Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Szewcy

Akt pierwszy

Szewcy

Naukowa sztuka ze „śpiewkami” w tżeh aktah

1934

Poświęcone Stefanowi Szumanowi

OSOBY
  1. Sajetan Tempe — majster szewski; żadka brudka „dzika” i wąsy. Blondyn siwiejący. Ubrany w normalny struj szewski z fartuhem. Około 60 lat.
  2. Czeladnicy: I (Józek) i II (Jędrek). Bardzo pżystojne, morowe, młode szewskie hłopy. Ubrane w normalne szewskie stroje z fartuhami. Lat około 20.
  3. Księżna Irina Wsiewołodowna Zbereźnicka-Podberezka — bardzo piękna szatynka, niezwykle miła i ponętna. Lat 27–28.
  4. Prokurator Robert Scurvy — tważ szeroka, zrobiona jakby z czerwonego salcesonu, w kturym tkwią inkrustowane, błękitne jak guziki od majtek oczy. Szczęki szerokie — pogryzłyby na proszek (zdawałoby się) kawałek granitu. Struj żakietowy, melonik. Laska ze złotą gałką (très démodé). Biały halsztuk zawinięty i ogromna w nim perła.
  5. Lokaj Księżnej, Fierdusieńko — zrobiony trohę na manekina. Struj czerwony, ze złotym szamerowaniem. Czerwona kruciutka pelerynka. Kapelusz stosowany.
  6. Hiper-Robociarz — ubrany w bluzę i kaszkiet. Ogolony, szerokie szczęki. W ręku kolosalny, miedziany termos.
  7. Dwuh dygnitaży — toważysz Abramowski i toważysz X. Wspaniale ubrani cywile, wysokiej inteligencji i w ogule pierwszej marki. X ogolony — Abramowski z brodą i wąsami.
  8. Józef Tempe — syn Sajetana, lat 20.
  9. Hłopi — stary hłop, młody hłop i dziwka. Stroje krakowskie.
  10. Strażniczka — młoda ładna dziewczynka. Fartuszek na mundurku.
  11. Hohoł — z Wesela Wyspiańskiego.
  12. Strażnik — normalny byczy hłopak, mundur zielony.
  13. Gnębon Puczymorda i Dziarscy hłopcy

AKT PIERWSZY

Scena pżedstawia warsztat szewski (może być dowolnie fantastycznie użądzony) na niewielkiej pżestżeni pułkolistej. Na lewo trujkąt zapełniony kotarą wiśniowego koloru. W środku trujkąt ściany szarej z okrągławym okienkiem. Na prawo pień wyshłego pokręconego dżewa — między nim a ścianą trujkąt nieba. Dalej na prawo daleki krajobraz z miasteczkami na płaszczyźnie. Warsztat umieszczony jest wysoko ponad doliną w głębi, jakby na gurah wysokih był postawiony. Sajetan w środku, dwaj Czeladnicy po bokah, I na lewo, II na prawo, pracują pży warsztacie. Z daleka dohodzi huk samohoduw czy czort wie czego zresztą i ryki syren fabrycznyh.

SAJETAN

kując młotem jakieś buty

Nie będziemy gadać niepotżebnyh żeczy. Hej! Hej! Kuj podeszwy! Kuj podeszwy! Skręcaj twardą skurę, łam sobie palce! A, do diabła — nie będziemy gadać niepotżebnyh żeczy! Książęce buciki! Tylko ja, wieczny tułacz, tym się tułający, że do miejsca zawsze pżykuty. Hej! Kuj podeszwy dla tyh ścierw! Nie będziemy gadać niepotżebnyh żeczy — nie!

I CZELADNIK

pżerywa mu

Czy wy byście mieli odwagę zabić ją?

II Czeladnik pżestaje kuć podeszwy i pilnie nasłuhuje.

SAJETAN

Dawniej tak — teraz nie! Hej!

Wywija młotem.

II CZELADNIK

Nie muwcie tak ciągle „hej”, bo mnie to drażni.

SAJETAN

Mnie gożej drażni, że buty dla nih robię. Ja, ktury mugłbym być prezydentem, krulem tłumu — hoć hwilę, hoć jedną małą hwilkę. Lampiony, girlandy i słowa wokuł lampionuw, głuw, a ja, nędzny, brudny wszaż ze słońcem w piersi, błyszczącym jak tarcza złota Heliodora, jak sto Aldebaranów i Weg — ja nie umiałem muwić. Hej!

Wywija młotem.

I CZELADNIK

Czemu nie umiecie?

SAJETAN

Nie dali. Hej! Bali się.

II CZELADNIK

Jeszcze raz powiecie „hej”, a pujdem sobie od roboty precz. Nie macie pojęcia, jak mnie to drażni. A propos: a kto to Heliodor?

SAJETAN

Jakasi fikcyjna będzie postać — a może muj wymysł — już nie wiem nic. I tak bez końca. Jedna hwila... Nie wieżę już w żadną rewolucję. Samo słowo wstrętne jest jak karaluh abo i prusak czy wesz. Bo wszystko obraca się pżeciw nam. Nawuz jesteśmy, jako ci dawni krulowie i inteligencja w stosunku do totemowego klanu — nawuz!

II CZELADNIK

Dobże, żeście nie żekli „hej” — a to ubiłbym was. Nawuz bo nawuz, ale oni dobże żyli. Ihnie dziwki nie śmierdziały tak jak nasze, sturba ih suka malowana, dziamdzia ih szać zapżała! O Jezu!

SAJETAN

Już wszystko tak zbżydło na tym świecie, że więcej o niczym gadać nie warto. Kona ona ludzkość pod gniotem cielska gnijącego, złośliwego nowotwora kapitału, na kturym, nikiej putryfakcyjne owe bąble, faszystowskie żądy powstają i pękają, puszczając smrodliwe gazy zagnitej w sobie, w sosie własnym, bezosobowej ciżby ludzkiej. Już nic gadać nie tżeba. Wszystko je wygadane do cna. Czekać tżeba, aż się zrobi i robić, ile kto może. Czy nie jesteśmy ludzie? Może ludzie to tylko oni — a my tylko bydlęce ścierwa, z takimi wicie, Panie Święty, epifenomenami, by się jeszcze gożej męczyć i na ih uciehę skowytać. Hej! Hej! wali młotem w co popadło A oni myślą tak na pewno, bżuhacze zacygażone, ociekające takim śliskim koktejlem z ihniej rozkoszy i naszej smrodliwej, beznadziejnej w swej męce. Hej! Hej!

II CZELADNIK

Takeście to mądże żekli, że nawet to wstrętne „hej” mnie nie raziło. Pżebaczyłem wam. Ale więcej tego nie rubcie — nieh was ręka Boska broni.

SAJETAN

nie zwracając na to uwagi

A to jest najgorsze, że praca nigdy nie ustanie, bo się nie cofnie ta, psiamać, mahina społeczna. Ta będzie tylko pocieha, że wszyscy jako jeden wstrętny mąż, z zapamiętaniem niepżytomnym orać będą, że nie będzie nawet takih prużniakuw...

I CZELADNIK

domyślnie

Tyh na naczelnyh stanowiskah kontrolnyh?

SAJETAN

Toś ty to sobie też myślał, brahu? Hej! Ale jak tu poruwnać dwa muzgi? Nie poruwnać — hoć i to trudno — ale zruwnać. Otuż pracować będą tak samo — hodzi o tę niepżyjemność. Teraz jeszcze za dużo frajdy mają te dranie, bo jest twurczość — hej! A i ja też mogę nowy fason wymyślić, hociaż to już nie to — nie. Nie to! nie to!

Zanosi się płaczem.

I CZELADNIK

Biedny majster! Hce mu się, aby robota była ruwnocześnie mehaniczna i żeby duhem tę mehanikę wyosobliwiać, jak te dawne muzykanty i malaże swoje wydzieliny, w unikaty osobowego pżejawu. Czy ja muwię bez sensu?

II CZELADNIK

Nie — tylko obco. Ja to bardziej swojsko wypowiem. A może nie warto? pauza; nikt go nie zahęca; muwi jednak Przykra pauza. Nikt mnie nie zahęca. Gadać jednak będę, bo mi się tak hce, że wytżymać nie zdolen jezdem, wicie. Pżyjdzie dziś pewno tu księżna ze swoim prokuratorskim psem i gadać będzie też i wiercić nama otworki w metafizycznyh pępkah, jak to uni, ci pysni panowie nazywają w sobie te cukierki, co u nas wżodami swędzącymi są i zostaną. To się wyraża w spżecznościah, kturyh nijak osiągnąć nie można — to są te żeczy, ta sakra ih suka, ślahcickie odpadki, co oni nazywają swymi metafizycznymi pżeżyciami. Łehcą sobie nimi spasione bżuhy, a każdy taki łeht nasyconego bydlaka to nasz bul w kiszkah. Hciałem muwić, wicie, i powiem: żyć i umżeć, zacisnąć się w głuwkę od szpilki i rozpżestżenić się na cały świat; puszyć się i tażać w prohu... nagła pustka we łbie nie pozwala mu muwić dalej Nic więcej nie powiem, bo mi się nagle pusto we łbie zrobiło, jak w stodole, jak w gumnie.

I CZELADNIK

Tak — nie bardzoście się wysilili na ten spicz pżez s, p, i „cze”. Ja, wicie, Jędrek, znam Kretschmera z wykładuw tej tam intelektualnej lafiryndy Zahorskiej, w naszej Wolnej Wszechnicy Robotniczej. Oj, wolna ona, wolna — raczej rozwolniona jest ta nasza Wszechnica. Sami się częstują twardą wiedzą, a na nas to tę biegunkę umysłową puszczają, aby nas jeszcze gożej zatumanić, niż to hciały wszelkie religianty na usługah feudałuw i ciężkiego się pżemysłu wygłupiające. A wam muwię, Jędrek, że to shizoidalna psyhologia. Nie wszyscy są tacy. To rasa ginąca. Coraz więcej jest na tym świecie pyknikuw. Ma se radio, ma se stylo, ma se kino, ma se daktylo, ma se bżuho i nieśmierdzące, niecieknące uho, ma se syćko jak się patży — czego mu tża? A sam w sobie jest ścierwo podłe, guano pogodne, pżebżydłe. To je pyknik, wis? A taki niezadowolony ze siebie to ino mąt na świecie czyni, żeby siebie pży tym pżed sobą wywyższyć i siebie sobie pokazać lepszym niż naprawdę jest — nie być, ino pokazać, i nie lepszym, ino takim fajniejszym, wyhyrniejszym. Tak ci to wyhyrma pżed sobą.

po pauzie

A ja to sam nie wiem, jaki jestem: pyknik czy shizoid?

SAJETAN

twardo; wali w kopyto, czy coś takiego

Hej! Hej! Gadacie, a życie ucieka. Ja bym hciał ih dziwki deflorować, dewergondować, nimi się delektować, jus primae noctis nad nimi sprawować, w ih pieżynah spać, ihnie żarcie żreć aż do twardego żygu, a potem ihnim duhem od zaświatuw się zahłysnąć — ale nie podrabiać to, co oni, tylko lepsze stwożyć: i nowe religie nawet — na pośmiewisko ino, i nowe obrazy, i symfonie, i poematy, i maszyny, i nową całkiem zaistną, śliczną jak moja Hania... pżerywa E — nie będę wymawiał — świętokradztwo w ihnim języku to się zwie. gwałtownie A co ja mam? A co ja z tego mam??

II CZELADNIK

Cihojcie!...

SAJETAN

Nie będę cihoł — te, frajer! Hej! Hej! Hej! Hej! Hej! wali młotem Syn pżystał do tyh tak zwanyh wstrętnie „Dziarskih Chłopców”. Niby organizacja takih, co hcieliby wszystko od razu; oni hcą zużyć inteligencję, hcą nikogo nie mordować, hyba że już nie można inaczej. Hej!

Z prawa whodzi prokurator Scurvy. Cylinder. Parasol. Struj żakietowy. W rękah, urękawicznionyh na jasno, kwiaty żułte.

SCURVY

Jakże byście to hcieli: nie mordować, „hyba że już nie można”. Nigdy nie można, zawsze tżeba — tak to jest. Hehe.

II CZELADNIK

A ten „hehe” znowu. Jeden „hej”, a drugi „hehe” — wytżymać nie można, robi z wściekłością olbżymi, nienaturalnie wielki but oficerski, ktury wyciągnął z kąta zarupiecionego na lewo. Po hwili — Scurvy patży nań z wyczekującym uśmieszkiem — kżyczy z rozpaczą Ja nie hcę pracować za taką flotę! Ja nie będę! Puśćcie mnie!

SCURVY

zimno; uśmieh znikł jak zdmuhnięty

Hehe. Droga wolna. Możecie iść i zdehnąć sobie pod płotem. Wyzwolenie jest tylko pżez pracę.

SAJETAN

Ale ty pracujesz siedząc w fotelu, paląc dobre „papirusy”, nażarty czym hcesz. „Pracownik umysłowy”. Kanalia! A i zmysłowy też — hej!

Śmieje się dziko.

SCURVY

Czy myślicie, Sajetanie, że kiedyś będzie inaczej? Czy wy naprawdę myślicie, że wszyscy będą mogli być zmehanizowani i ustandaryzowani w pracy ręcznej? Nie — zawsze będą dyrektoży i użędnicy wyżsi, ktuży będą musieli nawet co innego jeść niż majstży w fabrykah, bo praca umysłowa wymaga innyh składnikuw muzgu — muzgu i jedzenia.

Czeladnik II płacze.

SAJETAN

Hej — ale będą jeść odpowiednie preparaty bez smaku, a nie langusty i wąparsje jak ty, prokuratoże sądu najwyższego dla społecznyh nieporozumień kapitału z pracą. Ty elityczny żezańcze! W naszyh czasah, tyh tam faszystowskih syndykalistuw w rodzaju mego syna, ty możesz jeszcze żyć jak soliter w zepsutym bańdziohu rozkładającej się socjety. Ale jak prawdziwi syndykaliści zwalą państwo w ogule, takih jak ty nie będzie tżeba. Będzie toważysz-dyrektor prawdziwy, okarmiony obżydliwymi pigułkami...

Płacze.

SCURVY

Macie po prostu kompleks langusty — wy i wam podobni. Nie, Sajetanie, tego nie będzie nigdy. Nie może się tak zdegenerować nasz gatunek, żeby nażądy trawienia skurczyły się i pżystosowały do paru pigułek. Wtedy proporcjonalnie zdegenerowałoby się wszystko tak, że w ogule żadnyh problemuw by nie było: byłaby kupa dogasającyh pierwotniakuw, a nie społeczeństwo, cierpiące nieuleczalnie na zależność swyh części jednyh od drugih.

II CZELADNIK

Ja panu coś powiem: dobra byłaby każda prawda, byle nie życie osobiste. Jak pan, panie prokuratoże, odwali swoją pracę, to może pan myśleć o abstrakcjah w uniezależnieniu od swego żołądka i innyh jelitalii...

SCURVY

No — to jest pżesada...

II CZELADNIK

Ale nie gruba, z rozpaczą Mnie się hce ładnyh kobiet i dużo piwa. A mogę wypić tylko dwa duże i ciągle z tą Kaśką, ciągle z tą Kaśką — a nieh to holera!...

SCURVY

z niesmakiem

Dość...

I CZELADNIK

podhodząc do niego z zaciśniętymi pięściami, z ironią

Dość! Panu prokuratorowi najwyższego sądu kwaśno w nosie się robi na myśl samą, że on, Jędrek, musi ciągle z tą jedną Kaśką. A sam to on je teozof. Bardzo pikne ma idejki. Ale dziwek ma, ile hce. Ale do tego hciałby tylko z jedną, a z tą się nie da — hi, hi — wszędzie są te same problemy, w stosuneczkah ruwnolegle pżesuniętyh albo kolineacyjnie podobnyh — hi, hi!

SCURVY

zimno

Milcz, sflądrysynie, milcz, skurczyflaku.

I CZELADNIK

Ha, ha! Hej! Trafiłem, jak mi Bóg miły! Ona tu zaraz będzie, ta sadystka z tważą aniołka, ta moralna brewilierka — niby markiza de Brinvillieres. Dla niej męki pana prokuratora, jak musi z innymi dziwkami myśląc o jej „niedoszczygłej” somie — tak, soma to nic złego — otuż te męki są tym samym, co zaglądanie do warsztatuw, w kturyh pocimy się i zdyhamy od pracowitej śmierdziączki my, i wglądanie do więzień, gdzie gniją w płciowej, raczej zapłciowej rozpaczy najtęższe samce w rozpadzie duhowym i cielesnym...

SCURVY

On oszalał, ale to jego szaleństwo z niemożności wytżymania po prostu działa na mnie jak szalej. Ja wariuję! pada na szewski zydel Ja ją tak dobże rozumiem, nawet w jej najgorszyh kobiecyh świństewkah duhowyh... i tak by było dobże... Cuż, kiedy ona woli, aby nic — oh, oh! Moja męka nasyca ją więcej, niżby nasycić zdołał najszaleńszy muj hipergwałt jakiś.

SAJETAN

O — widzicie — rozłożył się na elementy proste — nawet nie śmierdzi już. Porub pan buty — to panu dobże zrobi — lepiej niż widok skazańcuw o świcie.

SCURVY

łkając

I to wiecie nawet, Sajetanie?! Sajetanie! Jakież to straszne...

Whodzi Księżna, ubrana w szary kostium, ze wspaniałym żułtym bukietem. Daje z niego kwiaty wszystkim po kolei, nie wyłączając Scurvy’ego, ktury nie wstając z zydla pżyjmuje je z godnością i tajoną obrazą (jak to uwidocznić na scenie? a?). Bukiet wsadza potem w ogromny, tęczowy flakon, ktury niesie za nią wygalowany lokaj Fierdusieńko. Fierdusieńko ruwnież tżyma na smyczy foksa, Terusia.

KSIĘŻNA

Dzień dobry, Sajetanie, dzień dobry. Jak się macie, jak się macie? Dzień dobry, panowie czeladnicy. Ho, ho — robota wre, jak widzę, ohoczo, jak to dawniej pisali pżodkowie duhowi naszyh pisaży z osiemnastego wieku. Ohoczo — śliczne słowo. Czy pan by potrafił się ohoczo kohać, panie prokuratoże? Teruś wąha Scurvy’ego. Teruś, fuj!

SCURVY

jęcząc na zydelku

Ja hcę zrobić parę butuw — hoć jedną! Wtedy będę godnym pani, dopiero wtedy. Wtedy potrafię zrobić, co zehcę, z kogo zehcę. Nawet z pani, dobrą, domową, kohającą kobietę — potwoże najukohańszy, jedyna!...

Zatyka go.

SAJETAN

z zabobonnym podziwem

Cihojcie! Zatkało go do cna — hej!

KSIĘŻNA

Bezsilność pana, doktoże Scurvy, podnieca mnie do zupełnego wariactwa. Hciałabym, aby pan patżył na to, kiedy ja — wie pan? — ten tego — tylko nie powiem z kim — jest taki cudny porucznik błękitnyh huzaruw życia, w dodatku ktoś z mojej klasy czy sfery, jest też pewien artysta... Niepewność pańska jest dla mnie rezerwuarem najwyuzdańszej, płciowej, samiczkowatej, bebehowato-owadziej rozkoszy — hciałabym jak samice modliszki, kture ku końcowi zjadają od głowy swoih partneruw, ktuży mimo to nie pżestają tego — wie pan, hehe!

II CZELADNIK

wymawia okropnie słowa francuskie jak pani Mąsiorkowa; tżyma olbżymi but oficerski

Kel ekspresją grotesk!

Czuć podniecenie niesamowite u szewcuw.

SAJETAN

Daj mu ten oficjerski, kirasjerski, psia jego flądra, but. Nieh go skończy za ciebie. Jemu takie buty są potżebne — jemu i tym panom, dla kturyh on wsadza bohateruw pżyszłej ludzkości do pałacuw swoih, pałacuw jego duha. Hołotę tżymać za mordę — oto ih najszczytniejsze hasło. Hej! Hej! Hej!

I CZELADNIK

A on, wicie, jeszcze jedno, wicie, ma cierpienie, toważyszu mistżu: on się koha w naszym tym perwersyjnym aniołku tylko temu, co ona jest księżną, a on jest zwykły burżuj z tżeciego stanu, a nie hrabia. Takih to hrabiowie bezkarnie po pyskah prali jeszcze dwieście lat wstecz. To on cierpi i sam się pławi w swoim cierpieniu jeszcze bardziej — bez tego to go, kociego syna, nie cieszy, jak pisał sam Boy.

SCURVY

zrywając się; jednocześnie II Czeladnik wciska mu w objęcia olbżymi but oficerski; Scurvy pżyciska go do piersi i ryczy z emfazą.

To jedno nie — tego jednego mi nie zabierajcie: jestem prawdziwym, liberalnym — w ekonomicznym znaczeniu — demokratą.

SAJETAN

Trafiłeś go. Tak — on żałuje, że nie liznął tego najparszywszego istnienia, jakie być może, istnienia w złudzie fikcyjnej wartości hrabskiego bytu w ostatniej połowie dwudziestego wieku. On by nie wiem co dał, aby muc być cierpiącym hrabią i ubrdać się na to całe nasze istnienie taką, wicie, subtelnością wyższości, co to, psia jego suka — a nie wiem już co. Jemu nie wystarcza, że on będzie but robił jako doktor praw i prokurator najwyższy nieomalże sądu ostatecznego — a oto wskazuje Księżnę ten aniołek zatrąbi mu na swyh wewnętżnyh organkah.

KSIĘŻNA

do foksa, kturego uspokaja Fierdusieńko

Teruś, fuj! I wy „fuj”, Sajetanie! Taż to tak nie można — nie „lza”, jak muwili słowianofilscy dowcipnisie słuw nijakih. To niesmaczne i koniec. Zawsze mieliście tyle taktu, a dziś?...

SAJETAN

Bede niesmaczny — bede! Dość smaku. Wywątrobię wszystko na smrud i brud ostateczny. Nieh śmierdzi wszystko, nieh się na śmierć ten świat zaśmierdzi i nieh się het do cna wyśmierdzi, to może potem zapahnie wreszcie; bo w nim takim, jakim jest, wytżymać wprost nie można. Nie czują, biedni ludziska, że demokratyczne kłamstwo śmierdzi, a smrud klozetu to czują, psie pary, hej! Otuż to je prawda: on by dał wszystko, aby hoć jeden moment hrabią prawdziwym być. Ale nie może, biedota nieszczęsna, hej.

SCURVY

Litości! Pżyznaję się. Dziś rano wieszali pży mnie pżeze mnie skazanego hrabiego Kokosińskiego — Janusza, nie Edwarda, mordercę ulicznicy Ryfki Szczygiełes, defraudanta państwowego w Pe-Zet-Pe, biuro numer 18. Pżyznaję się: ja zazdrościłem tego, że go wieszają, jego, prawdziwego arystokratę! Oczywiście, gdyby pżyszło co do czego, powiesić bym się za dziewięć pałek nie dał — ale wtedy: zazdrościłem! On muwił, ten hrabia, a żygał ruwnocześnie ze strahu jak mops glistowaty: „Patżcie, jak ostatni raz degobijuje prawdziwy hrabia.” Oh — tak muc powiedzieć raz i umżeć.

KSIĘŻNA

do foksa

Teruś, fuj! Ja się rozpływam wprost z nieludzkiej rozkoszy!

śpiewa — pierwsza śpiewka
Ja jestem z domu „von und zu”.  
A to tak imponuje mu,  
Pędzę jak antylopa gnu,  
Jestem to tam, to tam — to tu!  
 

To moja pierwsza śpiewka dzisiaj rano. Tornado Bajbel-Burg jest moje panieńskie nazwisko, panie Robercie. Nie ma pan pojęcia, co to za rozkosz jest tak się nazywać.

SCURVY

mdlejąc

Ah — ona była kiedyś panną! Nigdy mi to na myśl nie pżyszło. Ona była malutką dziewczyneczką — cureczką — bidulką! Ta niesmaczna w wysokim stopniu piosenka jej rozczuliła mnie do łez. Na mnie więcej działają takie oto żeczy niż żeczywiste cierpienie. Mała czyjaś gafka wstydliwa rozczula mnie do obłędu, a na kiszki na wieżhu mogę patżeć bez drgnienia. Złotko moje jedyne! Jakże bezmiernie cię koham. Straszne jest, jak demoniczne pożądanie zejdzie się w jednym punkcie z największą tkliwością. Wtedy samiec jest gotuw — gotiu.

Wywala się z zydelka z butem w objęciah. Szewcy go podtżymują, nie wypuszczając z rąk żułtyh bukietuw, kture dostali od Księżnej. Łypią na siebie oczami porozumiewawczo, hłonąc kubłami wprost niezdrową żeczywistość.

II CZELADNIK

wąhając bukiet; Scurvy’ego złożyli na zydlu w bardzo niewygodnej dlań pozie — głową na duł

Cierpiętnik! Hłonę żeczywistość brudnym kubłem od pomyj. Niezdrowa bo jest jak Campagna Romana. Pomyje mrożone piję pżez rurkę jak mazagran. Potworne cierpienie! Flaki mam takie odpażone, jakby mi kto lewatywę ze stężonego kwasu solnego dał.

KSIĘŻNA

retorycznie

To pżesada.

II CZELADNIK

z uporem

Nie. Pomyślcie tylko: czemuż jestem tym, a nie innym? To nieprawda, że ja nie mogłem o innym stwożeniu powiedzieć: „ja”. Mogłem być hociażby tym padłemwskazuje na Scurvy’ego, a jestem jakimś lodowatym nadwszażem czy czymś podobnym — muwię w pżybliżeniu tylko — na pżełęczy najdzikszego z nonsensuw: pomieszania osobowości z ciałami — ja sam nie wiem, wicie...

Milknie zawstydzony.

SAJETAN

Nie wstydaj się tak, Jędrek! Nieprawda: materializm biologiczny autora tej sztuki muwi inaczej: jest to synteza poprawionego psyhologizmu Corneliusa i poprawionej monadologii Leibniza. Pżez miliardy lat łączyły się i rużniczkowały komurki, aby takie ohydne ścierwo, jak ja, mogło o sobie powiedzieć właśnie: „ja”! Ta metafizyczna książęca prostytuta — po co zdrabniać? — psiakrew, psia ją mać, tę sukę umitżoną...

KSIĘŻNA

z wymuwką

Sajetanie...

SAJETAN

gorączkowo

Irina Wsiewołodowna — wam Chwistek zabronił być w polskiej literatuże. I dlatego musi się pani błąkać po sztukah bez sensu, stojącyh poza literaturą, sztukah, kturyh nikt grać nie będzie. On nie znosi rosyjskih księżnyh, nie cierpi, biedaczek. On hciałby tylko szwaczki, mundantki — czy ja wiem? Dla mnie to już za wiele! Dla mnie, dla nas są śmierdzące dziwki i jeszcze bardziej śmierdzące rynsztokowe, podwużowe matrony: nasze babki, ciotki, wujenki... hej!

II CZELADNIK

Mistżu, to już jest samobiczowanie się klasy. Dobże, żeście matek tu nie wymienili, a tobym wam dał w pysk.

SCURVY

z dzikim, obłąkańczym uśmiehem

Klasy klas! Ha, ha! Logistyka w walce klas. Walka klasy klas samej ze sobą. Sam pogardzam sobą za ten nędzny „witz”, a na lepszy mnie nie stać.

KSIĘŻNA

zimno

To po co w ogule robić „witze”?

SCURVY

Zły pżykład naszyh dowcipnisiuw w literatuże: dowcip im dawno zjełczał, a „witze” robią, kanalie, wciąż. Ha — dosyć: kimś tżeba być w tej matni: tżeba stanąć albo tu, albo tam. Ze strahu pżed odpowiedzialnością — mego strahu — gotuw mi się wymknąć najpżedniejszy kąsek pżeznaczonego mi życia. Jako hrabia mugłbym być obserwatorem tylko.

KSIĘŻNA

To tylko w Polsce jest tak ostro postawiony problem hrabiego jako taki. Od tej hwili nie wolno o tym gadać — szlus, hłopaki cudne moje!

Całuje się z Czeladnikami.

SCURVY

Jak można tak muwić: „hłopaki cudne” — brrr... otżąsa się ze wstrętu i martwieje Taż to, panie, szczyt niesmaczności i moweżanru! Otżąsam się ze wstrętu i martwieję.

Wykonywa to.

II CZELADNIK

obcierając się

To ja za te buciki księżnej pani nie hcę już floty, tylko takih całusuw dziesięć ognistyh, jak tego Csikosa i pani de Korponay z tej powieści Jokaja, co to czytałem w dzieciństwie.

KSIĘŻNA

kierując ku niemu mały srebrny browning

Wiem: „Biała dama” — dostaniesz dziesięć kul, jak ten Csikos.

I CZELADNIK

zdumiony w najwyższym stopniu

To jako te piszą nieuświadomione literatniki — te rozbabrywacze pojęciowego pożądku, te nieczyste monisty, sakra ih pluga: „życie sztuką, a sztuka życiem”! Toż to mamy to, wicie, tu na naszej małej szewskiej scence — to syćko, co te bałaganiaste łby się wymądżają!

SCURVY

nagle opanowany, podnosi się

He, he!

SAJETAN

Patżcie: znowu se hehe-huje. Wynalazł pewnikiem coś nowego, czym się znowu nad nami wywyższy. To huśtawka, a nie człowiek. On też nie jest taki bardzo syty — muwię wam: męczy się on wprost piekielnie, biedaczek, jako muwił — niedawno na Wawelu, a nie na Skałce, jako hcieli inni, pohowany — Karol Szymanowski. Skałka je dla lokalnyh sław, a nie dla prawdziwyh geniuszy.

SCURVY

zębami, na zimno, rwąc kwiaty

Ja hcę i będę. Ja stanę na ih czele i wam pokażę zamek mojej duszy, największego człowieka mojej sfery, biednej, demokratycznej, niedojehanej do końca burżuazji. Ja muszę! Ja pokonam problem żołądkowy i postawię wasze zagadnienie na wyższej platformie duha. Będziecie mnie jeszcze po rękah całować, wy moi bracia w nędzy duhowej.

SAJETAN

Nikt cię nie prosi, ty Robercie Fraternité jeden! My już nie potżebujemy inteligentuw — minął wasz czas. Z wibrionuw powstaliśmy — w wibriony się obrucimy. Koham zwieżęta. Czuję się naprawdę kuzynem jurajskih gaduw i trylobituw sylurskih, a także świń i lemuruw — czuję związek z wszehstwożeniem — żadko to bywa, ale jest prawdą! Hej, hej!

Wpada w ekstazę.

KSIĘŻNA

z zahwytem

Oh, jakże koham was za to, Sajetanie! Takim was koham, śmierdzącego wszaża, ze słońcem wszehmiłości gadziej w sercu starego szewca naszej planety. Ja hyba będę waszą kiedyś — dla samej formy, dla fasonu, dla szyku — żeby tylko było to raz.

SAJETAN

śpiewa na nutę mazurka
Rużnorodność pżeżyć nigdy nie zaszkodzi,  
Jeśli człek się pży tym nie bardzo zasmrodzi,  
A gdy i to nawet, i tak nic nie szkodzi,  
Bo właściwie muwiąc, kogo to obhodzi! Hej!  
 

KSIĘŻNA

sypiąc na niego kwiaty

Mnie obhodzi — mnie! Ale nie deklamujcie już więcej, boście tacy wtedy niesmaczni, że aż strah. Muszę się was wstydzić. Ja to co inszego — mogę sobie na to pozwolić, bom, wicie, popularnie muwiąc, księżna — to trudno. kżyczy Hej! Hej! Witaj, pospolitości! Odpocznę w tobie za wszystkie męki moje: moje i moih pżodkuw i ih zadkuw. Nawet ten biedny Scurvy nie wydaje mi się dziś tak małym.

II CZELADNIK

W tej kwestii pżodkuw coś jest! Rodzice są czymś też — to nie inkubator — a więc i pżodkowie dalsi są czymś też, u diabła! Tylko nie tżeba doprowadzać tego do absurdu jako te arystokraty i te demi-arystony. Tu jest istota żeczy: w tej jednej żeczy zalecam umiarkowanie. Bo najgorsza żecz na świecie to polski arystokrata — gorszy hyba od niego jest tylko polski pułarystokrata, co się z niczego już wypusza. Geny, wicie. Ale znowu pżecie dobermany i airedale-terriery...

I CZELADNIK

pżerywa mu

Sprubuj tu, bracie, czego w tym życiu do absurdu nie doprowadzić, jako że to całe istnienie, święte i niepojęte, to jeden wielki absurd — walka potworuw i tyle...

KSIĘŻNA

z żarliwością

Dlatego że w Boga uwieżyć żarliwie nie... Sajetan wali ją w pysk, tak że cała krwią się zalewa (balonik z fuksyną). Ona pada na kolana. Zęby mi wybił — moje zęby jak perełki! To prawdziwy...

Sajetan wali ją drugi raz, wtedy ona milknie, tylko klęczy sobie, popłakując.

SCURVY

Irenko! Irenko! Teraz już nigdy nie wybrnę z kręgu twej księżycowej duszy.  
deklamuje 
W srebżyste pola hciałbym z tobą iść 
I mażyć ciho o nieznanym bycie, 
W kturym byś była moją samotnością, 
I w noc tę pżeśnić całe moje życie. 
 

I CZELADNIK

A nad ranem patżeć, jak ze strahu wymiotują skazane pżez ciebie na śmierć żywe trupy. Tym się karmisz, kanalio; ty ih jeszcze pżed śmiercią wampiryzujesz! You vampyrise them. You rascal! Ja byłem w Ohio.

SCURVY

Już nie ranią mnie te powiedzenia. To, co wy hcecie zrobić na ohydnie, na śmierdząco, na parszywie, ja dokonam w pżepięknym śnie o sobie samym i o was — w cudownyh barwah, ubrany we frak od Skwary i uperfumowany Californian Poppy jak ostatni dandys, zbawię ten świat jednym tajemniczym słowem, ale nie w waszym znaczeniu: ruwna się — cofnięcie kultury. Jeszcze nie wygasła magiczna wartość słuw, w kture wieżyli dawniej nasi wieszczowie, a dziś wieżą logistycy i husserliści. Ja o tym muwiłem już — patżcie: moje broszurki — kturyh notabene nikt nie czyta — jeszcze pżed kryzysem.

KSIĘŻNA

klęcząc

Boże, jak on ględzi!

SCURVY

Arystokracja się pżeżyła: to nie ludzie — to widma! Za długo nosiła na sobie ludzkość te widmowe wszy. Kapitalizm to złośliwy nowotwur, ktury zaczął gnić, zjadać i gangrenować organizm, ktury go wydał — oto dzisiejsza społeczna struktura. Tżeba zreformować kapitalizm, nie niszczyć inicjatywy prywatnej.

SAJETAN

Banialuki!

SCURVY

gorączkowo

Albo cała ziemia pżetwoży się dobrowolnie w jedną samożądzącą się elitycznie masę, co jest prawie nieprawdopodobne bez katastrofy ostatecznej — a tej unikać należy za wszelką cenę — albo kulturę tżeba cofnąć. Mam haos we łbie wprost nieprawdopodobny! Stwożenie obiektywnego aparatu w postaci elity całej ludzkości jest niemożliwe, ponieważ pżyrost intelektu odbiera odwagę czynu: największy mędżec nie domyśli myśli swyh do końca ze strahu hoćby pżed samym sobą i obłędem, a i, tak będzie to za słabe wobec żeczywistości. Strah pżed sobą to nie legenda, to fakt — ludzkość też boi się samej siebie — ludzkość wariuje jako zbiorowość — jednostki wiedzą to, ale są bezsilne — othłanne wprost myśli... Gdybym mugł spuścić z liberalnego tonu i hwilowo połączyć się z nimi, aby potem ih rozłożyć i zresorbować!

Zamyśla się z palcem w gębie.

KSIĘŻNA

wstaje, ociera husteczką skrwawione usta i muwi

Nudno, panie Robercie. To, co pan muwi, to są frazesy społecznego impotenta bez istotnyh pżekonań.

SCURVY

zimno

Tak? To do widzenia.

Wyhodzi, nie oglądając się.

II CZELADNIK

Genialne poczucie formy ma jednak ten prokurator mops: wyszedł w samą porę. A jednak on jest za inteligentny, aby być czymś dzisiaj: żeby dziś czegoś dokonać, tżeba być trohę durniem jednak.

KSIĘŻNA

Więc my teraz zajmiemy się naszymi zwykłymi zajęciami codziennymi. Pracujcie dalej — jeszcze nie czas. Ja zmienię się kiedyś w wampiżycę, ktura wypuści z klatek wszystkie monstra świata. Ale on, aby wykonać swuj program zbolszewizowanego inteligenta, musi wpierw zabić wszelki żywiołowy ruh społeczny. On wsadzi wszystko do szufladek, ale pży tym wsadzaniu połowie z was poukręca łby dla miary właściwej. On jeden ma wpływ na komendanta „Dziarskih Chłopców”, Gnębona Puczymordę, ale nie hciał go nigdy użyć w imię absolutnego leseferyzmu, lesealizmu i lesjebizmu społecznego. siada na zydlu i rozpoczyna wykład A więc, kohani szewcy moi: bliscy mi duhem jesteście bardziej nawet od fabrycznyh, zmehanizowanyh dzięki Taylorowi robotnikuw; bo w was, pżedstawicielah ręcznego żemiosła, utaiła się jeszcze osobowa tęsknota pierwotnego, leśnego i wodnego bydlęcia, kturą my, arystokracja, zatraciliśmy wraz z intelektem i najprostszym nawet, hłopskim po prostu rozumem zupełnie. Jakoś dziś nie idzie mi, ale może to pżejdzie.

Hżąka długo i bardzo znacząco.

SAJETAN

programowo, nieszczeże

Hej! Hej! Ino tym hżąkaniem długim a znaczącym nie nadrabiajcie, pani, bo to nic nie pomoże! Hej!

CZELADNICY

Ha, ha! Hm, hm. Ino tak dalej! Dobże będzie! Hu, hu!

KSIĘŻNA

dalej tonem wykładu

Te kwiaty, kture tu dziś wam pżyniosłam, to są żonkile. Widzicie — o! — mają słupki i pręciki i w ten sposub się zapładniają, że owad, gdy whodzi...

I CZELADNIK

Taż ja się tego, Panie Święty, jeszcze w normalnej szkułce uczył! Ale takie mnie ciągotki biorą, gdy księżna pani...

SAJETAN

Hej! Hej! Hej!

II CZELADNIK

Oderwać się od tego nie mogę. Taka płciowa ponura nuda i płciowa beznadziejność wprost straszna, jak w dożywotnim więzieniu. Gdybym teraz czego, uhowaj Boże, doznał, to byłoby hyba tak dobże, żebym do końca życia z żalu za tym skowytał.

I CZELADNIK

Jak to księżna pani umie te najokropniejsze fibry wyrafinowanej płciowości nawet w prostym człowieku poruszyć i rozbabrać... A! Mnie to aż mgli do takiej pżyjemnej ohydnej męki... Okrucieństwo jest istotą...

SAJETAN

Hej! Cihajcie! Nieh idzie dziwna hwila zaśmierdziałego żywota, nieh się święci i mija, nieh morderczą, tragiczną hucią nas, wszaży biednyh, zabija. Hciałbym żyć krutko jak efemeryda, ale tęgo, a tu wlecze się ta guwniarska kiełbasa bez końca, aż za szary, nudny, jałowcowo-nieśmiertelnikowy horyzont beznadziejnego jałowego dnia, gdzie czeka wszawa zatęhła śmierć. Wciurności do mogilnego kubła — czy jak tam — wszystko jedno.

KSIĘŻNA

zakrywa oczy w zahwycie

Spełnia się sen! Znalazłam media dla mego drugiego wcielenia na tej ziemi, do szewcuw Chciałabym uwznioślić waszą nienawiść, zamienić zawiść, zazdrość, wściekłość i nienasycenie życiem na dziką twurczą energię dla hiperkonstrukcji — tak się to nazywa — nowego życia społecznego, kturego zarodki tkwią na pewno w waszyh duszah, nie mającyh na pewno ruwnież nic wspulnego z waszymi spoconymi, zaśmierdziałymi, spracowanymi ciałami. Hciałabym mękę waszej pracy pić pżez rurkę, jak komar krew hipopotama — o ile to możliwe w ogule — i pżemieniać na moje idejki, takie piękne, takie motylki, kture kiedyś wołami się staną. Nie instytucje twożą człowieka, ale człowiek instytucje.

I CZELADNIK

Tylko bez blagi, jasna pani. Instytucje som wyrazem najwyższyh dążeń, z nih się wykonstruowujom — a jak tej funkcji nie spełniajom, to wont z nimi — rozumiesz, jasna landrygo?

II CZELADNIK

Cihoj — nieh się całkiem wygada.

KSIĘŻNA

Tak — pozwulcie mi raz otwożyć na oścież czy na ścieżaj nawet moją zatęhłą, umęczoną duszę! Więc na czym to stanęliśmy? Aha — żeby waszą nienawiść i złość zamienić na twurczy wybuh. Hm, jak to robić, sama nie wiem, ale to podyktuje mi moja intuicja — ta kobieca, ktura płynie z wnętżności...

SAJETAN

z męką

Ooooh!... I nawet z pewnyh zewnętżności... ooh!

KSIĘŻNA

Ale jak ułagodzić waszą złość? Pżecież wiadomo, że ludzie czasem gładzą jeden drugiego, aby doprowadzić go — tego drugiego — do jeszcze większej pasji. Jesteście teraz wściekli na mnie, Sajetanie, a jednocześnie musicie mnie podziwiać jako coś bezwzględnie wyższego od was, ja wiem: to męka! Gdybym was teraz pogładziła po ręku — o tak — gładzi go tobyście się jeszcze bardziej wściekli — wyleźlibyście wprost ze skury...

SAJETAN

usuwa, wyrywa raczej, rękę jak opażony

O, ścierwa!! do Czeladników Widzieliście ta? To ci klasa świadomej perwersji! Hciałbym klasowo być tak uświadomionym, jak ta holera, perwersyjnie, po kobiecemu, sakra jej suka, jest!

KSIĘŻNA

śmiejąc się

Lubię w was tę wyższą świadomość waszej nędzy i tego łaskotliwego bulu, ktury was rozlizuje na wszawą miazgę. Pomyślcie: gdybym tak Scurvy’ego, ktury mnie pożąda do szaleństwa i już jest jak pżepełniona szklanka, kturą lada potrącenie rozbić może, pomyślcie, Sajetanie, jak by on się wściekł i oszalał, gdybym go tak pieszczotliwie, z litością pogładziła i gdyby on mugł być jednocześnie wami tżema.

Groźny ruh tżeh szewcuw ku niej.

SAJETAN

groźnie

Wara od niej, hłopcy!!

I CZELADNIK

Sam se, majster, waruj!

II CZELADNIK

Raz, a dobże!

KSIĘŻNA

A potem piętnaście latek więzieńka! Scurvy by was nie oszczędził. Nie — a kysz! Teruś, fuj!!! Nieh Fierdusieńko da mi sole angielskie natyhmiast. Fierdusieńko podaje sole w zielonym flakoniku. Ona wąha i daje do wąhania szewcom, ktuży uspokajają się, niestety na krutko. Otuż widzicie: agitacja wasza wykożystuje tylko to, że tamci pogodzić się nie mogą. Jeśli Scurvy, najwyższy dostojnik sprawiedliwości, ktura ma niezdrową manię niezależności, zdoła się dostatecznie podlizać organizacji „Dziarskih Chłopców”...

SAJETAN

z niedoścignionym wprost dla nikogo bulem

I to muj syn tam je — za tę parszywą flotę — muj, muj własny u tyh „Dziarskih Chłopców”, kturyh dziarskość oby skisła w zawadiackim junactwie hoćby! O — żebym raz już pękł z tego bulu — już mi bebehuw wprost nie starczy. Hądrołaje pżepuklinowe — już nie wiem nawet, jako kląć — nawet to mi dziś nie idzie dobże.

I CZELADNIK

Cihojcie — nieh ta ścierwa, guano jej ciotka, wypowie się raz do końca.

II CZELADNIK

Do końca, do końca!

Szarpie się dziko.

KSIĘŻNA

jakby nigdy nic

Otuż hodzi tylko o to, że wy się nie umiecie zorganizować pżez obawę wytwożenia organizacyjnej arystokracji i hierarhii, hoć jesteście jedyni dziś w tym smrodowisku życia — ha, ha!

I CZELADNIK

To ci sturba, psia ją holera w suczą by ją wlań!

SAJETAN

Już ci się też język w tyh wyklinaniah skiełbasił — daj lepiej pokuj. Ja hcę, żeby kto ten proceder raz detalicznie wyświetlił, a ten klnie już bez żadnego dowcipu i bez żadnej francuskiej lekkości. Poczytałbyś lepiej Słówka Boya, aby hoć trohę kultury narodowej nabrać, ty wandrygo, ty hałapudro, ty skierdaszony wądrołaju, ty hlipożygu odwantroniony, ty wszawy bum...

KSIĘŻNA

zimno; urażona

Słuhacie czy nie? Jeśli będziecie się wyklinać między sobą, to idę w tej hwili na five o’clock, starodawnym obyczajem arystokracji. Tylko wasze pżekleństwa skierowane do mnie bawią mnie, wy hlipacy, wy purwykołcie, wy kurdypiełki zafądziane...

SAJETAN

ponuro

Słuhamy! Ni pary z pyska.

KSIĘŻNA

Otuż oni „napżeciw” wam — tak to popularnie muwię, abyście pojęli nareszcie, „w czym dzieło” — oni są rużnorodni — to jest najistotniejsze. My, to jest arystokracja, to motyle rużnobarwne nad ekskrementaliami świata tego — widzieliście, jak czasem motyl na guwienku se siada? Dawniej to byliśmy jak robaki żelazne w tżewiah samej nieskończoności bytu, w transcendentnyh prawah czy jak tam: ja tam nieuczona prosta hrabianka i tyla, i tyle tylko co — ale mniejsza z tym; otuż rużnorodność ta nas gubi, bo dla nas, pour les aristos, „Dziarscy Chłopcy” zanadto demokratycznie dziarscy właśnie i nigdy nie wiadomo, w co się pżetwożyć mogą, a Scurvy już się z państwowym socjalizmem dawnej daty wąha, a dla Jego Dziarskości Naczelnej, Gnębona Puczymordy, sam jest zbyt do was zbliżony — ah, ta względność społecznyh perspektyw! Widzicie, jak ta drabina względności się pżeplata i co jednemu śmierdzi, to drugiemu pahnie i na odwrut. Ja dramatu takiego ideowego nie cierpię, co to, wicie: burmistż, kowal, dwunastu radnyh, kobieta pżez wielkie K, jako symbol prahuci, On — niby ten najważniejszy — nikt imienia nie zna, robotnicy, robotnice i ktoś nieznany, a w obłokah Chrystus z Karolem Marxem — nie Szymanowskim — pod rękę; nie mnie na takie bzdury brać; mnie tżeba wbić na pal, a potem w gębę prać. Ja lubię żeczywistość, a nie zagwazdrane symbolizmy w częstochowskich wierszydłah epigonuw Wyspiańskiego, oparte o gazetkową ekonomię polityczną bez żadnyh studiuw.

I CZELADNIK

Roztrajkotała się, psia ją juha mieżi, jak ostatnia bamflondryga. W mordę ją, w tę anielską kufę raz by zajehać, a potem nieh się dzieje to, co hce.

II CZELADNIK

Ja się boję, że jak raz dam, to będzie potem lustmord — nie wytżymam. O — majstrowi też niedobże z oczu patży, bo ją już raz zeprał. Rozerwiemy ją, hłopcy, w kawały, tę duhową, kaczanowatą dragę...

Smakuje w powietżu rękami i wargami mlaska.
Sajetan, pżysuwając się groźnie hżąka; foksterier żuca się ku nim: Hmr, hmr, hmr...

KSIĘŻNA

Teruś! Fuj!

Zawala się ściana z okienkiem; wywala się zgniły pień; nagłe ociemnienie widoku w głębi, tylko dalekie błyskają światełka i słabo rozbłyska lampa u sufitu. Spod zasłony wyhodzi Scurvy w czerwonym huzarskim uniformie à la Lassalle. Za nim wpadają w czerwonyh trykotah, złoto szamerowanyh, „Dziarscy Chłopcy” z synem Sajetana, Józiem, na czele.

SCURVY

Oto „Dziarscy Chłopcy” — oto Józek Tempe, syn obecnego tu Sajetana. Teraz nastąpi tak zwana „skrucona scenka reprezentacyjna” — my nie mamy czasu na długie procesy, że tak powiem, naturalne. Brać ih wszystkih, co do jednego! Tu jest gniazdo najohydniejszej, pżeciwelitycznej rewolucji świata, hcącej sparaliżować wszelkie poczynania od gury — tu rodzi się ona z pomocą perwersji nienasyconej samicy, renegatki jej własnej klasy, a ostatecznym celem jej — babomatriarhat ku pohańbieniu męskiej, jędrnej siły — społeczeństwo jest kobietą — musi mieć samca, ktury je gwałci — othłanne myśli — nieprawda?

SAJETAN

Wstydź się pan — to potworna bzdura.

SCURVY

Milczeć, Sajetanie, milczeć, na Boga! Jesteście prezesem tajnego związku cofaczy kultury; my to zrobimy nie tracąc wysokości; tu twuj syn ma głos, stary głupcze po prostu — nie będę klął. Zostałem pżez telefon ministrem sprawiedliwości i wielości żeczywistości, tej Chwistkowej. Wszystkih do więzienia za zgodą moją, w imię obrony elity umysłuw najtęższyh!

SAJETAN

z rozpaczą

Raczej kilku bżuhuw co rozroślejszyh i maniakuw — niewolnikuw władzy pieniądza jako takiego — als solhes — psiamać.

SCURVY

Milcz, na rany Chrystusa...

KSIĘŻNA

Pan nie ma prawa...

Zatłamszają ją, ale potem puszczają.

SCURVY

kończy

...stary idioto, i nie muw banałuw, bo nie ręczę dziś za siebie, a nie hcę rozpoczynać nowego życia jako pierwszy prokurator państwa od mordu w afekcie, jakkolwiek ostatecznie mugłbym sobie na to pozwolić. Jutro podpiszę wszystko w gabinecie — nie mam jeszcze pieczątki.

SAJETAN

Co za głupio-drobno-małostkowość w takiej hwili!!

SCURVY

do Księżnej, ktura spokojnie wąha kwiat

Widzi pani: oto jest opanowanie bestialskih wprost pożądań: nic dla siebie; wszystko oddaję społeczeństwu.

KSIĘŻNA

Czy i to?

Zamieża się szpicrutą, kturą podał jej usłużny Fierdusieńko, w niższą część bżuha Scurvy’ego.

SCURVY

odtrącając szpicrutę, kżyczy w dzikim szale

Brać, brać ih wszystkih czworo! Może się to wydać nad wyraz śmiesznym, ale nikt nie wie, że tu tkwił perwersyjny węzeł sił mogącyh rozsadzić całą naszą pżyszłość i pogrążyć świat w anarhii. Rahunek z panią odkładam na puźniej — teraz nareszcie mamy czasu do syta.

SAJETAN

daje ręce pod kajdanki

No — Józiek, prędzej! Nie wiedziałem, kogo moje łono...

JÓZEK TEMPE

bardzo po aktorsku

No, no ociec — bez frazesuw. Tu żadnyh nie ma łon, tylko są fakta, i to społeczne, a nie nasze osobiste parszywostki: ostatni raz pręży się indywiduum pżeciw wszawości pżyszłyh dni.

SAJETAN

Niestety nie będziemy muwić niepotżebnyh żeczy — hej!!!

„Dziarscy Chłopcy” zabierają się powoli do obecnyh. Milczenie. Nuda. Powoli zapada kurtyna, podnosi się i znowu spada. Nuda coraz gorsza.
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), „Szewcy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)