Biblioteka › W pustyni i w puszczy
Rozdział XXII
ROZDZIAŁ XXII
Zanim Staś i młody Murzyn poodciągali na boki wąwozu zabityh Arabów i ciężkie cielsko lwa, słońce zniżyło się jeszcze i wkrutce miała zapaść noc. Ale niepodobna było nocować w sąsiedztwie trupuw, więc hociaż Kali ukazując na zabitego zwieża głaskał się po piersiah i powtażał mlaskając językiem: „Msuri nyama” (dobre, dobre mięso), Staś nie dał mu się zająć „nyamą”, a natomiast kazał mu łapać konie, kture pouciekały po stżałah. Czarny hłopak wywiązał się z tego nadzwyczaj zręcznie, zamiast bowiem gonić je wąwozem, w kturym to razie byłyby uciekały coraz dalej, wdrapał się na gurę i skracając sobie drogę pżez wymijanie zakrętuw, zabiegł spłoszonym rumakom drogę od pżodu. W ten sposub shwytał z łatwością dwa, a dwa inne napędził na Stasia. Tylko koni Gebhra i Chamisa nie można już było odszukać, ale i tak pozostały cztery, nie licząc objuczonego namiotem i żeczami kłapouha, ktury wobec tragicznyh wypadkuw okazał prawdziwie filozoficzny spokuj. Znaleziono go za zakrętem, szczypiącego dokładnie, ale bez pośpiehu, trawę rosnącą na dnie wąwozu.
Mieżyny sudańskie pżyzwyczajone są w ogule do widoku dzikih zwieżąt, ale boją się lwuw, było więc sporo trudności z pżeprowadzeniem ih obok skały, pży kturej czerniała kałuża krwi. Konie hrapały rozdymając nozdża i wyciągając szyje ku zakrwawionym kamieniom, wszelako gdy osioł pżystżygłszy tylko nieco uszyma pżeszedł spokojnie, pżeszły i one. Noc była tuż, ujehali jednak około kilometra i zatżymali się dopiero w miejscu, w kturym wąwuz rozszeżał się znuw w małą, amfiteatralną dolinkę, porośniętą gęsto cierniem i kżewami kolczastej mimozy.
— Panie — żekł młody Murzyn — Kali napalić ogień, duży ogień!
I wziąwszy sudański, szeroki miecz, ktury zdjął był z trupa Gebhra, począł ścinać nim ciernie, a nawet i większe dżewka. Po napaleniu ognia ścinał jeszcze, puki nie nagromadził tak wielkiego zapasu, że mogło wystarczyć go na całą noc.
Po czym obaj ze Stasiem ustawili namiocik dla Nel pod wysoką prostopadłą ścianą doliny, a następnie otoczyli go pułkolistym, szerokim i wysokim kolczastym płotem, czyli tak zwaną zeribą. Staś wiedział z opisuw afrykańskih wędruwek, że podrużnicy ubezpieczają się w ten sposub pżed napadami dzikih zwieżąt. Konie jednak nie mogły się za płotem pomieścić, więc hłopcy rozkulbaczywszy je i zdjąwszy z nih naczynia blaszane i worki popętali je tylko, by nie oddaliły się zanadto w poszukiwaniu trawy lub wody. Mea znalazła zresztą wodę w pobliżu, we wgłębieniu skalnym twożącym jakby mały basen, pod pżeciwległymi skałami. Było jej sporo, tak że starczyło i dla koni, i na ugotowanie pentarek, zastżelonyh rano pżez Chamisa. W jukah, kture wraz z namiotem dźwigał osioł, znalazło się też około tżeh garncy durry i kilka garści soli oraz wiązka suszonyh kożeni manioku.
Starczyło więc na obfitą wieczeżę. Kożystali z niej jednak pżeważnie tylko Kali i Mea. Młody Murzyn, kturego Gebhr głodził w okropny sposub, zjadł taką ilość pokarmu, jaka mogła nasycić dwuh ludzi. Ale też był za to całym sercem wdzięczny swoim nowym państwu i natyhmiast po wieczeży padł na tważ pżed Stasiem i Nel na znak, że pragnie do końca życia zostać ih niewolnikiem, a następnie złożył ruwnie pokorną czołobitność stżelbie Stasia rozumiejąc widocznie, że bezpieczniej jest zjednać sobie łaskę tak groźnego nażędzia. Po czym oświadczył, że podczas snu „pana wielkiego” i bibi będzie czuwał na pżemian z Meą, by ogień nie zgasł — i siadł pży nim w kucki mrucząc z ciha coś w rodzaju piosenki, w kturej powtażały się co hwila wyrazy: „Simba kufa! simba kufa!”, co znaczy w języku ki-swahili: lew zabity.
Ale „panu wielkiemu” ani małej bibi nie było do snu. Nel na wielkie prośby Stasia pżełknęła zaledwie parę kawałkuw pentarki i kilka ziarnek rozgotowanej durry. Muwiła, że nie hce się jej ani jeść, ani spać, tylko pić. Stasia hwyciła obawa, czy nie dostała gorączki, ale pżekonał się, że ręce ma hłodne, a nawet aż nadto zimne. Namuwił ją jednak, aby weszła pod namiot, gdzie pżygotował dla niej posłanie, obszukawszy wpierw starannie, czy w trawie nie ma skorpionuw. Sam siadł na kamieniu ze sztucerem w ręku, by bronić jej od napadu dzikih zwieżąt, w razie gdyby ogień okazał się niedostateczną obroną. Ogarnęło go niezmierne zmęczenie i wyczerpanie. W duszy powtażał sobie: „Zabiłem Gebhra i Chamisa, zabiłem Beduinów, zabiłem lwa i jesteśmy wolni.” Ale było to tak, jakby te słowa szeptał mu kto inny i jakby on sam nie rozumiał dobże, co to znaczy. Miał tylko poczucie, że są wolni, ale że stało się zarazem coś okropnego, co napełniało go niepokojem i pżygniatało na piersi jak ciężki kamień. Wreszcie myśli poczęły mu drętwieć. Długi czas patżył na wielkie ćmy krążące nad płomieniem, a w końcu jął kiwać się i dżemać. Kali dżemał także, ale budził się co hwila i dożucał gałęzi do ognia.
Noc uczyniła się głęboka i co żadko zdaża się pod zwrotnikami, bardzo ciha. Słyhać tylko było tżask płonącyh cierni i syczenie płomienia, ktury rozświecał zatoczone pułkolem wiszary skalne. Księżyc nie rozjaśniał głębin wąwozu, ale w guże migotały roje nieznanyh gwiazd. Powietże stało się tak hłodne, że Staś zbudził się, otżąsnął senne odrętwienie i począł troszczyć się o to, czy hłud nie dokuczy małej Nel.
Lecz uspokoił się pżypomniawszy sobie, że zostawił jej pod namiotem na wojłokah pled, ktury Dinah zabrała jeszcze z Fajumu. Pżyszło mu też na myśl, że jadąc od samego Nilu ciągle, lubo nieznacznie, pod gurę, musieli pżez tyle dni zajehać już dość wysoko, a zatem do krajuw, w kturyh febra nie grozi już tak jak w niskim łożysku żeki. Dojmujący hłud nocny zdawał się potwierdzać to pżypuszczenie.
I myśl ta dodała mu otuhy. Podszedł na hwilę pod namiot, by posłuhać, czy Nel śpi spokojnie, po czym wrucił, siadł bliżej ognia i znuw począł dżemać, a nawet zasnął głęboko.
Nagle zbudziło go warczenie Saby, ktury popżednio ułożył się do snu tuż pży jego nogah.
Kali ocknął się także i obaj poczęli spoglądać niespokojnie na brytana, ktury wyciągnięty jak struna, nastawił uszy i łopocąc nozdżami wietżył w stronę, z kturej pżybyli, wpatrując się zarazem w ciemność. Sierść zjeżyła mu się na karku i gżbiecie, a piersi wzdymały się od powietża, kture warcząc wciągał w płuca.
Młody niewolnik dożucił co prędzej suhyh gałęzi na ogień.
— Panie — szeptał — wziąć stżelbę! wziąć stżelbę!
Staś wziął stżelbę i wysunął się pżed ogień, by widzieć lepiej mroczną głąb wąwozu. Warczenie Saby zmieniło się w urywane poszczekiwanie. Pżez długą hwilę nie było nic słyhać, po czym jednakże do uszu Kalego i Stasia doleciał z odległości głuhy tętent, jakby jakieś wielkie zwieżęta biegły szybko w stronę ognia. Tętent uw odbijał się wśrud ciszy ehem o skalne ściany i stawał się coraz głośniejszy.
Staś zrozumiał, że zbliża się śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale co to być mogło? Może bawoły, może jaka para nosorożcuw, ktura szuka wyjścia z wąwozu? W takim razie, jeśli huk stżału nie spłoszy ih i nie zawruci, nic nie uratuje karawany, albowiem zwieżęta te, nie mniej złośliwe i napastnicze od drapieżnyh nie boją się ognia i roztratują wszystko po drodze...
Gdyby to był jednak jaki oddział Smaina, ktury, natknąwszy się na trupy w wąwozie, ściga mordercuw? Staś sam nie wiedział, co byłoby lepsze — prędka śmierć czy nowa niewola? Pżebiegło mu pży tym pżez głowę, że jeżeli sam Smain znajdzie się w oddziale, to ih może oszczędzi, ale jeśli go nie ma, to derwisze albo zamordują ih natyhmiast, albo co gożej, umęczą ih pżed śmiercią w okrutny sposub. „Ah — pomyślał — daj Boże, żeby to były zwieżęta, nie ludzie!”
Tymczasem tętent rusł i zmienił się w gżmot kopyt — aż na koniec z ciemności wyłoniły się błyszczące oczy, rozdęte hrapy i rozwiane od biegu gżywy.
— Konie! — zawołał Kali.
Jakoż były to konie Gebhra i Chamisa. Pżybiegły oba w dzikim pędzie, gnane widocznie trwogą, lecz wpadłszy w krąg światła i ujżawszy swyh popętanyh toważyszuw wspięły się na zadnih nogah, po czym parskając zaryły się kopytami w ziemię i pozostały pżez hwilę nieruhome.
Lecz Staś nie odjął stżelby od tważy. Był pewien, że za końmi wyhyli się lada hwila kudłata głowa lwa lub płaska czaszka pantery. Ale czekał na prużno. Konie uspokajały się z wolna, a co więcej, Saba pżestał po niejakim czasie wietżyć, natomiast okręciwszy się kilkakrotnie na miejscu, jak czynią zwykle psy, położył się, zwinął w kułko i zamknął oczy. Widocznie jeśli jaki zwież drapieżny ścigał konie, to poczuwszy dym lub zobaczywszy odblask ognia na skałah, cofnął się z daleka.
— Musiało jednak coś mocno je nastraszyć — żekł do Kalego Staś — skoro nie bały się pżebiec obok trupuw ludzi i lwa.
— Panie — odżekł hłopak. — Kali domyślać się, co się stało. Dużo, dużo hien i szakali wejść do wąwozu i iść do trupuw. Konie pżed nimi uciekać, ale hieny ih nie gonić, bo one jeść Gebhra i tamtyh innyh...
— Być może; ale ty teraz idź, rozsiodłaj konie, zabież naczynia i worki i pżynieś tu. A nie buj się, bo stżelba cię obroni.
— Kali się nie bać — odpowiedział hłopak.
I rozsunąwszy nieco cierni pży samej skale, wysunął się za zeribę, a tymczasem wyszła z namiotu Nel.
Saba podniusł się natyhmiast i trącając ją nosem, upominał się o zwykłe pieszczoty. Ale ona wyciągnąwszy zrazu rękę cofnęła ją natyhmiast jakby ze wstrętem.
— Stasiu, co się stało? — spytała.
— Nic. Pżybiegły tamte konie. Czy to ih tętent cię rozbudził?
— Obudziłam się już pżedtem i hciałam nawet wyjść z namiotu, ale...
— Ale co?
— Myślałam, że się może rozgniewasz.
— Ja? na ciebie?
A Nel podniosła oczy i poczęła na niego spoglądać jakimś szczegulnym wzrokiem, takim, jakim nie patżyła nigdy pżedtem. Po tważy Stasia pżemknęło wielkie zdziwienie, albowiem w jej słowah i spojżeniu wyczytał wyraźnie obawę.
„Ona się mnie boi!” — pomyślał.
I w pierwszej hwili odczuł jakby pżebłysk zadowolenia. Pohlebiła mu myśl, że po tym, czego dokonał, nawet Nel uważa go nie tylko za człowieka zupełnie dorosłego, ale za groźnego wojownika rozsiewającego wokuł trwogę. Ale trwało to krutko, albowiem niedola rozwinęła w nim umysł i dar spostżegawczy, pomiarkował pżeto, że w zaniepokojonyh oczah dziewczynki widać obok trwogi jakby odrazę do tego, co się stało, do tej pżelanej krwi i do tej okropności, kturej była dziś świadkiem — pżypomniał sobie, jak pżed hwilą cofnęła rękę nie hcąc pogłaskać Saby, ktury dodusił jednego z Beduinów. Tak! Staś sam czuł pżecie na piersiah zmorę. Inna żecz była czytać w Port-Saidzie o traperah amerykańskih zabijającyh na Dalekim Zachodzie tuzinami czerwonoskuryh Indian, a inna dokonać tego osobiście i widzieć żywyh pżed hwilą ludzi hrapiącyh w drgawkah wśrud kałuż krwi. Tak! Nel ma niezawodnie w sercu pełno lęku, ale zaruwno i odrazy, ktura w niej pozostanie na zawsze. „Będzie się mnie bała — pomyślał Staś — ale w głębi serca, mimo woli, nie pżestanie mieć mi tego za złe i to będzie moja zapłata za to wszystko, com dla niej zrobił.”
Na tę myśl wielka gorycz wezbrała mu w piersiah, albowiem zdawał sobie doskonale sprawę, że gdyby nie Nel, to już dawno albo zostałby zabity, albo byłby uciekł. Dla niej więc pżecierpiał to wszystko, co pżecierpiał, a te męki i głody na to tylko się pżydały, że oto teraz stoi pżed nim spłoszona, jakby nie ta sama, mała siostżyczka i wznosi ku niemu oczy nie z dawną ufnością, ale ze zdziwionym lękiem. Staś uczuł się nagle bardzo nieszczęśliwy. Po raz pierwszy w życiu zrozumiał, co to jest rozżalenie. Łzy napływały mu mimo woli do oczu i gdyby nie to, że „groźnemu wojownikowi” żadną miarą nie wypadało się rozpłakać, byłby to może uczynił.
Pohamował się jednak i zwruciwszy się do dziewczynki zapytał:
— Czy ty się boisz, Nel?...
A ona odpowiedziała ciho:
— Jakoś... tak straszno!
Na to Staś kazał Kalemu pżynieść wojłoki spod siodeł i nakrywszy jednym z nih kamień, na kturym popżednio dżemał, drugi rozesłał na ziemi i żekł:
— Siądź tu pży mnie koło ognia... Prawda, jaka noc hłodna? Jeśli sen cię zmoży, to opżesz o mnie głowę i zaśniesz.
Nel zaś powtużyła:
— Jakoś tak straszno!...
Staś owinął ją starannie pledem i pżez czas jakiś siedzieli w milczeniu, wsparci o siebie i oświeceni rużowym blaskiem, ktury pełgał po skałah i iskżył się migotliwie na blaszkah miki, kturymi upstżone były kamienne złomy.
Za zeribą słyhać było parskanie koni i hżęst trawy w ih zębah.
— Słuhaj, Nel — ozwał się Staś — ja musiałem to zrobić... Gebhr zagroził, że nas zakłuje, jeśli lew nie popżestanie na Kalim, i będzie ih dalej gonił. Słyszałaś?... Pomyśl, że zagroził tym nie tylko mnie, ale i tobie. I byłby to zrobił! Ja powiem ci szczeże, że gdyby nie ta groźba, to jednak, hoć myślałem już o tym dawniej, nie byłbym do nih stżelał. Myślę, że nie mugłbym... Ale on pżebrał miarę. Widziałaś, jak okropnie znęcał się pżedtem nad Kalim. A Chamis? jakże on nikczemnie nas zapżedał. Pży tym czy wiesz. co by się stało, gdyby oni nie byli znaleźli Smaina? Oto Gebhr zacząłby się znęcać tak samo nad nami... nad tobą. Okropność pomyśleć, że biłby cię korbaczem i byłby nas oboje zamęczył, a po naszej śmierci wruciłby sobie do Faszody i powiedział, żeśmy pomarli z febry... Ja, Nel, nie z żadnego okrucieństwa tak zrobiłem, ale musiałem myśleć o tym, jak by cię uratować... O ciebie tylko mi hodziło...
I w głosie jego odbiło się wyraźnie to rozżalenie, kture pżepełniało mu serce. Nel zrozumiała to widocznie, gdyż pżytuliła się do niego mocniej, on zaś opanowawszy hwilowe wzruszenie tak muwił dalej:
— Ja się pżecie nie zmienię i będę cię stżegł i pilnował jak popżednio. Puki oni żyli, nie było żadnej nadziei ratunku. Teraz możemy uciec do Abisynii. Abisyńczycy są czarni i dzicy, ale hżeścijanie i niepżyjaciele derwiszuw. Byleś była zdrowa, to nam się to uda, bo do Abisynii nie jest bardzo daleko. A hoćby nam się nawet nie udało, hoćbyśmy wpadli w ręce Smaina, to nie myśl, że on się będzie na nas mścił. On nigdy w życiu nie widział ani Gebhra, ani Beduinów; znał tylko Chamisa, ale co mu tam Chamis! Możemy pży tym nie muwić wcale Smainowi, że Chamis z nami był. Jeśli nam się uda pżedostać do Abisynii, to będziemy ocaleni, a jeśli nie, to i w takim razie nie będzie ci gożej, tylko lepiej, bo takih okrutnikuw jak tamci nie ma hyba więcej na świecie... Nie buj się ty mnie, Nel!...
I hcąc wzbudzić jej zaufanie, a zarazem dodać otuhy, począł ją głaskać po płowej głuwce. Dziewczynka słuhała podnosząc nieśmiało na niego oczy. Widoczne było, że hce coś powiedzieć, ale się ociąga i waha — i obawia. Na koniec shyliła głowę, tak że włosy zakryły całkiem jej tważ, i zapytała jeszcze ciszej niż popżednio i trohę drżącym głosem:
— Stasiu...
— Co, kohanie?
— A oni tu nie pżyjdą?...
— Kto? — zapytał ze zdziwieniem Staś.
— Tamci... zabici?
— Co ty muwisz, Nel?...
— Boję się! boję się!...
I pobladłe usta poczęły się jej tżąść.
Zapadło milczenie. Staś nie wieżył, by zabici mogli zmartwyhwstać, ale ponieważ była noc i ciała ih leżały niedaleko, więc uczyniło mu się jakoś dziwnie nieswojo: dreszcz pżebiegł mu po plecah.
— Co ty muwisz, Nel? — powtużył. — To Dinah nauczyła cię bać się duhuw... Umarli nie...
I nie skończył, bo w tej hwili stało się coś pżerażającego. Oto wśrud ciszy nocnej w głębiah wąwozu, w tej stronie, gdzie leżały trupy, rozległ się nagle jakiś nieludzki okropny śmieh, w kturym drgała rozpacz i radość, i okrucieństwo, i bul, i łkanie, i szyderstwo — rozdzierający i spazmatyczny śmieh obłąkanyh lub potępieńcuw.
Nel kżyknęła i z całyh sił objęła Stasia ramionami. A jemu wszystkie włosy stanęły dębem. Saba zerwał się i począł warczeć.
Lecz siedzący opodal Kali podniusł spokojnie głowę i żekł prawie wesoło:
— To hieny śmiać się z Gebhra i z lwa.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „W pustyni i w puszczy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.