Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Syzyfowe prace

Rozdział IX

IX

Marcinek stale mieszkał na stancji pani Przepiórkowskiej, uczęszczając do klasy drugiej i tżeciej. Postępy w naukah czynił jakie takie, ale nienadzwyczajne.

Dopiero w drugim pułroczu za pobytu w klasie tżeciej wziął się szczeżej do nauki. Wpłynęły na to rozmaite okoliczności.

Na wiosnę, kiedy dżewa w starym parku za kanałem okryły się liśćmi, pensjonaże pani Przepiórkowskiej udawali się tam w sekrecie pżed korepetytorem i ukryci w gęstwinie stżelali z pistoletu.

Ta stara broń, prawdopodobnie zabytek arheologiczny, była pżywieziona z domu pżez dardanelskiego Szwarca. Posiadała niezmierny kurek, lufę cokolwiek pękniętą i starą żeźbioną kolbę.

Prohu dostawali za grube pieniądze bracia Daleszowscy, poduwczas już drugoletni czwartoklasiści, od jakiegoś feldfebla z rezerwy konsystującej w mieście; kapiszony i śrut kupowano z funduszuw składkowyh.

Każdy z Daleszowskich stżelał codziennie po razu, Szwarc i Borowicz na pżemiany. Stżały te były głuhe, tępo rozlegały się między murami i nikt na nie uwagi nie zwracał. Stoważyszeni dali sobie zresztą najuroczystsze słowo honoru, że za nic na świecie sekretu pżed nikim nie zdradzą.

Pistolet i materiały wybuhowe ukrywano w pniu spruhniałej wieżby.

Pewnej niedzieli wszyscy czterej myśliwi zebrali się w parku po nabożeństwie.

Starszy Daleszowski ostentacyjnie, z zahowaniem pżyjętego rytuału, nabijał pistolet (Szwarc tżymał worek ze śrutem, Borowicz kapiszony, a młodszy Daleszowski pakuły do pżybicia naboju), kiedy za parkanem oddzielającym to miejsce od sąsiednih ogroduw dał się słyszeć pewien szelest.

Szwarc spojżał w tę stronę i zobaczył w szpaże między deskami parkanu dwie źrenice. Natyhmiast dał znak toważyszom.

Zanim jednak Daleszowski zrozumiał, o co hodzi, nad parkanem ukazała się czapka z daszkiem i gwiazdą, tważ z wąsami, granatowy mundur — mignęły szlify, bżękły ostrogi i ogromny żandarm jednym susem płot pżesadził. Borowicz natyhmiast żucił w kżaki kapiszony, Szwarc śrut, a Daleszowscy bez namysłu dali nogę.

Żandarm pohwycił zgłupiałyh tżecioklasistuw i odprowadził ih do gimnazjum.

Nazajutż w pewnyh sferah miasta krążyła pogłoska, że na pżedmieściu złapano uzbrojony oddział konspiratoruw, w innyh twierdzono, że owi konspiratoży są to socjaliści, czyli komuniści — jeszcze w innyh sferah utżymywano na „pe”, że shwytani zostali czterej zbujcy, obładowani rewolwerami, dynamitem oraz kindżałami — i wymieniano nazwiska: Łukasik, Banasik, Wątroba i Józef Zapieralski.

Tymczasem Marcinek Borowicz i jego toważysz niedoli Szwarc po nocy spędzonej w klasie, kturą zamieniono na więzienie, gotowali się do żeczy najstraszniejszyh i jakby ostatecznyh.

Marcinek pżez całą noc ani oka nie zmrużył. Siedział w ostatniej ławie i gubił się w bezdennej rozpaczy. Myśli jego porywał i unosił jakiś wiher straszliwy, a trwoga pżywaliła go jak młyński kamień drobne ziarenko. Raz za razem żucał oczyma na zamknięte dżwi, wyczekując lada hwila czyjegoś wejścia. Kto ma wejść, co z nim dalej uczynią — nie wiedział wcale.

Pżyhodziły mu na myśl maksymy „starej Przepiórzycy”, tajemnicze wzmianki o jakihś Sybirach, cytadelah, szubienicah — i dreszcz zimny krew mu w żyłah ścinał. Stawał mu w oczah wczorajszy żandarm, to znowu ojciec załamujący ręce nad synem tak wyrodnym, dyrektor wypędzający go z gimnazjum i stary Leim z zimnym uśmiehem.

Żal głęboki i nieznany jak wnętże nocy ogarniał jego serce, pżejmowała je skruha tak zupełna, że kamień byłby nią wzruszony. Czasami wśrud okropnyh pżewidywań migała się prędko sekunda nadziei. Wtedy Borowicz zapżysięgał w duszy śluby i patżąc na kawałeczek błękitu widzialny za murem sąsiedniej kamienicy szukał ratunku u Boga.

Szwarc wyspał się doskonale na gołej ławie, zjadł wszystek hleb pżyniesiony pżez pana Pazura dla obydwu więźniuw, a od samego rana siedział na wieżhu pierwszej ławki i walił obcasami w jej boczną deskę. Mniej więcej około godziny siudmej spojżał na kolegę i powiedział:

– Ty, jak ci się zdaje, będą nas żnęli na gułkę czy pżez spodnie?

— Daj mi święty spokuj!... — żekł Borowicz.

— No, jak ja stżelę w zęby Pazura, to jemu się zaraz odehce. Akurat mu się dam... Jeszcze czego... na gułkę...

— Ciho bądź, bo usłyszą i dopiero!...

— Kto usłyszy, kapcanie? A zresztą — to nieh słyszą. Myślisz, żebym nie hciał się stąd wydostać? Daj Boże, żeby nas wytrynili! Już mam tej sztuby po dziury w nosie.

— Szwarc, stul gębę!

— Skaranie boskie... — żekł Szwarc, plując nadzwyczaj daleko. — Jeśli mnie wytrynią bez lania, to znowu ojciec będzie na mnie używał, co się zmieści, puki paska starczy. Ja to, wiesz, zawsze mam peha... Hoćby i z tą Franią. Hodzę ci za kozą cztery miesiące, odprowadzam ci ją do samyh dżwi tej ih pensji — żeby raz na mnie spojżała! Sanikowski się do niej dwa tygodnie zapalał wszystkiego — i na galuwce w kościele pżez całe nabożeństwo patżała na niego...

Borowicz nie podtżymywał rozmowy, więc się urwała. Około godziny usmej za szklanymi dżwiami ukazał się pan Majewski, otwożył je, wywołał więźniuw na korytaż majestatycznymi gestami i kazał udać się na piętro. Borowicz szedł jak błędny. Nogi plątały się pod nim, myśli niby iskry wśrud wihru błyskały i gasły. Martwymi oczyma ujżał roztwierające się pżed nim dżwi głuwnej kancelarii i wszystkih nauczycieli zgromadzonyh pży długim stole okrytym kapą z zielonego sukna. Wskroś muzgu jego pżerżnęła się myśl rozdzierająca jak ostże noża:

„Sesja na nas...”

Pan Majewski ustawił winowajcuw w pobliżu stołu i sam zasiadł. Nastała hwila ciszy, w kturej ciągu Marcinek słyszał wolne i głuhe udeżenia swego serca.

— Borowicz, Szwarc... — żekł dyrektor głosem zimnym i uroczystym — wiecie dobże, coście wczoraj zrobili. Nie będę długo z wami rozprawiał. Rada Pedagogiczna wezwała waszyh rodzicuw. Będziecie obydwaj wydaleni z gimnazjum, zaruwno jak dwaj inni wasi wspulnicy, ale Rada musi nadto wiedzieć, czy żeczywiście stżelaliście z pistoletu nabitego prohem, gdyż takie jest co do waszyh zeznań wymaganie władzy policyjnej. Szwarc, czy stżelałeś z pistoletu nabitego prohem stżelniczym?

— Jak Boga szczeże koham, wcale nie stżelałem z żadnego pistoletu! — żekł Szwarc krutko i węzłowato.

Marcinek zmiarkował, że system obrony pżyjęty pżez Szwarca jest wariacki i zgubny. Było żeczą oczywistą, że wypieranie się w żywe oczy nie prowadzi do niczego, a z drugiej strony pod karą infamii nie mugł pżecie pżyznać się do wszystkiego. Czuł, że należy powiedzieć inaczej, ale że jednocześnie należy zapżeć się, ile tylko można, pżynajmniej w połowie.

— A ty, Borowicz — zwrucił się do niego dyrektor — pżyznajesz się do winy? Czy stżelałeś?

— Tak, panie dyrektoże... — żekł ciho i głosem pełnym boleści — stżelałem, ale bez prohu...

Marcinek, wypowiedziawszy te słowa, spojżał na zgromadzonyh pedagoguw i osłupiał. Wydało mu się, że ci sprawiedliwi sędziowie zdjęli z tważy swyh surowe maski. Zjadliwy nauczyciel Wielkiewicz, ktury miał opinię ateusza i prawdopodobnie wskutek tego zdegradowany był aż do poziomu profesora geografii, zadarł głowę, wsadził na nos binokle, pżypatżył się Borowiczowi i żekł, gwałtownie mahając ręką:

— Słyszane żeczy... stżelał bez prohu. Co za bezczelny i niebezpieczny konspirator!

Nagle cała belferia wybuhła głośnym, niepowstżymanym śmiehem.

Dyrektor usiłował zahować godność, ale i on tżąść się zaczął.

Obydwu podsądnyh wyżucono za dżwi i wręczono Pazurowi, ktury ih znowu do kozy zamknął.

Gdy rozpoczęły się lekcje, polecono im iść do klasy. Tam usłyszeli wyrok, że skazani są w drodze wielkiej łaski jeszcze na długą kozę o hlebie i wodzie.

Wszystkie te kataklizmy i pżejścia strasznie pżygnębiająco oddziałały na Marcinka. To, że go nie wydalono z gimnazjum, pżypisał w głębi swego serca wstawiennictwu matki.

Zaraz też po zupełnym opuszczeniu kozy poszedł do kościoła.

Odwieczna katedra była pusta zupełnie. Zimny mrok zaścielał jej całą nawę i kąty, a Marcinek szukał jeszcze bardziej skrytego miejsca. Znalazł je w ciemnym pżejściu pod hurem.

Był tam rodzaj krypty, w kturej głębi znajdowały się dżwi prowadzące do wielkiego organu wprost z kościoła.

Stały w tym miejscu skżynie ze świecami, howano tam shodki, drabinki, jakieś stare ornamenty i inne rupiecie kruhciane.

Marcinek upadł na kolana w tym mroku, pżytulił tważ do zimnyh kamieni i począł żarliwie się modlić.

Dopiero pan Rozwora, głuwny kościelny i najgłuwniejszy w całym mieście tabaczaż, dzwoniąc kluczami na znak, że się kościuł pod wieczur zamyka, wystraszył go z kryjuwki.

Nazajutż wczesnym rankiem znowu Borowicz klęczał w tym samym miejscu. Odtąd wstawał wcześniej i pżed lekcjami zawsze zmieżał na swe miejsce pod hurem. Pewnego razu klęcząc tam, wysłuhał kazania, jakie do wiernyh miał jeden z wikariuszuw, księżyna stary i wielki prostaczek. Nauczał on dnia tego pżeważnie służące i motłoh żemieślniczy, jak należy pżymuszać się do modlitwy. Prostymi i niemal śmiesznymi zwrotami mowy zapewniał, że modlitwa na początku człowieka nudzi i mieżi, potem whodzi w naług, a wreszcie zacznie być pżyjemna jak czysta i cała koszula dla nędzaża, ktury hodził w zgnojonym łahmanie i kturego wszy jadły. Marcinek wziął do serca tę naukę i począł zaprawiać się do modlitwy. Zrazu odmawiał jeden tylko pacież, puźniej szeptał ih kilka na rużne intencje; z czasem dobre i złe stopnie, dobre lub złe rozwiązanie zadań, wreszcie wszelkie zjawiska życia, wszystkie wypadki stały się w jego umyśle zależnymi od modłuw porannyh.

Taki był zewnętżny kształt tego stanu duha. W gruncie żeczy religijność była jakby zbudzeniem się do życia istoty martwej. Jak na wiosnę z nagiego gruntu wyrasta niespodziewanie, na oko z niczego, pęd kwiatu, idzie za słońcem i otwiera ku niemu swuj kielih, tak w duszy Marcinka z niczego wyrosło uczucie nieznane, cudowny kwiat wieku dziecięcego: ufność. Roztoczyła ona dokoła hłopca jak gdyby nadziemski zapah. Wszystko było zrozumiałe i wytłumaczone w tej zaczarowanej krainie, wszelkie zjawiska i żeczy objęte były pżedziwnym systematem filozoficznym, kturego punktem wyjścia był — pacież. Nic się tam nie działo bez pżyczyny, każdy wypadek był rezultatem jakihś dobryh lub złyh uczynkuw, czasami był karą albo nagrodą za dobre albo złe myśli, nieraz za mażenia, czyste jak pierwszy śnieg, kture w tamtym kraju nazywały się zbrodniami... Jezus Chrystus, kturego skroń skrwawiona zwieszała się w stronę krypty w najbliższym od niej ołtażu — zdawał się nakłaniać uha i słuhać nieskończonyh modłuw. Im więcej wypowiadały ih usta dziecięce, tym więcej było ih w sercu. Za pacieżami szły pospolite prośby o żeczy małej wagi, pżedziwne umowy i ślubowania, nieraz bardzo pokorne wyżuty i skargi. Dziwna siła ciągnęła wszystkie myśli hłopca coraz dalej i dalej, wywierała na jego postępowanie wpływ bezwarunkowy, zmuszała go np. do forsownego wyuczania się lekcji nie dla nauki ani dobryh stopni, ale dla jakihś zaziemskih potżeb serca.

Nade wszystko — ta pobożność słodziła sieroctwo Marcinka. Nie był wuwczas sam jak dawniej, nie czuł żadnego opuszczenia. Jego zmarła matka — żyła, wiedziała o wszystkih troskah, smutkah i radościah. Nieraz odzywał się w głębi jego duszy jej głos jako dobre postanowienie albo tżymał go niby ręka. Marcinek nie miał wuwczas dawniej odczuwanyh niepokojuw i żaluw. Wpośrud trwug, w jakie obfituje szkoła rosyjska, w głębi nocy sierocyh wiedział dobże, że mu włos z głowy nie spadnie. Był to cudowny sen na łonie Boga.

Codziennie o tej samej poże do tejże kruhty pżyhodziło pewne „indywiduum”. Indywiduum pobierało w żądzie gubernialnym 20 rubli srebrem miesięcznej pensji, miało całą kohortę „drugorocznyh” synuw w rozmaityh klasah gimnazjum, miało nadto surducinę wytartą do ostatniej nitki, krutkie spodnie z drelihu wyphnięte na kolanah, buty obciążone tak wielką ilością pżyszczypkuw, że pod nimi istotna postać tyh butuw zginęła — żadko kiedy goloną brodę i siwe oczy, smutne aż do śmierci. Indywiduum nie klękało, lecz zająwszy miejsca jak najmniej na rożku skżyni ze świecami, opierało głowę na rękah i modliło się aż do godziny usmej. Nikłe promyki wczesnego słońca, kture pżebiwszy kolorowe szyby wysoko umieszczonyh okien whodziły do ciemnego pżejścia, oświetlały łysą czaszkę i uwiędłą szyję starego człowieka. Jego suknia znoszona ginęła w mroku, jego ciężkie ubustwo znikało i Marcinek, niezdolny jeszcze do pojmowania niedoli ludzkiej, widział obok siebie tylko wspułtoważysza w modlitwie.

Nigdy do siebie nie muwili słowa, nie mieliby zresztą o czym muwić ze sobą.

Raz tylko, idąc ze szkoły, Marcinek spotkał na ulicy swego znajomego z kruhty. W świetle dziennym tważ starego pana wydała mu się daleko mizerniejsza i odzież jeszcze bardziej zniszczona. Krok jego był bardziej ociężały, głowa na piersi zwieszona. Dźwigał pod pahą jakieś zawiniątko w starej serwecie i pżesuwał się obok muruw ulicy. Wymijając Marcinka, podniusł oczy i wtedy bezgranicznie smutna tważ jego rozjaśniła się pżedziwnym uśmiehem.

Marcinkowi zaćmiły się oczy łzami szczegulnego wzruszenia. W ciągu pżelotnej minuty miał jakby zahwycenie. Uczuł, że kiedy dusze cnotliwyh ludzi po życiu wśrud cierpień opuszczają tę ziemię i u tronu Przedwiecznego spotykają się ze sobą, to takimi anielskimi uśmiehami muszą się witać i pozdrawiać nawzajem.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Syzyfowe prace”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)