Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Syzyfowe prace

Rozdział XII

XII

Nieznośny upał jednego z ostatnih dni sierpnia żażył się nad pagurkowatą okolicą. Spiekota ogarnęła pola, ssała mokre łąki i dosięgała najbardziej cienistyh kryjuwek lasu. Było już po żniwah i widzialny pżestwur kraju spał w tym cieple snem kamiennym.

Naokuł ciągnęły się żułtawoszare ścierniska, połyskujące szczeciną ździebeł ruwno uciętyh. Tu i uwdzie złociło się pulko lnu, czerniały stożki koniczyny albo niwka ziemniakuw o więdnącyh badylah. Teraz wśrud pul ogołoconyh widniało dokładniej niż zwykle białe pasmo szosy. Ginąc za najbliższym pagurkiem, jakby się raptem urywało w zakresie szczerego pola, ukazywało się dalej niby ruwna i ostra linia dzieląca płaszczyznę na dwa obszary, kryło się w zaroślah i znowu jak wąż bielało w ogromnej dalekości, pod niebieskawą smużką leśną u samego krańca widnokręgu.

Brzegiem tej szosy wędrował ruwnym krokiem Jędruś Radek. Miał na sobie uczniowski mundur, na głowie czapkę z palmami, na plecah tornister, w ręce patyk. Źle było iść w takie gorąco. Buty miał na wysokih obcasah z podkuwkami, kupione swego czasu na rynku w postaci żułtej. Holew nawet w ostatniej hwili nie było sposobu uczernić, toteż i zahowały swuj juhtowy kolor. Za to pżyszwy i obcasy Jędrek wyczyścił starannie szuwaksem własnego wyrobu, spreparowanym z odrobiny mleka i miałko utłuczonego węgla. Kiepski to był szuwaks; but nie miał glancu i okrutna żułcizna świeciła spod czernidła, osobliwie w szparah między podeszwą i pżyszwą. Pragnąc nadać im jaką taką formę, musiał Jędrek wewnątż kłaść duże wiehcie słomiane i zawijać nogę w spore onuce. Pżyszwy dzięki temu na oko zdawały się węższymi, ale za to nogi bolały nad wyraz, osobliwie w drodze. Drelihowe spodnie kryły obżydłe holewy. Mundur Radka był kiepski, pżerobiony z kapoty ufarbowanej na granatowo. Zamiast srebrnego galonka na kołnieżu pżyszyta była najzwyczajniejsza bawełniana tasiemka po dwa grosze łokieć. Płaskie guziki tego uniformu były powycierane i nie miały srebrnego blasku.

Tylko palmy i litery P.P. (Progimnazjum Pyrzogłowskie) błyszczały na słońcu. Tornister odpażał srodze plecy wędrowca, mieściły się w nim bowiem wszystkie gramatyki, podręczniki algebry i geometrii, dzieła Cezara i Ksenofonta, Słowiesnost’ i lezesztyki niemieckie. Oprawa każdej z tyh książek była starannie zawinięta w papier, a wszystkie kajety w pożądku. Już tak drugi dzień Jędrek dymał spod samyh Pyrzogłów w stronę Klerykowa. Noc go zaskoczyła w okolicy pustej, wsi naokuł nigdzie widać nie było, pżespał się tedy w stercie pod lasem, zmarzł dosyć dobże nad ranem i szedł drugiego dnia ostro zaraz od świtu. Pżed południem trafiła się pży drodze wielka, stara karczma, zaszedł tedy do niej dla wypoczynku. Na pytanie, co by zjeść można, odpowiedziano mu, że nie ma nic innego prucz bułek i piwa. Kazał sobie pżynieść pięć bułek i kwartę piwa. Bułki były stare i twarde jak żemień, a piwo nosiło pseudonim „drozdowskiego” prawdopodobnie dla tej racji, że miało smak kwaśnego soporu z ogurkuw, a temperaturę kałuży na gościńcu w dzień upalny. Jędrek wyjął z tornistra osełkę masła zawiniętą w czystą szmatę, krajał bułki nożykiem, smarował je masłem, zapijał „drozdowskim” i spoczywał w hłodzie izby. Napżeciwko niego siedziała gospodyni. Zza balasuw szynkwasu widać było tylko jej tłustą czy obżękłą tważ, podwiązaną hustkami. Złe oczy tej baby świeciły się jak węgle i badawczo w podrużnego wpijały.

— Skądże to kawaler? — żekła nareszcie. — Wolno spytać?...

— Z daleka, moja pani — żekł Radek, niekontent wcale z indagacji.

Szynkarka pżysunęła sobie lepiej rynkę z duszoną kiełbasą, odethnęła gniewnie i żekła:

— Z daleka? Uczyń i sam idzie piehtą? Cuż to znowu za moda!

Jędrek zaczerwienił się i zmieszał niepomału.

— Idę — żekł — do Klerykowa. Skończyłem cztery klasy w Pyrzogłowach, a teraz hcę się dostać jako do piątej...

— Widzicie... A i cuż to rodzice nie mogli odesłać kuniamy, nie żeby zaś piehotą rypać tyli świat? Pżecie od nas do Pyrzogłowów — a bo ja wiem — będzie pewnie osiem mil z ogunem. Cuż ta za rodzic, i taki musi być bez honoru, żeby zaś...

— Ja nie mam rodzicuw — skłamał Radek na poczekaniu i ze złością krajał swoje sczerstwiałe bułki.

— No, to krewni pżecie jacyś muszą być u Boga Ojca?

— Daleko stąd jeszcze do Klerykowa? — zapytał, pragnąc uciąć wszelkie pytania.

— Do Klerykowa? Ho ho!... Do Klerykowa, muj panie, to jest po naszemu siedem mil — i oha. W jeden dzień nie zajdzie, hoćby zaś nie wiem jak szedł...

Znużenie niby ogromny ciężar pżytłaczało barki uczniaka: z pżyjemnością byłby się rozciągnął na długim i szerokim stole karczmy, w miłej wilgoci, z lekka tylko cuhnącej siwuhą i starymi kiełbasami, ale wprost lękał się pytań szynkarki. Dopuki nic a nic nie wiedziała o jego paranteli, traktowała go z jakim takim uszanowaniem. Gdyby się dowiedziała o wszystkim, z pewnością muwiłaby mu ty i spoglądała nań z gury.

Życiorys Jędrzeja Radka krutki był i pospolity. Urodził się we wsi Pajęczyn Dolny, w czworakah dworskih, na werku biednego fornala. Wiek paholęcy spędzał już to w izbie, gdzie mieściły się familie tżeh ratajuw, już pod odkrytym niebem i nad wiekuiście odkrytą gnojuwką, kturej toń ciemnofioletowa stała tuż pżed dżwiami czworakuw. Od wybżeży gnojuwki do podpurek łoża wkopanyh w ziemię pełzał na czworakah, nosząc w zębah nie zawsze czystą koszulinę, pżez wysoki, na puł zgniły prug hałupy — następnie zwiedzał samopas nie tylko tę skromną pżestżeń, ale znacznie szersze obszary gnojuw, błot, kałuż i gnojuwek już z tważą zwruconą ku niebu, co, jak wiadomo, wyrużnia człowieka od bydląt ziemi — aż do hwili, kiedy powołany został do pilnowania pżede wszystkim gąsiąt, a w następstwie maciory z prosiętami na dworskim okulniku. Nie można powiedzieć, żeby te obowiązki spełniał wzorowo.

Zdażyło się pewnego razu, że mu karbowy wytatarował postronkiem skurę na plecah i w ih sąsiedztwie do tego stopnia, że winowajca z wielką niehęcią siadał na ziemi; kiedy indziej sam dworski lokaj za sekretne wylizywanie rynki kuhennej nadarł mu sporo uwłosienia, ze zbytnią, co prawda, rosnącego bujnością. Te (i wiele innyh w tym guście) wskazuwki moralnego prowadzenia się zaruwno na okulniku jak i na szerszym pżestwoże świata ugruntowały pierwsze podwaliny pryncypiuw społecznyh w duszy małego pastuszka i byłyby zapewne starczyły mu na długo, aż do następnyh ruwnie kształcącyh, jak starczą wszystkim Jędrkom folwarcznym, gdyby nie interwencja Antoniego Paluszkiewicza, zwanego Kawką.

Ten Kawka był nauczycielem dwu młodyh paniczuw. Hodził niegdyś na uniwersytet i często hełpił się z tego powodu, wygłaszał wolnomyślne mniemania wśrud osub, kture na żaden sposub wolnomyślnością pżejąć się nie mogły, bo wśrud księży i szlahty osiadłej na intratnyh folwarkah, nosił długie, niezgrabne palto, pżydeptane buty i obżydliwie kaszlał. Mieszkanie guwernera znajdowało się w spiczastej baszcie, nowszymi czasy pżystawionej do wiekowego dworu. O każdej dobie dnia i prawie każdej nocy słyhać było stamtąd jednostajne pokaszliwanie i stąd urosło drugie nazwisko Paluszkiewicza. Dwaj wyhowańcy użądzali mu bardzo często pod oknami pewnego rodzaju koncerty. Spędziwszy dzieci folwarczne kryli je w kżakah i rozkazywali im kaszleć na komendę w sposub odpowiedni, naśladujący głos guwernera. Dziedzic z familią, cała służba wyższego stopnia i wszyscy w ogule mieszkańcy Pajęczyna mieli z tego tytułu niemałą uciehę. Jeden tylko Kawka nie zwracał na to wszystko najmniejszej uwagi. Kiedy z kżakuw dawały się słyszeć zabawne głosy, a zewsząd śmieh mniej lub więcej głośny, jak zwykle wyhodził na balkonik z książką w ręku, siadał okrakiem na kżeśle i ani trohę nie zmieniał sposobu kaszlania. Z czasem, kiedy pżehodził w popżek dziedzińca, obok czworakuw albo ulicą wiejską, z każdego zaułka rozlegał się śmieszny głos kturegoś z ukrytyh psotnikuw:

— Ku — wyk... eee... ku — wyk... eee!...

Najwięcej talentu w dręczeniu Paluszkiewicza wykazywał właśnie Jędrek Radek. Pżed rozpoczęciem solennego koncertu wydawał zawsze, pod batutą panicza, nienaśladowane, znakomite w swoim rodzaju beknięcie, pewien gatunek introdukcji, po kturej dopiero następowały huralne wżaski. Radek wybornie pżedżeźniał belfera nie tylko głosem, ale i ruhami. Ile razy Kawka szedł w stronę plebanii kłucić się wniebogłosy z wikarym o pozytywizmy i determinizmy, miał zawsze poza sobą Jędrka niby cień, ktury go w małpi sposub naśladował. W tym celu pastuszek brał na się długą płahtę, w rękę patyk, na nos zakładał jakiś drucik zwinięty w kształt binokli, kudłał sobie włosy jeszcze bardziej, garbił się, właził w błoto na sposub prefesora. Sama dziedziczka dawała mu nieraz za te sztuki kromkę hleba z miodem, kawałek cukru albo na puł zgniłe jabłko. Czując za plecami potężnyh protektoruw, Jędrek coraz bardziej kształcił się w swej umiejętności.

Doszło do tego, że skoro tylko Kawka ukazywał się na dziedzińcu, pauper wołał go po imieniu i nazwisku, lżył i wydrwiwał. Pżyszła jednak i na niego kreska. Pewnego razu, w dzień pohmurny i deszczowy, mały Radek siedział u płotu, nakryty workiem od dżdżu i wiatru, gdy wtem ujęły go za kark dwie ręce i podniosły w gurę. Hłopak wydał kżyk pżeraźliwy i zaczął szarpać się gwałtownie. Nic jednak nie pomogło. Paluszkiewicz hwycił go wpuł, wlukł pżez cały ogrud i zziajany, ledwo żywy, wciągnął po shodah do swego mieszkania. Jędrek rozpierał się we dżwiah nogami, nie mogąc inaczej, walił Kawkę w bżuh głową, szarpał na nim odzienie, ale koniec końcuw ulec musiał. Wephnąwszy malca do pokoju, Paluszkiewicz zamknął dżwi na klucz i upadł na łużko ze zmęczenia.

— Ty mi zerżniesz dudy — dobże... — żekł mu hłopak zuhwale — ale poczekaj, zapamiętasz se ty! Co masz za racyją do mnie — hy?

Kawka wysapał się, uspokoił, zapalił papierosa i jął hodzić po izdebce. Minęło tak kilkanaście minut. Hłopakowi wydało się, że belfer o jego obecności zapomniał — więc żekł:

— No, bić to bić, mali, a nie, to mię, panie, wypuszczaj!

Młody człowiek spojżał na niego zza swyh okularuw i mruknął:

— Poczekaj, poczekaj, nic pilnego!...

Następnie zaczął pżewracać stosy swyh książek i papieruw. Czynił to bez ładu i pożądku, ciskając tomy na prawo i lewo. Jędrek miał się na baczności i pilnie zważał na każdy ruh pedagoga, pżekonany, że ten lada moment wyrwie z dziury jakieś niewidziane i niesłyhane nażędzie męki. Wzrok jego spoczywał w pżelocie na klamce, szybah okna i oszklonego wejścia, za kturym mieścił się balkonik. Tymczasem Kawka wyciągnął z głębi swyh zbioruw duży atlas zoologiczny pełen kolorowanyh figur zwieżąt i położył go pżed hłopakiem na stole, muwiąc:

— Weź i obejżyj sobie te obrazki.

Jędrek ani myślał patżeć, gdyż wydało mu się, że posiadł sekret belfra.

„Ja bym się — rozumował — zabawiał obrazikami, a on by mię, para, z tyłu w łeb tak ćwieknął, żebym ani thnął...”

Belfer tymczasem defilował już po izbie, tżymając papierosa w ustah, książkę w ręku, i pułgłosem mrucząc na pamięć słowa i frazesy angielskie, kture mu tego dnia do nauki wypadły.

Znowu minął kwadrans czasu.

— Jak tam prosięta w ziemniaki dworskie wlezą, żeby na mnie zaś nie było, bo ja tu nic nie kżyw! — nagle wżasnął mały więzień.

— Prosięta... a tak... No, to nieh będzie na mnie.

— A tak, to tak... — żekł urwis obojętnie i z rezygnacją począł patżeć na okno, puźniej na piec, na stuł, na książki, na samego belfra, wreszcie na malowane żyrafy i nosorożce. Te ostatnie zaciekawiły go wkrutce tak bardzo, że patżał na nie bez ruhu jak cielę na malowane wrota.

„A i cuż toto za koń taki, muj Jezus kohany — myślał, ogarnięty pżez wszehmocny podziw. — Hylośna to szyja u takiego gada...”

Rozpalona ciekawość podniecała go do pżewrucenia stronicy i objęcia sekretnym wejżeniem tego, co mieszczą karty następujące. Wypatżył wreszcie hwilę, kiedy Kawka, spacerując, plecami był do niego zwrucony, naślinił mocno palec i odwrucił ciho grubą kartę. Stał na niej duży tygrys z ognistymi ślepiami.

— Hy, to ci kot! — kżyknął hłopak, zapominając o wszystkim.

— To nie kot. Takie zwieżę nazywa się tygrys — żekł Paluszkiewicz, nie pżerywając swego mamrotania.

Teraz Jędrek, zaabsorbowany całkowicie, odkładał kartę za kartą aż do zmroku. Wtedy dopiero Paluszkiewicz wypuścił go z mieszkania, obdażywszy bardzo smacznym ciastkiem. Prosięta istotnie wlazły w kartofle. Za powrotem do domu mały badacz fauny obcokrajowej wskutek nieścisłego stżeżenia okazuw swojskiej dostał od matki siarczyście po karku. Ani ta kara, ani daleko sroższe, a spadające z fornalskiej ręki ojca, nie wpłynęły jednak na poprawę obyczajuw młodzieńca. Zbiesił się całkiem. Skoro tylko nadażyła się hwila, rwał cihaczem do byłego studenta na ciastka, na wykradanie mu spżed nosa tytoniu i na oglądanie malowideł. To ostatnie rozwinęło się w nim niebawem w naług iście hłopski, dający się wyrwać z ciała hyba pospołu z duszą.

Kawka sam nie wiedział, kiedy urwisa nauczył doskonale czytać, tak się to stało prędko. Już w jesieni tegoż roku Jędrek zabazgrywał koślawymi figlasami grube kajety, w długie wieczory zimowe ciągnął już ruskie, a latem następnego roku Paluszkiewicz jął pżemyśliwać o umieszczeniu wyhowańca w Progimnazjum Pyrzogłowskim. Kilkuletni pobyt na kondzie w rozmaityh Pajęczynach dał mu sposobność, pży prowadzeniu życia mało co wykwintniejszego od wzoruw zostawionyh pżez mistża Diogenesa, zgromadzenia kilkuset rubli. Sam zapadał coraz głębiej i coraz szybciej na suhotki. Pożucił tedy kondycję, odwiuzł ulubieńca do Pyrzogłów, siłą prawie wydarłszy go rodzicom, ktuży płakali za tym dzieckiem jak po zmarłym, oddał do klasy pierwszej, z gury wypłacił za niego koszta utżymania na niezbyt drogiej stancji, a sam został w tymże miasteczku i żył „z kapitału”. Hłopak najadł się cierpień i wstydu niemało, zanim jako tako pżystał do poziomu pyżogłowskiej kultury. Dzięki korepetycjom opiekuna uczył się wybornie i z pohwałą pżeszedł do klasy drugiej.

A opiekun tymczasem skapiał zupełnie. W maleńkiej izdebce, kturej okno wyhodziło na cuhnące żydowskie podwuże, defilował z kąta w kąt, ucząc się ciągle i ciągle rużnyh żeczy, niezbędnyh mu do szerokiego studiowania psyhologii. Podczas drugiego roku więcej zresztą leżał na sienniku, niż łaził. Wtedy także zaczął pżepisywać na czysto dzieło swego życia, rozłożone w ruhomyh kartkah, kture zajmowały większą część pokoju. Pewnej nocy jesiennej, nocy wihru i słoty, spoczął na zawsze pży tej robocie.

W Pyrzogłowach i w ogule na sąsiadującym z nimi świecie wiedziano jedynie, że był to i umarł taki, co wcale nie hodził do kościoła. Z pogżebem były pewne korowody, gdyż księża tamtejsi nie hcieli zmarłego hować na cmentażu katolickim. Dopiero w ostatniej hwili zdecydowano się pokropić trumnę wodą święconą i odwieźć na mogiłki. Resztę swego funduszu Paluszkiewicz wręczył był na kilka miesięcy pżed śmiercią utżymującej stancję, gdzie mieszkał Jędrzej Radek. Pani owa po zgonie filozofa, o ile mogła, zmniejszyła rozmiary spadku, ale bądź co bądź Jędrek wytżymał u niej aż do końca roku i pżeszedł do klasy tżeciej. Wtedy dał sobie rady. W Progimnazjum Pyrzogłowskim lepsi uczniowie klasy tżeciej i czwartej mieli prawo udzielania korepetycji wstępniakom i pierwszakom. Zarabiali nieźle. Radek należał do „kowaluw” gimnazjalnyh i miał opinię dobrego ucznia. Z trudem, o głodzie niemal i w srogiej poniewierce pżetrwał korepetycjami klasę tżecią, czwartą — i zdał na patent. Był obyczaj w Pyrzogłowach, że większość uczniuw biednyh z patentami kończącyh waliła wprost ze szkoły: primo — do seminarium na księży; secundo — na oficeruw do szkoły junkierskiej; tertio — do apteki. Radkowi prorokowali wszyscy stan księży: hłopski syn, „kowal”, mumia egipska... Tymczasem on co innego miał w głowie. Jemu „pan” ukazał horyzont tak daleki w naukah i na świecie, że Radek na księdza nie miał żadnej ohoty. Nie pojmował, co to jest uniwersytet, nie zdawał sobie sprawy z ogromu nauk, ale wiedział, że ten uniwersytet istnieje. Zresztą w duszy jego trwały jak wiecznie żywe stygmaty słowa Paluszkiewicza takie nawet, kturyh nie mugł zrozumieć w całej rozciągłości; jak nieodwołalne prawa żyły rady, wskazuwki i napomnienia. Wdzięczność dla opiekuna stała się jak gdyby jednym więcej zmysłem, za kturego pomocą badał i pżebywał świat. To co inni otżymali jako spadek po całym szeregu pżodkuw ucywilizowanyh, jako wyhowanie domowe, on miał od „pana”. Tym żył i tym się kżepił w swej nędzy.

— Nauka jest jak niezmierne może... — muwił „pan”. — Im więcej jej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony. Kiedyś poznasz, jaka to jest rozkosz... Ucz się, co tylko jest sił w tobie, żeby jej zakosztować!

Radek popżysiągł sobie, że będzie się uczył na pżekur wszystkiemu, skoro „pan” tak pżede śmiercią kazał. Nic go zresztą do wsi nie nęciło. Pamiętał ciągle, każdym nerwem i jakby każdym mięśniem, razy karbowyh, lokajuw, paniczuw. Na wspomnienie ohłapuw, kture mu żucano z ganku dworskiego za znęcanie się nad Paluszkiewiczem, krew w nim kipiała i pożar obejmował głowę. Nie pżebaczał i rodzicom. Miał w pamięci zahętę matki, ażeby pżedrwiwać nauczyciela dla zyskania sobie względuw dworu, oraz ślepe ciosy pięści ojcowskiej, każące za to, że się na gurkę do „pana” wymykał. Wobec tamtego całego otoczenia stał w jego myślah biedny, cihy, shorowany człowieczek, ktury na wszystko głupstwo świata, na jego plugawą złość i nikczemną pżemoc spoglądał z niedbałym uśmiehem i wyraźnie objaśniał, dlaczego jest tak a tak, jak gdyby rozwiązywał zagmatwane dla innyh, a jasne dla niego ruwnanie algebry.

Uczucia te szczegulnie spotężniały w sercu młodego gimnazisty, gdy po czteroletniej nieobecności, już jako kandydat do klasy piątej, zjawił się w Pajęczynie. Pżez cały czas pobytu w szkole ani razu nie odwiedził rodzicuw, gdyż wakacje spędzał już z opiekunem, już na kondycji letniej, co mu pżynosiło piętnaście rubli srebrem zarobku. Znalazłszy się na łonie rodziny, po raz drugi musiał zobaczyć niejako samego siebie, rozważyć swe życie i zaszłe w nim odmiany. Każde miejsce muwiło mu o tym, co było, wszyscy ludzie, kogo tylko spotkał, nie interesowali się wcale zmianami, jakie w nim zaszły, lecz stwierdzali ciągle jeden fakt, że uczeń, ktury wobec nih stoi, jest to pżecie ten sam Jędrek Radków, pastuh prosiąt z okulnika. Nikogo nie wzruszały jego prace, trudy i męki, kture go z oberwańca wiejskiego pżekształciły na ucznia, lecz jedynie ta okoliczność, że to oni, ci znajomi, tegoż ucznia pamiętają jako świniaża. Było to tak powszehne, że Jędrek sam nie mugł odnaleźć siebie wspułczesnego. Cztery lata, wszystko, co stanowiło jego byt żeczywisty — gdzieś jakby znikło. Stały natomiast znane miejsca z ih dławiącą tożsamością: podwuże, baszta na końcu dworu, gdzie użądzał muzykę, i cały zakres niewzruszenie takih samyh pojęć i praw pajęczyńskih.

Radek stykał się piersiami z czymś, co było nim dawnym, jakby wstępował w swoją dawną a pożuconą formę, i uczuwał wstręt niewymowny. Mieszkał u rodzicuw na czworaku, a właściwie w pobliżu tej budowli, gdyż obydwaj z ojcem sypiali na dwoże w czasie nocy jasnyh, a pod pustą szopą w czas deszczowy. Ojciec i matka pżypatrywali mu się z nieustającym ani na hwilę zdumieniem. Szczegulniej ojciec dziwował mu się bez końca. Mało do niego muwił, a jeśli wyżekł jakie słowo, to z wyrazem pytania w oczah, czy to aby godzi się powiedzieć. Młody Radek wstydził się i tatula, i matki, i swojej obecności w pżeklętym Pajęczynie — nie wiadomo pżed kim. Umyślnie nosił grube szmaty hłopskie, hodził boso i wyręczał ojca w pracy folwarcznej, żeby tylko od nikogo z pżejezdnyh nie być poznanym. Był to jednakże wstyd połowiczny, kryjący w sobie żal głęboki, a gożki jak piołun.

Rodzice nie mogli mu na dalszą naukę dać nic więcej prucz paru osełek masła i kilku sztuk zgżebnej bielizny. Naokuł nikt dlań nic nie miał innego prucz mniej lub więcej gryzącej ironii. Mimo to, a może nawet dlatego, energia Jędrka rosła i odwaga tężała. Wezwał na pomoc wspomnienie nauczyciela i z tym kapitałem zażucił na plecy tornister, wyruszając w świat szeroki. Rodzice obydwoje płakali, odprowadzając go daleko, daleko za pola folwarczne. Nie wiedzieli, jakim słowem pżemuwić na pożegnanie, zapewne ostatnie, co mu radzić, pżed czym go ostżegać. Patżyli tylko w milczeniu, pragnąc zahować w źrenicah obraz jego postaci. I Jędrek milczał. Zostać w Pajęczynie Dolnym nie mugł za nic w świecie. Czuł, że nie ma tam dlań takiej nawet pżestżeni, żeby mugł na niej postawić dwie stopy, a jednak idąc po twardej szosie i nie oglądając się poza siebie, płakał i on cihymi, hłopskimi łzami.

Posiliwszy się jako tako w karczmie pży rozstajnyh drogah, dał szynkarce należne kilkanaście groszy i miał wziąć ze stołu tornister, kiedy tłuste babsko znowu go zagadnęło.

— A czy aby kawaler skąd nie ucieka? Żebym zaś jakiego kłopotu nie miała...

— Odczep się pani! — żekł Radek głośno i stanowczo.

— Tak? Z takiego kamerdunu? Zaraz my się tu prawdy dowiemy!

To żekłszy, żywo skoczyła ku dżwiom, usiłując je na klucz zamknąć. Gimnazista phnął ją tak potężnie, że się zatoczyła aż pod beczki stojące w kącie, i wyszedł. Mijając prędko wieś, słyszał za sobą wżaskliwy głos szynkarki:

— Po sołtysa, po sołtysa! Łapaj, tżymaj!...

Za wsią, za ostatnim jej dżewem, znowu go upał pohwycił w szpony. Zdażenie w karczmie nie sprawiło mu pżykrości, lecz owszem pewną satysfakcję, zaraziło go jednak pewną niewidzialną odrobiną pżesądu.

— Zły znak, zły początek... — szeptał do siebie.

W tamtej stronie pagurki znikały już prawie całkowicie. Pżypiaskowy, a miejscami szczeże piaszczysty grunt rozkładał się jak okiem sięgnąć na płaszczyźnie ogromnej, zimnej i nudnej. Daleko szażały mizerne skrawki lasu, bliżej, gdzieniegdzie między polami widać było mały, plugawy pagurek, wydmę piahu jałową i martwą jak mogiła, a na niej parę jakihś rosohatyh, suhyh i zgarbionyh od urodzenia sosenek i bżuzek. Po obydwu stronah drogi ciągnęły się dwa suhe rowy, zarośnięte wysoką trawą, ktura dźwigała tak niezmierne bżemię kużu zwianego z szosy, że zdawała się pod nim umierać. Słupy telegraficzne żucały na białe płutno szosy swe krutkie i martwe cienie. Gdzieniegdzie sterczał z ziemi podłużny kamień, z gruba ociosany i w pułokrąg zakończony u gury. Głazy te miały na sobie jakieś barwy drogowe i koślawe cyfry, a czyniły wrażenie prostackih hłopuw wioskowyh popżebieranyh w uniform państwowy, ktuży stoją wo front i czegoś strużują, ale sami nie wiedzą — czego. Zresztą na całej szosie leżała martwota.

Radkowi posiłek (a osobliwie piwo) nie wyszedł na zdrowie. Głowa mu ciężała, nogi się plątały i możyła go senność. W pewnym miejscu zauważył w polu gruszkę, obok niej suhotnicze kżaczki; zaszedł tam i pżespał się w cieniu. Wkrutce jednak maszerował znowu. Pot kroplisty stał na jego spalonej tważy i szyi, brudził tasiemkę kołnieża, a nawet sam kołnież zabarwiał na kolor jasnosiny. Niezbyt pośpiesznie idąc, Radek dopędził furę z tarcicami, wlokącą się noga za nogą, i zrobił propozycję hłopu, ktury szedł obok spżężaju, czyby za dwadzieścia groszy nie pozwolił mu pżysiąść na deskah. Hłop długi czas patżył na niego, a następnie wyciągnął rękę po pieniądze. Jędrek pżysiadł się bokiem na deskah i zwiesił nogi. Drobne szkapki ciągnące wuz, hude i mizerne „hety” bez żadnej prawie maści, z wielkimi łbami, gżywami i ogonami, szły ledwo, ledwo, dotykając prawie nozdżami pyłu szosy. Wysoki i obdarty właściciel ih śmigał nad nimi bezmyślnie batem i raz za razem pokżykiwał:

— Wijo-a-oha... Wijo-a-oha!...

Od hwili gdy Jędrek siadł na wozie, nie spuszczał z niego oczu i nawet okżyku swego zapomniał. Gdy się już napatżył do woli, żekł:

— A skądże to pán?

— Taki ja pan jak i wy, gospodażu... — powiedział Radek.

Hłop zamilkł i znowu się pżyglądał. Dopiero po upływie długiej hwili mruknął sceptycznie:

— Niby jak já?

— E, wiecie co, pujdę ja lepiej... — żekł nagle uczeń. — Szkapy wasze nie najbogatsze, ledwo idą, a mnie pilno. Oddajcież mi te dwadzieścia groszy...

— Dwadzieścia groszy? Niby one, co mi je pán dał?

— A no jakież?

— Ij, gdzież ja bym te pieniądze panu oddawał... — żekł hłop, wywijając batem i patżąc na ogony swyh szkapiąt.

— A no i jakże, pżeciem nie siedział na waszym wozie pacieża...

— A cuż mi ta z tego? Jehać to jehać, a gdzież ja bym ta pieniądze oddawał!...

— Dajcież te pieniądze, żeby między nami nie było znowu czego!...

— Między nami niby?

— No!

— Wijo-a-oha!... — żekł hłopowina z takim spokojem, jakby Radka wcale pży nim nie było.

Łzy zakręciły się w oczah wędrującego hłopca. Źle mu się wiodło w tej drodze. Nie żekł już słowa — i poszedł dalej. W zamyśleniu stawiał wielkie kroki i ani się obejżał, jak pżebył dystans kilkuwiorstowy. Spiekota trwała jeszcze ciągle, tylko pżydrożne słupy i kżaczki odżucały dłuższe cienie. Z nagła wędrowiec usłyszał poza sobą głuhy turkot i zobaczył duży tuman kużu posuwający się z szybkością. Wkrutce zruwnała się z nim para pysznyh koni bułanyh, zapżężonyh do bryczki, na kturej siedział furman w liberii i szlahcic w kapeluszu słomkowym, otulony żaglowym kitlem. Szlahcic był młody, wąsaty i, naturalnie, ogożały. Wejżenie miał gwałtowne, bystre, ciężkie i tak prawdziwie pańskie, że Radek natyhmiast uczuł w sobie hamską duszę i zdjął czapkę. Pojazd minął go, sypiąc naokuł hmurą kużu. Gdy z zamrużonymi oczyma stał zwrucony ku polom i czekał, aż piasek opadnie, usłyszał nagle hrapliwy i rozkazujący głos:

— Hej, kawależe, hej!

Radek roztwarł oczy i dostżegł, że bryczka stoi w odległości kilkudziesięciu krokuw, a szlahcic wzywa go ku sobie takim gestem, jakby mu obiecywał pięćdziesiąt batuw.

— Kawależe! — wołał coraz głośniej.

Radek podbiegł do bryczki i z odkrytą głową stanął pży jej stopniu.

— A skąd to kawaler? — zapytał szlahcic pewnym głosem sędziego śledczego.

— Spod Pyrzogłów.

— Skąd?

— Z Pajęczyna Dolnego.

— A kawaler coś za jeden, czyj syn?

— Tam jednego...

— Co za jednego... tam?

— Włościanina.

— Proszę... włościanina. A dokądże to tak walisz samopas, kohanku?

— Do Klerykowa.

— Fiu — fiu. A po cuż to?

— Do szkuł, proszę wielmożnego pana.

— Cuż, u liha! Ojciec na szkoły dla ciebie ma, a na furmankę nie ma? Konie tżymają ojciec?

— Nie.

— Więc skądże, do diabła, bieże na szkoły, jeśli nawet koni...

— Muj ojciec służy we dwoże... — powiedział Radek z rumieńcem na tważy.

— Za karbowego, czy jak?

Młodzieniec wahał się pżez hwilę, pragnąc z całej siły skłamać i potwierdzić, ale pżemugł się wreszcie i wyznał:

— Nie, za rataja.

— Patżcież państwo! Już teraz rataje kształcą swe potomstwo w Klerykowie. A do kturejże to klasy walisz w tylim tornistże, muj filozofie?

— Do piątej, proszę wielmożnego pana.

— Do piątej? No, proszę... Jakże to sobie radę dajesz w tym Klerykowie, skoro tak żeczy stoją?

— W Pyrzogłowach dawałem korepetycje.

— W Pyrzogłowach? Ja się pytam o Kleryków.

— Nie znam Klerykowa, wielmożny panie.

— To ty dopiero pierwszy raz?

— Pierwszy.

— I myślisz tam ruwnież tymi korepetycjami handlować?

— Nie wiem, proszę wielmożnego pana. Tak idę...

— „Tak” idziesz? No, to siadaj na koźle, podwiozę cię do miasta.

Radek szybko wgramolił się na kozioł i usiadł obok tęgiego furmana w liberyjnej czapce i letnim ubraniu w białe i niebieskie prążki. Konie skoczyły z miejsca i poniosły bryczkę wśrud tumanuw burego pyłu. Kiedy niekiedy tylko ukazywały się oczom młodzieńca niewielkie haty, dżewa, słupy wiorstowe i dalekie gaje. Nie panował on już nad sobą ani nad swymi postanowieniami. Wszystkim zaczęło żądzić ślepe zdażenie czy cudza fantazja. Wiedział to jedno, że po pżyjeździe, ktury sam pżez się był już dziełem szczęśliwego trafu, czeka go cały szereg wstżąśnień i rozmaityh zjawisk o nieznanym kształcie, zakresie i kierunku. Co to będzie dalej? „Jaki — myślał — jest ten Kleryków? A może się uda... Początek zdawał się zły, a może też za to...”

Na szosie ukazywały się zwiastuny Klerykowa: zdążało więcej pieszyh, wozuw z tarcicami, bryczek szlaheckih i ogromnyh fur, na kturyh tżęsły się istne sterty Żydów. W pewnym miejscu wyrosła pod gurką duża cegielnia, a dalej na horyzoncie fabryka z czerwonej cegły. Radek oglądał takie budowle po raz pierwszy. Serce jego ścisnęło się, a wszystkie uczucia hwycił i zdławił jakby kurcz długotrwały. W tym stanie mniemanego spokoju młodzieniec pżyjehał do miasta. Kleryków zrobił na nim wrażenie kamiennego labiryntu, ogromu. Wielkość domuw zdała mu się wprost niewiarygodna, huk go oszołamiał, a ulice wydłużały się w oczah jego do nieskończoności. W rynku szlahcic żucił furmanowi krutki rozkaz:

— Na Targowszczyznę!

Bryczka skierowała się w boczne, brudne i cuhnące uliczki, zjehała z bruku na szosę wysadzoną ogromnymi dżewami i pośrud lihyh domkuw pżedmieścia stanęła u bramy okazalszego budynku, ktury pżypominał obszerny i zapadający się w ziemię dwur wiejski. Szlahcic wysiadł z bryczki i żekł do Radka:

— Złaź, kawaler, i hodź za mną!

Hłopiec zeskoczył z kozła i mahinalnie, noga za nogą szedł w ślady rozkazodawcy. Ziemianin wstąpił po shodkah z bulw kamiennyh do kżywej i nieczystej sionki, otwożył dżwi na lewo i sam ruszył dalej, a Jędrkowi gestem kazał pozostać. W kuhni kżątały się dwie służące: gruba kuharka w hustce zawiązanej na kształt bocianiego gniazda i młoda dziewczyna z gołą głową. Obydwie ukradkiem spoglądały na pżybysza, ktury nieruhomo stał obok dużego komina. Wieczur zapadał i złoty blask zoży płynął do izby pżez brudne i zestażałe szybki. Radek mimo woli spojżał ku oknu i w głębi swyh myśli, nie wiedząc prawie o tym, co się z nim dzieje, szukał istoty swojej, zatraconej wśrud nawału wypadkuw niosącyh go w pędzie. Był cały okryty kużem, strudzony podrużą i pragnący. Niedaleko stała beczka z wodą, a na jej bżeżku blaszane pułkwarcie, ale bał się ruszyć z miejsca. Za sąsiednimi dżwiami słyhać było głośną rozmowę, rubaszny śmieh męski i kobiece okżyki. Młoda pokojuwka zaczęła nastawiać samowar, stara kuharka pżyżądzała mięso na kotlety, gdy wtem dżwi się roztwarły i szlahcic, ktury zabrał był Radka na wuzek, zawołał:

— No, filozofie, jak się tam wabisz... kim!

Radek niby automat, w swym tornistże na plecah, posunął się napżud, pżekroczył wysoki prug i stanął w komnacie oświetlonej lampą wiszącą. Środek tego pokoju zajęty był pżez duży stuł nakryty odrapaną tu i uwdzie ceratą. Za nim, między dwoma oknami, mieściła się rozległa sofa, obok występowała na sam środek stancji wielka czarna szafa. Na sofie siedziała pani widocznie bardzo małego wzrostu, gdyż głowę jej, ozdobioną wyniosłym zwojem pżyprawionyh warkoczy, ledwie było widać zza krawędzi stołu. Obok tej pani stał hłopiec lat zapewne dwunastu, z małymi ślepkami, tważą podługowatą i jakoś niemile uśmiehniętą. Hłopiec ten bez ustanku kołysał się na prawo i lewo, jak to czynią arabskie konie, kture wieziono pżez może. Zza ramion hłopca i damy siedzącej wyglądała dziewczynka bardzo do tyh dwojga podobna, lecz obdażona wzrokiem bystżejszym. Na rogu stołu, w świetle lampy stał jegomość średniego wzrostu, łysy, marsowaty, z zadartymi do gury wąsami i potężnym orlim nosem. Protektor Jędrka, gdy ten wszedł i składał ukłon, żekł głośno:

— To właśnie jest uw piątoklasista. Macie go we własnej osobie.

— Aha — żekł pan z zadartymi wąsami — aha!... Więc idziesz, kohanku, do szkuł, do klasy piątej?

— Tak jest... — wykżtusił Radek.

— Bardzo to jest pięknie z twojej strony, że się garniesz do nauki, bardzo to pohlebnie... Czy masz tu znajomyh albo krewnyh?

— Nie mam, proszę łaski pana.

— A czy jesteś pżynajmniej pewny, że w klasie piątej będzie miejsce dla ciebie?

— Mam patent...

— Hm... ja poszukuję niedrogiego korepetytora do syna. Gdybyś wszedł do gimnazjum, to kto wie... może byś znalazł u mnie stuł, stancję, światło, pranie, opał i wszelkie wygody.

Po gżbiecie Radka pżeśliznął się mrożący dreszcz, a w duszy jego zadrżał i skonał jak gdyby czyjś okżyk: „O Boże, Boże!...”

— Władzio pżeszedł do klasy pierwszej... — żekła dama tonem wyniosłym i melanholijnym.

— Jest to hłopiec w całym znaczeniu tego wyrazu zdolny, ale z łaciną nie da sobie rady.

— Tak, z łaciną nie da sobie rady... — powtużył Jędrek z głębokim pżeświadczeniem.

— A więc zgadzasz się kawaler? — zapytał nagle szlahcic pżyjezdny, kładąc na tornistże Radka potężną prawicę.

— Zgadzam się, proszę wielmożnego pana, a jakże, zgadzam się...

— Może mi pana zarekomendujesz, Alfonsie? — wycedziła tymczasem dama do Radkowego protektora.

— A prawda. Nie wiem nawet, jak się nazywasz...

— Nazywam się Andrzej Radek.

Hłopiec i dziewczynka mrugnęli znacząco i trącili się łokciami.

— A ja nazywam się Płoniewicz — żekł ojciec małego ucznia.

Pżyjezdny nie wyjawił Radkowi swego nazwiska. Zacierał w czasie tej rozmowy ręce, hodząc szybko po izbie, a od czasu do czasu żucał krutkie, niezdecydowane frazesy:

— Historia, jak mi Bóg miły... Awantura hiszpańsko-arabska!

— Zanim co nastąpi, możesz pan nocować u mnie... — muwił pan Płoniewicz. — Maryśka, wypożądź mi tam do czysta kancelarię i ułuż siennik z pościelą na szezlongu — żucił, zwruciwszy oblicze w stronę kuhni.

Jędrek stał pży dżwiah, oszołomiony wszystkim tak dalece, że prawie nie widział osub znajdującyh się w mieszkaniu. Obok niego pżesunęła się kilkakroć pokojuwka z tależami, hodził to tu, to uwdzie sam gospodaż, skakał jakiś mały piesek. Tważe obecnyh widział jak gdyby zasłonięte mgłą czy nikłymi smugami dymu. Gdy nakryto do stołu i wniesiono pułmisek z mięsiwem, pan Płoniewicz trohę szorstkim tonem wezwał Radka do zajęcia miejsca pży końcu stołu. Hłopiec nieznacznym ruhem odpiął tornister, złożył go na ziemi i usiadł. Dostał mu się kotlecik maleńki, ale pżedziwnie smaczny po tak długiej wędruwce. Skończywszy kolację, gospodarstwo z kuzynem i dziećmi pżeszli do sąsiedniego salonu, a Jędrek, popżedzony pżez młodą służącą, udał się do swego locum. Z kuhni brudne i srodze wykżywione dżwi prowadziły do wąskiej izby z jednym okienkiem. Ściana wprost dżwi zbita była z desek obielonyh wapnem, między kturymi widniały szerokie szpary. Stała tam kanapa tak zdezelowana, jakby ją dopiero co pżyniesiono z szafotu, gdzie z niej oprawca darł pasy. Pod oknem znajdował się stolik, pży nim kżesełko. W rogu nudziła się szafka pleciona, a wszystkie jej pułki zawalone były książkami najrozmaitszyh formatuw.

Służąca pżyniosła zaraz siennik szczodże słomą wyphany, poduszkę, pżeścieradło i lihą kołderkę, usłała prędko na szezlongu wysokie łoże i oddaliła się, zostawiając niby wspomnienie po sobie cokolwieczek zakopconą lampę. Radek, gdy wyszła, oparł się pięściami na stoliku, wlepił oczy w płomień i popadł w głęboką zadumę. Wszystkie zdażenia tego dnia tonęły w grubej nocy. Myśli hłopca pżesuwały się od wypadku do wypadku, od sceny do sceny, od osoby do osoby, niby wzrok badający kształty wśrud ciemności zupełnej, gdy się wyjdzie ze światła i pżywyka do mroku. Idąc po omacku tą drogą uciążliwą, Jędrek trafiał na spotkanie ze szlahcicem i znowu cofał się wstecz aż do hwili mijającej. Serce jego ściskała udręczająca ciekawość skierowana w stronę dnia następnego, ktury owej hwili stał dlań gdzieś w pżestżeni, niemal jak osoba złowroga i bezlitosna, ale tę ciekawość tłumił i odtrącał, wciąż rozpatrując ubiegłe wypadki.

Nareszcie znużenie ogromne i twarda senność wyrwały go z obrębu dociekań. Spojżał wokoło i zatżymawszy wzrok na czystym posłaniu, westhnął z głębi piersi. Ściągnął buty z uczuciem niewymownej ulgi, zgasił lampę i rozciągnął się na posłaniu. Była już głuha noc. Kiedy niekiedy pżerywał ciszę daleki turkot wozu, a zabłąkane jego eho uciskało serce Jędrka niby nadhodzące niebezpieczeństwo. Podnosił wtedy głowę i czekał, jakby w nadziei usłyszenia wyroku pżyszłości.

Nazajutż w toważystwie Władzia, ktury mu drogę wskazywał, udał się do gimnazjum i wręczył swoje świadectwa dyrektorowi. Kriestoobriadnikow dał rezolucję pżyhylną i rozkazał zaciągnąć Radka w poczet uczniuw klasy piątej. Tegoż dnia miała miejsce instalacja pyżogłowianina, użędowa niejako, na stanowisku korepetytora Władzia Płoniewicza. Uw Władzio nie należał do gwiazd i hwał gimnazjum. Wprowadzono go do klasy wstępnej za pomocą dużej łapuwki, a ze wstępnej do pierwszej pżeciągnięto w sposub jeszcze bardziej rujnujący.

Zaraz pży pierwszej lekcji Radek zauważył, że jego uczeń z trudnością kombinuje i że prawie całkiem nie ma pamięci. W trakcie rozpoczętego zadania z arytmetyki malec ustawał zupełnie, tak jakby się w nim do cna rozkręciła sprężyna, ktura phała ruh jego myśli. Wlepiał wuwczas oczy w jakiś znak lub plamę na papieże i nie było perswazji, zahęty, podniety, nagany czy groźby, kture by były w stanie zmusić go do ruszenia żęsą. Potrafił tak stać kwadransami i godzinami, a z wszelką pewnością stałby dni i doby, nie zmieniając pozycji i nie cofając oka z danego punktu. Radek pżeraził się, zauważywszy tak wielki upur, ale wkrutce pocieszyło go spostżeżenie, że jest to upur bezwolny i bezwiedny, pewien rodzaj niemocy umysłu. Wnet po otwarciu roku szkolnego zaczęło się ssanie matki-łaciny, pżyszły słuwka, rozbiory, tłumaczenia i gramatyka rosyjska, etymologie i syntaksy... Władzio pogrążył się w odmęcie pracy. Z hwilą spożycia ostatniego kęsa pieczeni obiadowej pżystępowano do korepetycji, czyli Radek zaczynał wykład naznaczonyh kwestii. Muwił głosem ruwnym, dobitnym, wyraźnym, z pewnym sugestyjnym akcentowaniem sylab, tłumaczył, jak hłop rozumiejący sprawę objaśnia ją ciemnemu, trafiał do umysłu Władzia słowy i dźwiękami, kture miały cehy ostryh stżał i hakuw. Wiedział doskonale, że te usiłowania nie wywrą od razu pożądanego skutku, że Władzio mimo wszelkih dowodzeń będzie mrużył swe czerwonawe powieki i uśmiehał się odrobinkę złośliwie.

Korepetytorowi bardziej hodziło o rozruszanie pamięci, o wdrożenie w umysł pżynajmniej formy zadania. Pżez ciąg całego popołudnia Władzio uczył się z korepetytorem zagadnień arytmetycznyh wprost na pamięć. Ta sama sprawa była z geografią. — Kurs tej nauki rozpoczyna się w gimnazjum klerykowskim od elementarnyh wiadomości z geografii fizycznej. Roztropni i zdolni uczniowie klasy pierwszej nie osiągają z tego wykładu wielkiej kożyści, a cuż muwić o Władziu?... Ośmioletnie dziecko szwajcarskie z największą łatwością i uciehą pżyswaja sobie wiadomości geograficzne, muwią mu one bowiem najpżud o placu szkolnym, o wiosce czy miasteczku rodzinnym, o wsi sąsiedniej, o drogah dalszyh, żeczce i lesie, o wzgużah bliskih, wreszcie o kantonie i kraju. Z historyjek o ruhu ziemi, księżyca, o ruwnikah, południkah itd. Władzio nie rozumiał nic zgoła. Radek pżesiadywał nad nim okropne godziny jak diabeł nad dobrą duszą, rysował mu nie wiedzieć jakie kule ziemskie, tłumaczył po polsku rosyjskie nazwy i formy — wszystko daremnie. Po całodziennyh trudah malec wyuczał się tyh martwyh wiadomości i odhodził na spoczynek zbity nimi jak ruzgą. Wieczorem odbywała się nauka łaciny. Ponieważ Władzio nie gżeszył pamięcią, więc Radek zmuszony był słuwka i pżekłady łacińskie wykuwać z nim na spułkę dotąd, aż je niejako whłostał w muzg uśpiony. Siedząc pży stole zawalonym książkami i kajetami, korepetytor i uczeń oddawali się zbawczej czynności mordowania rozumu. Radek, kiwając się miarowo, pytał jednostajnym głosem:

— Słowik?

— Luscinia.

— Śpiewa?

— Cantat.

— W nocy?

— Noctu.

— Noctu?

Władzio wytżeszczał oczy i zaczynał uśmiehać się drwiąco.

— Co znaczy noctu?

Milczenie, długie, niezmierne milczenie.

I znowu:

— Słowik?

— Luscinia.

— Śpiewa?

— Cantat.

— W nocy?

— Noctu.

— Co znaczy noctu?

Znowu milczenie.

Po uskutecznieniu kilkunastu z kolei zabieguw tego rodzaju, kture pżypominały cierpliwe udeżenia młota w kamień, nareszcie wyskakiwała iskra świadomości. Władzio ściskał gniewnie wargi, marszczył czoło i na zapytanie, co znaczy noctu, opryskliwie muwił:

— W nocy.

Wuwczas dopiero te dwa niezbędne słowa lgnęły do jego muzgu i była pewność, że tam na czas pewien zostaną. Tenże rodzaj postępowania Radek musiał zahowywać pży wyuczaniu Władzia morderczyh rozbioruw, paragrafuw gramatyki rosyjskiej i łacińskiej, działań z liczbami wielorakimi, miar i wag, wierszy rosyjskih i formuł katehizmu. W krutkim pżeciągu czasu stosunek swuj do małego Płoniewicza urobił na system pedagogiczny, jedynie skuteczny, i z dnia na dzień go doskonalił.

Pracę nad Władziem podejmował con amore, z łatwością i hęcią, a z niewzruszoną wiarą w ostateczne zwycięstwo. Tego, że hłopiec obarczony jest pracą niby ciężkimi kajdanami, że umysł jego nie rozwija się z braku wythnienia — nie rozumiał. Owszem, dodawał małemu roboty. Od godziny siudmej do usmej z rana obadwaj szybko pżerabiali lekcje, kturyh się Władzio dnia popżedniego wyuczył, następnie pili śniadanie, zażucali na plecy tornistry i maszerowali do szkoły, pżez drogę ćwicząc się jeszcze w słuwkah, wierszah, miarah i wagah, i w ogule w żeczah pamięci będącyh na pożądku dziennym. Lekcje w gimnazjum trwały do godziny puł do tżeciej. Od czwartej zaczynało się wałkowanie materiału na dzień następny i trwało z krutką pżerwą kolacyjną nieraz do godziny dwunastej w nocy. Kiedy Władzio pżepisywał pensa z brulionuw, Jędrek odrabiał lekcje z panną Micią, uczennicą klasy drugiej gimnazjum żeńskiego. I tam szła ta sama arytmetyka, język rosyjski, tak zwany polski, a nadto francuski, niemiecki, rysunki etc. Z panną Micią było jednak daleko snadniej, gdyż sama rozwiązywała zadania, hociaż częstokroć „nie wyhodziły”; uczyła się żeczy pamięciowyh, a nawet z finezją okłamywała fornalskiego syna.

Gimnazjum, trudniąc się zadawaniem, słuhaniem i stawianiem stopni, nie udzielało korepetytorowi żadnyh wskazań. On to właściwie hodował i rozwijał umysł dziecka. Bez znajomości jakiejkolwiek metody postępowania, omackiem i domysłem budził harakter, ekscytował pamięć, pżez użycie swoih własnyh środkuw rozrabiał spostżegawczość i siłę kombinowania. Do własnyh swoih lekcji Radek brał się w nocy, zazwyczaj po godzinie dwunastej. Gdy Władzio udał się już na spoczynek, rodzic jego zamknął wszelkie dżwi na klucz i odszedł, a służące spać się układały, wuwczas korepetytor w swoim apartamencie rozpalał koślawą lampę, imał się Salustiusza, geometrii i algebry. Wtedy ruwnież wyciągał z kieszeni małe pudełeczko z nędznym tytoniem, z bibułkami, kręcił papierosy i w sekrecie zaciągał się do syta. Zdażało się ruwnież o tej nocnej godzinie, że wydobywał z ukrycia stare i zeshłe kromki hleba, ściągnięte z kredensu albo odkrajane co prędzej od bohenka, gdy w jadalni nie było nikogo. Państwo Płoniewiczowie nie starali się o wypasienie swej czeladki. Dawano jeść skąpo i nędznie. Na śniadanie Radek dostawał szklaneczkę kiepskiej herbaty z dwoma cienkimi kawałkami cukru, na kolację dzień w dzień puł tależa maślanki z ziemniakami, takąż ilość kwaśnego mleka albo rużowego barszczu. Obiady były pod psem, a nawet pod całym stadem psuw. Pokojuwka zmieniała ciągle salaterki, pżynosiła filigranowe tależyki, łyżeczki, rogowe nożyki, ale hamski syn wstawał po tyh ceremoniah tak samo zgłodniały, jak do nih zasiadał.

Pan Płoniewicz był eks-obywatelem ziemskim. Gdy nadszedł czas kształcenia dzieci, spżedał folwark, kupił na pżedmieściu Klerykowa obszerną posesję z budynkami, ruderami, starą szopą i kawałem gruntu. W ruderah gnieździła się nędza klerykowska: szewczyska bez butuw i kopyt, stare dewotki, użędnicy z małą pensją, robociaże, indywidua bez miejsca i jakiegokolwiek tytułu własności. Głuwne domostwo zajmował sam pan Płoniewicz. Okna tego frontowego budynku wyhodziły na ten właśnie opuszczony park, gdzie Borowicz z toważyszami ćwiczył się w umiejętności stżelania z pistoletu.

Radek od razu nie tylko polubił, ale mocno ukohał te miejsca. One go życzliwie pżyjęły. Tu mu dano izbę, posłanie, możność uczenia się nocami... Nie było dlań w tym całym użądzeniu żeczy złyh; wszystkie były dobre. Gdyby w zamian za odrabianie korepetycji z Władziem i Micią kazano mu sypiać w stajni, zgodziłby się i na to. Nieraz jednak w czasie „dużej” pauzy, gdy wszyscy koledzy z klasy piątej kupowali u strużki po pięć, osiem, dziesięć bułek, po cztery i sześć serdelkuw, a on siedział o suhej gębie i słuhał, jakie to marsze kiszki grać umieją, klął w myśli skąpe obiady, szczędzenie kartofli i kaszy. Wszystko to pżecież wynagradzała mu owa izba własna. Stanowiła ona dla niego pżyjemność tak wielką, że siedząc tam nocami czuł ją ciągle i zdawał sobie z tej uciehy sprawę. Stancyjka sąsiadowała ze spiżarnią i była zupełnie podminowana pżez szczury. Ledwie Radek zgasił światło, wnet odzywały się szelesty, szmery, piski, hrupanie i ogromne zwieżaki spacerowały nie tylko na dylah podłogi, ale także wzdłuż i na ukos szezlonga.

Za oknem, dolną ramą stojącym na poziomie dziedzińca, rusł dziki gług, a wysoki jego badyl uzbrojony w kżywe kolce zaglądał do Radkowego mieszkania. Gdy Jędrek zbudził się pierwszy raz w nowej siedzibie, oczy jego padły na gług samotny jak na pobratymca od pul i od hałup. Pżywidziało mu się, że tamten zagląda do niego i pozdrawia go w smutku. Odtąd biedny gług był tak bliski Radkowi, jakby kożeniami tkwił w jego własnym sercu. Był to zresztą jedyny pżyjaciel jego w Klerykowie.

Pierwsze miesiące upłynęły pżybyszowi całkiem samotnie. Raz tylko w interesie zaszedł do dwu koleguw z klasy piątej, ktuży mieszkali w pobliżu u krewnyh. Byli to synowie rejenta z prowincji, człowieka bogatego. Mieli swoją własną stancyjkę z osobnym wejściem. Radek trafił u nih na... bal. Do haka pośrodku sufitu rejentowicze pżyczepili na powruzku blaszaną miednicę, dnem wywruconą do gury. Zawinięty bżeg jej oblepiony był płonącymi łojuwkami, a całość reprezentowała żyrandol. Tu i uwdzie wetknięte gałązki wieżbowe stanowiły majową dekorację sali. Ktoś w kącie ukryty grał na gżebieniu, Wilczkowicki, drugoroczny piątoklasista, na drumli. Kilku koleguw namiętnie i entuzjastycznie walcowało, z gracją w absolutnym braku panien obejmując kżesełka. Pewien dryblas wywijał siarczyście, tuląc na łonie poręcz od kanapy specjalnie do tego walca ułamaną. Radek, wszedłszy, nie był pewny, czy to istotne pańskie „granie”, czy tylko błazeństwo uczniowskie. Stanął w kącie i z nabożną miną pżyglądał się hulającym. Toteż wzięto go zaraz na fundusz.

W klasie żaden z koleguw nie zbliżył się do niego, lecz owszem wszyscy go szykanowali. Zauważono natyhmiast jego podkuwki u juhtowyh butuw, drelihowe majtki, zgżebną koszulę, tasiemkę i hłopskie prowincjonalizmy w mowie. Był nawet dowcipniś w klasie, niejaki Tymkiewicz, ktury go stale pżedżeźniał. W czasie dużej pauzy umyślnie zahowywano ciszę i z ostatnih ławek dawał się słyszeć głos naśladujący gwarę hłopską:

— Wojciehu, lubują woma zimioki z maślánką?

Z drugiego końca odpowiadano żałośnie:

— Oj, muj kumosicku, lubują, lubują...

— A miso woma lubuje?

— Kez by to miso nie lubowało człowiekowi! Ino co nie umiem onego misa jeść po ślahcicku...

— Po ślahcicku?

— Ajści. Jak mię tatuś oddali do szkoły na stancyją, tom ci dopiéro zobocéł, jak se to ślahta jedzą. Bieże takie świecące widełki, źgnie ono miso, dopieros je do gęby niesie nikiej hłop snopek w zápole...

Emocja, jakiej doświadczał Radek, słuhając tyh dialoguw, była z pewnością palącym wstydem, ale obok niego czaiła się zemsta ukryta w masce obojętności i wzgardy tak głęboko jak iskra w kżemieniu. Nauczyciele bezwiednie zaostżali stosunek nowicjusza do koleguw, wyrywając go często na środek dla zbadania i oceny zasobuw jego umysłu. Pżybyszowi z Pyrzogłów zdawało się, że go pżedrwiwają wszyscy. W progimnazjum najważniejsze wykłady snuły niedołęgi wszelkiego rodzaju, dziwaki i mastodonty okręgu naukowego, toteż Radek w łacinie, greczyźnie, matematyce itd. recytował istne curiosa jako perły wiedzy podane mu pżez mędrcuw pyżogłowskih. Wszystkie te okoliczności sprawiły, że Jędrek, hociaż uczeń bardzo dobry i pilny, był, jeżeli nie pośmiewiskiem, to tarczą szyderstw swego otoczenia.

Pewnej lekcji, blisko we dwa miesiące po rozpoczęciu kursu szkolnego, wezwał go do tablicy pan Nogacki i zlecił wyprowadzić formułę geometryczną zadaną na uw dzień do nauki. Radek stanął pży katedże, hwycił kredę i począł rysować figurę uciętego graniastosłupa. Silne wzruszenie pżyćmiło na pewną hwilę czasu jego pamięć i bystrość umysłu. W rysunku popełnił błąd pżeprowadziwszy jedną z linii bryły zanadto na prawo. Nogacki orientował go kilkakroć, muwiąc swym zimnym głosem:

— Radek, linię F G tżeba prowadzić na lewo...

Uczeń starł daną linię, ale nową pżeprowadził jeszcze gożej.

— Linię F G — na lewo... — znowu wydeklamował nauczyciel.

Koledzy śmiali się już z ciha, a Jędrek tracił coraz bardziej pewność siebie. Znowu starł nieszczęsną linię i wyrysował całkiem niedożeczną, gdzieś poza figurą.

— Ależ, Radek, linię F G tżeba poprowadzić na lewo...

Wzbużony i drżący uczeń starł ją i bezwładnie opuścił ręce. Czarne płatki latały mu pżed oczyma, gruczoły wydzielające ślinę nie funkcjonowały prawidłowo, a usta shły, kurczyły się i drgały. Wtedy z pżedostatniej ławy wysunął głowę Tymkiewicz i donośnie po polsku szepnął:

— Wojtek, ady k’sobie!

Radek właśnie w owej hwili zebrał się w kupę, mahnął linię prawidłowo i zaczął wybornie dowodzić. Śmieh ogulny zabżmiał w klasie. Nawet zimny Nogacki, karcąc Tymkiewicza za odezwanie się podczas lekcji „w innym języku”, miał na wargah uśmieszek wesoły. Radek prędko skończył teoremę, rozwiązał zadanie geometryczne i obdażony stopniem bardzo dobrym wrucił na miejsce.

Po skończonej lekcji wstał zaraz z ławy, nim jeszcze profesor wyszedł z klasy, szybko z zagryzioną wargą pżybiegł do Tymkiewicza i od lewicy ściśniętą pięścią udeżył go w zęby raz, drugi... Napadnięty porwał się do bujki, ale Radek hwycił go za szyję mocną swoją garścią, tżąsnął nim kilkakroć, pżywlukł do muru i zaczął bić po hamsku, raz koło razu, w zęby, w gardło, w nos, w szczękę. Nim zdołano rozerwać walczącyh, już z nosa i ust Tymkiewicza krew się puściła strumieniem. Całej awantuże nauczyciel pżyglądał się z katedry. Gdy skrwawionego i bladego jak trup Tymkiewicza złożono na ławce, Nogacki wyszedł, zamykając dżwi i rozkazując wszystkim zostać na swyh miejscah. Po upływie kilkunastu minut wszedł do sali Kriestoobriadnikow, inspektor, gospodaż klasy, jego pomocnik i kilku nauczycieli. Radek stał w ławce z głową zwieszoną. Łzy kapały z żadka z jego żęs i rozpryskiwały się, zlatując na wieżh ławy. Dyżurny w krutkih słowah pżedstawił całe zajście. Nogacki to potwierdził. Tymkiewicz miał tważ zmasakrowaną, jedno oko podbite i wciąż jeszcze krwi pełne usta. Dyrektor wysłuhał całej sprawy z uwagą i żekł do nauczycieli obecnyh:

— Zdaje mi się, panowie, że nie będę w niezgodzie z Radą Pedagogiczną, jeżeli Radka wydalę z gimnazjum. Jest to rozbujnik, nie uczeń. Jest to ham, istotny ham...

Po hwili zwrucił się do winowajcy:

— Radek, ja pana wydalam z gimnazjum raz na zawsze.

To żekłszy, zalecił gospodażowi klasy, ażeby Tymkiewicza nazajutż po wyzdrowieniu wpakować na cztery godziny do kozy, a Radka z listy wykreślić — i odszedł ze świtą. Gospodaż wejżał ze wspułczuciem na Jędrka i z żalem w głosie wymuwił:

— Cuż robić... musisz pan zaraz opuścić gimnazjum.

Radek zgarnął swe książki i kajety do tornistra, zażucił go na plecy i wyszedł, złożywszy ukłon gospodażowi klasy, jakby się oddalał na pauzę. Było już po dzwonku. Korytaż i shody opustoszały. Z kturejś klasy dawał się słyszeć ruwny głos nauczyciela fizyki:

— W tym celu bieżemy dwa pręty metalowe...

Radek szedł po shodah noga za nogą, bezwładnie myśląc: „w tym celu bieżemy dwa pręty metalowe... w tym celu bieżemy...”. Był spokojny, hoć serce jego z bolesną siłą tłukło się o żebra, a zimne dreszcze pżeszywały ciało i kości. Minął pżedsionek, wyszedł na dziedziniec i tam zakręcił się na miejscu. W owej hwili pżypomniał sobie ułamany badyl głogu, a raczej zrośnięte z nim westhnienie szczęśliwe.

— Już po wszystkim... — wymuwiły jego omdlałe wargi. Jak błędny zbliżył się do muru zamykającego podwuże i siadł na kamieniu, ktury tam leżał. Był to długi, ociosany głaz piaskowca. Spoczywał na tym miejscu pewno od wiekuw, a pżynajmniej od czasu założenia konwiktu pżez ojcuw jezuituw. W bliskości znać było wybornie udeptane mety do gry w ekstrę. Dziedziniec był w owej hwili pusty. Wiatr jesienny huczał w nagih konarah kasztanuw zwisającyh nad murem, garnął na kupę zeshłe, skurczone, ceglaste i żułte liście, stżępki zagryzmolonyh papieruw i miutł je wirem pospołu ze śmieciami w rug dziedzińca. Jędrek oparł się plecami o ścianę, wyciągnął nogi, a długie ręce zwiesił między kolanami tak bezwładnie, że prawie dotykały ziemi. Głowa jego opadła na piersi. Zanadto niespodziewanie roztrącił go ten pżypadek, zbyt szybko zdehły promienne nadzieje. Tża się wynosić z izby, żec panu Płoniewiczowi, że już nie będę, zabrać manatki, książczęta i iść... W imaginacji rysował się pżed nim obraz szosy nakrytej lotnym kużem, nieskończenie długi pas biały. Pżez hwilę widział karczmę i słyszał jak w żeczywistości kżyk szynkarki:

— A czy aby kawaler skąd nie ucieka?... Po sołtysa, po sołtysa! Tżymaj, łapaj!

Wtedy zdusiła go taka wściekłość i taka rozpacz, że nie był w stanie thu złapać. Wśrud istnyh kurczuw cierpienia paraliżującyh rozum błąkała się pżecież decyzja: — Nie pujdę tamtędy, nie pujdę, nie pujdę!

To ujemne męstwo, wzmagając się, tżeźwiło go i ciągnęło na szafot rozumowań.

„Cuż będę robił na świecie, jeśli tamtędy nie pujdę? — myślał, patżąc pod nogi szklanymi oczyma. — Gdzież ja się podzieję, co będę jadł? Na księdza?...”

Wszystkie konające iluzje niby wypuszczony z więzienia huragan żuciły się na niego i pżytłukły go tysiącem kamieni. Zgarbił się jeszcze bardziej i zabity na duszy wlepił oczy w liść ushnięty. Wtem uczuł, że pżed nim ktoś stoi. Wrażenie to było tak dalece pżykre, jakby mu uw garściami włosy wydzierał.

Dźwignął wtedy dopiero głowę, gdy usłyszał, że do niego muwi. Obok starego kamienia zobaczył nieznanego kolegę, ktury spoglądał nań pżyjaźnie. Był to Marcin Borowicz, uczeń poduwczas klasy szustej.

— Panie — muwił tamten — byłem na korytażu i słyszałem, jak pana wylewali.

— Co powiadacie, panie? — zapytał Radek, pod wpływem nieszczęścia wymawiając sylaby z hłopska. Oczy miał bez żadnego wyrazu, pżymknięte, szkliste, dolną wargę obwisłą.

— Uważasz pan — muwił żywo Borowicz — tżeba znaleźć do starego drogę pżez protegę. To jedyny środek. Nie masz pan w mieście jakih wpływowyh znajomyh?

— Nie, nie mam — odpowiedział Radek prędko i zwiesił głowę.

— Czekaj pan, ja pujdę do Zabielskiego i będę go nabierał...

Radek uniusł jeszcze głowy, ale tylko w tym celu, żeby się pżekonać, czy nieznajomy już sobie poszedł. Wciągnął go do swej mrocznej toni gnuśny bezwład, niby dżemanie, niby gorączka. Siedział jak pżedtem skulony aż do końca godziny. Nieryhło usłyszał, że go znowu wołają. Zerwał się na ruwne nogi i spostżegł we dżwiah pżedsionka inspektora i o dwa shody niżej stojącego Borowicza. Ostatni z werwą coś prawił i gestykulował. Inspektor jeszcze raz zawołał na Jędrka, a gdy ten stanął pżed nim, pżyjżał mu się uważnie i kazał iść za sobą. Wszyscy tżej stanęli wkrutce u dżwi kancelaryjnyh na gurnym korytażu. Borowicz odsunął się na bok, a inspektor sam wszedł do pokoju nauczycielskiego. Radek stał pżede dżwiami w swym tornistże jak żołnież na warcie aż do dzwonka. W czasie kilkuminutowej pauzy obstąpili go koledzy z klasy piątej i z klas niższyh, a większość starszyh i młodszyh wyszydzała jego los obecny. Niektuży spoglądali nań życzliwie, inni w milczeniu, a jeszcze inni w milczeniu, ale z uśmiehem szyderczym na ustah. W pewnej hwili tłum otaczający wypędzonego zwartym kołem rozstąpił się i zamilkł, gdyż we dżwiah kancelarii ukazał się dyrektor. Władca gimnazjalny orlim wzrokiem spojżał na Radka, ktury wyprostował się instynktownym ruhem.

— Ostatni raz — żekł — darowuję ci winę. Pżeprosić się z Tymkiewiczem i zahowywać pożądnie. Jesteś na liście najbardziej podejżanyh osobistości w gimnazjum. Tu bić pięściami nie wolno! Toteż oświadczam wobec wszystkih koleguw: ostatni raz! Najmniejsze pżekroczenie i bez pardonu pujdziesz precz. Teraz marsz na lekcję!

Jędrek rozstawił nogi, ukłonił się ogniście i ruszył do klasy. Tważ jego była po dawnemu blada, oczy tak samo zgasłe, tylko teraz brwi, nozdża i wargi spazmatycznie drgały. Gdy otoczony pżez hmarę wżeszczącą miał z powrotem pżestąpić prug klasy, nagle się wstżymał i zaczął oczyma szukać w tłumie pewnej tważy. Nie było jej nigdzie w bliskości. Tymczasem odezwał się dzwonek, uczniowie rozpieżhli się w pżerużne strony i Radek usiadł na swoim miejscu.

Podczas trwania lekcji języka greckiego, ktura właśnie miała miejsce, siedział wyprostowany, z oczyma utkwionymi w nauczyciela, pilnie hwytał każdy dźwięk padający z katedry, ale dusza jego była za murami tej klasy. Z wielkim pośpiehem i trudem szukał wciąż myślami owego ucznia, ktury go wybawił. Rysuw Borowicza wśrud omdlenia swego nie zapamiętał. Tkwiło tylko w jego sercu nikłe wspomnienie tważy nahylonej... Im dłużej myślał, im goręcej usiłował wywabić z pżeszłości dopiero co minionej całą postać, tym cudowniejszy, jak gdyby księżycowy blask otaczał ją dokoła. Niepostżeżone, wewnętżne łzy Radka, łzy prędzej duszy niż ciała, płynęły i płynęły na to widmo pżeczyste...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Syzyfowe prace”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)