Libijskiej, ma klimat o wiele lepszy od Kairu i nie na próżno zwie się „krainą róż”. Z powodu ochronnego położenia i obfitości wilgoci w powietrzu noce nie bywają tam wcale tak zimne jak w innych częściach Egiptu, nawet położonych daleko dalej na południe. Zima bywa wprost rozkoszna, a od listopada rozpoczyna się właśnie największy rozwój roślinności. Palmy daktylowe, oliwki, których w ogóle jest mało w Egipcie, drzewa figowe, pomarańczowe, mandarynki, olbrzymie rycynusy, granaty i rozmaite inne rośliny południowe pokrywają jednym lasem tę rozkoszną oazę. Ogrody zalane są jakby olbrzymią falą akacyj, bzów i róż, tak że w nocy każdy powiew przynosi upajający ich zapach. Oddycha się tu pełną piersią i „nie chce się umierać”, jak mówią miejscowi mieszkańcy.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział V</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/05/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/05/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ V&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Przez następne dni nie było żadnych wycieczek. Natomiast wieczorem w Wigilię, gdy na niebie pokazała się pierwsza gwiazda, w namiocie pana Rawlisona zajaśniało setkami świeczek drzewko przeznaczone dla Nel. Choinkę zastępowała wprawdzie tuja wycięta w jednym z ogrodów El-Medine, niemniej jednak Nel znalazła między jej gałązkami mnóstwo łakoci i wspaniałą lalkę, którą ojciec sprowadził dla niej z Kairu, a Staś swój upragniony sztucer angielski. Od ojca dostał przy tym ładunki, rozmaite przybory myśliwskie i siodło do konnej jazdy. Nel nie posiadała się ze szczęścia, a Staś, lubo sądził, że kto posiada prawdziwy sztucer, powinien posiadać i odpowiednią powagę, nie mógł jednak wytrzymać — i wybrawszy chwilę, w której koło namiotu było pusto — obszedł go wokoło na rękach. Sztukę tę, uprawianą mocno w szkole w Port-Saidzie, posiadał w zadziwiającym stopniu i nieraz bawił nią Nel, która zresztą zazdrościła mu jej szczerze.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział VI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/06/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/06/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ VI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A panowie Rawlison i Tarkowski oczekiwali rzeczywiście dzieci, ale nie wśród wzgórz piaszczystych Wadi-Rajan, dokąd nie mieli ani potrzeby, ani ochoty jechać, lecz w zupełnie innej stronie, w mieście El-Fachen, nad kanałem tegoż nazwiska, przy którym oglądali dokonane przed końcem roku roboty. Odległość między El-Fachen a Medinet wynosi w prostej linii około czterdziestu pięciu kilometrów. Ponieważ jednak nie ma bezpośredniego połączenia i trzeba jechać na El-Wasta, co podwaja niemal drogę, przeto pan Rawlison, rozglądając się w przewodniku kolejowym, czynił następujące wyliczenia:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział VII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/07/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/07/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ VII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A tymczasem wielbłądy pędziły jak huragan po błyszczących od księżyca piaskach. Zapadła głęboka noc. Księżyc, z początku wielki jak koło i czerwony, zbladł i wytoczył się wysoko. Oddalone wzgórza pustyni pokryły się muślinowym, srebrnym oparem, który nie przesłaniając ich widoku zmienił je jakby w świetlane zjawiska. Od czasu do czasu spoza skał tu i ówdzie rozsianych dochodziło żałosne skomlenie szakali.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Upłynęła znowu godzina. Staś otoczył ramieniem Nel i podtrzymywał ją, usiłując przez to złagodzić męczące rzuty szalonej jazdy. Dziewczynka coraz częściej zaczęła wypytywać go, dlaczego tak pędzą i dlaczego nie widać ani namiotów, ani tatusiów. Staś postanowił wreszcie powiedzieć jej prawdę, która i tak prędzej czy później musiała się wydać.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział VIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/08/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/08/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ VIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Noc bladła. Ludzie mieli już siadać na wielbłądy, gdy nagle spostrzegli pustynnego wilka, który wtuliwszy ogon pod siebie przebiegł wąwóz o sto kroków od karawany i wydostawszy się na przeciwległe płaskowzgórze biegł dalej z wszelkimi oznakami strachu, jakby uciekał przed jakimś nieprzyjacielem. W egipskich pustyniach nie masz takich dzikich zwierząt, przed którymi wilki czułyby trwogę, i dlatego widok ten zaniepokoił wielce sudańskich Arabów. Cóż by to być mogło? Czyżby nadchodziła już pogoń? Jeden z Beduinów wdrapał się szybko na skałę, ale zaledwie spojrzał, zsunął się z niej jeszcze prędzej.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział IX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/09/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/09/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ IX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Khor był szeroki, zasypany na dole kamieniami, między którymi rosły karłowate cierniste krzaki. Południową jego ścianę stanowiły wysokie skały, pełne załamań i rozpadlin. Arabowie rozeznali to wszystko przy świetle cichych, ale coraz częstszych błyskawic. Wkrótce też odkryli w skalistej ścianie rodzaj płytkiej jaskini, a raczej obszerną wnękę, w której ludzie łatwo mogli się pomieścić i w razie wielkiej ulewy znaleźć przed nią schronienie. Wielbłądy pomieściły się też wygodnie na lekkim wzniesieniu, tuż przed wnęką. Beduini i dwaj Sudańczycy pozdejmowali z nich ciężary i siodła, by mogły dobrze wypocząć, a Chamis, syn Chadigiego, zajął się tymczasem ścinaniem krzaków cierniowych na ognisko. Duże, pojedyncze krople deszczu spadały ciągle, ale ulewa rozpoczęła się dopiero wówczas, gdy już ludzie rozłożyli się na nocleg. Z początku były to jakby sznurki wody, potem powrozy, a w końcu zdawało się, że całe rzeki zlatują z niewidzialnych chmur na ziemię. Takie to właśnie dżdże, które zdarzają się raz na kilka lat, wzdymają nawet w zimie wodę w kanałach i w Nilu, a w Adenie napełniają olbrzymie cysterny, bez których miasto nie mogłoby wcale istnieć. Staś nigdy w życiu nie widział nic podobnego. Na dnie khoru począł szumieć potok, wejście do wnęki zasłaniały jakby firanki wody, naokół słychać było tylko plusk i bełkotanie. Wielbłądy stały na wzniesieniu i ulewa mogła co najwyżej sprawić im kąpiel, jednakże Arabowie wyglądali co chwila, czy nie grozi zwierzętom niebezpieczeństwo. Ludziom natomiast miło było siedzieć w zabezpieczonej od deszczu jaskini, przy jasnym ogniu z chrustu, który nie zdążył zamoknąć. Na twarzach malowała się radość. Idrys, który zaraz po przybyciu rozwiązał Stasiowi ręce, aby mógł jeść, zwrócił się teraz do niego i rzekł uśmiechając się wzgardliwie:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział X</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/10/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/10/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ X&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wszyscy w jednej chwili rzucili się z okropnym krzykiem na Stasia, w mgnieniu oka wydarli mu strzelbę, naboje i przewróciwszy go na ziemię skrępowali mu ręce i nogi postronkami, bijąc go przy tym i kopiąc, póki wreszcie nie odpędził ich Idrys w obawie o życie chłopca. Następnie poczęli rozmawiać urywanymi słowami, jak ludzie, nad którymi zawisło straszliwe niebezpieczeństwo i których ocalił tylko wypadek.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— To szatan wcielony! — zawołał Idrys z twarzą pobladłą ze strachu i wzruszenia.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/11/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/11/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Minął dzień, noc i jeszcze dzień, a oni pędzili wciąż na południe, zatrzymując się tylko na czas krótki w khorach, by nie zmordować zbyt wielbłądów, napoić je, nakarmić, a zarazem rozdzielić żywność i wodę między sobą. Z obawy pogoni wykręcili jeszcze bardziej na zachód, o wodę bowiem nie potrzebowali się przez pewien czas troszczyć. Ulewa trwała wprawdzie nie więcej nad siedem godzin, ale była tak niezmierna, jakby nad pustynią nastąpiło oberwanie się chmur, więc zarówno Idrys i Gebhr, jak i Beduini wiedzieli, że na dnie khorów i w tych miejscach, gdzie skały tworzą naturalne wgłębienia i ocembrzyny, znajdzie się przez parę dni tyle wody, że nie tylko starczy dla nich i dla wielbłądów, ale nawet na zrobienie zapasów. Po wielkim dżdżu nastała, jak zwykle bywa, wspaniała pogoda. Niebo było bez chmurki, powietrze tak przezroczyste, że wzrok sięgał na niezmierną odległość. W nocy niebo nabite gwiazdami skrzyło się i migotało, jakby tysiącami diamentów. Od piasków pustyni szedł rzeźwy chłód.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/12/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/12/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Był to najdłuższy etap, jechali bowiem z małą tylko przerwą przez godzin osiemnaście. Tylko prawdziwie wierzchowe wielbłądy mające dobry zapas wody w żołądkach mogą taką drogę wytrzymać. Idrys nie oszczędzał ich, albowiem bał się rzeczywiście pogoni. Rozumiał, że musiała już od dawna wyruszyć, a przypuszczał, że obaj inżynierowie znajdują się na jej czele i że czasu nie tracą. Niebezpieczeństwo groziło od strony rzeki, albowiem było rzeczą pewną, że zaraz po porwaniu dzieci zostały wysłane rozkazy telegraficzne do wszystkich osad pobrzeżnych, ażeby szejkowie czynili wyprawy w głąb pustyni na obie strony Nilu i zatrzymywali wszystkich jadących na południe. Chamis zapewniał, że rząd i inżynierowie musieli wyznaczyć wielkie nagrody za ich schwytanie i że wskutek tego pustynia roi się zapewne od poszukujących. Jedyną na to radą byłoby skręcić jak najdalej na zachód; ale na zachodzie leżała wielka oaza Kharge, do której depesze mogły dojść także, a prócz tego, gdyby odjechali za daleko od rzeki, po kilku dniach zabrakłoby im wody i czekałaby ich śmierć z pragnienia.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/13/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/13/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;We dnie chronili się w ukrytych i trudno dostępnych miejscach wśród skał i rozpadlin, a nocami pędzili bez wytchnienia, póki nie minęli pierwszej katarakty. Aż na koniec, gdy Beduini z położenia i postaci khorów rozpoznali, że Assuan został już za nimi, wielki ciężar spadł z piersi Idrysa. Ponieważ cierpieli już na brak wody, zbliżyli się więc na pół dnia drogi od rzeki. Tam następnej nocy Idrys ukrywszy karawanę wysłał z Beduinami wszystkie wielbłądy do Nilu, aby napoiły się dobrze i na czas dłuższy. Pas urodzajny wzdłuż rzeki Nilu był już za Assuanem węższy. W niektórych miejscach pustynia dochodziła do rzeki. Wsie leżały w znacznej od siebie odległości. Beduini zatem wrócili szczęśliwie, przez nikogo nie widziani, ze znacznymi zapasami wody. Należało tylko myśleć o żywności, gdyż zwierzęta, karmione skąpo, od tygodnia wychudły bardzo. Szyje ich wydłużyły się, garby opadły, a nogi stały się słabe. Durry i zapasów dla ludzi mogło z wielką biedą wystarczyć jeszcze na dwa dni. Idrys myślał jednakże, że po dwóch dniach można będzie, jeżeli nie we dnie, to w nocy, zbliżyć się do pastwisk nadrzecznych, a może i zakupić sucharów i daktylów w jakiej wiosce.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XIV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/14/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/14/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XIV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;I rzeczywiście zgasła ostatnia nadzieja ucieczki w czasie podróży. Staś wiedział już teraz, że ani jego pomysły na nic się nie przydadzą, ani pogoń ich nie doścignie i że jeśli wytrzymają trudy drogi, to dojadą do Mahdiego i zostaną wydani w ręce Smaina. Jedynym pokrzepieniem była mu teraz tylko myśl, że zostali porwani dlatego, by Smain oddał ich za swe dzieci. Ale kiedy się to stanie i co ich przedtem może spotkać? Jak straszliwa czeka ich niedola wśród spitej krwią dzikiej hordy? Czy Nel wytrzyma te wszystkie trudy i niewygody — na to nikt nie mógł odpowiedzieć. Wiadomo było natomiast, że Mahdi i jego derwisze nienawidzą chrześcijan i w ogóle Europejczyków; więc w duszy chłopca zrodziła się obawa, czy wpływ Smaina będzie dostateczny, by osłonił ich oboje przed zniewagami, przed okrucieństwem i wściekłością wyznawców Mahdiego, którzy mordowali nawet i wiernych rządowi mahometan? Po raz pierwszy od chwili porwania ogarnęła Stasia głęboka rozpacz, a jednocześnie i jakieś przesadne przypuszczenie, że prześladuje ich zły los. Przecież sam pomysł porwania ich z Fajumu i zawiezienia ich do Chartumu był po prostu szaleństwem, którego mogli dopuścić się tylko tak dzicy i głupi ludzie, jak Idrys i Gebhr, nie rozumiejący, że muszą przebyć tysiące kilometrów krajem podległym rządowi egipskiemu, a właściwie Anglikom. Na dobrą sprawę powinni być schwytani na drugi dzień, a jednak wszystko składało się tak, że oto są już niedaleko drugiej katarakty — i że nie doścignęły ich żadne poprzednie pogonie, a ostatnia, która mogła ich zatrzymać, połączyła się z nimi i będzie im odtąd pomocą. Do rozpaczy Stasia, do jego bojaźni o los małej Nel dołączyło się jeszcze uczucie upokorzenia, że jednak nic nie potrafi poradzić i co więcej, nie zdoła już nic wymyślić, albowiem choćby mu oddano teraz strzelbę i ładunki, nie może przecież powstrzymać wszystkich Arabów składających karawanę.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/15/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/15/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;We dwa tygodnie po wyruszeniu z okolic Wadi-Halfa karawana weszła w kraj zdobyty przez Mahdiego. Przebyli w skok pagórkowatą pustynię Gezire i w pobliżu Chendi, gdzie przedtem Anglicy znieśli doszczętnie Musę-uled-Helu, wjechali w okolice wcale już do pustyni niepodobne. Piasków ani osypisk nie było tu widać. Jak okiem sięgnąć rozciągał się step porośnięty w części zieloną trawą, w części dżunglą, wśród której rosły kępami kolczaste akacje, wydające znaną gumę sudańską, a tu i ówdzie pojedyncze, olbrzymie drzewa nabaku, tak rozłożyste, że pod ich konarami stu ludzi mogło znaleźć przed słońcem schronienie. Od czasu do czasu karawana mijała wysokie, podobne do słupów kopce termitów, czyli termitiery, którymi cała podzwrotnikowa Afryka jest zasiana. Zieloność pastwisk i akacyj mile nęciła oczy po jednostajnej, jałowej barwie piasków pustyni.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XVI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/16/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/16/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XVI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Stanęli na krańcu miasta, w domu, który poprzednio był własnością bogatego kupca włoskiego, a po zamordowaniu jego w czasie szturmu do miasta dostał się przy podziale łupów Tadhilowi. Żony emira zajęły się w dość ludzki sposób ledwie żywą ze zmęczenia Nel i chociaż w całym Chartumie dawał się uczuć brak żywności, znalazły dla małej dżanem trochę suszonych daktylów i trochę ryżu z miodem, po czym zaprowadziły ją na piętro i ułożyły do snu. Staś, który nocował między wielbłądami i końmi na dworze, musiał poprzestać na jednym sucharze, natomiast nie brakło mu wody, albowiem fontanna w ogrodzie nie została dziwnym trafem zrujnowana. Pomimo ogromnego znużenia długo nie mógł zasnąć, naprzód z powodu skorpionów włażących ustawicznie na wojłok, na którym leżał, a po wtóre, z powodu śmiertelnego niepokoju, że rozłączą go z Nel i że nie będzie mógł nad nią osobiście czuwać. Niepokój ten podzielał widocznie i Saba, który wietrzył naokół, a niekiedy wył, za co gniewali się żołnierze. Staś uspokajał go, jak umiał, w obawie, by nie czyniono mu krzywdy. Na szczęście, olbrzymi brytan wzbudził taki podziw samego emira i wszystkich derwiszów, że żaden nie podniósł nań ręki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XVII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/17/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/17/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XVII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Przez kręte uliczki doszli na koniec do rynku, położonego w środku miasta. Po drodze widzieli wielu ludzi z obciętą jedną ręką lub jedną nogą. Byli to przestępcy, którzy zataili łupy, albo złodzieje. Kary wymierzane przez kalifów i emirów za nieposłuszeństwo lub przekroczenie praw ogłaszanych przez proroka były straszne i nawet za lekkie przewinienia, jak na przykład za palenie tytoniu, bito do krwi i do nieprzytomności korbaczami. Ale sami kalifowie stosowali się do przepisów tylko pozornie, w domach zaś pozwalali sobie na wszystko, tak że kary spadały tylko na biednych ludzi, którym zagrabiano za jednym zachodem całe mienie. Nie pozostawało im potem nic innego, jak żebrać, a ponieważ w ogóle w Omdurmanie brakło zapasów, więc przymierali głodem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XVIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/18/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/18/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XVIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Gdy weszli do izby, Mahdi leżał na miękkim tapczanie, otoczony przez żony, z których dwie wachlowały go wielkimi strusimi piórami, inne dwie drapały mu lekko podeszwy u nóg. Prócz żon byli obecni tylko: kalif Abdullahi i kalif Szeryf, gdyż trzeci, Ali-uled-Helu wyprawiał w tym czasie wojska na północ, a mianowicie do Berberu i Abu-Hammed, które już przedtem zostały zdobyte przez derwiszów. Na widok wchodzących prorok odsunął żony i siadł na tapczanie. Idrys, Gebhr i dwaj Beduini padli na twarze, a potem uklękli ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Grek skinął na Stasia, by uczynił to samo, ale chłopiec udając, że tego nie widzi, skłonił się tylko i pozostał wyprostowany. Twarz mu zbladła, ale oczy świeciły mocno i z całej jego postawy i podniesionej hardo do góry głowy, z zaciśniętych ust, łatwo było poznać, że coś przeważyło się w nim, że niepewność i obawa przeszły, że powziął jakieś nieugięte postanowienie, od którego za nic nie odstąpi. Grek zrozumiał to widocznie, gdyż wielki niepokój odbił się w jego rysach. Mahdi objął oboje dzieci przelotnym spojrzeniem, rozjaśnił swą tłustą twarz zwykłym uśmiechem, po czym zwrócił się naprzód do Idrysa i Gebhra.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XIX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/19/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/19/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XIX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Odwiedziny u Mahdiego i rozmowa z nim widocznie nie uzdrowiły Idrysa, gdyż w nocy jeszcze zachorował ciężko, rano był już nieprzytomny. Chamis, Gebhr i dwaj Beduini zostali wezwani do kalifa, który trzymał ich kilka godzin i wychwalał ich odwagę. Ale wrócili w najgorszych humorach i ze złością w duszy, spodziewali się bowiem Bóg wie jakich nagród, a tymczasem Abdullahi dał na każdego po funcie egipskim i po koniu.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/20/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/20/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Stary szejk Hatim dotrzymał wiernie obietnicy danej Grekowi i opiekował się dziećmi starannie. Droga w górę Białego Nilu była ciężka. Jechali przez Ketainę, Ed-Ducim i Kanę, po czym minęli Abbę, lesistą wyspę nilową, na której przed wojną mieszkał w wypróchniałym drzewie Mahdi jako derwisz-pustelnik. Karawana często musiała okrążać obszerne, porośnięte papirusem rozlewiska, czyli tak zwane suddy, od których powiew przynosił zatrutą woń rozkładających się liści, naniesionych prądem wody. Angielscy inżynierowie poprzecinali byli w swoim czasie te zapory i statki parowe mogły wówczas chodzić z Chartumu do Faszody i dalej. Obecnie jednak rzeka zatkała się znowu i nie mogąc płynąć swobodnie, rozlewała na obie strony. Okolica po prawym i lewym brzegu pokryta była wysoką dżunglą, wśród której wznosiły się kopce termitów i pojedyncze olbrzymie drzewa; gdzieniegdzie lasy dochodziły aż do rzeki. Na suchszych miejscach rosły gaje akacji. Przez pierwsze tygodnie spotykali osady i miasteczka arabskie złożone z domów o dziwnych baniastych dachach uwitych ze słomy dochnu, lecz za Abbą, od osady Goz-Abu-Guma, wjechali w kraj czarnych. Był on jednak zupełnie pusty, gdyż derwisze wygarnęli prawie do szczętu miejscową murzyńską ludność i sprzedawali ją na targach Chartumu, Omdurmanu, Dary, Faszeru, El-Obeidu i innych miast sudańskich, darlurskich i kordofańskich. Tych mieszkańców, którzy zdołali się ukryć przed niewolą w gąszczach, w lasach, wyniszczył głód i ospa, która rozpanoszyła się z niebywałą siłą wzdłuż Białego i Niebieskiego Nilu. Sami derwisze mówili, że wymierały na nią „całe narody”. Dawne plantacje sorga, manioku i bananów pokryła dżungla. Tylko zwierz dziki, nie ścigany przez nikogo, rozmnożył się obficie. Nieraz pod zorzą wieczorną dzieci widziały z dala gromady słoni, podobne do ruchomych skał, dążące powolnym krokiem do znanych sobie wodopojów. Na widok ich Hatim, dawny handlarz kością słoniową, cmokał, wzdychał i tak w zaufaniu mówił do Stasia:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/21/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/21/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Stasiu, dlaczego my jedziemy i jedziemy, a Smaina jak nie ma, tak nie ma?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie wiem. Zapewne idzie szybko naprzód, żeby jak najprędzej dojść do okolic, w których będzie mógł nałapać Murzynów. Czy chciałabyś, żebyśmy się już połączyli z jego oddziałem?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dziewczynka skinęła swoją płową główką na znak, że bardzo jej o to chodzi.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Co ci na tym zależy? — zapytał Staś.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Bo może Gebhr nie będzie śmiał przy Smainie tak okropnie bić tego biednego Kali.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/22/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/22/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zanim Staś i młody Murzyn poodciągali na boki wąwozu zabitych Arabów i ciężkie cielsko lwa, słońce zniżyło się jeszcze i wkrótce miała zapaść noc. Ale niepodobna było nocować w sąsiedztwie trupów, więc chociaż Kali ukazując na zabitego zwierza głaskał się po piersiach i powtarzał mlaskając językiem: „Msuri nyama” (dobre, dobre mięso), Staś nie dał mu się zająć „nyamą”, a natomiast kazał mu łapać konie, które pouciekały po strzałach. Czarny chłopak wywiązał się z tego nadzwyczaj zręcznie, zamiast bowiem gonić je wąwozem, w którym to razie byłyby uciekały coraz dalej, wdrapał się na górę i skracając sobie drogę przez wymijanie zakrętów, zabiegł spłoszonym rumakom drogę od przodu. W ten sposób schwytał z łatwością dwa, a dwa inne napędził na Stasia. Tylko koni Gebhra i Chamisa nie można już było odszukać, ale i tak pozostały cztery, nie licząc objuczonego namiotem i rzeczami kłapoucha, który wobec tragicznych wypadków okazał prawdziwie filozoficzny spokój. Znaleziono go za zakrętem, szczypiącego dokładnie, ale bez pośpiechu, trawę rosnącą na dnie wąwozu.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/23/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/23/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wielkie wypadki poprzedniego dnia i wrażenia nocne tak wymęczyły Stasia i Nel, że gdy wreszcie zmorzył ich sen, zasnęli oboje kamiennym snem i dziewczynka dopiero koło południa ukazała się przed namiotem. Staś zerwał się nieco wcześniej z wojłoku rozciągniętego blisko ogniska i w oczekiwaniu na towarzyszkę kazał Kalemu zająć się śniadaniem, które ze względu na późną godzinę miało być zarazem obiadem.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jasne światło dnia rozpędziło nocne strachy; oboje zbudzili się nie tylko wypoczęci, ale i pokrzepieni na duchu. Nel wyglądała lepiej i czuła się silniejsza, że zaś oboje chcieli odjechać jak najdalej od miejsca, w którym leżeli postrzelani Sudańczycy, więc zaraz po posiłku siedli na koń i ruszyli przed siebie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXIV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/24/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/24/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXIV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Przez następne trzy dni jechali wciąż wąwozem i zawsze w górę. Dni były przeważnie upalne, noce na przemian chłodne albo parne. Zbliżała się pora dżdżysta. Zza widnokręgu wysuwały się tu i ówdzie chmury, białe jak mleko, ale głębokie i zawalne. Stronami widać było już smugi dżdżu i dalekie tęcze. Nad ranem trzeciego dnia jedna z takich chmur pękła nad ich głowami jak beczka, z której zleciała obręcz, i pokropiła ich ciepłym i obfitym, ale na szczęście krótkotrwałym deszczem. Potem pogoda uczyniła się jednak piękna i mogli jechać dalej. Pentarki ukazywały się znów w takiej ilości, że Staś strzelał do nich nie zsiadając z konia i zabił w ten sposób pięć sztuk, co licząc nawet z Sabą aż nadto starczyło na jednorazowy posiłek. Podróż w odświeżonym powietrzu nie była wcale uciążliwa, a obfitość zwierzyny i wody usuwała obawę głodu i pragnienia. W ogóle szło im łatwiej, niż się spodziewali, toteż Stasia nie opuszczał dobry humor i jadąc obok dziewczynki gwarzył z nią wesoło, a chwilami i żartował:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/25/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/25/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Słońce wzeszło nareszcie i rozświeciło dżunglę, kępy drzew i las. Lwy znikły, zanim pierwszy promień zabłysnął na widnokręgu. Staś kazał Kalemu rozniecić ogień, a Mei wydobyć rzeczy Nel ze skórzanego worka, w którym były upakowane, wysuszyć je i przebrać dziewczynkę jak najprędzej. Sam wziąwszy strzelbę poszedł zwiedzić obozowisko, a zarazem przypatrzyć się spustoszeniu, jakiego narobiła burza i dwaj nocni mordercy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zaraz za zeribą, z której zostały tylko kołki, leżał pierwszy koń zżarty prawie do połowy, o sto kroków drugi ledwie napoczęty, a zaraz za nim trzeci z wyszarpanym brzuchem i ze zgruchotanym łbem. Wszystkie straszny przedstawiały widok, oczy bowiem miały otwarte, pełne zakrzepłego przerażenia, i wyszczerzone zęby. Ziemia była stratowana, w zagłębieniach całe kałuże krwi. Stasia porwała taka złość, że w tej chwili prawie życzył sobie, żeby zza jakiejś kępy wychyliła się kudłata głowa ociężałego po nocnej uczcie rozbójnika i żeby mógł wpakować w nią kulę. Ale musiał odłożyć zemstę na czas późniejszy, obecnie bowiem miał co innego do roboty. Należało odnaleźć i połapać pozostałe konie. Chłopiec przypuszczał, że musiały schronić się w lesie, również jak Saba, którego trupa nigdzie nie było widać. Nadzieja, że wierny towarzysz niedoli nie padł ofiarą drapieżników, uradowała tak Stasia, że nabrał lepszej otuchy, a jego radość powiększyło jeszcze odnalezienie osła. Pokazało się, że mądry długouch nie chciał nawet utrudzać się zbyt daleką ucieczką. Zaszył się po prostu na zewnątrz zeriby w kąt utworzony przez kopiec termitów i drzewo — i tam mając zabezpieczoną głowę i boki czekał, co się stanie dalej, gotów w danym razie odeprzeć napad za pomocą bohaterskiego wierzgania. Ale lwy najwidoczniej nie dostrzegły go wcale, więc gdy słońce wzeszło i niebezpieczeństwo minęło, uważał za stosowne położyć się i odpocząć po dramatycznych wrażeniach nocnych.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXVI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/26/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/26/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXVI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Noc zeszła spokojnie i lubo na południowej stronie nieba nagromadziło się dużo chmur, ranek uczynił się pogodny. Z rozkazu Stasia Kali i Mea zajęli się zaraz po śniadaniu gromadzeniem melonów, strąków akacjowych i świeżych liści oraz trawy i wszelkiego rodzaju żywności dla słonia, którą składali następnie nad brzegiem wąwozu. Ponieważ Nel chciała koniecznie karmić osobiście swego nowego przyjaciela, więc Staś wyciął dla niej z młodego rosochatego figowca coś w rodzaju wideł, aby jej łatwiej było spychać zapasy na dno wąwozu. Słoń trąbił od rana, upominając się widocznie o posiłek, a gdy następnie ujrzał na krawędzi tę samą białą istotkę, która nakarmiła go wczoraj, powitał ją radosnym gulgotaniem i natychmiast wyciągnął ku niej trąbę. Przy świetle poranku wydał się dzieciom jeszcze bardziej olbrzymi niż wczoraj. Chudy był bardzo, ale wyglądał już raźniej i zwracał ku Nel swe małe, bystre oczy prawie wesoło. Nel twierdziła nawet, że przednie jego nogi pogrubiały przez jedną noc, i poczęła spychać żywność z takim zapałem, że Staś musiał ją powstrzymywać, a w końcu, gdy się zadyszała zanadto, zastąpić ją w robocie. Oboje bawili się wybornie, a zwłaszcza bawiły ich „grymasy” słonia. Jadł on z początku wszystko, co mu pod nogi wpadło, lecz wkrótce zaspokoiwszy pierwszy głód począł przebierać. Trafiwszy na roślinę, która mniej mu smakowała, otrzepywał ją o przednie nogi, po czym odrzucał ją trąbą w górę, jakby chciał mówić: „Zjedzcie sami ten przysmak.” Wreszcie, po zaspokojeniu głodu i pragnienia, jął wachlować się swymi ogromnymi uszami z widocznym zadowoleniem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXVII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/27/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/27/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXVII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Otworów było w drzewie dwa: jeden obszerny, na pół metra od ziemi, drugi mniejszy, na wysokości mniej więcej pierwszego piętra w domach miejskich. Zaledwie Mea wrzuciła do niższego zapalone dymiące gałęzie, natychmiast z wyższego poczęły wylatywać wielkie nietoperze i, oślepione blaskiem słońca, latały, piszcząc, jak błędne wokół drzewa. Lecz po chwili z dolnego wysunął się jak błyskawica prawdziwy gospodarz, to jest olbrzymi boa, który trawił widocznie w półśnie resztki ostatniej uczty i dopiero, gdy dym zakręcił mu w nozdrzach, zbudził się i pomyślał o ratunku. Na widok żelaznego cielska, które na kształt potwornej sprężyny wyskoczyło z dymiącej w drzewie czeluści, Staś porwał na ręce Nel i począł z nią uciekać w stronę otwartej dżungli. Ale płaz, sam przerażony, nie myślał ich ścigać, natomiast wijąc się wśród trawy i rozłożonych pakunków umykał z niesłychaną szybkością w stronę wąwozu, chcąc skryć się wśród skalnych załamów i rozpadlin. Dzieci ochłonęły. Staś postawił na ziemi Nel i skoczył po strzelbę, a następnie za wężem w kierunku wąwozu, a Nel pobiegła w jego ślady. Lecz po kilkunastu krokach tak nadzwyczajny widok uderzył ich oczy, że stanęli oboje jak wryci. Oto wysoko nad wąwozem ukazało się na jedno mgnienie oka ciało węża i zakreśliwszy zygzak w powietrzu spadło znów w dół. Po chwili ukazało się po raz drugi i znów spadło. Dzieci dobiegłszy do krawędzi ujrzały ze zdumieniem, że to nowy ich przyjaciel, słoń, zabawiał się w ten sposób z wężem i wyprawiwszy go naprzód w podwójną podróż napowietrzną, obecnie rozdeptywał dokładnie jego głowę swą olbrzymią, podobną do kłody nogą. Skończywszy tę operację podniósł znów trąbą drgające jeszcze ciało, jednakże tym razem nie rzucił go w górę, ale wprost do wodospadu. Po czym kiwając się w obie strony i wachlując się uszami jął spoglądać bystro na Nel, a w końcu wyciągnął ku niej trąbę, jakby dopominając się o nagrodę za swój zarazem bohaterski i wielce roztropny uczynek.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXVIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/28/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/28/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXVIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nowa siedziba, którą Staś nazwał „Krakowem”, została urządzona w przeciągu trzech dni. Ale przedtem złożono w „męskim pokoju” główne pakunki — i w chwilach wielkiej ulewy młoda czwórka znajdowała w olbrzymim pniu jeszcze przed wykończeniem mieszkania doskonałe schronienie. Pora dżdżysta rozpoczęła się na dobre, ale nie były to nasze długie, jesienne deszcze, w czasie których niebo zawleka się ciemnymi chmurami i nudna, uciążliwa słota trwa przez całe tygodnie. Tu kilkanaście razy na dzień wiatr przepędzał po niebie wzdęte obłoki, które zlewały ziemię obficie, po czym znów rozbłyskiwało słońce, jasne, jakby świeżo wykąpane i zalewało złotym światłem skały, rzekę, drzewa i całą dżunglę. Trawy rosły prawie w oczach. Drzewa pokrywały się obfitszym liściem i nim stary owoc opadł, tworzyły się zawiązki na nowy. Powietrze, z powodu zawieszonych w nim igiełek wody, uczyniło się tak przeźroczyste, że nawet odległe przedmioty stawały się zupełnie wyraźne i wzrok sięgał w niezmiernie daleką przestrzeń. Na niebie rozwieszały się cudne, siedmiobarwne tęcze, a wodospad był prawie ciągle w nie ubrany. Krótko trwające ranne i wieczorne zorze grały tysiącami tak świetnych blasków, że nawet i w Pustyni Libijskiej dzieci nie widziały nic podobnego. Najniższe, bliskie ziemi obłoki barwiły się wiśniowo, górne, lepiej oświecone, rozlewały się na kształt jezior z purpury i złota, a drobne, wełniste chmurki mieniły się jak rubiny, ametysty i opale. Nocami, między jedną falą dżdżu a drugą, księżyc zmieniał w brylanty krople rosy wiszące na liściach mimoz i akacyj, a światło zodiakalne świeciło w odświeżonym powietrzu jaśniej niż w innych porach roku.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXIX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/29/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/29/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXIX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W ciągu kilku dni Nel spędzała wszystkie chwile, w których deszcz nie padał, u Kinga, który już nie sprzeciwiał się jej odejściu zrozumiawszy, że dziewczynka wraca po kilka razy dziennie. Kali, który w ogóle bał się słoni, patrzył na to z nadzwyczajnym zdumieniem, ale w końcu doszedł do przekonania, że potężne dobre Mzimu oczarowało olbrzyma, i począł go także odwiedzać. King zachowywał się względem niego jak również względem Mei życzliwie, ale tylko jedna Nel robiła z nim, co chciała, tak że po tygodniu ośmieliła się nawet przyprowadzić mu i Sabę. Dla Stasia była to wielka ulga, gdyż mógł z całym spokojem pozostawić Nel pod opieką, czyli jak się wyrażał: pod trąbą słonia — i chodzić bez żadnej obawy na polowanie, a nawet czasem zabierać ze sobą Kalego. Był też teraz pewien, że zacne zwierzę nie opuściłoby ich już w żadnym razie, i począł się namyślać, jak je z zamknięcia uwolnić.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/30/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/30/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Pewnego dnia przy wieczerzy Nel podniósłszy do ust kawałek wędzonego mięsa odsunęła go nagle jakby ze wstrętem — i rzekła:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie mogę dziś jeść.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Staś, który poprzednio dowiedział się od Kalego, gdzie są pszczoły, i podkurzał je teraz codziennie, by rabować im miód, był pewien, że mała zjadła w ciągu dnia za dużo miodu, i dlatego nie zwrócił uwagi na jej brak chęci do jedzenia. Lecz ona po chwili wstała i poczęła chodzić spiesznie wedle ogniska, zataczając coraz większe koła.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/31/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/31/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Poczęły się ciężkie i pełne lęku dni oczekiwania. Drugi atak przyszedł dopiero po tygodniu — i nie był tak silny jak pierwszy, ale Nel uczuła się po nim jeszcze słabszą. Wychudła i zmizerniała do tego stopnia, że nie była to już dziewczynka, ale cień dziewczynki. Płomyk jej życia tlił się tak słabo, że zdawało się, iż dość jest dmuchnąć, aby go zgasić. Staś zrozumiał, że śmierć nie potrzebuje czekać na trzeci atak, by ją zabrać — i oczekiwał jej lada dzień, lada godzina.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/32/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/32/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Przez jakiś czas ze zmęczenia i wzruszenia nie mógł ani słowa przemówić i stał dysząc ciężko przed leżącym na łóżku człowiekiem, który milczał także i patrzył na niego ze zdumieniem graniczącym niemal z nieprzytomnością.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wreszcie zawołał:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nasibu, jesteś?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Jestem, panie — odpowiedział mały Murzynek.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Czy widzisz kogo i czy kto stoi przede mną?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Lecz zanim malec zdołał odpowiedzieć, Staś odzyskał mowę:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Panie — rzekł — nazywam się Stanisław Tarkowski. Uciekliśmy z małą miss Rawlison z niewoli derwiszów i ukrywamy się w dżungli. Ale Nel jest ciężko chora, więc błagam cię dla niej o pomoc.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/33/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/33/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Staś wybrał się do Lindego dopiero następnego dnia w południe, musiał bowiem odespać noc poprzednią. Po drodze, w przewidywaniu, że chory może potrzebować świeżego mięsa, zabił dwie pentarki, które też istotnie zostały przyjęte z wdzięcznością. Linde był mocno osłabiony, ale zupełnie przytomny. Zaraz po powitaniu zapytał o Nel, po czym przestrzegł Stasia, żeby nie uważał chininy za zupełnie stanowczy środek przeciw febrze i żeby strzegł małej od słońca, od przemoczenia, od przebywania w nocy w miejscach niskich i wilgotnych i wreszcie od złej wody. Następnie Staś opowiedział mu na żądanie historię własną i Nel, od początku aż do przybycia do Chartumu i odwiedzin u Mahdiego, a potem od Faszody do uwolnienia się z rąk Gebhra i dalszej wędrówki. Szwajcar przypatrywał mu się w czasie opowiadania ze wzrastającą ciekawością, często z wyraźnym podziwem, a gdy historia dobiegła wreszcie końca, zapalił fajkę, obejrzał raz jeszcze Stasia od stóp do głowy — i rzekł jakby w zamyśleniu:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXIV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/34/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/34/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXIV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nazajutrz poranne słońce oświeciło dziwne widowisko. Staś chodził wzdłuż skalnej ściany, zatrzymywał się przed każdym Murzynem, skrapiał mu czoło wodą i wymawiał nad nim sakramentalne słowa. A oni spali z drżeniem rąk i nóg, z głową spuszczoną na piersi lub podniesioną do góry, żywi jeszcze, a podobni już do trupów. I tak się odbywał ten chrzest śpiących, w ciszy porannej, w blasku słonecznym, w głuszy pustynnej. Niebo było tego dnia bez chmur, wysokie, siwobłękitne i jakby smutne.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/35/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/35/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Na drugi dzień popadywał trochę deszcz, ale że były i godziny pogody, więc Staś wybrał się wczesnym rankiem na zwiedzanie posiadłości i do południa obejrzał wszystkie jej kąty doskonale. Przegląd wypadł na ogół świetnie. Naprzód, pod względem bezpieczeństwa, Góra Lindego była jakby wybranym miejscem w całej Afryce. Zbocza jej okazały się dostępne chyba dla szympansów. Lwy ani pantery nie mogłyby się po nich wdrapać na szczytową płaszczyznę. Co do skalistego grzbietu, dość było umieścić przy wejściu Kinga, aby spać bezpiecznie na oba uszy. Staś doszedł do przekonania, że potrafiłby się tu obronić nawet mniejszym oddziałom derwiszów, gdyż droga wiodąca na górę była tak wąska, że King zaledwie przez nią przeszedł — i człowiek uzbrojony w dobrą broń mógł nie przepuścić żywego ducha. W środku „wyspy” biło źródło chłodnej, czystej jak kryształ wody, które zmieniało się w strumień i biegnąc wężowato wśród bananowych gajów spadało wreszcie ze stromego wiszaru do rzeki, tworząc wąski, podobny do białej taśmy wodospad. W południowej stronie „wyspy” leżały pola pokryte bujnie maniokiem, którego korzenie dostarczają Murzynom ulubionego pokarmu, a za polami wznosiły się grupy wyniosłych niezmiernie palm kokosowych z koronami w kształcie wspaniałych pióropuszów.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXVI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/36/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/36/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXVI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Staś uczył także Kalego strzelać z karabinu remingtona i ta nauka szła łatwiej od nauki katechizmu. Po dziesięciodniowym strzelaniu do celu i do krokodylów, które sypiały na pobrzeżnych piaskach rzeki, młody Murzyn zabił dużą antylopę pufu, potem kilka arielów, a wreszcie dzika ndiri. To jednak spotkanie omal nie skończyło się wypadkiem takim, jaki zdarzył się Lindemu, albowiem ndiri, do którego Kali po strzale zbliżył się niebacznie, zerwał się i rzucił się na niego z postawionym do góry ogonem. Kali cisnąwszy karabin schronił się na drzewo i siedział na nim dopóty, dopóki krzykiem nie przywołał Stasia, który jednakże zastał już dzika nieżywego. Na bawoły, lwy i nosorożce Staś nie pozwalał jeszcze chłopcu polować. Do słoni, które przychodziły wieczorami do wodopoju, i sam nie strzelał, gdyż obiecał Nel, że nigdy żadnego nie zabije.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXVII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/37/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/37/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXVII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wyruszyli jednakże dopiero w kilka dni po tej rozmowie. Odjazd po krótkiej modlitwie, w której polecili się gorąco Bogu, nastąpił wraz ze świtem o godzinie szóstej rano. Na czele jechał konno Staś, poprzedzany tylko przez Sabę. Za nim kroczył poważnie King machając uszyma i niosąc na swym potężnym grzbiecie płócienny palankin, a w palankinie Nel wraz z Meą, następnie szły jeden za drugim konie Lindego, powiązane długim palmowym powrozem i niosące rozliczne ładunki, a pochód zamykał mały Nasibu na spasionym, również jak i on sam, ośle.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXVIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/38/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/38/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXVIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Piątego dnia podróży Staś jechał razem z Nel na Kingu, trafili bowiem na szeroki pas akacji rosnących tak gęsto, że konie mogły iść tylko szlakiem utorowanym przez słonia. Godzina była wczesna, ranek promienny i rosisty. Dzieci rozmawiały o podróży i o tym, że każdy dzień zbliża ich jednak do oceanu i do ojców, do których oboje nie przestawali tęsknić ciągle. Był to od chwili porwania ich z Faujmu niewyczerpany przedmiot wszystkich rozmów, które wzruszały ich zawsze do łez. I powtarzali wciąż jedno w kółko: że tatusiowie myślą, iż oni już nie żyją albo że przepadli na wieki — i obaj martwią się, i wbrew nadziei wysyłają do Chartumu Arabów po wieści, a oni oto są już daleko nie tylko od Chartumu, ale i od Faszody, a za pięć dni będą jeszcze dalej — a potem znów jeszcze dalej, aż wreszcie dotrą do oceanu albo przedtem jeszcze do jakichś miejsc, skąd będzie można przesłać depeszę. Jedyną w całej karawanie osobą, która wiedziała, co ich jeszcze czeka, był Staś — Nel natomiast była najgłębiej przekonana, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której „Stes” nie potrafiłby dokonać, i była zupełnie pewna, że ją doprowadzi do brzegu. Więc nieraz uprzedzając wypadki wyobrażała sobie w swej małej główce, co to będzie, gdy przyjdzie pierwsza o nich wiadomość — i szczebiocąc jak ptaszek opowiadała o tym Stasiowi. „Siedzą — mówiła — tatusiowie w Port-Saidzie i płaczą — aż tu wchodzi boy z depeszą. Co to jest? Mój albo twój tatuś otwiera, patrzy na podpis i czyta: «Staś i Nel». O, to dopiero się ucieszą! to dopiero się zerwą, żeby jechać naprzeciw nas! to dopiero będzie radość w całym domu — i tatusiowie się ucieszą, i wszyscy się ucieszą — i będą cię chwalili — i przyjadą — i ja obejmę mocno tatusia za szyję, i potem będziemy zawsze razem... i...”&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XXXIX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/39/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/39/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XXXIX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Cała ludność odprowadziła daleko dobre Mzimu i pożegnała je ze łzami, prosząc natarczywie, by raczyło przybyć kiedy jeszcze do M’Ruy i pamiętać o jego ludzie. Staś przez chwilę wahał się, czy nie wskazać Murzynom wąwozu, gdzie pochował te towary i zapasy po Lindem, których z braku tragarzy nie mógł zabrać, ale pomyślawszy, że posiadanie takich skarbów mogłoby wywołać między nimi zawiści i niesnaski, zbudzić łakomstwo i zamącić spokój ich życia, porzucił ten zamiar, a natomiast zastrzelił wielkiego bawołu i pozostawił im jego mięso na pożegnalną ucztę. Widok tak wielkiej ilości nyamy pocieszył ich też rzeczywiście.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XL</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/40/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/40/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XL&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W cztery dni później Staś zatrzymał się na dłuższy wypoczynek na wzgórzu podobnym nieco do Góry Lindego, ale mniejszym i ciaśniejszym. Tego samego wieczora Saba zagryzł po ciężkiej walce wielkiego samca pawiana, którego napadł w chwili, gdy ów bawił się szczątkami latawca, drugiego z rzędu z tych, które dzieci puściły przed wyruszeniem do oceanu. Staś i Nel korzystając z postoju postanowili kleić ciągle coraz nowe, ale puszczać je tylko wówczas, gdy silny musson będzie dął z zachodu na wschód. Staś liczył na to, że jeśli choć jeden wpadnie w ręce europejskie lub arabskie, zwróci na siebie niezawodnie nadzwyczajną uwagę i przyczyni się do wysłania umyślnej na ich ratunek wyprawy. Dla tym większej pewności obok napisów angielskich i francuskich dodawał i arabskie, co nie przychodziło mu z trudnością, albowiem język arabski znał doskonale.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XLI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/41/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/41/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XLI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Lecz Staś po krótkim wypoczynku pod wałami Lueli ruszył z Kalim na czele trzystu wojowników jeszcze przed zachodem słońca ku bomie Fumby, chciał bowiem uderzyć na Samburu w nocy, licząc na to, że w ciemnościach „węże ogniste” większe sprawią wrażenie. Droga od Lueli do góry Boko, na której bronił się Fumba, wynosiła licząc z odpoczynkami dziewięć godzin, tak że pod fortecą stanęli dopiero koło trzeciej po północy. Staś zatrzymał wojowników i nakazawszy im do czasu jak najgłębsze milczenie począł rozpatrywać się w położeniu. Szczyt góry, na którym przytaili się obrońcy, był ciemny, natomiast Samburowie palili mnóstwo ogni. Blask ich rozświecał spadziste ściany skały i olbrzymie drzewa rosnące u jej stóp. Z daleka już dochodził głuchy głos bębnów oraz krzyki i śpiewy wojowników, którzy widocznie nie żałowali sobie pombe chcąc uczcić bliskie, ostateczne już zwycięstwo. Staś posunął się na czele swojego oddziału jeszcze dalej, tak że w końcu nie więcej niż sto kroków dzieliło go od ostatnich ogni. Straży obozowych nie było ani śladu, a noc bezksiężycowa nie pozwoliła dzikim dojrzeć Kinga, którego zasłaniały przy tym zarośla. Siedzący na jego karku Staś wydał po cichu ostatnie rozkazy, po których dał znak Kalemu, by podpalił jedną z przygotowanych rac. Czerwona wstęga wyleciała, sycząc, wysoko pod ciemne niebo, po czym z hukiem rozsypała się w bukiet czerwonych, błękitnych i złotych gwiazd. Wszystkie głosy umilkły i nastała chwila głuchej ciszy. W kilka sekund później wyleciały jakby z piekielnym chichotem jeszcze dwa ogniste węże, ale tym razem skierowane poziomo, wprost na obóz Samburów, a jednocześnie rozległ się ryk Kinga i wrzask trzystu Wa-himów, którzy uzbrojeni w asagaje, maczugi i noże, rzucili się w niepohamowanym pędzie naprzód. Rozpoczęła się bitwa, tym straszniejsza, że odbywała się w ciemnościach, gdyż natychmiast rozdeptano w zamieszaniu wszystkie ogniska. Ale zaraz z początku na widok węży ognistych ogarnęła Samburów ślepa trwoga. To, co się stało, przechodziło zupełnie ich rozum. Wiedzieli tylko, że napadły na nich jakieś straszne istoty i że grozi im zguba okropna i nieuchronna. Większa część ich pierzchała, zanim dosięgły ich włócznie i maczugi Wa-himów. Stu kilkudziesięciu wojowników, których zdołał zebrać koło siebie Mamba, dawało zacięty opór; gdy jednak przy błyskawicach wystrzałów ujrzeli olbrzymie zwierzę, a na nim biało przybranego człowieka i gdy o uszy ich obił się huk broni, z której raz po raz strzelał Kali, upadły i w nich serca. Fumba na górze ujrzawszy pierwszą racę, która pękła na wysokościach, padł także ze strachu na ziemię i leżał jak nieżywy przez kilka minut. Ale ochłonąwszy zrozumiał z rozpaczliwego wycia wojowników jedną rzecz, a mianowicie: że jakieś duchy wytracają na dole Samburów. Wówczas błysnęła mu w głowie myśl, że gdyby nie przyszedł tym duchom w pomoc, to gniew ich mógłby się zwrócić i przeciw niemu; ponieważ zaś zatrata Samburów była dla niego zbawieniem, więc zebrawszy wszystkich swych wojowników wysunął się bocznym, ukrytym wyjściem z bomy i przeciął drogę większej części uciekających. Bitwa zmieniła się teraz w rzeź. Bębny Samburów przestały huczeć. W pomroce, którą rozdzierały tylko czerwone błyskawice wyrzucane przez strzelbę Kalego, rozlegało się wycie mordowanych, głuche uderzenia maczug o tarcze i jęki rannych. Litości nikt nie prosił, albowiem Murzyni jej nie znają. Kali z obawy, by w ciemnościach i zamieszaniu nie razić własnych ludzi, przestał wreszcie strzelać i chwyciwszy miecz Gebhra rzucił się z nim w środek nieprzyjaciół. Samburowie mogli teraz uciekać z gór ku swoim granicom tylko jednym szerokim wąwozem, ale ponieważ wąwóz ten zamknął ze swymi wojownikami Fumba, przeto z całego zastępu ocaleli ci tylko, którzy rzuciwszy się na ziemię pozwalali się brać żywcem, chociaż wiedzieli, że czeka ich okrutna niewola lub nawet doraźna śmierć z ręki zwycięzców. Mamba bronił się bohatersko, dopóki uderzenie maczugi nie strzaskało mu czaszki. Syn jego, młody Faru, wpadł w ręce Fumby, a ten kazał go związać jako przyszłą ofiarę dziękczynną dla duchów, które przyszły mu z pomocą.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XLII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/42/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/42/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XLII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nel, potrafisz wyliczyć nasze podróże od Fajumu? — pytał Staś.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Potrafię.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;To mówiąc dziewczynka podniosła w górę brwi i zaczęła rachować na paluszkach.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Zaraz. Od Fajumu do Chartumu — to jedna; od Chartumu do Faszody — to druga; od Faszody do tego wąwozu, w którym znaleźliśmy Kinga — to trzecia; a od Góry Lindego do jeziora — to czwarta.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Tak. Chyba nie ma na świecie drugiej muchy, która by przeleciała taki kawał Afryki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XLIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/43/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/43/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XLIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Karawana ruszyła następnego dnia o świcie. Młody Murzyn był wesół, mała despotka łagodna i posłuszna w dalszym ciągu, a Staś pełen energii i nadziei. Szło z nimi stu Samburów i stu Wa-himów — czterdziestu z tych ostatnich zbrojnych w remingtony, z których jako tako umieli strzelać. Biały wódz, który ich w tym ćwiczył przez trzy tygodnie, wiedział wprawdzie, że w danym razie narobią daleko więcej hałasu niż szkody, ale myślał, że w spotkaniach z dzikimi hałas odgrywa nie mniejszą rolę od kuli, i rad był ze swej gwardii. Wzięto wielkie zapasy manioku, placków wypieczonych z wielkich i tłustych białych mrówek wysuszonych starannie i zmielonych na mąkę oraz moc wędzonego mięsa. Z karawaną ruszyło kilkanaście kobiet, które niosły rozmaite dobre rzeczy dla Nel i worki ze skór antylop na wodę. Staś z wysokości grzbietu Kinga pilnował porządku, wydawał rozkazy — może nie tyle dlatego, że były potrzebne, ile z tego powodu, że upajała go rola wodza — i z dumą spoglądał na swoją małą armię.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XLIV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/44/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/44/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XLIV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Po dziesięciu dniach drogi karawana przeszła wreszcie przełęcze górskie i weszła w kraj odmienny. Była to obszerna równina, gdzieniegdzie tylko powyginana w niewielkie wzgórza, ale przeważnie płaska. Roślinność zmieniła się zupełnie. Nie było wielkich drzew wznoszących się pojedynczo lub po kilka nad falującą powierzchnią wysokich traw. Gdzieniegdzie tylko sterczały w znacznym od siebie oddaleniu akacje wydające gumę, o pniach barwy koralowej lub parasolowate, ale o uliścieniu rzadkim i dającym mało cienia. Między kopcami termitów strzelała tu i ówdzie w górę euforbia, z gałęziami podobnymi do ramion świecznika. Pod niebem unosiły się sępy, a niżej przelatywały z akacji na akację ptaki z rodzaju kruków, upierzone czarno i biało. Trawy były żółte i w kłosach, jak dojrzałe żyto. A jednakże ta sucha dżungla dostarczała widocznie obficie żywności dla wielkiej ilości zwierząt, albowiem kilka razy na dzień podróżnicy spotykali znaczne stada antylop gnu, bubalów i szczególnie zebr. Upały na otwartej i bezdrzewnej płaszczyźnie uczyniły się nieznośne. Niebo było bez chmur, dni znojne, a noce niewiele przynosiły wypoczynku.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XLV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/45/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/45/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XLV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Na krzyk jego przybiegł pierwszy Kali, za nim dwaj strzelcy, którzy mieli poprzednią straż zluzować, a w chwilę później wszyscy Wa-himowie i Samburu zgromadzili się wrzeszcząc i wyjąc na miejscu zbrodni. Uczyniło się zamieszanie, pełne okrzyków i trwogi. Ludziom chodziło nie tyle o zabitych i o zabójstwo, ile o te ostatki wody, która już wsiąkła w spieczony grunt dżungli. Niektórzy Murzyni rzucali się na ziemię i wyrywając palcami grudki wysysali z niej resztki wilgoci. Inni krzyczeli, że pomordowały strażników i porozcinały worki złe duchy. Ale Staś i Kali wiedzieli, co o tym myśleć. Oto M’Kunjego i M’Puy brakło wśród tych wyjących nad kępą trawy ludzi. W tym, co się stało, było coś więcej niż zabójstwo dwóch strażników i kradzież wody. Porozcinane pozostałe worki świadczyły, że był to czyn zemsty i zarazem wyrok śmierci na całą karawanę. Kapłani złego Mzimu pomścili się nad dobrym. Czarownicy zemścili się na młodym królu, który odkrył ich oszustwa i nie byłby pozwolił im wyzyskiwać dłużej ciemnych Wa-himów. Nad całą karawaną roztoczyła teraz skrzydła śmierć jak jastrząb nad stadem gołębi.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozdział XLVI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/46/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/46/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ROZDZIAŁ XLVI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wyprawa kapitana Glena i doktora Clarego nie miała bynajmniej na celu odszukania Stasia i Nel. Była to liczna i sowicie zaopatrzona ekspedycja rządowa, wysłana dla zbadania wschodnio-północnych stoków olbrzymiej góry Kilima-Ndżaro oraz mało jeszcze znanych obszernych krain położonych na północ od tej góry. Zarówno kapitan, jak i doktor wiedzieli wprawdzie o porwaniu dzieci z Medinet-el-Fajum, gdyż wiadomość o tym podały dzienniki angielskie i arabskie, ale myśleli, że oboje pomarli albo jęczą w niewoli u Mahdiego, z której nie wydostał się dotychczas żaden Europejczyk. Clary, którego siostra była za Rawlisonem w Bombaju i który zachwycił się bardzo małą Nel w czasie podróży do Kairu, odczuł nadzwyczaj boleśnie jej stratę. Ale i dzielnego chłopaka żałowali obaj z Glenem szczerze. Kilkakrotnie też wysyłali depesze z Mombassa do pana Rawlisona zapytując, czy dzieci nie zostały odnalezione, i dopiero po ostatniej niepomyślnej odpowiedzi, która nadeszła znacznie przed wyruszeniem karawany, stracili ostatecznie wszelką nadzieję.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zakończenie</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/47/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/w-pustyni-i-w-puszczy/47/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;ZAKOŃCZENIE&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Radość w obozie kapitana Glena i doktora Clarego nie miała granic, ale ciekawość obu Anglików wystawiona była na ciężką próbę. Jeśli bowiem poprzednio nie chciało im się w głowie pomieścić, by dzieci mogły same przebyć olbrzymie puszcze i pustynie dzielące te strony od Nilu i Faszody, to obecnie nie rozumieli już całkiem, jakim sposobem ten „mały Polak”, jak nazywali Stasia, nie tylko tego dokonał, ale zjawił się przed nimi jako wódz całej karawany, zbrojnej w broń europejską, ze słoniem dźwigającym palankin, z końmi, namiotami i ze znacznymi zapasami żywności. Kapitan rozkładał na ten widok ręce i mówił co chwila: „Clary, dużo widziałem, ale takiego chłopca nie widziałem!” — A poczciwy doktor powtarzał z nie mniejszym zdumieniem: „I małą wyrwał z niewoli — i ją ocalił!” — po czym leciał do namiotów zobaczyć, jak się dzieci mają i czy śpią dobrze.&lt;/p&gt;</description></item></channel></rss>