Część druga — Nawłoć (2/2)
Próbowała nieraz przełożyć, przetłumaczyć na muzykę brzmienie jego głosu radosne albo posępne i nieraz grała coś samej sobie, czego nikt nie mógł zrozumieć. Słyszała go w rozmaitych utworach muzycznych, które odtwarzała, albo zatracała go w muzyce i musiała odszukiwać. Wołały na nią wówczas przedziwne głosy muzyczne, prowadziły ją na niedosięgłe wyżyny i tam gdzieś, na wysokościach, przejmowały serce głębokim wzruszeniem. Uderzenie w materialny klawisz otwierało jakby błam wielki w błękitnej chmurze. Wpływała w zaświat i niosły ją objęcia obłoków ścierając z jej twarzy samotnych łez potoki.
Panna Wanda strzegła swej tajemnicy jak oka w głowie. Od dawna wiedziała, że musi umrzeć z tej niezrozumiałej choroby, którą się zaraziła na widok tego obcego pana. Wiedziała, że umrze przez tego pana, a marzenia jej zawierały tylko tyle, żeby on kiedyś — kiedyś przyszedł na jej mogiłę i usiadł przy wzgórku ziemnym — na chwilę! Wzruszała się do ostatnich granic wytrzymałości nerwów tą sceną, iż ona leży w ziemi, okropnie zeszpecona, a on siedzi przy jej grobie. Księżyc świeci. Noc głęboka. Słowik śpiewa w nadgrobnych bzach. Zlewała potokami najszczerszych, najprawdziwszych łez swoją świeżo uklepaną mogiłę.
Gdy Cezary był u siebie na dole, podśpiewywał albo śmiał się rozmawiając z księdzem Anastazym czy Hipolitem, panna Wanda zstępowała cichaczem ze schodów prowadzących z piętra do sieni i, wtulona w głęboką framugę starego ariańskiego muru, słuchała w upojeniu. Złote gradusy boskiej muzyki, wzloty niebiańskie i upadki do otchłani rodziły się wtedy i kształtowały w jej duszy. Nieraz słuchała w upojeniu, gdy pochrapywał, raz grubo, drugi raz cienko. Życie w mieszkaniu rządcostwa Turzyckich, koncentrujące się w kierunku kuchni, gdzie dobrotliwa ciotka toczyła wiadome spory i dyskusje ze służącą, pod nieobecność zacnego wujka, który gościem był w domu — zostawiało pannie Wandzie ogrom czasu do kształtowania uczuć. Nikt nie zwracał na nią uwagi, gdy się tam wymykała na dziedziniec albo na schody i wystawała w sieni. Nikt jej nie mógł przeszkodzić, gdy całowała z upojeniem klamkę drzwi prowadzących do pokoju Cezarego albo gdy przytulona do tych drzwi podczas jego nieobecności zamierała ze szczęścia zarazem i z rozpaczy.
I tego dnia, gdy panna Karolina Szarłatowiczówna małowiele, troszeczkę się wycałowała z Cezarym, Wanda Okszyńska sunęła ze schodów jak upiór, jak strzyga nocna, ażeby się oddać swej sekretnej manii. Muzyczka spostrzegła i słyszała ze swej na schodach framugi, jak panna Karolina z „nim” rozmawiała, jak weszła do tamtego pokoju... Popchnięta przez niezwalczone uczucia panna Wanda ciszej i sprytniej od najzgrabniejszego kota podsunęła się pod drzwi pokoju Cezarego i przez dziurę od klucza widziała tańce, widziała pocałunki. Och, jakie straszne płomienie wybuchły, zgorzały i zgasły w jej piersiach! Zdawało jej się, że nie wytrzyma, że zacznie walić pięściami w te drzwi, krzyczeć wniebogłosy, rwać pasma włosów i lecieć w przestrzeń... Lecz nie zrobiła nic takiego. Ostrzeżona przez tajne impulsy instynktu, uskoczyła do swej wnęki na schodach, wtargnęła we współczujące jej mury i widziała, jak panna Szarłatowiczówna opuszczała pokój Baryki. Rozum jej ustał wtedy, zaćmił się od czarnego tumana, a tylko wichry i szumy uczuć przeciągały poprzez jestestwo.
Kiedyś tam, kiedyś powlokła się na górę, jakby każda jej stopa sto cetnarów ważyła. Zasiadła nad książką. Teraz dorozumiała się, dlaczego to Cezary nigdy na nią nie patrzy, nigdy z nią nie rozmawia jak z innymi osobami, a jeśli spojrzy przypadkiem, to się zaraz złośliwie uśmiecha. Panna Wanda po raz pierwszy zobaczyła całujących się ludzi, lecz zrozumiała dziwnie dokładnie, co to znaczy. Trzebaż nieszczęścia, że zobaczyła to na przykładzie tak źle wybranym! Ten widok cisnął w nią jakby oszczepem diabła i utkwił w piersiach jak grot o trzech węgłach, którego już z piersi nic wydrzeć nie zdoła. Zaciskała oczy, zamierała, konała od tego widoku. Pakowała sobie całą chustkę w usta, żeby nie skomleć i nie szczekać, gdy się to widowisko wciąż i wciąż przed jej oczyma roztwierało.
Termin pikniku nadciągał z chyżością, a nie wszystko jeszcze było gotowe. Raz w raz wpadał do Nawłoci posłaniec od pani Laury Kościenieckiej z rozkazami: jechać tam, przywieźć to albo gnać konno na złamanie karku do miasta po pewne nieodzowne sprawunki. Gnał już to Hipolit, już Cezary, a nieraz obadwaj jednocześnie.
Pewnego jesiennego popołudnia Baryka odwiózł był pudła cukierków do Odolan na polecenie pani Kościenieckiej i nie mógł powrócić do Nawłoci z racji ulewnego deszczu. Konie, które go odstawiły z „towarem” do pałacu w Odolanach, odeszły w piknikowym również interesie do sąsiedniego dworu. Cezary czekał na powrót tych koni. Chory pan Storzan tego dnia miał się gorzej i nie był widzialny, a pielęgniarka-gospodyni dotrzymywała towarzystwa młodzieńcowi tylko do pewnego czasu. Obowiązki „powołały ją” do łoża chorego pana Storzana. Cezary pozostał sam w salonie smutnym i ciemnym jak dom przedpogrzebowy. Obejrzał już był wszystkie obrazy i sztychy wiszące na ścianach, przerzucił albumy z rysunkami rozmaitych minionych mistrzów — podśpiewywał, spacerował po dywanie wielkim jak skwer i puszystym jak trawnik skweru. Wiatr bił i tłukł w okna. Było mroczno, niemal ciemno, choć jeszcze dzień zwisał nad ziemią. Konie nie nadchodziły. Młody człowiek nudził się nie na żarty. Nie wypadało spać, choć sen ogarniał. Nie wypadało iść do innych pokojów, a salon obmierzł już do ostateczności. „Jednakowoż” Cezary zaryzykował. Wszedł do sąsiedniego gabineciku, a następnie uchylił drzwi do sali balowej. Była ogromna, świeżo wywoskowana i ozdobiona lampionami w kolorowych („bajecznie”) batikach. Ciekawski minął i tę salę i otwarł drzwi do małego pokoju z werandą, wychodzącą na ogród. Wyszedł i na tę werandę, którą ostatni deszcz zalał szczodrze — i po paru betonowych stopniach zeszedł do ogrodu. Ale deszcz trzepał doskonale, więc cofnął się do domu i poprzez wszystkie te wspaniałości wrócił do pierwszego salonu. Zabierał się właśnie do jak najwygodniejszego ułożenia się w fotelu i nie odtrącał już nawet myśli o sekretnej drzemce, gdy rozległ się turkot. Nareszcie! Konie wróciły.
„Pojadę!” — myślał Cezary zabierając swe rzeczy.
Tymczasem w szerokim i wspaniałym westybulu o marmurowej posadzce i lustrzanych ścianach dał się słyszeć głos pani Laury Kościenieckiej. Po chwili drzwi się otwarły i ona sama ukazała się w całej swej przepiękności.
— Pan jeszcze tutaj?! — krzyknęła ze zdumieniem. — Myślałam, że pan już dawno wrócił do Nawłoci...
— Nie, na utrapienie pani. Konie, które mię tu przywiozły, odjechały do Suchołustka. Miały po mnie wrócić. Nie wracają.
— Skandal! Czemuż pan nie zażądał koni stąd, z Odolan? Wojskowy i nie umie rekwirować...
— Nie chciałem czynić właśnie skandalu. Nie przepadam za metodami wojowania i rekwizycji. Liczyłem na to, że konie z Suchołustka lada chwila mogą nadejść. Wolałem cierpliwie poczekać. I oto, jak pani widzi, los mię za me cnoty szczodrze nagrodził.
— Nie spostrzegam, żeby pana los czym wynagrodził. Ale cóż pan tutaj robił z tymi swymi cnotami? Sam jeden w tym ogromnym szpitalu?
— Nudziłem się. Słuchałem, jak deszcz pada.
— Biedny więzień! No, nie ma co! Odwiozę pana do Nawłoci.
— Będę bardzo wdzięczny, a jak szczęśliwy, tego nawet nie próbuję wyrazić.
— Chwileczkę... Trochę odpocznę. Dobrze?
— Ach, pani... Pani Lauro...
Śliczna pani Kościeniecka zrzuciła z ramion płaszcz, poprawiła włosy przed lustrem i usiadła w fotelu. Gdy zaś Cezary w locie chwytał płaszcz z jej ramion, owionął go przenikliwy zapach świetnej, mocnej perfumy. Gdy usiadł naprzeciwko wdowy-narzeczonej, ten zapach, tak, zdawało się, nikły, owinął się dookoła jego zmysłów niczym arkan niewidzialny. Widoczną za to podnietę stanowił kształt nogi wysuwający się spod krótkiej sukni. Cezary przypomniał sobie te stopy i nogi w grubych pończochach, wparte w spienione boki rumaka — nogi kształtne a sprężyste jak ze stali. Przymknął oczy i drapieżnym uśmieszkiem pokrywał swe prawdziwe uczucia.
— Co za szkoda — mówiła piękna pani — że nie byłam teraz w domu. Już by konie dawno były po pana przyszły. Wracam z objazdu. Co za typy! Panie, co za typy! Zobaczy pan zresztą na własne oczy. Będziemy się bawić, bawić!
— Pani czeka niecierpliwie na ten piknik?
— Jeszcze by też!
— Będzie pani dużo tańczyć?
— Och, będę!
Pani Kościeniecka szczególnym ruchem przeciągnęła się w ramionach. Cezary patrzył na nią spod oka i nerwowe poziewanie przeciągało również całe jego ciało.
— A pan będzie dużo tańczył?
— Będę! Z panią.
— Ze mną? Mój narzeczony jest niesłychanie zazdrosny.
— Narzeczony... — wycedził Cezary. — On będzie niesłychanie zazdrosny, a ja będę z panią ciągle tańczył. Przecie to pani zaprosiła mię na ten piknik.
— Pan sobie, widać, wyobraża, że on jest tak oto teoretycznie zazdrosny...
— Może być teoretycznie i praktycznie, a ja będę z panią tańczył do upadłego. Przecie ta jego zazdrość musi się o coś zaczepić... Niechże wie, o co ma być zazdrosny!
— Zobaczymy, jak to tam będzie na tym pikniku. A teraz trzeba już jechać... — rzekła pani Laura wstając ze swego miejsca.
Cezary podał jej płaszcz, którego nie zdążyła zapiąć na guziki. Wyszli z tej sali do przedsionka, żegnani przez starego kamerdynera, który tłumaczył swego chlebodawcę i prosił o przebaczenie, iż pan jego nie może przyjąć „jaśnie pani”. Pani Laura skinęła głową i minęła drzwi otwarte przez lokaja. Przed tymi drzwiami pod daszkiem podjazdowym stała sławna kareta, lśniąca z wierzchu i bielejąca wewnątrz od atłasu, zwana w okolicy „karetą miłosną” Kościenieckiego dla żony. Deszcz nieco nacichł, lecz mżył wciąż jeszcze siecią obfitych i gęstych kropelek.
Pani Laura otworzyła sama drzwiczki karety i jak ptak wionęła do bielejącego wnętrza. Już mrok zapadał i stary furman zapalił był świece w latarniach obok kozła. Cezary, zaproszony uprzejmym gestem pani Kościenieckiej, wsunął się do karety. Mała, miękka dłoń pomogła mu podnieść się na stopień. Bez wahania, bez zwłoki przywarł ustami do tej ręki. A skoro drzwiczki zatrzasnął i skoro tylko konie skoczyły z miejsca, wpadając w zupełny mrok w wielkiej alei lipowej — pchnięty przez niestrzymaną potęgę szału Cezary ogarnął cudną kobietę ramionami, przywarł do jej ust płonącymi ustami i narzucił się jej z całą potęgą furii. Nie wydała okrzyku, nie westchnęła, gdy ją bezoporną i posłuszną zagarnął w posiadanie.
Konie gnały szeroką, piaszczystą drogą alei. Światła latarni rzucały nagłe strzały popłochu między wielkie pnie lip i topoli. Kareta na wybojach kołysała się to tam, to sam, jak łagodna kolebka. Czarne jej pudło i lustrzane okna, zasłonięte firankami, rzucały tajemnicze lśnienia i przecinały noc jesienną, która szybko zeszła na mokre łąki i zwiędłe pola. W tej dzikiej niespodziance rozkoszy, w niebezpieczeństwie, w locie pośród pól, w kołysaniu i drżeniu była otchłań radości obojga przygodnych kochanków. Oszaleli do cna od nagłej pasji, marzyli o rozkoszy swej, doświadczając jej w pełni. Pocałunki ich i pieszczoty były bezdenne jak ta noc, pełne potęgi niewyczerpanej jak fuga koni niosących się w przestrzeń.
Od Odolan do Nawłoci liczono około pięciu wiorst drogi. Z alei odolańskich kareta wypadła w szczere pola. Lecz jakże prędko, jak nagle dał się znowu słyszeć huk drzew alei nawłockiej! Cezary klęcząc jeszcze, całował ręce Laury. Cały jego obłęd miłosny przepłynął w pytanie:
— Czy narzeczony?...
— Cicho! — wyrzuciła z piersi nie mogąc jeszcze tchu pochwycić.
— Czy narzeczony?...
— Nigdy! Nigdy! Przenigdy! Przysięgam na wszystko, co mam świętego...
— Dlaczegóż pani wychodzi za mąż za tego człowieka?! Ach, prawda... Pani go kocha...
— Cicho, cicho!
— Dlaczego pani wychodzi za mąż za tego człowieka?
— Wszystko to panu wytłumaczę. Opowiem. Panie! To już Nawłoć...
Kareta zatoczyła półkole w okrąg gazonu przed dworem i stanęła. Cezary dwornie ucałował rękę pani Laury i skłonił się przed nią nisko — nisko. Nie chciała wysiąść i z nikim się widzieć. Drzwiczki zatrzasnęły się i znowu głośno zachrzęściał żwir drogi biegnącej dookoła gazonu. Wnet czarna kareta zniknęła w ciemnej czeluści szeregu drzew prastarych, jak namiętne, nie do wiary, senne przywidzenie.
Na kilka dni przed terminem zabawy w Odolanach pani Laura Kościeniecka wpadła do Nawłoci „jak po ogień” — dla załatwienia pewnej bardzo naglącej sprawy balowej. Wśród innych poleceń, które wydała Hipolitowi i Cezaremu, było jedno specjalnie przeznaczone dla ucha ostatniego. Baryka wysłuchał pilnie tego zlecenia i odpowiedział niemym ukłonem. Ach — odpowiedział jeszcze uśmiechem niedostrzegalnym, a przejmującym obydwoje rozmawiających dreszczem do szpiku kości.
Tegoż wieczora po kolacji Cezary wcześnie udał się na spoczynek mówiąc, iż cierpi na ból głowy. Nim ksiądz Anastazy i Hipolit przyszli do domu kancelaryjnego, gdzie mieściły się pokoje gościnne, już w oknie Baryki było ciemno. Widocznie spał. Nie chcąc mu przeszkadzać w pokonaniu migreny przez posilny sen, obadwaj cicho się sprawowali. Chodzili na paluszkach i wstrzymywali się od chrząkania.
Lecz Cezary nie był tak znowu bardzo cierpiący. Po ciemku, zanim tamci przyszli, wymknął się ze swego pokoju, minął park i przez jego aleję, wychodzącą w stronę Leńca, wyszedł na polną drogę. Do majątku pani Kościenieckiej było ze cztery wiorsty gościńcem i szosą, lecz na prostaki, drogą polną, było daleko bliżej. Cezary miał przed oczyma dalekie światła w tym dworze stojącym na wzgórzu. Noc była ciemna, chłodna, prawdziwie jesienna, ziejąca już wichrem zimowym. Lecz wędrowcowi było gorąco. Szedł szybko, cicho, bezszelestnie. Przyczajał się i upodabniał do tej nocy jak lis albo wilk czatujący na zdobycz. Brzegiem lasu, którego jeden róg dosięgał tej bocznej drogi, dotarł do łąk otaczających staw i sadzawki w dole popod Leńcem. Nie śmiał kroczyć drogą wjazdową, więc musiał zdecydować się na okrążenie stawu i marsz po grobli, którą za dnia widział był jedynie z daleka. Myśl, że może być w tych miejscach pochwycony przez jakichś stróżów, polowych czy młynarzy, przewinęła się przez jego głowę, lecz nie wstrzymała go ani na chwilę. Woda stawu i sadzawek, rozciągnionych jedna za drugą coraz dalej w ciemną głąb nocy, słabo w grubym mroku polśniewała. Baryka nie opuścił drożyny, którą kroczył — i trafił dzięki jej przewodnictwu na groblę. Szybko ją przebiegł, minął upust, gdzie uchodząca woda z cicha a dziwnie przejmująco w tym obcym miejscu i głębokim mroku szemrała. Za upustem i poza groblą teren podnosił się ku górze. Drożyna piaszczysta dotarła pod parkan ogrodowy, obrośnięty kolczastymi krzakami.
„Teraz — z kolei — psy...” — pomyślał awanturnik.
Lecz ta nieznośna myśl nie powstrzymała go również. Znalazł w parkanie z zaostrzonych desek jakieś miejsce nieco „łaskawsze”, czyli po prostu bardziej nadgniłe — zaczepił się ręką o górną część listwy i lwim susem przesadził ów parkan. Wpadł w krzaki kolczastych malin czy agrestów i ze szkodą swego odzienia wyplątał się z nich na ścieżkę szeroką i ubitą. Myśl jego pracowała nad tym, czy stopy nie zostawiają zbyt wyraźnych śladów. Toteż szedł ścieżką, podnoszącą się w górę, na paluszkach. Było mu gorąco — wyraźnie i po prostu mówiąc — ze strachu. Z niemałą ulgą trafił kolanami na ławkę ogrodową. Usiadł i nasłuchiwał. Psów nie było słychać w pobliżu. Przez dziwny, niemal obłąkany lot myśli, a raczej na skutek pędzącego korowodu impulsów czucia ulegał złudzeniu, iż jest w Baku podczas tureckiego oblężenia. Coś mu zagraża. Coś czai się w tym mroku niemym, stężałym, skamieniałym. Coś czyha. Poprzez gałęzie już ogołocone z liści widać było oświetlone okna w pałacyku pani Kościenieckiej.
Cezary odtworzył w sobie wspomnienie czarującego, pełnego diabelskiej rozkoszy z nią obcowania i porwał się z ławki. Pędem prawie dobiegł do tego rogu willi, który mu był w tajnej rozmowie wskazany. Trafił tam na kilka schodków betonowych prowadzących do drzwi. Wiedział, że drzwi nie będą zamknięte. Uchylił je w istocie, nacisnąwszy klamkę, leciutko, jak tylko można najciszej. Ustąpiły powoli i cicho. Te drzwi, otwarte na ogród i pola, były pierwszym sprzymierzeńcem. Ach, z jakąż to rozkoszną dumą wszedł do ciemnej sieni! Wyciągnąwszy we dwie strony ręce dotykał ścian. W jednej z tych ścian przez otwór sączyło się światło. Domyślił się, że tam są drzwi. Przyłożył wnet oko do dziury od klucza i rozejrzał się po pustym pokoju. Była to ta biblioteka, gdzie już gościł nazajutrz po przyjeździe w te strony. Stał długo przed tymi drzwiami namyślając się, czy wejść teraz. Jeżeli służący wlezie do tego widnego pokoju, żeby zgasić światło, co wtedy? A może to jest przewidziane i służący nie wejdzie do tego pokoju? Może przecie i przez tę sień ktoś z domowników przechodzić...
Licząc na ślepy traf i na szczęście miłosne nacisnął klamkę, którą już znalazł i trzymał w ręce. Cicho wszedł do oświetlonego pokoju. Jednym susem przeskoczył ten cały salonik aż do szerokiej otomany stojącej w najciemniejszym jego kącie. Tam rozłożył się wygodnie. Wziął w rękę książkę, która obok leżała, i w miejscu, na którym tom był rozłożony, zaczął czytać. Niezupełnie, co prawda, rozumiał, co czyta, lecz jeździł wzrokiem po wierszach z góry na dół stronicy dosyć długo. Był teraz zupełnie spokojny: przyszedł do pani Kościenieckiej w pilnym interesie balowym, nie cierpiącym zwłoki. Spokojnie czekał. Gdzieś daleko, na piętrze, słychać było rozmowę. — Śmiech. — Śmiech był kobiecy. Ale i męski. Dwie kobiety i mężczyzna.
— Barwicki... — wykrztusił do siebie prawie głośno — Barwicki jest tutaj... — uwiadomił siebie samego.
Stracił wszelki animusz. Nie ze strachu, lecz z nienawiści. W pierwszej chwili powziął zamiar, żeby wstać, wyjść, jak przyszedł, i dmuchnąć do Nawłoci. Zaklął nieładnie, po bakińsku, po portowemu. Wahał się. Ale wygodna pozycja na sofie, możność wylezienia z jakim takim honorem z tej niewygodnej, na poły złodziejskiej sytuacji — powstrzymała go. Czytał pękając ze złości, wściekając się i wijąc jak lis złapany w żelaza, jak wilk we wnyku. Zdawało mu się, że siedzi już w tym miejscu godzinę czasu, jeżeli nie więcej. Przeczytał już z dziesięć stronic druku nie rozumiejąc ani jednego zdania. Zmieniał pozę na coraz wygodniejszą, coraz mniej tchórzliwą i coraz bardziej ozdobną, swobodną, wdzięczną. Ach, z jakąż przyjemnością przeszedłby się był po tym pokoju, tam i z powrotem.
Nagle posłyszał, że drzwi na górę otwierają się, schody trzeszczą i kilka osób schodzi na dół. Słychać było śmiech pani Laury, głos jej narzeczonego i jeszcze jakiejś osoby. Obecność ostatniej najbardziej zaniepokoiła Barykę. Do licha! Któż to jest taki?
Tymczasem trzy osoby zstąpiwszy do holu, wesoło rozmawiały. Pan Barwicki żegnał się z narzeczoną prosząc ją usilnie, żeby się zaraz położyła — żeby nazajutrz nie męczyła się tak jak dni poprzednich, gdyż będzie na balu źle wyglądać. Trzecia osoba zapewniała go, że „Lola” zaraz się położy. Cezary domyślił się, że to mówi matka pierwszego męża Laury, stara pani Kościeniecka. Siedział skulony na swej kanapie i przechodził istne tortury głupiego niepokoju. A nuż ten Barwicki będzie w tym saloniku czegoś szukał... A nuż ta starsza jejmość... W istocie kroki czyjeś zbliżyły się do drzwi biblioteki. Weszła pani Laura. Uśmiechnęła się radośnie zobaczywszy tajnego gościa. Rzekła głośno:
— Palą tu zawsze lampę bez potrzeby!
Szybko przysunęła się do stołu i zdmuchnęła lampę. Barwicki zbliżył się również do drzwi biblioteki. Nastąpiły pożegnalne szepty i kontrszepty. Wreszcie narzeczony wyszedł do przedpokoju i na ganek. Wnet dał się słyszeć turkot odjeżdżającego pojazdu. Pani Laura wróciła do holu i rzekła do swej świekry:
— Och, spać, spać! Strasznie jestem zmęczona.
— Kładziesz się zaraz?
— Zaraz! Zamknę tylko drzwi od sionki. Dobranoc, mamo!
Cezary usłyszał muśnięcie pocałunku i szelest lekkich kroków. Pani Laura przeszła przez bibliotekę i z hałasem zamknęła drzwi, przez które wdarł się był do tego pokoju. Przez chwilę nasłuchiwała odgłosów stąpania starszej pani po schodach prowadzących na piętro. Później zbliżyła się do Baryki i znalazła w ciemności jego rękę. Ścisnęła jego dłoń w swej rozpalonej dłoni i pociągnęła go za sobą. Dmuchnęła po drodze w szkło lampy stojącej w holu i poprowadziła kochanka na piętro, niemal po piętach swej świekry. Stąpali obydwoje tak umiejętnie, stopa jednocześnie obok stopy, iż tylko jedno skrzypnięcie każdego stopnia dawało się słyszeć.
Na górze Cezary, pchnięty przez Laurę, wpadł we drzwi jej sypialni. Był to pokój duży i śliczny, jaskrawo oświetlony przez jasną lampę stojącą na parapecie okna. Rozległy dywan, miękki i puszysty, zaścielał większą część tego pokoju. Stały tu wytworne meble, wisiało dużo obrazów. W niszy, do połowy zasłoniętej piękną kotarą, widać było mahoniowe łóżko, nie rozebrane jeszcze i nakryte kapą.
— Czy pan nie ma kaszlu? — zapytała cicho.
— Nie.
— To niech pan tu wejdzie.
Cezary wszedł do sąsiedniego pokoiku, gdzie stało biurko z przyborami do pisania, a przed nim bujający się fotel. Baryka usiadł w fotelu i usłyszał z przerażeniem, że piękna pani z kimś rozmawia. Serce biło mu teraz nie na żarty. Lecz nacichło, gdy pojął, że to pokojówka rozbiera łóżko swej pani. Wkrótce ta pokojówka szepnąwszy sucho: dobranoc — zamknęła drzwi za sobą. Pani Laura przekręciła klucz w tychże drzwiach i otworzyła wreszcie skrytkę swego gościa.
Cezary wyciągnął ręce po zdobycz, owoc tak wielkiego męstwa i strachu.
Lecz zdobycz odsunęła jego ręce z szeptem:
— Czasem Barwicki wraca z drogi...
— Co takiego? Po co?
— Z nieutulonej tęsknoty do „swego anioła”.
— Czyżby śmiał i dzisiaj?
— Raz tutaj wrócił z drogi i siedział jeszcze dwie godziny.
— Głupiec!
— Głupiec, nie głupiec... Umówiliśmy się, że gdy odjedzie, ja zawsze będę siedziała w oknie dopóty, dopóki latarnie jego wolanta będzie w polach widać. Tak o to prosił! Tak błagał! Jest to potrzebne dla jego spokoju, dla ciszy jego narzeczeńskich, przedślubnych snów. Na znak czuwania, myślenia o nim, marzenia na jawie i tęsknoty za fiksatuarem jego wąsów, podkręcam i przygaszam światło lampy, gdy on odjeżdża i zdąża przez pola do szosy. Takie są nasze sygnały miłosne. A teraz — co pan ze mnie zrobił?
— Teraz — niech go wszyscy diabli prowadzą!
— Muszę podkręcać i przygaszać światło, bo gotów tu jeszcze wrócić.
— No, to ja będę pokręcał ten knot. Już ja mu to fajnie odstawię!
— To straszne, panie! To perfidia! A dlaczegóż nie ja?
— Pani przeszkadzają suknie... Suknie!
W rzeczy samej Cezary, stanąwszy przy szerokim, sklepionym u góry, wielkoszybym oknie, zobaczył w głębi nocy dwa kręgi światła latarni, posuwające się w poprzek ciemnej, nieprzebitej otchłani. Przykręcał z precyzją światło lampy na oknie, a po pewnym czasie wydobył znowu tak wielkie, że aż kopeć wybuchnął ze szklanego cylindra. Po chwili zaczął wyciągnięty knot wkręcać do środka rezerwuaru, wskutek czego światło omdlewająco zmniejszało się, niczym spazmatyczna miłosna ekstaza. Doprowadziwszy płomień lampy niemal do zupełnego zaniku Cezary jął podnosić go znowu do zenitu. Czynił to dotąd, dopóki dwa świetlne koła malejące w nocy nie znikły zupełnie... Wtedy dwa obnażone ramiona ujęły jego kędzierzawą głowę i odwróciły ją od okna. Śmiech radości zabrzmiał. Cezary stoczył się z podwyższenia przy oknie w objęcia czystego szczęścia.
Wielki dzień składkowej zabawy nadszedł wreszcie. Cała okolica dworska popadła w stan istnych drgawek. Fryzjerzy z Częstochowy, a nawet z miasteczek okolicznych ondulowali, fryzowali i czesali panie — jeżdżąc cugami pospiesznymi od dworu do dworu. Jeszcze przyprasowywano, zmieniano, wykańczano na ostatnią chwilę.
W Nawłoci, jak się okazało, Maciejunio był nie tylko mistrzem ceremonii, ale i fryzjerem nie lada! Wprawdzie jego pod tym względem pojęcia i zasady pachniały cokolwieczek epoką młodości Bismarcka, niemniej jednak kręcił żelazkiem, próbując jego siły na wargach, nader zgrabnie. Najpierw został przypieczony, oczywista, „Jaśnie-Hipcio”, później „gość”, wreszcie wbrew obłudnym protestom ksiądz Nastek — ażeby nikogo nie gorszyć — czut’-czut’, jak deklarował Maciejunio. Dwaj pierwsi byli w nowych frakach, leżących jak ulał na ich walnych i szykownych żołnierskich figurach. Ksiądz Nastek miał na sobie jakąś lśniącą spódniczkę, na to wdziany pewien rodzaj żupanika z sajety drogocennej, połyskliwej i delikatnej, o jedwabnych guziczkach — rozpiętego z przodu i związanego pod szyją jedwabnym sznurkiem z takimiż kutasikami. Na nogi ksiądz Nastek wdział połyskliwe lakiery ze stalowymi sprzączkami — a na łydki — do licha! — zupełnie damskie pończochy, sięgające aż do diabelnie wysoko wzniesionych tajemnic jego doczesnej powłoki.
Gdy Cezary Baryka przed wyjazdem obejrzał się ze wszystkich stron w dużym lustrze, musiał przyznać, że wygląda cwanie. Przypatrywał się sobie samemu jakby figurze nieznajomej. Był najzupełniej niepodobny do draba kudłatego i obdartego, który boso konwojował trupy na wzgórza pod miastem Baku, ani do podróżnika pod kożuchami na drodze z Charkowa do polskich granic. Nie tylko podobał się samemu sobie, ale nawet budził we własnym wnętrzu jakieś impulsy gwałtowne dla odbicia w lustrze niezrównanego eleganta i barczystego młokosa z podfryzowaną czupryną.
Gdy wszyscy trzej, „trzej uwodziciele”, zeszli się w pokoju Cezarego na chwilę przed wyjazdem, Hipolit na widok księdza Anastazego wybuchnął spazmatycznym śmiechem.
— Czego się śmiejesz, Hipek? — pytał kapłan, nie bez pewnego w głosie popłochu.
— Jakże się tu nie śmiać! Coś ty na siebie, klecho, nawdziewał?
— Jak to, co? Suknia.
— „Suknia”? Nie suknia, tylko sukienka, a właściwie spódniczka, a pod nią „halka”. Powinieneś był z przodu przyszyć sobie jaką falbankę dla ozdoby. Jeżeli można takie chwaściki pod brodą, to można i falbankę u dołu.
— Nie bądź no zbytnio złośliwy!
— Co mówisz? Albo zdejm te wszystkie księże kokieterie i wdziej frak, albo noś i na balu kapotę do ziemi, jak inni księża.
— Nie bądź no, Hipek, zbyt radykalny! Nie urodziłeś się i nie wyglądasz na Woltera.
— Już jest — Woltera! Kto ośmieli się kpić z ich kokieteryjnych chwaścików, którymi deprawują serca ziemianek, ten już jest poplecznikiem Woltera.
Spór się przerwał, gdyż zaturkotały głucho koła pojazdu z drugiej strony „Arianki”. Trzej, narzuciwszy paltoty, a szyje otoczywszy szalami, wskoczyli na siedzenia. Jakimiż to słowy wyrazić cię, szczęście zdrowej młodości, gdy się diabelnie tęgimi końmi jedzie na bal ziemiański w Polsce! Chłodna noc i wilgotne jej podmuchy owiewały rozmarzone głowy. Silne podniecenie, tęga erupcja niezwalczonej siły zdawała się ponosić chyżej niż parskające konie ku dalekim — dalekim światłom między ogołoconymi już drzewami. Lekkie, wesołe, a niekoniecznie przystojne piosenki sfruwały z warg młodych paniczów.
— Nastuś, braciszku, ty masz zamiar dzisiaj tańczyć? — pytał Hipolit.
— Tańczyć? To będzie zależało...
— Będzie zależało. A czy wam wolno jest tańczyć? Z kobietami?
— Słuchaj no — zobacz lepiej, czy masz w kieszeni chustkę do nosa.
Ksiądz mówił te słowa tonem mentorskim, jakby głosił jakąś zasadę moralną.
Gdy po przyjeździe do Odolan dwaj towarzysze wyprawy rozpierzchli się porwani przez znajomych ze swej sfery, Baryka wszedł do sali balowej i znalazł się w kole lśniącym i barwnym, stropił się i o mało nie cofnął. Przekonał się, że są sytuacje leżące gdzieś wyżej czy z boku od całej edukacji i zdobytej pewności siebie. Do takich należało zachowanie doskonałe i swobodne w pełnym salonie. Cezary usiłował ginąć w tłumie młodych ludzi. Ale nikogo tutaj nie znał, toteż z nikim nie mógł zawiązać swobodnej rozmowy. Przeciskał się, plątał, „pętał się” między swobodnie rozmawiającymi, potrącał, przepraszał, właził na lakierki...
Było to z dawna umówione w paragrafach organizacyjnych tego pikniku, iż nie będzie się anonsować przybywających ani z zasady prezentować wszystkich wszystkim. Było umówione w punktach niepisanych tegoż statutu, iż głównym i zasadniczym dążeniem jest obdzieranie wszelakiej grubej i wielkiej własności z walorów na rzecz wyżej powołanych „kadłubków”, a obdzierać wszelkimi znanymi tudzież nieznanymi sposobami karoty. Nikt tedy na nikogo nie zwracał uwagi. Bawiono się towarzystwami, okolicami, można by powiedzieć, gminami, parafiami osiedlenia. Rżnięta orkiestra już odstawiała swoją sztukę i kilka par już tańczyło w pustej przestrzeni ogromnej sali balowej.
Cezary trafił w swym pochodzie na puste krzesło i dla zamaskowania swej towarzyskiej prostracji i niewiedzy, jak się zachować, swobodnie usiadł. Ciągle myślał o tym, czy dobrze trzyma ręce, czy należycie ustawił swe bolszewickie nogi. Oglądał innych przedstawicieli typu „młodzież” — i stosownie do otrzymanego wrażenia kształtował swe kończyny. W pewnej chwili płomień żywego ognia przeleciał przez jego ciało — od czuba głowy do wielkich palców w lakierkach — pani Kościeniecka weszła na salę. Była w wytwornej balowej sukni, której różowy atłas, z lekka przeświecający spod koronek, nadawał jej urok nowy a nie widziany. W tej sukni była szczuplejsza i jakby wyższa. Bardzo odsłonięte ramiona i plecy ukazywały zachwycające linie jej młodocianego szkieletu i nadobnego ciała. Cezary nie chciał wierzyć swym oczom i doznawał wybuchów rzetelnego szczęścia na widok nieomylny, że to jest właśnie ona. To duma, pysznienie się w tajemnicy przed sobą samym jej niezrównaną urodą, to jakiś ściskający, wysysający żal przejmował go z nagła. Obok niej szedł wyfraczony, wyelegantowany, lśniący lakierami, gorsem, ogolonymi policzkami i to jedną, to drugą z wypomadowanych półkul czarnych włosów — narzeczony, Barwicki.
Pani Laura rozmawiała, witała się, uśmiechała. — Usiadła. — Powiodła wesołymi, roziskrzonymi oczyma po rozległym salonie, który się stale zapełniał. Oddawała ukłony, ukłony, ukłony. Uśmiechy i uśmiechy. Odpowiedziała również ukłonem wesołym na ukłon Cezarego. Ale oczy jej nie zatrzymawszy się ani przez sekundę pobiegły dalej... Wiedział, że tak być powinno, tak być musi, a jednak ostre ukłucie, bolesne żądło pszczoły-żalu zatopiło się w jego uczucia. Starał się nie patrzeć w jej stronę, głównie w tym celu, żeby nie widzieć „idioty” Barwickiego, który do swej narzeczonej ciągle się — „idiota!” — nachylał i ciągle coś — „idiota!” — szeptał.
Tymczasem weszło na salę całe towarzystwo nawłockie: pani Wielosławska, wujcio Michał ze swymi grubymi i obwisłymi wąsami, szczególnie odmieniony we fraku, obiedwie ciotki — Angelique i Victoire („Ach, te stare zwaliska!”... — jak śpiewał wyrodny siostrzeniec, Hipolit) — wreszcie Karusia, a nawet, zabrana przez litość nad tym biedactwem, odziana w sukienkę naprędce spreparowaną, panna Wanda Okszyńska. Wszystko to przygrzmiało dwoma ogromnymi powozami, a teraz pokazywało światu, co to jest i co znaczy — Nawłoć. A więc dostojne miny, doskonałe formy, zadarte głowy i uśmiechy sprzed lat trzydziestu pięciu. Z wyjątkiem, oczywista, przybłąkanej Karoliny, no i panny Wandzi, która patrzyła w przestrzeń struchlałymi oczyma, nie widziała nic i nikogo, i gotowa była dać drapaka, gdyby nie to, że buńczuczna Szarłatowiczówna mocno ją trzymała za rękę. Obiedwie dostrzegły w tłumie męskim Barykę i obiedwie doświadczyły tego, czego właśnie on doświadczał na widok pani Kościenieckiej.
Lecz i Cezary był rad ze zjawienia się tych panien. Tknięty nagłą rezolucją, zaledwie usiadły, wstał ze swego miejsca, zbliżył się szarmanckimi ruchy, których go długo i usilnie uczyli metrowie tańca w Baku, i poprosił pannę Karusię do shimmy. Ponieważ środek sali był jeszcze dosyć pusty, zwrócił uwagę na siebie i na tancerkę. Zza ramion tancerki mógł do woli patrzeć na Laurę Kościeniecką. W tym tańcu monotonnym i nudnym mógł to zbliżać się do tamtej, to się od niej, jak od źródła radości, oddalać. Mając przy sercu swym serce niedotknięte przez uczucie miłości, serce, co tempem oszalałym pierwszy raz biło dla niego, pierwszy raz doświadczając rozkoszy tego uczucia — łącząc się niemal spazmem cielesnym z Karoliną, gdy dzieliły go od niej tylko wątłe suknie, a rytm i nakaz tańca poddawał mu ją fizycznie, zamierał z tęsknoty za Laurą. Oddalając się od tamtej gorzał z miłości, z trwogi, z żalu, z nienawiści, z gniewu, które mu dech zapierały, gdy Barwicki coś tam szeptał jej do ucha. Ach, usłyszeć, co szeptał!...
Lecz inne oczy widziały jego osobę, taniec i odczuwały tę samą zapamiętałość! Były to oczy Wandy Okszyńskiej. Sala z jej lśniącym parkietem była dla niej przepaścią bez dna, czarną otchłanią, w której wirował ten płanetnik przyciskający do łona, łączący swe piersi, uda i nogi z piersiami, udami i nogami Karoliny Szarłatowiczówny. Ona przecie doskonale wiedziała, co się poza zewnętrzną formą tego tańca kryje, czym oni taki taniec kończą i o czym, tańcząc i uśmiechając się ciągle, myślą i marzą. Ona jedna znała tajemnicę, sekret, treść potwornej formy tańca tych dwojga. To, co widziała na własne oczy, było tak uderzającym odkryciem cielesnych sekretów, zabójczego dla niej misterium, nieskromnego zbliżenia się ciał, iż wprawiło ją w nieustanne szaleństwo. Teraz się to znów przed jej oczyma powtórzyło. Teraz ta sama tajemnica spadła przed jej oczy.
Panna Wanda siedziała smirno na stołku — jak podczas rekolekcji — gdzie ją los wśród tego balu porzucił, a w gruncie rzeczy niosło ją przez pustkę rozpaczy. Suche łkania rozdzierały jej młode serce. Wilcze kły i tygrysie pazury zazdrości ćwiertowały jej upodobanie, wszechwładnie nad nią panujące. Krzyk zamierał na jej wargach, ślepy płacz zatykał jej gardło. Uśmiechała się wciąż przyprawionym uśmiechem, a ciemność coraz grubsza spadała na jej oczy w tym salonie buchającym od świateł. I oto w tej ostatecznej prostracji — wyjście jakieś przebłysnęło. Ulga się kędyś objawiła w twardym serca kamieniu. Głos, niejaki pocieszyciel, wabiący doradca, skinął na nią w mrokach. Była to nienawiść do tej Karoliny.
„Poczekaj!” — szepnęła do swej rywalki panna Wandzia, nie umiejąca tabliczki mnożenia.
Nareszcie po wielokrotnych tam i sam posunięciach, z jednego w drugi koniec salonu, Cezary posadził pannę Karolinę. A ledwie osuszył na czole spracowanym pot kroplisty naperfumowaną chustką z monogramem Hipolita Wielosławskiego, ruszył do pierwszej z brzegu panny „z sąsiedztwa”. „Wytrząsał” z tejże „koszulę” wielokrotnie. Posadził. Zaraz ruszył — o litości! — do ciotki Anieli.
Ta powitała jego jałmużnę niemal okrzykiem. Obiedwie ciotki jeszcze tańczyły. Obiedwie miały na swych szkieletach, zwiotczałych mięśniach i obwisłych skupieniach tłuszczu modne suknie. Ich zwiędłe szyjska i ohydne piersi były nakryte już niemodnymi w tych czasach biustami tudzież quasi-szyjami z pewnej sztucznej masy, naśladującej wydatność, młodość i gładkość cielesną. Za pomocą aksamitek przykrywających miejsca spojenia sztucznych szyj z prawdziwymi i za pomocą mnóstwa istnej profuzji pudru zasypującego fabrykaty piersi, w sztucznym świetle wieczorowym ciotczyska liczyły jeszcze na omamienie ludzkości. Same, jeszcze raz — któż wie, czy nie ostatni z ostatnich? — marzyły i w rzeczywistości przeżywały marzenie o minionym na zawsze raju miłości, a raczej — jeśli mówić — do licha! — prawdę — o minionej na zawsze możności kojarzenia się cielesnego.
Cezary nie przez litość bynajmniej i nie dla dogodzenia ich złudnym a daremnym zachceniom popychał tam i ciągnął nazad, „wytrząsał” i rozprażał najprzód ciotkę Anielę, a później Wiktorię, a nie przez kurtuazję budził w obydwu niezdrowe upały. Była to jego droga do ubóstwianej. Nie chciał narzucać się. Wściekał się na nią za rozmowy ze wszystkimi, a nade wszystko za śmieszki i poufne półsłówka z „tamtym”. Krążył koło niej, wywijając to tą, to tamtą spódnicą. Zresztą najłatwiej mu było patrzeć na Laurę w czasie tańca, zza ramion czy znad ramion tej albo tamtej. Po obtańczeniu szeregu panien, mężatek, wdów i rozwódek przyszła kreska i na Wandę Okszyńską. Gdy Cezary skłonił się przed nią, usłyszał cichutki głosik:
— Proszę pana...
— Słucham, panno Wando...
— Proszę pana... Ja nie umiem tańczyć!
— Umie pani. Ja tak poprowadzę, że się pani naumie.
— Nie mogę! — westchnęła.
— Ależ to łatwe jak tabliczka mnożenia! Jak to? Odmówi pani mnie, który grywam z panią na cztery ręce?
Omdlewającym ruchem podniosła się i stanęła. Gdy ją ujął, gięła się w jego ręku jak mantyla przewieszona na łokciu, albo ją trzeba było taszczyć po podłodze jak worek kartofli. Niezgrabnie i nie do taktu chodziła po sali, przygarnięta przez jego ramię.
Zajęty swą popędliwością miłosną, nie wiedział, co się z nią dzieje. Nie wiedział, jak nieugaszony szał rozbudza w tej dziewczynie, gdy ją tak wobec wszystkich przytula do swych bark, a jej młode, twarde, niedojrzałe, lecz już ozdobne piersi przyciska swymi piersiami. Lecz dygowanie panny Wandzi zbytnio go męczyło po niemałej już przedtem pracy tanecznej, więc ją odprowadził do krzesła i usadowił. Wtedy co prędzej zwrócił się w swoją stronę. Właśnie pani Laura była przez chwilę wolna. Skłonił się przed nią. Skoro się tylko podniosła, usłyszał szept jej, płynący w jego ucho, niczym kordiał rozkoszny:
— Czarusiu! Czarusieńku! Czarnoksiężniczku mój! Jesteś dziś piękny. Jesteś przepiękny. Włosy masz wytwornie ufryzowane. Jesteś zgrabny. Jesteś najzgrabniejszy ze wszystkich. Jesteś mocny, silny, wysmukły. Jesteś przesubtelny. Pachniesz! Ślicznie ci w tym fraku. Całuję twoje kręcone włosy. Całuję twoje oczy. Całuję twoje usta. Kocham cię, Czarusiu! Kocham cię całego, miękkiego, sprężystego, mocnego, wysmukłego! Kocham cię do szaleństwa! Kocham cię na śmierć, śliczny Czarusiu!
Pani Laura nie mieściła się w swej skórze. Wśród poruszeń rozpalających krew w żyłach, wśród posunięć, przegięć i wywzajemnień, dopełnień i pociągnięć cielesnych tańca mówiła mnóstwo niezliczone pochwał, pieszczot słownych, pogłaskań i uściśnień dwu-, jednosylabowych, których tutaj — niestety! — wskutek nakazu przystojności publicznej odtworzyć nie można.
Cezary był ponury i głucho zawzięty. Mruknął gniewnie:
— Rozmawiasz wciąż z tym grubasem.
— Muszę...
— To jest nie człowiek. To istny burżuj. Byk z wąsami. Ty możesz patrzeć na jego wypomadowaną głowę? Ja nawet z daleka nie mogę znieść tego byka.
— Czarusiu! Czarusieńku! Czarnoksiężniczku mój! Nie myśl o żadnym byku. Nie patrz na niego. Ty jesteś jeden, jak jedno jest słońce na niebie.
— Jeżeli to jest prawda, że mnie lubisz, to jakimże, u licha, sposobem możesz rozmawiać z tym bęcwałem?
— Mówiłam ci już wtedy — Czaruś — wtedy — pamiętasz? — wtedy — że muszę.
— Nie pamiętam...
— Już nie pamiętasz? On jest bogaty, ma pieniądze po bracie, który bezpotomnie umarł. Może spłacić belle-mère’ę, która stopudowym ciężarem wisi na Leńcu. Byłabym niezależna. Uwolniłabym się. Muszę!
— No, to i ja muszę z nienawiścią patrzeć na niego.
— Nie myśl teraz o tym, Czarusiu, Czarusieńku...
— Myśl o tobie łączy się z myślą o nim. A ja o tobie myślę i myślę. Dniem i nocą! Tylko ciebie na tej ziemi widzę! Tylko ciebie, zawsze i wszędzie! Ja szaleję bez ciebie! Ty, Lauro! Kiedy?
— Ach, kiedy... Obmyślę. Może dziś. Posadź mię teraz, a potem znowu tańcz ze mną...
— Jeżeli ten burżuj jeszcze raz nachyli się do ciebie i będzie szeptał... Co on szepce? Jak śmie szeptać? Jeżeli jeszcze raz będziesz się uśmiechać, gdy on zacznie szeptać, to zrobię taki skandal, że tu wszyscy wylecicie jak z procy.
— Bolszewiku!
Pani Laura usiadła na swym miejscu właśnie wtedy, gdy wtoczono do sali balowej na ruchomym fotelu pana Storzana. Ubrany we frak, biały krawat i kamizelkę, uczesany i swobodny — gospodarz Odolan robił głębokie wrażenie na swym łóżku ruchomym, z bezwładnymi nogami, okrytymi lekkim szalem. Całe towarzystwo skupiło się obok niego. Wrzucając wciąż i wypuszczając monokl z oczodołu, pełnego ciemności, pan Storzan witał wszystkich dawnym eleganckim gestem i miłym uśmiechem. Poruszał rękoma i zdawało się, że szasta znieruchomiałymi nogami.
— Cieszę się — mówił do dam, które go otoczyły — że na tym dzisiejszym zebraniu mogę służyć przynajmniej za jego emblemat, za symbol.
— Jaki? Jaki emblemat? Jaki symbol? — dopytywano się ze wszech stron.
— Jestem emblematem tych wszystkich „kadłubków”, których ta zabawa ma wesprzeć. Proszę o kieliszek...
Pan Storzan ujął kieliszek, który jeden z sąsiadów podał mu niemal na klęczkach, drżącymi palcami objął jego wysmukłą nóżkę, z trudem podniósł go do góry swą suchą ręką i z wytwornym uśmiechem, pełnym w tej minucie skupionego, jakby symbolicznego cierpienia, rzekł do otaczających:
— Piję za zdrowie bohaterów naszej ziemi, którzy w obronie jej wolności, w obronie naszej wolności potracili ręce albo nogi!
Wypito ten toast w uroczystym milczeniu, wśród grozy ogólnej, ze łzami w oczach. Wejście gospodarza, a zwłaszcza ten jego posępny toast, przerwało tańce. Część towarzystwa przechodziła do sali jadalnej, gdzie były przygotowane arcysmaczne zakąski. W tym to czasie pani Wielosławska podeszła majestatycznie do panny Wandy Okszyńskiej, bez słowa ujęła ją pod rękę i poprowadziła przez ciżbę osób. Wanda Okszyńska była najpewniejsza, że ta przepotężna w jej mniemaniu dama widziała swoim jaśnie wielmożnym sposobem na wskroś jej myśli, uczucia, haniebne zamysły i obmierzłe żądze, a teraz wyprowadza ją do drzwi tego pałacu, w celu wypchnięcia poza społeczność ludzką, na dziedziniec ciemny i pełen starych furmanów z batami. Tymczasem pani Wielosławska przyprowadziła ekspensjonarkę znacznie bliżej — do klawiatury czarnego, drogocennego fortepianu, który stał na małym podwyższeniu w rogu salonu. Tu „pani dziedziczka” posadziła pannę Wandzię na okrągłym taborecie i szepnęła jej do ucha tonem nie znoszącym sprzeciwu, rozkazującym i władczym:
— Zagrasz, co umiesz najlepiej. Ale żebym się za ciebie nie potrzebowała wstydzić! Uważaj, żebyś mię nie skompromitowała! Rozumiesz! Pomyśl sobie, co za osoby cię słuchają. Masz grać świetnie, jak umiesz najlepiej. Pomódl się cicho i graj!
— Rozumiem, proszę pani dziedziczki, ale nie wiem, czy potrafię... — szepnęła panna Wanda.
Położyła ręce na białych klawiszach tego świetnego fortepianu i trwożnie uderzyła w nie raz, drugi. Posłyszała dźwięki doskonałego instrumentu. Te poszczególne dźwięki wpadły w nią i przeleciały wskroś, niczym światło rozpraszające ciemności. Zapomniała o tym, że jej słuchają tak morowe osoby, zapomniała nawet o tym, że jest w tak nadzwyczaj dużym salonie, pełnym znakomitego państwa. Sama natychmiast przeistoczyła się w coś innego niż przed chwilą — w czarodziejskiej muzyki instrument boży. Już nie drżała tym drżeniem wielkim, przerażeniem dziewczyńskim na myśl, iż „osoby” słuchać będą muzyki jej, o której wartości właśnie absolutnie zwątpiła. Usłyszawszy duszę swej duszy, muzykę, wyzbyła się zalęknienia. Odeszła od niej martwota rąk. Poczuła znane jej, swoje własne, szczególniejsze zimno w krzyżu i w końcach palców u nóg — jakoby narzędzie swej siły, którą już władała do woli. Wyprostowała się. Zasiadła lepiej, niczym królowa na majestacie. Włosy jej przebierać się zdawał, podnosić i miotać w górę ogień niematerialny. W całej istocie z minuty na minutę rozpościerała się, świadoma swej potęgi, władza duszy, widząca od pierwszej do ostatniej nuty całość mistrzowskiego dzieła, które przed sobą dostrzegła. Palce jej stały się podobnymi do tych chybkich i potulnych młotków, obitych zamszową skórą, które w ruch wprawiała wewnątrz czarnego pudła — do tych demonów wybiegających ze swej nicości, ażeby według jej woli oddać swój głos i znowu zapaść się w nicość. Pedał czekał na jej słabą stopę, ażeby podwyższać pieśń i aż do dna otchłani dosięgnąć głosem bezdennych wyrzeczeń basu. Nieśmiała i niezdecydowana panienka, stała się zuchwałym duchem, który się waży na walkę z przemożnymi uczuć potęgami. Jak tajemniczy ptak, który na stosie z mirry sam się palił i z popiołów własnych odmłodzony powstawał, tak samo w duszy jej polatać zaczął radosny feniks miłości, wielobarwny, zrodzony na stosie ze wszystkich jej uczuć, którego lotu nikt z ludzi przewidzieć nie zdoła. Ona jedna znała dokładnie lot tego wielobarwnego nietoperza z czerwonymi na tle głowy piórami. Ona jedna śledziła go w ciemności i oddawała jego loty, bieg jego wysoko i nisko, tuż-tuż i daleko. Grała pieśń pięknemu, na poły znanemu młodzieńcowi, w którym się, jak to mówią, na śmierć zakochała. Opowiadała tonami mistrza nieśmiertelnego dzieje miłości swej, wszystkie udręki i treść swego cierpienia, skrytki i zaułki uczuć, przesmyki ich i przejścia tajne, doły jej ciemne i straszliwe oraz niebiosa radości roztoczone nad głową, gdy on się zbliża. Grała spółmiłośnicy, Karolinie, wyznanie nienawiści i głębokie, straszliwe ostrzeżenie...
Gdy panna Wanda grać zaczęła, w jednę z ostatnich sonat Beethovena wkładając swe uczucia, a na salach powstało znaczne zamieszanie — jedne bowiem osoby wchodziły, a inne wychodziły, te siadały, a tamte tłoczyły się we drzwiach — nastręczyła się właśnie najstosowniejsza chwila. Pani Laura skinęła lekko brwiami w stronę Cezarego i nie patrząc więcej w jego stronę wyszła niepostrzeżenie z sali balowej. On, zamiast słuchać inkantacji muzyki, która go przyzywała i wabiła, wyszedł chyłkiem w innym, co prawda, niż pani Laura kierunku, lecz dążąc do tego samego, wskazanego mu celu.
Były jednak oczy, które wyśledziły to obopólne wyjście kochanków, aczkolwiek wyszli różnymi drzwiami. Karolina Szarłatowiczówna, która żyła w stanie nieustającej euforii, pewna, jak zapisał, że Cezary jej sprzyja, boć tyle razy z rozkoszą ją całował, śledząca niczym najbystrzejszy szpieg i najzmyślniejszy detektyw każde jego spojrzenie, dojrzała ze strasznym zdumieniem, raz, drugi, trzeci, dziesiąty, setny spojrzenia jego oczu zwrócone na piękną wdowę. Poczęła śledzić uśmiechy i spojrzenia tamtej. I wszystko wypatrzyła. Nie słysząc słyszała wyrazy, które do siebie w tańcu szeptali. Zrozumiała owo drgnienie brwi pani Laury. Spostrzegła, jak on się wymknął z sali.
Cios katowski mieczem w szyję, uderzenie zbója nożem w serce, nie poraziłyby tak jej duszy jak to odkrycie. Zleciała ze swej tarpejskiej skały. To było coś gorszego niż zrabowanie jej rodzinnego domu przez bolszewików. Nie mogła się ocknąć ze strasznego snu, w który popadła niespodzianie. Patrzyła na ludzi śmiejących się, wesołych, rozbawionych, jacy byli dookoła niej przed chwilą, i nie rozumiała, gdzie się podzieli. Rozpacz pchnęła ją z miejsca, przeprowadziła przez salony i sienie, dokądś, na taras. Karolina zeszła po stopniach mokrych i śliskich. Tak jak była, w lekkiej sukni balowej, pobiegła w ogród. Szła jakąś aleją, co chwila roztrącając się o pnie wielkich drzew, które wysoko — wysoko głucho huczały. Odtrącana przez pnie stojące szeregiem, trafiła na inne, stojące drugim szeregiem. I ten, i ten szereg odrzucał ją od siebie.
— O Boże! — wzdychała Karolina plącząc się między pniami w prawo i lewo. Długo tak szła w nocy, zabita na duszy i nie wiedząca, co się z nią przydarza. W pewnej chwili usłyszała cichą rozmowę. — Szept. — Trafnym instynktem, nieomylnym jasnowidzeniem miłosnego nieszczęścia dorozumiała się, że to on rozmawia tutaj z Laurą. — Nasłuchiwała. — Ucichło. — Wiatr huczał. Pewnie jej białą suknię spostrzegli... Wtem tuż koło niej przesunęło się szybko coś złowieszczego, przeraźliwego. Zagadka jej nieszczęścia zgęstniała, zbita w upiór nocny przewinęła się tuż koło niej. Otarła się o jej suknie. Karolina wbiła wzrok w ciemność i zobaczyła, zaiste, źrenicami sowy, posłyszała uszyma kota, a odczuła własnymi nozdrzami zapach perfum Laury. To oni przeszli obok niej. Oni oboje. Czarni, pachnący, w milczeniu. Mara przeklęta! Przeminęli jakoby jeden upiór we dwu osobach. Znikli w mroku niedosięgłym dla siły widzenia — niedostępnym dla słuchu. Nie mogło już pochwycić ich obecności powonienie. Karolina sama została. Objęła rękami zimny pień drzewa, który napotkała na swej drodze, i w jego martwe piersi wylewała długo przeklęte łzy odtrącenia. Wiatr nad nią huczał.
Kiedy Karolina Szarłatowiczówna, do szpiku kości przemarznięta, wróciła z parku do sal oświetlonych, już skończyła się muzyka Wandy Okszyńskiej. Wyklaskano ją od fortepianu, żeby przypadkiem znowu nie zamierzała beethovenować. Orkiestra zagrała. Tańczono. Cała wielka sala pełna teraz była par posuwających się tam i z powrotem do taktu shimmy. Później tańczono „barbarzyńskie” tańce: mazurka, oberka, krakowiaka. Pewien młody szlachcic cudów dokazywał w wichrowatym oberku, ku powszechnemu aplauzowi — ale bez naśladowców. Już młodzi i starsi tancerze wypili byli coś niecoś. Gwar się wzmagał, śmiech wszędzie brzmiał.
Karolina była wciąż zmarznięta. Trzęsła się z zimna i wnętrzności w niej drżały. Nie przyszło jej do głowy, by się czegoś napić. Siedziała na krześle patrząc w tłum z uśmiechem jakby wprawionym w oblicze. Z nagła posłyszała swe imię. Ksiądz Anastazy mówił z przejęciem:
— Karusia! Dziecinko! Musisz nam zatańczyć, kochanko! Ukrainko najdroższa! Musisz! Na pamiątkę tej złotej Ukrainy... Nie macie państwo pojęcia — tłumaczył stojącym dookoła — co to za cudo, gdy ona tańczy. Karolino! Musisz!
— Panno Karolino! Karolino! Panno Karusiu! — wołano tłumem. Sama ciotka Wielosławska zbliżyła się i dawała znać oczyma, że należy zatańczyć, skoro tak wszyscy proszą.
Nie mogło być chwili gorzej wybranej. Karolina ścierpła na samą myśl, że teraz ma tańczyć solo tego zawadiackiego kozaka... Chciała już kategorycznie odmówić, lecz z nagła dostrzegła w tłumie Cezarego. I on także prosił, żeby tańczyła. Zatrzęsło się w niej serce od pańskiej, władczej, ukrainnej, kresowej dumy. Spojrzała w jego stronę i wycedziła przez zęby:
— Z przyjemnością, jeżeli sobie państwo tego życzą. Ale sama mam tańczyć? Jest tutaj pan Baryka, który świetnie tańczy kozaka. Może zechce ze mną zatańczyć...
— Baryka! — huczał Hipolit, już dobrze podpity. — Cudnie tańczy kozaka Baryka. Czaruś, bracie, stawaj! Najcudniejsza Kozaczka z dzikich pól, patrz, wygnana z ojczyzny swej, prosi cię, żebyś jej przypomniał, jak to tam było...
— Panie Baryka — rzekła Karolina — proszę mi przypomnieć, jak to tam było...
Cezary wystąpił z tłumu i stanął w pustym kole. Karolina przybrała pozę i wykwitła naprzeciwko niego. Hipolit Wielosławski rzucił się do fortepianu i począł z rytmicznym naciskiem odwalać wściekłe takty kozaka. Baryka rozpoczął taniec. Ująwszy się pod boki, w skokach zbliżał się do Karoliny raz prosto, raz bokiem albo zataczając półkola. A stanąwszy tuż przed nią, wykonywał bardzo zgrabne przytupywania. Skoro, powtarzając swe ruchy i skoki poprzednie, cofnął się na miejsce, Karolina ujęła się również pod boki i odrzuciwszy w tył głowę poczęła naśladować jego ruchy. Suche jej stopy w lakierowanych pantofelkach, w jedwabnych pończochach migały jak mgnienie samego światła, gdy ze swego miejsca przebiegała pustą przestrzeń zdążając ku tancerzowi. Wnet oboje zawtórowali sobie, coraz to żywsze, gwałtowniejsze, szaleńsze wykonywując ruchy nóg i przysiadania a poderwania się z ziemi.
W tańcu Karoliny był istny arcywzór zgrabności i powabu. Był to jak gdyby obraz nagłej napaści i zdradzieckiego wypadu, którego ofiara ucieka równie zdradziecko i nagle. Usta jej były boleśnie uśmiechnięte, oczy świecące jak gwiazdy, białe zęby lśniły wśród warg dziewiczych, a całe ciało miotało się i szarpało w niezwalczonej pasji, wepchnięte w sidła melodii dzikiej i nieokiełznanej. W ujęciu się pod boki, przysiadaniu i niepochwytnych dla oka rzutach nóg była niezmiernie kusząca i powabna melodia jej młodego ciała. Sama tancerka doświadczała niesamowitej rozkoszy w tym narzucaniu się przed oczy tancerza ze swymi ślicznymi piersiami, sprężystym, wklęsłym brzuchem i wysmukłymi nogami. Hardo, wyniośle i wyzywająco miotała przed jego oczy swe małe stopy, wynurzała i chowała swe piersi. Głowa jej była dumnie zadarta i w tył odrzucona. Oczy ciskały tysiąc pokus i tysiąc przekleństw w oczy złoczyńcy i zdrajcy.
Oparta o pudło fortepianu przypatrywała się tym dwojgu Wanda Okszyńska. Przymrużone jej oczy mierzyły każdy skok Cezarego i Karoliny i liczyły każdy uśmiech obojga.
Z drugiej strony pustego tanecznego koła wdzięcznie rozparta w złocistym fotelu, widoczna w całej swej krasie, powabie i ponęcie siedziała Laura Kościeniecka. I ona mierzyła każdy krok, skok, ruch, każde przegięcie się, zniżanie się i wzlot do góry „jej” Czarusia, Czarusieńka, Czarowniczka... Jeszcze miała w uszach huk wiatru wśród nagich konarów grabowej alei. Jeszcze z ramion jej nie wytchnęło przenikliwe zimno jesienne i zdrętwienie pleców od zetknięcia się z lodowatymi szorstkimi deskami ławki omszałej w czeluści czarnej altany. Jeszcze miała na ustach woń jego ust, na piersiach jego ciężar upragniony, radosny i błogi, a wewnątrz siebie, w cieśniach tajemnych ciała — płomienny, gorący, darzący cichą i tkliwą uciechą owoc potężnej jego rozkoszy. Teraz wprawiał ją w zachwyt swym tańcem, swym lotem, swą niespożytą, pulsującą i ruchliwą siłą. I czuła go w całej swej istocie jako ruch i skok, który nad jej wolą tu i tam lata niczym wielobarwny zygzak piorunu.
Właśnie wtedy narzeczony, pan Barwicki, nachylił się nad nią i czynił jej do ucha cierpkie uwagi o niewłaściwości tańczenia w polskim zebraniu kacapskiego tańca. Uwagi jego były najzupełniej słuszne, bardzo dobrze sformułowane, ściśle i trafnie ujęte w złośliwe aforyzmy. Narzeczona akceptowała w zupełności kąśliwe uwagi narzeczonego. Podzielała jego oburzenie. Gotowa nawet była protestować, boć jako inicjatorka i gospodyni tego pikniku... Lecz nie wypada. Jej samej nie wypada. Zwróciła uwagę narzeczonego na okoliczność, że przecie to sami Wielosławscy — matka, Anastazy, Hipolit — zaproponowali tańce tego przybłędy, tego jakiegoś Baryki. Gdzie oni go wykopali, tego chłystka, Barykę? Także nazwisko! Nieprawdaż, dzióbku?
Tymczasem „chłystek”, choć tak sprężysty i silny, musiał przecież przerwać prysiudy i uwolnić od tychże pannę Szarłatowiczównę. Skoro zaś kozak się skończył, kapela znowu poczęła grać murzyńskie tańce i cała sala napełniła się posuwistymi figurami. Teraz zabawa sięgała swego zenitu. Z jadalni (a raczej pijalni) dochodził mniej arystokratyczny chaos głosów. Ktoś tam już śpiewał wysokim barytonem, przypominającym śpiew kół tramwaju na zakręcie w mroźny poranek. Słychać było nawet krzykliwe sprzeczki indywiduów podpitych. Hipolit i ksiądz Anastazy zjawili się we drzwiach sali balowej i poczęli dawać znaki Cezaremu. Ruszył ku nim, przeciskając się przez tłum roztańcowany.
— Dlaczego ty nic nie pijesz? — pytał Hipolit wybałuszając zamglone oczy i czepiając się rękami bezradnymi nie tylko sąsiadów, lecz i sąsiadek.
— Owszem, piję.
— Nic nie pijesz i nic nie jesz. Ciągle tańczysz i tańczysz. My pijemy, a ty nie pijesz. Jakieś kozackie kozaki wytańcowujesz. Co to jest?
— Przecież to ja go namówiłem... I ty także!... — perswadował wikary.
— Do diabła! Klecho, do diabła! Wiem, co mówię. On nami gardzi. Wiem, i już! Nie chce z nami pić, bo my jesteśmy burżuje, a on wielki bolszewik. Nie przeszkadzaj mi, smarkaczu! Czarny jezuito, pomidorze! Wiem, co mówię. Czaruś, bracie! Pamiętasz?
— Pamiętam, Hip! Nie ma o czym...
— Między Łysowem a Patkowem, w lesie Rogaczu. Tu łączka, tam dwór, tu droga. Ja leżę w rowie i nie widzę ani łączki, ani lasu, ani dworu, bo mię ta ryfa moskiewska sztykiem w bandzioch. A dopiero czuję: ktoś się podsadza pode mnie. Na barana mię i w dyrdy przez tę łączkę w dole, przez mostek do Patkowa! Bracie! Pij ze mną, bracie rodzony! Rodzony bracie, Czaruś Baryka!
— Dobrze, wypijemy!
— Ty, klecho, czarny jezuito — precz! Jeszcześ tu! Pomidor — won! Pijemy! Czyś ty wąchał proch, pomidorowy jezuito? Siedziałeś w mysiej dziurze u Pana Boga za piecem, a zęby ci szczękały ze strachu, kłap-kłap-kłap... Ja cię znam! Teraz się dopiero wylakierowałeś... To nie sztuka, bratku!
— Oto są skutki wychowania w moskiewskim gimnazjum... — mruczał do otaczających ksiądz Anastazy.
— Będziesz tu jeszcze ze swym Chyrowem wyjeżdżał! O, to już nad moje siły!
— Cicho, Hip! Jakże można tak na brata nastawać...
— Co to za brat! To klecha. W Chyrowie się po łacinie spowiadał. Piję z tobą, a ten precz!
— Piję i ja z tobą! — wołał Cezary, czynem stwierdzając słowne zapewnienie.
— Co to za picie! Gardzisz mną, niby z tej racji, że ja jestem szlagon, niby burżuj, a ty czerwony bolszewik. Och, grubo się mylisz, Czaruś... Grubo! Rozkraj serce moje, rozkraj serce, a zobaczysz...
— Czaruś, pijże i ze mną! — nastawał ksiądz Anastazy. — Nie słuchaj, co ten libertyn o mnie wykrzykuje. To jest skutek moskiewskiego wychowania. Po prostu — moskiewskie wychowanie i kwita!
— Piję z tobą, księże dobrodzieju.
— Precz, czarny! Widziałeś, Czaruś, jaką to sutannę włożył... Atłasy z wierzchu, a pod spodem plecy pomidorowe. A bas la calotte! — począł krzyczeć Hipolit tak ochrypłym głosem, że wszyscy w tej rozległej pijalni zwrócili się ze śmiechem w jego stronę.
Ale Hipolit w tej chwili już mało co widział. Machał rękami i ruszał nogami bezskutecznie, bo nie mógł stawiać kroków. Siadł na stole i zwiesił głowę na piersi. Przyjaciele, sąsiedzi, znajomi ujęli go pod ręce i opierającego się z całej siły potaszczyli dokądś w zadymioną przestrzeń.
Na placu został ksiądz Anastazy. Ten poczuł się w obowiązku zastąpienia Hipolita. Pili we dwu z Baryką, raz w raz całując się i bez przerwy dysputując. Dysputa była teologiczna, nafaszerowana i naszpikowana takimi subtelnościami, że wreszcie nie wiadomo było kompletnie, czego dowodzi wikary, a co zbija Cezary. Podnosili głos coraz wyżej, czepiali się byle słówka, obrażali się i znowu przepraszali wracając do meritum dysputy, do jądra rzeczy, do samej istoty sporu. Lecz wkrótce nadszedł moment fatalny, nie mogli się zorientować, o co właściwie spór się toczy. Z tej rozterki wybawiła ich pewna wspólnie ulubiona piosenka. I oto obadwaj zaczęli śpiewać. Lecz i ze śpiewem nie szło dobrze. Wkrótce każdy śpiewał co innego.
Tak stały sprawy, gdy Cezarego powołano przez posły do sali balowej. Poszedł rezolutnie. Pani Kościeniecka chciała go widzieć. Stanął przed nią z zamiarem tańczenia, lecz ujrzawszy tuż obok pana Barwickiego wyprostował się i począł cedzić przez zęby krajowe i cudzoziemskie wyrazy, rozmaitego pochodzenia, lecz przeważnie bakińsko-rosyjskie, tureckie, perskie, gruzińskie i zgoła portowe. Na szczęście dopomożono mu do zmiany kierunku. Podtrzymany przez życzliwych, ruszył w ślad za Hipolitem Wielosławskim.
Był już ranek, kiedy się ocknął w jakimś pokoju. Hipolit chrapał tak straszliwie, że firanka w oknie drżała. Ksiądz Anastazy mył się w wielkiej misce emaliowanej na niebiesko. Parskał jak źrebiec, zlewał sobie głowę i znowu parskał. Wreszcie wytarł się do sucha i trzeźwym głosem zapytał:
— Czaruś, jedziesz ze mną?
— Dokąd?
— Do Nawłoci.
— Księże, a gdzie my jesteśmy?
— W Odolanach, na pikniku. Na pikniku w Odolanach... — zaśpiewał zupełnie dobrze i głosem zgoła czystym.
— No, to jadę!
— W takim razie — wstawać! Dalej go! Raz, dwa! Ten Hipek zostanie tutaj. Pijanica, moskiewskie wychowanie. Później po niego przyśle się zamknięty powóz, żeby zgorszenia nie szerzyć i żeby go oko ludzkie nie widziało. Wstawać!
Cezary był dokumentnie oszołomiony, lecz już trzeźwiejszy. W mig umył się, uczesał i odział. Narzucił paltot na ramiona, czapkę na głowę. Wyszli po cichu. Mijali korytarz i sienie. W drugim końcu pałacu muzyka grała i słychać było stamtąd gwar zabawy, który zdawał się wciąż jeszcze rozsadzać ten dom ogromny i spokojny. Przed drzwiami wejściowymi, gdy je otwierali, stały konie. Jędrek siedział na koźle. Miał minę wesołą.
— Byłeś, widzę, w nocy zalany, mądralo! — krzyknął ksiądz surowo. — Po minie widzę.
— Jednakowoż mogę jechać. Zaręczam za powrót pomyślny.
— Spróbuj mię niepomyślnie wywalić, pijanico, to ja ci sprawię!
Ksiądz wskoczył do wolanta. Za nim Cezary. Konie ruszyły. Dzień szarzał. Gdy wolant mijał park, Cezary rozglądał się po tym parku, szukając za dnia oczyma pewnych miejsc znanych mu po nocy.
Za parkiem i aleją ukazała się wieś włościańska, Odolany. W oknach chat widać było światła naftowych kaganków. Skrzypiały drzwi domostw słomą krytych, niskich i małych. Rżały konie. Porykiwały krowy, kwiczały świnie, gęgały gęsi. Koguty piały i psy naszczekiwały zajadle. Ludzie zadawali bydłu, krzątali się dokoła przyziemnych chlewów, nosili wodę i paszę. Praca ciężka, ordynarna i pozioma wrzała w każdym osiedlu. Czasami ktoś w biegu przystanął wywłócząc wielkie buciory z głębokości bajora. Popatrzył na mknący pojazd, na zaprzęg cugowy buchający kłębami pary — i biegł do swej roboty. Głębokie błoto traktu wlewać się zdawało na podwórka i łączyć, spajać z gnojówkami. Nieznośny smutek na widok nędzy bytowania ludzkiego wśród tych bajorzysk i gnojówek powiał na Cezarego.
— Szklane domy... — wycedził przez zęby.
— Co mówisz? — pytał ksiądz Anastazy.
— Miła wieś... — rzekł Cezary.
— A wieś, jak wieś. Ani miła, ani niemiła. Po prostu Odolany. Pracy tu trzeba, och, pracy! Ludek tu dobry, poczciwy, bogobojny, zapobiegliwy, pracowity, ale pracy nad nim trzeba — po łokcie!
Cezary zaśmiał się z cicha.
— Cóż ty się śmiejesz? Ja dobrze wiem, co mówię, bo wśród nich żyję. Wszyscy oni jednacy.
— Nie śmieję się, księże Anastazy, tylko ziewam. Och, ziewam!
Po rozkoszach pikniku nastały dnie jałowe i nudne. Im ta zabawa większy wywołała rwetes i głębsze zamieszanie, tym bardziej i głębiej dawał się następnie odczuć spokój wsi i surowość codziennej pracy. Cezary Baryka nie dopominał się już o posadę na Chłodku. Przebąkiwał o powrocie do Warszawy i na medycynę, ale to tylko dla pozoru i jak gdyby dla sprowokowania wyraźniejszych zaprosin na pobyt dłuższy. Trudno by mu było w tym czasie odjechać. Wrósł tu nagle po pas, a nawet po ramiona. Miał tysiąc spraw do załatwienia, a wszystkie zmierzały do wyszukania pretekstów. Wiercił się i zżymał na miejscu, nie mogąc wyskoczyć do Leńca. Czekał, chodził z miejsca na miejsce, wyglądał w pola, zawsze w tę stronę, gdzie na dalekim, zamglonym wzgórku widać było kępy brunatnych drzew. Pod pozorem oglądania orki, polowania, a najczęściej samotnych spacerów, wyrywał się w tamtą stronę. Lecz mijały dnie puste, zabójczo monotonne, nieznośnie bezpłodne. Nic! Ani słowa, ani wieści, ani znaku! Czasami wydawało mu się, że wszystko, co przeżył, to był sen zmysłowy i nic więcej. Ludzi, którzy go otaczali, prawie nie widział. A tak dalece był zajęty swą skrytą namiętnością, że był przekonany o zachowaniu najdoskonalszej tajemnicy. Pewny był, że nikt absolutnie nic nie wie o jego uczuciach. Tymczasem każdy jego krok, każdy zamiar, każde przybladnięcie, gdy wymawiano słowo „Leniec” albo wyraz „Laura”, każde sekretne westchnienie i każdy moment zadumania — były widoczne jak na dłoni dla oczu czuwających.
Pewnego popołudnia, już ciemnego i mrocznego, w starym nawłockim salonie grał na cztery ręce z panną Wandą Okszyńską. Grał mechanicznie, myśląc o swych utrapieniach wewnętrznych, rąbiąc martwymi rzutami rąk, rozszarpując skomplikowaną, nerwową grą palców jednostajne pasmo swej tęsknoty. Można by powiedzieć, iż nie słyszał muzyki wydobytej przez własne ręce, że czasami tylko z melodii zmiennej wznosiły się ku niemu ściskające wewnątrz siły tajemne. Skończył się utwór Liszta, który grali obydwoje. Ręce obojga ustały na klawiszach. Cezary palcami lewej swej dłoni przebierał jeszcze ostatnią melodię. Wtem poczuł z najgłębszym zdumieniem, że panna Wanda prawą swą rękę, zamiast na czarnych czy białych klawiszach, złożyła na jego ręce. Wydłużona dłoń, zimna jak z lodu, drżąca spazmatycznie, przycisnęła wierzch jego dłoni do klawiszów — chude palce żelaznym uściskiem ogarnęły jego palce. Cezary siedział dość długo bez ruchu, poddając się temu uściśnieniu, w zupełnej niewiedzy, co ma zrobić z tym fantem, który go trzymał w ręce. Podniósł oczy na twarz pannicy. Głowa jej była odwrócona i wciśnięta między barki, jakby dla powstrzymania szlochów czy przetrwania uderzeń. Ręka obejmująca jego rękę wciąż febrycznie drżała i szponami palców wpijała się pod palce. Zrazu pomyślał, że jego partnerce zrobiło się niedobrze, że to jakiś panieński atak — istierika, na którą panny w Rosji bardzo cierpią. Lecz przyjrzawszy się uśmiechowi warg zrozumiał. Wysunął swą rękę ostrożnie i stanowczo spod tamtej dłoni. Nie wiedział, co robić dalej. Przesunęła mu się w pamięci melodia znanej piosenki operetkowej:
Myśl jego pognała ku ubóstwianej, ku bogini. Marzenie jego wionęło ku tamtej. Rzekł z bezlitosnym, z okrutnym uśmiechem:
— Widziałem tutaj któregoś dnia, jak pani uciekała przed perliczką.
— Ja? Pan to widział? — jęknęła zrywając się z miejsca.
— Widziałem, jak dookoła pani fruwały wstążki, paski, falbanki, a pani z głośnym krzykiem wywijała nogami.
Panna Wanda zakręciła się na miejscu. Głęboki jęk, potem ostry pisk zabrzmiał w jej ustach. Wstała. Usiadła. Znowu wstała. Dygnęła. Bokiem wyszła z pokoju i uciekła z ganku przez ogród, jakby ją ścigał tysiąc rozjuszonych perliczek, pawi, kogutów i indorów.
Nieustanne przemyśliwanie nad sposobami widywania się z ubóstwianą miało swój skutek: Cezary osiągał widzenie Laury. Opacznie może wyglądać to twierdzenie, a jednak wszystko zdaje się je uzasadniać, iż utęsknienie, nerwowe wyczekiwanie, niemieszczenie się w skórze, pragnienie jej widoku, przyzywanie jej wszystkimi siłami duszy i każdą kroplą krwi, marzenie o niej tak natarczywe, iż objawiało niemal w polu widzenia jej postać — realizowało wreszcie jej osobę fizyczną. Wychodziła nagle z marzeń prawdziwa, jakby się stawiała na rozkaz wewnętrznego szaleństwa. Cezary niejednokrotnie czuł, że się oto za chwilę powinna, musi ukazać i — kiedy odwracał głowę — ukazywała się niosąc mu w ofierze uśmiech miłosny, odpowiedź jej duszy na sny jego duszy. Tak było pewnego razu w nawłockim kościele, podczas patetycznego kazania księdza Anastazego. Tak było kiedy indziej w nawłockim salonie, gdy weszła niespodzianie w czasie najgorętszej chwili utęsknienia.
Jakże kochał jej uśmiech, jej ruchy, jej mowę, jej spojrzenia! Jakże uwielbiał jej dowcip, dobrotliwy i przyjacielski — dowcip łagodny, jakoś „z głupia frant” i „z cicha pęk” — dowcip przytulny a subtelny, w którym nie było nic gminnego, jaskrawego, dwuznacznego, ani na pokaz! Jakże uwielbiał cichą poufność rozmowy z nią o rzeczach niepowszednich i nieżyciowych, kiedy gwarzyła z serca do serca o duszy swej i o duszy przyjaciela! Były to jakby wędrówki w słońcu po krainie dalekiej — baśni o sobie dla siebie samych. Nic w niej nie było z rozpusty, a wszystko było z miłości. Nawet te sprawy miłości, które są wyuzdaną rozpustą, w niej były tylko miłością. Szaleństwo jej, zapomnienie się, zapamiętanie i wszystek obłęd miłosny był zupełny, lecz była to także całopalna ofiara dla bóstwa, które nosiło nazwę „Czaruś”. Ponieważ była o dwa lata starsza od bóstwa, a nadto ponieważ była już wdową, poczytywała się niejako za opiekunkę tego młokosa. Dawała mu przezorne rady i wskazówki dobrotliwe. Uczyła go niejednej mądrości życia, której jeszcze w swym bezładnym i roztrzęsionym życiu nie posiadł.
Oprócz Karoliny, która jedne objawy widziała, inne słyszała, te przeczuła, tamte wykombinowała, a jeszcze inne po prostu wywąchała, nikt w Nawłoci niczego się nie domyślał. Przyjechała droga paniusia Kościeniecka, najmilsza sąsiadka, porozmawiać o pikniku — nawiozła ploteczek, historyjek, opowieści co niemiara, iż nie można było dość się ich nasłuchać. Śmiano się przez cały wieczór i nie chciano jej wypuścić. Cóż by w tym było dziwnego albo zdrożnego, że przyjechała? Cóż by w tym było dziwnego, że z panami, tancerzami swymi, Hipolitem i Cezarym, długo różne rzeczy przypominała — że im samym opowiadała, co to tam broili, gdy już mieli dobrze w czubach? Tylko Karolina widziała pewne skinienie, a zaraz potem pochwycenie przez Cezarego maleńkiej karteczki.
I oto nazajutrz Cezary prosi o konie do Częstochowy. Ma stamtąd wysłać pilny telegram do swego przyjaciela i poniekąd opiekuna, pana Gajowca, z doniesieniem, iż teraz jeszcze nie przyjedzie, choć go ów pan Gajowiec listem rekomendowanym na pewien termin wzywa. Karolina szpiegowskimi sposoby zbadała, iż tego dnia pani Kościeniecka również wyjeżdżała z Leńca. Dochodzenie, dokąd jeździła, po długich śledzeniach okazało, że właśnie do Częstochowy. Prawdopodobne stało się w umyśle Karoliny niewątpliwym.
Nikt nie słyszał w ciemną, wietrzną, burzliwą noc, tylko Karolina słyszała — och, słyszała! — tętent, a nawet rżenie konia w parku. Skądże by rżenie konia w parku? Kto mógł po nocy jeździć w alejach na koniu? Karolina chodziła rankiem po tych alejach i odnalazła ślady kopyt. Siady wypłukane przez deszcz, zachlustane przez jesienną ulewę, przez głuchy wicher zamiecione. Ktoś tu przyjeżdżał w nocy. Przeklęty tu był gość. Nie bał się ciemności i wichury, deszczu i grubej mgły. Nie lękał się, że go pochwycą i zdemaskują, że go powitają strzałami, jak należy nocnemu złodziejowi. Oczy Karoliny wyśledziły kierunek śladu kopyt i trafiły do drzewa, gdzie koń był przywiązany. Oto tu stratowane, zwiędłe badyle, oto tu obdarta kora. Koń zmarzł na wichrze i wtedy rżał. Długo musiał czekać na wichrze i deszczu, skoro tak wyraźnie dookoła drzewa okrąg wydeptał. Długo musiał, bardzo długo, złodziej w tym parku bawić.
Cezary często znikał, wnet na początku wieczora. Mówił, że ma do napisania listy albo że go głowa boli. Lecz nazajutrz chłopak kredensowy nie mógł się doczyścić jego butów, przemoczonych i zabłoconych, a ubranie musiał suszyć na ogniu. Karolina wstawszy rano chwytała niepostrzeżenie dla służby to wysuszone ubranie, wąchała je — a poczuwszy zapach perfum Laury zlatywała w otchłań szaleństwa. Zresztą samo owo bezwzględne i okrutne odwrócenie się młokosa od wszystkiego i wszystkich — a zwłaszcza odwrócenie się od niej — wyraźniej niż wszystkie te szpiegostwa fatalną prawdę potwierdzało.
Jednego z ostatnich dni listopada wróciwszy po całodziennej nieobecności do Nawłoci z miasteczka Śnieguły, dokąd jeździł z Hipolitem, Cezary zastał na stole w swoim pokoju kartkę od księdza Anastazego, napisaną ołówkiem, wielkimi literami, tej osnowy: „Przychodź natychmiast do pokoju Karoliny! Anastazy”. Zanim Cezary mógł się zorientować, co to znaczy, i zanim zdążył ręce obmyć po drodze, drzwi się otworzyły i nie wszedł, lecz wtargnął do pokoju ksiądz Anastazy w komży i stule. Cezary żachnął się i na chwilę oniemiał.
— Chodź żywo! — krzyknął ksiądz.
— Co to wszystko znaczy? — sarknął młody człowiek.
— Do pokoju Karoliny! Słyszysz!
Ksiądz rozkazywał. Łkając. Chwycił despotycznym gestem rękę Cezarego i pociągnął go brutalnie. Cezary wyrwał rękę i uniósł się:
— Proszę mię zostawić! Nie jestem parafianinem księdza.
— Natychmiast! Rusz się! Karolina umiera!
— Cóż to znowu?
— Umiera! To złote dziecko! Pragnęła cię widzieć przed śmiercią. O to jedno błaga i błaga. Ruszaj, bo możemy jej nie zastać.
Ksiądz Anastazy głośno, bezradnie zaszlochał. Cezary był tak oszołomiony, że wybiegł z pokoju bez czapki, razem z księdzem, nie myśląc o tym, co robi. Gdy się jeden przez drugiego przepychali we drzwiach i pędzili przez park, Cezary dopytywał się nie mogąc tchu złapać:
— Co się stało? Skąd? Co takiego?
— Siebie się pytaj!
— Co ksiądz pleciesz!
— Siebie się pytaj! Słuchałem jej ostatniej spowiedzi. Rozumiesz? Milczę. Lecz ty — bij się w piersi!
— Milczże ksiądz zupełnie!
— Boże, bądź miłościw...
Na stopniach ganku stał Hipolit. Łamał ręce i tłukł głową o słup ganku. Właśnie w tej chwili wpadły przed ganek konie, gniada para cugowa, cała tak w pianach, że maści tych przepysznych koni nie było widać. Jędrek nie mógł powstrzymać koni lecących w skok, co siły w kościach i mięśniach. Bryczka oparła się aż między drzewami parku. Wyskoczył z niej młody lekarz, chirurg z miasta. Nie witając się z nikim, w kapeluszu i paltocie, z pudełkiem narzędzi pod pachą pobiegł za Hipolitem przez sienie i pokoje. Za nimi dopiero szedł ksiądz i Cezary. Z dala, z trzeciego pokoju, słychać było jęki rozpaczliwe, istny ryk Karoliny wijącej się w boleściach. We drzwiach jej pokoju tłoczyły się ciotki, pani Wielosławska, służące, Maciejunio, Wojciunio, dwórki, żona ekonoma, baby fornali. Wszystko to bełkotało, biegało, coś przynosiło i wynosiło, radziło i płakało. Najtrzeźwiejszy był Maciejunio, który wciąż coś dźwigał i wszystkich uspokajał.
Cezary jego pociągnął za ramię i spytał szeptem:
— Co się stało?
— Panienka zaniemogła.
— Co jej jest?
— Straszne boleści.
— Żołądkowe?
— Nie. To coś złego.
Nachylił się do ucha Baryki i stanowczo wyszeptał:
— To mi wygląda na otrucie.
— Sama miałaby się otruć?
— Tego nie wiem. Przyszła z ogrodu z krzykiem. I oto tak się wije już z godzinę czasu.
— Otrucie nie mogłoby trwać godzinę czasu.
— Nie wiem.
Jakby na zawołanie wysunął się z pokoju lekarz. Rozejrzał się niecierpliwie po zebranych i niechętnie mruknął:
— Za późno. Kto tu z państwa jest pan Baryka?
— A co? — zapytał Cezary.
— Proszę wejść. Chora wzywa.
Cezary wszedł do pokoiku, gdzie nigdy jeszcze nie był. Uderzył go potworny wygląd twarzy Karoliny. Była cała szara, twarz miała jakby z ceraty, z czarnymi dołami pod oczyma. Wszystka bez przerwy drgała. Jęknęła:
— Panie Cezary... Żegnam pana.
— Co pani zrobiła? — krzyknął w uniesieniu.
— Ja nic nie wiem. Coś się dzieje... ze mną... Bądź zdrów, Czaruś...
W pokoju nie było nikogo. Z nagła wszedł ksiądz Anastazy. Szlochając, gestem nie znoszącym przeczenia wsunął prawą rękę Cezarego w zimną, drgającą dłoń Karoliny, okręcił obiedwie ręce stułą i począł szepcząc łacińską modlitwę kreślić znaki krzyża nad tymi rękami związanymi.
Twarz Karoliny złagodniała. Światło białe przez nią przeleciało. Wśród nadludzkich, widać, boleści przebił się uśmiech. Gościł przez chwilę na wargach czarnych jakby z żelaza. Cezary nachylił się i złożył pocałunek na tych wargach, których pierwszy dotknął ustami — i ostatni. Odskoczył, bo usta te bezwładnie się rozchyliły i, wśród jęku potwornego, cały język spomiędzy nich się na zewnątrz wywalił. Jeszcze raz, drugi, jęk się powtórzył — i wszystko ustało dziwnie raptownie. Lekarz przyłożył ucho do piersi Karoliny. Długo słuchał. Strzepnął palcami, podniósł się i począł sprzątać swe statki, szukać porzuconego paltota i kapelusza. Karolina umarła. Doktór rzekł:
— Państwo będą łaskawi dać znać do powiatowego lekarza. Tu jest wyraźne otrucie.
Najprzód milczenie, później jęk powszechny, płacz serdeczny, krzyk, rumor głosów odpowiedział na to oświadczenie. Wszystko zaroiło się, zakotłowało. Ksiądz Anastazy, oblegany przez wszystkich, płacząc gorzko, powiedział:
— Nic wam, bracia i siostry, nie mogę powiedzieć, choć wiem wszystko. Sami wiecie, że nie mogę nic powiedzieć, com słyszał na spowiedzi. Tylko to jedno: módlcie się za nią gorąco, bo to nie jest samobójczyni. To jest ofiara.
Ludzie prości padli zaraz na kolana tuż przy drzwiach pokoju Karoliny. Ksiądz upadł na twarz tuż przy łóżku i wśród płaczu głośno się modlił. Cezary stał w rogu izby. Patrzał na śniadą, prawie czarną twarz Karoliny. Śniło mu się, że już dawno taką samą twarz widział, gdy wywoził trupy z Baku. Tak samo do niego jedna wołała, choć już jej słów słychać nie było. Ledwie ludzie skończyli szeptanie modlitwy, szmer ich, gwar, bełkot rozniósł się po całym domu. Z domu wytoczył się na dziedziniec, w gumna i na czworaki, do zabudowań we dworze i na wsi.
— Cóż to się stało? Jakim sposobem? Dlaczego? Kto winien?
Poczęto zbierać dane dla ustalenia historii tego dnia. Ale to szło z trudem, gdyż Karolina zazwyczaj była wszędzie, wciąż się krzątała, wciąż biegła dokądś i skądś szła z powrotem. Jakże tu było ustalić dokładnie dane? Maciejunio stwierdził, iż on pierwszy usłyszał jej krzyk, wołanie o pomoc na ganku. Domyślał się przeto, że przyszła z ogrodu. Lecz w ogrodzie i w parku nikt jej nie widział, gdyż tam było o tej porze pusto. Poczęto śledzić krok za krokiem, minutę za minutą, gdzie Karolina tego dnia była: w oborach, w domu ekonoma, w czworakach, w domu rządcy, w kurniku, w chlewach. Poczęto ustalać ścisłą chronologię tych jej wypraw i stwierdzono, że po obiedzie, więc najpóźniej, była w mieszkaniu rządcy, pana Turzyckiego. A więc wszyscy, nawet pani Wielosławska, obiedwie ciotki, wuj Michał, Hipolit, Cezary, Maciejunio — pobiegli do „Arianki”. Pani Turzycka, stale zatrudniona, jeżeli nie w kuchni, to w jej okolicach, nic nie wiedziała, co się stało „na dworze”. Gdy jej oznajmiono, że Karolina nie żyje, zupełnie zaniemówiła. Siadła na krześle i wytrzeszczonymi oczyma patrzyła na ten zbiór wysoko postawionych person. Coś niezrozumiałego mamrotała i ględziła w kółko. Wreszcie wybuchła:
— Ale przecie panna Karusia była tutaj u nas nad wieczorem! Zdrowa jak rybka! Najłaskawsza, najmilsza osoba! Co też państwo mówią!
— O której godzinie Karolina była tutaj? — spytał wuj Michał.
— O której godzinie? Zaraz... Bo to nie patrzyłyśmy na godzinę. Rozmawiałyśmy sobie, gadu gadu... Weszła, zamknęła drzwi, bo przez te drzwi wieje zawsze, usiadłyśmy w tym naszym, żal się Boże! saloniku — i tego... Która to była godzina, jak tu u nas była panna Szarłatowiczówna, Wandziu, gdzie ty jesteś? Wandziu!
Z drugiego pokoju dał się słyszeć głos nieśmiały panny Wandy Okszyńskiej. Najprzód zwykłe chrząknięcie, a później głos:
— Była czwarta. Po czwartej.
— Czwarta — powtórzyła pani Turzycka z dokładnością. — Po czwartej.
— Czy Karolina jadła tutaj co u państwa albo może piła? — zapytał Michał Skalnicki w sposób niewinny i jakby plotkarski, gromadzący wszelkie wersje przedpogrzebowe, jak to bywa.
— A piła. Lubiła wodę z sokiem porzeczkowym. Zawsze u nas piła albo wodę z porzeczkowym, albo herbatę z żurawinowym. Zrobiłam trochę tego soku porzeczkowego na zimę. To panna Karolina piła ten sok. Jak przyszła, mówię grzecznie: „Paniusia się napije herbatki z żurawinami...” A panna Karolina na to...
— Całą szklankę wypiła?
— Tak, całą. Zdaje się, że całą szklankę. A może i co zostało. Tego nie pamiętam, proszę państwa. Rozmawiałyśmy. Czy to można...
— Proszę pani... A może tu jeszcze stoi gdzie ta szklanka, z której nieboszczka Karusia sok piła? Trzeba by zobaczyć, co to za sok, że jej tak zaszkodził!
— Sok porzeczkowy zaszkodził!... — przeraziła się pani Turzycka. — Mój sok! — Zbielała wszystka na twarzy i zatrzęsła się całym obfitym ciałem. — Ten sok mógłby zaszkodzić pannie Karolinie? Sok, który ja sama, własnoręcznie przygotowałam? Nie, proszę pana! Wszystko można na mnie powiedzieć, ale sok, który ja przygotowałam, pannie Karusi nie mógł zaszkodzić! To już trudno i darmo! — zdecydowała z godnością i dumą obrażoną.
— Sama pani podawała jej szklankę z wodą i sokiem?
— Czy ja sama podałam? Zaraz! Sama pobiegłam do kuchni, jak panna Karusia objawiła swą wolę, że napiłaby się wody — nabrałam szklankę wody z blaszanego wiaderka. Woda przecie z naszej studni, najczystsza w świecie. Potem weszłam do spiżarki i wyniosłam stamtąd flaszkę z sokiem. Postawiłam tę flaszkę na tacce. Obok flaszki wodę w szklance. Zawołałam moją siostrzeniczkę, tę Wandzię, biedactwo, co ją państwo byli łaskawi zabrać na zabawę do Odolan — żeby zaniosła tackę do pokoju i żeby podała pannie Karusi, bo sama poszłam zamknąć spiżarkę. Nieraz się tak zostawi spiżarkę na dwie minuty, a potem tego brak, tamtego nie ma. Kto wziął, kto ruszał — utnij głowę, wbij zęby w ścianę — nie wiadomo.
— A więc to panna Wandzia przyniosła wodę z sokiem z kuchni do pokoju? — pytał uprzejmie wuj Michał.
— Tak, Wandzia.
— A gdzież jest panna Wandzia, siostrzeniczka pani dobrodziejki?
— Wandziu — chodź ino tutaj! — zawołała pani Turzycka.
Z sąsiedniego pokoju wyszła panna Wanda i dygnęła przed zebranymi. Znała już wszystkich, często bywała we dworze, doświadczyła wielu łask i niemało przyjemności od tych osób, więc nikogo się już nie lękała. Zresztą oswoiła się towarzysko podczas tego na wsi pobytu, nabrała pewnej ogłady w obcowaniu. Blask lampy naftowej niewyraźnie oświetlał twarz panny Okszyńskiej. Stała spokojnie niedaleko drzwi, skubiąc według swego nałogu pensjonarskiego brzeg fartucha.
— To pani podała wodę w szklance naszej kuzynce, Karolinie Szarłatowiczównie? — pytał pan Skalnicki występując niejako w imieniu wszystkich zebranych. Mówił dobrotliwie, po ojcowsku i bardzo grzecznie.
— Tak. Ja podałam — odrzekła Wanda.
— Czy podała jej pani sok osobno we flaszce, a wodę osobno w szklance, czy też sama pani nalała soku do szklanki?
Panna Wanda nie odpowiadała od razu. Robiło to wrażenie, że zbiera myśli i przypomina sobie te drobne wydarzenia. Odpowiedziała wreszcie:
— Panna Karolina nalała sobie soku z flaszki do szklanki.
— Tak że pani nic innego nie robiła, tylko przeniosła tacę z kuchni do tego saloniku i tu pani na stole tacę postawiła?
— Jeszcze... Jeszcze wzięłam z szafy w tamtym pokoju cukier w srebrnej cukiernicy i postawiłam na tacy.
— Bo czasem — wtrąciła z pośpiechem pani Turzycka — panna Karusia dokładała cukru. Choć ten sok był słodki. — Boże drogi! jeszcze jak, ale oczywiście z kwaskiem, więc lubiła dosłodzić. Wandzia, poczciwości dziecko, wzięła z szafy cukier wiedząc już z góry o guście panny Karoliny, postawiła na tacy i przyniosła.
— A czy pani, panno Wando, osłodziła tę wodę dla naszej kuzynki, czy to zrobiła ona sama? — spytał Hipolit.
— Ja osłodziłam tę wodę.
— Pani? — pochwycił Michał Skalnicki.
— W tym pokoju czy w tamtym? — pytał Hipolit.
— W tamtym pokoju... — rzekła Wanda po chwili wahania.
— Dlaczego pani już z góry słodziła wodę cukrem? — pytał Hipolit.
— Bo panna Karolina tak lubiła. Lubiła, żeby było słodko.
— Ile łyżeczek cukru pani wpuściła do szklanki? — nastawał Wielosławski.
— Dwie.
— Pani wie na pewno, że to był cukier, a nie co innego? Może pani przez omyłkę wsypała do tej szklanki nie cukru, lecz czego innego?
— To był cukier z cukiernicy.
— Pani to doskonale pamięta?
— Pamiętam.
— A może by pani poznała szklankę, z której piła nasza krewna?
— Poszukajże tej szklanki, moje dziecko! Może tutaj gdzie ta szklanka stoi! Trzeba panów przekonać o twej niewinności... — mówiła pani Turzycka niespokojnie, z troską, ale i nie bez ironii.
— Nie. Marynia zabrała tackę ze szklanką, umyła ją i jużeśmy w niej piły kawę z ciocią. Albo ciocia, albo ja piłyśmy kawę z tej szklanki.
— Bo mamy, muszę się przyznać, mało szklanek, więc się je ciągle myje... — wtrąciła zjadliwie pani Turzycka. — Uposażenie administratora dóbr nawłockich nie jest tego rodzaju, żeby można sobie pozwolić na tuzin szklanek, nie mówiąc o serwisach. Te rzeczy nie są dla nas dostępne, ludzi pracy, pracy bardzo ciężkiej i bardzo odpowiedzialnej... — dorzuciła z przejęciem.
— Tak, tak... — rzekł Hipolit. — A jednak może pani będzie łaskawa pokazać nam ten słoik czy flakon, z którego nasza krewna nalewała sok, na którego wysmażenie pozwala jednak uposażenie administratora dóbr nawłockich...
Pani Turzycka powstała z miejsca i truchcikiem pobiegła do drugiego pokoju, a następnie dalej. Wkrótce przyniosła flakon z przezroczystego szkła, w którego połowie był gęsty sok. Hipolit poprosił pannę Wandę o łyżeczkę. Gdy przyniosła i podawała tę łyżeczkę, spojrzał na nią spode łba napastliwie i nieustępliwie. Panna Wanda miała na twarzy zwykły swój wyraz zalęknienia i depresji. Podała łyżeczkę i odeszła ku framudze pod oknem, gdzie się wtuliła popod muślinową firankę. Hipolit nalał na łyżeczkę soku z flaszki i spróbował go odrobinę. Smakował, delektował się, wreszcie mruknął:
— Sok — klasa! Ha, nie ma co! To przecie nie sok Karolinie zaszkodził. To coś innego. Nieprawdaż, wujaszku?
— Tak, to coś innego... — poszepnął Skalnicki kręcąc czarnego wąsa.
W tym czasie wszyscy siedzieli na kanapie i wyściełanych krzesłach w grobowym milczeniu. Maciejunio stał przy drzwiach i podparłszy ogoloną brodę przysłuchiwał się uważnie wszystkiemu, co jaśnie państwo mówią. Cezary patrzał wciąż na pannę Wandę. On jeden wiedział o pewnym szczególe, o szybkim nakryciu jego ręki ręką tej niemrawej pannicy. Myślał wciąż o tamtej chwili.
Nikt tego nie zauważył, żeby śmierć, sekcja zwłok i pogrzeb panny Karoliny Szarłatowiczówny wywarły jakiekolwiek wrażenie na Cezarego Barykę. Gdy panna Wanda Okszyńska, na skutek znalezienia we wnętrznościach zmarłej śladów strychniny, która śmierć spowodowała — była wezwana do sędziego śledczego, a nawet aresztowana, później zaś wypuszczona na wolność wskutek braku jakiegoś realnego przeciwko niej dowodu — to te wszystkie awantury, doprowadzające całą okolicę do stanu białej gorączki, Cezarego mało wzruszyły. Można utrzymywać, iż wojna z jej okrucieństwem, a przed wojną widoki dostrzeżone w rewolucjach bakińskich wyziębiły w nim wrażliwość na sprawy tragiczne. Cezary zbyt wiele już widział tych „smutnych kawałków”, ażeby mógł się nimi przejmować do głębi. Przeciwnie — tragizm wydarzeń rodził w nim suchość, czerstwość, zdrętwiałość wewnętrzną, a nadto rozniecał jakąś chełpliwość, cynizm, zdolność do przechwalania się, przelicytowywania w okrucieństwie i jeżeli nie samą zbrodniczość instynktu, to pewien surogat zbrodniczości, snobizm uwielbiający zdolność do zbrodni. Gdyby był wcale nie widział wojennych i rewolucyjnych „kawałków”, byłby się ich nie tylko bał, ale i lękał. Wspomnienie groźnych widoków kazało patrzeć na takie tam drobne wypadki jak zadziobanie jednej perliczki przez drugą — jako na fatałaszki. Takież to on sceny widywał? Widywał, jak niewinną dziewczynę ormiańską zgraja chłopów potężnych gwałciła — drab po drabie — a później ostatni pchnął ją nożem pod to serce, które już prawie nie biło. Widywał, jak potem ta zgraja zapalała papierosy i podśpiewując szła w swoją stronę. Cóż tam Karusia i ta druga!
W gruncie rzeczy jednak ani widziane z bliska zajścia wojenne i widziane z bliska zajścia rewolucyjne nie wpłynęły tak decydująco na usposobienie Cezarego, jak jego rozszalała namiętność do Laury Kościenieckiej. Jego zapalczywość miłosna była tej miary, że wypadki nawłockie służyły mu za temat do interesujących nowinek, które zanosił swej pani. Szczęśliwy był, gdy mógł dostarczyć czegoś prosto z igły, na gorąco: Aresztowano Wandę Okszyńską, gdyż w czasie sekcji znaleziono strychninę we wnętrznościach Karoliny. Podczas rewizji znaleziono słoik z takąż strychniną w szafie rządcy Turzyckiego. Wanda prawie nie broni się. Zaprzecza i basta. O niczym nie wie. Nigdy słoika ze strychniną w szafie wuja nie widziała. Po cóż by miała sypać truciznę do szklanki Karoliny? Lecz któż ją wsypał? Czy ona sama? Służącej wtedy w domu nie było. Turzycki był na folwarku Chłodek. Były w mieszkaniu rządcy dwie osoby — pani Turzycka i Wanda. Pani Turzycka? Brak wszelkich poszlak. Wanda? Ten podlot, klapak, muzykus nie wiedzący o świecie bożym, ta głupia i tchórzliwa Wanda? O tajemnym uścisku ręki przez tęż głupią Wandę (ach, jakże głupią!), nikomu nigdy nie wspomniał. Po cóż miałby dorzucać sobie liść wawrzynu, a jej kamień potępienia? I to nie: nie chciał po prostu, żeby się na niego Laura gniewała, żeby go miała w podejrzeniu. Wszakże nie mówił ani jej, ani nikomu o pocałunkach z Karusią. Po cóż miałby mówić o jednym idiotycznym uścisku ręki?
I tak oto coraz to nowe ploteczki, wiadomostki, wersje, pogłoski Cezary nosił swej pani. Widywał ją tajemnie to tu, to tam, w hotelu w mieście albo u niej w nocy. Zachowywał się chytrze, tak przebiegle, tak ostrożnie i przewidująco, iż mógłby być nazwany człowiekiem-łasicą czy tchórzem, z gatunku tych tchórzów, które mężnie nocą wkradają się do kurników. Lecz do czasu dzban wodę nosił. Urwało się wreszcie ucho — i cały dzban roztłukł się bez ratunku.
Było to tuż-tuż przed Bożym Narodzeniem. Cezary miał zamiar spędzić święta w Nawłoci, a na Nowy Rok wrócić do Warszawy i zabrać się do nauki. Zabierał się zaś tak kategorycznie do nauki, ponieważ pani Laura wybierała się na kilka tygodni karnawału również do Warszawy. Miał jechać również do Warszawy pan Barwicki, ale to na zapał Cezarego do nauki niewiele wpływało. Pewnej nocy grudniowej, późno, około trzeciej, Cezary wymknął się z mieszkania i poszedł do Leńca. Biegł, jak zwykle, na przełaj przez pola, więc szybko przeszedł odległość dzielącą te folwarki. Noc była spokojna, ciemna. Śnieg prószył. Cezary znał już w ogrodzeniu pewien przełaz łatwy do przebycia, więc prawie pędem, po grudzie z lekka przyprószonej śniegiem, dotarł do drzwi wiadomych. Były otwarte, więc wszedł cicho i dotarł do biblioteki. Lecz skoro tylko tam stanął, poczuł, że jest coś złego. Poczuł czyjąś obecność w tym pokoju. Przystanął tedy i powstrzymawszy oddech nasłuchiwał.
Nagle poraziło go w oczy światło latarki elektrycznej, nagle rzucone. W tej samej chwili usłyszał świst i poczuł w lewym policzku potworny ból. Ból był tak srogi, że Cezary zaskowyczał i schylił się ku ziemi chwyciwszy się za głowę obiema rękami. Wtedy świsnęły nad nim nowe razy kija czy bata. Ten, kto go bił, stał o krok przed nim, sapiąc i klnąc. Cezary poznał głos. To był Barwicki. Myśl ta przemknęła przez jego głowę. Nienawiść, silniejsza niż ból, a przez ból podjudzona i podsycona, dała mu taką moc, jakiej w sobie ani przeczuwał. Rzucił się naprzód z gołymi rękami, szukając przeciwnika. A wywijając rękami w powietrzu, macając naokół w ciemności, trafił na szpicrutę, którą mu ciosy zadawano. Baryka uchwycił i szarpnął tę szpicrutę, wydarł ją z ręki wroga, w mgnieniu oka ujął za cieńszy koniec przy pętlicy i grubą gałką rękojeści począł prać w ciemność. Trafił w adwersarza i poraził go, widać, w głowę, bo tamten z jękiem zwalił się na ziemię. Cezary znalazł go w mroku i począł w mściwym obłędzie kuć obcasami, gdzie trafił — w głowę, w boki, w piersi. Mając w ręku narzędzie do zadawania ciosów, bił nim teraz bez miłosierdzia. Barwicki porwał się z ziemi na kolana i chwycił Barykę za nogi. Runęło na ziemię jakieś krzesło. Obadwaj wydawali teraz zduszone szepty nienawiści bijąc się z całej siły pięściami i wodząc po dywanie w zapamiętałej walce. Wtem błysło światło. — Laura! — Stała w progu ze świecą w ręce. Zaprzestali bitwy. Podnieśli się na nogi. Szepnęła do Barwickiego:
— Skąd się tutaj wziąłeś?
— Poczekałem na twojego amanta. Wróciłem się z drogi. Poczekałem tutaj w bibliotece na twojego faworyta.
— Na mojego gościa.
— Gość o czwartej w nocy.
— Wolno mi przyjmować, kogo chcę.
— I kiedy chcesz?
— I kiedy chcę.
— Zgadzam się, moja pani, i zaraz opuszczę te tak gościnne progi. Chciałem tylko gościowi pani zostawić pamiątkę, żeby ją nosił kilka tygodni i wiedział, z kim ma do czynienia.
— Ty także będziesz nosił swoją ruski miesiąc! — zaśmiał się Baryka.
— Jestem tak wspaniałomyślny, że nie będę go wyzywał na pojedynek. Nie chcę pani kompromitować.
— Ale szpiegowałeś mię! Więc już mię skompromitowałeś. I z jakiej racji?
— Przecież nie może pani zaprzeczyć, że zasługiwałaś na czujną uwagę legalnego narzeczonego.
Pani Laura nie odpowiedziała. Zwróciła się do Cezarego:
— Jak pan śmiał wdzierać się tutaj o tej porze! Widzi pan, do czego doszło! Pańskie nierozsądne amory, pańskie prośby bezskuteczne, wyznania i tym podobne głupstwa, na które jestem wciąż narażona, były sobie dobre za dnia jako rozrywka, jako flirt. Ale żeby ośmielić się nocą wchodzić do mego domu! Kompromitować mię, narażać na taki skandal!
— Mówiłem pani — odparł Baryka — że nienawidzę pani narzeczonego. Mówiłem to czy nie? Wiedziałem, że tu stróżuje po nocy, i przyszedłem właśnie, żeby go obić jego własną szpicrutą. Widzi ją pani? Tą oto! Jego własną, a jest w moich rękach. Biłem go grubym końcem po łbie. O, tak!
Cezary w szaleństwie, nie zważając na obecność kobiety, uderzył Barwickiego. Gruba kula rękojeści ugodziła tamtego w bok głowy i w ramię, aż się z jękiem przygiął. Laura zasłoniła go sobą. Krzyknęła:
— Jak pan śmie? To mój narzeczony!
— Byłoby dobrze, żeby pani odeszła do swej świetlicy, bo będę go jeszcze bił. A pani mi przeszkadza!
— Precz z mego domu, młokosie! — zawołała z teatralnym gestem.
— Lauro! — rzekł Cezary przybierając również teatralną pozę.
— Niech mi się pan zaraz, natychmiast stąd wynosi! — mówiła błagając go oczyma, żeby wyszedł.
Ale Cezary popadł w zajadłość furii. Nie wiedział, co robi. Obrócił momentalnie szpicrutę w ręce: ujął ją za twardą, okrągłą rączkę i raz, drugi raz usiłował dosięgnąć Barwickiego poprzez rozkrzyżowane ręce Laury. Barwicki, ogłuszony poprzednim uderzeniem, słaniał się poza narzeczoną.
— Panie Baryka! — krzyknęła.
— A co?
— Wyjdźże pan stąd! Wyjdź stąd! Wyjdź stąd!
— Dobrze. Pójdę. Zaraz pójdę. Chciałem tylko...
Nie wiedząc, co już gada, dorzucił:
— Chciałem wam, mili, poprawni narzeczeni, dać moje błogosławieństwo na nowe, zyskowne gospodarstwo.
To mówiąc smagnął Laurę szpicrutą poprzez twarz i rozstawione ręce. Po czym ze szpicrutą w ręce wyszedł.
Wałęsał się po polach. Trafiwszy na stóg siana wygrzebał w nim wnękę i, wtulony w nią, jęczał, a nawet wył z rozpaczy. Widział wciąż światło w dalekim dworze Leńca i po sto tysięcy razy powtarzał sobie, że nigdy tam już noga jego nie postanie. Oto tam teraz Laura i ten człowiek śmieją się z niego, jak on swego czasu, pławiąc się w szczęściu, drwił z Barwickiego. Któż wie, może to tamten teraz zacznie powiększać światło przyćmione, żeby mu w tym stogu siana ciemno zbytecznie nie było. Przy świetle tamtego figla świetlnego widział swoje nieszczęście. A nie szło teraz samo. Jak to jest we zwyczajach ludzkiej niedoli, która, jak wilk, jest samoistnym zwierzęciem, lecz lubi chadzać w stadzie, obskoczyło go stado. Wyszły nań z tej nocy wspomnienia: śmierć Karoliny i zbrodnia głupowatej Wandy. Dlaczegóż to zginęły dwie tamte? Dlatego, ażeby Laura mogła być teraz z Barwickim. O rozpaczy!
Cezary zobaczył swoje rozkosze z Laurą, kiedy to każde usta po dwa języki rozkoszy mieściły w sobie, i czuł, czuł wszystkimi naraz zmysłami, obłędem rozumu i męką duszy, że ją na zawsze utracił. Kto, u diabła! podźwignął jego rękę, ażeby on nią uderzył Laurę! To ta Karolina zadała szpicrutą cios w twarz Laurze! Jakżeżby sam dokonać potrafił takiej ohydy, takiej zbrodni, tak nędznego plugastwa! Bić w twarz szpicrutą mdłą, słabą kobietę! Bić Laurę! Bić tę, która miliony pocałunków złożyła na jego ustach! Bić te usta! O nędzo, o hańbo! Bić ją dlatego, że zasłoniła sobą człowieka od uderzeń twardą, ołowianą kulą w ciemię — kimkolwiek by był ten człowiek! Ten człowiek nie miał w ręku żadnego narzędzia obrony. Słaniał się. Do diabła! Horror!
Cezary wił się w swej jamie z siana i zatykał sobie pięściami usta, żeby nie ryczeć z bólu na te całe puste pola. Och, wspomnienia, wspomnienia raju, który sam jednym uderzeniem na zawsze zniweczył! Wspomnienia wieczoru w obcym mieście, kiedy w hotelu zastukał do drzwi numeru. Wspomnienie nigdy nie zapomniane, wiecznie radosne, skoro te drzwi się otwarły i ręka obnażona, najsprawiedliwszej miary od ramienia do dłoni, wciągnęła go do wewnątrz... Jakże zapomnieć rozkoszy pierwszego objęcia i tego lotu skroś niebios czułości, dobroci, łaski i samej najczystszej, samej najistotniejszej miłości? Wyrzec się Laury? O, lepiej umrzeć! Roztrzaskać sobie głowę, żeby w niej nie było myśli o wyrzeczeniu się tego daru niebios, tego arcydzieła ziemi, tej piękności najwyższej i najczystszej, jaką ziemia z łona swego wydała! Cezary łkał.
Długo płakał nie mogąc sobie poradzić. Osaczyły go teraz te trzy kobiety, niczym trzy jędze. Spotkał je tutaj nie wiedząc, że je spotka, i wszystkie trzy skrzywdził tak po chamsku. Dla jednej stał się porte-malheur, dla drugiej stał się inspiracją do zbrodni, a trzecią pobił. Ostatnią za to, że go do szaleństwa kochała. Co czynić ze sobą? Jak wybrnąć z tego piekła wyrzutów sumienia? Co przedsięwziąć? Jak się wobec siebie samego zrehabilitować? Dokąd uciec przed sobą?
Wylazł ze swej nory i zaciśnięte pięści skierował przeciwko domowi Laury. Wygrażał tymi zaciśniętymi pięściami i gadał:
— Będziesz żałowała wiecznie, dokąd żyć będziesz, naszych tajnych wieczorów! Będziesz wylewała morze łez, żeś nie jego wypędziła ze swego domu, lecz mnie! Mnie wygnałaś? Słuszniem cię chlasnął! Ty tchórzliwa przewidująca, interesowna, sprytna, przebiegła, podła! On ci majątek oczyści z długów? A ja — precz! Ja precz? Ja do tajnych jeno uciech, a on oficjalny małżonek! Skonasz z żalu za mną, będziesz tak samo ręce gryzła, jak ja w tej chwili! Ale już nie ma dla nas naszej radości. Jakże mam wrócić, ja do ciebie, ja mężczyzna, ja żołnierz, którym cię pobił wobec drugiego mężczyzny? Trza iść w świat!
Ale zamiast odejść „w świat”, wrócił się do swej pieczary w sianie. Nadarł kilka naręczy suchej trawy i usłał sobie jakby łoże. Zawinął się w siano i, przyzwyczajony na wojnie do leżenia na ziemi, wyciągnął się na wznak.
Było zimno. Po nocy cichej, ku porankowi suchy, mroźny wiatr począł ciągnąć polami. Śnieg drobny polatał i prószył niepostrzeżenie. Cezary widział i słyszał, jak w poprzek pustych pól, po czubach zmarzniętych zagonów ostry wiatr zimowy ciągnie w swoją dalekość. Dusza jego była jak rola rozorana, w której każde nasienie może korzeń zapuścić. Nie mógł spać, gdyż ciało jego drżało, a serce biło prędko, mocno i głucho. Nadto cios w policzek, zadany przez Barwickiego, teraz narywał jak wrzód. Cezary macał policzek palcami i wyczuwał wzdłuż całej twarzy jakby walec nabrzmiały. Jakże tu teraz zjawić się w Nawłoci? Wrócić i rano zasiąść przy śniadaniu z takim na gębie basałykiem? Przecie to każdy pozna, że od pobicia. Stare ciotki, jaśnie pani, Skalnicki, księżyna, Hipolit — och, Hipolit! — a nawet ów Maciejunio. Każdy pomyśli: „ehe, bratku! dostało się po pysku, ewentualnie po mordzie...”
To na nic! Trzeba uciekać. Uciekać w świat! W szeroki świat!
I oto Cezary poczuł leżąc na wznak na wygrabku siana, kryjącym szczerą, zmarzniętą ziemię, iż jest znowu sam, jak niegdyś w Baku. Poczuł, że nie ma poza nim nic a nic, a przed nim niewiadome martwe pole, przez które wiatr ciągnie z końca świata w koniec świata. A do tutejszej jego samotni nie przyjdzie już, niestety, ojciec, gnany przez miłość, tajemniczą siłę, z końca świata na drugi koniec świata. Bo już go nie ma. Śpi jak kamień. Leży jak skiba gliny zmarzniętej i wmarzniętej w głuche pole. Oto tu znalazła się na drodze przyjaźń, gościnność, przychylność. Wszystko wdeptane zostało w ziemię szalonymi nogami. I jest znowu sam jeden jak w Baku, odrębny od wszystkich, w szczerym polu — człowiek.
Przelotny wiatr stał się dlań dobry i czuły: śpiewał mu gorzką pieśń swoją o wiecznej śmierci i wiecznym powrocie do życia. Na skrzydła swoje brał jego czucia zranione i niósł je dokądś, jak nosi nasiona rodzajne, kołysał go do snu jak ostatni przyjaciel. Lecz sen nie spływał na powieki od jego pieśni monotonnej. Zimno obejmowało uściskiem ręce i nogi, wdzierało się pod ubranie i dreszczem biegło po krzyżu. Cezary zerwał się z miejsca i pognał w pola. Oczy, przyzwyczaiwszy się do ciemności, spostrzegały zagony, bruzdy, przydęte byliny na miedzach i drzewa w dali.
W pewnej chwili od strony Leńca dał się słyszeć turkot. Widać było światło latarni poruszające się równomiernie: to Barwicki odjechał z Leńca. Ha! Cóż? Można by teraz pójść do Laury... Już go tam przecie nie ma. Jeden odszedł, przybędzie drugi. To bywa! Zaśmiał się głupio, jak wilkołak w pustym polu, i pobiegł dalej. W oknie Laury, w wielkiej szybie półkolistej u góry, światło rozszerzyło się, podniosło się, potem z wolna przygasło. Nie! Już nie pójdzie do niej żebrać o miłość po tamtym! Nic nie znaczą przysięgi i zaklęcia, że tylko jeden posiada jej serce. Oszukuje obudwu. To jest jedyną pewnością.
W drodze swej trafił na znany przełaz do ogrodu. Wszedł do lenieckiego sadu i w zupełnym prawie upadku świadomości, gdzie jest i co się z nim dzieje, znalazł się przy drzwiach, przez które zawsze wkraczał do tego domu.
Nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Okrążył narożnik, stanął pod oknem, w którym już światło zgasło, i całą potęgą duszy błagał:
— Laura! Laura!
Ale cały dom wzgardliwie milczał. Okno było zamknięte. I cała ziemia milczała. Pokiwał głową. Odszedł. Wydostał się znowu na pola i szedł długo, bez celu, niosąc w sobie nagą i cuchnącą męczarnię odtrącenia. Znalazł się w lesie. Szum sosen w tym lesie sprawił mu ulgę, jakby muzyka głęboka i wyrafinowana. Usiadł tam, między sosnami, na jakimś pniaku, który ze śniegu wystawał. Ujął głowę w dłonie i patrzał w dzieje uczuć swojego życia. Minęły długie godziny, zanim się ocknął. Dniało. Biaława siność napełniła las. Wiatr znowu nacichł i niezgłębione milczenie leżało nad tymi miejscami.
Cezary wyszedł z lasu i rozglądał się po okolicy. Zdawało mu się, że ją pierwszy raz widzi. W każdym razie w tym lesie nie był jeszcze nigdy, choć zbiegał już całą tę stronę na koniu i piechotą. Rozpoznał, że zabrnął poza wieś chłopską Nawłoć, od jej strony południowej, między kościołem i dworem. W pobliżu majaczyły jakieś zarośla i drzewa. Poszedł ku nim, licząc, iż tam droga być musi. Wkrótce, skacząc po zmarzniętych zagonach, przyszedł do owych zarośli. Był to cmentarz nawłocki, leżący między dworem i wsią.
Cmentarz był źle ogrodzony, a raczej zupełnie rozgrodzony. Stały jeszcze słupy, niegdyś odrobione do kantu, a dziś sypiące się w próchno. Leżały na ziemi żerdzie przegniłe i śniegiem przydęte. Cezary chciał przeciąć cmentarz idąc na wskroś, tym bardziej że widać było pod śniegiem ślad ścieżki czy alejki. Przypomniał sobie, że przecie był tutaj niedawno na pogrzebie Karoliny Szarłatowiczówny. Stanął. Rozglądał się. Cmentarz wiejski! Niskie, niziutkie — nie groby, lecz grobki. Małe jakieś wzgóreczki, czasem uklepane łopatą i otoczone niegdyś, pod wiosnę, murawą. Czasem doły zapadnięte, zaklęknięte w ziemię. Tam i sam krzyżyk drewniany z wianuszkiem ziela wonnego. Czasem napis na tabliczce z blachy. Imię i nazwisko wypisane czarną farbą z zabawnymi ortograficznymi błędami i prośbą żebraczą o modlitwę, której nigdy nikt nie spełnia. Istny obraz wsi. Tu groby maleńkie i przyziemne, a wśród nich, w samym środku, marmurowe pomniki ze złoconymi napisami, złamane kolumny z granitu i białe anioły ze sczerniałymi twarzami i wygniłymi oczyma. Tam leżą panowie. W samym środku grób rodzinny Wielosławskich, ogromny, wspaniały, przywalony wielością płyt marmurowych, które deszcz porył w bruzdy, jak ryje glinę na polu. Cezary zbliżył się do tego rodzinnego grobu. Wszakże to tutaj odkopano z boku ziemię, otwarto ceglaną ściankę i wsunięto w czarną czeluść zgnilizny Karusię uśmiechniętą i wesołą, która miała usta słodsze ponad czereśnie i maliny.
Cezary mijał uliczkę prowadzącą w poprzek cmentarza do bramy z oberwanymi wrótniami. Było mu wszystko jedno, iść tu czy tam. Pamiętał, że przy grobowcu rodzinnym była ławeczka drewniana, na której pani Wielosławska siadała, gdy szła pomodlić się przy zwłokach męża. Na tej ławeczce ktoś siedział. Cezary zawahał się. Tamten podniósł zwieszoną głowę. Był to ksiądz Anastazy. W rewerendzie i kaszkiecie niebieskawym, jakie noszą wiejscy chłopcy w tamtych stronach, upodabniał się do koloru kamieni i marmurów, głazów i żelaz na pomnikach.
— Dzień dobry, Cezary! — rzekł nieswoim głosem. — Skąd idziesz i dokąd tak rano?
— Chciałem odwiedzić Karolinę.
— Ja także. Idąc na mszę świętą, co dzień rano ją odwiedzam. No, ja ci nie przeszkadzam. Módl się.
— Ksiądz jesteś od modlitw.
— Ja — tak. Ale ja, to już jakby z urzędu, z zawodu. A ty w tym wypadku powinieneś specjalnie.
— Sam wiem, czy mam się modlić, czy nie.
— Oprócz ciebie, mój bracie, ja jeszcze drugi i ostatni wiem, żeś powinien.
— O ile mi wiadomo, ksiądz jest obowiązany do chowania tajemnicy spowiedzi.
— Niewątpliwie. Ale tutaj nas nikt żywy nie słyszy. A zważ, słuchają nas umarli! I ona słucha — twoja ofiara.
— Jaka ofiara? Cóż to znowu za brednie!
— Zakochała się w tobie na śmierć i życie. Rzecz dziewczyńska, rzecz ludzka. A ty? Nie kochałeś jej przecie, boś się zakochał, ale w innej — a dlaczegoś ją całował?
— Tak mi się podobało. Rzecz chłopczyńska całować piękne dziewczęta.
— Aleś ty całował niewinną dziewczynę, sierotę, wygnankę, bezdomną, która sobie tutaj, w naszym domu, pracą surową i uczciwą na chleb zarabiała. I słuchaj mię, ty odszczepieńcze! — szlachciankę! Widzisz, jak ją Bóg za te pocałunki z byle kim strasznie poraził! Ty mi się tu stawiasz ze swym moskiewskim rozbestwieniem! Padnij natychmiast na kolana u jej mogiły i proś o przebaczenie.
— Moja to rzecz, moje z nią porachunki... Ja księdza o rady ani o wskazówki szlachecko-katolickie nie prosiłem.
— Nic ze mną tym stawianiem się nie wskórasz! Ja jestem właśnie od tego, żeby kruszyć ludzkie zatwardziałe sumienia. I twemu nie daruję!
— Moje sumienie nic mi nie wyrzuca. Mogłem był ją uwieść, gdybym był chciał. A nic jej złego nie zrobiłem. Moje pocałunki sprawiały jej rozkosz. Sama ich szukała. Płakała i męczyła się — tak sądzę — skoro jej odmówiłem pocałunków.
— Milcz! Milcz! Milcz! Ja tego słyszeć nie chcę! A jeśli masz dobrą wolę o tym mi mówić, to nie tutaj. Chodź ze mną! Włożę komżę, stułę na szyję, usiądę w konfesjonale i wysłucham cię. Zrzucisz z serca kamienie, które je przygniatają. Jeżeli będę mógł, to ci dam rozgrzeszenie. Zaręczam ci przez Boga wiecznie żywego, bracie Czarusiu, ulgi doznasz w swym sercu!
Cezary roześmiał się serdecznie. Wśród tego śmiechu mówił:
— Niedoczekanie twoje, księżulu, żebyś mię na swój arkan pochwycił! Ja jestem wolny źrebiec. Jeść możemy pospołu, gawędzić, urżnąć się również, bo ksiądz to lubisz i znasz się na jakości potraw i wartości napojów lepiej ode mnie. Ale skądże pretensja, żeby z takimi kwalifikacjami rządzić tak subtelnym organizmem jak ludzkie, jak moje sumienie?
— Bo ja, widzisz, oprócz tego, że jestem gurmandzista i bibosz, oprócz tego, że lubię wesołość, śmiech, żart, jestem jeszcze pokorny i wierny sługa boży.
— Wiem o tym. Ale ja nie jestem z parafii. Ani z tej, ani z żadnej.
— Toteż chodzisz po ziemi, między cichymi i poczciwymi dziećmi bożymi jak złośliwy napastnik, a śmierć i morderstwo leżą na twoich śladach, choć krok twój jest taki swobodny, niewinny, lekki, iście chłopczyński.
— Nic, nic. Jakoś przejdę dalej.
— A któż cię to tak potraktował niegrzecznie? Masz siną pręgę na twarzy.
— Upadłem na drodze i skaleczyłem sobie twarz.
— Tiens! Widzisz, nie masz kroku pewnego. Potykasz się i ty. Niepewnie krok stawiasz.
— Nie kieruje moimi krokami ta doskonała księża zasada: rozkazywać z najgłębszą pokorą i słuchać rozkazów z niezgłębioną dumą. Chodzę po swojemu. Ale jakoś i tak dam sobie radę.
— Niech ci Bóg wszystko przebaczy. I niech cię strzeże ode złego. Muszę już iść do kościoła. Zostań tu sam — i płacz przy tym grobie, w cichości duszy.
— Farceur! — mruknął Cezary.
Ksiądz nie odpowiedział. Szybko odszedł.
Cezary powrócił do swego pokoju chyłkiem, z twarzą osłoniętą, ażeby go zaś kto nie zobaczył ze śladem ciosu szpicruty na twarzy. Zawiązał twarz chustką, zakopał się w łóżko i zasnął jak kamień. Spał przez cały dzień i część nocy. Obudziło go światło w pokoju i odgłos kroków. To Hipolit Wielosławski stał nad łóżkiem. Cezary niechętnie podniósł głowę.
— Cezary! Co się z tobą dzieje? Nie jadłeś i nie piłeś...
— Spałem.
— Dobrze. Ale każże sobie cokolwiek przynieść. Co każesz?
— Proś, żeby mi tu przynieśli herbaty. Jestem cokolwiek niezdrów i dlatego nie mogę iść do stołu.
— No, do stołu nie ma po co, bo już wszyscy dawno śpią. Ale Maciejunio coś ci sprokuruje.
— Nie trzeba! Słowo ci daję, że nie trzeba! Poczekam do jutra.
— Chłopcze! Co się z tobą dzieje! Co tam ukrywasz na twarzy?
— Szedłem przez park wieczorem. Gałęź mię uderzyła w policzek.
— Dziwna gałęź, która trafia akurat w policzek. Nawet gałęzie dają w naszych stronach po twarzy. Co za kraj przestarzałego honoru!
— Tak. Kraj cokolwiek zanadto przestarzałego honoru.
— Czaruś! — rzekł nagle Hipolit z wyrzutem — cóż ty, bracie, tak się kryjesz przede mną! Nie chcę ci się narzucać, skoro się kryjesz.
— Ależ nie kryję się! Spałem.
— Widzę przecie, że chowasz w sobie jakąś mękę. Coś się tu dzieje dookoła ciebie, czego nie mogę zrozumieć. Mówią mi różne głupstwa, a nawet świństwa. Niczemu nie wierzę. Teraz ta pręga na twarzy...
— Daj mi pokój!
— Czyż nie byliśmy żołnierzami jednego strzeleckiego rowu! — mówił Hipolit ze łzami, chwytając towarzysza za rękę. — Poznałem cię do dna i nie mieliśmy obadwaj tajemnicy przed sobą. Jeden za drugiego szedł jakby za siebie samego. Słowo — jeden trupem by się był położył za drugiego. A teraz ty w moim gnieździe rodzinnym, tu, na moich śmieciach, zmagasz się z jakimś wrogiem, a mnie w tej sprawie już nie masz za brata. To mię boli, Baryka!
— Są sprawy, z których się zwierzyć nie można przed nikim, nawet przed tobą.
— Nie ma takiej sprawy, z której ja nie mógłbym się przed tobą zwierzyć. Przecież nie chodzisz kraść koni ani nie rozbijasz na publicznej drodze!
— No, widzisz — prawie...
— E, głupiś! Jedno ci powiem: jeżeli masz jakie zajście, jeżeli się z kim zmagasz, jeżeli na ciebie przypadła bieda ponad siły, nieszczęście głuche... Z kimkolwiek byłaby sprawa, o cokolwiek — staję przy tobie! Słowo — i będę prał, jakbyś ty sam prał swoją własną ręką! Chcesz sekundanta, chcesz zastępcy, chcesz alter ego chcesz pośrednika — o cokolwiek sprawa — jestem!
— Dziękuję ci, Hip! Ja przecie wiem o tobie. Ale ja nie mam sprawy.
— Kto cię uderzył przez twarz?
— Gałęź w parku.
— Nie chcesz mnie?
— Nie.
— Rozumiem. Już więcej ci się nie będę nastręczał ze swą figurą.
— Hipolit, braciszku! Zostaw mię.
— Już między nami, znaczy, nie ma tamtego, co było w rowach.
— Powiem ci tylko jedno: tam w rowach nie było pięknych kobiet. O więcej się nie dopytuj. Dośpiewaj sobie resztę, bo nic ci więcej powiedzieć nie mogę. To sekret.
— Sekret, o którym przez cały dzisiejszy dzień wszystkie wróble na wszystkich dachach ćwierkały.
— Doprawdy?
— A cóż ty myślisz! Chcę stanąć przy tobie, chcę cię zasłonić i walić na prawo i lewo... Co tylko każesz... A ty z pompą: sekret!
— Mam do ciebie jedną wielką prośbę.
— Wszystko!
— Pozwól mi pojechać na tydzień, na dwa tygodnie do tego małego folwareczku — na Chłodek. Chciałbym być sam, nawet ciebie nie widywać... No, i żeby mnie ludzkie oko nie widziało. Chciałbym tę gębę zagoić i pomyśleć w tym czasie nad wszystkim, co mię tutaj otoczyło. Nie mogę teraz ani tutaj być, u was, ani wrócić do miasta. Mam w sobie tuman, tuman...
— Dziś dam dyspozycję. Dostaniesz tam izdebkę. Ale to będzie małe, proste, ordynarne. Bo tam przecie nie ma komfortu.
Cezary nie mógł mówić. Wyciągnął do przyjaciela rękę. Hipolit ujął jego dłoń i długo ją ściskał. A wreszcie puścił tę rękę z jękiem:
— Na Chłodek — sam... Ech, ty głupcze! Ty dardanelski ośle! Zmarnowałeś Karusię! Uradziliśmy byli tutaj w rodzinie, żeby Karusię jakoś wyposażyć. Postanowiliśmy dać jej ten Chłodek w posagu. Zdawało się, że ty ją lubisz. Marzyłem: pobiorą się, osiądą na tym Chłodku. Myślałem, że będziemy przez życie nasze sąsiadami. Ech, ty głupcze!...
Następnego dnia rankiem, zanim we dworze nawłockim powstawano, Cezary przeniósł się na Chłodek. Nie żegnał się z nikim, gdyż i tak, po śmierci Karoliny, nie był zbyt dobrze widziany przez mieszkańców tego dworu. Hipolit odprowadził go osobiście i „wręczył” ekonomowi Gruboszewskiemu. Dokonawszy zaś tego „wręczenia” w sposób urzędowy i niejako prawniczy, zaraz odjechał swymi małymi saneczkami. Cezary przyjrzał się spod oka panu Gruboszewskiemu, a tamten pokaszlując i gładząc obwisłe wąsiska przyglądał się swemu gościowi. Wreszcie zaprosił do wnętrza dworku niezbyt gościnnym gestem:
— Proszę pana do środka.
Środek był tuż, jak gdyby na wierzchu. Dzieliły go od świata, deszczu, wiatru i zbyt wielkiego mrozu ściany modrzewiowe, bielone, a powyginane ze starości tak dalece, że każda z tych ścian miała linię nie pionową, lecz falistą. Z małego ganeczku wchodziło się do sieni wyłożonej płaskimi kamieniami, a z sieni niskie, odwieczne drzwi okute prowadziły do izby szerokiej, o kilku oknach. Podłoga w tej stancji również była jakaś falista, leżąc wprost na ziemi. Spomiędzy szpar między starymi balami podłogi wydostawała się glina czasu jesiennych szarug i zimowych odwilży, a wielkie letnie ulewy przepływały w poprzek tychże balów, gdyż, niestety! spróchniałe i zbutwiałe przyciesie nie mogły ich już po staremu odeprzeć i powstrzymać. W dużym „pokoju” stały dawne meble z mocno obdartym pokryciem. Na ścianach wisiały lanszafty tak zakurzone i sczerniałe, że, po prawdzie, nie wiadomo było, po co one wiszą już na swych zardzewiałych gwoździach lat tyle, skoro żadnego lanszaftu nic nikomu nie pokazują. Duży, czarny stół na próchniejących nogach stanowił jak gdyby centralny punkt tego domu. Stała tam już kawa w imbryku, śmietanka w dzbanku pobielanym, leżał chleb, symetrycznie otoczony przez maselniczkę, cukierniczkę, stanowiącą piękny zabytek czasów dawno minionych, przez stare noże, zgładzone od ostrzenia i krajania, oraz przez widelce z powyłamywanymi zębami. Stary, równie antyczny jak wszystko w jego domu, pan Gruboszewski wziął z rąk Cezarego walizkę i zaniósł ją do następnego pokoiku, małego, o jednym oknie. Tam ustawił ostrożnie walizkę przy łożu z jesionowego drzewa, zasłanym doskonałymi poduszkami i niebieską, jedwabną kołdrą.
— Mamy tylko dwa pokoje, proszę jaśnie pana — sumitował się pan Gruboszewski — więc tutaj jaśnie pan raczy rozgościć się według swego życzenia. Ja ze współmałżonką będę w tamtym pierwszym pokoju.
— Proszę pana! Nie jestem wcale „jaśnie pan”, lecz najzwyklejszy Baryka. Przykro mi, że narobiłem państwu takiego zamętu.
— Th... Gdzież tam! — mówił nieszczerze Gruboszewski. — Gość w dom, Bóg w dom — dodał już najzupełniej kłamliwie, a nawet oszukańczo.
— Państwo już dawno tutaj mieszkają, na Chłodku? — pytał Cezary, żeby tylko coś powiedzieć.
— Trzydzieści pięć lat, proszę łaski pana. Idzie na trzydziesty szósty, odkąd my na ten Chłodek nastali. Człowiek się na dobre zestarzał w tym samym miejscu. Mchem człowiek obrósł jako kamień w tutejszym polu.
— Tak. To kawał czasu.
— Nic się w tym domu nie zmieniło przez te długie lata. Te same ściany, te same belki, ten sam dach, te same graty. Domisko to stare jak świat. Na belce w tamtej stancji stoi napis: Anno Domini 1782. Jest tu na ganku cztery słupy. Jeden jest niepewny. Tknąć go palcem, wylatuje. Już tak wylatuje dwadzieścia cztery lata. Wszyscy wiedzą w domu i w okolicy: od tego słupa z daleka, bo może przytłuc!
— Czemuż go pan nie przytwierdzi mocnym bretnalem?
— Nie mój dom. Nie ma co do tego dyspozycji. Nie mam poręcznej drabiny. A słup i tak latami stoi. A ile to ja, proszę łaski pana, zboża przez te lata wydał do spichlerzów państwa nawłockiego! Któż by to zliczył! Ile się to mąki przemełło w tutejszym młynie!
Tymczasem poproszono do śniadania. Przy tym śniadaniu, które było takie samo jak w nawłockim dworze i takimi samymi obstawione ceregielami, rolę Maciejunia pełniła pani Gruboszewska, jejmość w obcisłym czarnym stroiku oraz w czarnym nakryciu głowy siwej i, powiedzmy, łysawej — jejmość chuda i koścista, której widok nieco Cezarego przestraszył. Zapraszanie i nastawanie do objadania się było intensywniejsze niż w Nawłoci.
Tymczasem Cezary szukał niższego życia, samego życia. Zwierzył się z tym panu Gruboszewskiemu. Ten nie bardzo zrozumiał. Człowiek żyjący samą istotą życia, człowiek praktyczny, człowiek nagiego faktu w życiu i nagiego interesu nie mógł zrozumieć, iż ktoś może poszukiwać istoty życia. Ale ów poszukiwacz był to przyjaciel pana Hipolita, dziedzica, więc wolno mu było poszukiwać, czego chce. Pan Gruboszewski, człowiek żyjący istotą życia, widział w tym poszukiwaczu istoty życia po prostu kontrolera nasłanego przez dwór dla zbadania zastarzałych ekonomskich nadużyć — tajnego spostrzegacza, donosiciela, a nawet kandydata na posadę ekonoma na Chłodku, domniemanego swojego następcę. Toteż patrzał na przybysza i czekał. Na wszelki wypadek, starym obyczajem gościł, karmił i poił gościa, kimkolwiek on tam jest w owej istocie rzeczy. Zawsze łatwiej jest z człowiekiem, gdy sobie podje, a zwłaszcza rzeczy smacznych, których w byle mieście nie widział.
Zaraz po śniadaniu Cezary zwrócił się do swego gospodarza z propozycją pomocy we wszelkiej pisaninie, w prowadzeniu ksiąg, rubryk, wykazów, rachunków, papierów. To już najgorzej nastroiło ekonoma Gruboszewskiego.
„Widzisz go! Chwat! Do papierów, do ksiąg, do rachunków! Zjesz ty diabła czubatego, zanim ja ci dam »papiery«!”
— Jakież to tu u nas papiery! — westchnął głośno. — Mało tu piszemy. Wszystko w oczach i na palcach. Wszystko jawnie i po bożemu. Pisze się, oczywiście, rachunki, wykazy, a owszem! Porządek — to u nas pierwsza rzecz na Chłodku! Już, chwalić Boga, trzydzieści pięć lat, a idzie na trzydziesty szósty. Owszem, zaraz pokażę księgi...
— Nie tak znowu zaraz. Przy okazji. Rad bym dziś zobaczyć gospodarstwo, młyn, wieś. Porozmawiać z ludźmi, posłuchać, co też mówią, jak mówią...
Tu już Gruboszewski nie miał ani cienia wątpliwości, że stoi przed nim człowiek, który chce go wygryźć z posady, wysadzić z ekonomii na Chłodku i „puścić w świat z torbami”. Rozpacz zakotłowała się pod czaszką człeczyny.
— A co to za przygodę szanowny pan mieć musiał, że aż taką kresę przez oblicze wyniósł? Czy to jeszcze z wojny?
— Nie. Upadłem w nocy na schodach i skaleczyłem się tak mocno...
Pani Gruboszewska poczęła wnet doradzać użycie rozmaitych medykamentów, zalecała zwłaszcza maść ze świeżego wosku, oliwy, terpentyny i czegoś tam jeszcze. Pobiegła nawet żwawym truchcikiem do spiżarni za wielką kuchnią, żeby tę maść przygotować według starego przepisu, który się nazywa po łacinie unguentum, a który jeszcze ojciec — świeć Panie nad jego duszą! — szeroko chłopom aplikował.
Nim powróciła z maścią, Cezary wymógł na Gruboszewskim spacer do młyna i dookoła zabudowań folwarku. Młyn był stary, typu panującego nad rzekami i stawami polskimi jeżeli nie za Piastów, nie za Jagiellonów, to na pewno za obieralnego Stefana Batorego. Było w tym starym klekocie nawet coś pięknego, gdy się tak, w dobie aeroplanów i telegrafów bez drutu, obywał bez żelaza, posiłkując się według prastarego obyczaju kamieniem jeno i drzewem. Jego pierwotne drewniane maszyny — koła podsięwodne i paleczne, walce, skrzynie, żarna, rzeszota, sita i pytle — były wymyślnymi wynalazkami cieślów, kamieniarzy i sitarzy — były „sposobami” zarzuconymi dawno-pradawno przez geniusz rolniczej wioski na siły dzikiej rzeki okolicznej i twardość życiodajnego ziarna.
Baryka musiał zajmować się tymi zjawiskami zewnętrznymi i myśleć o nich niejako przemocą, ażeby w sobie pokonać męczarnię wspomnień i poduszczenia tęsknoty. Chodził, biegał, rozmawiał, dopytywał się, oglądał, rozważał, śmiał się, dowcipkował, a nad jego głową huczała groza burzy rozpętanej. Wesoło i kordialnie zaznajomił się z młynarzem Sylwestrem — gadał z wieśniakami oczekującymi na mąkę razową i otręby, a serce rozpętane waliło w jego piersiach jak więzień skazany na śmierć. Jakieś wzmianki w rozmowie: „ot, tamten gospodarz jest spod Leńca, a ten to z Ognichy, na drodze do Odolan” — rzucały nim jak czerepem bezsilnym w jamę rozpaczy głuchej i bezdennej. Tym usilniej, tym zawzięciej rozmawiał, interesował się, dociekał, badał, wchodził w istotę rzeczy.
Sylwester, młynarz stary na owym Chłodku, siedział już w tymże młynie kilkadziesiąt lat, bo nastał tu jeszcze przed Gruboszewskim. Gdzie Gruboszewski! Był jeszcze za tamtego ekonoma, za Przesławskiego. — Ludzie go tu — powiadał — znają jak kraj szeroki, z tej i z tamtej strony Jasnej Góry. — Płucaż miał, płuca! Wrzeszczał, rzeczywiście, na cały tamtejszy kraj — każde jego słowo przekrzykiwało wszystkie „korce”, tryby, walce, palce i pytle, gadające rzecz swoją. Sylwester postękując przypatrywał się spod oka młodemu obieżyświatowi, o którego sekretnej misji szepnął mu już okumon Gruboszewski. Gadał z tym większym wrzaskiem, a podstępnie, obłudnie, chytrze. Chłopów było pełno we młynie. Gospodarzy zasobniejszych i małorolnych chudziaków, którzy chciwymi oczami wpatrywali się w wymyślne i cudaczne Sylwestra maszyny, czy im aby mąki i otrąb nie podbiorą nad miarę.
Dziwiła Cezarego rozmowa z wieśniakami. Słuchali, gdy im to i owo opowiadał o wojnie. Synów na tej wojnie mieli, braci, krewniaków. Lecz gdy nawrócił do rzeczy pokoju, przeważnie go nie rozumieli i on ich nie rozumiał. Nawet nie to, żeby go nie rozumieli: nie obchodziło ich, nudziło ich to, co mówił. Lubili gadać i słuchać tylko o tutejszym, o realnym, o widocznym, dotykalnym, o tak dotykalnym i tutejszym, że on znowu tego nie rozumiał. Wszystko musiało być na przykładzie z tej okolicy, wszystko musiało tutaj się przydarzyć i o tutejsze stosunki zaczepiać. Inaczej było obce, dalekie, nienaskie, zaświatowe, a więc nie interesujące. Wszystko, cokolwiek mówili i czym się interesowali, zahaczało się o jadło i napitek, obracało się dokoła opału i odzienia, przeżycia zimy i przednówka, a doczekania drugiego lata. A na drugie lato i drugą jesień będzie znowu to samo: wyrobić, wydębić z okrutnej, twardej ziemi tyle, żeby przejeść całą zimę bez głodowania, przetrzymać przednówek — i znowu dalej — do „nowego”.
W pewnej chwili tych gawęd o jadle i przyodziewku od zimna, Cezarego pchnął nóż wściekłości: „Cóż za zwierzęce pędzicie życie, chłopy silne i zdrowe! Jedni mają jadła tyle, że z niego urządzili kult, obrzęd, nałóg, obyczaj i jakąś świętość, a drudzy po to tylko żyją, żeby nie zdychać z głodu! Zbuntujcież się, chłopy potężne, przeciwko swojemu sobaczemu losowi!” — myślał Cezary siedząc na worku miękkich otrąb. Ta myśl, ten grzmot wewnętrzny był pewną siłą duchową, przeciwstawiającą się burzy szalejącej nad miękkimi postawy duszy.
Siedział we młynie aż do obiadu, wciąż zaciekle z chłopowinami pogadując. Później, przed samym już obiadem, obszedł stajnie, obory, stodoły i spichlerz folwarczny, włażąc jak istny detektyw w najdrobniejsze szczegóły.
Dwa tygodnie spędził na Chłodku jako gość państwa Gruboszewskich, stale podejrzywany przez nich o czyhanie na posadę ekonoma. Jadł, pił, spał i pracował od świtu do nocy. Co robił? Jakąś robotę wykonywał forsownie. Wstawał rano, do dnia, to znaczy o ciemnej nocy grudniowej, pospołu z jegomością Gruboszewskim. Szedł spać z kurami, to znaczy około piątej po południu. Co dzień był gdzie indziej: we młynie — na gumnie, przy młocce cepami, wianiu, mierzeniu i odstawianiu do spichrza gotowego ziarna — w lesie, podczas rąbania sążni drzewa na opał — przy połowie ryb na Wiliją — w oborach, przy udoju wieczornym i rannym. Nadto łaził po wsi wstępując do chałup nowo poznanych gospodarzy. Badał tu zwłaszcza życie bezrolnych komorników, których było niemało we wsiach sąsiednich, otaczających wieńcem na przy górkach rozrzuconym Chłodek leżący w dolinie.
Komornicy — byli to chłopi i ich rodziny nie posiadający wcale roli, a zamieszkujący „kątem” u gospodarzy przeważnie małorolnych, którzy jednak posiadali własne skrawki roli, własne chaty, stodoły i obórki. Komornicy chodzili na zarobek do dworów, służyli za fornali i ratajów, a także zarabiali u bogatych chłopów jako najemnicy i parobcy w gospodarstwach włościańskich dostatnich, lepiej prowadzonych i zasobnych w inwentarz. Życie komorników było nędzne nad wyraz. Latem wychodzili na zarobek w bogatsze okolice. Niegdyś, przed „wielkimi wojnami”, wędrowali masowo za granicę Słowiańszczyzny do rdzennych Niemiec jako „obieżysasy”. W czasie wojen rozmnożyli się, narośli i wypełnili wioski i wioszczyny. Wojny nie wygubiły ich, lecz właśnie rozpleniły — nic im nie przydając. Wielu z nich skrwawiło się, pokryło ranami i zdobyło kalectwo w walce o wolność narodu polskiego, a ojczyzna, w nowe państwo przekształcona, nie zdołała jeszcze nic dla nich uczynić, zajęta ogólnymi biedami i ciągłym zmaganiem się z zewnętrznym wrogiem. Czekali cierpliwie — żyjąc w swych kątach, na cudzym przykominiu, śpiąc na ławkach i po zapieckach, nie mając własnego domu i nie mając nic zgoła, co by swoim nazwać mogli. Był tego po wsiach, wśród posiadaczów i półposiadaczów, tłum, mnogość, powszechność. Słaniali się po drogach jako dziady, tłukli się po dziedzińcach zabudowań, plącząc się i nie wiedząc, o co ręce zaczepić. Jakże straszną była ich zima! Jakże potworne wśród nich grasowały choroby! Jakież katusze znosiły kobiety tego klanu pariasów, gdy w ich potomstwo uderzały krosty albo to straszniejsze, co ściśnie w gardle i zadusi nieletnie dzieciątko, niczym bezlitosna kuna, ćkórz, wytracający całe kurniki ptasich piskląt.
Przez szpary we wrótniach stodółek przypatrywał się starcom i staruchom wywleczonym z ogrzanych chałup przez dzieci i wnuki zdrowe na umarcie w mróz, zawieję, złożonym na snopku kłóci, aby prędzej doszli i nie zadręczali żywych, spracowanych i głodnych, swym kaszlem, charkaniem krwią albo nieskończonymi jękami. Podziwiał tę pierwotną, barbarzyńską bezlitość, która jest nieuniknioną ekonomią życia, życia takiego, jakie jest na wsi.
Oto miał przed oczyma drugi biegun systematów urządzenia żywota ludzkiego na świecie. Patrząc na skręconą staruszkę, która na snopku słomy w stodole pomimo wszystko skonać nie mogła, a żyć w tych warunkach nie mogła również, wspominał matkę swą i jej ostatnie godziny. Tam, w świecie urządzonym według najlepszego społecznie ideału, załatwiano się szybciej i skuteczniej pomagano śmierci. Cezary plątał się teraz wśród mieszkańców wiosek, przypatrywał się ich robocie i odpoczynkowi, wglądał w ich garnusie przystawione do cudzego ognia, badając, co też jedzą. Przebiegał nawłockie lasy obserwując źle żywionych podrostków, obdartusów i sankiulotów, wyschłe, schorzałe babiny, jak kulkami obłamywały gałęzie suche, a potem wiązki ich dźwigały na plecach upadając pod ciężarem, wlokły się poprzez równinę śniegową, ażeby w mróz srogi ogrzać ręce i warzę zgotować przy ogniu świętym. Zaprawdę, gdy huczał srogi polski wicher — serce mu nieraz pękało. Pękało tak szczerze i głęboko, iż własne jego zgryzoty przymierały.
Zjadł „Wilię” w domu ekonomostwa Gruboszewskich, w gronie rodziny, synów, zięciów, córek i ich potomstwa, co się z różnych stron do starych na Chłodku zjechało. Nie chciał być w Wigilię w Nawłoci, pomimo że szrama na twarzy dawno się zagoiła i tylko nieznaczna siność wskazywała, że tam niegdyś było cięcie zdrowe. Na próżno Hipolit Wielosławski przyjeżdżał na Chłodek, na próżno, wyprowadziwszy przyjaciela w pole, błagał go o przybycie do Nawłoci. Nic nie pomogło.
W czasie tej to Hipolita wizyty padła wiadomość rzucona mimochodem:
— Ale, ale, czy wiesz, Czaruś, że nasza piękna sąsiadka, pani Laura, jest już panią Barwicką?
— Nic o tym nie wiem... — mruknął Cezary czując, jak w nim serce i krew w żyłach lodowacieje.
— Jakże! Przysłali zawiadomienie o ślubie.
— Gdzie? O ślubie?
— Z Krakowa. Ślub za jakimś tam indultem. Zawiadomienie na brystolu, litografowane morowo, z tytułami i genealogiami. Chcesz, to ci przywiozę?
— A mnie to po co?
— Myślałem, że cię to obchodzi.
— Do diabła z tym! — mruknął Cezary i zaczął mówić o czym innym.
Ale ta wiadomość w serce go poraziła. Teraz już zgasły wszelkie tajne nadzieje. Ustały już wszelkie marzenia zaskórne, hodowane w pomroce pomimo wszystko. Potworność faktu, oczywistość tryumfu Barwickiego dusiła go za gardło.
Cezary musiał „robić” podwójnie. Chodził, biegał, wtrącał się, wścibiał, podglądał, nasłuchiwał. Uczył się ostatnich sekretów życia biedoty. Pewnego jednak dnia wstawszy o ciemnej nocy do dnia, oświadczył panu Gruboszewskiemu, że już ma dosyć, dłużej tu już nie będzie marudził. Odjeżdża do miasta. Powraca do swoich trupków w prosektorium. Pan Gruboszewski ucieszył się, jakby mu kto cały Chłodek na własność darował. Do trupów w czymś tam takim? Bagatela! Także trza było gadać od samego początku, że to chodzi o romanse i filozofie!
Cezary napisał do Hipolita bilecik z prośbą o konie do stacji. Zanim konie nadeszły, zebrał swoje manatki, zapakował walizkę i czule, ogniście żegnany, pojechał do Nawłoci. Pani Wielosławska i strupieszałe ciotki, Michał Skalnicki i Maciejunio (ksiądz Anastazy odjechał już był do swej parafii, gdzie pełnił obowiązki wikarego) — słowem wszyscy żegnali go ze smutkiem, w którym jednak nie było za tym gościem żałoby. Patrzyli na niego spod oka i żegnali go gorzkim pozdrowieniem.
„Bądź zdrów, gościu — mówiły ich spojrzenia. — Dach nasz był twoim dachem, drzwi nasze stały przed tobą otworem, ale ty dziwnym byłeś gościem. Bóg z tobą!”
Trzeba było pożegnać jeszcze państwa Turzyckich, którzy niejednę wyświadczyli usługę. Cezary rad by był uniknąć tej wizyty, ale nie było sposobu wykręcić się sianem.
Wspaniałe hamany cugowe — czarna para — zaprzężone do maluteńkich saneczek z delią niedźwiedzią na nogi — biła kopytami przed „Arianką” i rozmiatała śnieg rwąc się do skoku. Toteż wizyta nie mogła być długa. Cezary chwilę zabawił. Ucałował rączki pani Turzyckiej, coś tam naopowiadał przyjemnego i cmoknął w wąsiska pana. Zbiegł ze schodów.
Ale gdy już miał wyjść z wielkiej sieni, udało mu się jeszcze rzucić okiem na schody. Wtulona we wnękę głęboką, nachylona nad poręczą czaiła się tam Wanda Okszyńska. Była blada, bladozielona jak mur bielony, obok którego tkwiła. Była wychudła i jakaś zestarzała. Oczy jej, podkute czarnymi obwódkami, wlepione były w tego pana Czarusia, który tak ciężko na jej życiu zaważył. Spostrzegłszy, że patrzy w jej stronę, skinęła ku niemu dwukrotnie głową. A gdy ukłoniwszy się z daleka, wybiegł ze swoją walizką w ręku, zawisła nad tą poręczą. Przymknęła oczy i wtuliła się w zimną wnękę. Głowę jej nieszczęśliwą jedynie mroźny mur podparł i chłodem litościwym otrzeźwił.
Jędrek ledwo-ledwo mógł utrzymać lejce karych. Pognały jak burza środkiem alei. Przy końcu tej alei Jędrek odwrócił się do swego pana z pytaniem:
— Na prost czy na Leniec?
— Jedź, jak chcesz. Zdążymy na pociąg.
— Bardzo kopno na prostaki. Opłotki pozadymane. Konie trudno utrzymać. Wpakujemy się między opłotki. Będą skakały...
— No więc na Leniec. Ruszaj! Bata nie waż się! Lejcami lekko...
Konie poniosły sanki szeroką drogą. Cezary podniósł oczy na tę okolicę, siedlisko takich uniesień, takiej radości, a teraz zwierciadło takiej żałości. Cóż to się stało z tą ziemią! Folwarki okoliczne na tle białego śniegu zawleczone były niebieskawą mgłą i miały w swych kształtach zimowy wyraz tamecznego życia: smutek, obcość, troskę. Jakże były inne, jak obce duszy, jak ponure te kielichy niedawnego wesela! Oto grusze polne, które mijał w szczęściu. Oto las. Oto te zarośla przydrożne, które umiały śpiewać swoją własną pieśń miłosną do wtóru zawistnej pieśni duszy. — Leniec!
Cezary przypatrywał się pałacykowi spod zwisłych powiek. Wchłaniał oczyma po raz ostatni kształt dużego okna na górze, barwę ogrodu. Okno na górze było zasłonięte firankami. To znak, że pani nie ma.
Nie dał rady: grube, samotne łzy, z całej siły trzymane pod powiekami, spłynęły po jego policzkach. Hipolit Wielosławski udawał, że ich nie widzi. Coś gadał do Jędrka. O coś się złościł. Krzyczał swe: — trzymaj naręcznego, trzymaj go! — Tylko mocną żołnierską ręką objął wpół Cezarego i pod pozorem obawy, żeby kolega nie spadł z wąskiego siedzenia, przycisnął go z całej siły do piersi.
Książka pochodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Przedwiośnie”. Utwór w domenie publicznej. Zmiany: bez przypisów.