<?xml version="1.0" encoding="utf-8" standalone="yes"?><rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"><channel><title>Krzyżacy on nowypolski.pl</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/</link><description>Recent content in Krzyżacy on nowypolski.pl</description><generator>Hugo</generator><language>pl</language><atom:link href="https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/index.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/><item><title>Tom I, rozdział pierwszy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/01/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/01/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;div class="title-page"&gt;&lt;h1 class="title"&gt;Krzyżacy&lt;/h1&gt;&lt;/div&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;Tom I&lt;/h2&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział pierwszy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W Tyńcu, w gospodzie „Pod Lutym Turem”, należącej do opactwa, siedziało kilku ludzi, słuchając opowiadania wojaka bywalca, który z dalekich stron przybywszy, prawił im o przygodach, jakich na wojnie i w czasie podróży doznał. Człek był brodaty, w sile wieku, pleczysty, prawie ogromny, ale wychudły; włosy nosił ujęte w pątlik, czyli w siatkę naszywaną paciorkami; na sobie miał skórzany kubrak z pręgami wyciśniętymi przez pancerz, na nim pas, cały z miedzianych klamr; za pasem nóż w rogowej pochwie, przy boku zaś krótki kord podróżny.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział drugi</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/02/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/02/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział drugi&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A wtem przez drzwi weszła księżna — pani średnich lat, ze śmiejącą się twarzą, przybrana w czerwony płaszcz i szatę zieloną, obcisłą, z pozłoconym pasem na biodrach, idącym wzdłuż pachwin i zapiętym nisko wielką klamrą. Za panią szły panny dworskie, niektóre starsze, niektóre jeszcze niedorosłe, w różowych i liliowych wianuszkach na głowach, po większej części z lutniami w ręku. Były i takie, które niosły całe pęki kwiatów świeżych, widocznie uzbieranych po drodze. Zaroiła się izba, bo za pannami ukazało się kilku dworzan i małych pacholików. Weszli wszyscy raźno, z wesołością w twarzach, rozmawiając głośno lub podśpiewując, jakoby upojeni pogodną nocą i jasnym blaskiem księżyca. Między dworzanami dwóch było rybałtów, jeden z lutnią, drugi z gęślikami u pasa. Jedna z dziewcząt, młódka jeszcze, może dwunastolatka, niosła też za księżną małą luteńkę, nabijaną miedzianymi ćwiekami.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział trzeci</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/03/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/03/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzeci&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Księżna Danuta, Maćko i Zbyszko bywali już poprzednio w Tyńcu, ale w orszaku byli dworzanie, którzy widzieli go po raz pierwszy — i ci, podnosząc oczy, patrzyli ze zdumieniem na wspaniałe opactwo, na zębate mury biegnące wzdłuż skał nad urwiskami, na gmachy stojące to na zboczach góry, to wewnątrz blanków, spiętrzone, wyniosłe i jaśniejące złotem od wschodzącego słońca. Z tych okazałych murów i gmachów, z domów, z budowli przeznaczonych na rozliczne użytki, z ogrodów leżących u stóp góry i ze starannie uprawnych pól, które wzrok z wysoka ogarniał, można było na pierwszy rzut oka poznać bogactwo odwieczne, nieprzebrane, do którego nie przywykli i którym zdumiewać się musieli ludzie z ubogiego Mazowsza. Istniały wprawdzie starożytne a możne opactwa benedyktyńskie i w innych częściach kraju, jak na przykład w Lubuszu nad Odrą, w Płocku, w Wielkopolsce w Mogilnie i w innych miejscach, żadne wszelako nie mogło porównać się z tynieckim, którego posiadłości przewyższały niejedno księstwo udzielne, a dochody mogły budzić zazdrość nawet ówczesnych królów.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział czwarty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/04/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/04/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czwarty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Było już dobrze z południa, gdy księżna wraz z orszakiem wyruszyła z gościnnego Tyńca do Krakowa. Częstokroć ówcześni rycerze, wjeżdżając do większych miast lub do zamków w odwiedziny do znakomitych osób, przywdziewali na się pełny rynsztunek bojowy. Był wprawdzie zwyczaj zdejmować go zaraz po przebyciu bram, do czego w zamkach wzywał sam gospodarz uświęconymi słowy: „Zdejmcie zbroję, szlachetny panie, albowiem przybyliście do przyjaciół” — niemniej jednak wjazd „wojenny” uważał się za okazalszy i podnosił znaczenie rycerza. Gwoli tej to okazałości tak Maćko, jak i Zbyszko przybrali się w wyborne pancerze i w naramienniki zdobyte na rycerzach fryzyjskich — jasne, błyszczące i po brzegach wpuszczoną nicią złotą ozdobne. Mikołaj z Długolasu, który dużo świata i wielu rycerzy w życiu widział, a był rzeczy wojennych znawcą niemałym, poznał zaraz, iż są to zbroje kowane przez mediolańskich, najsłynniejszych w świecie płatnerzy, takie, na jakie najbogatsi tylko rycerze wspomóc się mogą i z których każda za dobrą majętność starczy. Wnioskował z tego, że owi Fryzowie musieli być znakomitymi ludźmi w swoim narodzie i z tym większym szacunkiem począł spoglądać na Maćka i Zbyszka. Lecz hełmy ich, lubo także niepoślednie, nie były tak bogate, natomiast olbrzymie ogiery, pięknie pokryte, wzbudziły między dworzanami podziw i zazdrość.
 I Maćko, i Zbyszko, siedząc na niezmiernie wysokich kulbakach, spoglądali z góry na cały dwór. Każdy z nich dzierżył w ręku długą kopię, każdy miał miecz przy boku i topór u siodła. Tarcze oddali wprawdzie dla wygody na wozy, ale i bez nich obaj wyglądali tak, jakby ciągnęli na bitwę, nie do miasta.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział piąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/05/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/05/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział piąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nastepnego dnia obaj rycerze z Bogdańca wraz z Powałą udali się na ranną mszę do katedry, tak dla nabożeństwa, jak i dlatego, by widzieć dwór i gości, którzy schodzili się na zamek. Jakoż po drodze już Powała spotkał mnóstwo znajomych, a między nimi wielu rycerzy sławnych w kraju i za granicą, na których z podziwem patrzył młody Zbyszko, obiecując sobie w duszy, że jeśli sprawa z Lichtensteinem ujdzie mu na sucho, to będzie się starał im wyrównać w męstwie i we wszystkich cnotach. Jeden z tych rycerzy, Toporczyk, krewny kasztelana krakowskiego, powiedział im nowinę o powrocie z Rzymu Wojciecha Jastrzębca, scholastyka, który jeździł do papieża Bonifacego IX z listem królewskim, zapraszającym na chrzciny do Krakowa. Bonifacy przyjął zaprosiny, a jakkolwiek wyraził wątpliwość, czy będzie mógł przybyć własną osobą, upoważnił posła, aby w jego imieniu trzymał do chrztu mające się narodzić dziecię, a zarazem prosił, by w dowód osobliwszej jego miłości dla obojga królestwa dziecku nadano imię Bonifacy lub Bonifacja.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział szósty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/06/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/06/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział szósty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wtem zaszedł wypadek, wobec którego inne sprawy straciły wszelkie znaczenie w ludzkich oczach. Pod wieczór dnia 21 czerwca rozeszła się po zamku wiadomość o nagłym zasłabnięciu królowej. Wezwani medycy pozostali wraz z biskupem Wyszem przez całą noc w jej komnacie, a tymczasem dowiedziano się od niewiast służebnych, iż pani zagroziła słabość przedwczesna. Kasztelan krakowski Jaśko Topór z Tęczyna wysłał tejże nocy gońców do nieobecnego króla. Nazajutrz rano wieść gruchnęła po mieście i okolicy. Był dzień niedzielny, więc tłumy napełniły wszystkie świątynie, w których księża nakazali modlitwy za zdrowie królowej. Wówczas ustała wszelka wątpliwość. Po nabożeństwie goście rycerscy, którzy się już byli zjechali na spodziewane uroczystości, szlachta oraz deputacje kupieckie udały się na zamek; cechy i bractwa wystąpiły z chorągwiami. Od południa nieprzeliczone roje ludu otoczyły Wawel, między którymi utrzymywali ład łucznicy królewscy, nakazując spokojność i ciszę. Miasto wyludniło się prawie zupełnie i tylko przez opustoszałe ulice przeciągały od czasu do czasu gromady okolicznego chłopstwa, które również już zwiedziało się o chorobie uwielbianej pani i dążyło pod zamek. Wreszcie w głównej bramie pojawili się biskup i kasztelan, z nimi zaś kanonicy katedralni, rajcy królewscy i rycerze. Ci rozeszli się wzdłuż murów, między lud, z twarzami zwiastującymi nowinę, zaczęli jednak od surowego rozkazu, aby powstrzymano się od wszelkich okrzyków, te bowiem mogłyby chorej zaszkodzić. Za czym zwiastowali wszem wobec, iż królowa powiła córkę. Nowina napełniła radością serca, zwłaszcza gdy zarazem dowiedziano się, iż jakkolwiek połóg był przedwczesny, nie masz jednak widomego niebezpieczeństwa ni dla matki, ni dla dziecięcia. Tłumy poczęły się rozchodzić, albowiem pod zamkiem nie wolno było krzyczeć, każdy zaś chciał pofolgować radości. Jakoż, gdy wypełniły się ulice prowadzące na rynek, ozwały się wnet pieśni i radosne nawoływania. Nie trapiono się tym, że przyszła na świat córka. „Albo źle było, mówiono, że król Louis nie miał synów i że Królestwo dostało się Jadwidze? Przez jej to małżeństwo z Jagiełłą podwoiła się moc państwa. Tak będzie i teraz. Gdzież szukać takiej dziedziczki, jako będzie nasza królewna, gdy ni cesarz rzymski, ni żaden z innych królów nie posiadają tak wielkiego państwa, tak obszernych ziemi ni tak licznego rycerstwa! Będą się dobijali o jej rękę najpotężniejsi monarchowie ziemi, będą się kłaniali królowej i królowi, będą zjeżdżali do Krakowa, a nam, kupcom, korzyść z tego wypadnie, nie mówiąc o tym, że nowe jakieś państwo, czeskie albo węgierskie, z naszym się Królestwem połączy”. Tak to między sobą mówili kupcy — i radość stawała się z każdą chwilą powszechniejsza. Ucztowano w domach prywatnych i w gospodach. Rynek zaroił się od latarni i pochodni. Po przedmieściach podkrakowscy kmiecie, których coraz więcej ściągało się do miasta, porozkładali się obozem przy wózkach. Żydzi rajcowali przy synagodze na Kazimierzu. Do późna w noc, prawie do brzasku, wrzało na rynku, szczególniej koło ratusza i wagi, jak w czasie wielkich jarmarków. Udzielano sobie wzajem wiadomości; posyłano po nie na zamek i oblegano tłumnie wracających z nowinami.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział siódmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/07/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/07/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział siódmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;U kupca Amyleja Maćko i Zbyszko naradzali się nad tym, co czynić. Stary rycerz spodziewał się rychłej śmierci, a że przepowiadał mu ją także znający się na ranach franciszkanin ojciec Cybek, więc chciał wracać do Bogdańca, aby być pochowanym wedle ojców na cmentarzu w Ostrowiu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nie wszyscy jednak ojce tam leżeli. Był to niegdyś liczny ród. Czasu wojen zwoływali się okrzykiem: „Grady!”, w herbie zaś — mieniąc się lepszymi od innych włodyków, którym nie zawsze przysługiwało prawo herbu — nosili Tępą Podkowę. Roku 1331, w bitwie pod Płowcami, siedmdziesięciu czterech wojowników z Bogdańca wystrzelali na bagnie kusznicy niemieccy, ocalał tylko jeden, Wojciech, przezwiskiem Tur, któremu król Władysław Łokietek po pogromie Niemców potwierdził osobnym przywilejem herb i ziemie bogdanieckie. Tamtych kości bielały odtąd na polach płowieckich, Wojciech zaś wrócił do domowych pieleszy, lecz po to tylko, by całkowitą zgubę rodu swego oglądać.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział ósmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/08/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/08/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział ósmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Księżna Anna nie zdziwiła się zbytnio przyjazdem Juranda ze Spychowa, zdarzało się bowiem często, że wśród ustawicznych pościgów, napadów i walk z sąsiednimi rycerzami niemieckimi porywała go nagła tęsknota za Danusią. Wówczas zjawiał się niespodzianie bądź w Warszawie, bądź w Ciechanowie lub gdziekolwiek czasowo bawił dwór księcia Janusza. Na widok dziecka wybuchał zawsze okropną żałością. Danusia bowiem z upływem lat stawała się tak do matki podobna, że za każdym razem zdawało mu się, że widzi swoją nieboszczkę, taką, jaką niegdyś poznał u księżny Anny w Warszawie. Ludzie myśleli nieraz, że od tej żałości skruszeje w nim wreszcie żelazne, zemście tylko oddane serce. Księżna namawiała też go często, by porzuciwszy swój krwawy Spychów, został przy dworze i przy Danusi. Sam książę, ceniąc jego męstwo i znaczenie, a zarazem chcąc uniknąć kłopotów, na jakie narażały go ustawiczne zajścia graniczne, ofiarował mu urząd miecznika. Zawsze na próżno. Właśnie widok Danusi rozdzierał w nim dawne rany. Po kilku dniach tracił ochotę do jadła, do snu, do rozmowy. Serce poczynało mu się widocznie burzyć i zalewać krwią, a wreszcie znikał z dworu i wracał w swoje bagna spychowskie, by żal i gniew we krwi zatopić. Ludzie wówczas mówili: „Gorze Niemcom! Wcale ci oni nie owce, ale dla Juranda owce, bo on im wilkiem”. Jakoż po upływie pewnego czasu rozchodziły się wieści to o pochwytanych gościach, ochotnikach, którzy szlakiem granicznym dążyli do Krzyżaków, to o popalonych gródkach, to o zagarniętych chłopach lub walkach na śmierć, z których straszny Jurand zawsze wychodził zwycięsko. Przy drapieżnym usposobieniu Mazurów i rycerzy niemieckich, którzy z ramienia Zakonu dzierżyli ziemię i gródki do Mazowsza przyległe, nawet w czasach największego pokoju między książęty mazowieckimi a Zakonem na granicy nie ustawała nigdy wrzawa bojowa. Nawet na ścinanie drzew w boru lub na żniwa mieszkańcy wybierali się z kuszami lub zbrojni w dzidy. Ludzie żyli w niepewności jutra, w ciągłym wojennym pogotowiu, w zatwardziałości serc. Nikt nie przestawał na samej obronie, ale za grabież płacił grabieżą, za pożogę pożogą, za napad napadem. I zdarzało się, że gdy Niemcy przekradali się cicho leśnymi rubieżami, by ubiec jakowyś gródek, porwać chłopów lub stada, Mazury w tym samym czasie czynili to samo. Nieraz też spotykali się z sobą i bili się do upadłego, często wszakże tylko wodzowie wyzywali się na śmiertelną walkę, po której zwycięzca zabierał poczet pokonanego przeciwnika. Toteż gdy na dwór warszawski przychodziły skargi na Juranda, książę odpowiadał skargami na napady poczynione w innych stronach przez rycerzy niemieckich. W ten sposób, gdy obie strony żądały sprawiedliwości, a nie chciała i nie mogła jej uczynić żadna — wszystkie grabieże, pożogi, napady uchodziły całkiem bezkarnie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dziewiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/09/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/09/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dziewiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Następnego dnia nie unikał Jurand bynajmniej Zbyszka ani mu też przeszkadzał w oddawaniu Danusi w drodze rozmaitych przysług, które jako rycerz powinien był jej oddawać. Owszem — Zbyszko, choć wielce w sercu strapiony, zauważył przecie, iż posępny pan ze Spychowa spogląda na niego życzliwie i jakby z żalem, że musiał mu dać tak okrutną odpowiedź. Próbował też młody włodyka niejednokrotnie zbliżyć się do niego i zacząć z nim rozmowę. Po wyruszeniu z Krakowa, w czasie podróży, o sposobność nie było trudno, gdyż obaj towarzyszyli księżnej konno. Jurand, lubo zwykle milczący, rozmawiał dość chętnie, ale gdy tylko Zbyszko chciał dowiedzieć się czegoś o przeszkodach dzielących go od Danusi, rozmowa urywała się nagle, a twarz Jurandowa czyniła się chmurna. Myślał Zbyszko, że księżna wie więcej — upatrzywszy zatem sposobną chwilę, starał się od niej jakąkolwiek wiadomość wydostać, ale ona niewiele także mogła mu powiedzieć.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dziesiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/10/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/10/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dziesiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Kanonik od fary wyspowiadał Maćka i zatrzymał ich gościnnie na nocleg, tak że wyjechali dopiero nazajutrz rano. Za Olkuszem skręcili ku Śląskowi, którego granicą mieli wciąż jechać aż do Wielkopolski. Droga szła po większej części puszczą, w której pod zachód słońca odzywały się często, podobne do podziemnych grzmotów, ryki turów i żubrów, nocami zaś pobłyskiwały spośród leszczynowej gęstwy oczy wilcze. Większe jednak niebezpieczeństwo niż od zwierza groziło na tej drodze wędrownikom i kupcom od niemieckich lub zniemczałych rycerzy ze Śląska, których zameczki wznosiły się tu i ówdzie nad granicą. Wprawdzie wskutek wojny z Opolczykiem Naderspanem, któremu pomagali przeciw królowi Władysławowi synowcowie śląscy, większą część tych zameczków pokruszyły ręce polskie, zawsze jednak trzeba się było mieć na baczności i zwłaszcza po zachodzie słońca nie popuszczać broni z ręki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział jedenasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/11/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/11/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział jedenasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Drugiego dnia po przyjeździe do Bogdańca Maćko i Zbyszko poczęli rozglądać się po swojej starej siedzibie i wkrótce dostrzegli, iż Zych ze Zgorzelic miał słuszność, mówiąc, że z początku dokuczy im bieda niemała. Z gospodarstwem szło jeszcze jako tako. Było kilka łanów obrabianych przez chłopów dawnych albo świeżo osadzonych przez opata. Niegdyś bywało w Bogdańcu uprawnej ziemi daleko więcej, ale od czasu gdy w bitwie pod Płowcami ród Gradów wyginął prawie do szczętu — zbrakło rąk roboczych, a po napadzie śląskich Niemców i po wojnie Grzymalitów z Nałęczami żyzne niegdyś niwy bogdańskie pozarastały po większej części lasem. Maćko nie mógł sam dać rady. Próżno chciał przed kilkunastu laty przyciągnąć wolnych kmieciów z Krześni i puścić im ziemię za odsepy — ci bowiem woleli siedzieć na swoich własnych „lechach”, niźli uprawiać cudzy zagon. Przywabił jednak nieco ludzi bezdomnych; w różnych wojnach wziął kilkunastu jeńców, których pożenił, osadził po chatach — i w ten sposób wieś poczęła się dźwigać na nowo. Ale trudno mu to szło, więc gdy zdarzyła się sposobność zastawu, zastawił Maćko skwapliwie cały Bogdaniec, mniemając naprzód, że możnemu opatowi łatwiej będzie zagospodarować ziemię, a po wtóre, że tymczasem jemu i Zbyszkowi wojna przysporzy ludzi i pieniędzy. Jakoż opat rządził sprężyście. Siłę roboczą Bogdańca powiększył o pięć rodzin chłopskich, stada bydła i koni pomnożył, a przy tym zbudował spichlerz, chruścianą oborę i takąż stajnię. Natomiast nie mieszkając stale w Bogdańcu, o dom nie dbał — i Maćko, który marzył czasami, że wróciwszy, zastanie go otoczonym rowem i częstokołem, zastał wszystko tak, jak był zostawił, z tą chyba różnicą, że węgły pokrzywiły się nieco, a ściany wydawały się niższe, bo osiadły i zasunęły się w ziemię.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwunasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/12/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/12/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwunasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko wybrał się, jak zapowiedział, gdyż Maćko czuł się coraz gorzej. Z początku podtrzymywała go radość i pierwsze domowe zajęcia, lecz trzeciego dnia wróciła mu gorączka i ból w boku ozwał mu się z taką siłą, iż musiał się położyć. Zbyszko poszedł naprzód w dzień, obejrzał barci, zobaczył, że jest blisko ogromny ślad na błocie — i rozmówił się z bartnikiem Wawrkiem, który nocami sypiał w pobliżu w szałasie razem z parą srogich podhalskich kundli, ale właśnie miał się już wynieść do wsi z powodu chłodów jesiennych.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział trzynasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/13/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/13/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzynasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jagienka sama wytopiła duży garnek niedźwiedziego sadła, którego pierwszą kwartę wypił Maćko z ochotą, albowiem było świeże, nieprzypalone i miało zapach dzięgielu, którego znająca się na lekach dziewczyna dorzuciła w miarę do garnka. Pokrzepił się też zaraz Maćko na duchu i nabrał nadziei, że wyzdrowieje.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Tego mi było trzeba — mówił. — Jak się w człeku wszystko godnie wytłuści, to się może i ta, psia mać, drzazga którędy wypsnie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział czternasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/14/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/14/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czternasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Stary Maćko nie mylił się, mówiąc, że Zbyszko i Jagienka radzi z sobą przestają, a nawet że tęsknią do siebie. Jagienka pod pozorem odwiedzin chorego Maćka przyjeżdżała częstokroć do Bogdańca, z ojcem lub sama, Zbyszko przez samą wdzięczność wpadał co czas jakiś do Zgorzelic, więc wraz z upływem dni wyrodziła się między nimi bliska zażyłość i przyjaźń. Poczęli się lubić i chętnie z sobą „uradzać”, to jest rozmawiać o wszystkim, co ich mogło obchodzić. Było też trochę wzajemnego podziwu w tej przyjaźni, albowiem młody i śliczny Zbyszko, który i na wojnie się już wsławił, i w gonitwach brał udział, i na pokojach królewskich bywał, wydawał się dziewczynie w porównaniu z takim Cztanem z Rogowa lub z Wilkiem z Brzozowej prawdziwym dworskim rycerzem i niemal królewiczem, jego zaś zdumiewała chwilami uroda dziewczyny. Myślał wiernie o swojej Danusi, nieraz jednak, gdy spojrzał niespodzianie na Jagienkę, czy to w lesie, czy w domu, mimo woli mówił sobie: „Hej! To ci łania!” — gdy zaś wziąwszy ją pod boki, wsadzał na konia i wyczuwał pod dłońmi jej czerstwe, jakby z kamienia wykrzesane ciało, to aż go ogarniał niepokój i — jak powiadał Maćko: — „brały go ciągoty”, a zarazem coś poczynało mu chodzić po kościach i morzyć go niby sen.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział piętnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/15/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/15/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział piętnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Po rozmowie ze Zbyszkiem Jagienka przez trzy dni nie ukazywała się w Bogdańcu, atoli czwartego wpadła z wiadomością, że opat przyjechał do Zgorzelic. Maćko przyjął nowinę z pewnym wzruszeniem. Miał on wprawdzie z czego spłacić sumę zastawną, a nawet wyliczył, że dość mu zostanie na pomnożenie osadników, zaprowadzenie stad i inne potrzeby gospodarskie, niemniej jednak dużo w całej sprawie zależało od życzliwości bogatego krewnego, który mógł na przykład chłopów, osadzonych przez się na źrebiach, zabrać albo zostawić, i tym samym zniżyć albo powiększyć wartość majątku.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział szesnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/16/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/16/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział szesnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko, dogoniwszy Zycha i Jagienkę jadących w towarzystwie opata i jego kleryków do Krześni, przyłączył się do nich i jechał razem, chodziło mu bowiem o to, by dowieść opatowi, że się ni Wilka z Brzozowej, ni Cztana z Rogowa nie lęka i chować się przed nimi nie myśli. Zdziwiła go znów w pierwszej chwili uroda Jagienki, bo chociaż nieraz widywał ją i w Zgorzelicach, i w Bogdańcu przybraną pięknie do gości, ale nigdy tak, jak teraz do kościoła. Odzież miała z czerwonego sukna, podbitą gronostajami, czerwone rękawiczki i gronostajowy, naszyty złotem kapturek na głowie, spod którego wysuwały się na ramiona dwa warkocze. Nie siedziała też na koniu po męsku, ale na wysokim siodle z poręczą i z ławeczką pod stopy, które ledwie było widać spod długiej i ułożonej w równe zagiętki spódnicy. Zychowi, który pozwalał dziewczynie ubierać się w domu w kożuch i jałowicze buty, chodziło o to, by przed kościołem każdy poznał, iż przyjechała nie córka byle szarego włodyczki albo ścieciałki, lecz panna z możnego, rycerskiego domu. W tym celu konia jej prowadziło dwóch wyrostków, przybranych od dołu obcisło, od góry w buchaste szaty, jakie nosili zwykle paziowie. Czterech dworskich ludzi jechało z tyłu, a z nimi opatowi klerycy, z kordami i lutniami przy pasach. Zbyszko podziwiał wielce cały orszak, szczególnie zaś Jagienkę, wyglądającą jak obrazek, i opata, który w czerwieni i z olbrzymimi rękawami u sukni wydawał mu się jak jaki podróżujący książę. Najskromniej ze wszystkich przybrany był sam Zych, który dbał o okazałość dla innych, dla siebie zaś tylko o wesołość i śpiewanie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział siedemnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/17/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/17/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział siedemnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jagienka, wróciwszy do domu, wysłała natychmiast parobka do Krześni, aby dowiedział się, czy w gospodzie nie zaszła jakowaś bitka albo czy kto kogo nie wyzwał. Ten jednakże, dostawszy na drogę skojca, począł pić z księżymi sługami i nie myślał o powrocie. Drugi, wysłany do Bogdańca, który miał zapowiedzieć Maćkowi przyjazd opata, wrócił spełniwszy polecenie i zarazem oznajmił, że widział Zbyszka zabawiającego się ze starym dziedzicem w kości.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Uspokoiło to w części Jagienkę, wiedząc bowiem o doświadczeniu i sprawności Zbyszkowej, nie tyle bała się dla niego wyzwania, ile jakowejś doraźnej ciężkiej przygody w karczmie. Miała też ochotę razem z opatem jechać do Bogdańca, ale ów sprzeciwił się temu, pragnął bowiem rozmówić się z Maćkiem w sprawie zastawu i w innej, jeszcze ważniejszej, przy której nie chciał mieć za świadka Jagienki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział osiemnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/18/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/18/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział osiemnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Maćko czekał cierpliwie przez kilka dni, czy nie dojdzie go jaka wieść ze Zgorzelic lub czy opat się nie udobrucha, aż wreszcie sprzykrzyła mu się niepewność i czekanie i postanowił sam wybrać się do Zycha. Wszystko, co się stało, stało się bez jego winy, chciał jednak wiedzieć, czy Zych nie czuje i do niego urazy, bo co do opata był pewnym, że gniew jego będzie odtąd ciążył i na Zbyszku, i na nim.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dziewiętnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/19/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/19/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dziewiętnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A tymczasem „głupi Zbyszko” wyjechał był z Bogdańca istotnie z ciężkim sercem. Naprzód, było mu jakoś obco i nieswojo bez stryjca, z którym dotychczas od dawnych lat się nie rozłączał i do którego tak nawykł, że sam teraz dobrze nie wiedział, jak się bez niego i w podróży, i na wojnie obejdzie. Po wtóre, żal mu było i Jagienki, bo chociaż mówił sobie, że jedzie do Danusi, którą miłował z całej duszy, jednakże bywało mu tak dobrze przy Jagience, iż teraz dopiero uczuł, jaka przy niej była radość, a jaki bez niej może być smutek. I aż sam się dziwił swojemu żalowi, a nawet się nim zaniepokoił, bo żeby to tęsknił po Jagience, jak brat tęskni po siostrze, nic by to było. Ale on spostrzegł, że mu się „cni” za tym, by ją przed się pod boki brać i na konia sadzać albo z kulbaki zdejmować, by ją przez strugi przenosić, wodę jej z warkocza wykręcać, by z nią po lasach chadzać i patrzeć na nią, i „uradzać” z nią. Tak zaś do tego przywykł i takie mu to było miłe, że gdy teraz począł o tym myśleć, zaraz się zapamiętał i całkiem zapomniał, że w długą drogę aż na Mazury jedzie, a natomiast stanęła mu w oczach ta chwila, gdy Jagienka dała mu pomoc w lesie, gdy się z niedźwiedziem borykał. I zdało mu się, że to było wczoraj, jak również że wczoraj chodzili na bobry do Odstajanego jeziorka. Nie widział jej przecie wówczas, gdy się wpław po bobra puściła, a teraz zdało mu się, że ją widzi — i zaraz poczęły go brać takie same ciągoty, jakie brały go parę tygodni temu, gdy wiatr nazbyt z Jagienkową suknią poswawolił. Potem zaś przypomniał sobie, jak jechała wspaniale przybrana do kościoła w Krześni i jak się dziwił, że taka prosta dziewczyna naraz wydała mu się niby dwornie jadące wysokiego rodu paniątko. Wszystko to sprawiło, że koło serca zaczęło mu się czynić jakoś bałamutnie, zarazem błogo i smutno, i pożądliwie, a gdy jeszcze pomyślał, że byłby z nią mógł uczynić, co chciał, i jak ją też ku niemu ciągnęło, jak mu patrzyła w oczy i jak się do niego garnęła, to ledwie że na koniu mógł usiedzieć. „Niechbym jej był gdzie dopadł i choć pożegnał, a objął na drogę — mówił sobie — może by mnie było popuściło” — ale wnet uczuł, że to nieprawda i że nie byłoby go popuściło, gdyż na samą myśl o takim pożegnaniu poczęły mu skry po skórze chodzić, chociaż na świecie był przymrozek.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/20/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/20/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Lecz nie miało i tym razem przyjść między nimi do bitki, gdyż Mikołaj z Długolasu dowiedziawszy się od Jędrka z Kropiwnicy, o co im chodzi, wziął od obydwóch słowo, że się bez wiedzy księcia i komturów potykać nie będą, w razie zaś oporu groził zamknięciem bram. Zbyszkowi chciało się jak najprędzej zobaczyć Danusię, więc nie śmiał się sprzeciwiać, de Lorche zaś, który bił się chętnie, gdy było trzeba, ale nie był człowiekiem krwiożerczym, poprzysiągł bez trudności na swą rycerską cześć, iż będzie czekał na pozwolenie księcia, tym bardziej że postępując przeciwnie, obawiałby się mu ubliżyć. Chodziło też Lotaryńczykowi, który nasłuchawszy się pieśni o turniejach, lubił świetne zgromadzenia i okazałe uroczystości, aby potykać się właśnie wobec dworu, dostojników i dam — gdyż sądził, że w ten sposób zwycięstwo jego nabierze większego rozgłosu i tym łatwiej złote ostrogi mu wyjedna. Przy tym zaciekawiał go kraj i ludzie, więc po myśli była mu zwłoka — zwłaszcza że Mikołaj z Długolasu, któren lata całe u Niemców w niewoli przesiedział i z cudzoziemcami mógł łatwo się rozmówić, dziwy opowiadał o łowach książęcych na różne bestie nieznane już w krajach zachodnich. O północy więc ruszyli razem ze Zbyszkiem ku Przasnyszowi, mając ze sobą swe zbrojne poczty i ludzi z kagankami dla ochrony od wilków, które zbierając się zimą w nieprzeliczone gromady, mogły okazać się groźne nawet dla kilkunastu jeźdźców, choćby najlepiej uzbrojonych. Z tej strony Ciechanowa nie brakło już także lasów, które niedaleko za Przasnyszem przechodziły w olbrzymią puszczę kurpieską, łączącą się na wschód z nieprzebytymi borami Podlasia i dalszej Litwy.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty pierwszy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/21/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/21/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty pierwszy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Biegli leśnicy poczęli pod wodzą wielkiego łowczego rozstawiać myśliwych długim rzędem na skraju polany, tak aby będąc sami w ukryciu, mieli przed sobą pustą przestrzeń, ułatwiającą strzały z kusz i łuków. Dwa krótsze boki polany obstawione były sieciami, za którymi taili się borowi „nawrotnicy”, których obowiązkiem było nawracać zwierza ku strzelcom lub, jeśli nie dając się spłoszyć, zaplątywał się w sieciach, dobijać go oszczepami. Nieprzeliczone gromady Kurpiów, umiejętnie rozstawione w tak zwaną otokę, miały pędzić wszelkie żywe stworzenie z głębin leśnych na polanę. Za strzelcami znów znajdowała się sieć, rozpięta w tym celu, by zwierz, który zdoła przedrzeć się przez ich szereg, został nią powstrzymany i w jej skrętach dobity.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty drugi</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/22/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/22/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty drugi&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ksiądz Wyszoniek opatrzył rany Zbyszka, uznał, iż tylko jedno żebro jest złamane, ale pierwszego dnia nie ręczył za wyzdrowienie, nie wiedział bowiem, „czy się w chorym nie przekręciło serce i czy się w nim wątroba nie oberwała”.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Pana de Lorche opanowała też pod wieczór niemoc tak wielka, iż musiał się położyć, na drugi dzień zaś nie mógł ni ręką, ni nogą bez wielkiego bólu we wszystkich kościach poruszyć. Księżna i Danusia oraz inne dwórki pilnowały chorych i warzyły dla nich wedle przepisu księdza Wyszońka rozliczne smarowania i driakwie. Zbyszko jednakże ciężko był pobity i od czasu do czasu oddawał krew ustami, co wielce niepokoiło księdza Wyszońka. Był jednakże przytomny i na drugi dzień, lubo jeszcze osłabiony bardzo, dowiedziawszy się od Danusi, komu życie zawdzięcza, przywołał swego Czecha, aby mu podziękować i wynagrodzić. Musiał jednak przy tym pomyśleć, że miał go od Jagienki i że gdyby nie jej życzliwe serce, byłby zginął. Myśl ta była mu nawet ciężka, czuł bowiem, że nie wypłaci się nigdy poczciwej dziewczynie dobrem za dobre i że będzie dla niej tylko zmartwień i okrutnego smutku przyczyną. Powiedział sobie wprawdzie zaraz: „Toć się na dwoje nie rozetnę” — ale na dnie duszy został mu jakby wyrzut sumienia, Czech zaś zaognił jeszcze ów wewnętrzny niepokój.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty trzeci</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/23/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/23/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty trzeci&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jednakże przed wyruszeniem do Szczytna czterej bracia i de Fourcy przyszli jeszcze pożegnać się z księciem i księżną.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Było to pożegnanie niezbyt przyjazne, wszelako książę, nie chcąc wedle starego polskiego obyczaju wypuszczać gości z domu z próżnymi rękoma, podarował każdemu z braci piękny błam kuni i po grzywnie srebra, oni zaś przyjęli z radością, zapewniając, że jako zakonnicy zaprzysiężeni na ubóstwo nie zatrzymają tych pieniędzy dla siebie, ale rozdadzą je ubogim, którym zarazem polecą się modlić za zdrowie, sławę i przyszłe zbawienie księcia. Uśmiechali się pod wąsem z tych zapewnień Mazurowie, albowiem dobrze znana im była chciwość zakonna, a jeszcze lepiej kłamstwa Krzyżaków. Powtarzano na Mazowszu, że „jako tchórz cuchnie, tak Krzyżak łże”. Książę też jeno machnął ręką na podobną podziękę, a po ich wyjściu rzekł, iż rakiem chyba pojechałby do nieba za przyczyną modlitw krzyżackich.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty czwarty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/24/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/24/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty czwarty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Czech tymczasem poleciał jednym pędem wprost do leśnego dworca i zastawszy jeszcze w nim księcia, opowiedział jemu pierwszemu, co się stało. Na szczęście znaleźli się dworzanie, którzy widzieli, że giermek wyjechał bez broni. Jeden z nich krzyknął mu był nawet na drogę półżartem, aby wziął jakie żelaziwo, bo inaczej Niemcy go pokołaczą, ów jednak, bojąc się, aby rycerze nie przejechali tymczasem granicy, skoczył na konia tak, jak stał, w kożuchu tylko, i pognał za nimi. Świadectwa te rozproszyły wszelkie wątpliwości księcia co do tego, kto mógł być zabójcą de Fourcy’ego, ale napełniły go niepokojem i gniewem tak wielkim, że w pierwszej chwili chciał wysłać pościg za Krzyżakami, aby ich w łańcuchach odesłać wielkiemu mistrzowi na ukaranie. Po chwili jednak sam zmiarkował, że pościg nie zdołałby już dosięgnąć rycerzy przed granicą, i rzekł:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty piąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/25/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/25/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty piąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W trzy dni później przyjechała zapowiedziana niewiasta z hercyńskim balsamem, a z nią razem przybył i kapitan łuczników ze Szczytna z listem podpisanym przez braci i opatrzonym pieczęcią Danvelda, w którym Krzyżacy niebo i ziemię brali na świadków krzywd, które ich na Mazowszu spotkały, i pod zagrożeniem pomsty Bożej wołali o karę za zamordowanie „ukochanego towarzysza i gościa”. Danveld podyktował do listu i skargę od siebie, upominając się w słowach zarazem pokornych i groźnych o zapłatę za ciężkie kalectwo i o wyrok śmierci na czeskiego pachołka. Książę przedarł list w oczach kapitana, rzucił mu pod nogi i rzekł:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty szósty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/26/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/26/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty szósty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Po obfitych śniegach nastały ciężkie mrozy i dni pogodne, suche. Dniem bory iskrzyły się w promieniach słońca, lód popętał rzeki i ustalił bagna. Przyszły jasne noce, wśród których mróz wzmagał się do tego stopnia, że drzewa pękały z hukiem w lesie; ptactwo zbliżało się do domostw;
drogi stały się niebezpieczne z powodu wilków, które jęły się zbierać w stada i napadać nie tylko na pojedynczych ludzi, lecz i na wsie. Lud jednak radował się w dymnych chatach przy ogniskach, przepowiadając po mroźnej zimie rok urodzajny, i wesoło czekał świąt, które miały niebawem nadejść.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty siódmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/27/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/27/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty siódmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko, usłyszawszy nieszczęsną nowinę, nie pytając nawet i o pozwolenie księcia, skoczył do stajen i kazał konie siodłać.
Czech, który jako szlachetnie urodzony giermek znajdował się z nim na sali, zaledwie zdołał wrócić do izby i przynieść ciepłą lisiurę; nie próbował jednakże młodego pana wstrzymywać, gdyż mając z przyrodzenia rozum tęgi, wiedział, że wstrzymywanie na nic się nie przyda, a mitręga może okazać się zgubną. Siadłszy na drugiego konia, pochwycił jeszcze w bramie od odźwiernego kilka pochodni i wnet ruszyli razem z książęcymi ludźmi, których wartko sprawił stary kasztelan. Za bramą ogarnęły ich nieprzebite ciemności, ale wichura wydawała się im mniejsza. Byliby może zaraz za miastem zbłądzili, gdyby nie ów człowiek, który pierwszy dał znać o wypadku, a który teraz prowadził ich tym szybciej i pewniej, że miał przy sobie psa już poprzednio z drogą obeznanego. Na otwartym polu wicher począł znowu siec ich ostro po twarzach, głównie jednak dlatego, że jechali w cwał. Gościniec był kopny, miejscami zaś tak zawiany, że trzeba było zwalniać, gdyż konie zapadały po brzuchy. Ludzie książęcy pozapalali pochodnie, kaganki i jechali wśród dymu i płomieni, w które wiatr dął z taką siłą, jakby je chciał oderwać od smolnych szczap i ponieść na pola i bory. Droga była daleka — minęli osady bliższe Ciechanowa, a następnie Niedzborz, po czym skierowali się w stronę Radzanowa. Za Niedzborzem burza poczęła jednak uciszać się rzeczywiście. Uderzenia wichru stały się słabsze i nie niosły już w sobie całych tumanów śnieżnych. Niebo pojaśniało. Z góry sypał jeszcze czas jakiś śnieg, ale wkrótce ustał. Potem tu i ówdzie w szczelinach chmur błysnęła gwiazda. Konie poczęły parskać — jeźdźcy odetchnęli swobodniej.
Gwiazd przybywało z każdą chwilą i brał mróz. Po upływie kilku pacierzy uciszyło się zupełnie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty ósmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/28/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/28/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty ósmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ojciec Wyszoniek obawiał się nawet, czy i po powtórnym rozbudzeniu nie chwyci Juranda dur i nie odejmie mu na długo przytomności. Tymczasem obiecał księżnie i Zbyszkowi, że im da znać, gdy stary rycerz przemówi, a po ich odejściu sam udał się na spoczynek. Jakoż Jurand rozbudził się dopiero w drugie święto przed samym południem, ale za to zupełnie przytomny. Księżna i Zbyszko byli przy tym obecni, więc on, siadłszy na łożu, spojrzał na nią, poznał i rzekł:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział dwudziesty dziewiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/29/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/29/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty dziewiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Czyj to poczet? — zapytał nagle Jurand, ocknąwszy się za Radzanowem z zamyślenia jakby ze snu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Mój — odpowiedział Zbyszko.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A ludzie moi wszyscy poginęli?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Widziałem ich nieżywych w Niedzborzu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie masz starych towarzyszów!&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko nie odrzekł nic i jechali dalej w milczeniu a szybko, gdyż chcieli jak najprędzej być w Spychowie, spodziewając się, że może zastaną tam jakich wysłanników krzyżackich. Na szczęście ich przyszły znów mrozy i drogi były przetarte, więc mogli pośpieszać. Pod wieczór Jurand znów przemówił i począł wypytywać o owych braci zakonnych, którzy byli w leśnym dworcu, a Zbyszko opowiadał mu wszystko — i o ich skargach, i o odjeździe, i o śmierci pana de Fourcy, i o postępku swego giermka, który w tak straszny sposób pokruszył ramię Danvelda, a podczas tego opowiadania przypomniała mu się i uderzyła go jedna okoliczność, to jest bytność owej niewiasty w leśnym dworcu, która przywiozła od Danvelda balsamy gojące. Na popasie począł więc wypytywać o nią i Czecha, i Sanderusa — ale obaj nie wiedzieli dokładnie, co się z nią stało. Zdawało im się, że odjechała albo razem z tymi ludźmi, którzy przybyli po Danusię, albo wnet po nich. Zbyszkowi przyszło teraz do głowy, że to mógł być ktoś nasłany w tym celu, aby tych ludzi przestrzec na wypadek, gdyby Jurand znajdował się własną osobą we dworcu. W takim razie nie podawaliby się za ludzi ze Spychowa, mogli zaś mieć przygotowane jakieś inne pismo, które by byli oddali księżnie zamiast zmyślonego Jurandowego listu.
	Wszystko to było ułożone z piekielną zręcznością i młody rycerz, który dotychczas znał Krzyżaków tylko z pola, po raz pierwszy pomyślał, że pięści na nich nie dość, ale że trzeba umieć zmóc ich i głową. Myśl ta była mu przykra, albowiem jego ogromny żal i ból zmieniły się w nim przede wszystkim w żądzę walki i krwi. Nawet ratunek dla Danusi przedstawiał mu się jako szereg bitew kupą lub w pojedynkę; tymczasem teraz poznał, że trzeba może będzie chęć pomsty i łupania łbów wziąć jak niedźwiedzia na łańcuch i szukać całkiem nowych dróg ocalenia i odzyskania Danusi.
	Myśląc o tym, żałował, że nie ma przy nim Maćka. Maćko bowiem równie był przebiegły, jak mężny. Postanowił jednak i sam wysłać ze Spychowa Sanderusa do Szczytna, aby ową niewiastę odszukał i starał się od niej wywiedzieć, co się z Danusią stało. Mówił sobie, że choćby Sanderus chciał go zdradzić, to niewiele sprawie zaszkodzi, a w razie przeciwnym może znaczne mu usługi oddać, albowiem rzemiosło jego otwierało mu wszędzie dostęp.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział trzydziesty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/30/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/30/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ale Zbyszko, jadąc za nim, nie mógł długo wytrzymać i rzekł sobie w duszy: „Wolę, żeby gniewem wybuchnął, niż żeby się zaciął”. Więc podjechał ku niemu i trąciwszy strzemieniem w jego strzemię, począł mówić:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Posłuchajcie, jako to było. Co Danuśka dla mnie uczyniła w Krakowie, to wiecie, ale tego nie wiecie, że w Bogdańcu swatali mi Jagienkę, Zychową córkę, ze Zgorzelic. Stryj mój, Maćko, chciał;
rodzic jej, Zych, chciał; a i krewny opat, bogacz, także... Co wam tam długo prawić? Ućciwa dziewka i jak łania, a wiano też godne. Ale nie mogło to być. Było mi Jagienki żal, ale jeszcze większy żal Danuśki; i zabrałem się ku niej na Mazowsze, bo szczerze wam rzekę: nie mogłem dłużej żyć.
Wspomnijcie, jakoście sami miłowali — wspomnijcie! — a nie będzie wam dziwota.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział trzydziesty pierwszy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/31/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/31/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty pierwszy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nazajutrz o południu wysłańcy widzieli się z Jurandem, a w jakiś czas później wyjechali, zabrawszy z sobą de Bergowa, dwóch giermków i kilkunastu innych jeńców. Jurand wezwał następnie ojca Kaleba, któremu podyktował list do księcia z oznajmieniem, że Danusi nie porwali rycerze zakonni, ale że zdołał odkryć jej schronienie i ma nadzieję, iż w ciągu kilku dni ją odzyszcze. To samo powtórzył i Zbyszkowi, który od wczorajszej nocy szalał ze zdumienia i trwogi. Stary rycerz nie chciał jednak odpowiadać na żadne jego pytania, oświadczył mu natomiast, by czekał cierpliwie i tymczasem nic nie przedsiębrał dla uwolnienia Danusi, gdyż to jest rzecz zbyteczna. Pod wieczór zamknął się znów z księdzem Kalebem, któremu naprzód rozkazał spisać swą ostatnią wolę, potem zaś spowiadał się, a po przyjęciu komunii wezwał przed siebie Zbyszka i starego, wiecznie milczącego Tolimę, który bywał mu towarzyszem we wszystkich wyprawach i walkach, a w czasie spokoju gospodarzył w Spychowie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom I, rozdział trzydziesty drugi</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/32/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/32/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty drugi&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Świt począł właśnie bielić drzewa, krze i bryły wapienne rozrzucone tu i ówdzie po polach, gdy najęty przewodnik idący przy koniu Juranda zatrzymał się i rzekł:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Pozwólcie mi odetchnąć, panie rycerzu, bom się zasapał. Odwilż jest i mgła, ale to już niedaleko...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Doprowadzisz mnie do gościńca, a potem wrócisz — odrzekł Jurand.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Gościniec będzie w prawo za borkiem, a z pagórka zaraz zamek ujrzycie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;To rzekłszy, chłop począł „zabijać” ręce, to jest uderzać dłońmi pod pachy, gdyż był zziąbł od rannej wilgoci, po czym przysiadł na kamieniu, bo się przy tej robocie jeszcze bardziej zasapał.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział pierwszy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/33/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/33/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;Tom II&lt;/h2&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział pierwszy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jurand, znalazłszy się na podwórzu zamkowym, nie wiedział zrazu, dokąd iść, gdyż knecht, który go przeprowadził przez bramę, opuścił go i udał się ku stajniom. Przy blankach stali wprawdzie żołdacy, to pojedynczo, to po kilku razem, ale twarze ich były tak zuchwałe, a spojrzenia tak szydercze, iż łatwo było rycerzowi odgadnąć, że mu drogi nie wskażą, a jeżeli na pytanie odpowiedzą, to chyba grubiaństwem lub zniewagą. Niektórzy śmieli się, pokazując go sobie palcami; inni poczęli nań znów miotać śniegiem, tak samo jak dnia wczorajszego. Lecz on, spostrzegłszy drzwi większe od innych, nad którymi wykuty był w kamieniu Chrystus na krzyżu, udał się ku nim w mniemaniu, że jeśli komtur i starszyzna znajdują się w innej części zamku lub w innych izbach, to go ktoś przecie musi z błędnej drogi nawrócić.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział drugi</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/34/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/34/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział drugi&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W tej samej sali wieczorem siedział za stołem stary Zygfryd de Löwe, który po wójcie Danveldzie objął tymczasem zarząd Szczytna, a obok niego brat Rotgier, rycerz de Bergow, dawny jeniec Juranda, i dwaj szlachetni młodzieńcy, nowicjusze, którzy wkrótce przywdziać mieli białe płaszcze. Wicher zimowy wył za oknami, wstrząsał ołowiane osady okien, chwiał płomieniem pochodni palących się w żelaznych kunach, a kiedy niekiedy wypychał z komina kłęby dymu na salę. Między braćmi, chociaż zebrali się na naradę, panowała cisza, albowiem czekali na słowo Zygfryda, ów zaś, wsparłszy łokcie na stole i splótłszy dłonie na siwej pochylonej głowie, siedział posępny, z twarzą w cieniu i z ponurymi myślami w duszy.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzeci</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/35/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/35/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzeci&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wieść o zajściu w Szczytnie przybyła jednak do Warszawy przed bratem Rotgierem i wzbudziła tam zdumienie i niepokój. Ani sam książę, ani nikt z dworu nie mógł zrozumieć, co zaszło. Przed niedawnym czasem, właśnie gdy Mikołaj z Długolasu miał jechać do Malborga z listem księcia, w którym tenże skarżył się gorzko na porwanie przez niesfornych pogranicznych komturów Danusi i niemal groźnie upominał się o niezwłoczne jej oddanie, przyszedł list od dziedzica ze Spychowa oznajmiający, że córka jego pochwycona została nie przez Krzyżaków, ale przez zwyczajnych zbójów nadgranicznych, i że wkrótce będzie za okup uwolniona. Wskutek tego poseł nie pojechał, nikomu bowiem ani przez głowę nie przeszło, żeby Krzyżacy wymogli takie pismo na Jurandzie pod groźbą śmierci dziecka. Trudno było i tak zrozumieć, co zaszło, gdyż warchołowie pograniczni, tak poddani księcia, jak i Zakonu, czynili wzajemne na się napady latem, nie zaś zimą, gdy śniegi zdradzały ich ślady. Napadali też zwykle kupców albo dopuszczali się grabieży po wioskach, chwytając ludzi i zagarniając ich stada, by jednak ośmielili się zahaczyć samego księcia i porwać jego wychowankę, a przy tym córkę potężnego i wzbudzającego powszechną obawę rycerza, to zdawało się przechodzić wprost wiarę ludzką.
 Na to jednak, jak również na inne wątpliwości, był odpowiedzią list Juranda z jego własną pieczęcią i przywieziony tym razem przez człowieka, o którym wiedziano, że pochodzi ze Spychowa; wobec czego wszelkie podejrzenia stały się niemożliwe, książę tylko wpadł w gniew, w którym go dawno nie widziano, i nakazał pościg opryszków na całej granicy swego księstwa, wezwawszy zarazem księcia płockiego, aby uczynił również to samo i również nie szczędził kar na zuchwalców.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czwarty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/36/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/36/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czwarty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;O Zbyszka niepokój był na całym dworze tak między rycerstwem, jak między niewiastami, gdyż lubiono go powszechnie, wobec zaś listu Juranda nikt nie wątpił, że słuszność jest po stronie Krzyżaka. Z drugiej strony wiedziano, że Rotgier jest jednym ze sławniejszych braci w Zakonie.
 Giermek van Krist rozpowiadał, może umyślnie, między mazowiecką szlachtą, że pan jego, nim został zbrojnym mnichem, zasiadał raz u stołu honorowego Krzyżaków, do którego to stołu dopuszczano tylko słynnych w świecie rycerzy, takich, którzy odbyli wyprawę do Ziemi Świętej albo też walczyli zwycięsko przeciw olbrzymom-smokom lub możnym czarnoksiężnikom. Słysząc takie opowiadania van Krista, a zarazem i chełpliwe zapewnienia, że pan jego nieraz potykał się z mizerykordią w jednej, a toporem lub mieczem w drugiej ręce, z pięciu naraz przeciwnikami, niepokoili się Mazurowie i poniektóry mówił: „Hej, gdyby tu był Jurand, ten dałby i takim dwóm rady, jemu nigdy się żaden Niemiec nie odjął, ale młodziankowi gorze! gdyż tamten siłą, laty i ćwiczeniem góruje”. Więc inni żałowali, że nie podnieśli rękawicy, twierdząc, że gdyby nie owa wiadomość od Juranda, niechybnie byliby to uczynili... „Ale wyroku boskiego strach...”. Wymieniano też przy sposobności i dla wzajemnej pociechy nazwiska mazowieckich i w ogóle polskich rycerzy, którzy bądź na dworskich igrzyskach, bądź goniąc na ostre, liczne nad zachodnimi rycerzami odnosili zwycięstwa, przede wszystkim zaś Zawiszę z Garbowa, z którym żaden rycerz w chrześcijaństwie mierzyć się nie mógł. Lecz byli i tacy, którzy co do Zbyszka mieli także dobrą nadzieję: „Nie ułomek ci to jest — mówili — i jakośwa słyszeli, godnie już raz Niemcom porozwalał łby na udeptanej ziemi”. Lecz szczególnie skrzepiły się serca z powodu uczynku giermka Zbyszkowego, Czecha Hlawy, który w wigilię spotkania, słysząc van Krista opowiadającego o niesłychanych zwycięstwach Rotgiera, a będąc młodzianem porywczym, chwycił tegoż van Krista za brodę, zadarł mu głowę i rzekł: „Jeślić nie wstyd łgać wobec ludzi, spójrz w górę, że to i Bóg cię słyszy!”. I trzymał go tak przez tyle czasu, ile trzeba na zmówienie &lt;em class="book-title"&gt;Ojcze nasz&lt;/em&gt;, zaś ów, wreszcie uwolnion, zaraz jął go wypytywać o ród i dowiedziawszy się, że pochodzi z włodyków, pozwał go także na topory.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział piąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/37/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/37/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział piąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Książę nie sprzeciwił się pojedynkowi, gdyż wedle ówczesnych obyczajów nie był w możności tego uczynić. Wymógł tylko, by Rotgier napisał list do mistrza i do Zygfryda de Löwe, że sam pierwszy rzucił rękawicę rycerzom mazowieckim, wskutek czego staje do walki z mężem Jurandówny, który zresztą już pierwej go był pozwał. Tłumaczył się też Krzyżak wielkiemu mistrzowi, że jeśli staje bez pozwolenia, to dlatego, że chodzi o cześć Zakonu i odwrócenie szpetnych podejrzeń, które by hańbę przynieść mogły, a które on, Rotgier, gotów jest zawsze własną krwią okupić.
 List ten wysłany był natychmiast do granicy przez jednego z pachołków rycerza, dalej zaś miał iść do Malborga pocztą, którą Krzyżacy na wiele lat przed innymi wynaleźli i zaprowadzili w swoich ziemiach.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział szósty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/38/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/38/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział szósty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Książę pierwszy zabrał głos na naradzie i tak mówił:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— To bieda, że nie mamy nijakiego pisma ani świadectwa przeciw komturom. Bo choć posąd nasz zdaje się słuszny i ja sam myślę, że Jurandównę oni chwycili, nie kto inny, ale co z tego? Wyprą się. A jak wielki mistrz spyta o jakowyś dowód, co mu pokażem? Ba! Jeszcze list Jurandowy świadczy za nimi.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Tu zwrócił się do Zbyszka:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Powiadasz, że ten list groźbą na nim wymusili. Może być i pewnie tak jest, bo gdyby po ich stronie była sprawiedliwość, toby ci był Bóg przeciw Rotgierowi nie pomógł. Ale skoro wymusili jeden, to mogli wymusić i dwa.
 Może i oni mają od Juranda świadectwo, że niewinni porwania nieszczęsnej dziewki. A w takim razie pokażą je mistrzowi, i co będzie?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział siódmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/39/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/39/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział siódmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zygfryd de Löwe miał właśnie wyjeżdżać do Malborga, gdy niespodzianie pocztowy pachołek przyniósł mu list od Rotgiera z wiadomościami z mazowieckiego dworu.
 Wiadomości te poruszyły do żywego starego Krzyżaka.
 Przede wszystkim widać było z listu, iż Rotgier wybornie przedstawił i poprowadził wobec księcia Janusza sprawę Juranda. Zygfryd uśmiechnął się, czytając, że Rotgier zażądał jeszcze, by książę za krzywdy Zakonu oddał jeszcze Spychów w maństwo Krzyżakom. Natomiast druga część listu zawierała nowiny niespodziane i mniej korzystne. Oto donosił także Rotgier, że dla tym lepszego okazania niewinności Zakonu w porwaniu Jurandówny rzucił był rękawicę rycerzom mazowieckim, pozywając każdego, kto by o tym wątpił, na sąd boży, to jest na walkę wobec całego dworu... „Żaden jej nie podnosił — pisał dalej Rotgier — wszyscy bowiem wiedzieli, iż świadczył za nami list samego Juranda, więc bali się sprawiedliwości bożej, gdy wtem znalazł się młodzik, któregośmy w leśnym dworcu widzieli — i ów zakład podjął. Z której przyczyny nie dziwujcie się, pobożny i mądry bracie, że się z powrotem o dwa albo trzy dni opóźnię, gdyż — sam pozwawszy, stanąć muszę. A iżem to dla chwały Zakonu uczynił, mam nadzieję, że nie poczyta mi tego za złe ani wielki mistrz, ani też wy, którego czczę i synowskim sercem miłuję. Przeciwnik — prawy dzieciuch, a mnie walka, jako wiecie, nie nowina, więc łatwie tę krew na chwałę Zakonu rozleję, a zwłaszcza przy pomocy Pana Chrystusowej, któremu pewnie więcej chodzi o tych, którzy krzyż Jego noszą niż o jakowegoś Juranda albo o krzywdy jednej mizernej dziewki z mazurskiego narodu!”.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział ósmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/40/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/40/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział ósmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jakkolwiek Głowaczowi pilno było do Zgorzelic, nie mógł jednakże jechać tak prędko, jakby chciał, albowiem drogi stały się niezmiernie trudne. Po zimie ostrej, po mrozach tęgich i po śniegach tak obfitych, że chowały się pod nimi całe wsie, przyszły wielkie odwilże. Luty, wbrew swojej nazwie, nie okazał się bynajmniej lutym. Naprzód powstały mgły gęste i nieprzeniknione, potem dżdże prawie ulewne, od których w oczach tajały białe zaspy, w przerwach zaś między ulewami dął wicher taki, jaki zwykł dąć w marcu, więc przerywany, nagły, któren zganiał i rozganiał nabrzmiałe chmury po niebie, a na ziemi wył po zaroślach, huczał po lasach i pożerał śniegi, pod którymi niedawno jeszcze drzemały konary i gałęzie w zimowym, cichym śnie. Poczerniały też wnet bory. Na łąkach marszczyła się szeroko rozlana woda, wezbrały rzeki i strumienie. Radzi byli z takiej obfitości mokrego żywiołu tylko rybitwowie, natomiast inna wszelka ludność, trzymana jakby na uwięzi, przykrzyła sobie po domach i chatach. W wielu miejscach od wsi do wsi można się było dostać tylko łodzią. Nie brakło wprawdzie nigdzie grobel ani gościńców przez bagna i bory poczynionych z pni i okrąglaków, ale teraz groble rozmiękły, a pnie na nizinnych miejscach pogrzęzły w rozmokłych młakach i przejazd przez nie uczynił się niebezpieczny albo i wcale niepodobny. Szczególniej trudno było posuwać się Czechowi w jezierzystej Wielkopolsce, gdzie każdej wiosny roztopy bywały większe niż w innych stronach kraju, a przeto i droga, zwłaszcza dla konnych, cięższa.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dziewiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/41/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/41/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dziewiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Maćko gotował się do drogi, a Jagienka nie pokazywała się w Bogdańcu przez dwa dni, spędziła je bowiem na naradach z Czechem. Spotkał ją stary rycerz dopiero dnia trzeciego, w niedzielę, w drodze do kościoła. Jechała do Krześni z bratem Jaśkiem i ze znacznym pocztem zbrojnych pachołków, albowiem nie była pewna, czy Cztan i Wilk leżą jeszcze i czy nie uczynią na nią jakowejś napaści.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Chciałam i tak wstąpić po mszy do Bogdańca — rzekła, powitawszy Maćka — bo pilną mam do was sprawę, ale możemy i zaraz o niej gadać.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dziesiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/42/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/42/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dziesiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jakkolwiek po zniszczeniu, pożodze i rzezi, którą w 1331 roku
 wyprawili w Sieradzu Krzyżacy, Kazimierz Wielki odbudował zrównane z ziemią miasto — nie było ono jednak zbyt świetne i nie mogło iść w porównanie z innymi grodami Królestwa. Ale Jagienka, której życie
płynęło dotychczas między Zgorzelicami a Krześnią, nie posiadała się ze
zdumienia i podziwu na widok murów, wież, ratusza, a zwłaszcza
kościołów, o których drewniany krześnieński nie dawał najmniejszego
pojęcia. W pierwszej chwili straciła tak dalece zwykłą rezolutność, że
nie śmiała mówić głośno i tylko szeptem wypytywała Maćka o te wszystkie
cuda, od których olśniewały jej oczy, gdy zaś stary rycerz upewniał ją,
że Sieradzowi tak do Krakowa jako zwyczajnej głowni do słońca, uszom nie
 chciała wierzyć, albowiem wydawało się jej prostym niepodobieństwem,
aby mógł istnieć drugi równie wspaniały gród na świecie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział jedenasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/43/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/43/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział jedenasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nazajutrz po nocy mglistej, miękkiej przyszedł dzień wietrzny,
chwilami jasny, chwilami z powodu chmur, które gnane wiatrem cwałowały
stadami po niebie — posępny. Maćko kazał poruszać tabor równo z brzaskiem. Smolarz, który podjął się przewodniczyć do Bud, twierdził, że
 konie wszędy przejdą, ale wozy miejscami trzeba będzie rozbierać i przenosić je częściowo, również jak i łuby z odzieżą i zapasami
żywności. Nie mogło to przyjść bez wysiłku i mitręgi, ale hartowni i przywykli do trudu ludzie woleli trud największy niż gnuśny wypoczynek w pustej karczmie, z ochotą więc ruszyli w drogę. Nawet i bojaźliwy Wit,
ośmielony słowy i obecnością smolarza, nie okazywał przestrachu.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwunasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/44/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/44/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwunasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jurand rozbudził się z długiego snu w obecności księdza Kaleba i zapomniawszy we śnie, co się z nim działo, a nie wiedząc, gdzie jest, począł macać łoże i ścianę, przy której i łoże stało. Lecz ksiądz Kaleb chwycił go w ramiona i płacząc z rozrzewnienia, począł mówić:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— To ja! Jesteś w Spychowie! Bracie Jurandzie! Bóg cię doświadczył...
 aleś między swymi... zbożni ludzie odwieźli cię... Bracie Jurandzie! Bracie!!!...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;I przycisnąwszy go do piersi, jął całować jego czoło, jego puste oczy, i znów cisnąć do piersi, i znów całować, a ów z początku był jakby odurzony i zdawał się nic nie rozumieć, wreszcie jednak jął wodzić lewą dłonią po czole i głowie, jakby chcąc odgarnąć i rozproszyć ciężkie chmury snu i odurzenia.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzynasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/45/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/45/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzynasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jagienka dowiedziawszy się, iż ma pozostać z rozkazu Maćka w Spychowie, przez chwilę ze zdumienia, żalu i gniewu słowa nie mogła przemówić, patrzała tylko na Czecha szeroko otwartymi oczyma, który rozumiejąc dobrze, jak niemiłą jej przynosi wiadomość, rzekł:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Chciałbym też wam sprawę zdać z tego, cośmy w Szczytnie słyszeli, bo siła jest nowin i ważnych.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A o Zbyszku są?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie, jeno są szczytnieńskie; wiecie...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Rozumiem! Konie niech pacholik rozkulbaczy, a wy pójdziecie za mną.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czternasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/46/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/46/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czternasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ale ona obtarła łzy i zabrawszy giermka, poszła z nim do Juranda, aby mu nowiny oznajmić. Zastała go w wielkiej świetlicy z oswojoną wilczycą u nóg, siedzącego z księdzem Kalebem, z Sieciechówną i ze starym Tolimą. Miejscowy klecha, który był zarazem rybałtem, śpiewał im przy lutni pieśń o jakimś dawnym boju Jurandowym ze „sprośnymi Krzyżaki”, a oni, podparłszy rękoma głowy, słuchali w zadumie i smutku. W świetlicy widno było od księżyca. Po dniu prawie już znojnym nastał wieczór cichy, ogromnie ciepły. Okna były otwarte i w blasku miesięcznym widać było krążące po izbie chrabąszcze, które roiły się w rosnących na dziedzińcu lipach. Na kominie tliło się jednakże kilka głowni, przy których pacholik przygrzewał miód, pomieszany z winem krzepiącym i pachnącymi ziołami.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział piętnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/47/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/47/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział piętnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Książę Janusz i księżna wyjechali razem z częścią dworu na wiosenny połów ryb do Czerska, gdyż lubili niezmiernie to widowisko i mieli je sobie za najprzedniejszą zabawę.
 Dowiedział się jednak Czech od Mikołaja z Długolasu wielu rzeczy ważnych, tyczących się zarówno spraw prywatnych, jak i wojny. Dowiedział się więc naprzód, że rycerz Maćko widocznie poniechał zamiaru jechania na Żmujdź prosto przez „pruską przegrodę”’, gdyż przed kilku dniami był w Warszawie, gdzie zastał jeszcze obojga księstwa. O wojnie potwierdził stary Mikołaj te wszystkie wieści, które Hlawa słyszał w Szczytnie. Cała Żmujdź podniosła się przeciw Niemcom jak jeden mąż, a kniaź Witold nie tylko że już Zakonowi przeciw nieszczęsnym Żmujdzinom nie pomagał, ale nie wypowiadając jeszcze mu wojny i łudząc go układami, zasilał wszelako Żmujdź pieniędzmi, ludźmi, końmi, zbożem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział szesnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/48/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/48/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział szesnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W lasach o milę na wschód za Kownem, które sam Witold zniszczył, stały główne siły Skirwoiłły, przerzucając się w razie potrzeby błyskawicą z miejsca na miejsce, czyniąc szybkie wyprawy bądź to w granice pruskie, bądź na zamki i zameczki będące jeszcze w ręku krzyżackim i podsycając płomień wojny w całej krainie. Tam to znalazł wierny giermek Zbyszka, a przy nim i Maćka, który był dopiero przed dwoma dniami przyjechał. Po przywitaniu się ze Zbyszkiem przespał Czech całą noc jak zabity i dopiero na drugi dzień wieczorem poszedł powitać starego rycerza, który będąc strudzon i zły, przyjął go gniewliwie, pytając, dlaczego wedle rozkazania w Spychowie nie został — i udobruchał się nieco dopiero wówczas, gdy ów, znalazłszy sposobną chwilę, w której Zbyszka nie było w namiocie, usprawiedliwił się przed nim wyraźnym rozkazem Jagienki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział siedemnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/49/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/49/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział siedemnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dla Maćka i dla Zbyszka, którzy, służąc poprzednio u Witolda, napatrzyli się do syta litewskim i żmujdzkim wojownikom, widok obozowiska nie przedstawiał nic nowego;
ale Czech patrzał na nich z ciekawością, rozważając sobie zarazem w umyśle, czego od takich ludzi można w bitwie oczekiwać, i porównywając ich z polskim i z niemieckim rycerstwem.
Obóz stał w nizinie otoczonej borem i bagnami, zatem ubezpieczon zupełnie od napadu, albowiem żadne inne wojsko nie zdołałoby przebrnąć przez owe zdradliwe mokradła. Sama nizina, na której stały szałasy, była także grząska i błotnista, lecz oni nakrzesawszy jodłowych i sosnowych gałązek, przyrzucili ją nimi tak grubo, że spoczywali jakby na najsuchszym miejscu. Kniaziowi Skirwoille sklecono naprędce coś w rodzaju „numy”, czyli chaty litewskiej z ziemi i drewnianych, nieociosanych bierwion, dla znaczniejszych ludzi uwito z gałęzi kilkadziesiąt szałasów, pospolici zaś wojownicy siedzieli koło ognisk, pod gołym niebem, mając ochronę przeciw zmianom pogody i dżdżom tylko w kożuchach i skórach, które na nagim ciele nosili. W obozie nikt nie spał jeszcze, albowiem ludzie, nie mając po ostatniej porażce nic do roboty, sypiali we dnie.
Niektórzy siedzieli lub leżeli wokół jasnych ognisk podsycanych suszem i gałęźmi jałowca, inni grzebali w przygasłych już i zasutych popiołem watrzyskach, od których rozchodził się zapach pieczonej rzepy, zwykłego pokarmu Litwinów, i swąd przypalonych mięsiw. Między ogniskami widniały stosy broni poskładane blisko, tak aby w danym razie łatwo było każdemu za swój oręż pochwycić. Hlawa przypatrywał się z ciekawością oszczepom o grotach wąskich i długich, wykutych z hartownego żelaza, kiścieniom uczynionym z młodych dąbczaków, w które ponabijano krzemieni lub gwoździ, okszom o trzonkach krótkich, podobnych do polskich toporów, którymi posługiwali się jezdni, i okszom o trzonkach tak niemal długich jak u berdyszów, którymi walczyli piesi. Trafiały się między nimi i miedziane, pochodzące z dawnych czasów, kiedy żelazo w małym jeszcze było użyciu w tych zapadłych stronach. Niektóre miecze były również z miedzi, ale większość z dobrej, dostarczanej z Nowogrodu stali. Czech brał w rękę oszczepy, miecze, oksze, smoliste, prażone w ogniu łuki i przy blasku płomienia badał ich doskonałość. Koni niewiele było przy ogniskach, gdyż stada pasły się opodal w lasach i na łąkach pod strażą czujnych koniuchów, ale że znaczniejsi bojarowie chcieli mieć swoje rumaki na zawołanie, przeto było ich w obozie kilkadziesiąt, które niewolnicy pańscy karmili z ręki u toku. Hlawę zdumiewały kudłate ciała tych rumaków, nadzwyczaj drobnych, o potężnych karkach i w ogóle tak dziwnych, że zachodni rycerze poczytywali je za jakieś całkiem odmienne zwierzęta leśne, więcej do jednorożców niż do prawdziwych koni podobne.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział osiemnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/50/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/50/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział osiemnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Doszli rankiem do Niewiaży i przeprawili się: kto konno, kto przy ogonie końskim, kto na pęku łóz. Poszło to tak prędko, że aż Maćko, Zbyszko, Hlawa i ci z Mazurów, którzy przyszli na ochotnika, dziwili się sprawności tego ludu i teraz dopiero zrozumieli, dlaczego ni bory, ni bagna, ni rzeki nie mogły powstrzymać wypraw litewskich. Wyszedłszy z wody, żaden nie zewlókł odzieży, nie zrzucił kożucha ni wilczury, jeno suszyli się, nadstawiając grzbiety słońcu, aż dymiło się z nich jak ze smolarni — i po małym wypoczynku ruszyli śpiesznym pochodem na północ. Ciemnym wieczorem dotarli do Niemna. I tu przeprawa, jako przez rzekę wielką, a do tego nabrzmiałą wiosennymi wodami, nie była łatwą. Bród, o którym wiedział Skirwoiłło, zmienił się miejscami w topiel, tak że konie musiały pływać więcej niż na ćwierć stajania. Dwóch ludzi uniósł prąd tuż przy boku Zbyszka i Czecha, którzy na próżno chcieli ich ratować, albowiem z powodu ciemności i wzburzonej wody rychło stracili ich z oczu, oni zaś nie śmieli wołać o ratunek, ponieważ poprzednio wódz wydał rozkaz, aby przeprawa odbyła się w jak najgłębszym milczeniu. Jednakże wszyscy inni dotarli szczęśliwie do drugiego brzegu, na którym przesiedzieli bez ognia do rana.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dziewiętnasty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/51/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/51/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dziewiętnasty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko począł wypytywać śpiesznie, jak idą, ile jest jazdy, ilu knechtów pieszych, a przede wszystkim, jak daleko się jeszcze znajdują. Z odpowiedzi Żmujdzina dowiedział się, że oddział nie przenosi stu pięćdziesięciu wojowników, z tych pięćdziesięciu konnych, pod wodzą nie Krzyżaka, lecz jakiegoś świeckiego rycerza, że idą w szyku, prowadząc za sobą puste wozy, a na nich zapas kół, że przed oddziałem idzie w odległości dwóch strzeleń z łuku „straża” złożona z ośmiu ludzi, która zjeżdża często gęsto z gościńca i bada bór i gąszcza, a na koniec, że znajdują się o ćwierć mili.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/52/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/52/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko kazał go włożyć na jeden ze zdobycznych wozów, naładowanych nowymi kołami i osiami dla owej wyprawy, która ciągnęła zamkowi w pomoc. Sam przesiadł się na innego konia i ruszyli razem z Maćkiem w dalszą pogoń za pierzchającymi Niemcami. Nie była to pogoń zbyt trudna, albowiem konie niemieckie złe były do ucieczki, zwłaszcza na znacznie rozmiękłym od wiosennych deszczów szlaku. Szczególnie Maćko, mając pod sobą ścigłą a lekką klacz po zabitym włodyce z Łękawicy, minął po kilku stajach wszystkich niemal Żmujdzinów i wnet potem dojechał pierwszego rajtara. Wezwał go wprawdzie, wedle rycerskiego zwyczaju, żeby albo się oddał w niewolę, albo zawrócił do walki, ale gdy ów, udając głuchego, cisnął nawet tarczę dla ulżenia koniowi i pochyliwszy się, bódł mu ostrogami boki, ciął go okrutnie stary rycerz szerokim toporem między łopatki — i zwalił z konia.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty pierwszy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/53/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/53/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty pierwszy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Pachołkowie rozwiązali go zaraz, lecz on, mając członki zdrętwiałe, upadł na ziemię, a gdy go podniesiono, począł mdleć raz po raz, gdyż był i srodze poturbowan. Próżno z rozkazu Zbyszka zawiedziono go przed ognisko, dano jeść i pić, natarto sadłem, a następnie okryto ciepło skórami;
Sanderus nie mógł przyjść do siebie, a następnie zapadł w sen tak głęboki, że zaledwie na drugi dzień w południe zdołał go Czech rozbudzić.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty drugi</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/54/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/54/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty drugi&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Do pobojowiska, na którym Skirwoiłło wyciął Niemców, droga była łatwa, bo znajoma. Dotarli też do niego rychło, ale przejechali je pośpiesznie z przyczyny nieznośnego zaduchu, jaki wydawały niepogrzebione ciała. Przejeżdżając, spędzili prócz wilków ogromne stada wron, kruków i kawek, po czym jęli szukać na szlaku śladów. Jakkolwiek przeszedł tą drogą poprzednio cały oddział, jednakże doświadczony Maćko znalazł bez trudu na stratowanej ziemi wyciski olbrzymich kopyt idące w kierunku powrotnym i tak począł mniej biegłej w wojennych sprawach młodzieży rzecz objaśniać:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty trzeci</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/55/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/55/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty trzeci&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nie pomogły łagodne słowa ni pieszczoty, ni zaklęcia — Danusia nie poznawała nikogo i nie odzyskała przytomności.
Jedynym uczuciem, które opanowało całą jej istotę, był przestrach podobny do takiego płochliwego przestrachu, jaki okazują schwytane ptaki. Gdy przyniesiono jej posiłek, nie chciała przy ludziach jeść, jakkolwiek z chciwych jej spojrzeń rzucanych na jadło znać było głód, może nawet zadawniony. Zostawszy sama, rzucała się na spyżę z łakomstwem dzikiego zwierzątka, ale gdy Zbyszko wszedł do izby, w tej chwili skoczyła w kąt i skryła się za wiązką suchego chmielu.
Próżno Zbyszko otwierał ramiona, próżno wyciągał ręce, próżno błagał, dusząc w sobie łzy. Nie chciała z tego ukrycia wyjść nawet wówczas, gdy naniecono ognia w świetlicy i gdy przy jego blasku mogła dobrze rozeznać rysy Zbyszka. Zdawało się, że pamięć opuściła ją razem ze zmysłami. On za to patrzał na nią i na jej wychudłą twarz z zastygłym wyrazem przerażenia, na zapadłe oczy, na potargane strzępy odzieży, w które była przybrana, i serce skowyczało w nim z bólu i wściekłości na myśl, w jakich była rękach i jak się z nią obchodzono. Porwał go wreszcie szał gniewu tak straszny, że chwyciwszy za miecz, skoczył z nim ku Zygfrydowi i byłby go uśmiercił niechybnie, gdyby Maćko nie był go schwytał za ramię.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty czwarty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/56/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/56/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty czwarty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Rycerz Arnold, dowiedziawszy się nazajutrz o ucieczce służki zakonnej, uśmiechnął się pod wąsem, ale rzekł to samo, co Maćko: że albo ją wilcy zjedzą, albo Litwini zabiją. Jakoż było to prawdopodobne, albowiem ludność miejscowa, litewskiego pochodzenia, nienawidziła Zakonu i wszystkiego, co miało z nim styczność. Chłopi częścią pouciekali do Skirwoiłły, częścią poburzyli się i pomordowawszy tu i ówdzie Niemców, pokryli się razem z rodzinami i dobytkiem w niedostępnych głębiach leśnych.
Szukano jednakże na drugi dzień służki, ale bez skutku, bo niezbyt gorliwie, a to z tej przyczyny, że Maćko i Zbyszko, mając głowy zajęte czym innym, nie wydali dość surowych rozkazów. Pilno im było jechać ku Mazowszu i chcieli zaraz o wschodzie słońca wyruszyć, ale nie mogli tego uczynić, gdyż Danuśka usnęła nade dniem głęboko i Zbyszko nie dał jej budzić.
Słyszał ją, jak „kwiliła” w nocy, domyślał się, że nie spała, więc teraz wiele sobie dobrego z tego snu obiecywał. Dwukrotnie zakradał się do chaty i dwukrotnie widział przy świetle wpadającym przez szpary między bierwionami jej zamknięte oczy, otworzone usta i mocne rumieńce na twarzy, takie, jakie mają głęboko uśpione dzieci. Topniało w nim wówczas z rozrzewnienia serce i mówił do niej: „Daj ci Bóg wypoczynek i zdrowie, kwiatuszku najmilszy!”. A potem mówił jeszcze: „Skończona twoja niedola, skończone płakanie, a da Pan Jezus miłosierny, to szczęśliwość będzie jako te wody rzeczne nieprzepłynione”. Przy tym, mając prostą i dobrotliwą duszę, wznosił ją ku Bogu i zapytywał sam siebie: czym by się wywdzięczyć, czym by się wypłacić, co by jakiemu kościołowi ofiarować z dostatków, z ziarna, ze stad, z wosku albo z innych podobnych, miłych boskiej potędze rzeczy? Byłby nawet zaraz ślubował i wymienił dokładnie, co ofiaruje, ale wolał zaczekać, nie wiedząc bowiem, w jakim zdrowiu Danuśka się rozbudzi i czy się rozbudzi przytomna, nie miał jeszcze pewności, czy będzie za co dziękować.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty piąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/57/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/57/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty piąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko nie mógł zgonić swego giermka, albowiem ów jechał dniem i nocą, tyle tylko wypoczywając, ile było koniecznie trzeba, aby konie nie popadały, które, jako żywione samą trawą, mdłe były i nie mogły czynić tak wielkich pochodów jak w krajach, w których łatwiej było o owies.
Sam siebie Hlawa nie szczędził, a na późny wiek i osłabienie Zygfryda nie zważał. Cierpiał też stary Krzyżak okrutnie, tym bardziej że żylasty Maćko nadwerężył mu poprzednio kości. Ale najcięższe były dla niego komary rojące się w wilgotnej puszczy, od których, mając związane ręce, a przykrępowane do brzucha końskiego nogi, opędzać się nie mógł. Giermek nie zadawał mu wprawdzie żadnych osobnych mąk, ale i litości nad nim nie miał, i uwalniał mu prawicę z więzów tylko na postojach przy jedle: „Jedz, wilcza mordo, abym cię żywięcego panu na Spychowie mógł dowieźć!”. Takie były słowa, którymi go do posiłku zachęcał. Zygfrydowi przyszła wprawdzie z początku podróży myśl, by się głodem zamorzyć, ale gdy usłyszał zapowiedź, że będą mu zęby nożem podważać i przemocą w gardło lać, wolał ustąpić, aby do poniewierania swej godności zakonnej i czci rycerskiej nie dopuścić.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty szósty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/58/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/58/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty szósty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dwaj jeźdźcy zdążali wśród wichru i nawalnego już chwilami dżdżu ku spychowskiej granicy: Zygfryd i Tolima. Ten ostatni odprowadzał Niemca z obawy, aby po drodze nie zabili go chłopi czatownicy lub czeladź spychowska, płonąca ku niemu straszną nienawiścią i zemstą. Zygfryd jechał bez broni, ale i bez pęt. Burza, którą gnał wicher, była już nad nimi.
	Kiedy niekiedy, gdy huknął niespodziany grzmot, konie przysiadały na zadach. Oni jechali w głębokim milczeniu zapadłym wądołem, nieraz z powodu ciasnoty drogi tak blisko siebie, że strzemię trącało o strzemię.
	Tolima, przywykły od całych lat do stróżowania jeńców, spoglądał i teraz chwilami na Zygfryda bacznym okiem, jak gdyby mu chodziło o to, aby niespodzianie nie umknął — i dreszcz mimowolny przejmował go za każdym razem, albowiem wydawało mu się, że oczy Krzyżaka świecą w pomroce jak oczy złego ducha albo upiora. Przychodziło mu nawet do głowy, aby go przeżegnać, ale na myśl, że pod znakiem krzyża może mu zawyje nieludzkim głosem i zmieniwszy się w szkaradny kształt, pocznie kłapać zębami, zdejmował go strach jeszcze większy. Stary wojownik, który umiał bić w pojedynkę w całe kupy Niemców, jak jastrząb bije w stado kuropatw — bał się jednakże sił nieczystych i nie chciał mieć z nimi do czynienia. Wolałby też był pokazać Niemcowi po prostu dalszą drogę i zawrócić, ale wstyd mu było samego siebie, więc odprowadził go aż do granicy.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty siódmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/59/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/59/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty siódmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dopiero w dni dziewięć po wyjeździe Jagienki stanął Zbyszko na granicy Spychowa, ale Danusia była już tak bliska śmierci, że zupełnie stracił nadzieję, czy ją żywą ojcu dowiezie. Zaraz następnego dnia, gdy poczęła nie do rzeczy odpowiadać, spostrzegł, iż nie tylko umysł jej jest zwichnięty, ale że przy tym i ciało ogarnia jakaś choroba, przeciw której nie ma już sił w tym wycieńczonym przez niewolę, więzienie, mękę i ustawiczny strach dziecku. Może być, że odgłosy zaciekłej walki, jaką Zbyszko i Maćko stoczyli z Niemcami, przepełniły ten kielich przerażenia i że właśnie w tej chwili napadła ją owa choroba, dość że gorączka nie opuszczała jej odtąd prawie aż do końca drogi. Była to nawet poniekąd okoliczność pomyślna, albowiem przez straszną puszczę, wśród niezmiernych trudów, wiózł ją Zbyszko jak martwą, nieprzytomną i o niczym niewiedzącą. Po przebyciu puszcz, gdy weszli do „zbożnego” kraju, między osady kmiece i szlacheckie, skończyły się niebezpieczeństwa i trudy. Ludzie dowiadując się, że to wiozą swojackie dziecko, odbite Krzyżakom, a do tego córkę sławnego Juranda, o którym „gądkowie” tyle śpiewali już pieśni po gródkach, dworzyszczach i chatach, prześcigali się w usługach i pomocy. Dostarczano zapasów i koni. Wszystkie drzwi stawały otworem. Nie potrzebował już Zbyszko wieźć Danusi w kolebce między końmi, gdyż silni młodziankowie przenosili ją w noszach ode wsi do wsi tak troskliwie i ostrożnie, jakby jakąś świętość nieśli. Niewiasty otaczały ją najtkliwszą opieką.
	Mężowie, słuchając opowieści o jej krzywdach, zgrzytali zębami i niejeden nakładał zaraz żelazne blachy, chwytał za miecz, za topór albo za kopię i jechał dalej za Zbyszkiem, by pomścić się „z nawiązką”, bo nie dość wydawało się zawziętemu pokoleniu równo krzywdą za krzywdę zapłacić.
	 Ale Zbyszko nie myślał w tej chwili o zemście, tylko jedynie o Danusi.
	 Żył między przebłyskami nadziei, gdy chwilowo czyniło się chorej lepiej, głuchą rozpaczą, gdy stan jej pogarszał się widomie. A co do tego nie mógł się już łudzić. Nieraz z początku podróży przelatywała mu przez głowę zabobonna myśl, że może tam gdzieś po bezdrożach, które przebywali, jedzie za nimi ślad w ślad śmierć i czyha tylko na sposobną chwilę, by się rzucić na Danusię i wyssać z niej ostatek życia. Widzenie to, a raczej poczucie, bywało zwłaszcza wśród ciemnych nocy tak wyraźne, że nieraz porywała go rozpaczliwa chęć zawrócić, wyzwać martwicę, jak się wyzywa rycerza, i potykać się z nią do ostatniego tchu. Ale przy końcu drogi było jeszcze gorzej, czuł bowiem śmierć nie za orszakiem, ale wśród samego orszaku, niewidzialną wprawdzie, ale tak bliską, iż obwiewało ich jej mroźne tchnienie. I rozumiał już, że przeciw temu nieprzyjacielowi na nic męstwo, na nic krzepka dłoń, na nic oręż, że trzeba będzie oddać bezradnie najdroższą głowę na łup bez walki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty ósmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/60/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/60/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty ósmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Przyszli na koniec ze zwłokami dziewczyny do borów spychowskich, na których granicy stróżowali dniem i nocą zbrojni pachołkowie Jurandowi. Jeden z nich skoczył z wieścią do starego Tolimy i do księdza Kaleba, inni poprowadzili orszak z początku krętą i zapadłą, a potem szeroką leśną drogą aż do miejsca, gdzie bór się kończył, a poczynały się rozległe wilgotne grudzie i grząskie, rojne od błotnego ptactwa trzęsawy, za którymi na suchej wyżni leżał spychowski gródek. Poznali też wraz, że już żałobna wieść o nich doszła do Spychowa, gdyż zaledwie wychylili się z leśnego cienia na jasne błonie, doleciał do ich uszu odgłos dzwonu z gródkowej kaplicy. Wkrótce potem ujrzeli idącą z dali naprzeciw liczną drużynę ludzi, w której byli mężowie i niewiasty. Gdy gromada owa zbliżyła się na trzy lub dwa strzelenia z łuku, można już było rozróżnić osoby.
Na czele szedł sam Jurand, podtrzymywany przez Tolimę i macający przed sobą koszturem. Łatwo go było poznać po ogromnym wzroście, po czerwonych jamach w miejsce oczu i po białych, opadających aż na ramiona włosach. Obok postępował z krzyżem i w białej komży ksiądz Kaleb.
Za nimi niesiono chorągiew z Jurandowym znakiem, przy której szli zbrojni „woje” spychowscy, a za nimi niewiasty zamężne w nałęczkach na głowach i przetowłose panny. Na końcu gromady ciągnął wóz, na którym miano złożyć zwłoki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział dwudziesty dziewiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/61/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/61/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział dwudziesty dziewiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Po pogrzebie Danusi Zbyszko nie chorzał obłożnie, ale żył w odrętwieniu. Z początku, przez pierwsze dni, nie było z nim tak źle: chodził, rozmawiał o swojej zmarłej niewieście, odwiedzał Juranda i siadywał przy nim. Opowiedział też księdzu o niewoli Maćkowej i uradzili obaj wysłać do Prus i Malborga Tolimę, aby wywiedział się, gdzie Maćko jest, i żeby go wykupił, zapłaciwszy zarazem i za Zbyszka tyle grzywien, na ile zgodzili się z Arnoldem von Baden i jego bratem. W spychowskich podziemiach nie brakło srebra, które Jurand bądź swego czasu wygospodarzył, bądź zdobył, przypuszczał więc ksiądz, że Krzyżacy, byle otrzymali pieniądze, łatwo i starego rycerza wypuszczą, i nie będą żądali, aby młody stawił się osobiście.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/62/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/62/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko wyrzucał sobie w duszy, iż w swej boleści o stryjcu przepomniał, a że i bez tego prędko zwykł był wykonywać, co zamierzył, więc nazajutrz do dnia wyruszyli razem z panem de Lorche do Płocka. Nadgraniczne drogi nawet w czasach największego spokoju nie bywały bezpieczne z przyczyny łotrów, których liczne kupy wspierali i otaczali opieką Krzyżacy, co ostro wymawiał im król Jagiełło. Mimo skarg, które aż o Rzym się opierały, mimo pogróżek i srogiego wymiaru sprawiedliwości komturowie sąsiedni pozwalali często zaciężnym knechtom zakonnym łączyć się ze zbójami, wypierając się wprawdzie tych, którzy mieli nieszczęście wpaść w ręce polskie, ale dając schronienie powracającym ze zdobyczą i jeńcami, nie tylko we wsiach zakonnych, lecz i w zamkach.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty pierwszy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/63/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/63/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty pierwszy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko podjął panią na Płocku pod nogi i służby jej swoje ofiarował, ale ona nie poznała go w pierwszej chwili, gdyż nie widziała go od dawnego czasu. Aż dopiero, gdy jej powiedział, jako go wołają — rzekła:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Prawdziwie! A ja myślałam, że kto z dworu królewskiego. Zbyszko z Bogdańca! Jakże! Gościł tu u nas wasz stryjko, stary rycerz z Bogdańca, i pamiętam, jako i mnie, i moim dwórkom śluzy ciurkiem leciały, gdy nam o was prawił. A odnaleźliście waszą niewiastę? Gdzie ona teraz?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty drugi</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/64/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/64/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty drugi&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zjazd na wyspie wiślanej w Raciążu, na który król udał się koło Bożego Ciała, odbywał się pod złą wróżbą i nie doprowadził do takiej zgody i załatwienia różnych spraw jak te, które w tym samym miejscu odbyły sie we dwa lata później i na których odzyskał król zastawioną zdradliwie przez Opolczyka Krzyżakom ziemię dobrzyńską wraz z Dobrzyniem i Bobrownikami. Jagiełło przybył rozdrażnion wielce obmową, jakiej dopuszczali się względem niego Krzyżacy po dworach zachodnich i w samym Rzymie, a zarazem zgniewany nieuczciwością Zakonu. Mistrz nie chciał układów o Dobrzyń prowadzić, czynił zaś to umyślnie — i zarówno on sam, jak inni dygnitarze zakonni powtarzali codziennie Polakom: „Wojny ni z wami, ni z Litwą nie chcemy, ale Żmujdź nasza, bo sam Witold nam ją oddał. Obiecnijcie, iże nie będziecie mu pomagali, to wojna z nim prędzej się skończy, a wówczas pora będzie gadać o Dobrzyniu i siła wam ustępstw poczynimy”. Ale rajcy królewscy, mając bystry, doświadczony rozum i znając kłamstwo krzyżackie, nie dawali się zdurzyć: „Gdy w potęgę wzrośniecie, zuchwałości wam jeszcze przybędzie — odpowiadali mistrzowi. — Mówicie, że nic wam do Litwy, a Skirgiełłę chcecie na stolcu w Wilnie posadzić. Ależ na miły Bóg! Wżdy to Jagiełłowe dziedzictwo, który jeden, kogo chce, księciem na Litwie stanowi; przeto się hamujcie, aby was nie pokarał nasz wielki król!”. Na co mistrz mówił, że jeśli król jest prawdziwym panem Litwy, niechże nakaże Witoldowi, by wojny zaniechał i Zakonowi Żmujdź wrócił — gdyż inaczej Zakon musi uderzyć w Witolda tam, gdzie go dosięgnąć i zranić może. I w ten sposób spory wlokły się od rana do wieczora jakoby błędną drogą idącą w kółko. Król, nie chcąc się do niczego zobowiązać, niecierpliwił się coraz bardziej i mówił mistrzowi, że gdyby Żmujdź była pod krzyżacką ręką szczęśliwa, nie poruszyłby się Witold i jednym palcem, bo nie znalazłby ni pozoru, ni przyczyny. Mistrz, który był człowiekiem spokojnym i lepiej od innych braci zdawał sobie sprawę z potęgi Jagiełłowej, starał się króla ułagodzić i nie zważając na szemranie niektórych zapalczywych i dumnych komturów, nie szczędził pochlebnych słów, a chwilami uderzał i w pokorę. Ale że nawet w tej pokorze nieraz odzywały się ukryte pogróżki, przeto nie wiodło to do niczego. Układy o rzeczy ważne rozchwiały się prędko i drugiego już dnia poczęto mówić tylko o sprawach pomniejszych. Natarł król ostro na Zakon o utrzymywanie kup łotrów, o napaści i grabieże nad granicą, o porwanie Jurandówny i małego Jaśka z Kretkowa, o mordowanie kmieciów i rybaków. Mistrz wypierał się, wykręcał, przysięgał, że to było bez jego wiedzy, i wzajem wyrzuty czynił, że nie tylko Witold, ale i rycerze polscy pomagali pogańskim Żmujdzinom przeciw Krzyżowi — na dowód czego przytoczył Maćka z Bogdańca. Szczęściem, wiedział już król przez Powałę, czego rycerze z Bogdańca szukali na Żmujdzi — i umiał na zarzut odpowiedzieć, tym łatwiej że w orszaku jego był Zbyszko, a w mistrzowym obaj von Badenowie, którzy przybyli w tej nadziei, że zdarzy im się może z Polakami w szrankach potykać.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty trzeci</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/65/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/65/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty trzeci&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jechali suchą drogą na Chełmżę do Grudziądza, gdzie zatrzymali się na noc i dzień, gdyż wielki mistrz miał tam do osądzenia sprawę o rybołówstwo między zamkowym starostą krzyżackim a okoliczną szlachtą, której ziemie przylegały do Wisły. Stamtąd płynęli na szkutach krzyżackich rzeką aż do Malborga. Zyndram z Maszkowic, Powała z Taczewa i Zbyszko znajdowali się przez cały czas przy boku mistrza, który ciekawy był, jakie wrażenie uczyni, zwłaszcza na Zyndramie, widziana z bliska potęga krzyżacka. Chodziło zaś mistrzowi o to dlatego, że Zyndram z Maszkowic był nie tylko mężnym i strasznym w pojedynkę rycerzem, ale nadzwyczaj biegłym wojownikiem. W całym Królestwie nikt tak jak on nie znał się na prowadzeniu wielkich wojsk, na szykowaniu hufców do bitwy, na budowie i burzeniu zamków, na rzucaniu mostów przez szerokie rzeki, na „armacie”, to jest na uzbrojeniu u rozmaitych narodów, i na wszelkich wojennych sposobach. Mistrz wiedząc, że na radzie królewskiej dużo zależało od zdania tego męża, mniemał, że jeśli zdoła go przerazić wielkość zakonnych bogactw i wojsk, to wojna odwlecze się jeszcze na długo. A przede wszystkim sam widok Malborga mógł przejąć trwogą serce każdego Polaka, albowiem z twierdzą ową, licząc Wysoki Zamek, Średni i Przedzamcze, żadna inna w całym świecie nie mogła się nawet w przybliżeniu porównać. Już z dala, płynąc Nogatem, ujrzeli rycerze potężne baszty rysujące się na niebie. Dzień był jasny i przeźroczy, więc widać je było doskonale, a po niejakim czasie, gdy szkuty zbliżyły się, jeszcze bardziej rozbłysły szczyty kościoła na Wysokim Zamku i olbrzymie mury piętrzące się jedne nad drugimi — w części barwy ceglanej, przeważnie jednak pokryte ową słynną szarobiałą zaprawą, którą przyrządzać umieli tylko mularze krzyżaccy. Ogrom ich przewyższał wszystko, co w życiu widzieli polscy rycerze. Zdawać się mogło, że tam gmachy wyrastają na gmachach, tworząc w nizinnym z natury miejscu jakby górę, której szczytem był Stary Zamek, a stokami — Średni i rozłożyste Przedzamcze. Biła od tego olbrzymiego gniazda zbrojnych mnichów moc i potęga tak nadzwyczajna, że nawet długa i zwykle posępna twarz mistrza wypogodziła się nieco na ów widok.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty czwarty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/66/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/66/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty czwarty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Maćko i Zbyszko długi czas trzymali się w ramionach, gdyż miłowali się wzajem zawsze, a w ostatnich latach wspólne przygody i nieszczęścia uczyniły tę miłość jeszcze silniejszą.
Stary rycerz od pierwszego wejrzenia na bratanka odgadł, że Danusi nie ma już na świecie, więc nie pytał o nic, jeno tulił do siebie młodzianka, chcąc przez moc tego uścisku pokazać mu, że nie został zupełnym sierotą i że ma jeszcze bliską żywą duszę, gotową podzielić się z nim niedolą.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty piąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/67/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/67/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty piąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Obiecywali sobie Maćko i Zbyszko wyjechać zaraz z Malborga, ale tego dnia, w którym tak bardzo pokrzepił ich dusze Zyndram z Maszkowic, nie wyjechali, gdyż był na Wysokim Zamku obiad, a potem wieczerza na cześć posłów i gości, na którą Zbyszko był zaproszon jako królewski rycerz, a dla Zbyszka i Maćko. Obiad odbywał się w mniejszym gronie, we wspaniałym wielkim refektarzu, który oświecało dziesięć okien, a którego palczaste sklepienie wspierało się, rzadko widzianym kunsztem budowniczym, tylko na jednym słupie. Prócz królewskich rycerzy zasiadł do stołu z obcych tylko jeden graf szwabski i jeden burgundzki, który, lubo bogatych władców poddany, przyjechał w ich imieniu pożyczyć pieniędzy od Zakonu. Z miejscowych, obok mistrza, wzięło udział w obiedzie czterech dostojników zwanych filarami Zakonu, to jest wielki komtur, jałmużnik, szatny i podskarbi. Piąty filar, to jest marszałek, był w tym czasie na wyprawie przeciw Witoldowi.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty szósty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/68/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/68/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty szósty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W Płocku Zbyszko i Maćko nie zastali nikogo z dworu, albowiem oboje księstwo razem z ośmiorgiem dzieci pojechali w odwiedziny do Czerska, dokąd ich zaprosiła księżna Anna Danuta. O Jagience dowiedzieli się od biskupa, że miała zostać w Spychowie przy Jurandzie aż do jego śmierci.
	Wiadomości te były im na rękę, bo i sami chcieli jechać do Spychowa.
	Maćko wysławiał przy tym bardzo poczciwość Jagienki, że wolała udać się do umierającego człowieka, który nie był nawet jej krewny, niż na zabawy czerskie, na których pląsów i wszelakiej ochoty nie mogło zabraknąć.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty siódmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/69/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/69/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty siódmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jurand umarł w kilka dni później. Przez cały tydzień odprawiał ksiądz Kaleb nabożeństwo nad jego ciałem, które nie psuło się wcale — w czym wszyscy cud boży widzieli — i przez cały tydzień roiło się od gości w Spychowie. Potem przyszedł czas ciszy, jaki zwykle bywa po pogrzebach.
Zbyszko chadzał do podziemia, a czasem też z kuszą do boru, z której zresztą nie strzelał do zwierza, jeno chodził w zapamiętaniu, aż wreszcie pewnego wieczora przyszedł do izby, w której dziewczyny siedziały z Maćkiem i Hlawą — i niespodzianie rzekł:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty ósmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/70/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/70/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty ósmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Stary rycerz pragnął koniecznie towarzyszyć Zbyszkowi do wojsk księcia Witoldowych, ale ów nie dał sobie nawet o tym mówić. Uparł się jechać sam, bez pocztu, bez wozów, z trzema tylko konnymi pachołkami, z których jeden miał wieźć spyżę, drugi zbroję i ubiory, trzeci niedźwiedzie skóry do spania. Próżno Jagienka i Maćko błagali go, by wziął z sobą chociaż Hlawę, jako giermka wypróbowanej siły i wierności. Uparł się i nie chciał, mówiąc, że trzeba mu o tej boleści, która go toczy, zapomnieć, a obecność giermka przypominałaby mu właśnie wszystko, co było i przeszło.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział trzydziesty dziewiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/71/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/71/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział trzydziesty dziewiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nazajutrz nadeszła chwila odjazdu Zbyszka. On sam siedział wysoko na rosłym koniu bojowym, a swoi otaczali go dokoła. Jagienka, stojąc wedle strzemienia, wznosiła ku młodziankowi w milczeniu swe smutne niebieskie oczy, jakby chcąc przed rozstaniem napatrzyć się na niego do woli. Maćko razem z księdzem Kalebem przy drugim strzemieniu, a tuż obok giermek z Sieciechówną. On zwracał głowę to w jedną, to w drugą stronę, zamieniając z nimi takie krótkie słowa, jakie zwykle wypowiada sie przed długą podróżą: „Ostańcie zdrowi!” — „Niech cię Bóg prowadzi!” — „Czas już!” — „Hej, czas! czas!”. Poprzednio już był pożegnał się ze wszystkimi i z Jagienką, którą pod nogi podjął, dziękując jej za życzliwość.
A teraz, gdy spoglądał na nią z wysokiego rycerskiego siodła, miał ochotę powiedzieć jej jeszcze jakie dobre słowo, gdyż jej wzniesione oczy i twarz mówiły mu tak wyraźnie: „Wróć!” — że serce wzbierało mu rzetelną wdzięcznością.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/72/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/72/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zabawili czas jakiś w Płocku, aby się z dziedzictwem i z testamentem opatowym uładzić, a potem, zaopatrzeni w należyte dokumenta, ruszyli dalej, niewiele wypoczywając w drodze, która była łatwa i bezpieczna, gdyż upał osuszył błota, pozwężał rzeki, a gościńce szły krajem spokojnym, zamieszkałym przez lud swojacki i gościnny. Z Sieradza pchnął jednak ostrożny Maćko pachołka do Zgorzelic, ażeby o przybyciu swoim i Jagienkowym oznajmić, skutkiem czego Jaśko, brat Jagienki, wyskoczył ku nim na pół drogi i na czele dwudziestu zbrojnych parobków odprowadził ich do domu.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty pierwszy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/73/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/73/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty pierwszy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W Krakowie niedługo zabawili, a byliby zabawili jeszcze krócej, gdyby nie prośby Jaśka, który chciał się ludziom i miastu napatrzyć, albowiem wszystko wydawało mu się snem cudownym. Jednakże staremu rycerzowi śpieszyło się okrutnie do domowych pieleszy i do żniw, więc niewiele pomogły i prośby, tak że na Wniebowzięcie Najświętszej Panny byli już z powrotem — jeden w Bogdańcu, drugi w Zgorzelicach przy siostrze.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;I od tej pory zaczęło im się życie wlec dość jednostajnie, zapełnione pracą gospodarczą i zwykłymi wiejskimi zabiegami. Żniwa w położonych nizinnie Zgorzelicach, a zwłaszcza w Jagienkowych Moczydołach, wypadły wyśmienicie, ale w Bogdańcu z powodu suchego roku plon okazał się chudy i nie trzeba było dużo trudu, by go zebrać. W ogóle skąpo tam mieli ziemi uprawnej, bo majętność była pod borem, a wskutek długiej niebytności panów te nawet lechy, które już był karczunkiem przysposobił pod orkę opat, zapuszczono z braku rąk na nowo. Stary rycerz, jakkolwiek czuły na każdą stratę, nie brał tego zbytnio do serca, wiedział bowiem, iż przy pieniądzach łatwo będzie wprowadzić we wszystkim ład i porządek — byle tylko było dla kogo trudzić się i pracować. Ale właśnie ta wątpliwość zatruwała mu pracę i dni. Rąk wprawdzie nie opuszczał, wstawał do dnia,
jeździł do stad, doglądał robót polnych i leśnych, wybrał nawet miejsce na kasztel i przysposabiał budulec, ale gdy po dniu znojnym słońce roztapiało się w złotych i czerwonych blaskach zórz, nieraz chwytała go tęsknota okrutna, a obok niej i niepokój, jakiego przedtem nigdy nie doznawał. „Ja tu zabiegam, ja się tu mozolę — mówił sobie — a tam chłopisko mój leży może gdzie w polu włócznią przebodzion i wilcy mu zębami pozgonne dzwonią”. Na tę myśl ściskało mu się serce i wielką miłością, i wielkim bólem. Nasłuchiwał też wówczas pilnie, czy tętentu nie usłyszy, który zwiastował codzienne przybycie Jagienki, udając bowiem przy niej, że ma dobrą otuchę, nabierał jej sam i krzepił się nieco w strapionej duszy.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty drugi</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/74/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/74/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty drugi&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jednakże wojna o Żmujdź miedzy Krzyżakami a Witoldem zbyt zajmowała ludzi w Królestwie, aby nie mieli dopytywać się o jej przebieg. Niektórzy pewni byli, że Jagiełło przyjdzie w pomoc stryjecznemu bratu i że walnej wyprawy przeciw Zakonowi rychło patrzeć. Rycerstwo rwało się do niej, a po wszystkich siedzibach szlacheckich powtarzano sobie, że i znaczna liczba panów krakowskich zasiadających w królewskiej radzie przechyla się na stronę wojny, mniemając, że raz trzeba skończyć z tym nieprzyjacielem, który nigdy nie chciał poprzestać na swoim, a o zagrabieniu cudzego myślał nawet wówczas, gdy ogarniała go bojaźń przed potęgą sąsiedzką. Lecz Maćko, który był człowiekiem rozumnym, a jako bywalec widział i przeznał wiele, nie wierzył w bliską wojnę i tak nieraz o tym mówił do młodego Jaśka ze Zgorzelic i do innych sąsiadów, których w Krześni spotykał:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty trzeci</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/75/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/75/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty trzeci&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Stary Maćko odgadł dobrze, ale tylko w połowie. Zbyszkowi istotnie jedna część życia skończyła się całkowicie. Za każdym wspomnieniem było mu Danusi żal, ale sam przecie powiadał, że lepiej jej musi być na dworcu niebieskim, niż było na książęcym. Zżył się już z myślą, że jej na świecie nie ma, przywykł do niej i uważał, że wcale nie mogło być inaczej. Swego czasu w Krakowie podziwiał bardzo na szybach kościelnych wycięte ze szkła i pooprawiane w ołów postacie różnych świętych panienek — barwne, przeświecające w słońcu, a teraz wyobrażał sobie tak samo Danusię. Widział ją niebieską, przeźroczystą, odwróconą bokiem, ze złożonymi rączkami, ze wzniesionymi oczyma i grającą na luteńce, wśród różnych zbawionych bożych skrzypaczków, którzy w niebie grywają Matce Boskiej i Dzieciątku. Nic już w niej nie było ziemskiego, a stała mu się duchem tak czystym i bezcielesnym, że gdy czasem wspomniał sobie, jak w leśnym dworcu posługiwała księżnie, śmiała się, rozmawiała, siadała z innymi do stołu — przejmowało go jakby zdziwienie, że to być mogło. Już w czasie wyprawy, przy Witoldzie, gdy sprawy wojenne i bitwy pochłaniały jego uwagę, przestał tęsknić do swojej nieboszczki, tak jak tęskni mąż do niewiasty, a myślał tylko tak, jak myśli pobożny człowiek o swej patronce. W ten sposób miłość jego, tracąc stopniowo ziemskie pierwiastki, zmieniała się coraz bardziej tylko w słodkie, tak błękitne jak właśnie samo niebo, wspomnienie — i po prostu w cześć nabożną.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty czwarty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/76/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/76/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty czwarty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbyszko nie spełnił wprawdzie swej groźby i nie wyjechał, ale za to po upływie jeszcze tygodnia zdrowie wróciło mu zupełnie i nie mógł już dłużej wylegiwać się w łożu. Maćko powiedział, że wypada im teraz pojechać do Zgorzelic i podziękować Jagience za starunek, więc pewnego dnia, wyprażywszy się dobrze w łaźni, postanowił jechać, nie zwłócząc. W tym celu kazał wydobyć ze skrzyni piękne szaty, aby nimi zastąpić zwykłą odzież, którą miał na sobie — a następnie zajął się trefieniem włosów. Była to jednak czynność niełatwa i niemała, a to nie tylko z powodu bujności Zbyszkowej czupryny, która z tyłu spadała mu jak grzywa aż za łopatki. Rycerze w życiu codziennym nosili włosy w pątlikach kształtu grzyba, co miało i tę dobrą stronę, że w czasie wypraw hełm daleko mniej ich uwierał, natomiast na rozmaite uroczystości, wesela lub jadąc w odwiedziny do domów, w których były panny, układali je w pięknie poskręcane zwoje, które często smarowano białkiem dla połysku i mocy. Tak to właśnie chciał utrefić się Zbyszko. Ale dwie niewiasty wezwane z czeladnej, nieprzywykłe do takiej roboty, nie umiały sobie dać rady. Wyschłe i wzburzone po łaźni włosy nie chciały się układać i jeżyły się jako źle poszyta strzecha na chałupie. Nie pomogły ani zdobyczne na Fryzach grzebienie, ozdobnie z bawolego rogu wyrobione, ani nawet zgrzebło, po które jedna z niewiast poszła do stajni.
Zbyszko począł się w końcu niecierpliwić i gniewać — gdy wtem do izby wszedł Maćko w towarzystwie Jagienki, która przez ten czas niespodzianie nadjechała.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty piąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/77/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/77/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty piąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Oni mieszkali w Moczydołach, a stary Maćko wznosił dla nich kasztel w Bogdańcu. Wznosił mozolnie, gdyż chciał, żeby odsady były z kamienia na wapno, a czatownia z cegły, o którą trudno było w okolicy. W pierwszym roku wykopał rowy, co przyszło dość łatwo, albowiem wzgórze, na którym miał stanąć kasztel, było niegdyś okopane, może za czasów jeszcze pogańskich, należało więc tylko oczyścić owe wądoły z drzew, z głogowych gąszczów, którymi zarosły, a następnie umocnić je i pogłębić należycie. Przy pogłębianiu dokopano się też obfitego źródła, które w niedługim czasie napełniło fosę tak, że musiał Maćko obmyślać ujście dla zbytku wody. Potem na wale wzniósł częstokół i począł zgromadzać budulec na ściany zameczku, bale dębowe tak grube, że trzech chłopów jednego objąć nie mogło, i modrzewiowe, niegnijące ni pod glinianą polepą, ni pod przykryciem z darniny. Do wznoszenia tych ścian zabrał się pomimo stałej pomocy chłopów ze Zgorzelic i Moczydołów dopiero po roku, ale zabrał się tym gorliwiej dlatego, że przedtem jeszcze Jagienka powiła bliźnięta. Niebo otworzyło się wówczas przed starym rycerzem, miał już bowiem dla kogo pracować, zabiegać, wiedział, że ród Gradów nie zaginie, a Tępa Podkowa nieraz jeszcze ubroczy się we krwi nieprzyjacielskiej.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty szósty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/78/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/78/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty szósty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dożył Maćko szczęśliwych dni żywota. Nieraz mawiał też sąsiadom, że więcej dostał, niźli sam się spodziewał. Nawet starość ubieliła mu tylko włos na głowie i brodzie, ale nie odjęła mu dotychczas ni sił, ni zdrowia. Serce miał pełne tak wielkiej wesołości, jakiej dotychczas nie zaznał. Surowa niegdyś jego twarz stawała się coraz więcej dobroduszną, a oczy śmiały się do ludzi dobrym uśmiechem. W duszy miał przekonanie, że wszystko zło skończyło się na zawsze i że żadna troska, żadna niedola nie zmąci już płynących tak spokojnie jak jasny strumień dni życia. Do starości wojować, na starość gospodarzyć i majętność dla „wnęków” powiększać — to było przecie jego największe pragnienie we wszystkich czasach, a oto właśnie wszystko spełniło mu się doskonale. Gospodarka szła jak z płatka. Bory były znacznie wycięte; wykarczowane i obsiane nowocie zieleniły się co wiosna runią zbóż rozmaitych; mnożył się dobytek; na łąkach było czterdzieści świerzop ze źrebięty, które stary szlachcic codziennie oglądał; stada baranów i bydła pasły się po ugorach i zagajach; Bogdaniec zmienił się całkowicie: z opustoszałej osady czynił się wsią ludną i zamożną, a kto się do niego zbliżał, tego oczy olśniewała widna z dala czatownia i niepoczerniałe jeszcze ściany kasztelu, błyszczące złotem w słońcu, a purpurą zorzy wieczorem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty siódmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/79/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/79/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty siódmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jednakże w piątym roku, gdy ład był wprowadzon we wszystkich wsiach nadzwyczajny, gdy nad skończoną czatownią powiewała już od kilku miesięcy chorągiew z Tępą Podkową, a Jagienka powiła szczęśliwie czwartego syna, którego nazwano Jurandem — tak rzekł raz stary Maćko do Zbyszka:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Wszystko się darzy i gdyby Pan Jezus jeszcze jedno zdarzył szczęśliwie, tobym już umarł spokojny.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A Zbyszko popatrzał nań pytającym wzrokiem i po chwili zapytał:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Chyba o wojnie z Krzyżaki mówicie, bo czegóż by wam więcej trzeba?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty ósmy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/80/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/80/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty ósmy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Mistrz Konrad zmarł jednak dopiero w rok później. Jaśko ze Zgorzelic, brat Jagienki, który pierwszy usłyszał w Sieradzu nowinę i o jego śmierci, i o obiorze Ulryka von Jungingen, pierwszy też przywiózł ją do Bogdańca, w którym zarówno jak i we wszystkich szlacheckich siedzibach wstrząsnęła ona do głębi dusze i serca. „Nastają czasy, jakich dotychczas nie było” — rzekł uroczyście stary Maćko, a Jagienka przyprowadziła w pierwszej chwili wszystkie dzieci przed Zbyszka i sama poczęła się z nim żegnać, jakby już nazajutrz miał wyruszyć. Maćko i Zbyszko wiedzieli wprawdzie, że wojna nie rozpala się tak od razu jak ogień w kominie, niemniej jednak wierzyli, że do niej przyjdzie — i poczęli się gotować. Wybierali konie, zbroje, ćwiczyli w wojennym rzemiośle giermków, czeladź, sołtysów ze wsi, siedzących na niemieckim prawie, którzy obowiązani byli konno stawać na wyprawę — i uboższą szlachtę — włodyków — ci bowiem radzi garnęli się do możniejszych. A to samo czyniono i po wszystkich innych dworach, wszędy biły młoty w kuźniach, wszędy czyszczono stare pancerze, nacierano stopionym w sałhanach sadłem łuki i rzemienie, kowano wozy, czyniono zapasy spyży w krupach i wędzonym mięsiwie. Przy kościołach w niedziele i święta wypytywano o nowiny i smucono się, gdy przychodziły pokojowe, albowiem każdy nosił w duszy głębokie poczucie, że raz trzeba skończyć z tym strasznym wrogiem całego plemienia i że nie zakwitnie w potędze, w spokoju i pracy Królestwo, póki, wedle słów świętej
Brygidy, nie będą wyłamane Krzyżakom zęby i nie będzie odcięta im prawa ręka.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział czterdziesty dziewiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/81/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/81/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział czterdziesty dziewiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;I wojna wybuchła wreszcie, nieobfita z początku w bitwy, ale w pierwszych chwilach niezbyt dla Polaków pomyślna.
Nim nadciągnęły siły polskie, zdobyli Krzyżacy Bobrowniki, zrównali z ziemią Złotoryję — i znów zajęli nieszczęsną, a z takim trudem niedawno odzyskaną ziemię dobrzyńską.
Lecz pośrednictwo czeskie i węgierskie przygasiło na czas burzę wojenną.
Nastąpił rozejm, w czasie którego Wacław, król czeski, miał sądzić spory między Polską a Zakonem.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nie przestano jednak gromadzić wojsk i posuwać ich ku sobie w czasie zimowych i wiosennych miesięcy, gdy zaś przekupiony król czeski wydał wyrok na korzyść Zakonu, wojna musiała wybuchnąć na nowo.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział pięćdziesiąty</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/82/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/82/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział pięćdziesiąty&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nad ranem wichura nie tylko nie ustała, ale wzmogła się do tego stopnia, że niepodobna było rozpiąć namiotu, w którym król zwykł był od początku wyprawy słuchać codziennie trzech mszy świętych. Przybiegł wreszcie Witold z prośbami i błaganiem, aby nabożeństwo do stosowniejszej pory w zaciszach leśnych odłożyć i nie wstrzymywać pochodu. Jakoż stało się zadość jego życzeniu, bo i nie mogło być inaczej.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;O wschodzie słońca ruszyły wojska ławą, a za nimi nieprzejrzany tabor wozów. Po godzinie pochodu wiatr uciszył się nieco, tak że można było rozwinąć chorągwie. I wówczas pola, jak okiem sięgnąć, pokryły się niby kwieciem stubarwnym. Żadne oko nie mogło objąć zastępów i tego lasu rozmaitych znaków, pod którymi pułki posuwały się naprzód. Szła więc ziemia krakowska pod czerwoną chorągwią z białym orłem w koronie, była zaś to chorągiew naczelna całego Królestwa, wielki znak dla wszystkich wojsk. Niósł ją Marcin z Wrocimowic, herbu Półkozy, rycerz potężny i w świecie sławny. Za nim szły hufce nadworne, jeden mając nad sobą podwójny krzyż litewski, drugi pod Pogonią. Zaś pod znakiem świętego Jerzego ciągnął potężny zastęp najemników i ochotników zagranicznych, przeważnie z Czechów i Morawców złożony. Tych wielu stanęło na tę wojnę, bo i cała czterdziesta dziewiąta chorągiew była wyłącznie z nich złożona.
Lud to był, zwłaszcza w piechocie, która ciągnęła za kopijnikami, dziki, niesforny, ale do bitwy tak zaprawny, a w spotkaniu tak zaciekły, iż wszelkie inne piechoty, gdy się o nich otarły, odskakiwały co prędzej jako pies od jeża. Berdysze, kosy, topory, a szczególnie żelazne cepy stanowiły ich broń, którą władali wprost strasznie. Najmowali się oni każdemu, kto ich płacił, albowiem żywiołem ich jedynym była wojna, grabież i rzeź.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tom II, rozdział pięćdziesiąty pierwszy</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/83/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/krzyzacy/83/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;Rozdział pięćdziesiąty pierwszy&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Już właśnie ksiądz Bartosz z Kłobucka skończył jedną mszę, a Jarosz, proboszcz kaliski, miał wkrótce wyjść z drugą i król wyszedł przed namiot, aby rozprostować nieco zmęczone klęczeniem kolana, gdy na spienionym koniu wpadł jak burza szlachcic Hanko Ostojczyk i nim z siodła zeskoczył, zakrzyknął:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Niemce, miłościwy panie, idą!&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Porwali się na te słowa rycerze, król zmienił się na twarzy, zamilkł przez mgnienie oka, po czym zawołał:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Pochwalony Jezus Chrystus! Gdzieś ich widział i ile chorągwi?&lt;/p&gt;</description></item></channel></rss>