<?xml version="1.0" encoding="utf-8" standalone="yes"?><rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"><channel><title>Szatan z siódmej klasy on nowypolski.pl</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/</link><description>Recent content in Szatan z siódmej klasy on nowypolski.pl</description><generator>Hugo</generator><language>pl</language><atom:link href="https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/index.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/><item><title>1. Diabeł wyskakuje z pudełka</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/01/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/01/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;Szatan z siódmej klasy&lt;/h2&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;1. &lt;br/&gt;Diabeł wyskakuje z pudełka&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Pan profesor Gąsowski nauczał historii wedle własnej, nieco rozwichrzonej metody. Niektóre wielkie postacie, błąkające się po Elizejskich Polach albo krążące pośród gwiazd, bardzo miłował, o niektórych rozprawiał z drwiącym lekceważeniem, a w licznym, nieśmiertelnym tłumie były i takie, o których nie chciał mówić wcale. Omijał je przy spotkaniu, udawał, że ich nie dostrzega, nie kłaniał im się. O ukochanych osobistościach mówił z gorącym zapałem, piejąc na ich cześć górne hymny, po każdym zdaniu zasadzając wykrzyknik jak cyprys na grobie. O Napoleonie, z ukochanych najukochańszym, rozprawiał jak natchniony poeta. Zdawało się, że w każdej chwili zakrzyknie gromko: „Niech żyje Cesarz!” — i rzuci się w bój, krwawy szatan. Napoleon, siedząc okrakiem na komecie jak na ognistym koniu, z wielką przyjemnością przysłuchiwał się panu profesorowi Gąsowskiemu. Gdyby mógł sięgnąć z nieba, przypiąłby na jego piersi Krzyż Legii Honorowej. Mniej zadowolony z tych wykładów był piękny Alcybiades, o którym pan profesor mówił z lekceważeniem, że „był to fircyk, elegancik i w ogóle wydmuchana osobistość”. Nie można było dojść, czym sobie szlachetny Ateńczyk zasłużył na tę opinię. To go jedynie mogło pocieszyć, że o innych nieśmiertelnych pan profesor szerzył zgoła oszczerstwa. Cezar miał zamazaną hipotekę i gdyby to zależało od pana profesora Gąsowskiego, nieśmiertelność pozbawiałaby go prawa korzystania z niezmiernej chwały. Tym, o którym pan profesor wcale nie chciał mówić, któremu by się nie ukłonił i któremu nie podałby ręki, był Hannibal. Dlaczego? O tym wiedzą jedynie kartagińscy bogowie, jeżeli w ogóle o czymś wiedzą, bałwany opasłe. Hannibal miał wielu wrogów, straszliwych wrogów, śmiertelnych wrogów, ale nigdy i przenigdy nie miał takiego, jakim był twardy, zawzięty i nieustępliwy pan profesor Gąsowski. Od wielu lat mieli ze sobą na pieńku. Nieszczęsny Hannibal, łypiąc jednym okiem, chwytał się za głowę i jęczał: „Co ja takiego mogłem uczynić, że mnie pan profesor Gąsowski tak nie znosi?”. Nikt tego nie wiedział. Wiedział tylko pan profesor.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>2. Dwie awantury, a jedna gorsza od drugiej</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/02/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/02/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;2.&lt;br/&gt; Dwie awantury, a jedna gorsza od drugiej&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Adaś Cisowski, brat diabła i bliski kuzyn czarownicy wedle podejrzeń profesora Gąsowskiego, był jednakże najściślej spokrewniony z uczciwym rodzajem ludzkim. Ojcem jego był szanowany lekarz, dzielny wróg śmierci i tysiąca jej dziatek: chorób wewnętrznych i zewnętrznych, lekkich i ciężkich; matką przedobra kobieta, która — tak jak inni kapelusz — „miała na głowie cały dom”. Srogi i kłopotliwy był to ciężar, w domu tym bowiem chowało się, oprócz dorastającego Adasia, jeszcze czworo pędraków różnego wieku i płci. Banda ta odznaczała się przedziwną właściwością wywracania do góry nogami tego domu, co spoczywał na nieszczęsnej głowie matki, i trzeba było nie lada zręcznej cierpliwości, aby nie spadł. Czworo straszliwych istot, obawiając się zapewne, że nie zostaną przez ludzkość zauważone, dawało znać o sobie światu donośnym krzykiem o każdej porze dnia, co powoduje u starszych takie śmieszne i dziwaczne ruchy, jak podnoszenie oczu ku niebu, załamywanie rąk lub chwytanie się nimi za głowę.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>3. Piękne są oczy fiołkowe, ale kto ukradł drzwi?</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/03/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/03/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;3. &lt;br/&gt;Piękne są oczy fiołkowe, ale kto ukradł drzwi?&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Sprawa zbrodniczej nitki, którą Adasiowi udało się... zszyć „pęknięte serce” dobrego chłopaczyny, narobiła wiele hałasu; gdy wiadomość o niej dotarła do pana profesora Gąsowskiego, zacny ten mąż zadumał się głęboko i znieruchomiał w pozie, w jakiej zwykle Mickiewicz kamienieje na posągach: kamienną ręką przyciska kamienną książkę do kamiennej piersi, jak gdyby zatrwożony, że mu ją chcą przemocą odebrać. Tym się jednak odróżniał od wieszcza, że chociaż zakrzepły w kamiennej zadumie, westchnął głęboko w pewnej chwili, czego — jako żywo — wieszcz nie może uczynić, a co uczyniłby chętnie, gorzkimi tknięty myślami i przepełniony rozżaleniem nad losem wyświeconej z życia poezji. Pan profesor powróciwszy do życia, wyrzekł sam do siebie tajemnicze słowa:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>4. Dwie brody i człowiek-widmo</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/04/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/04/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;4. &lt;br/&gt;Dwie brody i człowiek-widmo&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Młodszy brat pana profesora Gąsowskiego nosił lekkie i rzadkie imię Iwo; był to mąż postaci wielce niepozornej, toteż trwożne zdumienie ogarniało każdego, do którego z nagła przemówił: z małej figurki lał się ogromny, ciężki bas, niemal czarny, huczący i dudniący jak głos armaty. Brat profesor, używający przyzwoicie cienkiego ludzkiego głosu, brał mu to za złe, uważając za brak smaku wydawanie z siebie nieoczekiwanego ryku, płoszącego trwożliwe konie. Był to „głos ponad stan”. Taką samą oznaką pychy mizernej ludzkiej figurki była czarna zbójecka broda w kształcie łopaty, mająca budzić grozę w każdym, co by śmiał szyderczym spojrzeniem dotknąć jej właściciela. Potężny bas spływał po potężnej brodzie jak wodospad po czarnych bazaltowych skałach. Można było rzec śmiało, że nie broda była dodatkiem do człowieka, lecz człowiek był dodatkiem do brody. Miała ona wszelkie cechy prawdziwości, pomimo zbójeckiej przesady w ogromie, pilne jednakże badania odkryłyby snadnie, że barwa jej, owa czarność kruczo-lśniąca i piekielnie smolista, była produktem chemicznym: broda, za której czarność sam Herodes byłby dostał złoty medal, była farbowana! Pan Iwo Gąsowski był o kilka lat młodszy od brata historyka, który srebrną swoją sędziwość ukazywał całemu światu. Pan Iwo nadrabiał sztuką, czernił swoją mizerną powagę i oblewał ją czarną smołą basowego głosu. Władał majątkiem, będącym wspólną własnością braterską, i z pysznym gestem przywodził go do ruiny. Zajmował się wszystkim, byle nie gospodarstwem. Lepiej uprawiał brodę niż ziemię. Wieczysty dyletant, uczony z nieprawdziwego zdarzenia, zajmował się matematyką i od wielu lat łudził się nadzieją, że zdobędzie wielotysięczną nagrodę jednego z niemieckich uniwersytetów, przeznaczoną dla tego, co usunie jedną ze zgryzot matematycznych. Wielki matematyk francuski z pierwszej połowy siedemnastego wieku, Piotr Fermat, pozostawił po sobie twierdzenie matematyczne z dziedziny teorii liczb, zwane w nauce „wielkim twierdzeniem Fermata”. Czy to przez roztargnienie, czy przez niedbalstwo, nie pozostawił na nie dowodu. Nikomu nie udał się dowód, że to twierdzenie jest fałszywe, &lt;em class="foreign-word"&gt;ergo&lt;/em&gt;: jest prawdziwe. Najtęższe matematyczne głowy szukają przeto dowodu na jego prawdziwość i niektórym udało się to, w drobnej jednakże części. W dalszym ciągu matematycy nie śpią, nie jedzą i wzniosłymi głowami tłuką o ściany, szukając całości dowodu „wielkiego twierdzenia”. Szukała go przeto i czarna zbójecka broda. Piotr Fermat, od dawna gwiazdy na niebiosach liczący, nie wiedział o tym, że pożera rodzinny majątek Gąsowskich. Napełniało to goryczą brata historyka i wiele przysparzało boleści żonie Czarnobrodego.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>5. Po rozbitej głowie chodzi Francuz</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/05/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/05/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;5. &lt;br/&gt;Po rozbitej głowie chodzi Francuz&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Adaś otworzył oczy i zobaczył ponad sobą nisko zwisający pułap. Nie zdawał sobie sprawy z tego, gdzie się znajduje; jedno było pewne, że cały świat z nim razem się kręci. Gdyby nie istniały inne, bardziej ścisłe dowody na krętactwo ziemi, ten mógłby wystarczyć na jego prywatny użytek. Porwana powszechnym entuzjazmem ruchu, kręciła się opasła szafa i łóżko, i stolik. I jakaś postać pędzi w nieznane przestrzenie. Adaś zamknął szybko oczy, porażony niezwykłym zjawiskiem, drobny ten zabieg nie zdołał jednak powstrzymać zawrotnego pędu; tę jedynie mało pocieszającą poczuł odmianę, że zamiast podążyć w towarzystwie starych gratów od zachodu ku wschodowi, leci w tej chwili sam, bez martwego inwentarza, w jakąś głęboką, bezdenną otchłań. Musiał krzyknąć w nagłej trwodze i to go ocaliło przed zniknięciem w czeluściach: ktoś go chwycił za rękę i zatrzymał. Znowu otworzył oczy i ujrzał pochyloną ponad sobą twarz ludzką, lecz tak niezmiernie rozległą, olbrzymią i o zamazanych rysach, jak gdyby cały świat był tą twarzą. Zaczęła się ona jednak kurczyć powoli i przybierać wyraziste kształty, wreszcie po długich zmaganiach się, konwulsjach i piekielnych grymasach stała się dobrym, zatroskanym i bladym obliczem profesora Gąsowskiego. Adaś przyjrzał mu się upartym spojrzeniem i starał się przypomnieć, do kogo należy. Wtedy posłyszał głos rzewny i jakby pełen skargi:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>6. W mrokach tli się światełko</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/06/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/06/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;6.&lt;br/&gt; W mrokach tli się światełko&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Spojrzeli bezradnym wzrokiem na stosy gratów zapełniających strych. Kilka wieków chyba, odchodząc w wieczność, składało tutaj śmiecie i rupiecie. Wielki pisarz francuski Balzak, który w powieści &lt;em class="book-title"&gt;Jaszczur&lt;/em&gt; genialnie opisał skład starożytności, wygramoliwszy się z trudem na ten strych (bo był wcale gruby), opuściłby ręce. Nikt nigdy nie wiedział, dlaczego chowa się na tym strychu skorupy naczyń lub dziurawe żelazne garnki. Każde pokolenie żywiło nadzieję, że ułomna noga zydla przyda się do jakiegoś nieznanego celu pokoleniom przyszłym. W tym samym dobrotliwym zamiarze następne pokolenia składały dla przyszłości kiepsko złocone ramy lub madejowe łoże, które się zapadło pod opasłym członkiem rodu. Największy podziw budziły zwisające z krokwi uschłe badyle, a wśród nich zapomniany wianek czosnku. Odwieczne babki suszyły najdziwniejsze zioła, potem umierały, zapomniawszy o tej aptece. Dziwne to było zaiste, że owa babka, która nie zdążyła zdjąć ze strychu owego czosnku, nie powracała w nocy, aby w jakiś groźny sposób dać znać prawnukom, że na strychu wisi skarb: wianek pożytecznego czosnku, leczącego astmę, obolałe dziąsła, zwapnienie żył, świerzb, ból zębów, burzliwość żołądka, a zmieszany z sokiem rozchodnika — nawet lekkie pomieszanie zmysłów.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>OPOWIEŚĆ KSIĘDZA JANA KOSZYCZKA nową modą pokrótce powtórzona</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/07/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/07/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h2 page-title"&gt;OPOWIEŚĆ KSIĘDZA JANA KOSZYCZKA &lt;br/&gt;nową modą pokrótce powtórzona&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wieś Gąsowskich zapadła na uboczu jak kuropatwa w ściernisku. Lasami odgrodzona była od tego wielkiego traktu, którym Wielka Armia toczyła się w złocistej, pysznej paradzie na zdobycie Moskwy. Zdawało się, że orły polatują nad nią, skwirząc, i zdyszane gonią za tym, co pędzi przed siebie jak gradowa chmura: za Cesarzem. Opowiadali ci, co go widzieli w Wilnie lub na popasach w zastrachanych wiejskich dworkach, że oczy zmienia w dwie szpady; że blady jest bladością marmuru, jak gdyby już za życia był posągiem własnej niezmierzonej chwały, huczącej rykiem armat. W odwiecznym domu łapczywie nasłuchiwano wieści o tym pochodzie, jakby nasłuchiwano odgłosów burzy, co się za lasami przewala. W duszach błękitniały nadzieje, w sercach rosły tęsknoty. Bóg wojny oczarował umysły, tchnął wiarę w zrozpaczonych i smutnych. Powtarzały to „dęby dębom, bukom buki”, a ludzie ludziom: gdzie jest, co czyni, jakie raczył wypowiedzieć słowo, co się potem toczyło jak grzmot przez polskie ziemie. Gdy nieskończony wąż armii wczołgał się na niezmierzone przestrzenie, w ciszę zapadły wsie i zaścianki. Wojna krwawiła się gdzieś daleko, daleko... Czasem wieść, jak płomień ognisty, przeleciała powietrzem; ludzkie dusze stawały w ogniach. Łakome oczy wpatrywały się w gwiazdy, co drżały nad daleką północą, jak gdyby chciały dojrzeć, czy się zamgliły w krwawym oparze, czy świecą jaśniej jeszcze niźli dotąd. Latały gorące szepty o bitwach potężnych i krwawych, i zwycięskich; o nadludzkich czynach nieśmiertelnych pułków nieśmiertelnego Cesarza; o Moskwie, pysznym mieście, malowanym złotem, co padła na struchlałą twarz i biła czołem przed Niezwyciężonym.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>7. „Malarz — co ukradł, mówi, że znalazł”</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/08/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/08/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;7. &lt;br/&gt;„Malarz — co ukradł, mówi, że znalazł”&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Pan profesor i Adaś jedli spóźnione śniadanie. Chłopiec nie mógł usiedzieć i czekał niecierpliwie, kiedy staruszek skończy posiłek, staruszek jednakże nie śpieszył się. Ogarnęła go wielka zaduma. W pewnej chwili utkwił wzrok w szklance napełnionej mlekiem, jak gdyby niesłychaną ujrzał nowość. Trudno przypuścić, aby o najtłustszym nawet mleku można było uczynić najchudszą filozoficzną uwagę, więc się Adaś zdumiał, gdy profesor wskazując palcem, rzekł cicho:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>8. Umarli piszą listy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/09/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/09/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;8.&lt;br/&gt; Umarli piszą listy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— On wiedział, że ja coś wiem — mówił Adaś na radzie gabinetowej pod przewodnictwem pana profesora. — Wywnioskował, że jakichkolwiek wieści należy szukać w moim pokoju. Ja pragnąłem schwytać Tatarzyna, a Tatarzyn był mądrzejszy. Panie profesorze! Jestem niepocieszony...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Rada gabinetowa, w której udział brała poza nimi tylko Wandzia, uchwaliła dwoma głosami, aby się jednak dał pocieszyć, nic bowiem groźnego się nie stało. Spokojnie rozważywszy, nie było powodu do niepokojów. Napastliwa szajka przeczyta łapczywie opowieść księdza Koszyczka i nie będzie mądrzejsza, niż była przedtem. Dowie się, oczywiście, że „francuska tajemnica” została powierzona drzwiom w domku ogrodnika, lecz gdzie są te drzwi? Tego nie wiedzą obie strony. Ta będzie na wierzchu, co je zdoła odnaleźć. Gdyby fałszywy malarz nie był zabrał rękopisu, rada gabinetowa rozporządzałaby dowolnym czasem na poszukiwania, podczas gdy tamci tłukliby się w ciemności. Teraz należy się śpieszyć, aby nie dać się ubiec. Byłoby lekkomyślnością liczenie na grubą niedomyślność wrogów: wzmianka o drzwiach w relacji księdza jest tak wyraźna, że im się rzuci w oczy. Już ten quasi-malarz dowiódł ogromnego sprytu, pogardziwszy stertą książek i papierów i chwyciwszy ten łup, który należało porwać. A porwał go jedynie dlatego, że był starannie owinięty, odłożony i ukryty w szufladzie. Tego właśnie Adaś nie mógł sobie przebaczyć. Znał doskonale głęboko mądrą i przenikliwą opowieść wielkiego pisarza amerykańskiego Edgara Allana Poego, w której wszyscy poszukują ważnego dokumentu, prując meble, zrywając deski podłogi, zaglądając do najciemniejszych zakamarków, podczas gdy dokument sterczał na widoku, tak że należało jedynie sięgnąć ręką, ten bowiem, kto go chciał ukryć, wnioskował przemyślnie, że najtrudniej jest znaleźć coś, co nie jest ukryte. Powiedział jeden roztropny Chińczyk: „Najciemniej jest zawsze pod latarnią!”. Gdyby rękopis księdza Koszyczka leżał na widoku, wśród sterty szpargałów, sterczałby tam do tej chwili. Opryszek byłby przetrząsnął szafę i stół, byłby może rozpruł poduszkę, nie byłoby mu jednak przyszło na myśl, że ważne papiery zostały niedbale porzucone.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>9. „Nie pchaj palców między drzwi!”</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/10/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/10/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;9.&lt;br/&gt; „Nie pchaj palców między drzwi!”&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Adaś przemykał się wśród tysiąca ostrożności przez zarośla, starając się nie spuścić z oczu stąpającego powoli „malarza”. Zmierzał on w stronę gościńca. Szedł z pochyloną głową, jakby głęboko zamyślony. Noc była jasna, bo połowa księżyca, jak połowa bochenka chleba, siedziała wśród gwiazd.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Oddaliwszy się od dworu, nieznajomy obejrzał się bacznie, potem usiadłszy pod drzewem, wydobył list i elektryczną latarkę. Osłonił ją dłonią i zaczął czytać, nisko pochylony.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>10. Na dnie piwnicy i rozpaczy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/11/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/11/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;10. &lt;br/&gt;Na dnie piwnicy i rozpaczy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Niecierpliwym ruchem zrzuciwszy z twarzy róg derki, usiłował Adaś rozejrzeć się i zrozumieć, gdzie się znajduje. Ciemno było jak w piekle, kiedy diabli śpią. Ciemno, duszno i zimno tym najgorszym zimnem, co kapie stęchłą wilgocią i pokryte jest zielonymi liszajami pleśni. Dobrze, że mu dali tę derkę. Zimno dręczyło jego ciało, ale i dusza w nim na poły skostniała. Zabrnął w awanturę ponurą i złą; przygoda, co miała być romantyczna i bogata, haniebnie pociemniała, gdy się na nocnej scenie ukazali niecni ludzie. Jeszcze ten chudy, z latającą grdyką, jest jaki taki: złośliwy, sprytny, lecz nie zbójca. Fałszywy malarz natomiast jest grubołapym zwierzem, kąśliwym i złym. Co oni z nim zrobią? Być może, że „Latająca Grdyka” nie dopuści do ostateczności, lecz pociecha jest złudna. W każdym razie trzeba będzie mocno pocierpieć o głodzie i chłodzie. O, gdyby panna Wanda mogła zobaczyć w tej chwili, co się odbywa w tej stęchłej ciemnicy!... Zamgliłyby się fiołkowe oczy...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>11. „Choć burza huczy wkoło nas...”</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/12/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/12/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;11. &lt;br/&gt;„Choć burza huczy wkoło nas...”&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Łódź, odepchnięta rozpaczliwym ruchem, wlokła się ciężko, zanurzona aż po burty. Woda była wzburzona i rozruszana przez tabun wichrów. Rozhulał się nowy deszcz. Przez szklane jego strugi widać było krążące nad brzegiem trzy widma: trzy ogromne psy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie wypływajmy na środek wody — rzekł Adaś gorączkowo. — Lepiej, żeby nas nie widziano. Można przecie okrążyć tę wodę?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Oczywiście! — rzekł Burski. — Tylko że to dłużej potrwa, ale za to będzie bezpieczniej. I tak się boję o łódź! Strasznie rzuca... I o obóz się boję, czy nie popłynął. Zostawiliśmy jednego na straży, ale nie wiem, czy sobie da radę. Ach, prawda! Adasiu... Czy wiesz, kto tam został?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>12. „Puk, puk w okieneczko...”</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/13/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/13/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;12.&lt;br/&gt; „Puk, puk w okieneczko...”&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Panna Wanda wpadła do pokoju jak krogulec do gołębnika, wołając z daleka:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— List! Jest list od Adasia.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Chwała Ci, Panie Boże! — zawołał profesor.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Jakiś nieznany człowiek go przyniósł i oddał ludziom na polu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A na odpowiedź nie czeka?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie! Powiedział, że burza się zbliża, więc mu śpieszno... Niechże stryjaszek prędko czyta.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Matematyk machnął lekceważąco ręką na znak, że mało go zajmują listy młodych urwipołciów, pani Gąsowska natomiast okazała żywe zainteresowanie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>13. Któż to z płaskiego nie chce jeść talerza?</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/14/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/makuszynski-szatan-z-siodmej-klasy/14/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;13.&lt;br/&gt; Któż to z płaskiego nie chce jeść talerza?&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Na Boga! Co się stało? — spytała z trwożnym zdumieniem pani Gąsowska, kiedy nagle w połowie śniadania cichy zawsze pan profesor począł się drzeć jak opętany.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wszyscy spojrzeli na niego z zatroskaniem, można było bowiem przypuścić, że czcigodny historyk postradał nagle zmysły. A on, na nic nie zważając, potężnym wrzaskiem trwożył przyrodę, utkwiwszy spojrzenie w jeden punkt. Ponieważ śniadanie spożywano na ganeczku przed domem, więc wszyscy zwrócili oczy w stronę bramy, tam bowiem rozkrzyczany profesor ujrzał coś, o czym całemu oznajmiał światu.&lt;/p&gt;</description></item></channel></rss>