<?xml version="1.0" encoding="utf-8" standalone="yes"?><rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"><channel><title>Przedwiośnie on nowypolski.pl</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/</link><description>Recent content in Przedwiośnie on nowypolski.pl</description><generator>Hugo</generator><language>pl</language><atom:link href="https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/index.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/><item><title>Rodowód</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/01/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/01/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;Przedwiośnie&lt;/h2&gt;
&lt;div class="dedication"&gt;
&lt;div class="stanza"&gt;&lt;div class="verse"&gt;Panu Konradowi Czarnockiemu &lt;/div&gt;&lt;div class="verse"&gt;w przyjaznym upominku ofiarowuje ten utwór &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="stanza-spacer"&gt; &lt;/div&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div class="motto_podpis"&gt;autor&lt;/div&gt;
&lt;p class="spacer"&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class="spacer"&gt; &lt;/p&gt;
&lt;h2 class="h2 page-title"&gt;Rodowód&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nie chodzi tutaj — u kaduka! — o herb ani o szeregi przodków podgolonych, z sarmackimi wąsami i przy karabelach — ani wydekoltowane prababki w fiokach. Ojciec i matka — otóż i cały rodowód, jak to jest u nas, w dziejach nowoczesnych ludzi bez wczoraj. Z konieczności wzmianka o jednym dziadku, z musu notatka o jednym jedynym pradziadku. Chcemy uszanować nasyconą do pełna duchem i upodobaniem semickim awersję ludzi nowoczesnych do obciążania sobie pamięci wiadomościami, w którym kościele czy na jakim cmentarzu dany dziadek spoczywa.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Część pierwsza — Szklane domy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/02/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/02/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h2 page-title"&gt;Część pierwsza — Szklane domy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Czaruś dostał był właśnie promocję z klasy czwartej do piątej i skończył czternasty rok życia, gdy Seweryna Barykę jako oficera zapasowego powołano do wojska. — Wojna wybuchła. — Szybko, w ciągu paru dni, idylla rodzinna została zdruzgotana. Cezary znalazł się sam z matką w osierociałym mieszkaniu. Gdy odprowadzał ojca na statek wojenny odchodzący do Astrachania, nie czuł żadnego zgoła żalu. Nowość! Zajmowały go tysiące szczegółów, drobiazgów, dat, nazwisk, cyfr, związanych z przebraniem się ojca w mundur oficerski. Pakował walizkę, świetną walizkę ojcowską z grubej, żółtej skóry, z metalowym okuciem, z wyciśniętym inicjałem i mnóstwem wewnątrz tajemniczych przegródek. Nie podzielał i nie rozumiał zupełnie płaczu i spazmów matki, desperującej od świtu do nocy. Dopiero gdy ojciec w gronie innych oficerów został na pokładzie, a on sam z matką na brzegu, i kładkę z hałasem odepchnięto, Cezarek doznał napadu przerażenia, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Pod naciskiem tego uczucia wyciągnął ręce i począł krzyczeć jak istny dzieciak. Lecz znaki uspakajające, które kreśliły w powietrzu białe ręce ojcowskie, uciszyły go tak nagle, jak nagle przyszła ta ślepa boleść dziecięca. Przecie to na krótko! Istne manewry! Wojna nie będzie trwała długo. Jakieś tam parę tygodni. Może miesiąc. Najwyżej dwa. Wał rosyjski przesunie się po polach wrogów, zmiażdży przeszkody jak marchew czy kukurydzę i wszystko wróci do normy. Tak mówili wszyscy i taką też opinię w spadku po ojcu odjeżdżającym otrzymał Cezary.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Część druga — Nawłoć (1/2)</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/03/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/03/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h2 page-title"&gt;Część druga — Nawłoć&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dotarłszy do najrdzenniejszej Polski, bo do stolicy — Warszawy — ani po drodze, ani w tym mieście Cezary Baryka nie znalazł szklanych domów. Nie śmiał o nie nawet nikogo zapytać. Zrozumiał, że zmarły ojciec boleśnie zeń przede śmiercią zażartował sobie. Jednak — być może pod wpływem tej tak naiwnej legendy, a być może pod wpływem głównego jej bohatera, „kuzyna Baryki”, Cezary postanowił wstąpić na medycynę w Warszawie. Nie miał swych bakińskich papierów, lecz po egzaminie dość pobieżnym został przyjęty i począł chodzić na wykłady. Z zapałem krajał truposze, uczył się osteologii, chemii, botaniki itp. Zawarł nowe znajomości z „Polakami” i dość sobie w tych nowych ludziach podobał, choć go nieraz swą „nieszczerością” ranili. Pod względem materialnym wiele mu pomógł znajomy ojca nieboszczyka, pan Szymon Gajowiec, bardzo wysoki urzędnik w nowo kreowanym Ministerium Skarbu, dał mu bowiem nieetatową posadę w swym biurze i nastręczył bardzo korzystne lekcje języka rosyjskiego w sferach wyższej oficerii, pochodzącej z „Galicji”. Ów pan Gajowiec szczególnie rozpytywał się o matkę Cezarego, którą znał był bardzo dawno w mieście Siedlcach. Po wielekroć kazał sobie powtarzać o niej wszelkie szczegóły, wszystkie perypetie jej niedoli i śmierci.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Część druga — Nawłoć (2/2)</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/04/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/04/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Próbowała nieraz przełożyć, przetłumaczyć na muzykę brzmienie jego głosu radosne albo posępne i nieraz grała coś samej sobie, czego nikt nie mógł zrozumieć. Słyszała go w rozmaitych utworach muzycznych, które odtwarzała, albo zatracała go w muzyce i musiała odszukiwać. Wołały na nią wówczas przedziwne głosy muzyczne, prowadziły ją na niedosięgłe wyżyny i tam gdzieś, na wysokościach, przejmowały serce głębokim wzruszeniem. Uderzenie w materialny klawisz otwierało jakby błam wielki w błękitnej chmurze. Wpływała w zaświat i niosły ją objęcia obłoków ścierając z jej twarzy samotnych łez potoki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Część trzecia — Wiatr od wschodu</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/05/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/przedwiosnie/05/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h2 page-title"&gt;Część trzecia — Wiatr od wschodu&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Powróciwszy do Warszawy Cezary Baryka zapisał się znowu na swą medycynę i zamieszkał, a raczej „wmieszkał się” do pokoju jednego z kolegów, niejakiego Buławnika. Ten Buławnik był progenitury szynkarskiej czy małomiasteczkowo-paskarskiej, wskutek czego zawsze „śmierdział pieniędzmi”. Mieszkał zaś w dzielnicy oddalonej, już zgoła żydowskiej, przy ulicy Miłej, w domu ponurym, obdartym z tynku, o schodach tak brudnych, ścianach wejścia zakopconych czadem lamp gazowych tak dalece, że, zaiste, trzeba było anielskiej dobrotliwości serca, ażeby patrzeć na te ściany i schody bez zgrzytania zębami. Pokój był na trzecim piętrze odrapanej rudery. Poprzez mieszkanie starych pań, których było dużo, a jakichś smrodliwych i rozkudłanych, wchodziło się do pokoju Buławnika. Od razu rzucało się w oczy, że w rogu zacieka tudzież jakoś niewłaściwie pachnie spod podłogi. Na uczynione w tym przedmiocie zapytanie miejscowemu stróżowi, „ewentualnie” dozorcy, Cezary otrzymał rezolucję:&lt;/p&gt;</description></item></channel></rss>