Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › W pustyni i w puszczy

Rozdział XXXV

ROZDZIAŁ XXXV

Na drugi dzień popadywał trohę deszcz, ale że były i godziny pogody, więc Staś wybrał się wczesnym rankiem na zwiedzanie posiadłości i do południa obejżał wszystkie jej kąty doskonale. Pżegląd wypadł na oguł świetnie. Napżud, pod względem bezpieczeństwa, Góra Lindego była jakby wybranym miejscem w całej Afryce. Zbocza jej okazały się dostępne hyba dla szympansuw. Lwy ani pantery nie mogłyby się po nih wdrapać na szczytową płaszczyznę. Co do skalistego gżbietu, dość było umieścić pży wejściu Kinga, aby spać bezpiecznie na oba uszy. Staś doszedł do pżekonania, że potrafiłby się tu obronić nawet mniejszym oddziałom derwiszuw, gdyż droga wiodąca na gurę była tak wąska, że King zaledwie pżez nią pżeszedł — i człowiek uzbrojony w dobrą broń mugł nie pżepuścić żywego duha. W środku „wyspy” biło źrudło hłodnej, czystej jak kryształ wody, kture zmieniało się w strumień i biegnąc wężowato wśrud bananowyh gajuw spadało wreszcie ze stromego wiszaru do żeki, twożąc wąski, podobny do białej taśmy wodospad. W południowej stronie „wyspy” leżały pola pokryte bujnie maniokiem, kturego kożenie dostarczają Murzynom ulubionego pokarmu, a za polami wznosiły się grupy wyniosłyh niezmiernie palm kokosowyh z koronami w kształcie wspaniałyh piuropuszuw.

„Wyspę” otaczało może dżungli i widok z niej był ogromnie rozległy. Od wshodu siniało pasmo gur Karamojo. Na południu widać było też znaczne wyniosłości, kture, wnosząc z ih ciemnej barwy, musiały być pokryte lasem. Natomiast ze strony zahodniej wzrok leciał aż do granicy widnokręgu, na kturej dżungla stykała się z niebem. Staś dojżał jednakże za pomocą lunety Lindego liczne parowy i rozżucone żadko potężne dżewa, wznoszące się jak kościoły nad trawami. W miejscah, gdzie trawy nie wybujały jeszcze zbyt wysoko, nawet gołym okiem można było zobaczyć całe stada antylop i zebr lub gromady słoni i bawołuw. Tu i uwdzie żyrafy pruły szarozieloną powieżhnię dżungli, jak statki prują powieżhnię moża. Tuż nad żeką igrało kilkanaście kozłuw wodnyh a inne wynużały co hwila swe rogate łby z głębiny. Tam gdzie toń była spokojna, wyskakiwały nad nią co hwila owe ryby, kture łowił Kali, i migocąc jak srebrne gwiazdy w powietżu, zapadały na powrut w wodę. Staś obiecywał sobie pżyprowadzić tu, gdy się pogoda ustali, Nel i pokazać jej całą tę menażerię.

Na „wyspie” nie było natomiast żadnyh większyh zwieżąt, a za to moc motyli i ptakuw. Wielkie, białe jak śnieg papugi o czarnyh dziobah i żułtyh czubah pżelatywały nad kżakami gojawuw; drobne, cudnie upieżone „wdowy” kołysały się na cienkih łodygah manioku, mieniąc się i błyszcząc jak klejnoty, a z wysokih kokosuw dohodziły głosy kukułek afrykańskih i łagodne, podobne do jękuw gruhania turkawek.

Staś wracał z pżeglądu z radością w duszy: „Powietże jest zdrowe — muwił sobie — bezpieczeństwo zupełne, żywności w brud i pięknie jak w raju!” Wruciwszy do haty Nel pżekonał się, że jednak na wyspie znalazło się większe zwieżę, a nawet dwoje, gdyż mały Nasibu wykrył pżez ten czas w gęstwinie bananuw kozę z koźlęciem, kturyh nie zdołali zrabować derwisze. Koza była już trohę zdziczała, ale koźlę popżyjaźniło się natyhmiast z Nasibu, ktury niezmiernie dumny był ze swego odkrycia i z tego, że za jego pżyczyną bibi będzie miała teraz codziennie wyborne, świeże mleko.

 

— Co teraz będziemy robili, Stasiu? — zapytała pewnego dnia Nel, gdy już dobże zagospodarowali się na „wyspie”.

— Roboty jest mnustwo — odżekł hłopak, po czym rozstawiwszy palce jednej ręki począł wyliczać na nih wszystkie czekające ih prace:

— Napżud, Kali i Mea są poganami, a Nasibu, jako Zanzibarczyk, mahometaninem. Tżeba ih więc oświecić, nauczyć wiary i ohżcić. Po wture, tżeba nawędzić mięsa na pżyszłą podruż, a zatem muszę hodzić na polowanie; po tżecie, mając dużo broni i nabojuw hcę Kalego nauczyć stżelać, aby nas dwuh było do obrony; a po czwarte, hyba zapomniałaś o latawcah?

— O latawcah?

— Tak, kture będziesz kleiła albo, co jeszcze będzie lepiej, zszywała. I to będzie twoje zajęcie.

— Ja nie hcę się tylko bawić.

— Wcale też to nie będzie zabawa, ale robota, może najpożyteczniejsza ze wszystkih. Nie myśl też, te skończy się na jednym latawcu, bo musisz ih pżygotować z pięćdziesiąt albo i więcej.

— Ale na co tyle? — pytała rozciekawiona dziewczynka.

Więc Staś począł jej wyłuszczać swoje zamysły i nadzieje. Wypisze oto na każdym latawcu, jak się zowią, jak wyrwali się z rąk derwiszuw, gdzie są i dokąd idą. Wypisze także, że proszą o pomoc i o pżesłanie depeszy do Port-Saidu. Potem zaś będzie puszczał te latawce zawsze, gdy wiatr będzie wiał z zahodu na wshud.

— Wiele ih — muwił — upadnie niedaleko, wiele zatżymają gury, ale nieh hoć jeden doleci do bżegu i wpadnie w ręce europejskie — wuwczas jesteśmy ocaleni!

Nel zahwycona była pomysłem i oświadczyła, że z mądrością Stasia nawet King nie może się poruwnać. Była też zupełnie pewna, że mnustwo latawcuw doleci nawet do tatusiuw — i obiecywała kleić je od rana do wieczora. Radość jej była tak wielka, że Staś w obawie, by nie dostała gorączki, musiał hamować jej zapał.

I odtąd prace, o kturyh muwił Staś, rozpoczęły się na dobre. Kali, kturemu kazano nałapać jak najwięcej skaczącyh ryb, pżestał je łowić na wędkę, a natomiast użądził z cienkih bambusuw wysoki płot a raczej rodzaj kraty — i zastawę tę pżeciągnął w popżek żeki. W środku kraty był duży otwur. pżez ktury ryby musiały koniecznie pżepływać hcąc dostać się na wolną wodę. Otwur ten zastawiał Kali mocną siecią, uplecioną ze sznurkuw palmowyh; w ten sposub zapewnił sobie obfite codzienne połowy.

Napędzał zaś ryby do zdradzieckiej sieci za pomocą Kinga, ktury, wprowadzony w wodę, mącił ją i bużył tak niesłyhanie, że nie tylko owe srebrne skoczki, ale wszelkie inne stwożenia umykały, ile mogły, ku niezmąconej toni. Zdażały się z tego powodu i szkody, gdyż kilkakrotnie uciekające krokodyle pżewracały kratę, a czasem czynił to i sam King, żywiąc bowiem do krokodyluw jakąś wrodzoną nienawiść ścigał je, a gdy znalazł się na płytkih wodah, hwytał je trąbą, wyżucał na bżeg i rozdeptywał zawzięcie.

W sieci znajdowały się także często żułwie, z kturyh mali wygnańcy ważyli sobie wyborny rosuł. Kali oprawiał ryby i mięso ih suszył na słońcu, a pęheże odnosił do Nel, ktura rozcinała je, rozciągała na desce i zmieniała je jakby w ćwiartki papieru, tak duże jak dwie dłonie.

Pomagał jej w tym Staś i Mea, gdyż robota wcale nie była łatwa. Błonki były znacznie grubsze niż w pęheżah naszyh ryb żecznyh, ale po wysuszeniu stawały się niezmiernie kruhe. Staś dopiero po niejakim czasie odkrył, że należy je suszyć w cieniu. Hwilami jednak tracił cierpliwość i jeśli nie zażucił zamiaru robienia latawcuw z błon, to tylko dlatego, że uważał je za lżejsze od papierowyh i bardziej oporne na deszcz. Zbliżała się już wprawdzie suha pora roku, ale on nie był pewien, czy i podczas lata nie pżehodzą czasem deszcze, zwłaszcza w gurah.

Kleił jednak latawce i z papieru, kturego sporo znalazło się między żeczami Lindego. Pierwszy, duży i lekki, puszczony z wiatrem zahodnim, wzbił się od razu bardzo wysoko, a gdy Staś pżeciął sznurek, poleciał, porwany silnym prądem powietżnym, ku łańcuhowi gur Karamojo. Staś śledził jego lot za pomocą lunety, puki nie stał się tak mały jak motyl, jak muszka i puki nie roztopił się wreszcie w bladym błękicie nieba. Następnego dnia puścił inny, uczyniony już z rybih pęheży, ktury wzbił się jeszcze szybciej, ale zapewne z powodu pżezroczystości błon wkrutce zniknął zupełnie z oczu.

Nel pracowała nadzwyczaj gorliwie i w końcu małe jej paluszki stały się tak zręczne, że ani Staś, ani Mea nie mogli jej w robocie nadążyć. Sił jej teraz nie brakło. Zdrowy klimat Góry Lindego po prostu odrodził ją na nowo. Termin, w kturym mugł pżyjść tżeci, śmiertelny atak febry, minął stanowczo. Staś zaszył się tego dnia w gęstwinie bananuw i płakał z radości. Po dwuh tygodniah pobytu na guże zauważył, że dobre Mzimu wygląda zupełnie inaczej, niż wyglądało na dole w dżungli. Policzki jej popełniały; cera z żułtej i pżeźroczystej stała się na powrut rużana, a spod obfitej czupryny patżyły wesoło na świat oczy pełne blasku. Hłopiec błogosławił hłodne noce, pżeźroczystą zdrojową wodę, mąkę z suszonyh bananuw — i pżede wszystkim Lindego.

Sam wyhudł i sczerniał, co było dowodem, że febra się go nie ima, gdyż hoży na nią nie opalają się na słońcu, ale wyrusł i zmężniał. Ruh i praca fizyczna spotęgowały w nim dzielność i siłę. Muskuły jego rąk stały się jak stalowe. Był to naprawdę zahartowany już podrużnik afrykański. Polując codziennie i stżelając tylko kulami stał się też niezruwnanym stżelcem. Dzikih zwieżąt nie obawiał się już wcale, albowiem zrozumiał, że kudłatym lub cętkowanym myśliwcom w dżungli niebezpieczniej jest z nim się spotkać niż jemu z nimi. Raz zabił jednym stżałem wielkiego nosorożca, ktury, zbudzony z dżemki pod akacją, szarżował na niego niespodzianie. Z napastliwyh bawołuw afrykańskih, kture rozpraszają czasem całe karawany, nic sobie nie robił.

Oboje z Nel, prucz klejenia latawcuw i obok innyh codziennyh zajęć, zabrali się także do nawracania Kalego, Mei i Nasibu. Ale poszło to trudniej, niż się spodziewali. Czarna trujka słuhała jak najhętniej nauk, ale pojmowała je na swuj, właściwy Murzynom, sposub. Gdy Staś opowiadał im o stwożeniu świata, o raju i o wężu, szło jeszcze nieźle, ale gdy doszedł do tego, jak Kain zabił Abla, Kali mimo woli pogłaskał się po żołądku i zapytał z całym spokojem:

— A czy go potem zjadł?

Czarny hłopak twierdził wprawdzie zawsze, że Wa-hima nigdy ludzi nie jedzą, ale widocznie pamięć o tym pozostała jeszcze jako narodowa tradycja między nimi.

Nie mugł ruwnież zrozumieć, dlaczego Pan Bóg nie zabił złego Mzimu — i wielu podobnyh żeczy. Pojęcia o złem i dobrem miał także aż nadto afrykańskie, wskutek czego między nauczycielem a uczniem zdażyła się pewnego razu taka rozmowa:

— Powiedz mi — zapytał Staś — co to jest zły uczynek?

— Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy — odpowiedział po krutkim namyśle — to jest zły uczynek.

— Doskonale! — zawołał Staś — a dobry?

Tym razem odpowiedź pżyszła bez namysłu:

— Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.

Staś był zbyt młody, by zmiarkować, że podobne poglądy na złe i dobre uczynki wygłaszają i w Europie — nie tylko politycy, ale i całe narody.

Jednakże powoli, powoli rozjaśniało się w czarnyh głowah, a to, czego nie mogły pojąć głowy, hwytały gorące serca. Po pewnym czasie można już było pżystąpić do hżtu, ktury odbył się bardzo uroczyście. Rodzice hżestni ofiarowali każdemu z dzieci po cztery dotis białego perkalu i po biczu niebieskih paciorkuw. Mea czuła się wszelako nieco zawiedziona, albowiem w naiwności duha rozumiała, że po hżcie wybieleje natyhmiast na niej skura, i wielkie było jej zdziwienie, gdy spostżegła, że pozostała czarna jak i pżedtem. Nel pocieszyła ją jednak zupełnie zapewnieniem, że ma teraz duszę białą.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „W pustyni i w puszczy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)