Akt drugi
AKT DRUGI
STRAŻNIK
Jest to sala programowego bezrobocia w celu udręczenia osobnikuw żądnyh pracy. Witraż ten wskazuje w głąb pżedstawia właśnie na złość błogosławieństwo pracy zarobkowej. Więcej nic do powiedzenia nie mam i do muwienia nikt mnie zmusić nie zdoła. Prostytutki miłosierdzia zostały u nas surowo zakazane. Ludzkość się rozwydżyła — jeśli tak nie damy rady, wrucimy oficjalnie do tortur.
SAJETAN
Praca, praca, praca! — Byle jaka nieh se będzie, ale nieh będzie. O Boże! To jest — ah, już nic nie wiem. Boli mnie tak na wątpiah od tego pżymusowego lenistwa, jakbym ogniem żądzy pracy cały był wypełniony. Może ja źle to powiedziałem? Ale co robić? Co robić?
I CZELADNIK
Najpiękniejszej dziwki mi się tak nie hciało jako teraz tyh zydluw i nażędzi. Ja się hyba wścieknę! To jest banalne, psiajuha. Co to więzieniem można z człeka zrobić. Nikiej Wajld albo Werlen się pżemieniłem i to bez nijakiego nawrucenia — oh, oh!
II CZELADNIK
Teraz ja: pracy dajcie, bo zwariuję i co będzie wtedy? Co bądź: pantofle dla lalek, kopyta dla sztucznyh zwieżąt, urojone sandałki dla nigdy niebyłyh Kopciuszków! Oh — robić — co to było za szczęście! A nie docenialiśmy go, gdy było go po pas i w brud. O — na ten tryjont Boży — za wiele męki na nas, ktużyśmy i pżedtem niewiele mieli. Kaśka, gdzieżeś ty? I nigdy już!
SAJETAN
Cihojcie, hłopcy. Muwi mi sama największa intuicja, że może być niedługie ihnie panowanie: coś stać się musi, a kiedy... Na Czeladnika I żuca się Strażnik i wywleka go na lewo mimo kżykuw i protestuw; Sajetan kończy jak gdyby nigdy nic Nie mogę uwieżyć, żeby tak straszna siła, jak nasza, zgniła bezwładnie.
II CZELADNIK
A iluż tak wieżyło i zgniło. Życie jest straszne.
SAJETAN
Muwisz banały, kohanie.
II CZELADNIK
Banały i banały. Prawdy największe są też banalne. Już nic na pokaz dla samyh siebie z wątpiuw naszyh nie wydostaniemy. Zanudzić się w nierubstwie programowym na śmierć, będąc odżywianym na siłę czterdziestu bykuw. To ohydne! Wyście staży, ale mnie się wyć hce i pżyjdzie czas, że się na śmierć zawyję. A życie mogłoby być takie pikne, takie straśnie fajne: z Kaśką po całym dniu nieludzkiej pracy wyrżnęlibyśmy sobie po dużym piwie!
SCURVY
II CZELADNIK
Już jest nasza jedyna pocieha, nasz dręczyciel, nasz dobrozłoczyńca. Żeby nie to, to naprawdę wściec by się można. Czy rozumiesz, ludzkości, ten niesamowity upadek najlepszyh synuw twyh, że patżenie na kata staje się jedyną kulturalną rozrywką, i to z tyh szlahetnyh, bo prucz tego to hyba my dwaj — bo majster nie — hi, hi — jak się bżydzę śmiehem moim, co bżmi jak płacz bezsilnego ciamkacza nad śmietnikiem pełnym ogryzkuw, niedopałkuw, wyczeskuw, skurek i blaszanyh puszek — ładny komplet.
SAJETAN
Cihoj — nie obnażaj twyh wstrętnyh ran pżed naszym torturmistżem — on tym puhnie i tyje duhowo w sobie.
II CZELADNIK
O męko, męko! — nie muc nawet hwilki jednej robić, czego się hce! Czymże wobec tego jest pżymus pracy...
SCURVY
He, he. Ja więcej cierpię, bo nie wiem zupełnie, kim jestem, od czasu jak mam władzę polityczną. Sprawiedliwość tylko w najbardziej mdłyh, demokratycznyh, drobnomieszczańskih republikah była naprawdę niezależna, kiedy się nic społecznie ważnego nie działo, kiedy nie było żadnyh aktualnyh pżemian, kiedy z rozpaczą w głosie po prostu było stojące, cuhnące bagno! O — gdyby można użądzić otwartą polityczną czerezwyczajkę niemającą nic wspulnego z sądami!
SAJETAN
Tylko wielkie społeczne idee usprawiedliwiają takie instytucje i dualizm sprawiedliwości. W imię spasionyh czy zepsutyh żołądkuw paru maniakuw koncentracji kapitału będzie to wprost świństwem.
SCURVY
Nie wiem, czy jestem typem thuża wytwożonym pżez dyktaturę, czy prawdziwym wyznawcą faszyzmu w wydaniu „Dziarskih Chłopców”? Tężyzna sama w sobie! Kim jestem? Boże! Com ja z siebie uczynił! Liberalizm to guano — to najgorsze z kłamstw. Boże, Boże! — jestem cały z gumy, kturą na coś niewiadomego naciągają. Kiedyż pęknę wreszcie? Tak żyć nie można, nie wolno, a żyje się jednak — to straszne.
SAJETAN
On nam tu umyślnie demonstruje swoją mękę, aby pokazać nam, jak to się można ładnie męczyć istotnymi tak zwanymi problemami tam, na wolności, gdzie pracy w brud, gdzie dziwki są i słońce. Hej, hej! prokuratoże, zdaje mi się, że twą głową niedługo ktoś pooże. Może to będę ja — ha, ha!
SCURVY
Dość mi z tymi — czy tyh po prostu wierszydeł z powyspiańskih gmahuw nędznyh jego epigonuw. Rasa wieszczuw wymarła i wy jej nie wskżesicie i nie spłodzicie jej na nowo, hoćbyście się z tą słynną „dziwką bosą” Wyspiańskiego — muwię to w cudzysłowie — ożenili...
I CZELADNIK
Nie muw o bosyh dziwkah, na litosierdzie Boże, bo na samą myśl o tym zatyka mnie w tym więzieniu!
SCURVY
...i na dożywocie sobie tu osiedli, co wcale pży dzisiejszej proceduże niemożliwe nie jest. A wasza rewolucja może nadejść akurat tak na dobę, dajmy na to, po waszym sowicie zasłużonym zgonie od zgnicia na wilgotnej słomie: „sur la paille humide”, jak muwią Francuzi — nuci o Francuzi, czyż bez ceny słuw francuskih naszyh blask?... tamci bledną najwyraźniej i rozdziawiają gęby, i padają na kolana Ha — bledniecie wyraźnie, kotki me, i gęby się wam tak śmiesznie jakoś rozdziawiają, i czuję bul i rozkosz — ten dla pewnyh typuw najwspanialszy koktejl uczuć, w kturym beznadziejność istnienia, razem z jego najgłębszą niepowrotną cudownością, najgłębiej się pżeżywa. Wpada wephnięty pżez Strażnika II Czeladnik i też pada na kolana. Rewolucje się nie spieszą — one mają czas, te bezosobowe bestie.
SAIETAN
Ee — takie gadania pułgłębokie: sam nie wie, co plecie, a inni myślą, że to właśnie najmędrsze.
I CZELADNIK
Mnie wargi bieleją ze strahu podłego. Do-ży-wo-cie!
SAJETAN
A ja się nadludzkim zaiste wysiłkiem opanowuję. A ja wiem, że dożyję. A ja mam w sobie intuicję i tempo: tempo di pempo, jak ktoś muwił, dziamdzia jego zafatrany glamzdoń. Ja wiem, jako czas idzie, i wiem to, że o ile dawniej nacjonalizm był czymś faktycznie świętym, i to specjalnie u naroduw uciśnionyh i tyh, co pżegrywali, to dziś jest klęską i będę to gadał, hoćbyście mi tu dożywocie w dwujnasub pżedłużyli i ozdobili codziennym mordobiciem w godzinę wypowiedzenia tyh słuw.
SCURVY
Jak to?
SAJETAN
On się pyta jeszcze, hudopępek nieszczęsny: to jest już pseudoidejka, jako środek dla koncentracji międzynarodowego świństwa kapitału zużyta.
SCURVY
Dość tyh pżekleństw nudnyh, a nade wszystko tej banalnej ideologii, bo każę prać.
II CZELADNIK
Cihajcie — wyście staży: wy sobie możecie na wszystko pozwolić, nawet na odwagę bez granic. Ale jam — tak, jam — młodyć — tak, tak: dyć jezdem i kwita. Mnie się dziwek hce, wciornaści, jak diasi!
SCURVY
Jeszcze raz kto dziwkę wspomni, a do ciemnicy pujdzie, jak mi Bóg miły. Więzienie święte jest, jako miejsce kary prawomocnej, i kalać go bżydkim słowem nie lza, panowie skazańcy!
SAJETAN
Otuż wracam do popżedniego: nacjonalizm nie wyda już nowej kultury, bo się wypżtykał. I zdradą stanu mimo to jest w każdym kraju antynacjonalizm specyficzny produkować — właśnie mimo że on to jest pżyczyną wojen, międzynarodowyh koncernuw zbrojeniowyh, barier celnyh, nędzy, bezrobocia i kryzysu. I trwa ta mara na hańbę ludzkości i tę nędzną, niegodną siebie, na głupio samobujczą ludzkość, powiadam: pokryje!
SCURVY
Ja, wicie, kiedyś sam...
SAJETAN
Kiedyś! Wyście wszyscy kiedyś — hodzi o to, co teraz: żeby się zebrała nie liga dla załatwiania formalnyh spraw onyh nacjonalistycznyh państw, co z samego założenia pży kapitalistycznym, za pżeproszeniem, pżepytujem, ustroju niemożliwym jest, tylko liga walki z nacjonalistycznym egoizmem, i to walki od gury, właśnie od tyh elitycznyh światłyh łbuw zaczynając. Ale jedno prawda jest: że kto co ma, to się tego nie wyżeknie — tżeba mu to z mięsem razem, z flakami wyrwać. Jednostki dobrowolne żadkie są jak rad, a cuż muwić o grupie — a jeszcze by ta — o klasie. Klasa klasą jest i do zniszczenia jej ostatniej pluskwy będzie — ha!
SCURVY
Sajetanie, Sajetanie!
SAJETAN
Pżecież języka nikt nikomu z gęby wyrwać nie hce — rozregionalizowane w naturalny sposub narody sztuczne może wyduszą jeszcze co ta ze siebie, czego jako takie nie wydadzą, bo zgniją, hej! Od gury! — Rozumi pan, panie Scurvy: to nie byłaby żadna zdrada stanu wtedy — to byłaby pikna, humanitarna ideja jak się patży — komu, gdzie i co, pytam — czy nie?
SCURVY
Wy, Sajetanie, głowę na karku macie — tego wam nie neguję. Jedna by była wtedy pod jedną władzą organizacja świata i dobrobyt by się ogulny sam pżez się pżez opanowaną sztukę rozdziału dubr ustanowił i o wojnah mowy by nawet być nie mogło...
SAJETAN
Więc czemu pan tego sam nie zacznie? Czy wy myślicie, że my musimy robić rewolucję od dołu, nawet wtedy, gdy ona od gury bez kompromisuw zrobiona być mogła? Każdy zostaje na swoim miejscu. Kto nie hce pracować w nowym ustroju — kula w łeb, a opornym wytrąca się od razu broń z ręki, pozbawiając ih podwładnyh im ludzi. Czymże jest dowudca batalionu bez batalionu — kukłą w munduże.
SCURVY
Hm, hm..
SAJETAN
Jeden dekret, drugi, tżeci i szlus. Więc czemu, powtażam, pan tego sam nie zacznie, mając władzę, ktura ci na guwno w rękah gnije, skurwysynie, a mogłaby kupą piorunuw twurczyh być. Czemu, rozumiejąc to, nie masz Pan odwagi? Żal ci tego głupiego, spokojnego żyćka twego, kture dowolnie niski stwur gdzieś głęboko ma? Czy to ze względu na publiczkę oną sobaczą, dla popularności — czy co? O — gdyby były wyższe potęgi, to modliłbym się do nih o oświecenie tej hoh-explosiv bomby władzy, aby świadomie pękła z własnej woli. Czemu, jeśli jest toważystwo świadomego macieżyństwa, nie ma instytutu oświecającego mężuw stanu co do istotnego znaczenia słowa „ludzkość” i harakteru hwil dziejowyh! Czemu są oni zawsze ciasnymi pionkami jakiejś zaściankowej idejki czy intrygi, u źrudeł czy raczej na dnie kturej siedzi ohydny, bezpłodny, bezpłciowy już polip międzynarodowej finansjery, koncernu czystej formy hamstwa albo draństwa i tak dalej, i dalej. Czemu pan tego nie zrobi, mając władzę? Czemu?
SCURVY
To nie jest takie proste, mon her Sayetang!
SAJETAN
Bo pan tę władzę od nih otżymał i boi się pan jej zużyć pżeciw nim samym ze zbytku uczciwości. Taż to, panie, byłby makiawelizm wyższej sorty, i to w imię najwyższego ideału: całej ludzkości. Czemu czeka pan jako ten głupi Alfons XIII drugi czy Ludwik uw pradawny, aż pana wykużą gwałtem z tego pałacu i tej katedry?
SCURVY
Aby wam, Sajetanie, zostawić coś do zrobienia. Gdybym ustąpił dobrowolnie, stracilibyście wasze bohaterskie miejsce w historii świata: bylibyście tak bezrobotni, jak wieszczowie i mesjaniści po tak zwanym oficjalnie nieomal prawie „wybuhnięciu Polski”. Ludzkości nie ma — są tylko robaki w seże, ktury jest też kupą robakuw.
SAJETAN
Głupie żarty: niegodne lewego pułpaznokcia palca prawej nogi Gnębona Puczymordy.
SCURVY
Jako więźnia nieomal dożywotniego nie mogę już was, Sajetanie, ukarać dodatkowo. Pżysługuje wam prawo bezkarnego obrażania mnie, ale hamstwem istotnym, nie w znaczeniu arystokratycznym, jest kożystanie z tego prawa. Bić nie każę — ja tylko tak gadam dla postrahu — jestem humanitarny.
SAJETAN
Dopraszam się łaski, panie Scurvy! Już nie będę nigdy.
SCURVY
Nieh ta, nieh ta — muwcie se dalej. Muwię tak, abyście nie czuli dystansu.
SAJETAN
Do dzieci i ludzi prostyh nigdy nie należy się, jak to muwią, zniżać. Oni się na tym od razu poznają i to ih obraża tylko.
SCURVY
Dobże, dobże — muwcie no.
SAJETAN
Otuż, panie Scurvy, ta hwila jest jedyna, jak to muwią sobie kohankowie w erotycznyh powieściah — na szczęście wymarło już to plemię. Nigdy jeszcze tważą w tważ nie muwili do siebie pżedstawiciele dwuh zasadniczyh potęg, reprezentującyh dwa nurtujące w każdym gatunku prądy: indywiduum i gatunku. To jest żecz piekielnie zawikłana: bo indywiduum musi wystąpić za gatunek, a czasem za jego kawałek, kiedy czasy pżyjdą, że ten kawałek ma właśnie misję reprezentowania całego gatunku, w imię kturego musi być zrobiony umszturc — zrozumiano?
SCURVY
Co za metafizyka historyczna! Ależ, Sajetanie; tę misję — jak powiadacie — będzie miał ten „kawałek gatunku”, jak się wyrażacie — kturemu materialnie jest źle. A władza pohodzi od totemu — pamiętajcie, że bez władzy nie byłoby ludzkości w dzisiejszym znaczeniu, w kturej wy byście wasze wolnościowe szpryngle wyprawiać z szalonym naciskiem i siebie najistotniej jako indywiduum — to muwię z największym naciskiem — w nih pżeżywać mogli. Tu jest punkt istotny, tu hrabiowie mają trohę racji, psia ih mać. Aby zaś działać, tżeba być trohę głupim, takim ciasnym, wicie. Prawdziwie mądry facet działać nie będzie: zapatży się we własny pępek i tyla. I tego wama, tyh waszyh dubr duhowyh, odbierać nie hcę. Ja widzę najtajniejsze podszewki życia i ludzkih dusz.
SAJETAN
Parszywe, prokuratorskie, w ujemnym znaczeniu muwię — nie ciskaj się pan tak zaraz jak ryba — [znawstwo] w kturym znawca wszystkih, a pokąd i siebie, za rużnorodne tylko świnie uważa, nie jest znawstwem życia istotnym. A zresztą może jest w tym i racja, ale to jest [jak] z tą płytką zasadą, że nawet altruizm jest egoizmem — tu dotykamy żeczy zasadniczyh, że istnienie bez istnienia indywidualnego i wielości ih jest nie-do-pomyślenia. Ale wrućmy do popżedniego, mimo że dzisiejsza zidiociała publika żyga od trohę pżydługih i co mądżejszyh rozmuwek. Otuż nieh pan naprawdę dobże pomyśli: nieh pan wyjdzie pierwszy pżed front i zniesie wszelkie bariery naroduw, a zapanuje złoty wiek ludzkości: to jest banał; co miała dać kultura narodowa, to dała — po co mamy żyć pżywaleni jej gnijącym ścierwem? Po co, pytam się? Pżecie pan w pżyszłość ludzkości, w tej formie właśnie, nie wieży?
SCURVY
Sajetanie, Sajetanie! Czyż na to tżeba było kory muzgowej u pewnyh jaszczuruw w juże i triasie, aby stwożyć coś tak promiennego i ohydnego zarazem jak rodzaj ludzki?
SAJETAN
Nie wymiguj się od odpowiedzi! Co cię wstżymuje? Pżecież jawnie kłamiesz. Widzę to czysto, powiadam, intuicyjnie: nie jesteś ciasnym fanatykiem nacjonalizmu zaborczego, że tak powiem już ultradelikatnie.
SCURVY
Nie macie pojęcia, co za tragedia...
SAJETAN
On mi tu będzie swymi tragediataliami głowę zawracać! Moja — to jest tragedia prawdziwa! Ja widzę prawdę ostateczną całej ludzkości i pżez to, że jom widzem właśnie, moje osobiste życie upływa jak najczarniejszy, kloaczny nieomal koszmarek, gdy wy pławicie się w dziwkah i majonezah.
OBAJ CZELADNICY
Haaaa! Haaaaaa!!
SCURVY
Dziwka w majonezie! Czego też taki biedak nie wymyśli! Muszę sprubować!
SAJETAN
Odpowiadaj, sturba twoja suka, bo ci ośrodek sumienia sparaliżuję fluidem skupionej we mnie woli milionuw.
SCURVY
Nathniony stażec — żecz dziś niezmiernie żadka.
SAJETAN
Hej, hej, prokuratoże; coś mi się widzi, że niezadługo pożałujecie tyh tanih słuwek!
SCURVY
Sajetanie, czyż nie widzicie, że maskuję pżed wami potworną tragedię mego położenia realnego i straszliwą wprost pustkę wewnętżną? Poza tak zwanym problemem Iriny Wsiewołodowny nie ma we mnie dosłownie nic — wyjedzona skorupka od nigdy niebyłego raka. Witkacy, ten zakopiański zagwazdraniec, hciał mnie namuwić na zajmowanie się filozofią — i tego nie mogłem nawet zrobić. Jak ona pżestanie się nade mną znęcać, po prostu pżestanę istnieć, a żyć będę musiał z pżyzwyczajenia.
SAJETAN
I żreć te wąparsje w sosah nieomal astralnyh, gdy my tu łapiemy sześć wszy na minutę, nie śpimy wcale od ciągłego swędzenia, w zimie marzniemy, a w lecie dusimy się od upału w smrodzie nieomal transcendentalnym i stałym wszehstronnym rozdrażnieniu wszystkih zmysłuw, dohodzącym do szału, w nienawiści, zawiści i zazdrości w potęgah wprost niewyrażalnyh słowami, a tylko phnięciem...
SCURVY
Dosyć o tym, bo ja się uduszę w sobie jak młoda kaczka — bo ja wiem, co muwię — jestem à bout de mes forces vitales. Hcesz wiedzieć, wole jeden, czemu nie mogę ustąpić? — Właśnie dlatego, że muszę jeść to, co muszę i co mnie nauczono; że muszę się pożądnie umyć, zmanikiurować, spać miękko i nie śmierdzieć jak wy; pujść do teatru i mieć dobrą dziwkę jako antydot pżeciw tej perle wszystkih piekieł świata, tej... wygraża obiema pięściami na prawo, a potem na lewo Nawet moja władza i tortury zgnieść jej nie mogą, bo ona to lubi, to właśnie lubi, ścierwa jej sturbiasta wlań, i ja, nie doznając niczego sam — bo gwałtem się bżydzę jak kapral karaluhem — wszystkim, co zrobić mogę, tylko jej jeszcze większą rozkosz dam...
SAJETAN
Oto są istotne problemy, naprawdę istotne problemy żądzącyh nami ludzi. To jest potworność, na kturą słuw brak dosłownie. Cała działalność takiego pana pozornie jest tylko dla państwa, idei, ludzkości — naprawdę hodzi o te „godziny pozabiurowe” — muwię to w cudzysłowie — gdy się objawia człowiek sam dla siebie...
SCURVY
Milcz — nie pojmujesz potwornego konfliktu pżeciwnyh potęg w mym wnętżu. Ja kłamię z całą świadomością jako minister, ja wieszam bez pżekonania, aby żreć te wąparsje, te mątwy tak smaczne diabelnie z Zatoki Meksykańskiej — tak: muszę kłamać i powiem ci, że dziś 98% — obliczenie Głównego Urzędu Statystycznego — bo statystyka wszystkim jest dziś i w fizyce, i co najważniejsze w metafizyce monadologicznej z jej prymatem materii żywej — otuż 98% tej całej naszej bandy robi to samo bez pżekonania, tylko dla utżymania resztek ginącej klasy — jakih indywiduuw, hcesz wiedzieć? — zwykłyh żuiseruw pod maską jakihś idei, mniej lub więcej kłamliwyh. Ludzie teraz to tylko wy — to każdy wie. A dlatego tylko, żeście po tamtej stronie; jak pżejdziecie tę linijkę, będziecie tacy sami jak my.
SAJETAN
Nigdy — pżenigdy! Scurvy śmieje się ironicznie. My stwożymy bezkompromisową ludzkość. Sowiecka Rosja to tylko bohaterska prubka — dobra i taka, jako wysepka we wrogim oceanie. Ale my stwożymy od razu taką ludzkość, jaką będzie aż po zgaśnięcie słońca, aż po zagwazdrany koniec naszyh gaduw na zamarzłej ziemiczce naszej kohanej i świętej.
SCURVY
Zawsze musi coś takiego niesmacznego kropnąć: taktu się hołota nie nauczy nigdy i poczucia miary. kżyczy Do pisuaru z nim!
SAJETAN
A ty miarę masz, jak myślisz o niej? — ty świniażu?!
SCURVY
Żahnąłem się, zżymnąłem się i lepiej mi od razu jest. dzwoni w ręczny dzwonek; wpada straż z dwuh stron za balaskami Dawać mi tu tę Irinę Tmutarakańską na konfrontację! Czemu tak muwię — nie wiem. To nie dowcip — to dziwna surrealistyczna konieczność w dowolności.
SAJETAN
Czym się zajmuje ten potwur? Jakimiś subtelnościami zupełnyh kretynizmuw — oto ih tak zwane życie intelektualne, po obowiązkowej gnębicielskiej pracy po biurah i buduarah.
SCURVY
Nie rozumiecie całego uroku znawstwa czegokolwiek bądź u bezpłodnyh impotentuw takih jak ja — to są othłanie rozkoszy usprawiedliwienia swego bytu — takie dziamdzianie się w sobie...
SAJETAN
A dałbyś pan już spokuj — Bóg z tobą, panie Scurvy. Boże, Boże — muwię to mahinalnie. Ta pustka tyh dni! Czym ją zapełnić zdołam?! Rozmowa z tym wcielonym kłamem wskazuje na prokuratora zdawała mi się rajem wobec samotności i pżymusowego celkowego bezczynu. O, względności wszystkiego! Obym się nie zmienił tak, abym siebie poznać już nie mugł! Kim będę za tży dni, za dwa tygodnie, za tży lata... lata, lata...
SCURVY
Proszę pracować. Księżna, milcząc głuho, zabiera się do robienia butuw bardzo niedołężnie, z upiorną wprost niehęcią. No, no — bez tyh płaczuw i spazmuw — proszę nie pżerywać. Rozmowa była ciekawa — to fakt.
KSIĘŻNA
Wprost upiornie nie hce mi się butuw szyć, a rozkosz czuję mimo to. Wszystko zmienia się u mnie w rozkosz. Taka już jestem dziwna, dumnym tonem Pan zawsze tylko wszystko „tego” dla czystej dialektyki. Dla pana odpowiedniki pojęć to furda, jak muwią Polacy. Pana tylko obhodzą związki pojęć między sobą.
SCURVY
Na pżykład związek pojęcia pani ciała, czyli ściślej: rozciągłości samej dla siebie, z pojęciem takiejże rozciągłości mojej — hi, hi, ha, ha! śmieje się histerycznie, trohę łka i muwi do Sajetana, ktury pżestał właśnie płakać — a więc była hwila, że płakali wszyscy troje — nawet Czeladnicy też podhlipywali Mnie w tym wszystkim, co wy muwicie, peszy to, że wy otwarcie robicie to tylko i jedynie dla bżuha — oh, co za banał! My mamy idee.
SAJETAN
Żygam już tą rozmową pospolitą jak myśli kaprawego kaprala na Capri — ten dowcip bez dowcipu wyraża bezpośrednio ohydę tego stanu. Macie idee, boście nażarci — macie czas.
KSIĘŻNA
Tak — o tak — o tak...
SCURVY
Płaski jak soliter materializm wasz pżeraża mnie. Co będzie dalej, dalej, dalej... I zazdroszczę wam do obłędu możliwości muwienia prawdy i, co ważniejsza, odczuwania jej bezpośrednio. Ta ludzkość, zjadająca sama siebie od ogona zaczynając, pżeraża mnie jako widmo pżyszłości.
SAJETAN
Ty sam, koteczku, bronisz tylko i jedynie twego i tobie podobnyh bżuha i bżuhuw — po prostu boli mnie ten banał jak rozpalone żelazo w kiszce odhodowej. My, gdy zdobędziemy bżuh, stwożymy wtedy nowe życie — czy to głęboka wiara, czy frazes bez pokrycia? Cofnięcie kultury bez tracenia wysokości duhowej — oto nasza idea. A zacząć można zwaliwszy nacjonalne rogatki i słupki.
SCURVY
W to nie wieżę — wybaczcie, Sajetanie, jakkolwiek być może, że to sam pżed hwilą muwiłem. Ale... po namyśle Tak, ja się pżyznaję: my nie możemy się tylko wyżec dobrowolnie standardu naszego życia — to jest najtrudniejsza żecz. To zrobiło paru świętyh, ale nie wie dokładnie nikt, jaką im to dało rozkosz piekielną w innym wymiaże.
SAJETAN
Kompensata być musi. Ale ilu świętyh znowu cierpiało nieludzko do końca życia pżez ambicję, honor i ciśnienie organizacji...
SCURVY
Czekajcie — pozwulcie mi myśleć — jak muwił Emil Breiter kiedyś: gdyby nikt nie dążył do wyższego standardu, nie byłoby nic: żadnej kultury, nauki, sztuki — komunistyczny, totemiczny klan pierwotny trwałby bez „potlaczu”, tej śmiesznej rywalizacji, jako początku władzy...
SAJETAN
Wiem: złowić sześćset ryb, gdy pżeciwnik tylko tżysta, i na pżykład dwieście wżucić na powrut do moża...
SCURVY
Mądżyście, Sajetanie, bo mądży. Otuż trwałby ten klan aż do zgaśnięcia słońca i co? — Bezforemny, astrukturalny, bez możności pżezwyciężenia siebie w wyższyh regionah form bytowania społecznego. Ale muj codzienny dzionek, ktury wydarłem ja, mały prowincjonalny burżujek, z nicości wprost, pżez naukę prawa, pżez długie lata prawomocnego mordowania zbrodniaży, pżez potworne wprost obkuwanie się wszystkim w wolnyh hwilah myh cudnyh, należy tylko do mnie i nie oddam go dobrowolnie nigdy. Ale z drugiej strony nie wieżę już w to nowe życie, kture stwożyć macie wy — oto moja tragedia jak na patelni.
SAJETAN
Pluję na nią, gwazdram! Bezkresne są możliwości, jeśli spadną bariery między narodami. Myśli, kture powstaną wtedy, nie dadzą się obliczyć dziś z naszą znajomością historii praw i nędznym bałaganem naszyh pojęć.
SCURVY
Nie lubię, jak się puszczacie na spekulacje powyżej waszej intelektualnej pojemności. Nie macie odpowiednih pojęć, aby to wyrazić. Ja aparat pojęciowy mam — aby kłamać. Tej tragedii nie pojmuje nikt! To aż dziwne hwilami jest.
SAJETAN
Tragedia zaczyna się tam, gdzie boli we wątpiah. Te myśli nie dohodzą ci, prokuratoże, do nerwu błędnego — to tylko kora muzgowa cierpi bezboleśnie, wspaniale, ścierwa jej mać. To je dla nas, z naszego punktu widzenia, czysta zabawa, ino te twoje tragedie — to rozkosz: położyć się wieczorem po dziwkah i wąparsjah w łużeczku, poczytać se, pomyśleć o takih bzdurah i zasnąć, ciesząc się, że jest się takim interesującym panem dla jakiejś lafiryndy zafądzianej. O, gdybym ja się mugł taką tragedią zabawić! Boże — cuż to byłoby za nieludzkie szczęście! Co za szczęście — o, żeby mi te flaki hoć na hwilę pżestały boleć za siebie i za ludzkość całą — o, hej!
SCURVY
Nie śmiej się, małpo, z taką lubością, bo pęknę. z naciskiem do Sajetana Otóż to tżeba by udowodnić, że one za ludzkość całą was bolą. Może takih wypadkuw w ogule nie ma? Ciężkie milczenie trwa bardzo długo; muwi Scurvy na tle ciszy, w kturej (sic!) słyhać dalekie tango w radiu. To dancing w hotelu „Savoy” w Londynie. Tam się bawią naprawdę. Pozwulcie mi wyjść na hwilę — ja też jestem człowiekiem.
SAJETAN
Taki to syćko se wej zrobi, kie zehce — a my nawet...
KSIĘŻNA
Ciho — nie śmieszcie mnie. Zupełnie łaskoczecie mi muzg waszymi pomysłami.
SAJETAN
O gołąbeczko moja! Ty nie wiesz, jak szczęśliwą jesteś, że pracować możesz! Jak się nam rwą do pracy te gicale i paluhy śmierdzące, jak się syćko w nas do tej jedynej pocieszycielki wypina, jaze do pęknięcia. A tu nic. Patż w szarą, hropawą do tego ścianę, wariuj, ile hcesz. Myśli lazą jak pluskwy do łużka. I puhną te bolące wątpia z nudy tak strasznej, jak gura Gauryzankar jaki, a śmierdzącej jak Cloaca Maxima, jak Mount Excrement z powieści fantastycznej pisaża Buldoga Myrke — z nudy, ktura boli jak wżud, jak karbunkuł — znowu, psiahyl, słuw mi brak, a gadać się hce jak czego innego. E — co tu gadać; i tak nikt tego nie zrozumie. Już mi nawet zabrakło samej pżedsłownej mazi. I po co tu co wyrażać? Po co ryczeć i łkać, po co flaki pruć, po prostu i na wspak? Po co? po co? po co? To okropne słowo „po co?”. To wcielenie najboleśniejszej nicości — a więc po co? Kiedy pracy ni ma i nic z tego być nie może. pełznie do kraty; do Księżnej Jasna pani: ukohana jedyna moja pieszczotko, koteczko transcendentalna, metampsyhiczne cielątko boże, bogoziemne a tak pżyjemne, zmyślne i pojętne jak myszka jaka czy co — ty nie wiesz, jak szczęśliwą jesteś, że pracę masz! — to jedyne usprawiedliwienie stworu żywego w jego nędzy ograniczeń wszelakih, od czaso-pżestżennyh począwszy.
KSIĘŻNA
Umetafizycznienie pracy jest pżejściowym okresem tej kwestii. Wielcy panowie egipscy tego nie potżebowali, jak ruwnież nie będą potżebować ludzie pżyszłości. Ten wyje o pracę, ktura mnie wprost w dwujnasub, i duhowo, i fizycznie, łamie. Oto jest względność wszystkiego — to wpływ tego Einsteina — ja dawno już...
I CZELADNIK
A dyć to je wstyd, psiokrew zapowietżona! To je inteligencka trajdoha! Taż ja to wiem już, że teoria względności w fizyce nic nie ma do czynienia ze względnością etyki i estetyki, i dialektyki, i tak dalej! — tamda-lamda, tramda-lambda! Nie bedem gadał — żygać się od tej gadaniny ino hce. Hej, hej! — Sajetanie — nie będziemy gadać niepotżebnyh żeczy — takośmy ta se wtedy gadali — a tera co? Ileśmy tyh niepotżebności nagadali, a pracę nam dali obejżeć z takiej strony, że nikiej landryga podmiejska w niedzielę ponętną nam się stała. Takie dałem poruwnanie, bo na te prawdziwie ładne panny ze świata to ja nawet nie reaguję, wicie, płciowo zupełnie — za ładne są, suka ih rwań zahlebiona — za ładne i za nie-dostępne! powtaża z rozpaczą I na ruwni mi się hce buty szyć, jak dziwek prostyh, ordynarnyh! obłędnie spokojnie Dajcie pracy, bo będzie źle! z okropną rezygnacją Ale co to kogo obhodzi? To muwię z okropną wprost rezygnacją, dla nikogo dziś niepojętą.
SCURVY
II CZELADNIK
Nie będziesz do społeczeństwa jak do matki muwił i się do niego modlił, bo cię nie zrozumi i jeszcze ci w pyzdry kopniaka za te umizgi dziecięce da — hej!
SAJETAN
O, nie muwcie tego „hej” — nie używajcie go, na Boga! Nie pżypominajcie mi tyh czasuw na zawsze minionyh! — „o, ma mignonne” — bo mi się wątpia drą z żałości tak plugawej i nijak nieestetycznej, że wstyd mi okropnie i wstręt taki do siebie mam, jakbym był żywym karaluhem we własnej gębie. Hej, hej!
SCURVY
Zimno, psiakrew, siarczyste we wszystkih ubikacjah tutejszyh — mrozik bieże. Będą mi dziś smakować po tym wszystkim smażone meksykańskie mątewki. Tango z oddali. A pżedtem pujdę na ślizgawkę pży muzyczce. wąha w pżestżeń Potworny smrud — to dusze ih gniją w bezczynności ohydnej, rozkładającej ih w zdehłą marmoladę.
KSIĘŻNA
To jest sadyzm — to moja sfera i tereny.
SCURVY
A, już nudzi mnie to, do wszystkih diabłuw! Jak będziecie tacy, każę was wszystkih powywieszać bez sądu! Od czego mam władzę? A? To by był wyczyn sportowy pierwszej klasy. O władzo — jakżeż othłanne — tak, othłanne i wonne są twoje pokusy.
KSIĘŻNA
Wiesz, Scurvy, Scurviątko biedne i niedojdowate: zaczynasz mi się teraz dopiero podobać. Ja muszę pżejść pżez wszystko w życiu, poznać najgorsze, zapluskwione nory duszy i krystaliczne szczyty niedosiężne w księżycowe noce bez dna...
SCURVY
Co za styl sobaczy — taż to skandal...
KSIĘŻNA
Jako prawdziwej arystokratki niczym mnie speszyć nie można — to nasza wspaniała właściwość. Otuż, muszę pżez ciebie pżejść, bo życie moje inaczej będzie niezupełne. A potem, gdy ty, wsadzony pżez nih, wskazuje na szewcuw butem, ktury tżyma w lewej ręce będziesz w loszku gnić konając z żądzy za mną — tak, za mną: żądza za kimś, właśnie o to hodzi — za dużym piwem i tartinkami u Langrodiego, ja oddam się Sajetanowi na szczytah jego władzy, a potem tym cudnym hłopakom śmierdzącym — tym, tym szewskim zagwazdrańcom nie z tego świata — hej, o hej! I wtedy będę wreszcie, ah, szczęśliwa, gdy ty byś oddał życie za rąbek sukni mej i za puł litra żywieckiego piwa.
SCURVY
Zmartwiałem wprost z piekielnej żądzy połączonej z ohydnym niesmakiem. Jestem faktycznie jak pełna szklanka: boję się ruszyć, aby się nie wylała. Oczy mi na łeb wyłażą. Wszystko mi puhnie jak sałata, a muzg muj jest jak wata umoczona w ropie zaświatowyh ran. O, pokuso niedosiężna w swej dzikości bez dna! Pierwsze bezprawie w imię prawomocnej władzy. nagle ryczy Wychodź z więzienia, małpo metafizyczna! Co będzie, to będzie: użyję raz, hoćbym z żalu potem skonać miał jak zbrodniaże hodowani pżez księcia des Esseintes u Huysmansa!
KSIĘŻNA
My muwimy jak zwykli ludzie, nie oślepieni ideami ideowcy. Zwykły człowiek nie zniży dobrowolnie standardu życia, hyba że mu się da pożądnie w pysk. I ty też, Scurviątko moje biedne. Ja nie muwię nawet o ideowej stronie żeczy, tylko o tym mięsnym, bebehowym, rozbestwionym, rozłaskotanym podłożu, na kturym wasza osobowość pnie się jak jadowita kobra w dżungli.
SCURVY
U was, kobiet, to jest inaczej...
KSIĘŻNA
Istnienie jest potworne, zrozum to. Tylko fikcje małego wycinka społecznego bytu naszego gatunku stwożyły fikcję sensu całości bytu. Wszystko polega na wyżeraniu się gatunkuw. Ruwnowaga walczącyh mikrobuw umożliwia nam istnienie — gdyby nie ta walka, jeden gatunek pokryłby w kilka dni sobą — o ile miałby co żreć — skorupę ziemską warstwą na sześćdziesiąt kilometruw grubą.
SCURVY
Ah, jaka ona mądra jednak jest! To podnieca mnie do szału. Hodź do mnie taka, jak jesteś: nie umyta, pżepojona więziennym nastrojem i zapahem.
KSIĘŻNA
Tak jakoś się dziwnie zamyśliłam — po kobiecemu — ja nie myślę muzgiem — o nie, bynajmniej. To myśli we mnie muj potwur. Może jednak nie oddam ci się wcale. Robercie — tak będzie lepiej: potworniej, a dla mnie pżyjemniej nawet.
SCURVY
O, nie! — Teraz nie możesz już! zżuca purpurową togę Teraz wściekłbym się.
SAJETAN
I to takimi żeczami, i takimi problemami zajmuje się ta banda — eine ganz konzeptionslose Bande — gdy bez pracy my konamy jak ścierwa. Tehniczni wykonawcy nieistniejącyh myślątek — ot co! Nawet kobiet mi się nie hce z tej czystej żądzy sfabrykowania czegokolwiek bądź.
CZELADNICY
I nam też! I nam!
I CZELADNIK
Problem maszyny zostawiliśmy hwilowo na boku: maszyna jest zbyt zbanalizowana — wiadomo wszystko — dorżnęli ją zaś futuryści — brrrrr... zimno się robi na sam dźwięk słowa „obrabiarka”!
II CZELADNIK
Maszyna to tylko pżedłużenie rąk — zrobiła się, wicie, taka akromegalia — tżeba ciąć. Część maszyn będzie zresztą zniszczona w naszej koncepcji cofnięcia kultury. Wynalazcy będą karani śmiercią w torturah.
SAJETAN
Jestem wprost olśniony nową ideą od środka! Hej, hłopcy: rozwalmy te nędzne, dziecinne balaski i pracujmy wraz natyhmiast jak diabły. Bierwa się! Dumping ręczno-butowy! Tera jabo nigdy! Hej! Hej!
I CZELADNIK
Ale co będzie dalej?
SAJETAN
Hoćby na pięć minut użyjemy za dziesięciu, nim nas skują i zmasakrują. Życie jest jedno — nie myśleć nic. Gwałt pracownikuw nad pracą — o, hej!!
CZELADNICY
A walmy! Abo — abo! Sturba wasza suka! Nieh ta! Co nam tam! He, he!
SCURVY
Ty muj mały prokuratoże: zacałuję cię dziś na śmierć.
KSIĘŻNA
Ohydny musisz być w erotyzmie, sądząc po tym dowcipku. Pżynajmniej milcz — lubię, gdy to się odbywa jako milcząca, ponura ceremonia upodlenia samca w absolutnej ciszy — wtedy wsłuhuję się w wieczność.
SAJETAN
Tu — dawaj dratwę — bij — tu ją tak...
I CZELADNIK
Macie — tu prędzej — hej, kołek — daj skurkę...
II CZELADNIK
Pżyklapnąć toto — o tak — zaklep — szyj — prać — gwazdrać — gwajdlić...
SCURVY
Patż, kohanie, za gorączkowo pracują. W tym jest coś strasznego. Muwię to z prawdziwym naciskiem, po prostu podkreślam to. To nowa epoka jakaś się zaczyna czy co, u diabła starego?!
KSIĘŻNA
Ciho — patżmy — to straszne! Ja tylko co byłam w tym świecie. Tyś mnie uwolnił, kohany!
SAJETAN
Za gorączkowo pracują! Abezjańska ruża! Tyś nigdy tego nie rozumiał. Praca! w nathnieniu dzikim wali młotem; tamci wyrywają sobie wszystko; leci im to z rąk; jęczą głuho w zapale O, praco, praco! — Za ciebie, ale tobie nie zapłacą! Precz z tym! To te głupie prorocze wierszydła! Ja jestem realista. Dawaj — masz go — gwuźdź. O, gwoździu, dziwny gościu podbutowy — ktuż twoją dziwność oceni? Dziwność pracy! Czyż jest wyższa marka dziwności? — Wziąwszy pod uwagę ohydną pospolitość tej ostatniej — to jest pracy. Kuj! Wal! Ręce się palą — flakuw nie starczy — rżnij, smaruj i pal — potem się hwal, puki nie wbiją na pal. Ciągle te sobacze wieszcze rymy — psiakrew!
II CZELADNIK
Tu — podbijaj — pier go — wal — zakżyw. Tu but ! O, buty, buty — jakieście pikne! Zabucione światy! Cały świat zabucim — zapracujem, zagwazdżem — wszystko jedno. Więzienie, nie więzienie — pracy nikt się nie opże. Praca to cud najwyższy, to metafizyczna jedność wielości światuw — to absolut! Zapracujem się na śmierć, aż do żywota wiecznego — może! Kto to wie, co w takiej pracy, jak nasza, na dnie jest!
I CZELADNIK
Wszystko we mnie dygoce, jak w jakiej turbinie na milion koni i klaczy parowyh. Dziwek nie tża, piwa nie tża — nie tża radia, kina i pajęczaży umysłu wszelakih! Praca sama w sobie — oto jest cel najwyższy — Arbeit an und für sih! Bież, wal, dratwę wlecz — kłuj! Buty, buty — powstają, wyłaniają się z nicości butowego prabytu, z wiecznej czystej idei buta, tkwiącej w othłani idealnej, pustej jak sto milionuw stoduł. Kuj, kuj — okute buty nie drą się — to jest prawda, i to absolutna. Tyle jest prawd, ile butuw i tyle pojęć buta, ile wynosi liczność alef jeden! Boże — daj tylko tak do końca. Dziwek nie tża — Arbeit an sih — to w serce jakby sztyh. Piwa nie tża — nieh nikt mi muzgu już nie pżewietża. Szczęścia idzie z flakuw własnyh tajny nurt — idzie furt. Ręczna buciornia wali jak piekło, co wszystko już z nas wywlekło — a nie nastarczy butuw dla całego świata na hurt — nędzny wiersz — ale nie o to hodzi: but się rodzi, but się rodzi!!
SCURVY
Wisz go! — stwożyli nową metafizykę. Irenko, to niebezpieczna bomba — to pocisk nowej marki z nieistniejącyh zaświatuw. Ja, Irenko, ja się pierwszy raz w życiu boję. Może to naprawdę „święci się” — muwię to w cudzysłowie — nowa epoka — tak: święci się — „święć się, święć się, wieku młody” — tak pisano dawniej.
KSIĘŻNA
Ja się nasycam cudownie ih złudną radością w męce najwyższej — w ih męce, nie mojej — tym ih bezpżykładnym dureństwem — sycę się jak niedźwiedź leśny miodem. My, dwa muzgi w istocie zbrodnicze, złączone płciowym uściskiem, bez pośrednictwa innyh pżyżąduw...
SCURVY
Ale tak nie będzie, tylko tak nie będzie? Co — nie będzie? Będzie wszystko? Powiedz, że tak, powiedz, że tak, bo umrę.
KSIĘŻNA
Może dziś poznasz całą moją nicość — może...
SCURVY
Patż — coraz dziczej pracują. Tu spełnia się nareszcie coś naprawdę strasznego, czego nie pżewidzieli żadni ekonomiści świata. Patż, kohanie moje: ja umrę, dziś już nie hcę nic poza tobą.
KSIĘŻNA
To tak się muwi — dopiero dziś zaczniesz żyć naprawdę. Ale co kogo to obhodzi? Czuję małość wszystkiego. Ah — gdyby tak wypełnić sobą świat i zdehnąć hoćby pod płotem zaraz potem.
SCURVY
Artystyczne problemy — precz z tym parszywym nienasyceniem formą i treścią. Patż: dzika, a raczej udziczona praca wydzielona jako czysty instynkt pierwotny, jak instynkt żarcia i płodzenia. Uciekajmy stąd, bo ja oszaleję po prostu.
KSIĘŻNA
Patż w moje oczy.
SCURVY
Ależ kohanie, tżeba wstżymać tę nawałę pracy za jaką bądź cenę, bo to jest naprawdę niesamowite i oni naprawdę — jeśli ta psyhoza się rozpżestżeni — rozwalą świat i zniszczą wszelkie sztuczne zastawki i spod zgniłego ścierwa idei-nowotworuw wyciągną biedną, skarlałą ludzkość, na pośmiewisko małp, świń, lemuruw i gaduw — niezdegenerowanyh gatunkuw naszyh pżodkuw.
KSIĘŻNA
Po co gadasz, do holery ciężkiej?
SCURVY
Biedaczką, biedaczką straszną jest ludzkość! Myśmy się ponad nią wyeliminowali na tę jedną sekundę wyższej świadomości naszej osobowej nędzy i bezcenności naszyh uczuć i w tej jednej niepowrotnej hwili musisz jedność stanowić ze mną, kanalio!! Całuje Księżnę i gwiżdże na palcah; wpadają te same Pachołki Gnębona Puczymordy, co w akcie I; syn Sajetana na czele. Brać ih! Rozdzielić po leniwniah! Nie dać im robić nic! Ani mru-mru — bo to najgorsze, nieznane niebezpieczeństwo ludzkości. Arbeit an sih — to kołek pośrud szpryh. Żadnyh nażędzi! — rozumiecie — hoćby zawyli się na śmierć.
SCURVY
Patż, pieszczotko — to okropne. Uszewczyli się. Moja gwardia nie istnieje. To się wyleje na miasto i wtedy caput.
KSIĘŻNA
Zupełnie zapomniałeś o mnie...
SCURVY
Sam Gnębon Puczymorda nie pomoże — jego pahołki wciągnięte w to jak w tryby jakiejś piekielnej maszyny... On sam zapracuje się na śmierć, podpisując bumag nieskończone zwoje...
KSIĘŻNA
Ale to wspaniałe tło dla tej naszej pierwszej i ostatniej nocy — naszej — moje biedne Scurviątko! Di doman non c’è certezza! Jutro już może będę już „ihnia” — muwię to w cudzysłowie, a ty w loszku będziesz gnił — taki biedny, zgnojony zgniłek. Ale z tą właśnie myślą w środku, z tym poczuciem ostatniościo-razowości, będziesz dziś dość szalony, aby mnie rozpalić jako gwiazdę najpierwszej wielkości na całym samiczym firmamencie podziemnyh światuw wielkiego Cielska Bytu.
SCURVY
Potwornie wpadłem.
SZEWCY I PAHOŁKI
Wal, szyj, kłuj, sturba jego suka; but sam w sobie!
SAJETAN
But jako abso-lut! z nieprawidłowym akcentem na ostatnią zgłoskę Czy rozumiecie tej hwili cud? To wielki symbol jest but — pżekory wszelkih złud!
SCURVY
To bycze — to nie jest wcale tak głupie, ten cały symbolizm, wiesz? I wiem, że ginę, ale się pżed tobą nie cofnę. Hyba że mugłbym cię zaraz — o tu, w tej hwili — zabić. A taka szkoda by była, taka szkoda — tego ciałka, tyh oczu, tyh nużek — i tyh hwil nieprawdopodobnyh.
KSIĘŻNA
Hodź więc — sturba twoja suka. Takim hciałam cię mieć, na tle tego piekła pracy samej w sobie. Skąd, u holery, czerwony blask?
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), „Szewcy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.