<?xml version="1.0" encoding="utf-8" standalone="yes"?><rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"><channel><title>Chłopi on nowypolski.pl</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/</link><description>Recent content in Chłopi on nowypolski.pl</description><generator>Hugo</generator><language>pl</language><atom:link href="https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/index.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/><item><title>Jesień, rozdział I</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/01/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/01/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;div class="title-page"&gt;&lt;h1 class="title"&gt;Chłopi&lt;/h1&gt;&lt;/div&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;Część pierwsza. Jesień&lt;/h2&gt;
&lt;div class="dedication"&gt;
&lt;div class="stanza"&gt;&lt;div class="verse"&gt;Miriamowi &lt;/div&gt;&lt;div class="verse"&gt;(Zenonowi Przesmyckiemu) &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="stanza-spacer"&gt; &lt;/div&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;I&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Na wieki wieków, moja Agato, a dokąd to wędrujecie, co?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany — w tyli świat!... — zakreśliła kijaszkiem łuk od wschodu do zachodu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ksiądz spojrzał bezwiednie w tę dal i rychło przywarł oczy, bo nad zachodem wisiało oślepiające słońce; a potem spytał ciszej, lękliwiej jakby...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Wypędzili was Kłębowie, co? A może to ino niezgoda?... może...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział II</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/02/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/02/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;II&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Na borynowym podworcu obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskimi, a z czwartej sadem, który go oddzielał od drogi, już się zebrało dość narodu; kilka kobiet radziło i wydziwiało nad ogromną czerwono–białą krową, leżącą przed oborą na kupie nawozu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Stary pies, kulawy nieco i z oblazłą na bokach sierścią, oganiał graniastą, obwąchiwał ją, szczekał, to wypadał w opłotki i gnał dzieci na drogę, co się były wieszały na płotach i zazierały ciekawie w obejście, albo docierał do maciory, co legła pod chałupą i rozwalona jęczała cicho, bo ssały ją białe, młode prosięta.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział III</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/03/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/03/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;III&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Już świt ubielił dachy i zgrzebną, szarą płachtą przysłonił noc i gwiazdy pobladłe, gdy ruch się uczynił w Borynowym obejściu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Kuba zwlókł się z wyrka i wyjrzał przed stajnię — szron leżał na ziemi i szaro było jeszcze, ale już zorze rozpalały się na wschodniej stronie i czerwieniły czuby drzew oszroniałych — przeciągnął się z lubością, ziewnął parę razy i poszedł do obory, aby krzyknąć na Witka, że czas wstawać, ale chłopak uniósł nieco senną głowę i szepnął:&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział IV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/04/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/04/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;IV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Była niedziela — cichy, opajęczony, przesłoneczniony dzień wrześniowy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Na ściernisku, tuż za stodołami, pasł się dzisiaj cały inwentarz Borynowy, a pod brogiem wysokim i pękatym, okrążonym zieloną szczotką żyta, wykruszonego przy układaniu, leżał Kuba, dawał baczenie na inwentarz i uczył pacierza Witka — często pokrzykiwał na niego albo i zasie szturchał biczyskiem, bo chłopak mylił się i latał oczami po sadach.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Bacz, coć rzekłem, bo to pacierz — upominał poważnie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział V</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/05/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/05/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;V&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jesień szła coraz głębsza.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Blade dnie wlekły się przez puste, ogłuchłe pola i przymierały w lasach coraz cichsze, coraz bladsze — niby te święte Hostie w dogasających brzaskach gromnic.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A co świtanie — dzień wstawał leniwiej, stężały od chłodu i cały w szronach, i w bolesnej cichości ziemi zamierającej; słońce blade i ciężkie wykwitało z głębin w wieńcach wron i kawek, co się zrywały gdzieś znad zórz, leciały nisko nad polami i krakały głucho, długo, żałośnie... a za nimi biegł ostry, zimny wiatr, mącił wody stężałe, warzył resztki zieleni i rwał ostatnie liście topolom pochylonym nad drogami, że spływały cicho niby łzy — krwawe łzy umarłego lata, i padały ciężko na ziemię.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział VI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/06/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/06/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Deszcze się rozpadały na dobre.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Już od samego jarmarku świat z wolna zatapiał się w szarych, mętnych szkliwach deszczów, że tylko obrysy borów i wsi majaczyły blade, niby z przemiękłej przędzy utkane.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Szły nieskończone, zimne, przenikające szarugi jesienne.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Siwe, lodowate bicze deszczów siekły bezustannie ziemię i przemiękały do głębi, aż drzewo każde, źdźbło każde dygotało w bezmiernym bólu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A spod ciężkich chmur, skłębionych nad ziemią, spod zielonawych szarug wychylały się chwilami szmaty pól poczerniałych, przemiękłych, rozpłaszczonych — to wybłyskiwały strugi spienionej wody, płynącej bruzdami, albo czerniały drzewa samotne na miedzach — jak przygięte, nabrzmiałe wilgocią, trzęsły ostatnimi łachmanami liści i szamotały się rozpacznie, niby psy na uwięzi.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział VII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/07/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/07/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nazajutrz dzień był tak samo zadeszczony i posępny.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Co chwila ktoś wychodził z jakiejś chałupy i długo a frasobliwie poglądał w omglony świat, czy się gdzie nie przejaśnia — ale nic, kromie burych chmur, płynących tak nisko, że darły się o drzewa, widać nie było; deszcz mżył bezustannie, tyle że jakoś zaraz z południa przeszedł w ulewę, jakoby kto upusty niebieskie otworzył, że ino dudniło po dachach.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ludzie się kwasili po chałupach; jaki taki lazł po tym błocie i deszczu do sąsiadów na wyrzekanie, że to czas taki, co i psa na dwór wygonić trudno, a tu niejeden ściółkę miał jeszcze w lesie, kto znów drew nie zwiózł, a insze, bez mała wszystkie prawie, nie docięli w polu kapusty, po którą i nie wyjechać dzisiaj, bo ano staw tak przybrał w nocy, że musieli do dnia wywrzeć stawidła i puścić wodę do rzeki, która i przez to rozlała się szeroko, aż łąki stanęły pod wodą, a kapuśniska jako te wyspy czerniały się grzbietami zagonów spośród siwej, spienionej topieli.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział VIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/08/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/08/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nazajutrz gruchnęła po Lipcach wieść o Borynowych z Jagną zmówinach.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wójt był dziewosłębem — więc wójtowa, że mąż srogo przykazywał pary z gęby nie puszczać przódzi, nim powróci, dopiero na odwieczerzu pobiegła do sąsiadki, rzekomo soli pożyczyć, i już na odchodnym nie wytrzymała, ino wzięła kumę na bok i szepnęła:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Wiecie to, Boryna posłał z wódką do Jagny! Ino nie mówcie, bo mój tak przykazywał.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie może być! Gdziebym ta z ozorem po wsi latała! Pleciuch to jestem czy co?... Taki dziad i za trzecią kobietę się bierze! Co to dzieci na to powiedzą! O świecie, świecie! — jęknęła ze zgrozą.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział IX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/09/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/09/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;IX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zbiegło dni parę od zmówin Jagusinych.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Deszcze ustały, drogi ociekły i stężały nieco, wody spłynęły, że ino po bruzdach, a gdzieniegdzie i po nizinach a łęgach siwiały się mętne kałuże kiej te oczy zapłakane...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nadszedł Dzień Zaduszny, szary, bezsłoneczny i martwy, że nawet wiatr nie przegarniał zeschłymi badylami ni chwiał drzewami, co stały ciężko pochylone nad ziemią...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Bolesna, głucha cisza przygnietła świat.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A w Lipcach już od rana dzwony biły wolno a bezustannie — i żałosne, rozbolałe dźwięki pojękiwały po omglonych, pustych polach; ponurym głosem żałoby wołały w ten dzień smętny, w ten dzień, co wstał blady, spowity w mgły aż do tych dal zapadłych, aż do tych bezkresów ziemi i nieba, siny, do niezgłębionej topieli podobny.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział X</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/10/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/10/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;X&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Na ambonie i każdemu z osobna to mówię, ale wy jak te psy tylko nastajecie jeden na drugiego, tylko... — wiatr resztę słów wepchnął mu do gardła, że ksiądz się srodze zakasłał, a Antek nic nie rzekł, szedł w podle i wypatrywał w mrokach, pomiędzy drzewami.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wiatr się podnosił coraz mocniejszy, przewalał się po drodze i tak bił w topole, i miotał nimi, aż się przyginały z jękiem i szumiały rozsrożone.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział XI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/11/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/11/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Śpisz to, Jaguś?...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A bo to mogę. Ocknęłam na rozświcie i cięgiem mi w głowie stoi, że już dzisiaj wesele... aż wierzyć trudno.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Markotno ci, córko, co? — spytała ciszej... z lękliwą nadzieją w sercu...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Co by zaś markotno miało być! Ino, że od was trzeba mi iść, na swoje...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Stara nie odrzekła, stłumiła w sobie żal, jaki nagle ją przewiercił, i wstała z pościeli, przyodziała się byle jak i poszła do stajni budzić chłopaków. Zaspali nieco po wczorajszych rozplecinach, bo dzień już był duży, świt zatopił ziemię w srebrzystej, połyskliwej szronami topieli, zorze się rozpalały na wschodzie — jakoby kto niebo posypał zarzewiem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień, rozdział XII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/12/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/12/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Już na samym świtaniu Witek, umęczony zabawą i wyganiany przez Jagustynkę, pobiegł do chałupy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wieś spała jeszcze na dnie mroków, co słały się nisko nad ziemią grubym, rzednącym zwałem, staw leżał martwy, przygnieciony mroczną gęstwą drzew obrzeżnych i tak utopiony w ciemnicy, że ledwie ku środkowi wyleniał się z nocy i majaczył brzaskami niby to oko zasnute bielmem.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Przymrozek brał mocny, przeciągał zimny wiatr, że skrzepłe powietrze raziło nozdrza i dech zapierało, ziemia dzwoniła pod nogami i zmarzłe kałuże siniały na drodze niby szkła potrzaskane i oślepłe, a świat się z wolna rozbielał świtaniem, wychylał z mroków oszroniały i ogłuchły przemarzłą cichością, psy ino kajś niekaj naszczekiwały sennie, młyn hurkotał w oddali, a weselna wrzawa buchała z chałupy i rozkrążała się szeroko, na dobre śmignięcie kamieniem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział I</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/13/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/13/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;Część druga — Zima&lt;/h2&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;I&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nadchodziła zima...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— jeszcze się barowała z jesienią i porykujący tłukła po sinych dalach jako ten zwierz srogi i głodny, że nie wiada było, kiej przeprze a skoczy i lutymi kłami weżre się we świat...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— jeszcze czasami prószył śnieg nikły, płowy — jesienny śnieg...
— jeszcze przychodziły dnie osłupiałe, chorością sine, ckne, stękliwe, oropiałe i zgoła lamentem przejęte, a lodowym światłem mżące — dnie trupie, że ptactwo z krzykiem uciekało do borów, trwożniej bełkotały wody i toczyły się leniwo, jakby strachem stężałe, ziemia dygotała, a wszelaki stwór podnosił czujące, lękliwe oczy na północ — w niezgłębioną topiel chmur...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział II</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/14/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/14/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;II&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jakoś o samym południu dzień się nieco rozjaśnił, ale ino tyla, coby kto łuczywem przeciągnął po świecie, bo wnet zgasło i omroczało, jakby śnieg narastał i sposobił się znowu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W izbie Antków też było dziwnie mroczno, chłodno i smutnie; dzieci bawiły się na łóżku i z cicha do się krzekorzyły, kiej te kurczątka zestraszone, a Hankę tak podrzucała niespokojność, że rady sobie dać nie mogła. Chodziła z kąta w kąt, wyglądała przez okno, to przed domem stała i rozpalonymi oczami wodziła po śniegach. Hale, ani żywej duszy nie ujrzał na drogach ni na polach — parę sań przewlekło się od karczmy i zginęło pod topolami, jakby się zapadły w tej śniegowej topieli, że ni znaku, ni głosu nie ostało po nich. Nic, jeno ta cichość zmartwiała i pustka nieprzejrzana!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział III</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/15/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/15/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;III&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Na dobrym już dniu, po śniadaniu, młynarz przywiódł Antka na robotę; ostawił go na zajeździe wśród kloców zwalonych na wielkie kupy, a sam poszedł do Mateusza, któren akuratnie przyrychtowywał drzewo na tartaku i puszczał piły, pogadał z nim cosik i zawołał:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Róbcie tu sobie, a we wszystkim słuchajcie Mateusza, on tu za mnie rządzi — i poszedł zaraz, bo przykry, przejmujący ziąb ciągnął od rzeki.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Pewnie topora nie macie? — zagadnął Mateusz schodząc na dół i witając się z nim przyjaźnie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział IV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/16/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/16/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;IV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W Wigilię przed godnymi świętami już od samego świtania wrzał przyspieszony, gorączkowy ruch w całych Lipcach.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W nocy czy też dopiero na odedniu mróz był znowu krzepko chycił, a że przyszedł po paru dniach miętkich i wilgnych mgieł, to obwalił drzewa sadzią jakby tymi szklanymi strużynami albo zasie puchem co najbielszym; słońce się nawet całkiem wyłupało i świeciło na modrym, jakby oprzędzonym w cieniuśkie, przejrzyste mgły niebie, jeno że blade było, ostygłe kiej ta Hostia w monstrancji utajona, nic nie grzejące, a naprzeciw, bo mróz brał na dzień, podnosił się jeszcze i przejmował taką skrzytwą, że dech zapierało i stworzenie wszelkie chodziło w parach oddechów, niby w kłębach mgieł, ale świat się cały rozsłonecznił i stanął w takich migotliwych, jarzących blaskach, w takich ostrych skrzeniach, jak żeby kto diamentową rosą przyokrył śniegi, aż oczy bolały patrzeć.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział V</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/17/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/17/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;V&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Borynowie dopiero na samym świtaniu powrócili z kościoła i ledwie w pacierz potem już cały dom chrapał, aż się rozlegało, tylko jedna Jagusia, choć była wielce utrudzona, nie zasnęła; próżno się wciskała w poduszki, próżno oczy przywierała i nawet pierzyną zasłaniała głowę — nie pomogło, sen nie przychodził, a jeno jakby zmora zwaliła się na nią i na piersi padła takim ciężarem, że ani odetchnąć mogła, ni krzyknąć, ni się porwać z łóżka; leżała nieruchoma, w odrętwieniu takiego półsnu, półjawy, w którym rozum niczego nie rozeznaje, a ino sama dusza się wyprzędza ze wspominek, jak gdyby z kądzieli, i omotuje sobą świat cały, cudności różne patrzy, nad ziemiami się nosi, w słońce się ubiera — a tyla sama jest, co te odbicia na wodzie czystej a zwichrzonej... Tak było z Jagną, że chociaż nie zasnęła, a sczezło z jej pamięci wszystko i jako ten ptak niesła się duszą po cudeńkach — po onych dniach pogasłych, po czasach pomarłych, a we wspominaniach jeno żywiących... w kościele się być czuła... Antek klęczał pobok... mówił wciąż i parzył ją oczami, parzył ją słowami, przejmował słodką męką i strachem zarazem... to śpiew jakiś się rozlegał i organy huczały tak przenikliwie, aż każdą nutę z osobna czuła w sobie... to czerwona groźna twarz księdza się jej widziała i wyciągnięte nad narodem ręce... to światła... to potem inne, dawne wspominki przychodziły... spotykania się z nim... całunki... uściski... aż gorąc ją przenikał i taka lubość, że się prężyła cisnąc mocno do poduszek... to znowu wyraźnie, głośno słyszała: „Wyjdź! Wyjdź!...” aż się podnosiła i jakby szła w sobie, szła... chyłkiem pod drzewami, w mrokach... a strach w niej dygotał, krzyk jakiś leciał za nią, przerażenie wiało z ciemności.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział VI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/18/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/18/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Myślałech, żeś gdzie w śniegach uwięzła — szepnął przekąśliwie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Hale, można to przyspieszyć na taką wieję, po omacku szłam całkiem, bo tak ciepie śniegiem, że oczów nie można ozewrzeć, a takie zaspy na drogach, taki mąt, że i na dwa kroki nic nie rozezna przed się.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Matka w chałupie?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A juści, gdzie by ta szli na taki psi czas; rano byli u Kozłów, ale z Magdą jest krucho, na księżą oborę patrzy, to i nic poradzić nie poradzili — opowiadała Jagna otrzepując się ze śniegu.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział VII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/19/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/19/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;We Trzy Króle, które jakoś tego roku wypadały w poniedziałek, jeszcze przed skończeniem nieszporów, bo słychać było grania i przyśpiewy w kościele, a już naród z wolna ciągnął do karczmy, że to pierwszy raz po adwencie i Godach miała być muzyka, a i szykowały się zmówiny Małgośki Kłębianki z Wickiem Sochą, któren chocia tak samo się pisał jak nieboszczyk Kuba, ale krewniactwa się z nim wypierał, jako że parob był niepoczciwy i sielnie dufający w swoje morgi.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział VIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/20/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/20/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;U Borynów było kiej w grobie po tym święcie — nie płacz, nie krzyki, nie pomstowania, a ino ciężka cichość, złowrogo przyczajona i pełna powstrzymywanych gniewów a żalów.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Cały dom zmilknął, osnuł się posępnością, a żył w ciągłej trwodze i oczekiwaniu czegoś strasznego, jak kieby pod dachem, któren lada chwila ma paść na głowy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Stary, powróciwszy do domu ni potem nawet nazajutrz, ani marnego słowa nie rzeki Jagusi, nawet przed Dominikową się nie użalał, jakby się nic nie stało.
Rozchorzał jeno z tych przytajonych w sobie złości i z łóżka się podnieść nie mógł, że to go cięgiem mdliło, kolki spierały w boku i gorącość
rozbierała.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział IX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/21/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/21/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;IX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Już od wczesnego rana miało się na kurzawę; dzień nastał chmurny, wietrzny i wielce swarliwy, śnieg prószył drobny, suchy a ostry kiej kasza ledwie przetarta w żarnach, po równo zaś zrywał się coraz mocniejszy wiatr, hukliwy sielnie i kołujący niespodzianymi nawrotami, że jako ten pijanica taczał się na wszystkie strony, skowyczał, przegwizdywał a śniegami miecił zapalczywie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nie bacząc jednak na pogodę, zaraz z pierwszego południa Hanka ze starym Bylicą, a z nimi jeszcze parę komornic, wybrali się po susz do lasu.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział X</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/22/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/22/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;X&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Tegoż samego dnia, po obrządkach, a już o dobrym wieczorze zaczęli się schodzić do Kłębów na oną przęślicową wieczornicę.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Kłębowa sprosiła głównie same starsze kobiety — powinowate swoje albo w kumostwie będące. Przychodziły też w porę, jedna za drugą, nie zawodząc ni się zbytnio opóźniając, boć każda kuma rada ciągnęła do drugiej, aby się zgwarzyć społecznie i co nowego posłuchać.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Najpierwsza, jak to miała we zwyczaju, przyszła Wachnikowa z kłakiem wełny w zapasce i z wrzecionami zapasowymi pod pachą; potem przyszła Gołębowa, Mateusza matka, skrzywiona kiej po occie, z obwiązaną gębą, narzekająca wiecznie i cięgiem się skarżąca na wszystko; a po niej, niby ta rozgdakana, odęta kwoka, przyszła Walentowa; po tej zaś Sikorzyna, chuda kiej mietła, turkot baba i w sąsiedzkich swarach najzawziętsza; a po niej wtoczyła się gruba kiej beczka Płoszkowa, czerwona na gębie, spaśna, zestrojona zawdy, dufna w siebie, dworująca nad wszystkie i wyszczekana, jak mało która, ale ogólnie nielubiana; tuż za nią wsunęła się cicho, czająco kiej ten koczur, Balcerkowa, sucha, mała, zawiędła, ponura a sielna procesownica, która z pół wsią za łeb się wodziła i co miesiąc stawała na sądy; a po nich wlazła hardo, choć i nie proszona Kobusowa, Wojtka żona, pleciuch najgorszy i zazdrośnica niepomierna, że strzegli się jej przyjacielstwa kiej ognia. Przyszła jeszcze, zasapana i zgoniona, Grzeli z krzywą gębą kobieta, pijak baba, wykpis i fortelnica, jakich mało, a szkudnik w cudzym najgorszy! Przyszła i stara Sochowa, mać Kłębowego zięcia, cicha kobieta, pobożna wielce i wraz z Dominikową najwięcej w kościele przesiadująca; przyszły i drugie jeszcze insze, ale już tak wybrane, o których nie wiada, co rzec, bo podobne sobie kiej te gąski w stadzie, że nie rozpoznał jednej od drugiej, chyba jeno po obleczeniu — a zeszło się razem sporo babiego narodu i z czym która miała: to z wełną do oprzędu, to ze lnem, to z pakułami, a niektóre z szyciem albo z tą przygarścią pierza do zdarcia, by ino nie dać pozoru, jako się zeszły po próżnicy, na rajcowanie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział XI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/23/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/23/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wpadli do sadu, chyłkiem przesunęli się pod obwisłymi gałęziami i prędko, trwożnie, niby spłoszone jelonki, wybiegli za stodoły, w omroczałe śniegi, w noc bezgwiezdną i w niezgłębioną cichość pól przemarzłych.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Przepadli w nocy; zginęła wieś, umilkła nagle wrzawa ludzka, porwały się nawet najsłabsze odgłosy życia, że zapomnieli wnet o wszystkim i ująwszy się wpół, przywarli mocno do siebie biedro w biedro, przychyleni nieco, radośni a strwożeni, milczący a pełni rozśpiewania, lecieli ze wszystkich sił w cały ten świat, modrością siną zasnuty i milczeniem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział XII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/24/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/24/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Co się działo w Lipcach po onej nocy pamiętliwej, to i najpierwszemu głowaczowi niełacno byłoby zapamiętać wszystko a opowiedzieć; tak się bowiem zakotłowało we wsi jakoby w tym mrowisku, kiej w nim jaki niecnota kijaszkiem zagrzebie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ledwie rozedniało chyla tyla i ludzie oczy z pomroki nocnej przetarli, a już każdemu było pilno na pogorzelisko, że niejeden pacierze jeszcze w drodze odmawiał, a pędem bieżał kieby na ten jarmarek.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dzień się był podniósł ciężki i tak przemglony, że choć już pora była na dużą jasność, a mroczało jeszcze kieby na świtaniu, śnieg bowiem jął walić mokrymi płatami i przysłonił świat roztrzęsioną, szklistą i przemiękłą płachtą, ale nikto na pluchę nie zważał, schodzili się ze wszystkich stron i całymi godzinami wystawali na pogorzelisku przeredzając z cicha o wczorajszym, a strzygąc uszami, bych czego nowego dosłyszeć.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zima, rozdział XIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/25/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/25/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Na zwiesnę się miało; ciągiem nieprzerwanym szły już te rozkisłe dnie marcowe, że czas się ano uczynił zgoła psi, rozmiękły, zimny i przemglony; co dnia padały deszcze ze śniegiem, co dnia szły takie wycinki a flagi, iż na świat wyjrzeć było nie sposób; co dnia brudne, skołtunione ciemnice tłukły się po polach i tak przyduszały wszelką światłość, że posępne, ciężkie zmierzchy wisiały nad ziemią od świtu do nocy, zaś niekiedy, jeśli z burych topieli wyjrzało słońce, to ledwie na to Zdrowaś, że nim dusza pocieszyła się jasnością i kości poczuły ciepło — już nowe mroki się roztrzęsały nad światem, nowe wichry zawodziły, nowe pluchy i flagi szły, aż dzień się niejeden widział jako ten psiak utytłany, błotem ociekły i z zimna skamlący.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział I</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/26/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/26/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;Część trzecia. Wiosna&lt;/h2&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;I&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Czas był wiosenny o świtaniu.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Kwietniowy dzień dźwigał się leniwie z legowisk mroków i mgieł jako ten parob, któren legł spracowany, a nie wywczasowawszy się do cna, zrywać się ano musi nade dniem, by wnetki imać się pługa i do orki się brać.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Poczynało dnieć.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ale cichość była jeszcze całkiem drętwa, tyle jeno, co rosy kapały rzęsiście z drzew pośpionych w mącie nieprzejrzanym.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Niebo, kiej ta płachta modrawa, przejęta wilgotnością i orosiała, przecierało się już ździebko nad ziemią czarną, głuchą i zgoła w mrokach zagubioną.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział II</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/27/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/27/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;II&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nazajutrz była Palmowa Niedziela.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jeszcze dobrze przed słońcem, ale już o dużym dniu, wyjrzała z Borynowej chałupy Hanka, w wełniak jeno przyodziana i jakąś chuścinę, że to ziąb był na świecie galanty.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zajrzała aż za opłotki na drogę czarniawą, rosami opitą, a gdzieniegdzie oszroniałą. Pusto było jeszcze i ni znaku życia, świt jeno skrzył się suchy i przyodziewał zmartwiałe czuby drzew w modre obleczenia, zaś resztki nocy czaiły się strachliwie pod płotami.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział III</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/28/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/28/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;III&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Józia, rozpal na kominie i co jest garnków, zbierz. Nalej wodą i przystaw do ognia. Ja polecę do Żyda po przyprawy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A śpieszcie, bo Jambroża ino patrzeć.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie bój się, równo z dniem nie przykusztyka, kościół musi pierwej obrządzić.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Hale, przedzwoni i wnet się zjawi, bo Rocho mają go zastąpić.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Zdążę jeszczech, a krzyknij no na chłopaków, by rychlej wyskrobali koryto i przywlekli je na ganek. Jagustynka przyjdzie, to niechby pomyła cebrzyki. Beczki też trza wynieść z komory i zatoczyć do stawu, niech odmiękną; jeno nie zabacz kamieni nakłaść, by ich woda nie wzięła. Dzieci nie budź, niech se śpią, robaki, przestroniej będzie... — nakazywała ostro Hanka i przyokrywszy się zapaską na głowę, wysunęła się spiesznie na wczesny i galanto rozkisły poranek.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział IV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/29/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/29/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;IV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Rocho wlókł się wolno drogą nad stawem — raz, że wiatr tak w niego siepał, iż ledwie się na nogach utrzymał, a po drugie, jako strapiony był wielce tym wszystkim, co się we wsi działo. To jeno raz po raz wznosił rozpalone oczy na chałupy, przemyśliwał ważnie i wzdychał żałośnie. Tak źle się bowiem działo w Lipcach, że już zgoła gorzej nie mogło.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zaś nie to było najgorsze, że niejeden głodem przymierał, że choroby się krzewiły, że się kłócili barzej i za łby brali, że nawet śmierć wybierała swoje gęściej niźli po inne roki — takusieńko było i łoni, i drzewiej; do tego się już był naród wezwyczaił, rozumiejąc dobrze, jako inaczej być nie będzie... Złe i o wiele gorsze było całkiem co inszego — oto, że ziemia stojała odłogiem, bo nie miał w niej kto robić...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział V</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/30/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/30/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;V&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Na drogach było pusto i ciemno, w chałupach gasły światła i przechodzili już ostatni ludzie. Jeno na kościelnym placu stały gęstwą wozy z wyłożonymi końmi — że tylko tupoty a parskania roznosiły się w mroku — a pod dzwonnicą czerniały dworskie powozy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Hanka jeszcze raz w kruchcie cosik pomajdrowała kiele stanika i spuściwszy chustę na plecy, jęła się ostro przepychać do przednich ławek.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Kościół już był jakby nabity. Ściżbiony naród kłębił się i wrzał niby woda, z poszumem pacierzy, wzdychań, kaszlów a pozdrawiań, i kołysał się od ściany do ściany, aż się od tego naporu kolebały chorągwie w ławki pozatykane i te świerczaki, którymi umaili ołtarze i ściany wszystkie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział VI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/31/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/31/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Na taką dziwną wieść Hanka aż się uniesła z pościeli, że Jagustynka przychwyciła ją jeszcze w porę i do poduszek przygniotła.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Dyć się nie ruchajcie, nie pali się nikaj!&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Bo taką rzecz powiedzieli, jakby im we łbie zamroczyło. Przemyjcie sobie ciemię święconą wodą, to wama dur przejdzie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie, Hanuś, rozum swój mam i prawdę rzekłem, jako pan Jacek od wczoraj siedzi wraz ze mną... Juści... — jąkał Bylica, przyginając się do kichania po tęgim zażyciu.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział VII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/32/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/32/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Chłopy wracają!&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Piorunem ta wieść runęła i kiej płomień rozniesła się po Lipcach!&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Prawda-li to? I kiedy? I jak?&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Nikto jeszcze nie wiedział.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;To jeno pewne było, że stójka z gminy, któren jeszcze przed wschodem leciał do wójta z jakimś papierem, rzekł o tym Kłębowej, wypędzającej właśnie gęsi na staw. Ta się w ten mig rzuciła z nowiną do sąsiadów, zaś Balcerkówny rozkrzyczały od siebie najbliższym chałupom, że nie wyszło i „Zdrowaś”, a już całe Lipce zerwały się na nogi, trzęsąc radosną wrzawą, aż się zakotłowało w izbach.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział VIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/33/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/33/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dzień wstawał cudny, ciepły, a jędrny — niby ten chłop dobrze wyspany, któren, ledwie przecknąwszy, na równe nogi się zrywa i szepcąc pacierze, trąc oczy, a ździebko poziewając, za robotą się rozgląda.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Słońce wschodziło pogodnie. Czerwone i ogromne, z wolna wtaczało się na wysokie niebo, jakoby na to pole nieobjęte, kaj w sinych oprzędach mgieł leżały nieprzeliczone stada białych chmur.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;I wiater się już wałęsał po świecie, kieby ten gospodarz budzący wszystko na świtaniu. Przegarniał zboża pomdlałe, dmuchał we mgły, że rozpierzchały się na wsze strony, targał obwisłymi gałęziami, kajś na rozstajach huknął, to chyłkiem przebrał się ku uśpionym jeszcze sadom i rymnął w gąszcze, że z wiśni posypał się ostatni okwiat i kiej śnieg trząsł się na ziemię, kiej łzy na wody stawu padał.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział IX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/34/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/34/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;IX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jeszczech były po świątkach umajenia chałup do cna nie przewiędły, kiej któregoś dnia rankiem najniespodziewaniej zjawił się Rocho.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jeno co dopiero po mszy i długiej rozmowie z księdzem pokazał się na wsi. Niewiela ludzi kręciło się w obejściach, że to pora była osypywania ziemniaków, lecz skoro się rozniesło, jako Rocho idzie przez wieś, wnet ci ten i ów na drogę śpieszył witać dawno niewidzianego.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A on zaś szedł, jak zawdy na kiju się wspierając, wolniuśko, z podniesioną głową, w tej ci samej kapocie szarej, i tak samo z różańcami na szyi. Wiater mu rozgarniał siwe włosy, a chuda twarz jaśniała dziwną dobrocią i weselem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział X</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/35/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/35/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;X&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Owóż te dnie od Bożego Ciała do niedzieli nie przeszły letko Mateuszowi, Grzeli ni ich kamratom. Mateusz bowiem przerwał roboty przy Stachowej chałupie, zaś drudzy też poniechali swoich zajęć, a ino całe te dnie i wieczory chodzili po chałupach w pojedynkę i podjudzali naród przeciwko Miemcom, nawołując do przepędzenia ich z Podlesia.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Karczmarz ze swojej strony też nie żałował namów, a jak było potrza, na upartych, to i poczęstunków albo borgowań. Ale szło kiej po grudzie. Starsi drapali się jeno po łbach, wzdychali ciężko i, nie ważąc się na żadną stronę, oglądali się na drugich i na kobiety, które jak jedna ani słuchać nie chciały o wyprawie na Miemców.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiosna, rozdział XI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/36/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/36/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Już tak dniało, że caluśki świat pokrył się był sinawą modrością kiej śliwa dojrzała, gdy Hanka zajechała przed chałupę, jeszcze leżącą we śpiku — ale na ostry turkot bryki dzieci wypadły z wrzaskiem i Łapa jął szczekać radośnie i wyskakiwać przed końmi.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A kaj Antek? — krzyczała z proga Józka, nadziewając przez głowę wełniak.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Za trzy dni dopiero go puszczą, ale powróci już niechybnie — odpowiadała spokojnie, całując dzieci, a rozdając im kukiełki.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział I</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/37/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/37/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="intitle"&gt;Część czwarta. Lato&lt;/h2&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;I&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;I tak się ano było zmarło Maciejowi Borynie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Zaś w chałupie zaspali ździebko z powodu niedzieli, jaże dopiero Łapa przebudził ich szczekaniem, bo tak ujadał, tak wył, tak ciskał się do drzwi, a kiej mu otworzyli, tak szarpał za przyodziewy i wylatywał, obzierając się, czy za nim lecą, że Hankę jakby cosik tknęło.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Wyjrzyj no, Józka, czego ten pies chce.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Poleciała za nim w dobrej myśle, swywoląc po drodze.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział II</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/38/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/38/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;II&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Dzień był bardzo cudny, prawdziwie latowy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Może szła dziesiąta rano, bo już słońce wisiało w pół drogi między wschodem a południem i wynosiło się coraz bardziej palące, kiej lipeckie dzwony — ile ich jeno było — zadzwoniły rozgłośnie i ze wszystkiej mocy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;A ten, co go to przezywali Pietrem, huczał najgłośniej i śpiewał całym gardzielem — jak kiedy to chłop, ździebko napity, drogą idzie, kolebie się ze strony na stronę i zawodzący, całemu światu radoście swoje grubachnym głosem powiada...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział III</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/39/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/39/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;III&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Pójdę już, Hanuś! — prosiła Józka, pokładając głowę na ławkę.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A zadrzyj ogona kiej cielak i leć! — zgromiła ją, odrywając oczy od różańca.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Kiej me tak cosik spiera w dołku i tak me mgli...&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nie przeszkadzaj, zaraz się skończy.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jakoż proboszcz już kończył cichą, żałobną mszę za duszę Boryny, zamówioną przez rodzinę w oktawę jego śmierci.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Wszyscy też co najbliżsi siedzieli w bocznych ławkach, a tylko Jagusia z matką klęczały przed samym ołtarzem; z obcych nie było nikogo, tyla co kajś pod chórem Jagata głośno trzepała pacierze.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział IV</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/40/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/40/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;IV&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ale przez takie przeróżne a ciężkie przejścia Hanka całkiem nie mogła zasnąć tej nocy, a przy tym cięgiem się jej widziało, że słyszy czyjeś kroki w opłotkach, to na drodze, to nawet jakby pod samą chałupą. Nasłuchiwała z bijącym sercem, ale cały dom spał głęboko, nawet dzieci nie matyjasiły, noc była głucha, chociaż widnawa, gwiazdy zaglądały w okna i niekiedy poszumiały drzewa, gdyż jakoś od samego północka podniósł się wiater przedmuchując kiej niekiej.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział V</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/41/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/41/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;V&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Pietrek, przynieś no drewek — krzyknęła sprzed domu Hanka, rozmamłana była całkiem i omączona przy wyrabianiu chleba.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;W szabaśniku huczał już tęgi ogień, przegarniała go raz po raz i leciała obtaczać bochny i wynosić je w ganek, na deskę ździebko wystawioną w słońcu, bych prędzej rosły. Zwijała się siarczyście, gdyż ciasto prawie już kipiało z wielkiej dzieży, przyokrytej pierzyną.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Józka, dorzuć do pieca, bo trzon jeszczek czarniawy!&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Ale Józki nie było, a Pietrek też się nie kwapił z posłuchem, nakładał w podwórzu gnój, oklepując czubaty wóz, bych się nie roztrzęsał po drodze, i spokojnie poredzał ze ślepym dziadem, któren pod stodołą wykręcał powrósła.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział VI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/42/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/42/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Uwal się już raz i nie przeszkadzaj! — mruknął zgniewany Mateusz, przewracając się na drugi bok.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Szymek przywarł na chwilę, a skoro tamten znowu zachrapał, jął się cicho przebierać ze sąsieka, gdyż mu się przywidziało, jako do stodoły, kaj spali, już się wdzierają mąty pierwszych świtań.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Omackiem zbierał po klepisku narzędzia, jeszcze wczoraj nagotowane, i tak się śpieszył, że mu raz po raz cosik leciało z rąk z przeraźliwym brzękiem, jaże Mateusz klął przez śpik.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział VII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/43/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/43/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Pociągnęła do Borynów, niesąc czerwonych jagód la Józki. A że właśnie Hanka doiła krowy przed chałupą, przysiadła pobok na przyźbie, rozpowiadając szeroko, jak to Nastusię obdarzają.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Hale, na złość Dominikowej to robią — zakończyła.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Nastce to zarówno, ale trza by i mnie co ponieść — szepnęła Hanka.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Narychtujcie, to zaniesę — nastręczała się skwapnie, gdy z izby rozległ się słaby, proszący głos Józki:&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Hanuś, dajcie jej moją maciorkę! Zamrę pewnikiem, to Nastuś za to zmówi za mnie jaki pacierz.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział VIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/44/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/44/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;VIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Przypołudnie dochodziło, skwar czynił się coraz większy i naród już się wszystek zgromadził przed kancelarią, a naczelnika jeszcze nie było. Pisarz raz po raz wychodził na próg i przysłoniwszy dłonią oczy, wyzierał na szeroką drogę, obsadzoną pokrzywionymi wierzbami — ale tam się jeno lśniły kałuże, ostałe po wczorajszej ulewie, toczył się z wolna jakiś zapóźniony wóz i kajś niekaj między drzewami zabielała chłopska kapota.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Gromada czekała cierpliwie, a tylko jeden wójt latał kiej oparzony, wyglądał na drogę i coraz głośniej przynaglał chłopów, zasypujących wyrwy i doły na placu przed kancelarią.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział IX</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/45/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/45/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;IX&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Antek obzierał się za gromadą kieby ten kot odpędzony od miski, a rozważał, czyby nie zawrócić. Lecz widząc następujących strażników, powziął nagle jakąś myśl, bo wyłamał po drodze sporą gałąź i wsparłszy się o płot, obstrugiwał, pasując do ręki a zważając na burków, którzy, chociaż szli jak mogli najpowolniej, zrównali się z nim pokrótce.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Kajże to pan starszy, na prześpiegi? — zagadał urągliwie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Po służbie, panie gospodarzu. A może nam w jedną stronę, co?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział X</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/46/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/46/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;X&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Jagusia zaraz na wstępie pomiarkowała, że na wsi dzieje się cosik ważnego. Psy jakoś zajadlej naszczekiwały w obejściach, dzieci kryły się po sadach, wyzierając jeno zza drzew i płotów, ludzie już ściągali z pól, chociaż słońce było jeszcze wysoko, gdzieś znów zbierały się rajcujące cicho kobiety — a na wszystkich twarzach widniał srogi niepokój i wszystkie oczy pełne były lęku i oczekiwań.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Co się to wyrabia? — spytała Balcerkówny, wyglądającej zza węgła.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział XI</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/47/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/47/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XI&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Już stronami — na piaskach i lżejszych gruntach — wychodzono ze sierpem, już nawet kaj niekaj po wyżniach błyskały kosy, ale we wsiach, gdzie były mocniejsze ziemie, dopiero imano się przygotowań i żniwa leda dzień miały się rozpoczynać.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Więc i w Lipcach, jakoś w parę dni po ucieczce Rocha, jęto się ostro sposobić do żniwa. Rychtowano na gwałt drabiny i moczono we stawie wozy co barzej rozeschnięte, oprzątano stodoły, że już stojały wywarte na przestrzał, gdzie w cieniach sadów wykręcano powrósła, zaś prawie pod każdą chałupą brząkały rozklepywane kosy; kobiety zwijały się przy pieczeniu chlebów i sposobieniu zapasów, a z tego wszystkiego zrobiło się tylachna skrzętu i rwetesów, że wieś wyglądała jakby przed jakimś wielkim świętem.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział XII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/48/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/48/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;Naraz porwał się za nią lecieć.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— A to gdzie? — warknęła groźnie matka, zapierając mu sobą drzwi.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Dlaczego ją mama wypędziła, za co? Że była dla mnie taka poczciwa! To niesprawiedliwie, ja na to nie pozwolę! Cóż ona zrobiła złego? Co? — wykrzykiwał gorączkowo, wydzierając się z twardych rąk matczynych.&lt;/p&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;— Usiądź spokojnie, bo zawołam ojca... Za co? Zaraz ci powiem: masz być księdzem, to nie chcę, abyś pod moim dachem sposobił sobie kochanicę, nie chcę dożyć takiego wstydu i hańby, żeby cię ludzie wytykali palcami! Dlatego ją wypędziłam. Rozumiesz teraz?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lato, rozdział XIII</title><link>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/49/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://nowypolski.pl/tradycyjna/biblioteka/chlopi/49/</guid><description>&lt;div class="book"&gt;
&lt;h2 class="h3 page-title"&gt;XIII&lt;/h2&gt;
&lt;p class="paragraph"&gt;U Dominikowej zrobiło się już zgoła nie do wytrzymania, Jagusia bowiem łaziła kiej nieprzytomna i o bożym świecie niewiedząca. Jędrzych też jeno zbywał roboty, coraz częściej przesiadując u Szymków, a w gospodarstwie czynił się taki upadek i opuszczenie, że nieraz niewydojone krowy pędzili na paśniki, świnie kwiczały z głodu i konie obgryzały drabiny, rżąc przy pustych żłobach, boć stara nie poredziła zaradzić wszystkiemu — jeszczek ona utykała o kiju, z przewiązanymi oczami, na pół ślepa, to i nie dziwota, co głowa jej pękała od turbacji.&lt;/p&gt;</description></item></channel></rss>