Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Syzyfowe prace

Rozdział XVI

XVI

Miejscem bardzo drogim dla Borowicza i jego koleguw pżez cały czas egzystencji w klasie usmej był tak zwany Stary Browar, obszerna posesja leżąca u wejścia na pżedmieście wygwizdowskie. Niegdyś istniała żeczywiście w tym miejscu fabryka nędznego piwska. Z czasem właściciel jej zrujnował się doszczętnie, a całkowity jego „interes” poszedł w ruinę. Wielkie mury, budowle otaczające, składy i piwnice stały pustkami. Dopiero po upływie lat kilku nabył wszystko za małe pieniądze hudy Żydek z czarną brudką i za mniejsze jeszcze pieniądze pżerobił browar i składy na lokale mieszkalne. Cały szereg tyh budynkuw wraz z niezmiernym podwużem i ogrodami stanowił samoistną dzielnicę. Z jednej strony ograniczała ją wiecznie gnijąca żeczułka, z tżeh innyh uliczki boczne. Wysoki, jakby więzienny mur z posępnymi bramami wyhodzącymi na tży strony świata, biegł dokoła obszaru browarnego wzdłuż ulic sąsiednih. Ponad kanałem sterczał tylko mocny parkan z czterocaluwek. Wielki dziedziniec był brukowany, a nawet pżecięty w popżek pżez trotuar wyłożony marmurowymi płytami. Jednakże tuż obok hodnika istniały głębokie wądoły wybrane w ziemi, nie wiadomo w jakim celu. Kiedy dżdżysty październik napełnił je wodą, miały one wszelkie pozory pułapek zastawionyh pżez właściciela Starego Browaru w celu hwytania żywcem lokatoruw, ktuży nieuiszczone komorne trwonili w knajpah i cukierniah, a puźną i ciemną nocą wracali do gniazd rodzinnyh. Mieszkania ceglanym ruwnoległobokiem otaczające podwużec miały wyraz wcale nie weselszy od więzienia Mazas. Okna w nih były małe, dżwi nieforemne, sienie jak pieczary pogrążone w wiekuistym mroku, shody śliskie i brudne. Na wprost bramy głuwnej wysuwał się z głębi dziedzińca gmah fundamentalny, a raczej ściana jego, bardzo wysoka i naga. Tu i uwdzie tkwiły w niej okna, znacznie puźniej wmurowane. Stary tynk muru, obleczony niegdyś w zewnętżną farbę, poobrywał się, spadł na ziemię i leżał tam z wolna unicestwiany pżez deszcze. Wątpliwa, żułtaworużowa barwa miejsc jeszcze trwającyh zamokła i wynikały tam pżerużne mapy, zygzaki, dziwaczne kształty i wierne symbole. Pżypominały one rozmaite zjawiska tego padołu, jakby dla stwierdzenia myśli Schellinga, że natura, zdążając ku wiekuistej refleksji, zawsze wraca do raz już utwożonyh, a gdzie indziej tkwiącyh postaci bytu.

W tej oficynie mieszkali na piąterku rodzice Mariana Gontali, usmoklasisty, jednego z koleguw Borowicza. Ojciec „Mańka” był nieznacznym użędnikiem Izby Skarbowej. Mieszkanie Gontalów składało się z tżeh małyh, wilgotnyh izdebek i kuhni. Mieściły się tam dzieci, jakaś ciotka Matylda z ogromnymi kuframi, staruszka babka. Maniek z dwoma braćmi uczęszczającymi do niższyh klas gimnazjalnyh mieszkał na gurce. Od klasy piątej, jak większość niezamożnej młodzieży klerykowskiej, całkowite utżymanie swoje opłacał korepetycjami. Dawał ih dużo i pomimo bardzo niskiego wynagrodzenia zarabiał tyle, że mugł dopomagać familii w jej ciężkim życiu.

„Gurka” mieściła się na stryhu. Były tam ongi jakieś suszarnie. Całe poddasze zawalone było starymi deskami i krokwiami, toteż właściciel domu bez wielkiego gniewu dał się nakłonić do pżeforsztowania dwiema ścianami dużej, istniejącej już zagrody, wybicia w muże okienka, a dżwi w pżepieżeniu. Tym pożądkiem wyrosła na stryhu odosobniona stancyjka. Gontala junior za własne pieniądze ozdobił mieszkanie piecykiem żelaznym, od kturego rura, zgięta w kształcie bagnetu, wyhodziła na świat boży pżez otwur wycięty w szybie. Żeby się dostać na gurkę, tżeba było drapać się z sionki bocznej po shodeczkah kuhennyh, bardzo stromyh, pżebywać całą długość stryhu, między istnym lasem belek i krokwi.

W zamian za te trudy dostępu otwierał się pżed gościem z okna izby daleki widok na jedno z pżedmieść Klerykowa, na pola, łąki, wzguża i sine lasy. Tuż pży domu widziało się stamtąd rozległy ogrud, parkan na podmurowaniu, wiszący nad żeką, i pewne w nim miejsce, zwane pżez gości odwiedzającyh gurkę „dziurą Efialtesa”. W kącie sadu, gdzie drewniany parkan stykał się z murem, pewna deska pżybita do gurnego pżęsła, jak wszystkie, bretnalem, u dołu pżegniła daleko poza gwuźdź spajający ją z belką dolną i hadzała swobodnie na gurnym punkcie oparcia, dając się łatwo uhylać w prawo i w lewo. Idąc kilka krokuw w bok po murku od „dziury Efialtesa” znajdowało się gruby dyl leżący nad żeką, po kturym z łatwością można było pżebywać suhą nogą melanholijne fale topieli. Brzegiem kanału, a dalej na ukos od niego w gurę, biegła między parkanami ku pżedmieściu, zamieszkałemu niemal wyłącznie pżez Żydów, uliczka tak strasznie błotnista i ubrudzona, że wszelkie jestestwo ohżczone mogło ją zgruntować tylko w zupełnie wiarygodnyh, niepżemakalnyh i bardzo wysokih holewah. Jedynie usmoklasiści umieli tamtędy skakać po im tylko wiadomyh głazah i wzgurkah do Ponte Rialto, pżebywać go wśrud najgłębszej ciemności i omackiem znajdywać „dziurę Efialtesa”.

Wędrowali tym szlakiem wszyscy, a najczęściej: Zygier, Borowicz, Walecki, Pieprzojad i siudmoklasista — Andrzej Radek. Gdy Gontala wracał ze swyh korep o godzinie dziewiątej, dziesiątej, wypił na dole „u staryh” herbatę i pżybył do lokalu, a miał czas wolny lub hciał zobaczyć się z pżyjaciułmi, wuwczas zapalał świecę i stawiał ją w oknie. Radek widział to światło wysoko w guże, niby daleką gwiazdę błyszczącą, ze swego okna stżeżonego pżez badyl głogu. Zygier codziennie około godziny dziesiątej zmykał spżed nosa Kostriulewa i szedł jeśli nie do Gontali, to do Radka. Z tym ostatnim łączyły go węzły pżyjaźni na śmierć i na życie.

Ponieważ nie można było rozmawiać w noże Radkowej, gdyż za cienką ścianą podsłuhiwał hlebodawca, czyli dobroczyńca pan Płoniewicz, szli tedy najczęściej w ciepłe wieczory jeśli nie do Mańka, to drużką za pżedmieścia w pole. Na gurce zgromadzenia były zupełnie ubezpieczone: zamykano dżwi prowadzące do lokalu i stawiano wartę w kuhni pży shodah. Pełnili ją con amore dwaj młodsi Gontalowie, kturyh za to traktowano po koleżeńsku. Duszą i kierownikiem był Zygier. Dzięki jego wpływowi kierunek i nastruj myślenia młodzieży kończącej gimnazjum zmienił się średnicowo. Nie wymagało to zresztą ani zbyt wielkiej erudycji, ani forsownego oddziaływania. Niby gwałtowny, za usunięciem stawidła, wybuh wody z jeziora skrytego pżed oczyma tyh młodzieńcuw, wwaliły się na obszary, kture dotąd znali: wielka poezja wygnańcza, historia rewolucji i upadkuw, prawdziwa historia czynuw ludu, a nie jego żądu, wieczyście nowa, krwią pżesiąkła, pełna żywotuw godnyh piura Plutarcha albo Carlyle’a... Ta samoistna, oryginalna kultura wciągnęła ih do swej głębi.

Był to rezultat nieunikniony. Zakaz policyjny, traktujący geniusz Mickiewicza jako niebyły, usiłujący zniweczyć pamięć o czynah i życiu Kościuszki, wzmugł tylko ciekawość, energię badania i miłości. Czytano żeczy „zabronione” ze zdwojoną starannością, uczono się ih namiętnie i z uniesieniem, czego nie byłoby może, gdyby te dzieła były legalnymi, jak pisma Puszkina i Gogola. W szafce wyżuconej pżez rodzinę Płoniewiczów do pokoju Radka mieściły się zniszczone, oddane na łaskę i niełaskę szczurom utwory Mickiewicza i Słowackiego, Historia powstania listopadowego Maurycego Mochnackiego, mnustwo pamiętnikuw z r. 1831 i ’63, broszury polityczne, wydanie pisaży okresu Zygmuntowskiego, pżekład Boskiej Komedii, dzieł Szekspira, powieści Wiktora Hugo, Balzaka itd., wreszcie dosyć utworuw literatury „miejscowej”.

Radek pżełknął to wszystko napżud sam w ciągu tżehletniej samotności, a gdy się zaznajomił z Zygierem i usmoklasistami, nosił żecz po żeczy na zebrania. Każda pżyniesiona książka była nowością, do kturej żucano się z takim zaciekawieniem, z jakim dziś czyta się telegraficzne wiadomości w ostatnim dzienniku o najświeższyh zdażeniah w świecie politycznym. A więc cuż muwi ten Dante w swym Piekle Co opisuje Szekspir w Królu Lirze? Cuż to jest ten Faust? W rozmowah zestawiano książki pżeczytane i ruwnano utwory w sposub nieraz bardzo zabawny. Częstokroć wprost od Jerozolimy wyzwolonej pżehodzono do Eugeniusza Sue albo do jakiejś autorki wielkobrytańskiej, kturej nazwiska tłumacz polski wcale nie kładł w tytule dzieła, jakby dla uhronienia szanownej lady od kompromitacji wobec publiki „Kraju Przywiślańskiego”, i znowu z płomiennym zapałem sądzono wyprowadzone postacie, haraktery i sytuacje. Do każdego płodu myśli ludzkiej banda tyh młodzikuw pżyhodziła z natręctwem i bezwzględnością, roztżąsała go nieraz z prostactwem, a najczęściej z zahwytem, ktury już drugi raz w życiu się nie powtaża.

Gdy Borowicz pżeczytał Dziady, nie był w stanie z nikim muwić. Uciekł do najbliższego lasu i błąkał się tam pożerany pżez nieopisane wzruszenie. W zahwycie jego tkwiło coś bolesnego, jakieś pżypomnienie mętne i zamglone, a pżecie żywe niby ciągle w uhu dzwoniący płacz nie wiedzieć czyj, nie wiedzieć kiedy słyszany, a może niesłyszany nigdy, tylko razem z istnością poczęty w łonie matki, gdy bżemienna hodziła około uwolnienia męża z fortecy i w milczeniu płakała nad męką, nad klęskami, nad niedolą i boleścią ginącego powstania... Poezja i literatura epoki Mickiewicza odegrała w życiu Marcina rolę niezmiernie kształcącą. Pżehodził wśrud tyh arcydzieł jak pżez hłostę, jak między szeregami osub, kture na niego patżały ze wzgardą. Dusza jego pod wpływem tej lektury mocowała się z własnymi błędami, ulepszała w sobie i staliła się raz na zawsze w kształt niezmienny niby do białości rozpalone żelazo żucone w zimną wodę.

Nie mniej doniosłe zmiany pżeżywali w tym czasie koledzy Marcina. Walecki zbuntowany pżeciw matce kohał się w Buckle’u, kturego mu objaśniał Borowicz, i uczestniczył w badaniah pżyrodniczyh, rozwiniętyh daleko logiczniej, gdyż „Spinoza”, „Balfegor” i inni, wuwczas już studenci medycyny w Warszawie, słali kursy litografowane i stosowne podręczniki. Zygier kierował starymi „użędowymi” zebraniami w każdą niedzielę. Na takie posiedzenie ktoś z uczestnikuw obowiązany był pżygotować rozprawkę treści dowolnej z książek, jakie miał w ręku ostatnimi czasy. Na nieużędowyh shadzkah u Mańka nie tylko czytano i rozprawiano o żeczah literackih, ale także uczono się pżedmiotuw kursu gimnazjalnego zadanyh na lekcję. Zmęczeni korepetycjami, kture np. Radkowi, Gontali, Waleckiemu pohłaniały pięć, sześć i siedem godzin, pżyhodzili na gurkę, jak do stacji naukowej, ażeby szybko „wykuć” lekcje. Tu gromadnie robiono zadania z trygonometrii, algebry, geometrii, co zmęczonym ułatwiało znakomicie pracę jałowyh, niekształcącyh „podstawień” i wyliczeń; tu na spułkę uczono się czytać wiersze Horacego, tłumaczyć je i rozpatrywać, objaśniać Demostenesa, dohodzić, jakim sposobem należy skandować hury w Antygonie itd.

Na zebrania niedzielne pżyhodzili ruwnież i wolnoprużniacy, hoć wypracowania pisane polskie budziły w nih abominację bynajmniej nie mniejszą niż dawniej uprażnienia rosyjskie. Zaruwno tamto jak to było poza klasą, a więc było zbyteczne. Nie można jednak twierdzić, żeby wolnoprużniactwo nie uległo jakiemu takiemu wpływowi zreformowanyh „literatuw”, wciąż napżud idącyh. Owszem, stara gwardia wlokła się śladem Zygiera, Waleckiego, Borowicza, Gontali — tylko, żeby nie marnować zbyt wiele drogiego czasu, żnęła po cihu w karty. Były nawet z tej paczki formalne petycje do zażądu, ażeby ćwiczenia świąteczne połączyć z tanim, a ruwnież użędowym „preferkiem” w myśl zasady: omne tulit punctum, qui miscuit utile dulci, ale obłąkani, jak muwiono, „literaci” spżeciwili się kategorycznie i nigdy gurka nie splamiła się szulerstwem.

Raz jeden tylko pozwolono sobie tam na „bibę”. Pży końcu tżeciego kwartału, na początku kwietnia, jeden z koleguw, syn kupca posiadającego najobszerniejszą i najstarszą w mieście piwnicę win, zawiadomił Mańka, że pżyniesie wieczorem butelkę maślacza wycyganioną od matki ze specjalnej familijnej piwniczki. Gontala rozesłał wici z oznaczeniem początku zebrania na godzinę dziewiątą. Borowicz załatwiał dnia tego swe korepetycje nieco dłużej i dopiero pżed dziesiątą wybrał się w stronę gurki. Minąwszy hałupiny żydowskie, gdyż tamtędy szła „wieczorna” droga ze względu na to, że bramy posesji już o tej godzinie na głuho zamykano, miał skoczyć w uliczkę, gdy wtem w kręgu światła padającym od jedynej w tyh okolicah latarni spostżegł wysoką personę w cylindże i długim paltocie z bobrowym kołnieżem.

— Majewski — wyszeptał Borowicz, gorączkowo usiłując pżyprowadzić do pożądku spłoszone myśli i znaleźć niezwłoczny środek ratunku dla siebie i koleguw. Zanim cokolwiek pżedsięwziąć zdołał, instynktownym ruhem wsunął się między sągi dżewa ogromnymi kupami leżące na pustym placu pży samym wejściu w błotnistą uliczkę, skurczył się, pżykucnął i nie spuszczał oka z ciemnej sylwetki ruszającej się w mroku.

Majewski zbliżył się do zaułka, pżez czas pewien stał tam, widocznie orientując się w sytuacji, a następnie puścił się w duł, ku żeczce. Kalosze jego hlupały w gżąskih, lepkih, dopiero co rozmokłyh bryłah wiecznego bajora; laska, kturą macał w ciemności drogę, stukała o kamienie tu i uwdzie leżące. Gdy już stanął nad bżegiem kanału, Borowicz wyszedł ze swej kryjuwki i z odległości mniej więcej tżydziestu krokuw śledził jego ruhy. Majewski stanął pży kładce i prawdopodobnie patżał w szybki Gontali błyszczące na wysokości, gdyż jego cylinder, widzialny w nikłym odblasku padającym z tego okna, pohylony był znacznie ku tyłowi. Borowicz zadarł także głowę i z niepokojem badał, czy z tego miejsca szpieg nie dojży głuw zebranyh koleguw. Ani tważy jednak, ani sylwetek nawet widać nie było. Czasami tylko na szybah pżesuwał się powiększony cień jakiejś osoby. Znienacka błysnęło światełko: to pan Majewski rozniecił zapałkę i tżymając ją w ręku, pżebywał kładkę nad kanałem. Światełko wkrutce zgasło i Borowicz stracił z oczu postać struża moralności uczniowskiej. Był najpewniejszy, że Majewski doskonale jest powiadomiony o „szczelinie Efialtesa”, że już usunął deskę i jest w ogrodzie.

Rozmyślając, jaką by sztuką dostać się co thu na gurkę i uwiadomić pżyjaciuł, zbliżył się ciho, stanął pży kładce i łowił uhem każdy szelest. Idąc za Majewskim mugł wleźć mu w ręce, zgubić siebie i wszystkih. Nie wiedział, co robić, kturędy pżełazić... Nagle usłyszał szmer tam, skąd go się wcale nie spodziewał. Wytężywszy wzrok, ze zdumieniem odrużnił figurę Majewskiego na tle parkanu. Czarna plama sunęła wzdłuż drewnianego ogrodzenia i była już o kilkanaście krokuw w bok od kładki. Brzeg żeki był z dawien dawna obmurowany. Na tym podmurowaniu stał parkan. Między nim i kanałem zostawały jakie tży ćwierci łokcia muru, po kturym jak po wygodnej ścieżce można było hodzić aż do wielkih, niedającyh się pżebyć bez drabiny ścian, u dwu krańcuw drewnianego płotu. Borowicz zahihotał w głębi duszy.

Rozumiał teraz, że Majevius otżymał doniesienie czy sam wyśledził, jako uczniowie łażą do żydowskiego sadu pżez dziurę w parkanie, ale nie wiedział, kturą deskę należy ruszyć na bok, żeby uformować pżejście. Tego miał dosyć. Widząc, że cień na słabo szażejącyh deskah posuwa się coraz dalej, hwycił oburącz dyl twożący kładkę i zaczął go z całej siły a ostrożnie ciągnąć ku sobie. Pżeciwległy koniec drewna dał się wydobyć z ziemi. Marcin spuścił go wolno na powieżhnię bagna w kanale i wyciągnął całą kładkę na swuj bżeg bez szelestu. Odsunąwszy ją ku środkowi uliczki, zaczął się ciho skradać pod osłoną stosuw tarcic twożącyh tam istne budowle. Gdy już był napżeciwko Majewskiego, pżysiadł, zgarnął rękoma ogromną kupę gęstego i cuhnącego błota, urobił je na pigułę wielkości bohenka hleba i gżmotnął nią z całej siły w pedagoga wędrującego wzdłuż gzymsu po tamtej stronie rowu. Majewski jęknął głuho i stanął w miejscu. Borowicz lepił już tymczasem drugą kulę, jeszcze bardziej wolną, i natyhmiast zrobił z niej właściwy użytek. „Profesor” widocznie stracił głowę, gdyż stał na miejscu bez ruhu i tylko głębokimi stęknięciami świadczył o celności pociskuw. Borowicz nie ustawał. Pżysiadł na ziemi, hwytał całe bryły i prał z wściekłością. Czyniąc to, pżez ściśnięte konwulsyjnie zęby szeptał do siebie:

— Masz, psie, masz, draniu! Masz — za teatr, masz za inspektorskie zebrania, masz za literaturę! Tyś mnie hciał do siebie podobnym... Masz, renegacie, masz, szpiegu, masz, szpiegu!

W pewnej hwili Majewski pżykucnął, pragnąc widocznie omylić wzrok napastnika. Borowicz dostżegł ten manewr i podwoił szybkość bombardowania w sam cylinder.

— Myślisz, że cię nie widzę! — kżyknął raptem Majewski po polsku głosem jęczącym. — Zapłacisz ty mi za to!

Uczeń bił bez pżerwy. Wuwczas wyhowawca podniusł się i co thu ruszył w stronę kładki, szukając jej laską w ciemności. Wdzięczny elew posuwał się z nim ruwno, hihocąc i bijąc go błotem bez pżerwy. Stanąwszy w okolicah byłej kładki, Majewski potarł zapałkę o pudełko i oświetlił straszliwy dla siebie widok: ławy nie było. Znajdował się tedy w istnej pułapce. Za plecami miał parkan wysoki na kilka łokci, pżed sobą głęboki ściek miejski. Krąg blasku nie dosięgnął wybżeża, na kturym stał Borowicz, ale za to ukazał w całej pełni tważ Majewskiego, czarną od błota. Marcin skożystał z tej hwili i tżepnął w tę właśnie tważ ogromną skibą bajora. Nauczyciel pżez hwilę pluł i harkał, a puźniej wżasnął:

— Gdzieś podział deskę?

Marcin dał mu znowu respons bryłami.

— Nie hcę wcale wiedzieć, kim jesteś — wołał Majewski — nieh cię wszyscy diabli wezmą! Dostaniesz dziesięć rubli, żuć deskę w dawnym miejscu.

Nowy grad pociskuw zwalił się na jego głowę. Wreszcie Marcin znużył się i nasycił zemstę. Spostżegłszy, że belfer idzie znowu po gzymsie bez celu w kierunku raz już odbytym, wsunął się między sągi, pżemknął aż do końca parkanu i siadł, żeby odpocząć i patżeć, co będzie dalej.

Stamtąd widział, jak nieszczęsny więzień palił jedną po drugiej zapałki, shylał się z tym światłem nad żeką, beznadziejnie szukając brodu, jak prubował oderwać deskę z parkanu, ciskał w bagno kamienie, siłą z muru wyrwane, dla utwożenia grobelki, a wreszcie usłyszał niesmaczny plusk i domyślił się, że to pedagog pżebywa w brud żekę klerykowską. Wuwczas hyłkiem zbliżył się ku niemu i postępując krok w krok prowadził oczyma ciemną sylwetkę zdążającą ku brukowanej ulicy. W świetle latarni Majewski ukazał się oczom jego w postaci straszliwej. Było to istne monstrum stąpające na nogah szeroko rozstawionyh, odziane w kupę błota i pżykryte cylindrem zmiażdżonym jak stary kalosz. Marcin zaśmiał się jeszcze i ruszył z powrotem. Szybko w dawnym miejscu pżeżucił kładkę, wlazł do ogrodu i wiadomym bocznym wejściem, po zameldowaniu się młodym Gontalom, wbiegł na gurę.

Zgromadzeni tam byli wszyscy, a nie mogąc doczekać się Borowicza, oprużnili już pękatą butelkę maślacza. Tważe i oczy były wesołe, języki rozwiązane i nie prużnowały. Zygier leżał na łużku Gontali z rękami założonymi pod głową i szeptem coś wykładał czterem kolegom wolnoprużniakom, ktuży wpuł leżąc obok niego, patżyli mu w oczy i słuhali. Pży stoliku gadał Walecki, podniecony winem i tym, co muwił. Na drugim łużku siedzieli żędem czterej wolnoprużniacy, ktuży stanowili najbardziej prawe skżydło tej prawicy i ze skupieniem baczyli na ściany izdebki, puszczając kiedy niekiedy pżez obie dziury nosa dym strugami nad wyraz obfitymi. Pży piecyku siedział na kżeśle Radek z głową zwieszoną i wspartą na ręku. Płowa jego czupryna pojedynczymi pasmami zsunęła się ku dołowi i leżała na czole i na pięściah. Gdy Borowicz wkroczył do izby, wszyscy zażucili go pytaniami, dlaczego tak puźno pżyhodzi. Marcin nabrał thu, a raczej dymu w płuca, wysapał się i muwił:

— Zabierajcie, o ándres klerykowiajoj, manatki i rwijcie stąd z kopyta!

— Co? Dlaczego? — wołano naokuł.

— Zabierajcie manatki, bo tu niezwłocznie może być rewizja! Nie ma o czym długo gadać. Jutro rozpowiem.

To żekłszy, spędził Zygiera z posłania i sam żucił się na nie. Wszyscy umilkli i pżyglądali się Marcinowi sądząc, że blaguje. Nagle Jędrzej Radek podniusł się ze swego miejsca i stanął w środku izby. Głowa jego sięgała pułapu. Włosy kosmykami spadały na czoło. Wzrok miał nieco pżymglony, a raczej skierowany na coś bardzo dalekiego. Zimny a osłaniający głębokie uniesienie pułuśmieh z lekka kżywił jego gurną wargę.

— Słuhajcie no, ja wam powiem!... — zaczął muwić swym twardym głosem.

— Słuhaj no, hłopie, idziemy! — pżerwał mu Zygier.

Radek potżąsnął głową, cofnął się na swe miejsce, siadł tam i, ni z tego, ni z owego, zaczął śpiewać głosem szorstkim, ale mocnym jak szczęk stali, pieśń nikomu nieznaną:

Młoty w dłoń, 
Kujmy broń!... 
 

Zygier szybko żucił się ku niemu, potżąsnął go za ramię i rozkazującym głosem zawołał:

— Radek, bądź ciho!

Andrzej spojżał na niego, kiwnął głową i mruknął:

— Ciho?... No, to ciho...

Wszyscy spiesznie opuścili gurkę, zbiegli ze shoduw i minęli ogrud. Za radą Borowicza wysuwano się pżez „dziurę Efialtesa” pojedynczo i w pewnyh odstępah czasu. Wkrutce wszyscy rozpieżhli się na wsze strony świata — a w okolicy kanału zaległa zwykła, głuha cisza i pustka. Około godziny dwunastej z uliczki brukowanej dał się słyszeć łoskot krokuw kilku osub. To pan Majewski, pżebrany i osuszony, w toważystwie dwu strażnikuw miejskih pżybywał na miejsce, gdzie tyle wycierpiał. Stujkowi mieli ze sobą ślepą latarkę. Otwarłszy ją znienacka, zbadali miejsce. Wbrew twierdzeniom pedagoga dyl leżał nad kanałem, a dziury w parkanie opiekunowie bezpieczeństwa publicznego i teraz odszukać nie mogli. Pan Majewski wymagał, żeby siedzieć w tym miejscu pod osłoną nocy i czekać na rozbujnikuw, ktuży go zmasakrowali, ale strażnicy niezbyt gorliwie myśl tę poparli. Pżystawali w zasadzie na sam proces czekania, tylko nie nad bżegiem cuhnącego kanału, lecz w szynku, ktury według ih zdania mieścił się w odległości bardzo nieznacznej. Samemu panu Majewskiemu reprezentanci siły wykonawczej nie stawiali żadnyh pżeszkud co do zamiaru czatowania pży kładce. Hcieli mu nawet pożyczyć ślepej latarki. Ponieważ jednak noc była ciemna i wietżna, a w okienku Gontali światło zagaszone, więc i sam pan Majewski zdecydował się odłożyć zemstę ad calendas graecas i ruszył do domu.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Syzyfowe prace”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)