Rozdział VII
VII
Otżymawszy promocję do klasy pierwszej Marcinek się zaniedbał, a z dawnej jego pracowitości niewiele pozostało. W jesieni uczył się jeszcze jako tako, ale około Bożego Narodzenia uprawiał wykpiwankę zaruwno pżed korepetytorem, jak i w klasie. Wszyscy mniej teraz uwagi na niego zwracali i on czuł na sobie mniej obowiązkuw.
Pani Borowiczowa zmarła była w lecie owego roku. Marcinek początkowo nie odczuł tej straty. Na pogżebie zmuszał się do płaczu i pżybierał miny efektowne, wżeszczał i usiłował żucić się za trumną do jamy mogilnej, wiedząc ze słuhu, że to pasuje, i pżeczuwając, że to jeszcze go bardziej w tym dniu wyrużni. Z pogżebu zabrał go ojciec do Gawronek. Dom był w nieładzie. Największy pokuj, gdzie jeszcze tak niedawno stała trumna, cuhnął zgnilizną i kopciem świec. Pan Borowicz pociągnął Marcinka do sąsiedniego, ktury był sypialnią nieboszczki. Panował tam jeszcze większy nieład. Łużko było niepżykryte, pżeścieradło i kołdra leżały na ziemi, w drewnianej kraszuarce więcej było plwocin niż piasku. Pan Borowicz usiadł pod oknem i, zdawało się, słuhał, jak haczyki okna monotonnie stukają w ramę, jak wiatr dzwoni po szybah... Marcinek wpatżył się w opustoszałe łużko i wtedy poczuł, że mu matka umarła.
Był to koniec wakacji. Zaraz potem życie szkolne całkowicie go pohłonęło. Czasami, w hwilah nieszczęść i katastrof, budziło się w nim owo zdumienie, jakiego doznał w pustym pokoju matczynym — i wtedy czuł w sercu wielką i nieopisaną sierocą boleść. Kiedy w trwogah i rozpaczah biegł do matki, do jedynej swojej ucieczki, stawał mu w oczah tamten pokuj głuhy i oniemiały... Ojciec, zapracowany na swym folwarku z podwujną teraz energią, bo sam musiał doglądać gospodarstwa kobiecego, mało się hłopcem zajmował. Dbał o to pżede wszystkim, żeby wyciągnąć grosz na wpis, na stancję i książki. Marcin nie miał już teraz ani wykwintniejszej bielizny, ani pżysmakuw. Nikt już teraz nie dzielił tak namiętnie jego tryumfuw szkolnyh ani opłakiwał niepowodzeń, ani zahęcał do nowyh wysiłkuw. Ojciec dowiadywał się o to jedynie, czy nie ma dwujek i pałek, a reszta mało go interesowała. Toteż hłopcu świat opustoszał, zagasło nad nim słońce i nastał jakby po dniu promiennym wieczur zimny i nielitościwy.
W owym czasie Marcinek zawarł ścisłe pobratymstwo z pewnym „Wilczkiem”. Był to drugoroczny pierwszak, syn bogatej lihwiarki, pani Wilczkowickiej, jedynak, pieszczoh i łobuz niesłyhany. Umiał on wszelkie pżeszpiegi, znał na pamięć usposobienie każdego z profesoruw i na tej znajomości psyhologicznej fundował swe nabieranie belfruw, ściągania wszelkiego rodzaju, podpowiadanie i sposoby wydaleń z klasy na wagary. Nigdy nie odrabiał żadnej lekcji, okpiwał korepetytoruw, a mnustwo czasu i sprytu tracił na wyprowadzanie w pole nauczycieli w szkole. Zawsze wyhodził do tablicy z cudzym kajetem, owiniętym w arkusz papieru ze swym nazwiskiem, umiał do tłumaczeń łacińskih kłaść jakieś karteczki w taki sposub, że ih nawet sam pan Leim znaleźć nie był w stanie, wszystkie lekcje ustne wydawał z podpowiadania lub genialnie ściągał. Do stałyh zwyczajuw Wilczka należało uciekanie z kościoła w niedzielę i dni galowe. Wymykał się prawie z rąk księdzu prefektowi, jakby mu się pżed nosem w ziemię zapadał, potem uciekał na dwur jakimiś dziurami pod hurem i gnał na parę godzin w pola. Jesienią wykradał żepę z ogroduw. Zaznajomiwszy się bliżej z Marcinem Borowiczem dzięki temu, że ih posadzono w jednej ławie, Wilczek jął edukować Symplicjusza. Marcinek uległ jego wpływom, za punkt honoru teraz uważał praktykowanie rużnyh sztuk i sposobuw zamiast mozolnej nauki — i dawał się wodzić na wagary.
Pewnej galuwki w grudniu obydwaj bryknęli za miasto pżed nabożeństwem, kture w miejscowym kościele miało się odbyć o godzinie dziesiątej. Na żeczce lud był jaki taki, więc używali do syta, puźniej włuczyli się obok plantu kolejowego, brnęli po śniegu i z satysfakcją taplali się w wodzie. Marcin zmarzł i powiedział do Wilczka:
— Ty, ja idę do kościoła.
— E, widzisz, ośle... Takiś stary kolega! Już się boisz księdza...
— Nie boję się, tylko mi zimno.
— O bydlę! Zimno mu. Mnie wcale nie zimno.
— Ja już idę. Hodź, Wilczek! Co tu będziesz robił!
— To idź sobie, ośle! Widzisz go. Jeszcze ty pożałujesz... Niby to udaje... stary kolega, a fagasuje księdzu...
Marcinek pędem ruszył ku miastu. Wilczek cisnął za nim bryłą grudy i pokazał mu język, a sam znowu zaczął się ślizgać. Borowicz rozpiął szynel i biegł prędko. Mijał ulice, jakih o tej poże nigdy jeszcze nie widział, gdyż był to czas, kiedy codziennie siedział na lekcjah. Zdawało mu się, że robotnicy, emeryci, stare panie, a nawet kuharki, z koszykami wracające do domuw, niewątpliwie widzą jego łotrostwa. Zmęczony pżybiegł nareszcie do kościoła, phnął wielkie dżwi whodowe i wsunął się do zimnyh pżedsionkuw prowadzącyh na hur. Marcinek należał do grona śpiewakuw, ktuży po ukończeniu sumy wykonywali hymn państwowy.
W pżedsionkah, korytażah i krużgankah nie było nikogo, szedł tedy na palcah, skradając się do małyh dżwiczek, kture prowadziły na shody i do huru. Uroczyste nabożeństwo galowe jeszcze trwało. Organy huczały, toteż nikt nie słyszał, jak dżwi skżypnęły.
Marcinek wszedł na kręcone shody kamienne i stąpał ciho, pragnąc niepostżeżenie wejść na hur i uniknąć noty w dzienniku nauczyciela śpiewu grającego na organah.
W wieży było ciemno, tylko w pewnyh miejscah padał na kamienne stopnie blask światła z wąskih okienek, kture na zewnątż były tylko szparami, a ze strony wewnętżnej twożyły dosyć szerokie framugi.
Marcinek pżebył już był prawie cały komin i zbliżał się do dżwiczek huru, kiedy nagle ścierpł ze strahu.
Oto pod samymi dżwiami klęczał prefekt ks. Wargulski.
Z okienka padała na jego głowę i płaszcz granatowy z dużym kołnieżem biała plama i dozwalała widzieć całe podługowate czoło i tważ surową.
Prefekt miał oczy zamknięte, ręce złożone i gorąco się modlił. Wargi jego poruszały się z wolna, a głowa czasami drgała niespokojnie.
Marcinek stał bez ruhu, nie śmiejąc oddyhać z pżerażenia.
Ksiądz był surowy i tżymał całą szkołę w trwodze panicznej.
Powoli Borowicz zaczął cofać się, trafił na framugę okienka, wlazł w nią, pżytulił się do muru i nie spuszczając oka z głowy księdza, drżał na całym ciele.
Tymczasem gdzieś nisko rozlegał się głos kanonika śpiewającego modlitwy za cara:
Z huru odpowiadano na te modlitwy. Puźniej nastąpiła krutka pżerwa, w ciszy rozległa się pżygrywka do hymnu carskiego i dał się słyszeć czysty i ruwny śpiew młodzieży.
Zaledwie pżebżmiała pierwsza strofa pieśni, kiedy dolne dżwi shoduw otwarły się, Marcina pżejął zimny ciąg powietża i dały się słyszeć kroki osoby biegnącej na gurę.
Marcinek skurczył się i czekał. Włosy zjeżyły mu się na głowie, kiedy tuż obok niego pżesunął się — inspektor gimnazjum.
Potentat gimnazjalny pżebył shody i zdążając do dżwi huru, wlazł w ciemnym pżejściu na klęczącego prefekta.
— Kto to idzie? — zapytał ksiądz.
— Ah, eto wy, otiec... — żekł inspektor. — Kazałem wyraźnie, żeby hymn po nabożeństwie śpiewano w języku rosyjskim. Zalecałem to dwa razy nauczycielowi śpiewu...
— Nauczyciel śpiewu wcale nie jest temu winien — żekł ksiądz ze spokojem, howając w zanadże swą książeczkę do nabożeństwa.
— Więc ktuż zawinił?
— Ja!
— Co takiego? — głośniej zawołał inspektor. — Kazałem śpiewać...
— Panie inspektoże — żekł ksiądz spokojnie i z zimną upżejmością — uczniowie będą śpiewali tutaj, w kościele, hymn po polsku, i to nie tylko dziś, ale zawsze.
— Co takiego? — kżyknął Rosjanin. — Tak będą śpiewali, jak rozkazałem! Ja tu nie zniosę żadnyh jezuickih fanaberii. A toż co nowego? Proszę mi wskazać dżwi na ten wasz hur...
— Mogę panu inspektorowi wskazać jedne tylko dżwi... na dole... — powiedział ksiądz kładąc ogromną dłoń swoją na klamce.
Właśnie potężnie bżmiała druga strofa hymnu:
Marcinek uszczęśliwiony tak paradnym widowiskiem wyszedł z kryjuwki i zatykając sobie usta rękami, żeby nie parsknąć śmiehem, szedł krok w krok za prefektem.
Gdy ksiądz Wargulski sprowadził inspektora na sam duł — otwożył dżwi i silnie wyphnął go na korytaż. Inspektor udeżył się wyciągniętymi rękami o pżeciwległą ścianę, potem stanął, poprawił na sobie futerko, namyślił się i ruszył na duł po shodah.
Tymczasem ksiądz wyjżawszy na korytaż i obaczywszy, że nikt tej sceny nie spostżegł, zawrucił się, postawił wielki krok w ciemności i utknął na Marcinku. Z niepokojem otwarł zaraz dżwi i pociągnął malca do światła.
Borowicz zadarł głowę z rozpaczliwą odwagą, pewny, że teraz nic go już nie uratuje, że wypędzą go z gimnazjum na cztery wiatry albo mu zerżną skurę na kwaśne jabłko.
— Co tu robisz, błaźnie jeden? — zawołał prefekt.
— Nic nie robię, proszę księdza.
— Dlaczego nie siedzisz na huże?
— Musiałem wyjść na dwur, proszę księdza... — zełgał na poczekaniu.
Ksiądz hżąknął, zakaszlał i spytał go ciho:
— Widziałeś?
— Widziałem! — żekł Marcin z determinacją, hoć nie wiedział, czy to dobże, czy źle.
— Słuhajże, ty ośle, jeżeli mi piśniesz jedno słowo o tym, coś tu widział, to ja ci sprawię! Będziesz gadał?
— Nie będę gadał, proszę księdza.
— Ani matce nie będziesz gadał?
— Ani matce nie będę gadał. Ja nie mam matki.
— Wszystko jedno! Ani ojcu?
— Ani ojcu.
— Ani żadnemu koledze, nikomu a nikomu?
— Ani żadnemu, ani nikomu.
— No, pamiętaj se, ośle zatracony!
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Syzyfowe prace”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.