Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka

Treny

Treny

Treny — nota edytorska

Tekst Trenów został tu podany według drugiego wydania, ostatniego opublikowanego za życia poety, kture ukazało się w roku 1583 w Drukarni Łazarzowej w Krakowie. Tekst pżygotowałem zgodnie z kryteriami zawartymi w opracowaniu Zasady wydawania tekstuw staropolskih. Projekt — typ B (edycje popularnonaukowe), Wrocław 1955. Zdecydowałem się jednak zahować pewne cehy językowe, kturyh nie uwzględnia się w edycjah popularnonaukowyh, zwłaszcza dawne końcuwki fleksyjne i większość dawnyh form ortograficznyh.

Edycja utworu nie opiera się w całości na żadnym z wydań wspułczesnyh, hoć uwzględniono zaruwno rozstżygnięcia zawarte w edycji opracowanej w ramah sejmowego wydania Dzieł wszystkih Kochanowskiego pżez Marię Renatę Mayenową, Lucynę Woronczakową oraz Jerzego Axera i Marię Cytowską, jak i wydaniu pżygotowanym pżez Janusza Pelca dla serii Biblioteki Narodowej.

Pży twożeniu komentaża obok wyżej wspomnianyh wydań bardzo pomocna była wcześniejsza edycja Trenów w serii Biblioteki Narodowej w opracowaniu Tadeusza Sinki, a także podstawowe słowniki, w tym Słownik polszczyzny XVI wieku oraz — w zakresie wyjaśnień historyczno-mitologicznyh — wspułczesne wydania klasycznego Dictionary of Phrase and Fable Ebenezera Cobhama Brewera.

Gwiazdką oznaczono wyrazy, kture są używane do dziś, ale kturyh znaczenie w 

Trenah

jest odmienne od znaczenia obecnego.

 

prof. dr hab. Piotr Wilczek
Uniwersytet Warszawski, Instytut Badań Interdyscyplinarnych ”Artes Liberales”

[Motto i dedykacja]

Tales sunt hominum mentes, quali pater ipse 
Juppiter auctiferas lustravit lumine terras. 
 
ORSZULI KOCHANOWSKIEJ, 
WDZIĘCZNEJ, UCIESZONEJ, NIEPOSPOLITEJ DZIECINIE, KTURA CNUT WSZYTKIH I DZIELNOŚCI PANIEŃSKIH POCZĄTKI WIELKIE POKAZAWSZY, NAGLE, NIEODPOWIEDNIE, W NIEDOSZŁYM WIEKU SWOIM, Z WIELKIM A NIEZNOŚNYM RODZICUW SWYH ŻALEM ZGASŁA, JAN KOCHANOWSKI, NIEFORTUNNY OCIEC, SWOJEJ NAMILSZEJ DZIEWCE ZŁZAMI NAPISAŁ. 
NIE MASZ CIĘ, ORSZULO MOJA. 
 

Tren I. (Wszytki płacze, wszytki łzy Heraklitowe...)

Wszytki płacze, wszytki łzy Heraklitowe 
I lamenty, i skargi Symonidowe, 
Wszytki troski na świecie, wszytki wzdyhania 
I żale, i frasunki, i rąk łamania, 
Wszytki a wszytki zaraz w dom sie muj noście, 
A mnie płakać mej wdzięcznej dziewki pomoście, 
Z kturą mię niepobożna śmierć rozdzieliła 
I wszytkih moih pocieh nagle zbawiła. 
Tak więc smok, upatżywszy gniazdo kryjome, 
Słowiczki lihe zbiera, a swe łakome 
Gardło pasie; tym czasem matka szczebiece 
Uboga, a na zbujcę co raz sie miece. 
Pruzno, bo i na samę okrutnik zmieża, 
A ta nieboga ledwe umyka pieża. 
«Pruzno płakać» — podobno drudzy żeczecie. 
Cuż, pże Bóg żywy, nie jest pruzno na świecie? 
Wszystko pruzno; macamy, gdzie miękcej w żeczy, 
A ono wszędy ciśnie: błąd wiek człowieczy. 
Nie wiem, co lżej: czy w smutku jawnie żałować, 
Czyli sie z pżyrodzeniem gwałtem mocować. 
 

Tren II. (Jeślim kiedy nad dziećmi piurko miał zabawić...)

Jeslim kiedy nad dziećmi piurko miał zabawić, 
A kwoli temu wieku lekkie rymy stawić, 
Bodajżebyh był raczej kolebkę kołysał 
I z drugiemi nieważne mamkom pieśni pisał, 
Kturemi by dziecinki noworodne spiły 
I swoih wyhowańcuw lamenty toliły. 
Takie fraszki mnie zbierać pożyteczniej było, 
Niżli, w co mię nieszczeście moje dziś wprawiło, 
Płakać nad głuhym grobem mej wdzięcznej dziewczyny 
I skarżyć sie na srogość ciężkiej Prozerpiny. 
Alem użyć w obojgu jednakiej wolności 
Nie mugł — owom ominął, jako w dordzałości 
Dowcipu coś ranego, na to mię pżygoda 
Gwałtem wbiła i moja nienagrodna szkoda. 
Ani mi teraz łacno dowiadać sie o tym, 
Jaka mię z płaczu mego czeka cześć na potym. 
Nie hciałem żywym śpiewać, dziś umarłym muszę, 
A cudzej śmierci płacząc, sam swe kości suszę. 
Pruzno to; jakie szczeście ludzi naszladuje, 
Tak w nas albo dobrą myśl, albo złą sprawuje. 
O prawo kżywdy pełne! O znikomyh cieni 
Sroga, nieubłagana, nieużyta ksieni! 
Tak li moja Orszula, jeszcze żyć na świecie 
Nie umiawszy, musiała w ranym umżeć lecie? 
I nie napatżawszy sie jasności słonecznej, 
Poszła nieboga widzieć krajuw nocy wiecznej. 
A bodaj ani była świata oglądała, 
Co bowiem więcej, jedno rud a śmierć poznała. 
A miasto pocieh, kture winna z czasem była 
Rodzicom swym, w ciężkim je smutku zostawiła. 
 

Tren III. (Wzgardziłaś mną, dziedziczko moja ucieszona...)

Wzgardziłaś mną, dziedziczko moja ucieszona. 
Zdałać sie ojca twego bażiej uszczuplona 
Ojczyzna, niżlibyś ty pżestać na niej miała; 
To prawda, żeby była nigdy nie zrownała 
Z ranym rozumem twoim, z pięknemi pżymioty, 
Z ktoryh sie już znaczyły twoje pżyszłe cnoty 
O słowa, o zabawo, o wdzięczne ukłony, 
Jakożem ja dziś po was wielce zasmęcony. 
A ty, pocieho moja, już mi sie nie wrucisz 
Na wieki ani mojej tesknice okrucisz. 
Nie lza, nie lza, jedno sie za tobą gotować, 
A stopeczkami twemi ciebie naszladować. 
Tam cię ujźżę, da Pan Bóg, a ty więc z drogiemi 
Żuć sie ojcu do szyje ręczynkami swemi. 
 

Tren IV. (Zgwałciłaś, niepobożna śmierci, oczy moje...)

Zgwałciłaś, niepobożna śmierci, oczy moje, 
Żem widział umierając miłe dziecię swoje. 
Widziałem, kiedyś tżęsła owoc niedordzały, 
A rodzicom nieszczesnym serca sie krajały. 
Nigdyć by ona była bez wielkiej żałości 
Mojej umżeć nie mogła, nigdy bez ciężkości 
I serdecznego bolu, w kturymkolwiek lecie 
Mnie by smutnego była odbiegła na świecie; 
Alem ja już z jej śmierci nigdy żałościwszy, 
Nigdy smutniejszy nie mugł być ani teskliwszy. 
A ona (by był Bóg hciał) dłuższym wiekiem swoim 
Siła pocieh pżymnożyć mogła oczom moim. 
A pżynamniej tym czasem mogłem był odprawić 
Wiek swuj i Persefonie ostatniej sie stawić, 
Nie uczuwszy na sercu tak wielkiej żałości, 
Kturej ruwnia nie widzę w tej tu śmiertelności. 
Nie dziwuję Nijobie, że na martwe ciała 
Swoih namilszyh dziatek patżąc, skamięniała. 
 

Tren V. (Jako oliwka mała pod wysokim sadem...)

Jako oliwka mała pod wysokim sadem 
Idzie z ziemie ku guże macieżyńskim szladem, 
Jeszcze ani gałązek, ani listkuw rodząc, 
Sama tylko dopiro szczupłym prątkiem wshodząc; 
Tę, jesli ostre ciernie lub rodne pokżywy 
Upżątając, sadownik podciął ukwapliwy, 
Mdleje zaraz, a zbywszy siły pżyrodzonej, 
Upada pżed nogami matki ulubionej. 
Takci sie mej namilszej Orszuli dostało: 
Pżed oczyma rodzicuw swoih rostąc, mało 
Od ziemie sie co wzniuswszy, duhem zaraźliwym 
Srogiej śmierci othniona, rodzicom troskliwym 
U nug martwa upadła. O zła Persefono, 
Mogłażeś tak wielu łzam dać upłynąć płono? 
 

Tren VI. (Ucieszna moja śpiewaczko, Safo słowieńska...)

Ucieszna moja śpiewaczko, Safo słowieńska, 
Na kturą nie tylko moja cząstka ziemieńska, 
Ale i lutnia dziedzicznym prawem spaść miała; 
Tęś nadzieję już po sobie okazowała, 
Nowe piosnki sobie twożąc, nie zamykając 
Ustek nigdy, ale cały dzień pżeśpiewając, 
Jako więc lihy słowiczek w kżaku zielonym 
Całą noc pżeśpiewa gardłkiem swym ucieszonym. 
Prędkoś mi nazbyt umilkła, nagle cię sroga 
Śmierć spłoszyła, moja wdzięczna szczebiotko droga. 
Nie nasyciłaś myh uszu swymi piosnkami 
I tę trohę teraz płacę sowicie łzami. 
A tyś ani umierając śpiewać pżestała, 
Lecz matkę ucałowawszy, takeś żegnała: 
«Już ja tobie, moja matko, służyć nie będę 
Ani za twym wdzięcznym stołem miejsca zasiędę; 
Pżyjdzie mi klucze położyć, samej precz jehać, 
Domu rodzicuw swyh miłyh wiecznie zaniehać». 
To, i czego żal ojcowski nie da serdeczny 
Pżypominać więcej, był jej głos ostateczny. 
A matce, słysząc żegnanie tak żałościwe, 
Dobre serce, że od żalu zostało żywe. 
 

Tren VII. (Nieszczęsne ohędustwo, żałosne ubiory...)

Nieszczesne ohędustwo, żałosne ubiory 
Mojej namilszej cory, 
Po co me smutne oczy za sobą ciągniecie? 
Żalu mi pżydajecie. 
Już ona członeczkuw swyh wami nie odzieje, 
Nie masz, nie masz nadzieje. 
Ujął ją sen żelazny, twardy, niepżespany. 
Już letniczek pisany 
I uploteczki wniwecz, i paski złocone - 
Matczyne dary płone. 
Nie do takiej łużnice, moja dziewko droga, 
Miała cię mać uboga 
Doprowadzić, nie takąć dać obiecowała 
Wyprawę, jakąć dała. 
Giezłeczkoć tylko dała a lihą tkaneczkę, 
Ociec ziemie bryłeczkę 
W głuwki włożył. Niestetyż, i posag i ona 
W jednej skżynce zamkniona. 
 

Tren VIII. (Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim...)

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, 
Moja droga Orszulo, tym zniknienim swoim. 
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było: 
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło. 
Tyś za wszytki muwiła, za wszytki śpiewała, 
Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała. 
Nie dopuściłaś nigdy matce sie frasować 
Ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować, 
To tego, to owego wdzięcznie obłapiając 
I onym swym uciesznym śmiehem zabawiając. 
Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu, 
Nie masz zabawki, nie masz rośmiać sie nikomu. 
Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje, 
A serce swej pociehy darmo upatruje. 
 

Tren IX. (Kupić by cię, mądrości, za drogie pieniądze...)

Kupić by cię, mądrości, za drogie pieniądze, 
Ktura (jesli prawdziwie mienią) wszytki żądze, 
Wszytki ludzkie frasunki umiesz wykożenić, 
A człowieka tylko nie w anioła odmienić, 
Ktury nie wie, co boleść, frasunku nie czuje, 
Złym pżygodam nie podległ, strahom nie hołduje. 
Ty wszytki żeczy ludzkie masz za fraszkę sobie, 
Jednaką myśl tak w szcześciu, jako i w żałobie 
Zawżdy niesiesz; ty śmierci namniej sie nie boisz, 
Bezpieczną, nieodmienną, niepożytą stoisz. 
Ty bogactwa nie złotem, nie skarby wielkiemi, 
Ale dosytem mieżysz i pżyrodzonemi 
Potżebami; ty okiem swym nieuhronionym 
Nędznika upatrujesz pod dahem złoconym, 
A uboższym nie zajźżysz szcześliwego mienia, 
Kto by jedno hciał słuhać twego upomnienia. 
Nieszcześliwy ja człowiek, kturym lata swoje 
Na tym strawił, żebyh był ujźżał progi twoje. 
Terazem nagle z stopniuw ostatnih zżucony 
I miedzy insze, jeden z wiela, policzony. 
 

Tren X. (Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?...)

Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi sie podziała? 
W kturą stronę, w kturąś sie krainę udała? 
Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona 
I tam w liczbę aniołkuw małyh policzona? 
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szcześliwe 
Wyspy zaprowadzona? Czy cię pżez teskliwe 
Haron jeziora wiezie i napawa zdrojem 
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu moim? 
Czy człowieka zżuciwszy i myśli dziewicze, 
Wzięłaś na się postawę i piurka słowicze? 
Czyli sie w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała 
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została? 
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była, 
Niżeś sie na mą ciężką żałość urodziła? 
Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości, 
A nie możesz li w onej dawnej swej całości, 
Pociesz mię, jako możesz, a staw sie pżede mną 
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną. 
 

Tren XI

«Fraszka cnota», powiedział Brutus porażony. 
Fraszka, kto sie pżypatży, fraszka z każdej strony. 
Kogo kiedy pobożność jego ratowała? 
Kogo dobroć pżypadku złego uhowała? 
Nieznajomy wrug jakiś miesza ludzkie żeczy, 
Nie mając ani dobryh, ani złyh na pieczy. 
Kędy jego duh więnie, żaden nie ulęże: 
Praw li, kżyw li, bez braku każdego dosięże. 
A my rozumy swoje pżedsię udać hcemy, 
Hardzi miedzy prostaki, że nic nie umiemy. 
Wspinamy sie do nieba, Boże tajemnice 
Upatrując, ale wzrok śmiertelnej źżenice 
Tępy na to; sny lekkie, sny płohe nas bawią, 
Kture sie nam podobno nigdy nie wyjawią. 
Żałości, co mi czynisz? Owa już oboje 
Mam stracić — i pociehę, i baczenie swoje? 
 

Tren XII. (Żaden ojciec podobno bażiej nie miłował...)

Żaden ociec podobno bażiej nie miłował 
Dziecięcia, żaden bażiej nad mię nie żałował. 
A też ledwie sie kiedy dziecię urodziło, 
Co by łaski rodzicuw swyh tak godne było: 
Ohędożne, posłuszne, karne, niepieszczone, 
Śpiewać, muwić, rymować, jako co uczone; 
Każdego ukłon trafić, wyrazić postawę, 
Obyczaje panieńskie umieć i zabawę. 
Roztropne, obyczajne, ludzkie, nieżewniwe, 
Dobrowolne, układny, skromne i wstydliwe. 
Nigdy ona po ranu karmie nie wspomniała, 
Aż pierwej Bogu swoje modlitwy oddała. 
Nie poszła spać, aż pierwej matkę pozdrowiła 
I zdrowie rodzicuw swyh Bogu poruczyła. 
Zawżdy pżeciwko ojcu wszytki pżebyć progi, 
Zawżdy sie uradować i pżywitać z drogi. 
Każdej roboty pomuc, do każdej posługi 
Upżedzić było wszytki rodzicuw swyh sługi. 
A to w tak małym wieku sobie poczynała, 
Że więcej nad tżydzieści miesięcy nie miała. 
Tak wiele cnut jej młodość i takih dzielności 
Nie mogła znieść: upadła od swej[że] bujności, 
Żniwa nie doczekawszy. Kłosie muj jedyny 
Jeszcześ mi sie był nie zstał, a ja twej godziny 
Nie czekając, znowu cię w smutną ziemię sieję, 
Ale pospołu z tobą gżebę i nadzieję, 
Bo już nigdy nie wznidziesz ani pżed mojema 
Wiekom wiecznie zakwitniesz smutnemi oczema. 
 

Tren XIII. (Moja wdzięczna Orszulo, bodaj ty mnie była...)

Moja wdzięczna Orszulo, bodaj ty mnie była 
Albo nie umierała lub sie nie rodziła. 
Małe pociehy płacę wielkim żalem swoim 
Za tym nieodpowiednym pożegnanim twoim. 
Omyliłaś mię jako nocny sen znikomy, 
Ktury wielkością złota cieszy zmysł łakomy, 
Potym nagle uciecze, a temu na jawi 
Z onyh skarbuw jeno hęć a żądzą zostawi. 
Takeś ty mnie, Orszulo droga, uczyniła: 
Wielkieś nadzieje w moim sercu roznieciła, 
Potymeś mię smutnego nagle odbieżała 
I wszytki moje z sobą pociehy zabrała. 
Wzięłaś mi, zgoła muwiąc, dusze połowicę, 
Ostatek pży mnie został na wieczną tesknicę. 
Tu mi kamień, muraże, ciosany połużcie, 
A na nim tę nieszczesną pamiątkę wydrużcie: 
ORSZULA KOCHANOWSKA TU LEŻY, KOHANIE 
OJCOWE ALBO RACZEJ PŁACZ I NAŻEKANIE. 
OPAKEŚ TO, NIEBACZNA ŚMIERCI, UDZIAŁAŁA: 
NIE JAĆ ONEJ, ALE MNIE ONA PŁAKAĆ MIAŁA. 
 

Tren XIV. (Gdzie te wrota nieszczęsne, kturemi pżed laty...)

Gdzie te wrota nieszczesne, kturemi pżed laty 
Puszczał sie w ziemię Orfeus, szukając swej straty, 
Żebyh ja też tąż ścieżką swej namilszej cury 
Poszedł szukać i on brud mugł pżebyć, pżez ktury 
Srogi jakiś pżewoźnik wozi blade cienie 
I w lasy niewesołe cyprysowe żenie. 
A ty mię nie zostawaj, wdzięczna lutni moja, 
Ale ze mną pospołu pudź aż do pokoja 
Surowego Plutona: owa go [to] łzami, 
To temi żałosnemi zmiękczywa pieśniami, 
Że mi moję namilszą dziewkę jeszcze wruci, 
A ten nieuśmieżony we mnie żal ukruci. 
Zginąć ci mu nie może; tuć sie wszystkim zostać, 
Nieh sie tylko niedoszłej jagodzie da dostać. 
Gdzie by też tak kamienne ten Bóg serce nosił, 
Żeby tam smutny człowiek już nic nie uprosił. 
Cuż temu żec? Więc tamże już za jedną drogą 
Zostać, a z duszą zaraz zewlec troskę srogą. 
 

Tren XV. (Erato złotowłosa i ty, wdzięczna lutni...)

Erato złotowłosa i ty, wdzięczna lutni, 
Skąd pociehę w swyh troskah biorą ludzie smutni, 
Uspokujcie na hwilę strapioną myśl moję, 
Puki jeszcze kamienny w polu słup nie stoję, 
Lejąc ledwe nie krwawy płacz pżez marmur żywy, 
Żalu ciężkiego pamięć i znak nieszczęśliwy. 
Mylę sie, czyli patżąc na ludzkie pżygody 
Skromniej człowiek uważa i swe własne szkody? 
Nieszczesna matko (jesli pżyczytać możemy 
Nieszcześciu, co pże głupi rozum swuj cierpiemy), 
Gdzie teraz twyh siedm synuw i dziewek tak wiele? 
Gdzie pocieha? Gdzie radość i twoje wesele? 
Widzę czternaście mogił; a ty nieszcześliwa 
I podobno tak długo nad wolą swą żywa 
Obłapiasz zimne groby, w kturyh (ah niebogo!)
Składłaś dziateczki swoje zagubione srogo. 
 
Takie więc kwiaty leżą kosą podsieczone 
Albo deszczem gwałtownym na ziemię złożone. 
W kturą nadzieję żywiesz? Czego czekasz więcej? 
Czemu śmiercią żałości nie zbywasz co pręcej? 
A wasze prętkie stżały albo łuk co czyni 
Niepohybny, o Febe i mściwa bogini? 
Albo z gniewu (bo winna), albo więc z lutości 
Dokonajcie, pże Boga, jej biednej starości. 
Nowa pomsta, nowa kaźń hardą myśl potkała: 
Dziatek płacząc, Nijobe sama skamieniała 
I stoi na Sypilu marmur niepżetrwany, 
Jednak i pod kamieniem żywią skryte rany. 
Jej bowiem łzy serdeczne skałę pżenikają 
I pżeźroczystym z gury strumieniem spadają, 
Skąd źwież i ptastwo pije; a ta w wiecznym pęcie 
Tkwi w rogu skały wiatrom szalonym na wstręcie. 
Ten grub nie jest na martwym, ten martwy nie w grobie, 
Ale samże jest martwym, samże grobem sobie. 
 

Tren XVI. (Nieszczęściu kwoli a swojej żałości...)

Nieszcześciu kwoli a swojej żałości, 
Ktura mię prawie pżejmuje do kości, 
Lutnią i wdzięczny rym pożucić muszę, 
Ledwe nie duszę. 
 
Żywem, czy mię sen obłudny frasuje? 
Ktury kościanym oknem wylatuje, 
A ludzkie myśli tym i owym bawi, 
Co błąd na jawi. 
 
O błędzie ludzki, o szalone dumy, 
Jako to łacno pisać sie z rozumy, 
Kiedy po wolej świat mamy, a głowa 
Człowieku zdrowa. 
 
W dostatku będąc, ubustwo hwalemy, 
W rozkoszy żałość lekce szacujemy, 
A puki wełny skąpej pżądce zstaje, 
Śmierć nam za jaje. 
 
Lecz kiedy nędza albo żal pżypadnie, 
Ali żyć nie tak jako muwić snadnie, 
A śmierć dopiero w ten czas nam należy, 
Gdy już k nam bieży. 
 
Pżecz z płaczem idziesz, Arpinie wymowny, 
Z miłej ojczyzny? Wszak nie Rzym budowny, 
Ale świat wszystek Miastem jest mądremu 
Widzeniu twemu. 
 
Czemu tak bażo curki swej żałujesz? 
Wszak sie ty tylko sromoty wiarujesz; 
Insze wszelakie u ciebie pżygody 
Ledwe nie gody. 
 
Śmierć, muwisz, straszna tylko niezbożnemu; 
Pżeczże sie tobie umżeć cnotliwemu 
Nie hciało, kiedyś pże dotkliwą mowę 
Miał podać głowę? 
 
Wywiudłeś wszytkim, nie wywiudłeś sobie; 
Łacniej żec, widzę, niż czynić i tobie, 
Piuro anielskie; duszę toż w pżygodzie, 
Co i mnie bodzie. 
 
Człowiek nie kamień, a jako sie stawi 
Fortuna, takih myśli nas nabawi. 
Pżeklęte szczeście! Czy snać gożej duszy, 
Kto rany ruszy? 
 
Czasie, pożądnej ojcze niepamięci, 
W co ani rozum, ani trafią święci, 
Zguj smutne serce, a ten żal surowy 
Wybij mi z głowy. 
 

Tren XVII. (Pańska ręka mię dotknęła...)

Pańska ręka mię dotknęła, 
Wszytkę mi radość odjęła. 
Ledwie w sobie czuję duszę 
I tę podobno dać muszę. 
 
Lubo wstając, gore jaśnie, 
Lubo padnąc, słońce gaśnie, 
Mnie jednako serce boli, 
A nigdy sie nie utoli. 
 
Oczu nigdy nie osuszę 
I tak wiecznie płakać muszę. 
Muszę płakać; o muj Boże, 
Kto sie pżed Tobą skryć może? 
 
Pruzno możem nie pływamy, 
Pruzno w bitwah nie bywamy: 
Ugodzi nieszczeście wszędzie, 
Hoć podobieństwa nie będzie. 
 
Wiudłem swuj żywot tak skromnie, 
Że ledwie kto wiedział o mnie, 
A zazdrość i złe pżygody 
Nie miały mi w co dać szkody. 
 
Lecz Pan, ktury gdzie tknąć widzi, 
A z pżestrogi ludzkiej szydzi, 
Zadał mi raz tym znaczniejszy, 
Czymem już był bezpieczniejszy. 
 
A rozum, ktury w swobodzie 
Umiał muwić o pżygodzie, 
Dziś ledwe sam wie o sobie: 
Tak mię podparł w mej horobie. 
 
Czasem by sie hciał poprawić, 
A mnie ciężkiej troski zbawić, 
Ale gdy siędzie na wadze, 
Żalu ruszyć nie ma władze. 
 
Pruzne to ludzkie wywody, 
Żeby szkodą nie zwać szkody; 
A kto sie w nieszcześciu śmieje, 
Ja byh tak żekł, że szaleje. 
 
Kto zaś na płacz lekkość wkłada, 
Słyszę dobże, co powiada, 
Lecz sie tym żal nie hamuje, 
Owszem, więtszy pżystępuje. 
 
Bo mając zranioną duszę, 
Rad i nierad płakać muszę; 
Co snaść nie cześć, to ku szkodzie 
I zelżywość serce bodzie. 
 
Lekarstwo to, pże Bóg żywy, 
Ciężkie na umysł troskliwy; 
Kto pżyjaciel zdrowia mego, 
Wynajdzi co wolniejszego. 
 
A ja zatym łzy nieh leję, 
Bom stracił wszytkę nadzieję, 
By mnie rozum miał ratować, 
Bóg sam mocen to hamować. 
 

Tren XVIII. (My, nieposłuszne, Panie, dzieci Twoje...)

My nieposłuszne, Panie, dzieci Twoje 
W szcześliwe czasy swoje 
Żadko Cię wspominamy, 
Tylko rozkoszy zwykłyh używamy. 
 
Nie baczym, że to z Twej łaski nam płynie, 
A tak, że prędko minie, 
Kiedy po nas wdzięczności 
Nie uznasz, Panie, za Twe życzliwości. 
 
Miej nas na wodzy, nieh nas nie rozpyha 
Docześna rozkosz liha. 
Niehaj na Cię pomniemy 
Pżynamniej w kaźni, gdy w łasce nie hcemy. 
 
Ale ojcowskim nas każ obyczajem, 
Boć pżed Twym gniewem stajem, 
Tak jako śnieg niszczeje, 
Kiedy mu słońce niebieskie dogżeje. 
 
Zgubisz nas prędko, wiekuisty Panie, 
Jesli nad nami stanie 
Twa ciężka Boska ręka; 
Sama niełaska jest nam sroga męka. 
 
Ale od wieku Twoja lutość słynie, 
A pierwej świat zaginie, 
Niż Ty wzgardzisz pokornym, 
Hocia był długo pżeciw Tobie spornym. 
 
Wielkie pżed Tobą są występy moje, 
Lecz miłosierdzie Twoje 
Pżewyssza wszytki złości: 
Użyj dziś, Panie, nade mną litości. 
 

Tren XIX albo Sen. (Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała...)

Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała 
Zamknąć i zemdlonego upokoić ciała. 
Ledwie mię na godzinę pżed świtanim swemi 
Sen leniwy obłapił skżydły czarnawemi. 
Na ten czas sie matka własnie ukazała, 
A na ręku Orszulę moję wdzięczna miała, 
Jaka więc po paciorek do mnie pżyhodziła, 
Skoro z swego posłania rano sie ruszyła. 
Giezłeczko białe na niej, włoski pokręcone, 
Tważ rumiana, a oczy ku śmiehu skłonione. 
Patżę, co dalej będzie, aż matka tak żecze: 
«Spisz, Janie, czy cię żałość twoja zwykła piecze?» 
Zatymem ciężko westhnął i tak mi sie zdało, 
Żem sie ocknął; a ona, pomilczawszy mało, 
Znowu muwić poczęła: «Twuj nieutulony 
Płacz, synu muj, pżywiudł mię w te tu wasze strony 
Z krain bażo dalekih, a łzy gożkie twoje 
Pżeszły aż i umarłyh tajemne pokoje. 
Pżyniosłam ci na ręku wdzięczną dziewkę twoję, 
Abyś ją mugł oglądać jeszcze, a tę swoję 
Serdeczną żałość ujął, ktura tak ujmuje 
Sił twoih i tak zdrowie nieznacznie twe psuje, 
Jako ogień suhy knot obraca w peżyny, 
Darmo nie upuszczając namniejszej godziny. 
Czyli nas już umarłe macie za stracone 
I kturym już na wieki słońce jest zgaszone? 
A my owszem żywiemy żywot tym ważniejszy, 
Czym nad to grube ciało duh jest ślahetniejszy. 
Ziemia w ziemię się wraca, a duh z nieba dany 
Miałby zginąć ani na miejsca swe wezwany? 
O to sie ty nie frasuj, a wież niewątpliwie, 
Że twoja namilejsza Orszuleczka żywie. 
A tu więc takim ci sie kształtem ukazała, 
Jakoby sie śmiertelnym oczom poznać dała, 
Ale miedzy anioły i duhy wiecznemi 
Jako wdzięczna jutżenka świeci, a za swemi 
Rodzicami sie modli, jako to umiała 
Z wami będąc, hoć jeszcze słuw nie domawiała. 
Jesliżeć też stąd roście żałość, że jej lata 
Pierwej są pżyłomione, niżli tego świata 
Rozkoszy zażyć mogła: o biedne i płone 
Rozkoszy wasze, kture tak są usadzone, 
Że w nih więcej frasunkuw i żałości więcej, 
Czego ty doznać możesz sam z siebie napręcej. 
Ucieszyłeś sie kiedy z dziewki swej tak wiele, 
Żeby pocieha twoja i ono wesele 
Mogło porownać z twoim dzisiejszym kłopotem? 
Nie żeczesz tego, widzę. Także tżymaj o tem, 
Jakoś doznał, ani sie frasuj, że tak rana
Twojej ze wszeh namilszej dziewce śmierć zesłana. 
 
Nie od rozkoszyć poszła; poszłać od trudności, 
Od pracej, od frasunkuw, od złez, od żałości, 
Czego świat ma tak wiele, że — by też co było 
W tym docześnym żywocie człowieczeństwu miło — 
Musi smak swuj utracić pże wielkość pżysady, 
A pżynamniej pże bojaźń nieuhronnej zdrady. 
Czeguż płaczem, pże Boga? Czeguż nie zażyła? 
Że sobie swym posagiem pana nie kupiła? 
Że pżegrozek i cudzyh fukuw nie słuhała? 
Że boleści w rodzeniu dziatek nie uznała? 
Ani umie powiedzieć, czego jej troskliwa 
Matka doszła: co z więtszym utrapieniem bywa, 
Czy je rodzić, czy je gżeść? Takieć pospolicie 
Pżysmaki wasze, czym wy sobie świat słodzicie. 
W niebie szczere rozkoszy, a do tego wieczne, 
Od wszelakiej pżekazy wolne i bezpieczne. 
Tu troski nie panują, tu pracej nie znają, 
Tu nieszczeście, tu miejsca pżygody nie mają, 
Tu horoby nie najdzie, tu nie masz starości, 
Tu śmierć łzami karmiona nie ma już wolności. 
Żyjem wiek niepżeżyty, wiecznej używamy 
Dobrej myśli, pżyczyny wszytkih żeczy znamy. 
Słońce nam zawżdy świeci, dzień nigdy nie shodzi 
Ani za sobą nocy niewidomej wodzi. 
Twurcę wszeh żeczy widziem w Jego majestacie, 
Czego wy, w ciele będąc, pruzno upatżacie. 
Tu w czas obruć swe myśli, a howaj sie na te 
Nieodmienne, synu muj, rozkoszy bogate. 
Doznałeś, co świat umie i jego kohanie, 
Lepiej na czym ważniejszym zasadź swe staranie. 
Dziewka twoja dobry los (możesz wieżyć) wzięła, 
A własnie w swoih żeczah sobie tak poczęła, 
Jako gdy kto na może nowo sie puściwszy, 
A tam niebezpieczeństwo wielkie obaczywszy, 
Woli nazad do bżegu. Drudzy, co podali 
Żagle wiatrom, na ślepe skały powpadali: 
Ten mrozem zwyciężony, ten od głodu zginął, 
Żadki, co by do bżegu na desce pżypłynął. 
Śmierci zniknąć nie mogła, by też dobże była 
Onę dawną Sybillę wiekiem swym pżeżyła. 
To, co miało być potym, upżedzić wolała: 
Tymże mniej tego świata niewczasuw doznała. 
Drugie po swyh namilszyh rodzicah zostają 
I ciężkiego siroctwa nędzne doznawają. 
Wyphną drugą na męża leda jako z domu, 
A majętność zostanie, sam to Bóg wie komu. 
Biorą drugie i gwałtem; a biorą i swoi; 
Ale w hordah część sie wielka ih zostoi, 
Gdzie w niewoli pogańskiej i służbie sromotnej 
Łzy swe piją, czekając śmierci wszystkokrotnej. 
Tego twej wdzięcznej dziewce bać sie już nie tżeba, 
Ktura w swyh młodyh lecieh wzięta jest do nieba, 
Żadnyh frasunkuw tego świata nie doznawszy 
Ani gżehem dusze swej drogiej pomazawszy. 
Jej tedy żeczy, synu (niemasz wątpliwości), 
Dobże poszły, ani stąd używaj żałości. 
Swoje szkody tak szacuj i omyłki swoje, 
Abyś nie pżepamiętał, że baczenie twoje 
I stateczność jest droższa. W tę bądź pżedsię panem, 
Jako sie kolwiek czujesz w pociehy obranem. 
Człowiek, urodziwszy sie, zasiadł w prawie takim, 
Że ma być jako celem pżygodom wszelakim. 
Z tego trudno sie zdzierać; pocznimy, co hcemy: 
Jesli po dobrej woli nie pujdziem, musi[e]my. 
A co wszytkih jednako ciśnie, nie wiem czemu 
Tobie ma być, synu muj, naciężej jednemu. 
Śmiertelna, jako i ty, twoja dziewka była, 
Puki jej zamieżony kres był, poty żyła. 
Krutko wprawdzie, ale w tym człowiek nic nie włada, 
A wyżec też, co lepiej, niełacno pżypada. 
Skryte są Pańskie sądy; co sie Jemu zdało, 
Nalepiej, żeby sie też i nam podobało. 
Łzy w tej mieże niepłatne; gdy raz dusza ciała 
Odbieży, pruzno czekać, by sie wrucić miała. 
Ale człowiek nie zda sie praw szcześciu w tej mieże, 
Że szkody pospolicie tylko pżed się bieże, 
A tego baczyć nie hce ani mieć w pamięci, 
Co mu też czasem padnie wedle jego hęci. 
Tać jest władza fortuny, muj namilszy synie, 
Że nie tak uskarżać sie, kiedy nam co zginie, 
Jako dziękować tżeba, że wżdam co zostało, 
Bo to wszytko nieszczeście w ręku swoih miało. 
A tak i ty, folgując prawu powszehnemu, 
Zagrudź drogę do serca upadkowi swemu, 
A w to patżaj, co uszło ręku złej pżygody: 
Zyskiem człowiek zwać musi, w czym nie popadł szkody. 
Na koniec, w co sie on koszt i ona utrata, 
W co sie praca i twoje obruciły lata, 
Ktureś ty niemal wszystkie strawił nad księgami, 
Mało sie bawiąc świata tego zabawami? 
Teraz by owoc zbierać swojego szczepienia 
I ratować w zahwianiu mdłego pżyrodzenia. 
Cieszyłeś pżed tym insze w takiejże pżygodzie: 
I będziesz w cudzej czulszy niżli w swojej szkodzie? 
Teraz, Mistrzu, sam sie lecz; czas doktur każdemu. 
Ale kto pospolitym torem gardzi, temu 
Tak poznego lekarstwa czekać nie pżystoi: 
Rozumem ma upżedzić, co insze czas goi. 
A czas co ma za fortel? Dawniejsze świeżemi 
Pżypadkami wybija, czasem weselszemi, 
Czaem też z tejże miary, co człowiek z baczeniem 
Pierwej, niż pżyjdzie, widzi i takim myśleniem 
Pżeszłyh żeczy nie wściąga, pżyszłyh upatruje 
I serce na oboję fortunę gotuje. 
Tego sie, synu, tżymaj, a ludzkie pżygody 
Ludzkie noś; jeden jest Pan smutku i nagrody». 
Tu zniknęła. Jam sie też ocknął. Aczciem prawie 
Niepewien, jeslim pżez sen słuhał czy na jawie. 
 
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Jan Kochanowski, „Treny”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)