Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › W pustyni i w puszczy

Rozdział XLV

ROZDZIAŁ XLV

Na kżyk jego pżybiegł pierwszy Kali, za nim dwaj stżelcy, ktuży mieli popżednią straż zluzować, a w hwilę puźniej wszyscy Wa-himowie i Samburu zgromadzili się wżeszcząc i wyjąc na miejscu zbrodni. Uczyniło się zamieszanie, pełne okżykuw i trwogi. Ludziom hodziło nie tyle o zabityh i o zabujstwo, ile o te ostatki wody, ktura już wsiąkła w spieczony grunt dżungli. Niektuży Murzyni żucali się na ziemię i wyrywając palcami grudki wysysali z niej resztki wilgoci. Inni kżyczeli, że pomordowały strażnikuw i porozcinały worki złe duhy. Ale Staś i Kali wiedzieli, co o tym myśleć. Oto M’Kunjego i M’Puy brakło wśrud tyh wyjącyh nad kępą trawy ludzi. W tym, co się stało, było coś więcej niż zabujstwo dwuh strażnikuw i kradzież wody. Porozcinane pozostałe worki świadczyły, że był to czyn zemsty i zarazem wyrok śmierci na całą karawanę. Kapłani złego Mzimu pomścili się nad dobrym. Czarownicy zemścili się na młodym krulu, ktury odkrył ih oszustwa i nie byłby pozwolił im wyzyskiwać dłużej ciemnyh Wa-himuw. Nad całą karawaną roztoczyła teraz skżydła śmierć jak jastżąb nad stadem gołębi.

Kali pżypomniał sobie poniewczasie, że mając myśl zatroskaną i zajętą czym innym zapomniał kazać związać czarownikuw, jak to od czasu ih ucieczki pżykazywał czynić co wieczur. Widoczne też było, że dwaj stżelcy strażujący pży wodzie pżez wrodzoną Murzynom niedbałość pokładli się i zasnęli. To ułatwiło łotrom robotę i pozwoliło im zbiec bezkarnie.

Zanim zamieszanie uspokoiło się cokolwiek i ludzie ohłonęli z pżerażenia, upłynęło sporo czasu, jednakże zbrodniaże nie musieli być daleko, gdyż ziemia pod rozciętymi workami była wilgotna i krew, ktura wypłynęła z obu pomordowanyh, nie stężała jeszcze zupełnie. Staś wydał rozkaz ścigania zbieguw nie tylko dlatego, by ih ukarać, ale i dlatego, by odzyskać dwa ostatnie worki wody. Kali dosiadłszy konia i wziąwszy z sobą kilkunastu stżelcuw ruszył w pogoń. Stasiowi, ktury w pierwszej hwili hciał wziąć w niej udział, pżyszło na myśl, że nie można zostawiać Nel samej wobec rozdrażnienia i wzbużenia Murzynów, więc został. Polecił tylko Kalemu zabrać ze sobą Sabę.

Sam został, albowiem obawiał się wprost buntu — szczegulniej ze strony Samburów. Ale w tym się pomylił. Murzyni w ogule wybuhają łatwo i czasem z błahyh powoduw, ale gdy pżyciśnie ih wielka niedola, a zwłaszcza gdy zacięży nad nimi nieubłagana ręka śmierci, poddają się jej biernie, nie tylko ci, kturyh islam nauczył, że walka z pżeznaczeniem jest prużna, ale wszyscy. Wuwczas ni trwoga, ni męczarnia hwil ostatnih nie mogą rozbudzić ih z odrętwienia. Tak stało się i teraz. Wa-himowie zaruwno jak Samburowie, gdy pierwsze wzbużenie pżeszło i gdy, myśl, że muszą umżeć, utwierdziła się ostatecznie w ih umysłah, pokładli się ciho na ziemię, by czekać na śmierć, wobec czego należało się obawiać nie buntu, ale raczej tego, czy jutro zehcą wstać i ruszyć w dalszą drogę. Stasia, gdy to spostżegł, ogarnęła ogromna litość nad nimi.

Kali wrucił jeszcze pżede dniem i natyhmiast złożył pżed Stasiem dwa poszarpane worki, w kturyh nie zostało ani kropli wody.

— Panie wielki — żekł — Madi apana!

Staś obtarł ręką spotniałe czoło, po czym zapytał:

— A M’Kunje i M’Pua?

— M’Kunje i M’Pua umżeć — odpowiedział Kali.

— Kazałeś ih zabić?

— Ih zabić lew albo wobo.

I począł opowiadać, co zaszło. Trupy dwuh zbrodniaży znaleźli dość daleko od obozu, na miejscu, gdzie spotkała ih śmierć. Obaj leżeli pży sobie, obaj mieli czaszki pogruhotane z tyłu, poszarpane łopatki i objedzone gżbiety. Kali pżypuszczał, że gdy wobo lub lew ukazał się im pży świetle księżyca, padli pżed nim na tważ i poczęli go błagać, by im darował życie. Ale straszny zwież zabił obu i następnie zaspokoiwszy pierwszy głud poczuł wodę i poszarpał worki.

— Bóg ih pokarał — żekł Staś — i Wa-himowie pżekonają się, że złe Mzimu nie potrafi nikogo wyratować.

A Kali powtużył:

— Bóg ih pokarać, ale my nie mamy wody.

— Daleko, pżed nami, widziałem na wshodzie gury. Tam musi być woda.

— Kali widzieć je także, ale do nih mnustwo, mnustwo dni...

Nastała hwila milczenia.

— Panie — ozwał się Kali — nieh dobre Mzimu... nieh bibi poprosi Wielkiego Ducha o deszcz albo o żekę.

Staś nie odpowiedział nic i odszedł. Pżed namiotem zobaczył białą figurkę Nel; kżyki i wycia Murzynów rozbudziły ją już od dawna.

— Co się stało, Stasiu? — zapytała podbiegając ku niemu.

A on położył jej rękę na głuwce i żekł poważnie:

— Nel, mudl się do Boga o wodę, gdyż inaczej zginiemy wszyscy.

Więc dziewczynka podniosła swą bladą tważyczkę ku guże i utkwiwszy oczy w srebrnej tarczy księżyca, poczęła błagać o ratunek Tego, ktury na niebie porusza kręgi gwiazd, a na ziemi stosuje wiatr do wełny jagnięcia.

Po bezsennej, hałaśliwej i niespokojnej nocy słońce wytoczyło się na widnokrąg tak nagle, jak zawsze wytacza się pod zwrotnikami, i uczynił się dzień świetlisty. Na trawah nie było ani kropli rosy, na niebie żadnej hmurki. Staś kazał stżelcom zebrać ludzi i miał do nih krutką pżemowę. Oświadczył im że wracać do żeki już niepodobna, albowiem wiedzą pżecie dobże, że dzieli ih od niej pięć dni i nocy drogi. Ale za to nikt nie wie, czy wody nie ma w pżeciwnej stronie. Może nawet niedaleko znajdzie się jakie źrudło, jaka żeczka albo kałuża. Nie widać wprawdzie dżew, ale bywa tak często, że na otwartyh ruwninah, gdzie wihry porywają nasiona, dżewa nie rosną i pży wodzie. Wczoraj widzieli kilka wielkih antylop i kilka strusi uciekającyh na wshud, co jest znakiem, że tam musi być jakiś wodopuj, a wobec tego, kto nie jest głupcem i kto ma w piersi serce nie zająca, ale lwa lub bawołu, ten będzie wolał iść napżud, hoćby w pragnieniu i męce, niż leżeć i czekać tu na sępy albo hieny.

I tak muwiąc ukazał ręką na sępy, kturyh kilka zataczało już złowrogie koła nad karawaną. Po tyh słowah Wa-himowie, kturym Kali kazał wstać, podnieśli się prawie wszyscy, albowiem pżyzwyczajeni do straszliwej władzy krulewskiej, nie śmieli się jej opżeć. Ale wielu z Samburów, wobec tego, że krul ih, Faru, pozostał nad jeziorem, nie hciało się już podnieść i ci muwili między sobą: „Po cuż mamy iść napżeciwko śmierci, kiedy ona sama do nas pżyjdzie?” W ten sposub karawana ruszyła napżud, zmniejszona prawie do połowy, i wyruszyła od razu w męce. Ludzie od dwudziestu cztereh godzin nie mieli w ustah ani kropli wody, ani żadnego innego płynu. Nawet w hłodniejszyh klimatah byłoby to pży pracy cierpieniem nie do zniesienia, a cuż dopiero w tym rozpalonym piecu afrykańskim, w kturym ci nawet, ktuży piją obficie, wypacają tak prędko wodę, że mogą ją niemal w tej samej hwili ścierać rękoma ze skury. Było też do pżewidzenia, że wielu ludzi padnie w drodze z wyczerpania i od udeżeń słonecznyh. Staś hronił Nel, jak mugł, od słońca i nie pozwalał jej wyhylić się ani na hwilę spod palankinu, kturego daszek pokrył sztuką białego perkalu, aby go uczynić podwujnym. Na tyh ostatkah wody, kturą miał jeszcze w gumowej flaszce, zgotował jej mocnej herbaty i podał jej ostudzoną, bez cukru, albowiem słodycze zwiększają pragnienie. Dziewczynka nalegała na niego ze łzami, by napił się także, więc pżyłożył flaszkę do ust, w kturej pozostało zaledwie kilka naparstkuw wody i poruszając gardłem udawał, że ją pije. W hwili gdy poczuł na wargah wilgoć, zdawało mu się, że w piersiah i w żołądku ma płomień i jeśli tego płomienia nie ugasi, to padnie trupem. Pżed oczyma zaczęły mu latać czerwone plamy, a w szczękah doznał pżeraźliwego bulu, jakby mu kto wbijał w nie tysiące szpilek. Ręka drżała mu tak, że o mało nie rozlał tyh ostatnih kilku kropel. Jednakże tylko dwie lub tży shwytał na ustah językiem; resztę zahował dla Nel.

Upłynął znuw dzień męki i truduw, po kturym, na szczęście, noc pżyszła hłodniejsza. Lecz następnego rana żar uczynił się na świecie okropny. Nie było ani thnienia wiatru. Słońce jak zły duh niszczyło żywym ogniem zeshłą ziemię. Krańce widnokręgu pobielały. Jak okiem sięgnąć nie było widać nawet euforbii. Nic — tylko spalona, pusta ruwnina, pokryta kępami sczerniałej trawy i wżosuw. Kiedy niekiedy rozlegały się w niezmiernej odległości lekkie gżmoty, ale wobec pogodnego nieba nie zwiastowały one buży, jeno suszę.

O południu, gdy upał czyni się największy, tżeba się było zatżymać. Karawana rozłożyła się w głuhym milczeniu. Pokazało się, że padł jeden koń i kilkunastu pagazih zostało w drodze. W czasie wypoczynku nikt nie pomyślał o jedzeniu. Ludzie mieli zapadłe oczy i popękane wargi, a na nih zeshnięte grudki krwi. Nel dyszała jak ptak, więc Staś oddał jej gumową flaszkę i kżyknąwszy: „Piłem, piłem!” — uciekł w drugą stronę obozu, obawiał się bowiem, że jeśli zostanie, to odbieże jej tę wodę lub zażąda, by się z nim podzieliła. I to był może najbardziej bohaterski jego uczynek w ciągu podruży. Sam począł się męczyć jednak okropnie. Pżed oczyma latały mu ciągle czerwone płaty. Czuł ściskanie w szczękah tak silne, że i otwierał, i zamykał je z trudnością. Gardło miał suhe, piekące; nic śliny w ustah; język jakby drewniany. A pżecie dla niego i dla karawany był to dopiero początek męczarni.

Gżmoty zapowiadające suszę odzywały się ustawicznie na krańcah widnokręgu. Około godziny tżeciej, gdy słońce pżehyla się na zahodnią stronę nieba, Staś podniusł karawanę na nogi i ruszył na jej czele ku wshodowi. Ale szło teraz za nim zaledwie siedemdziesięciu ludzi, a i to co hwila kturyś z nih kładł się obok swego pakunku, aby już nie powstać. Upał zmniejszył się o kilka stopni, ale był jeszcze straszny. W nieruhomym powietżu unosił się jakby czad. Ludzie nie mieli czym oddyhać, a nie mniej poczęły cierpieć i zwieżęta. W godzinę po wyruszeniu padł znowu jeden koń. Saba robił bokami i ział; z wywieszonego sczerniałego języka nie spadła mu ani kropla piany. King, pżywykły do suhyh afrykańskih dżungli, cierpiał mniej widocznie, lecz począł być zły. Jego małe oczki połyskiwały jakimś dziwnym światłem. Stasiowi, a zwłaszcza Nel, ktura co jakiś czas pżemawiała do niego, odpowiadał jeszcze gulgotaniem, ale gdy Kali pżeszedł niebacznie koło niego, hżąknął groźnie i mahnął tak trąbą, że byłby go zabił, gdyby nie to, że hłopak odskoczył w porę na stronę.

Kali miał oczy zaszłe krwią, żyły na szyi rozdęte i wargi popękane tak jak i inni Murzyni. Koło godziny piątej zbliżył się do Stasia i tępym głosem, ktury z trudnością wyhodził mu z gardła, żekł:

— Panie wielki, Kali nie muc iść dalej. Nieh już tu nadejdzie noc.

A Staś pżemugł bul w szczękah i odpowiedział z wysiłkiem:

— Dobże. Stańmy. Noc pżyniesie ulgę.

— Pżyniesie śmierć — szepnął młody Murzyn.

Ludzie pozżucali z głuw ładunki, ale ponieważ gorączka w ih zgęstniałej krwi doszła już do najwyższego stopnia, więc tym razem nie pokładli się od razu na ziemię. Serca i tętna w skroniah, w rękah i nogah biły im tak, jakby miały pęknąć za hwilę. Skura na ciałah zsyhając się i kurcząc poczęła ih swędzić; w kościah odczuwali jakiś niesłyhany niepokuj, a we wnętżnościah i gardzielah ogień. Niektuży hodzili niespokojnie między pakunkami, innyh było widać dalej w czerwonyh promieniah zahodzącego słońca, jak kręcili się jeden za drugim wśrud suhyh kęp jakby czegoś poszukując — i trwało to doputy, dopuki siły ih nie wyczerpały się zupełnie. Wuwczas padali kolejno na ziemię, ale leżeli w drgawkah. Kali siadł w kucki pży Stasiu i Nel łowiąc otwartymi ustami powietże i jął powtażać błagalnie między jednym oddehem a drugim:

— Bwana kubwa, wody!

Staś patżał na niego szklanym wzrokiem i milczał.

— Bwana kubwa, wody! — a po hwili: — Kali umierać...

Wtedy Mea, ktura z niewiadomyh pżyczyn najłatwiej znosiła pragnienie i najmniej cierpiała ze wszystkih, zbliżyła się, siadła koło niego i objąwszy ramieniem jego szyję ozwała się cihym, melodyjnym głosem:

— Mea hce umżeć razem z Kalim.

Nastało długie milczenie.

 

Tymczasem słońce zaszło i noc pokryła okolicę. Niebo uczyniło się granatowe. W południowej jego stronie rozbłysnął kżyż. Nad ruwniną zamigotały roje gwiazd. Księżyc wydostał się spod ziemi i jął nasycać światłem ciemności, a na zahodzie rozciągnęła się nikłą i bladą zożą jasność zodiakalna. Powietże zmieniło się w jedną wielką świetlistą topiel. Coraz silniejszy blask zalewał okolicę. Palankin, o kturym zapomniano, na gżbiecie Kinga i namioty błyszczały tak jak błyszczą w jasne noce domy wybielone wapnem! Świat zapadał w ciszę; ziemię ogarniał sen.

A wobec tej ciszy i tego spokoju natury ludzie w obozie wili się z boleści i czekali na śmierć. Na srebżystym tle mroku rysowała się twardo olbżymia, czarna postać słonia. Promienie księżyca rozświecały prucz namiotuw białe ubrania Stasia i Nel, a wśrud kęp wżosuw — ciemne, pokurczone ciała Murzynów i porozżucane tu i uwdzie kupy pakunkuw. Pżed dziećmi siedział oparty na pżednih łapah Saba i podniusłszy głowę ku tarczy księżyca wył posępnie.

W duszy Stasia kołatały się tylko resztki myśli, zmienionyh w jedno głuhe, rozpaczliwe poczucie, że tym razem nie ma już żadnej rady, że te wszystkie niezmierne trudy i wysiłki, te cierpienia, te czyny woli i odwagi, kturyh dokonał w czasie strasznyh podruży od Medinet do Chartumu, od Chartumu do Faszody i od Faszody aż do nieznanego jeziora, nie pżydały się na nic i że pżyhodzi nieubłagany kres walki i życia. I wydało mu się to tym straszniejsze, że uw kres pżyhodził właśnie w czasie ostatniej drogi, na kturej końcu leżał ocean. Ah, nie doprowadzi już małej Nel do bżegu, nie odwiezie jej statkiem do Port-Saidu, nie odda jej panu Rawlisonowi, sam nie padnie w ramiona ojca i nie usłyszy z jego ust, że postępował jak dzielny hłopak i jak prawy Polak! Koniec, koniec! Za kilka dni słońce oświeci tylko martwe ciała, a potem wysuszy je na podobieństwo tyh mumii, kture w Egipcie śpią odwiecznym snem po muzeah.

Z męczarni i gorączki poczęło mu się mieszać w głowie. Nadlatywały nań pżedśmiertne widzenia i złudy słuhu. Słyszał wyraźnie głosy Sudańczyków i Beduinów, kżyczące „Yalla, yalla!” na rozpędzone wielbłądy. Widział Idrysa i Gebhra. Mahdi uśmiehał się do niego swymi grubymi wargami, pytając: „Czy hcesz napić się ze źrudła prawdy?...” Potem lew spoglądał na niego ze skały; potem Linde dawał mu słoik hininy i muwił: „Śpiesz się, śpiesz, bo mała umże!” A w końcu widział już tylko bladą, bardzo kohaną tważyczkę i dwie małe ręce, kture wyciągały się ku niemu.

Nagle drgnął i pżytomność wruciła mu na hwilę, albowiem tuż pży uhu zaszemrał mu cihy, podobny do jęku szept Nel:

— Stasiu... wody!

I ona, tak jak popżednio Kali, od niego tylko wyglądała ratunku.

Ale ponieważ pżed dwunastu godzinami oddał jej ostatnie krople, więc teraz zerwał się i zawołał głosem, w kturym drgał wybuh bulu, rozpaczy i rozżalenia:

— O Nel! jam udawał tylko, że piję! ja od tżeh dni nie miałem nic w ustah!

I hwyciwszy się rękoma za głowę uciekł, by nie patżeć na jej mękę. Biegł na oślep między kępami trawy i wżosuw doputy, dopuki siły nie opuściły go zupełnie i dopuki nie upadł na jedną z kęp. Był bez broni. Lampart, lew lub nawet wielka hiena znalazłyby w nim łatwy obłuw. Ale pżybiegł Saba, ktury obwąhawszy go począł znuw wyć, jakby wzywając teraz dla niego pomocy.

Nikt jednak nie spieszył z pomocą. Tylko z gury spoglądał na niego spokojny, obojętny księżyc. Długi czas hłopak leżał jak martwy. Otżeźwił go dopiero hłodniejszy powiew wiatru, ktury niespodzianie powiał, ze wshodu. Staś siadł i po hwili usiłował powstać, by wrucić do Nel.

Hłodniejszy wiatr wionął po raz drugi. Saba pżestał wyć i zwruciwszy się ku wshodowi począł łopotać nozdżami. Nagle szczeknął raz i drugi krutkim, urywanym basem i puścił się pżed siebie. Pżez jakiś czas nie było go słyhać, ale wkrutce ozwało się znuw w oddali jego szczekanie. Staś wstał i hwiejąc się na zdrętwiałyh nogah począł patżeć za nim. Długie podruże, długi pobyt w dżungli, konieczność tżymania w ciągłym napięciu wszystkih zmysłuw i ciągłe niebezpieczeństwa nauczyły hłopaka zwracać czujną uwagę na wszystko, co się koło niego dzieje, więc mimo męczarni, kturą w tej hwili odczuwał, mimo na wpuł pżytomnego umysłu, pżez instynkt i pżyzwyczajenie począł baczyć na zahowanie się psa. A Saba po upływie pewnego czasu zjawił się znowu pży nim, ale jakiś dziwnie poruszony i niespokojny. Kilkakrotnie podniusł na Stasia oczy, obiegł go wkoło, znuw zapuścił się, wietżąc i poszczekując, we wżosowisko, znuw wrucił, a wreszcie hwyciwszy hłopca za ubranie jął go ciągnąć w stronę pżeciwną od obozu.

Staś opżytomniał zupełnie.

„Co to jest? — myślał. — Albo pies z pragnienia dostał pomieszania zmysłuw, albo poczuł wodę. Ale nie!... Gdyby woda była blisko, byłby poleciał pić i miałby mokrą paszczę. Jeśli jest daleko, nie byłby jej zwietżył... woda nie ma zapahu... Do antylopy by mnie nie ciągnął, bo nie hciał jeść wieczorem. Do drapieżnikuw także nie... Więc co?”

I nagle serce poczęło mu bić w piersiah jeszcze mocniej.

„Więc może wiatr pżyniusł mu zapah ludzi... może... w dali jest jakaś wieś mużyńska?... może, ktury z latawcuw doleciał aż do... O, Chryste miłosierny! o, Chryste!...”

I pod wpływem błysku nadziei odzyskał siły i począł biec do obozu mimo oporu psa, ktury ustawicznie zabiegał mu drogę.

W obozie zabieliła mu się postać Nel i doszedł go jej słaby głos, po hwili potknął się o leżącego na ziemi Kalego, ale nie zważał na nic. Dobiegłszy do pakunku, w kturym były race, rozerwał go, wydobył jedną z nih, drżącymi rękami pżywiązał ją do bambusu, ktury wbił w rozpadlinę ziemi, skżesał ogień i zapalił zwieszający się u spodu rurki sznurek.

Po hwili czerwony wąż wyleciał z sykiem i zgżytem w gurę. Staś hwycił obu rękoma za bambus, by nie upaść, i wbił oczy w dal. Tętna w rękah i skroniah waliły mu młotem; usta poruszały się żarliwą modlitwą. Ostatnie thnienie, a w nim duszę całą wysyłał ku Bogu.

Upłynęła jedna minuta, druga, tżecia, czwarta. Nic i nic! Ręce hłopca opadły, głowa pohyliła się ku ziemi i niezmierny żal zalał mu umęczone piersi.

— Na prużno! na prużno! — szepnął. — Pujdę, siądę pży Nel i umżemy razem.

 

A wtem daleko, daleko, na srebrnym tle księżycowej nocy, ognista wstęga wzbiła się nagle ku guże i rozsypała się w złote gwiazdy, kture spadały z wolna jak wielkie łzy na ziemię.

— Ratunek!!! — kżyknął Staś.

I stało się, że ci pułmartwi pżed hwilą ludzie biegli teraz na wyścigi pżeskakując pżez kępy wżosuw i traw. Po pierwszej racy ukazała się druga i tżecia. Potem powiew pżyniusł odgłos jakby stukania, w kturym łatwo było odgadnąć dalekie stżały. Staś kazał dawać ognia ze wszystkih remingtonuw i odtąd rozmowa karabinuw nie pżerywała się wcale i stawała się coraz wyraźniejsza. Hłopiec siedząc na koniu, ktury odzyskał także jakby cudem siły, i tżymając pżed sobą Nel pędził pżez ruwninę ku zbawczym odgłosom. Obok biegł Saba, a za nimi dudnił olbżymi King.

Dwa obozy dzieliła pżestżeń kilku kilometruw, ale ponieważ z obu stron podążano ku sobie jednocześnie, więc cała droga nie trwała długo. Wkrutce stżały karabinowe było już nie tylko słyhać, lecz i widać. Jeszcze jedna raca wyleciała w powietże, nie dalej jak o kilkaset krokuw. Potem rozbłysły liczne światła. Lekka wyniosłość gruntu zakryła je na hwilę, lecz gdy Staś ją minął, znalazł się prawie tuż pżed szeregiem Murzynów tżymającyh w ręku pozapalane pohodnie.

Na czele szeregu szli dwaj Europejczycy w angielskih hełmah i z karabinami w ręku.

Staś od jednego żutu oka rozpoznał w nih kapitana Glena i doktora Clarego.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „W pustyni i w puszczy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)