Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Wesele

Akt II

AKT II

Świeczniki pogaszone; na stole mała lampka kuhenna

SCENA I

Gospodyni, Isia

GOSPODYNI

Tża rozbirać dzieci spać, 
już pułnocno godzina. 
 

ISIA

Mnie sie nie hce spać, 
pokil bedom grać, 
a tamte dziecka śpiom, 
nieh se lezom, tak jak som. 
 

GOSPODYNI

Hodź tu zaraz. 
 

ISIA

Matusiu, 
jesce ino w kułko raz; 
pżyjżę im sie z komina. 
 

GOSPODYNI

Nie bedzies kcieć jutro wstać; 
z łużka tżeba wyganiać, 
a do łużka tżeba gnać. 
 

ISIA

Nie, nie pude, matusiu, 
zaroz bedom cepiny, 
muse widzieć cepiny, 
matusieńku, matusiu, 
ino dziś, ino dziś. 
 

GOSPODYNI

Ocy ci sie pżymykają, 
ślipki ci sie mruzom. 
 

ISIA

Hciałabym być duzom: 
jak cepiny pżypinają, 
jak druhny słuzom. 
 

GOSPODYNI

A pżynieś tu lampę haw, 
pozakołysz dziecko, 
dobże mi sie spraw, 
to pudzies w kułecko. 
 

SCENA II

Gospodyni, Isia, Klimina

KLIMINA

w drugiej izbie
Juz cepiny, juz cepiny, 
podciez tam, podciez juz, 
na mężatki szyćkie mus. 
 
Obiedwie zaświecają małe łojuwki i z płonącymi świeczkami w rękah idą ku Weselu, gdzie się odbywają oczepiny. Po ih odejściu hwilę Isia sama bawi się rozkręcaniem i pżykręcaniem lampki i patży we światło. Pułnoc bije na zegaże w izbie.

SCENA III

Isia, Chochoł

CHOCHOŁ

Kto mnie wołał, 
czego hciał — 
zebrałem się, 
w com ta miał: 
jestem, jestem 
na Wesele, 
pżyjedzie tu 
gości wiele, 
żeby ino wiher wiał. 
 
Co się w duszy komu gra, 
co kto w swoih widzi snah: 
czy to gżeh, 
czy to śmieh, 
czy to kapcan, czy to pan, 
na Wesele pżyjdzie w tan. 
 
 

ISIA

Aj, aj, aj — aj, aj, aj, 
a cuz to za śmieć?! 
 

CHOCHOŁ

Tatusiowi powiadaj, 
że tu gości będzie miał, 
jako hciał, jako hciał. 
 

ISIA

A ty mi się pżepadaj, 
śmieciu jakiś, hohole, 
huś ha, na pole! 
 

CHOCHOŁ

Tatusiowi powiadaj... 
 

ISIA

Huś ha, na pole, 
głupi śmieciu, hohole! 
 

CHOCHOŁ

Szepnij w uho mamusie... 
 

ISIA

Wynoha, paralusie! 
 

CHOCHOŁ

Kto mnie wołał, 
czego hciał... 
 

ISIA

A, słomiany nygusie, 
wynoha, paralusie! 
 

CHOCHOŁ

Ubrałem sie, w com ta miał, 
sam twuj tatuś na mnie wdział, 
bo się bał, bo się bał, 
jak jesienny wiher dął, 
zaś bym zwiądł, ruży kżak, 
a tak, tak, a tak, tak, 
skądże bym ja sam to wziął... 
 

ISIA

Idź precz, idź precz, na pole, 
huś ha, hulaj, hohole! 
 

CHOCHOŁ

Kto mnie wołał, 
czego hciał, 
. . . . . . . . . . . . . . . . . . 
 

SCENA IV

Marysia, Wojtek

MARYSIA

Odpocnijze haw, Wojtecku, 
bo i jo tańcem zmęcona. 
 

WOJTEK

O mojaś ty, serce, zona, 
moja duszo, tak mi smutno 
o ciebie — idź ta ku muzyce, 
hulaj... 
 

MARYSIA

Tak se ta znuw nie zyce, 
żebym wystoć nie mogła 
pży tobie. 
 

WOJTEK

Nagle mi się zawruciło w głowie, 
jakby twoje to wesele było, 
 
 
nuci
„ale nie nase, Marysiu, 
ale nie nase...” 
 

MARYSIA

Podź hań, pży dzieciah se siądź, 
pośpij, zaśpisz bolenie. 
 

WOJTEK

W głowie mi sie zamrocyło, 
inom ku muzyce wszed, 
i tak mi sie uwidziło, 
ze łazom koło nos cienie... 
 

MARYSIA

Czarno figura po ścienie 
ze światła — o, patżajże sie, 
widzis, jak po wszyćkim goni — ? 
 

WOJTEK

nuci
„Pilnuj, parobku, koni, 
pon ci dziewuhę zgoni...” 
Pżystaw gęby, żonisiu. 
 

MARYSIA

Smęcisz czego — ? 
 

WOJTEK

Marysiu! 
 
Gdy oboje idą do alkieża w głębi, Marysia zabiera lampkę ze stołu. Izba pozostaje ciemna — tylko alkież oświetlony i od weselnyh dżwi smuga światła.

SCENA V

Marysia, Widmo

WIDMO

Miałem ci być poślubiony, 
moja ślubna ty. 
 

MARYSIA

Bywałeś muj nażeczony, 
pżyżekałeś mi. 
 

WIDMO

Byłaś dla mnie słońce złote, 
w moim domku zimno mnie. 
 

MARYSIA

Mruz jakisi od wos wionie, 
zimnem ubiur dmie. 
 

WIDMO

Ogniem, żarem lico płonie, 
zaś krew w tobie wre. 
 

MARYSIA

Miałam ci być poślubiona 
i muj ślubny ty. 
 

WIDMO

Maryś, Maryś, nażeczona, 
długie moje sny. 
 

MARYSIA

Ka ty mieszkasz, kaś ty jest? 
Jehałeś do obcyh miest, 
czekałam cie długo, długo 
i nie doczekałam sie. 
Kaś ty jest, kajś ty jest, 
gdzie ty mieszkasz, gdzie? 
 

WIDMO

Goniłem do rużnyh miest, 
rozhulaniec, pędziwiatr, 
ażem gdziesi w ziemię wpad, 
gdzie mnie toczy gad. 
 

MARYSIA

O muj Boże, Boże muj, 
to juz ciebie tocy gad. 
 

WIDMO

Zwabiło mnie eho z Tatr, 
otom jest, otom jest, 
zwabiły mnie głosy z hat, 
do myśli mi pżyszedł gest 
pżypomnieć się z dawnyh lat; 
domek muj, podobnoś grub, 
nie jestem wymagający, 
pżeszedłem niejedną z prub, 
ale żebym ja był trup, 
nie wież, Maryś, bo to kłam; 
żywie Duch, żywie Duch, 
wytężyłem cały słuh, 
zwabiły mnie głosy z hat. 
 

MARYSIA

Ka twuj grub, ka twuj grub? 
Pono gdziesi zadaleko, 
nie dobiegnie, nie doleci. 
 
Ona pżesłania oczy ręką, on zaś jej, nagły, dłoń odrywa.

WIDMO

Łzy mnie palą, łzy mnie pieką, 
liho bież grub muj; 
otom jest, otom twuj; 
czy pamiętasz jeszcze dzień, 
jak nas gruszy cienił cień, 
tu w tym sadzie, na zieleni, 
śrud połednia, śrud promieni, 
pży mnie stałaś: w dłoni dłoń — ? 
 

MARYSIA

Dawno, dawno, tyle lat. 
 

WIDMO

Skłońże ku mnie głuwkę, skłoń. 
 

MARYSIA

Hańśmy stoli w dłoni dłoń — 
szedł od ciebie swat. 
 

WIDMO

Dawno, dawno, tyle lat. 
 

MARYSIA

Miałabym tylo wesele, 
co jak dziś, jak to dziś. 
 

WIDMO

Potańcujmy raz dokoła, 
potem zaś znuw mus mnie iść. 
 

MARYSIA

Som tu twoi pżyjaciele, 
ostań hwile. 
 

WIDMO

Raz dokoła, 
— — — — — — — — — — — — 
potem to już mus mnie iść: 
mus mnie woła, mus mnie woła. 
 

MARYSIA

Ano dziś nasze wesele; 
raz dokoła, raz dokoła. 
 

WIDMO

Taki smutek idzie z czoła... 
 

MARYSIA

Takie zimno wieje z ust... 
 

WIDMO

Pżytul mnie do twoih hust, 
pżytul mnie do piersi, rąk... 
 

MARYSIA

Nie hytaj sie moih wstąg, 
taki wieje trupi ciąg. 
 

WIDMO

Kohaj...! 
 

MARYSIA

Precz, nie sięgaj lic. 
 

WIDMO

Nie broń mi się — nic to, nic... 
 

MARYSIA

Zimnem dołu wieje struj, 
ty nie muj, ty nie muj! 
 

WIDMO

Mus mnie woła, mus mnie woła, 
raz dokoła... 
 

MARYSIA

Stuj, ah, stuj! 
 

SCENA VI

Marysia, Wojtek

WOJTEK

Maryś — jakoześ ty blado — ? 
 

MARYSIA

To światła sie takie kładą 
po tważy... 
 

WOJTEK

Tżęsiesz się cała. 
 

MARYSIA

Uhyliłam dżwi i stamtąd powiała 
jakaś zawieja — to nic — 
 

WOJTEK

A to znuw czerwoność do lic 
pżyszła — 
 

MARYSIA

Z twojego patżenia; 
pżytul mnie, Wojtecku, do siebie, 
wole ciebie, wole ciebie. 
 

WOJTEK

nuci
„Pujdze, Maryś, po niewoli 
na muj jeden zagon roli”. 
 

SCENA VII

Stańczyk, Dziennikarz

STAŃCZYK

idąc
Ktoś się za mną włuczy wciąż. 
 

DZIENNIKARZ

Ktoś pżede mną ciągle stąpa. 
 

STAŃCZYK

już był usiadł
Domek mały, hata skąpa: 
Polska, swoi, własne łzy, 
własne trwogi, zbrodnie, sny, 
własne brudy, podłość, kłam; 
znam, zanadto dobże znam. 
 

DZIENNIKARZ

Zacz kto? — 
 

STAŃCZYK

Błazen. 
 

DZIENNIKARZ

poznając
Wielki mąż! 
 

STAŃCZYK

Wielki, bo w błazeńskiej szacie; 
wielki, bo wam z oczu zszedł, 
błaznuw coraz więcej macie, 
nieomal błazeńskie wiece; 
Salve, bracie! 
 

DZIENNIKARZ

Ojcze, Salve! 
Szereg dobryh błaznuw zżedł, 
pżywdziewamy szarą barwę; 
koncept narodowy gaśnie; 
gasną coraz te pohodnie, 
kture do hajdukuw ręku 
pżywiązane żarem płoną. 
Skąpały, zżarły się świece, 
a że do rąk pżytroczone, 
więc jeszcze palą się ręce, 
w tę samą zaklęte stronę. — 
Tżeba by do służby narodu 
błaznuw całego zastępu; 
palą się hajduki w męce, 
z własnego bulu się śmieją; 
gasną świece narodowe, 
okropne żeczy się dzieją, 
śmiehem i szyderstwem biegu 
obudzić, ośmielić zdolne 
serce spodlone, niewolne, 
kture naszą krew zaprawia. 
 

STAŃCZYK

A wolicie spać — 
 

DZIENNIKARZ

To jedno! 
Usypiam duszę mą biedną 
i usypiam brata mego; 
wszystko jedno, wszystko jedno, 
tyle złego, co dobrego, 
okropne żeczy się dzieją. 
Patżeć na pżebiegi zdażeń — 
dalekie, dalekie od mażeń, 
tak odległe od wszystkiego, 
co było wielkie w kraju; 
że wszystko, co było, pżepadło, 
bezpowrotnie w mroku zbladło: 
to bajki o Trzecim Maju! 
Matkę do trumny się kładło, 
siostry i rodzinę całą; 
ksiądz pokropił i poświęcił, 
grabaże gruz pżywalili; 
epigonuw co zostało, 
na stypie się weselili 
wesołością, co pżeklina; 
w pijaństwie duszę zabili, 
a nie mogli zabić serca. 
Zostało serce, co woła, 
spłakane u bram kościoła, 
skrwawione u wrut świątyni 
i jeszcze w męce okrutnej, 
w czułej litości rozżutnej 
samo siebie wini. 
 

STAŃCZYK

Asan jako spowiedź czyni, 
spowiedź, widzę, cudzyh gżehuw; 
Acan się zalewa łzami, 
duszę krwawi, serce krwawi; 
ale znać z Acana mowy, 
że jest — tak — pżeciętnie zdrowy; 
jutro humor się naprawi. — 
Gotuw mi płakać najżewniej, 
rozczulać się cudzyh gżehuw, 
u bliskiego widzieć tramy, 
zbrodnie, brudy, gżehy, plamy 
i za swojego bliskiego 
uczynić publiczną spowiedź. — 
A! doprawdy! warte śmiehuw — 
Może jeszcze rozgżeszenie 
wziąć kapłańskie z cudzyh zbrodni — 
 

DZIENNIKARZ

Wina ojca idzie w syna; 
niegodnyh synowie niegodni; 
ten pżeklina, uw pżeklina — 
rud pamięta, brat pamięta, 
kto te pozakładał pęta 
i że ręka, co pżeklęta, 
była swoja. — Rozbrat wieczny 
duszy z ciałem, ciała z duszą; 
w nim się słabi kruszą — 
miecz do walki obosieczny — 
myśmy słabi. — Wielkość gniecie, 
pżekleństwo nosi na gżbiecie: 
zbrodnie nosi, czarne kiry, 
szatę krwawą Dejaniry 
Wielkość: Zbrodnia; Małość: podła — 
Jakaż nasza dzisiaj Wola?! 
Czarodziejska dłoń ogrodła 
nasze pola. 
 

STAŃCZYK

Łzy ze źrudła! 
Tyle żaluw o nieswoje!? 
A cuż tobie niepokoje 
tyh, co w grobah leżą? 
Myślisz — że się trupy odświeżą 
strojem i nową odzieżą — 
a ty z trupami pod rękę 
będziesz szedł na Ucztę-mękę 
i jako potrawy żuł, 
czym się tylko kiejś kto truł; 
wsączał w siebie i pił, 
czym tylko kto gdzie gnił; 
czy to ma być twoja krew?! 
 

DZIENNIKARZ

Moja krew, moja krew — 
czy ja wiem — okżyk mew, 
gdy gonią ponad skały, 
okżyk mew osmętniały, 
żałośliwy, straszny, 
gdy od bżegu odbiegły daleko. 
Może cihe, strop się hmuży, 
ale buża i orkan daleko. 
Tylko głuhość i pustka bezmierna — 
a tu skżydła rozhwiane do lotu, 
nie pragną, nie pragną powrotu 
i wiedzą, że tam, gdzie dążą, 
wylądu szukać daremno; 
pżekleństwu swojemu wierne, 
lecą — i nie śmieją ustać, 
aż krew do ust pocznie hlustać 
ze znużenia — wtedy padną, 
łzą niepożegnane żadną, 
bo śmierć ulga, ulga zgon. 
 

STAŃCZYK

Zaśpiewałeś kruczy ton; 
tobież tylko dzwoni w głuszy 
pogżebowyh jękuw dzwon? 
— — — — — — — — — — — — 
A słyszałżeś kiedy, z wieży 
jak dźwięczy i śpiewa On? 
 

DZIENNIKARZ

Zygmunt, Zygmunt... 
 

STAŃCZYK

Dzwon krulewski: — 
Siedziałem u krulewskih stup, 
krulewski za mną dwur: 
synaczek i kilka cur, 
Włoszka — a wielki hur 
kleru zawodził hymny; — 
a dzwon wshodził. 
Patżali wszyscy w gurę, 
a dzwon wshodził — 
zawisnął u szczytuw 
i z wyżyn się rozdzwonił: 
głos leciał, polatał, 
kołysał się gurnie, 
wysoko, podhmurnie — 
a tłum się wielki pokłonił. 
Pojżałem na krula, 
a krul się zapłonił... 
Dzwon dzwonił 
— — — — — — — — — — — — 
 

DZIENNIKARZ

A toć on nam tętni dziś, 
jak gżebiemy, kto nam drogi; 
zwołuje nas, każąc iść 
posłuhać kościelnyh szumuw, 
w wielkim zamęcie rozumuw, 
w wielkim modlitew rozjęku, 
On pan, ten dzwon krulewski, 
nieustający w bżęku, 
o pękniętym sercu: 
nasz ton. — Nad pżepaścią stoję 
i nie znam, gdzie drogi moje. 
 

STAŃCZYK

Byś serce moje rozkroił, 
nic w nim nie najdziesz inszego, 
jako te niepokoje: 
sromota, sromota, wstyd, 
palący wstyd; 
jakoweś Fata nas pędzą 
w pżepaść — 
 

DZIENNIKARZ

Ty Wid! 
 

STAŃCZYK

Ja Wstyd!! 
Piekło wiem gorsze niż Dante, 
piekło żywe. 
 

DZIENNIKARZ

Żyję w Piekle! 
 

STAŃCZYK

Społem w pżepaść! 
 

DZIENNIKARZ

Społeczeństwo! 
Oto tortury najsroższe, 
śmieh, błazeństwo — 
to my duhy najuboższe. — 
„Społem” to jest malowanka, 
„społem” to duma panka, 
„społem” to jest hłopskie „w pysk”, 
„społem” to papuzia kohanka, 
prużność, nadczłowieczeństwo — 
i pży tym to maleństwo: 
serce pęknione, co krwawi. 
 

STAŃCZYK

Asan prawi — 
jako najwalniejsi gębacze, 
odrośl od tyh samyh pni 
z moih dni. 
 

DZIENNIKARZ

Wolałbym już stokroć razy 
policzone dni 
niż ten bieg, bieg, pęd, gonitwa 
ku pżepaści, othłani, zawrotom! 
Ah, kresu, ah, kresu lotom! 
Stacza się sercowa bitwa, 
opadam coraz na głazy, 
mże na ustah modlitwa, 
ah, kresu, ah, kresu lotom! — 
Niehby się raz wszystko spali, 
zetże się, na proh się zsypie, 
jak kolumny, na gruz się rozwali, 
byśmy padli potruci 
jadami w pogżebowej stypie; 
niehajby się raz wszystko spali, 
i te nasze polskie posty 
dusz do polskih świętyh, 
i te nasze tęczowe mosty 
czułości nad pustką rozpiętyh, 
malowanki Częstochowskie 
w koronah — i wszystkie Wiary! 
Nieszczęścia wołam!! 
 

STAŃCZYK

Puszczyku... 
 

DZIENNIKARZ

Może by Nieszczęście nareście 
dobyło nam z piersi kżyku, 
kżyku, co by był nasz, 
z tego pokolenia. — 
Ah, Sumienia, Sumienia! 
Już było tyh prawd bez liku 
dla nas — Prawdy czy Fraszki?? 
Stoimy u polskih granic, 
a mamy obecność za nic, 
od talentuw zawisłe igraszki. 
 

STAŃCZYK

Puszczyku! 
Zgrałeś się pży zielonym stoliku 
czy z kobietami w gorączce 
opętałeś duszę mdłością 
i w tej momentu palączce 
oślep gnasz we własne pruhno. 
A gdy na nie wihry dmuhną, 
rozleci się zgasłe pruhno, 
zamurują się othłanie 
i kżyk i jęk, i wołanie 
zda ci się błazeństwem duszy, 
kture nikogo nie skruszy, 
kture zeżre siebie samo, 
a tżewia mu gniciem cuhną. — 
Znam ja, co jest serce targać 
gwoźdźmi, co się w serce wbiły, 
biczem własne smagać ciało, 
plwać na zbrodnie, lżyć złej woli, 
ale Świętości nie szargać, 
bo tża, żeby święte były, 
ale Świętości nie szargać: 
to boli. 
 

DZIENNIKARZ

Tragediante... 
 

STAŃCZYK

Commediante, 
dla ciebie błazeńska laska. 
 

DZIENNIKARZ

Piastujesz ją, piastun stary; 
znasz tylko: status quo ante; 
błazeństwo z tobą się zrosło. 
 

STAŃCZYK

Oto naści twoje wiosło: 
błądzący w odmętuw powodzi, 
masz tu kaduceus polski, 
mąć nim wodę, mąć. 
 

DZIENNIKARZ

Fatum nas w obłędy wodzi: 
u rozstajnyh drug zły Duch! 
Tu moje rozstajne drogi; 
ty muj Duch-zły — demon, Szatan; 
błazeństwem ja z tobą zbratan, 
byłem ci duszą poswatan, 
nim dusza stała się trup; — 
a teraz mi pahnie grub, 
czuję trąd. 
 

STAŃCZYK

Naści; żądź! 
Masz tu kaduceus polski, 
mąć nim wodę, mąć. 
 

DZIENNIKARZ

Nie hcę żadnyh więcej prub. 
Serce miałem kiedyś młode, 
porwałeś mi serce młode, 
wlałeś jad goryczny w krew. 
Nie widzę, nie widzę drug, 
zaćmił mi się Bóg... 
 

STAŃCZYK

Fata pędzą, pędzą Fata — 
Wielkość — Nicość — pusty dzwon, 
serce strute — 
udeżyłeś błazna ton: 
moją nutę. 
Kłam sercu, nikt nie zrozumie, 
hasaj w tłumie! 
Masz tu kaduceus, hwyć! 
Żądź! 
Mąć nim wodę, mąć! 
Na Wesele! Na Wesele! 
Idź! 
Mąć tę narodową kadź, 
serce truj, głowę trać! 
Na Wesele! Na Wesele! 
Staj na czele!!! 
 

SCENA VIII

Dziennikarz, Poeta

DZIENNIKARZ

Może z mętuw się dobędzie człowieka; 
może minie palączka i głud; 
ot, kaleka ja, ot, ja kaleka: 
każdy dzień piekielny trud. 
Młodości! wyrwi mię z cieśni, 
oplatają mnie gżyby i pleśni; 
o Młodości, jakożeś daleko, 
a to jeszcze wczora, prawie wczora... 
 

POETA

Cużeś tak się rozżalił, rozpalił, 
czy cię jakie pżemieniły cuda? 
 

DZIENNIKARZ

A pżeszedł tu koło mnie cień, 
cień goryczy pełen wielkoluda 
i ostawił mi laseczkę kaduczą. 
 

POETA

Nie pżeczę, że rozmyślania uczą, 
ale cuż tak sobie żalisz serce? 
 

DZIENNIKARZ

Oh, w okropnej jestem poniewierce; 
po torturah mię duhowyh włuczą, 
więżą mnie konwenansowe szpangi: 
oto droga utarta do rangi, 
a ja gardzę, ja gardzę, ja plwam 
na to wszystko, ze serca szczerego — 
i nie zdołam rozerwać obroży, 
a wstrętuw coraz się mnoży 
i cokolwiek słyszę, to mnie drażni. 
Pżyjaźń farsą, Litość: kłam, 
a słyszę, że gadają o pżyjaźni. 
Miłość farsą — 
słyszę wkoło pułszepty miłości. 
Kłamstwo Szczerość, a widzę tu gości 
i muzyki słyszę swoje, polskie, nasze, 
i po ścianah złożone pałasze, 
obrazeczki, sceny narodowe. 
To mnie drażni i męczy, i boli: 
Czy my mamy prawo do czego?!! 
Czy my mamy jakie prawo żyć...? 
My motyle i świerszcze w niewoli, 
puhnąć poczniemy i tyć 
z trucizny, kturą nas leczą. 
I tę naszą dolę kaleczą, 
widzieć i trupem gnić... 
 

POETA

Rozżaliłeś się, działa muzyka, 
to się koło widzeń zamyka 
i działa na nerwy. 
 

DZIENNIKARZ

Na nerwy!? 
Na nerwy działa te, na te sieci, 
kture mają duszę w uwięzi, 
że gdy tak mi grają bez pżerwy, 
zdało mi się, że moja dusza 
ze mnie wyszła i koło mnie świeci. 
 

POETA

Zdawało ci się — sam muwisz pżez to, 
że o jedno złudzenie więcej. 
 

DZIENNIKARZ

Poezjo! — tyś to jest spokojną sjestą; 
hcesz mnie uśpić, znieczulić, zniewolić, 
byle słuwka nie wyżec goręcej. 
Ah, nie ukrywaj — nie udawaj, 
ty sameś w ogniu — to maska 
ten pozorny spokuj — to kłam. 
A! ta muzyka tak bżęczy, 
jak z ula dzwonienie pszczuł — 
a my jak szerszenie: 
to mi się żuca do garła 
ta duża wesołość narodowa, 
to mi się rozszeża głowa 
szumem, gwarnością, zawrotem 
i nawet mi jest wstrętny bul. 
 

POETA

Daj rękę. 
 

DZIENNIKARZ

Eh, daj mi pokuj — 
wyjdę za prug — jak wieje od pul... 
Powietża, powietża!... 
 

POETA

Daj dłoń... 
 

DZIENNIKARZ

Daj mi spokuj! 
 

SCENA IX

Poeta, Rycerz

POETA

Otwarła się toń! 
Upomina się o swoje Umarła. 
Szumem, gwarnością, zawrotem 
idzie ku nam z powrotem; 
jakaś Przemoc wrotom grobu się wydarła, 
oto, słyszę, woła: 
 

RYCEŻ

Daj dłoń!! 
 

POETA

Puszczaj! 
 

RYCEŻ

Ty muj! 
 

POETA

Puszczaj! 
 

RYCEŻ

Ty muj!! 
 

POETA

Żelazem owita ręka, 
żelazem zakryta skroń. 
 

RYCEŻ

Zbieraj się, skżydlaty ptaku, 
nędzażu, na koń, na koń, 
pżepadnie pżekleństwo, męka! 
 

POETA

Co muwisz, okropne widziadło, 
na koń? — gdzie? — jak? 
Żelazna twoja dzwoni szczęka, 
żelazna więzi mnie ręka. 
 

RYCEŻ

Na koń, zbudź się, ty żak, 
ty lecieć masz jak ptak! 
Bioręć w pętle. 
 

POETA

Na arkan mnie wiąże! 
 

RYCEŻ

Poznasz, ktom jest, gdy zaciążę — 
ty więzień muj, mnie służ; 
biorę pżemocą, Ja Moc: 
za mną, pżede mną 
ognia kuż; 
po drogah, po kturyh lecę, 
dżewa się palą jak świece, 
ciskają się błyskawice, 
jak lecę, Duch: 
wytężaj, wytężaj słuh! 
 

POETA

Puszczaj, pżepadaj w Noc — 
o, ręce, ręce martwieją... 
 

RYCEŻ

Ty muj! 
 

POETA

Precz. — 
 

RYCEŻ

Słysz grom... 
 

POETA

Zatżasnął się cały dom... 
 

RYCEŻ

A czy wiesz, czym ty masz być, 
o czym tobie mażyć, śnić? 
 

POETA

Sen, mażenie, mara, wid. 
 

RYCEŻ

Jutro dzień! pżede dniem świt! 
Wiesz ty, czym ty mogłeś być? 
 

POETA

Słowo, Widmo gończe! 
 

RYCEŻ

Zwiastun!! 
 

POETA

Głos jak mażeń moih piastun; 
Ryceż, Widmo, urojenie 
pżyoblekło szatę żywą. 
 

RYCEŻ

Krwi, krwi pragnę, krwawe żniwo! 
Wracam do dom w noc szczęśliwą, 
w noc ponuryh wihruw łkań. 
Niosę dań, orężną dań. 
 

POETA

Wracasz do dom ze snuw, z dali... 
 

RYCEŻ

Z dali, hen z zaświatuw, z prohuw. — 
Pżeszedłem ogień, co pali, 
pżeszedłem zapady lohuw. 
Ścigam, gonię, moc roztrwonię. 
Niosę dań, orężną dań. 
 

POETA

W noc ponuryh wihruw łkań 
wstajesz z lohuw, z prohuw, skał... 
 

RYCEŻ

Na głos muj ty będziesz drżał: 
Grunwald, miecze, krul Jagiełło! 
Hajno się po zbrojah cięło, 
a wihr wył i dął, i wiał; 
stosy trupuw, stosy ciał, 
a krew żeką płynie, żeką! 
Tam to jest!! Olbżymuw dzieło; 
Witołd, Zawisza, Jagiełło, 
tam to jest!! — Z pobojowiska 
zbroica się w skibah pżebłyska, 
żelezce, połamane groty, 
dżewce powbijane do ciał, 
z trupuw zapora, z trupuw wał, 
rycerski zgotowiony stos: 
Ofiarnica — 
tam leć — tam hodź, tam leć!!! 
brać z tej zbrojowni zbroje. 
kopije, miecz i szczyt 
i stać tam wśrud krwi, 
aż na ogromny głos 
bladością się powlecze świt, 
a ciała wstaną, 
a zbroje wzejdą 
i pohwycą kopije, i pżejdą!!! 
Spiesz, tam leżą stosy ciał; 
pżeparłem trumniska wieko, 
czas, bym wstał, czas, bym wstał. 
 

POETA

Łzy mnie pieką, łzy mnie pieką, 
czymże bym ja tam być miał. 
 

RYCEŻ

Niosę dań, orężny szał. 
 

POETA

Deh twuj zimny, deh grobowy... 
 

RYCEŻ

Patżaj w tważ, patż mi w tważ, 
ślubuj duszę, duszę dasz. 
 

POETA

Za pżyłbicą pustość, proh; 
w oczah twoih czarny loh, 
za pżyłbicą Noc; 
zbroja głuhym jękiem bżękła. 
 

RYCEŻ

Miecz, miecz, siła nieulękła; 
patżaj w tważ, patżaj w tważ; 
ty mnie znasz. 
 

POETA

Ktoś jest? 
 

RYCEŻ

Moc. 
 

POETA

— — Pżyłbicę wznieś! 
 

RYCEŻ

Rękę daj. 
 

POETA

Duszę weź. 
 

RYCEŻ

Patż!! 
 

POETA

Śmierć — — — Noc! 
 

SCENA X

Poeta, Pan Młody

POETA

Potęga, wieczysta Potęga, 
Moc niepżeparta!! 
 

PAN MŁODY

O czym muwisz — ? 
 

POETA

Niedołęga 
byłem — a dzieła to mitręga 
prużna — mgła nic niewarta. 
Teraz naraz się koło mnie zapaliło 
i gore — i piersi się palą; 
zdaje mi się, że słyszę gdzieś gurą, 
jak skały się padają 
i w othłań z łoskotem się walą. 
 

PAN MŁODY

Będziesz sonet pisać czy oktawę? 
 

POETA

Nie — pżewiduję inszą zabawę; 
poczułem na szyi arkan — 
Polska to jest wielka żecz: 
podłość odżucić precz, 
wypisać świętą sprawę 
na tarczy, jako ideę, godło, 
i orle skżydła pżyprawić, 
husarskie skżydlate szelki 
założyć, 
a już wstanie kturyś wielki, 
już wstanie jakiś polski święty. 
 

PAN MŁODY

Zajmujące. 
 

POETA

Ty tematem zajęty. 
 

PAN MŁODY

Myślałżeś ty co więcej 
niż poemat? 
 

POETA

Może ja to myślę goręcej 
i w tej hwili to jeszcze się pali — 
jeszcze — a jutro się zawali 
w gruz ten pożarny gmah. 
A! hciałbym wstąpić w to Piekło 
Ah! 
 

PAN MŁODY

Rozpalony. 
 

POETA

Piekło żywe 
w tej hacie, w zaklętym dwoże: 
Piekło goże! 
 

PAN MŁODY

A to coże?! 
 

SCENA XI

Pan Młody, Hetman, Chór

HUR

Hej, panie, panie Branecki, 
nie żałuj grosika, nie żałuj, 
pocałuj się z nami, pocałuj, 
nie żałuj dukacika, nie żałuj, 
dajże go nam z tej kieski! 
 

HETMAN

Ha, szatańce, sztab moskieski, 
znajcie pana, bieżcie złoto, 
nie stoję ja pan o złoto; 
piekielna mnie dziś gospoda: 
hulaj dusza, z wami zgoda. 
 

HUR

Hulaj dusza, z nami w zgodzie, 
potańcujemy w gospodzie; 
pocałuj się z nami, pocałuj, 
nie żałujta, hetmanie, kieski, 
braliśta pieniążek moskieski, 
hej, hetmanie, hetmanie Branecki!! 
 

HETMAN

Bieżcie złoto, pali złoto. 
 

HUR

Pali pieniążek moskieski? 
 

HETMAN

Piekielna mnie dziś gospoda: 
diabły moją piją krew; 
szarpają mi pierś, plecyska, 
psy zjawiska, łby ogniska; 
szarpają, sięgają tżew! 
 

PAN MŁODY

Wojewoda! Wojewoda! 
 

HETMAN

Puszczajcie, litości! 
 

PAN MŁODY

Jezu!! 
 

SCENA XII

Pan Młody, Hetman

HETMAN

Ha, pżepadli kędyś diabli, 
ktoś się doli ulitował; 
rana jeno straszna boli — — 
puste żale, mnie nie szkoda, 
bo ja pan, piekielny pan, 
drwię z serdecznyh ran. 
Setkę lat pżez puszczę gnam, 
pżez bur gonię, gęsty las, 
pżez ugory, łąki, błoń — 
upałami bije skroń, 
młotami serce wali, 
ogień wnętżności pali — — — 
Każ muzyce dla mnie grać, 
mnie na Piekło stać. 
Ja pan, ćwierć kraju mam w ręku, 
a jak kto po cihuteńku 
powie „Jezus” — ja wolny na hwilę, 
powietżem się zasilę: 
odethnąłem piersią całą; 
bież ty, ile złota zostało, 
patż, oto niecki, 
diabli mi to kazali nieść; 
co noc tak świeżyh nasypią, 
a sztabowi, czerńcy pżeklęci, 
kżyczą za mną: panie Branecki, 
nie żałuj; — krew moją hlipią — — 
Masz! 
 

PAN MŁODY

Hetmaniłeś ty, hetmanie, 
hocia byłeś łotr, 
i sam krul był tobie kmotr; 
pżewodziłeś, pżewodziłeś, 
a my dzisiaj w psiej niewoli: 
nie hetmany, stżęp, łahmany, gruz; 
duszę ziębi mruz; 
ciebie ogień, ogień pali — 
pżecz już nic nas nie ocali, 
ani krul, ani bul, 
ani żale, ni płakanie, 
hej, hetmanie, hej, hetmanie 
dzisiaj to muj dzień miłości... 
 

HETMAN

Czepiłeś się hamskiej dziewki?! 
Polska to wszystko hołota, 
tylko im złota; 
tża było do bękartuw Carycy 
iść smalić holewki: 
byłać ta we mnie cnota. 
Asan mi tu Polski nie żałuj, 
jesteś szlahcic, to się z nami pocałuj, 
jesteś wolny! 
 

PAN MŁODY

Bież cię diabli. 
 

HETMAN

Gębuj, widzęś nie pży szabli. 
 

SCENA XIII

Pan Młody, Hetman, Chór

HETMAN

Ścigają psy, kąsają psy. 
 

HUR

Pżeklęty ty, pżeklęty ty. 
 

HETMAN

Sursum corda, serce żreją — 
serce mi wyjmują z tżew. 
 

HUR

Zapżedałeś kraj, ty lew; 
złotem pysk ci zaleją! 
Złoty pan, weselny pan, 
pujdźże w tan, pujdźże w tan! 
 

HETMAN

Złoto pali, złoto war; 
sursum corda, wiwat Car! 
 

HUR

Lejcie mu do pyska żar, 
sięgajcie mu dłońmi tżew. 
 

HETMAN

Piją krew, żłopają krew, 
cielsko drą po kawale! 
 

HUR

Złoty pan, weselny pan, 
Pujdźże w tan, dalej w tan: 
na Weselu hula Śmierć, 
garniec pereł, złota ćwierć, 
zapżedałeś Czortu kraj. 
 

HETMAN

Żłopią krew Czarty Moskale, 
sursum corda, wiwat Car! 
 

HUR

Huś ha, huś — haj go, haj! 
Pujdźże w tan, dalej w tan! 
Złoty pan! weselny pan! 
 

SCENA XIV

Pan Młody, Dziad

PAN MŁODY

Tyle się pżewlekło mar 
z okropnym śmiehem Piekła... 
 

DZIAD

Cuż wam to? cuż wam to? 
Czy was panna młoda użekła? 
 

PAN MŁODY

Oj, tu Diabły, ze samego Piekła, 
włuczyły pżede mną człowieka, 
ah, powietża, thu... 
 

DZIAD

Cuż pon ucieka? 
 

SCENA XV

Dziad, Upiór

DZIAD

za Panem Młodym
Miałem żec, cosi miałem żec: 
Szczęść Boże pży weselu. 
 

UPIUR

Pżyjacielu, pżyjacielu... 
 

DZIAD

Kto! ty we krwi! precz, piekielny! 
 

UPIUR

Ja weselny, ja weselny, 
dajcie, bracie, kubeł wody: 
ręce myć, gębe myć, 
hce mi się tu na Weselu 
żyć, hulać, pić. 
 

DZIAD

Precz, pżeklęty, precz, pżeklęty. 
 

UPIUR

Dajcie, bracie, kubeł wody: 
gębe myć, ręce myć... 
 

DZIAD

Krew na sukniah, krew na włosah... 
 

UPIUR

Nie pyskuj, nie powtażaj. — 
Już, już wiedzą o tym w niebiosah. 
 
nuci
„A stało się to w Zapusty”. 
 

DZIAD

Precz, pżeklęty, precz, pżeklęty. 
 

UPIUR

Jeno ty nie pżeklinaj usty, 
boś brat — drżyj! ja Szela!! 
Pżyszedłem tu do Wesela, 
bo byłem ih ojcom kat, 
a dzisiaj ja jestem swat!! 
Umyje się, wystroje się. 
Dajcie, bracie, kubeł wody: 
ręce myć, gębe myć, 
suknie prać — nie będzie znać; 
hce mi się tu na Weselu 
żyć, hulać, pić — 
jeno ta plama na czole... 
 

DZIAD

Holera! 
 

UPIUR

Zaraza, grub. 
 

DZIAD

Precz, precz, ty trup! 
 

UPIUR

Widzisz, w orderah hodzę. 
 

DZIAD

O! plamy na podłodze od nug. 
 

UPIUR

To krew, obmyję prug, 
dajcie ino, bracie, wody, 
kubeł wody — gębe myć, 
suknie prać — nie będzie znać. 
 

DZIAD

Pżeklęty! Maryjo, strać! 
 

UPIUR

Gadu, gadu, stary dziadu, 
tża się do roboty brać; 
kubeł wody, gębe myć, 
nie bede prużno stać, 
na Wesele, na Wesele, 
podź tańcować, bośma brać. 
. . . . . . . . . . . . . . . . . . 
 

SCENA XVI

Kasper, Kasia, Jasiek

JASIEK

Kasiu — 
 

KASPER

Kasiu — 
 

KASIA

Cuz ta, Jasiu? 
 

JASIEK

Bo to widzis, Kasiu, że to — 
tak mnie ciągnie bez puł. 
 

KASPER

Pudź, Kasicko, ku mnie, cosi 
mom ci sepnonć. 
 

KASIA

Co, że co — ? 
 

KASPER

Radź, co z nami — ? 
 

KASIA

Kiej na ogrodzie rosi. 
 

KASPER

Kiejbyśmy byli sami!... 
 

JASIEK

Kasper — idze pod stodołę. 
 

KASIA

Po co? — Idze ty. 
 

KASPER

Wis, bracie, 
idź ty pirwy — namość słomę. 
 

KASIA

Pżyjdziewa. 
 

JASIEK

Cuz sie tżymacie, 
lgnies do niego — ? 
 

KASPER

To sie zeń. 
 

JASIEK

Do zeniacki pirsy leń, 
a wpuł hyci, zwyobraco. 
 

KASPER

Jest ta Kasie hycić za co. 
 

JASIEK

Juz bym do wos nic nie cuł — 
ino ciągnie mnie bez puł. 
 

KASIA

Pżynieś wudki. 
 

KASPER

Naści grosz. 
 

JASIEK

Zaros, juści racje mos, 
lece! 
 

SCENA XVII

Kasper, Kasia

KASIA

Powiedziałam tak na hece. 
 

KASPER

Kasiu, dyć to k’sobie miło, 
byśwa poszli spolnie ka. 
 

KASIA

Na ogrodzie sie zrosiło — 
jak kces gęby, na — 
 

KASPER

Ino by najmilej było 
k’sobie, Kasiu, byle ka. 
 

KASIA

Juści, miło, Kaspruś — co? 
k’sobie — 
 

KASPER

Ano — 
 

KASIA

Juści... 
 

KASPER

Zaś. 
 

KASIA

Splezła mi się wstązka kaś — 
 

KASPER

Wstązka od gorseta? 
 

KASIA

Nie ta, 
pżewiązka spodnicki. 
 

KASPER

Kabyśwa pośli, Kasicko, 
mojeś ty palące policki. 
 
nuci
„Ino mi się nie broń dziś, 
jutro mozes sobie iść”. 
 

SCENA XVIII

Kasper, Kasia, Nos

NOS

z flaszką i kieliszkiem
W twoje ręce. 
 

KASPER

Podziękować. 
 

NOS

A dej Kasię pocałować. 
 

KASPER

W twoje ręce! 
 

KASIA

Podziękować! 
 

NOS

A teraz pocałuj z woli. 
 

KASIA

Ej ta, cuz to — ? 
 

NOS

Nie zaboli — 
Kasiu, dziwcze, co za dąs, 
i on, i ja gołowąs; 
hcesz go, to ci go nie bronię; 
niedobże ci w tej koronie. 
 

KASIA

Pudzies pon, patżcie go, 
ledwo pżysed, juz by kcioł. 
 

NOS

Adie, druhna, jak nie, to nie. 
 

KASPER

Cało flaszkę bestia shloł. 
 

SCENA XIX

Panna Młoda, Pan Młody

PANNA MŁODA

Oh, mujeśty, juz nie mogę tańcować, 
a tańce, nie hciałabym żałować 
jutro, że dzisiaj nie dosyć, 
jak dzisiaj, że nie dość wczora, 
ażem osłabła, aż prawie hora, 
ino, że mi nie tża doktora, 
ino tańca — 
 

PAN MŁODY

Jak paciorki rużańca, 
taniec jeden, jak drugi 
jednaki, 
a łańcuh taneczny długi, 
do rana, a od rana do nocy. 
 

PANNA MŁODA

Pokiel starcy piecywa i kołocy, 
hulać, hulać w kułecko, tańcować... 
 

PAN MŁODY

A pocałuj, bo będziesz żałować. 
 

PANNA MŁODA

Tak ci mnie to granie tkliwi — 
 

PAN MŁODY

Poczekaj, będziemy szczęśliwi — 
 

PANNA MŁODA

Muj ty Boże — ! 
 

PAN MŁODY

W jakim dwoże; 
postawimy se dwur modżewiowy, 
bżuzek pżed oknami posadzę. 
 

PANNA MŁODA

Bżoza straśnie sybko pusco, 
het ściany we tży roki ocieni. 
 

PAN MŁODY

Będziemy se siedzieć w zieleni, 
będziemy se siedzieć w maju, 
we kwitnącym sadzie. 
 

PANNA MŁODA

W paradzie. 
 

PAN MŁODY

nuci
„A jak będzie słońce i pogoda, 
słońce i pogoda...” 
 

PANNA MŁODA

nuci
„Pujdziemy se razem do ogroda — 
będziemy se fijołecki smykać...” 
 

SCENA XX

Dziennikarz, Zosia

ZOSIA

Ah! 
 

DZIENNIKARZ

Aa! — 
 

ZOSIA

Bardzo ciemno. 
 

DZIENNIKARZ

Nie widno. 
 

ZOSIA

Zmęczonam, wciąż w kułko, w kułko... 
 

DZIENNIKARZ

I cuż? hłopy pani nie bżydną? 
 

ZOSIA

Nie wiem — nie; — patżę na ludzi 
jak na pżerużnyh ludzi. 
 

DZIENNIKARZ

A tak się serduszko budzi. 
 

ZOSIA

Patżę i usypiam serce; 
to ładne — to bardzo gurne, 
ale z tego co? — ja czuję, 
muru głową nie pżewiercę, 
a jak widzę w lihej poniewierce 
żeczy gurne i piękne, i czułe, 
to mnie boli. 
 

DZIENNIKARZ

A ten bul pżehodzi. 
 

ZOSIA

A pan ma swoją bibułę, 
żeby bul każdy pżeszedł. 
 

DZIENNIKARZ

Epidemia. 
 

ZOSIA

Pan nie wieży, co niepżewidziane? 
A wie pan, ojczyzna to hemia; 
serce, jak się czego uczepi, 
to dynamit. 
 

DZIENNIKARZ

Coraz lepiéj, 
jeszcze jeden taniec w kułko, 
a edukacja skończona. 
 

ZOSIA

Nie byłabym ja hłopu żona; 
nikt mnie w śluby nie poprosi — 
ale myślę, panie redaktoże, 
że tam w tej wiejskiej komoże, 
w pułblasku kuhennej lampy, 
że tam muj taniec coś znaczy. 
 

DZIENNIKARZ

Gdy sama to pani uznać raczy... — 
 

ZOSIA

Pan skąd się tu bieże? 
 

DZIENNIKARZ

Ja się patżę, lubię i nie wieżę, 
za to wieżę w panią. 
 

ZOSIA

Za co? 
 

DZIENNIKARZ

Za tę minkę, oczy, gest. 
 

ZOSIA

Podobam się? 
 

DZIENNIKARZ

W tym coś jest. 
 

SCENA XXI

Poeta, Rachel

POETA

To pani, o, proszę wejść. 
 

RACHEL

Idę za panem jak cień; 
pan się może śmiać, 
ale mnie się wymażyło, 
że się tu zaczyna coś dziać — ? 
 

POETA

Może — a w tej hwili na dwoże 
pani mi się z dala pokazała, 
jak płomieniste widziadło. 
 

RACHEL

Byłam w ten szal owita cała 
i w świetle ode dżwi, ot tak. 
 

POETA

Noc nasze pżeinacza widzenia. 
 

RACHEL

Ja prawie że jestem w trwodze — 
a wie pan, że się zwruciłam w drodze, 
bo mi w popżek ścieżki pżeszła 
jakaś osoba... 
 

POETA

To są ludowe baśnie. 
 

RACHEL

Hodzą hałaśnie 
w huczącym wihże; pan widzi, 
jaki się huragan zrywa, 
jak świszczy i dżewa szamoce — 
 

POETA

Zatżąsł szybami; — patż pani, 
czego nie dostżegam w ogrodzie... 
 

RACHEL

Tak bardzo ciemno... 
 

POETA

Ktoś wyrwał kżew rużany. 
 

RACHEL

Czy ten, co był w słomę odziany? 
 

POETA

No ten hohoł. 
 

RACHEL

Ktoś połamał? — 
a myśmy, cośmy to hcieli 
z nim — ? 
 

POETA

Myśmy lecieli 
na lep poezji — i teraz 
dwur się od poezji tżęsie; 
odbywa się wielkie darcie 
piur wszelijakiego drobiu: 
grunwaldzkie duhowe starcie, 
lecą piura orle, pawie, gęsie, 
wnet ujżymy husarię i krula; 
zatżęsło się tu ze wszeh jak do ula. 
 

RACHEL

W powietżu atmosferyczna zmiana: 
hata stała się rozkohana 
w polskości — właściwa skala: 
żar, co się duhem udziela, 
co się na powietżu spala 
jak garść lnu. 
 

POETA

Dawno nie miałem snu, 
jak ten wieczur, jak ta noc. 
 

RACHEL

Pżedziwna, pżedziwna Moc, 
te potęgi walczące, ten wiatr, 
jakieś prastare siły. 
 

POETA

Hen z Tatr 
pżylatują ku mnie pżypomnienia! 
Skżydeł! — nad ten las z kamienia 
lecieć — w gurę — 
 

RACHEL

Na szczyty! 
 

POETA

Walküra! 
 

RACHEL

Dzisiejsze sny, 
po tej nocy niepżespanej, 
będą cudne — bo oczy patżące 
stały się figurami ludne, 
kture się niełatwo zatżeć dadzą. 
 

POETA

Hodźmy patżeć! 
 

SCENA XXII

Gospodarz, Kuba

KUBA

Jakiś pon, jakiś pon 
zsiadają z siwka w podwużu; 
koń ogromniec... 
 

GOSPODARZ

Weźcie konia 
razem ze Staszkiem ku szopie; 
podżućcie co żryć. 
 

KUBA

A pon musi wielgi być: 
ubiory na nim czerwone, 
siwa broda a lira u siodła, 
jak te dziady z Kalwaryje 
co nosą lirę u pasa. 
Nieh pon wyjdą w sień. 
 

GOSPODARZ

Bania się z gośćmi rozbiła 
w ten weselny dzień; 
koguż ta ciekawość pżywiodła? 
Latarkę zaświeć! — 
 

KUBA

Jak żyje, 
jeszczem takiego Polaka 
nie ujzoł — 
 

GOSPODARZ

Bo żyjesz mało; 
jeszcze duża takih Polaków ostało, 
co są piękni. 
 

KUBA

A kaz się to wszyćko kryje? — 
O, zaroz będzie latarka, 
ino sie pżypiece siarka. 
 

SCENA XXIII

Gospodarz, Gospodyni, Kuba

GOSPODARZ

Słyszysz, ponoś ktoś w gościnę, 
jakiś jakby wielki gość... 
 

GOSPODYNI

Tu dżwi zawżes — tam se gważcie, 
jo już mom tyh tańcuw dość; 
a cuż ty mos za tęgom minę, 
coś ty jakisik niepewny — ? 
 

GOSPODARZ

Ino, matuś, zaś nie sważcie — 
ja tak dziś pży Weselu żewny; 
jakiś gość nie lada jaki... 
 

GOSPODYNI

Tu dżwi zawżes, tam se gważcie. 
 

GOSPODARZ

Kto to taki, kto to taki — — ? 
 

SCENA XXIV

Gospodarz, Wernyhora

WERNYHORA

Sława, panie Włodzimierzu, 
zjehałem tu gość. 
 

GOSPODARZ

Spocznij, Wasza Mość; 
żona stroi się w alkieżu... 
 

WERNYHORA

Ostań, panie Włodzimierzu. 
 

GOSPODARZ

Żona stroi się w alkieżu; 
niespodziany gość, 
właśnie była pży pacieżu, 
bo się dziecka kładło spać. 
 

WERNYHORA

Niehajże żona w alkieżu... 
 

GOSPODARZ

Bo się dziecka kładło spać, 
a ci nie pżestają grać: 
jak wesele, to wesele, 
to nie będą w miejscu stać; 
ot, tu żona jest w alkieżu. 
 

WERNYHORA

Niehajże żony w alkieżu, 
niehże tańcuje Wesele. 
Siądźże, panie Włodzimierzu, 
mam Asaństwu nowin wiele: 
Pomuwimy o Przymierzu. 
 

GOSPODARZ

Ano proszę, bardzo proszę. 
 

WERNYHORA

Siadaj. 
 

GOSPODARZ

Siadam — zacny gość — 
bardzo proszę, bardzo proszę; 
ceremonii dość. 
 

WERNYHORA

Ja z daleka — hen od kresuw, 
konia zgnałem. 
 

GOSPODARZ

Podły czas. 
A do wszystkih spadłyh biesuw, 
toście tu są pierwszy raz; 
ktuż was zwabił w taki czas? 
A do wszystkih spadłyh biesuw, 
żeście tak niespodziewanie 
w noc i na to weselisko 
zehcieli tu, Ichmość Panie? 
 

WERNYHORA

Z daleka, a miałem blisko 
i wybrałem Weselisko, 
boście som tu jakoś wraz, 
i wybrałem Ichmość Mości 
dom, gdzie ludzie sercem prości. 
 

GOSPODARZ

Wasza Mość mieliście blisko, 
serceście zobligowali — 
myśmy sobie prości — mali. 
 

WERNYHORA

Z daleka, a miałem blisko; 
ledwom wymienił nazwisko, 
a zaraz mi pokazali 
tacy hłopcy, żeścy, mali. 
 

GOSPODARZ

Co to u nih serce z miską; 
pżybieżali, powiadali, 
czego nie zjęzykowali: 
że pan stary, że Dziad stary, 
że Dziad z lirą, brodą siwą... 
 

WERNYHORA

Ot, dziadzisko z siwą brodą. 
Dawnoż było w duszy młodo; 
żeście sobie prości, mali, 
toście wielkih kżywd nie znali. — 
Hudobę macie szczęśliwą. 
 

GOSPODARZ

A ot, takie złote żniwo, 
złote pola — pokoszone — 
wszystko błoto — zadyszczone; — 
sady cihe — kwitną, rodzą, 
jedne z drugih same wshodzą: 
złote żniwo, serce z miską; 
nie tżeba szukać daleko, 
kiedy było jakoś blisko. 
Pokażę waćpanu żonę. 
 

WERNYHORA

Złote żniwo, serce złote: 
jeszcze u was w duszy młodo, 
żeście sobie prości, mali, 
toście wielkih kżywd nie znali. — 
Może żona ma robotę — ? 
 

GOSPODARZ

Żona stroi się w alkieżu, 
hce się wydać urodziwa, 
że to gość niespodziewany, 
każe zaraz podać piwa. 
 

WERNYHORA

Zostaw, panie Włodzimierzu, 
że to hwila osobliwa... 
 

GOSPODARZ

Lepiej gważy się pży szklenie, 
że to z drogi, tyle błoto; 
lepiej gada się pży wenie. 
 

WERNYHORA

Kiej się nie rozhodzi o to; 
że to hwila osobliwa, 
możemy na osobności 
porozmawiać. 
 

GOSPODARZ

Słuham Mości; 
a to hwila osobliwa. 
Wolnoć spytać o nazwisko... — ? 
 

WERNYHORA

Nie poznałeś — ? 
 

GOSPODARZ

Ktoś mi znany, 
ktoś serdeczny, ktoś kohany, 
ktoś, co groźny — dawny, stary, 
jak wiek cały... 
 

WERNYHORA

Dawnej wiary. 
 

GOSPODARZ

Ktoś mi znany, niespodziany... 
 

WERNYHORA

Pżypominasz krwawe łuny 
i jęk dzwonuw, i pioruny, 
i żeź krwawą, krwawe żeki? 
 

GOSPODARZ

A sen, sen jakiś daleki, 
jeszcze w uszah mam te dzwony — 
mieszają weselne grajki: 
jakieś stare dumy, bajki. 
 

WERNYHORA

Jeszcze w uszah mam te dzwony 
ponad ih weselne grajki: 
jęk posępny, jęk męczony, 
tyle krwi żezanyh ciał; 
ja tam był, pży trupah stał; 
jeszcze w uszah mam te dzwony. 
Patżyłem się na lud święty, 
jako upadał pżeklęty, 
pżekleństwami potępiony: 
kiedy ojce klną na synuw, 
kiedy syny pżeklną ojce, 
takie jęczące ogrojce 
łez krwawiącyh, łez serdecznyh 
słyszałem w tyh głosah wiecznyh: 
w głosah dzwonuw jęk szalony — 
jeszcze w uszah mam te dzwony. 
 

GOSPODARZ

Dawne czasy — dawne wieki, 
a sen, sen jakiś daleki, 
jęki pżygłuszają grajki; 
jakieś stare dumy, bajki. 
 

WERNYHORA

Ja stałem w pożarnej łunie 
na siwym, na siwym rumaku, 
czekając Bożego znaku. 
Za mną piorun po piorunie 
bije z hmur, pżez niebo łyska. 
 

GOSPODARZ

Żecz daleka — taka bliska, 
ktoś mi znany, niespodziany; 
ktoś, o kturym jeszcze wczora 
tylko we śnie, tylko w maże: 
Pan-Dziad z lirą... 
 

WERNYHORA

Wernyhora. 
 

GOSPODARZ

Pan-Dziad z lirą — Wernyhora! 
Wy mnie znany — spodziewany, 
Wy, o kturym jeszcze wczora 
tylko we śnie, tylko w maże: 
jak owi dawni mocaże, 
Wy na koniu, siwym koniu, 
popżed dom muj, z wieścią. 
 

WERNYHORA

Słowem! 
 

GOSPODARZ

Wy ze Słowem — Wy ze Słowem! 
 

WERNYHORA

Ja z Rozkazem. 
 

GOSPODARZ

Rozkaz-Słowo! 
Dawno serce już gotowo 
tem wezwaniem piorunowem. 
 

WERNYHORA

Słowo-Rozkaz, Rozkaz-Słowo; 
dla serca serce gotowo. 
Słuhaj, panie Włodzimierzu: 
oto hwila osobliwa, 
pomuwimy o Przymierzu. 
 

GOSPODARZ

To jak ze snu prawda żywa, 
hwila dziwnie osobliwa. 
Jakiż rozkaz? 
 

WERNYHORA

Tży zlecenia. 
 

GOSPODARZ

Hwila dziwnie osobliwa: 
żem niejako jest wezwany. 
 

WERNYHORA

Roześlesz wici pżed świtem, 
powołasz gromadzkie stany. 
 

GOSPODARZ

To jak ze snu prawda żywa; 
prawie że są wszyscy społem 
u mnie pżez to weselisko. 
 

WERNYHORA

Ma być jawne, co jest krytem; 
co dalekie było — blisko. 
Dziś u Waści weselisko; 
prawie że są wszyscy społem; 
roześlesz wici pżed świtem; 
nieh jadą we cztery strony. 
 

GOSPODARZ

Porozsełam konno gońce, 
roześlę wici pżed świtem; 
zaraz się poradzę żony — 
ona swoim hłopskim sprytem. 
 

WERNYHORA

Nieh jadą we cztery strony! 
Bądź gotuw, nim wstanie słońce. 
Skoro porozsełasz gońce, 
zgromadzisz lud pżed kościołem, 
jak są zdrowi, prości, mali; 
ażeby godność poznali, 
Bogiem powitasz ih kołem, 
a wtedy pżykaż im ciszą, 
nieh żaden bżeszczot nie szczęknie, 
a skoro żesza uklęknie, 
nieh wszyscy natężą słuh: 
czy tętentu nie posłyszą 
od Krakowskiego gościńca — ? 
 

GOSPODARZ

Wytężam, wytężam słuh. 
 

WERNYHORA

Ja wiem, żeś jest Asan zuh 
Od Krakowskiego gościńca 
czy tętentu nie posłyszą, 
czy już jadę z Archaniołem — ? 
 

GOSPODARZ

Wytężam, wytężam słuh — 
hoćby i największy zuh, 
jak to, co to, rozpoczęcie — —? 
 

WERNYHORA

Słuhać ślepo, wieżyć święcie; 
ja wiem, żeś jest Asan zuh. 
 

GOSPODARZ

Ja mam stanąć pżed kościołem? 
to jak we śnie prawda żywa. 
Ktuż mnie daży tym zaszczytem; 
ktuż śle ku mnie dawne gońce: 
hwila dziwno osobliwa. 
 

WERNYHORA

Bądź gotuw, nim wstanie Słońce. 
 

GOSPODARZ

Wstaną kosy w słońca świcie; 
będę gotuw! 
 

WERNYHORA

Pżysiąż Słowo. 
 

GOSPODARZ

Żekłem. 
 

WERNYHORA

Pżysiąż. 
 

GOSPODARZ

Rośnie życie. 
Czyli marą Wy widmową, 
czyliś Waść jest upiur grobuw, 
czy ty pruhno, czy ty czarem, 
żeś ze słowem pżyszedł starem, 
żeś na mnie użył sposobuw 
i co we mnie tajemnicą, 
ty muwisz jak żecz prawdziwą; 
jako żywo, jako żywo — ! 
 

WERNYHORA

Muwię Słowo — żecz prawdziwą; 
hwila, hwila osobliwa: 
wybrałem dziś weselisko, 
twuj dworek, drużkę, zagrodę. — 
Słyszysz, jaki wiher wyje! 
Słyszysz, wielki deszcz się pluszcze! 
Słyszysz, hżęszczą wielkie dżewa 
i jako tżaskają kuszcze: 
to tam moja drużba śpiéwa, 
tysiąc koni grudy bije 
ze złotymi podkowami! 
 

GOSPODARZ

Jezus, zmiłuj się nad nami — — ! 
 

WERNYHORA

Leć kto pierwszy do Warszawy 
z horągwią i hufcem sprawy, 
z ryngrafem Bogarodzicy; 
kto zwoła sejmowe stany, 
kto na sejmie się pojawi 
Sam w stolicy — ten nas zbawi! 
 

GOSPODARZ

Jako żywo, jako żywo; 
Waść mi takie dziwa prawi, 
i to jako żecz prawdziwą. 
 

WERNYHORA

Wszystko święte, wszystko żywo: 
z daleka, a miałem blisko; 
wybrałem twuj dom, zagrodę 
i wybrałem Weselisko. 
Waszmość rękę miej szczęśliwą: 
Daję Waści złoty rug. 
 

GOSPODARZ

Złoty rug. 
 

WERNYHORA

Możesz nim powołać hur. 
 

GOSPODARZ

Bratni zbur. 
 

WERNYHORA

Na jego rycerny głos 
spotężni się Duch, 
podejmie Los. 
Daję w twoje ręce rug. 
 

GOSPODARZ

Dziękuj Bóg. 
 

WERNYHORA

Waść masz porozsełać wici, 
lud zgromadzić pżed kaplicą. 
 

GOSPODARZ

Jutro? — skoro się zgromadzą? 
mają radzić? — co uradzą? 
 

WERNYHORA

Jutro: wielką tajemnicą, 
jutro skoro się zgromadzą, 
nieh nie radzą, nic nie radzą, 
jednoś niehaj w ciszy staną. 
Jutro wielką tajemnicą. 
A ty wstawszy bardzo rano, 
skoro zejdzie pierwsze słońce. 
ku drogom natężaj słuh. 
 

GOSPODARZ

Jutro?! 
 

WERNYHORA

Jutro!!! 
 

GOSPODARZ

Wszelki duh!!! 
 

SCENA XXV

Gospodarz, Gospodyni

GOSPODARZ

Żono, słuhaj no, żonisia, 
pudź no, Hanuś! 
 

GOSPODYNI

Cuz takiego?! 
 

GOSPODARZ

Osobliwy ten dzień dzisia, 
tyle naraz wiem nowego. 
 

GOSPODYNI

A złego co, cy dobrego? 
 

GOSPODARZ

A wiesz, mama, tyle tego, 
że mi w głowie huczy, szumi; 
kto zrozumi, kto zrozumi? 
 

GOSPODYNI

Cuz takiego, cuz takiego? 
możeś hory, ktuż ten stary? 
 

GOSPODARZ

Kto ten stary: — Wernyhora; 
jeno nie muw to nikomu, 
to ci muwię po kryjomu, 
i on był tu w tajemnicy. 
 

GOSPODYNI

Ka już posed — — ? 
 

GOSPODARZ

Precz odjehał, 
bardzo ważne muwił żeczy: 
tża się zbierać. 
 

GOSPODYNI

A co tobie? 
 

GOSPODARZ

Tża się zbierać, pasy, torby, 
moja flinta, pistolety 
i te szable wezmę obie — — ! 
 

GOSPODYNI

O Jezusie, jakieś borby 
po nocy, gdzież to, cuż znowu — — ? 
 

GOSPODARZ

Mam być gotuw. 
 

GOSPODYNI

Gwałtu, rety! 
Ledwo stoisz, jesteś hory. 
 

GOSPODARZ

Zaraz konno jehać muszę. 
 

GOSPODYNI

Jeszcze spadniesz ka do rowu... 
 

GOSPODARZ

Popżysiągłem się na duszę; 
konno muszę — — ! 
 

GOSPODYNI

Cary, zmory, 
jakaś siła?! 
 

GOSPODARZ

Od tej pory 
żyć zaczniemy — coś wielkiego! 
 

GOSPODYNI

Howaj Boże czego złego. 
 

GOSPODARZ

Z daleka jehał, miał blisko; 
goniec, zwiastun, Wernyhora! 
Tam! już jakaś wielka Zgoda. 
Z daleka jehał, miał blisko — 
koniec i początek Sprawy. 
Kazał. — Słowo. Słuhać muszę, 
zapżysiągłem się na duszę. 
Jego siła mnie użekła: 
Duch narodu! 
 

GOSPODYNI

Widmo z Piekła! 
gwałtu, rety, jesteś hory, 
cosi, gdziesi, kajsi, ktosi – 
piłeś duza. 
 

GOSPODARZ

Duch ponosi! 
 
 

SCENA XXVI

Gospodarz, Jasiek

GOSPODARZ

Jasiek!! 
 

JASIEK

Pon co!? 
 

GOSPODARZ

Sam tu! 
 

JASIEK

Juści! 
 

GOSPODARZ

Siodłać konia, dosiądź szkapy, 
pojedziesz zwoływać hłopy! 
 

JASIEK

Jehać, teraz, tżeba — — ? 
 

GOSPODARZ

Musi! 
 

JASIEK

Zagubię się w tej celuści, 
wszędy straszne błotne hlapy. 
 

GOSPODARZ

Aleś Jasiek, co pżeleci! 
 

JASIEK

Konia se odwiąze z szopy! 
 

GOSPODARZ

Musi! Ważne żeczy. 
 

JASIEK

Nasza? 
 

GOSPODARZ

Pżeleć, pżeleć w cztery strony; 
pukaj w okna, zakżycz „musi”; 
nieh tu staną pżede świtem, 
nieh tu staną pżed kaplicą 
hłopy z ostżem rozmaitem. 
 

JASIEK

Hłopy z kosą — dobra nasza! 
 

GOSPODARZ

Dobędzie się i pałasza. 
 

JASIEK

Że pon wojak — dobra nasza! 
 

GOSPODARZ

Dobra nasza! 
 

JASIEK

Lecę duhem! 
 

GOSPODARZ

Tajemnica! 
 

JASIEK

Hłopy z kosą! 
Same wihry mnie poniosą! 
 

GOSPODARZ

Nieh pżed świtem staną. 
 

JASIEK

Musi!! 
 

GOSPODARZ

A nie słuhaj, hoć czart kusi, 
jeno prosto. 
 

JASIEK

Swego nosa. 
 

GOSPODARZ

Nim na wżosy padnie rosa, 
zanim ptaki zaświergocą... 
 

JASIEK

Lecę duhem. 
 

GOSPODARZ

A leć z mocą! 
 

JASIEK

Hej! 
 

GOSPODARZ

wręcza Jaśkowi złoty rug, ktury otżymał był od Wernyhory
Masz w łapę, to jest dar. 
 

JASIEK

Szczyre złoto, cuż to? 
 

GOSPODARZ

Czar! 
Owiń se o szyję sznur 
i dzierż mocno cięgiem rug. 
Bacuj u rozstajnyh drug, 
by cię jaki czart nie zmug. 
Nie hylaj się nigdzie po nic, 
ino leć. 
 

JASIEK

Do samyh granic! 
 

GOSPODARZ

Wruć, nim tżeci pieje kur; 
wrucisz, to se staniesz tu; 
wtedy zadmij tęgo w rug, 
to się taki wzmoże Duch, 
jaki nie był od lat stu — 
bo wszyscy wytężą słuh. 
Ino nie zgub, bo rug złoty, 
bo go zseła Jasny Bóg. 
 

JASIEK

Wolę goreć w Piekle poty. 
 

GOSPODARZ

Bez tego złotego dźwięku 
wniwecz pujdzie cały ruh. 
 

JASIEK

Opasę sie. 
 

GOSPODARZ

Nie szarp w ręku! 
 

JASIEK

Hajże — ! 
 

GOSPODARZ

Leć, krakowski zuh! 
 

JASIEK

ktury był wybiegł, wraca, hylając się za czapką pożuconą na podłodze
Moja copka z pawim piurem. 
 

GOSPODARZ

Stawaj tu pżed tżecim kurem. 
 

SCENA XXVII

Gospodarz, Staszek

STASZEK

Cy pon słyszą, co sie dzioło: 
teraz sie tak wiher wzdon, 
jak odjehał stary pon. 
 

GOSPODARZ

Toś ty pżywodził starego, 
tego pana w delii, w pąsah? 
 

STASZEK

Kiela tego, tela tego, 
złote iskry miał na wąsah, 
a ta delijo pąsowa, 
to jak ogień, jak płomieniec, 
a koń diabeł, czart, odmieniec. 
 

GOSPODARZ

Koń siwy, czaprakiem kryty, 
czaprak tkany, rozmaity. 
 

STASZEK

U siodła pistolcuw dwoje. 
 

GOSPODARZ

I lira pżez siodło zwisła. 
 

STASZEK

Wszystko jakbyście widzieli... 
 

GOSPODARZ

Gdziesi, kiedyś coś widziałem... 
 

STASZEK

Pży samiuśkim koniu stałem; 
szkapa jak ogonem świsła — 
skąd ta u niej tako siła — 
to pysk Kubie osmaliła. 
 

GOSPODARZ

Kuba stżymał? 
 

STASZEK

A, psiawiara, 
nijak stżymać się nie dała, 
ino het ogonem prała, 
żeśmy oba sie hycili 
uzdek — aż i dosiadł Stary. 
 

GOSPODARZ

Siadł, pojehał — 
 

STASZEK

A cy cary, 
koń — jak ony nań sie zwalił, 
jakby wągle w nim rozpalił: 
ogniem piernuł, ogniem łysnął, 
jak się naroz bez płot cisnął, 
mnie i Kubie pysk osmalił. 
 

GOSPODARZ

A wszelki duh Pana Boga: 
na zegaże po pułnocku. 
 

STASZEK

Została zguba u proga... 
 

GOSPODARZ

Zguba!? 
 

STASZEK

podaje Gospodarzowi złotą podkowę
Na! 
 

GOSPODARZ

Złota podkowa — 
 

STASZEK

Błyskotała sie na błocku. 
 

GOSPODARZ

Wymowniejsze niźli słowa: 
znak widoczny, oczywisty, 
że zawitał gość ognisty 
na stepowym siwym koniu, 
z lirą dzwoniącą u siodła: 
orły, kosy, szable, godła! 
 

SCENA XXVIII

Gospodarz, Gospodyni, Staszek

GOSPODARZ

Patżaj, Hanuś! 
 

GOSPODYNI

Scęście w ręku! 
 

GOSPODARZ

Szczęście, szczęście znalezione. 
 

GOSPODYNI

Ka? 
 

GOSPODARZ

Pod progiem na pżysieniu; 
szczęście w ręku. 
 

GOSPODYNI

Cała złota, 
o mistyrna tyz robota. 
Ktuż to zgubił? — Shować tżeba. 
 

GOSPODARZ

Zwołać ludzi — spadło z nieba; 
tża pokazać zgromadzeniu. 
 

SCENA XXIX

Gospodarz, Gospodyni

GOSPODYNI

Ni ma cego — Scęście w ręku; 
tego z ręki się nie zbywa, 
w tajemnicy się ukrywa, 
światom się nie pżekazuje: 
Scęście swoje sie szanuje! 
 

GOSPODARZ

Złota! 
 

GOSPODYNI

Prawda. 
 

GOSPODARZ

Żuć do skżyni! 
Prawdziwieś do ręki wzięła; 
szczęście swoje się szanuje, 
czyli Piekła dar, czy z Nieba — 
aleć jensze szczęście moje. 
 

GOSPODYNI

Cuz ty godos, ja sie boje. 
 

GOSPODARZ

A boś jeszcze nie pojęła: 
skończyć nędzę — zacząć dzieła. 
 

GOSPODYNI

Jakie dzieła, co za dzieła? 
cużem to ja nie pojęła? 
 

GOSPODARZ

Orły, kosy, szable, godła, 
pany, hłopy, hłopy, pany: 
cały świat zaczarowany, 
wszystko była maska podła: 
hłopy, pany, pany, hłopy, 
szable, godła, herby, kosy, 
aż na głowie wstają włosy, 
wszystko była podła maska 
farbiona — jak do obrazka: 
cały świat zaczarowany. 
 

GOSPODYNI

A cuż tobie, cy gorącka? 
 

GOSPODARZ

Snuło się to jak gorączka, 
jak gorączka na wulkanie, 
jak szumienie na organie: 
takie figury w koronie, 
tacy pyszni szlahta w herbie, 
pałace, zamczyska, wille, 
tabunami gnane konie, 
sześciu paradnikuw w tyle: 
hulaj dusza bez kontusza 
z animuszem, hulaj dusza!! 
ani zbili pan w koronie, 
że stoimy gdzieś na szczerbie, 
ani zbili szlahta w herbie, 
ani zbili hłop pży roli, 
czy tam kogo gdzie co boli: 
wuł pży roli, świnia w ganku — 
hulajże, panie kohanku. 
 

GOSPODYNI

Połużże sie, boś pijany. 
 

GOSPODARZ

Świat pijany, świat pijany, 
cały świat zaczarowany 
puść mnie, ja mam jehać, muszę, 
popżysiągłem się na duszę. 
 

GOSPODYNI

Gwałtu, rety!!! 
 

SCENA XXX

Gospodarz, Gospodyni, Goście z miasta

WSZYSCY

Co się dzieje?? 
Co się stało? 
 

GOSPODYNI

Ot, szaleje! 
 

GOSPODARZ

Wy a wy — co wy jesteście: 
wy się wynudzicie w mieście, 
to sie wam do wsi zahciało: 
tam wam mało, tu wam mało, 
a ot, co z nas pozostało: 
lalki, szopka, podłe maski, 
farbowany fałsz, obrazki; 
niegdyś, gdzieś tam, tęgie pyski 
i do szabli, i do miski; 
kiedyś, gdzieś tam, tęgie dusze, 
pułwariackie animusze: 
kogoś zbawiać, kogoś siekać; 
dzisiaj nie ma na co czekać. 
Nastruj? macie ot nastroje: 
w pysk wam muwię litość moje. 
 
pluje
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stanisław Wyspiański, „Wesele”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)