Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Syzyfowe prace

Rozdział VI

VI

Z twardej szosy bryczka skręciła na uboczny gościniec, z gościńca na drużkę, zajmującą między działkami hłopskimi szerokość nie większą od pospolitego wygonu. Słońce już się skryło za gżbietem wzguż, zostawiając po sobie tylko pżecudną zożę, w kturej kierunku bryczka zdążała i na kturą zwrucone były oczy Marcinka i jego matki. Konie biegły miernego kłusa, wuzek toczył się z wolna w głębokih koleinah drożyny. Po obydwu jej stronah stały niwki żyta, na kturym nie widać było jeszcze kłosuw, stajonka wczesnyh kartofli, mocno zielone smugi owsa i zagony lnu. W pobliżu czerniła się biedna wioska. Dalej, na tle pżejżystego firmamentu, widać było ciemne kształty łańcuha wzguż porosłyh jałowcem i bżeziną.

Zdażyło się, że w pżeddzień uroczystości Zielonych Świątek wypadł pani Borowiczowej jakiś pilny interes w Klerykowie. Zawarta na początku roku szkolnego znajomość z panem Majewskim ułatwiła jej pozyskanie dla Marcinka na dwa dni świąteczne urlopu, wypisanego na użędowym blankiecie z ogromną pieczęcią. I oto wiozła do Gawronek jedynaka jako niespodziankę dla ojca i całego folwarku. Radość obojga była tym większa, że ani matka, ani syn nie spodziewali się tak pomyślnego załatwienia sprawy, gdyż żadko kiedy dawano na te święta urlopy. Gdy wuzek polnymi drużkami zjeżdżał z pohyłego pżestwoża i znalazł się u wejścia do rozdołu między dwoma wielkimi wzgużami, noc już zapadała. Zbocza gur wznosiły się stromo po prawej i lewej ręce, a wielkie ih garby niby kolana i stopy wysuwały się z mroku i rosły w oczah, gdy się ku nim zbliżano.

Dolina była dość długa, a nie szeroka — w niekturyh miejscah tak nawet wąska, że na dnie jej ledwo mogły zmieścić się obok siebie: strumień i droga. Na wiosnę i około św. Jana potok pżemieniał się w żekę, w wielką, oszalałą żekę, kturej wody dosięgały wysoko rosnącyh bżuz na zboczah pagurkuw i zostawiały na jałowcah pokosy zmulonego siana, garście lnu i całe nieraz kżewy, z kożeniami wydarte na odległyh gurah. Toteż droga sąsiadująca z tą bużliwą żeczułką była, ściśle muwiąc, suhym łożyskiem potoku. Nikt jej tam nigdy nie naprawiał ani nie pżeinaczał; była sama sobą, zmieniała się i kształtowała swobodnie, posłuszna tylko prawom pżyrody, zupełnie tak jak dżewa okoliczne, jak osypiska i wyrwy. Były w niej kawałki z natury dobre, zupełnie gładkie, były inne, zawalone sporymi bryłami na dość znacznej pżestżeni, a były też i tak zwane dołki, istniejące tam od czasuw jeżeli nie piastowskih, to na pewno zygmuntowskih.

Kto nie umiał pżez te dołki pżejehać, ten nie pżejehał. Łamał tam dyszel, oś, rozworę, wlatywał w błoto z głową i czapką albo zostawał w dołku z pułkoszkami, a konie szły dalej z pżodkiem wozu. Na szczęście nie było w całej okolicy człowieka, ktury by nie miał „sposobu” na szczęśliwe pżebycie tyh wyrw zdradliwyh. W pewnym miejscu jehało się dość długo tym pożądkiem, że pżednie i poślednie koło z prawej strony szło blisko o jaki łokieć wyżej niż koła z lewej, ale ludzie tamtejsi nawykli do tego pżymiotu drogi i nikt go tam nawet nie spostżegał. Nad wodą rosły zwarte olszyny i pżysłaniały zakręty żeczne. Gdzieniegdzie stały kępami duże, smutne wieżby o długih gałązkah i wąskih liściah. Konie wlokły się noga za nogą po kamienistym szlaku i były w pierwszym dopiero skręcie doliny, gdy na gurę wszedł księżyc. Białe światło z wolna rozpadło się w dole, na zboczah gur i po wąwozah. Widać było spiczaste jałowce pod samymi szczytami i bżuzki o listkah srebżyście lśniącyh, kołyszące się od wietżykuw. Na dalekiej pżestżeni bieliły się kamienie żecznego łożyska. Tu i uwdzie poza cieniem kżewuw lśniły się między kamieniami ruhliwe, maleńkie fale i wodospady płytkiego w tej poże strumienia, ktury jak żywa istota coś szeptał w głębokiej ciszy.

Ten szept opowiadał Marcinkowi cudowne żeczy o wszystkim, co zaszło w wodah, odkąd pewien uczeń klasy wstępnej pżestał taplać się na bosaka w żece, łapać sakiem płotki, okonie i małe szczupaki podobne do ciemnyh kawałkuw dżewa...

Osoba wyhowańca gimnazjum została gdzieś na uboczu i Marcinek zapatżony w blask wody począł na szum jej odpowiadać jakiejś innej osobie, ktura była na poły nim samym, na poły kimś zupełnie nieznajomym.

Tak siedząc ciho pży matce, zabrnął w niezmiernie daleki świat mażeń.

— Paniczek to nawet nie wie, że nam gniadą ukradli! — zawołał nagle Jędrek, służący za fornala.

— Gniadą ukradli? — żekł Marcinek jak zbudzony ze snu. — Pżecie gniada idzie pżed twoim nosem u dyszla...

— E!... i cuż ta z tego, kiedy ją ukradli...

— Czy on prawdę muwi, mamusiu?

— Opowiedzże paniczowi, jak to było!... — żekła matka Marcinka.

Gniada klacz była ulubienicą całego folwarku. Pohodziła z rodziny tak dalece arystokratycznej, że rozpowiadano istne o niej legendy. Jedno z takih wieżeń głosiło, że gniada w prostej linii pohodzi z dziada araba i matki spolszczonej angielki — inne, że jest wnuczką jakiejś Hatfy, importowanej wprost z Arabii — i tam dalej.

W istocie klacz miała głuwkę małą, oczy mądre, łopatki wydatne, piersi bogate i skurę cienką, ale wszystkie te pżymioty od ciężkiej pracy w roli, pży zwuzce dżewa, zboża i nawozu, od długih podruży w bryczce straciły na wartości i nikomu obcemu nie wpadały już w oko, gdy szlahetnie urodzonej boki zapadły i gżbiet jak piła sterczeć zaczął.

Jednakże zimową porą, gdy roboty było mniej, a obrok wymieżano regularnie, gniada odzyskiwała cehy swej rasy. Wuwczas, zbliżając się w niedzielę do kościoła, niejednokrotnie musiał pan Borowicz strofować Jędrka furmana:

— Tżymaj no konie, cymbale, nie gap się! Jeszcze poniosą i w ruw gdzie wywalą...

Klacz była zła, nikomu do siebie pżystępu niepozwalająca; nawet swego furmana nie wahała się pży okazji hwycić zębami albo tżepnąć kopytem.

Pomimo to lubiono ją. Lubiono ją pżez hełpliwość za pżymioty, dzięki kturym klacz odrabiająca najcięższe fornalskie powinności, istną końską pańszczyznę, mogła w potżebie obstać za najlepszą cugową. Miała zresztą kilka pięknyh źrebiąt, a te wyratowały pana Borowicza z niejednego ciężkiego kłopotu, gdy je w kwiecie lat końskih na jarmark wyprowadzono.

— A to tak było... — zaczął Jędrek. — Z soboty na niedzielę, będzie ze cztery tygodnie temu, poszlimy z Wincentym spać... zwyczajnie w stajni. Spać duszno z koniami, to my otwarli dżwi, tylko my śtangę założyli. Samem śrubę zakręcił na fest, kluczem pod żłub cisnął i układłem się. Oni ta tylko głowę pżytkną do słomy, już ci po nih...

— A ty, toś znowu czujny nadzwyczajnie! — wtrąciła pani Borowiczowa.

— E... bo mnie, proszę pani, jedna baba użekła w Trzebicach, żebym niby do spania był taki hytry... A no i pospalimy się. Ledwie świt, jak ci mię ten Wincenty wyrżną w łeb trepem! — „Gdzie kobyła?” — powiadają. Ja spojżę: śtanga wisi, gniadej nie ma. Pod progiem my spali — jakże on ta wyszedł, muj Jezus kohany? Dopiero to jest mahenik! Łabas my za śtangę, a tu pżerżnięta jak mydło. Powiadają, że ma taką piłeczkę cienką, ale to głupiemu powiedzieć, żeby kto żelazo piłką urżnął. Musi para mieć włos z żydowskiego trupa i tym tak żnie. Wylecielimy na świat... Pżed stajnią widać było ślad do stawu. Skoczyli my do stawu. Poszedł we wodę! My na drugi bżeg ku Cieplakom — nie ma nigdzie! Rosa bielusienieczka stała na łąkah, a śladu ani — ani! Dopiero oni powiadają, że może bżegiem stawu się wziął, a potem wjehał w żekę. Polecielimy i tam, ale nie było nic, i pokuj. Pan wstał, ludzie się zeszli, gwar, kżyk, ale śladu nikt wypatżeć nie mugł. Jak słońce pżygżało, rosa zginęła, to tam już nie było o czym gadać. Sobieraj powiadali, że był gdzieś ślad na smugu, ale kto ih wie. Oni zawsze muszą wszystko gębą rozpowiedzieć, co im do łba pżyjdzie. Poszli ludzie do kościoła, dobrodziej opublikował z ambony, że tak i tak: kobyłę ukradli u pana na Gawronkach, a kto by zaś wiedział, żeby zaraz znać dawał; ale gwaru tylko z tego było dosyć pżed kościołem po sumie, a nikt nie mugł nawet wziąć na rozum, w kturą stronę złodziej pojehał. Pan to się tak zafrasował, co o kęs... Mnie pan wyprał, ale co ja kżyw, kiedy my spali? Obiadu pan nie jadł, tylko hodził po polah, pani to samo poszła — i tak do wieczora. Ja pojehałem na siwym pod Wybrankową, Wincenty poszli ze Stasińskim do Dolnej, ale my z niczym wrucili na wieczur. Po kolacji siedzielimy tak wszyscy pżede dżwiami. Ciho się stało, tylko żabska rehotały jak muzyka. Wtem jakoś mi się zdało, że kobyła rży... Zerwałem się, aże mię ognie pżeszły. Słyszę, a tu daleko, daleko spod lasu — drugi raz. Jak ja pujdę z nogi za staw! Miesiąc wszedł, nie pżymieżając jak teraz, widno było na rosie het, het... Stanąłem pod kżyżem, na gureczce. Słuham, słuham, a tu znowu rży... Patżę niedługo, a tu rwie łąkami z tamtej strony stawu galop, ale tak, co ino-ino... Bez płot na pastewniku to wraz tżunęła jak bez prug. Pżyleciała pode wrota. Muj Jezus kohany! Jak wzięła rżeć raz za razem, to jakby ten człowiek na człowieka wołał. Sam pan poleciał otwożyć jej wrota. To my tak zaczęli hurtem beczeć z radości!... Miała na szyi postronek grubaśny, a na nogah koło pęcin popżywiązywane jakiesi gałgany, żeby, widać, śladu nie było. W lesie ją pewno pżywiązał i układł się spać, a ona sobie tam już poradziła... Albo go może tżepnęła gdzie o ziemię — i poszła. Boki to miała zapadnięte jak wściekła suka. Kazał jej pan dać tę resztkę owsa, co była w spihleżu, hleba jej pytlowego tży kromki pani dała, cukru słodziuśkiego hyba ze cztery kawałki... Aż mi dziwno, bo kobylisko nikomu tego wieczora nic nie muwiło, ani razu nikogo nie hwyciło zębcami, nikogo nie wieżgnęło, a co je kto poklepał, to ino se zarżało po cihu...

Marcinek słuhał tej opowieści w głębokim wzruszeniu. Oczy jego z miłością i pieszczotą obejmowały kleszczyny homąt i łeb gniadej, widoczne dobże na tle srebrnej wody.

Po małyh nadżecznyh łąkah rozpościerała się już rosa jak lśniący obrus, utkany z włukienek mgły i światła.

Na niebie rozprysły się gwiazdy w niewysłowionym ih mnustwie i pżepyhu. Zdawało się, że od nih urywają się niezmiernie małe świecące cząsteczki i powoli, nikłymi warstwami, zsypują się ku ziemi.

Stały tam w pżeźroczystym lazuże jakieś smugi dziwnie oświetlone, śpiące w niebiesieh ciałka obłokuw, drogi i znaki, kształty blasku niepojęte, nęcące oczy i duszę. Z traw szeżyły się zapahy dojżewającyh kwiatuw, od żeki pociągał wilgotny, mocny i miły odur rokit i wikliny.

A wody wciąż szeptały...

Cihą ih melodię pżerywało tylko ostrożne stąpanie koni po głazah i dźwięk żelaznyh obręczy, gdy trafiały na kamienie, wspinały się na nie ze zgżytem i opadając stukały. Rozmowa ucihła.

Pani Borowiczowa miała wzrok skierowany na roziskżone niebo. Dawne wspomnienia ciągnęły ku niej z dalekih pżestworuw cudownej nocy, młode nadzieje wypływały z serca pżeczuwającego już shyłek swyh snuw, kres mażeń i jakieś wielkie znużenie.

Teraz to serce roztwierało się na oścież dla pżyjęcia wszystkiego, co człowiek uczciwy pielęgnuje i koha.

Ziemskie troski, codzienne znoje, interesy i małostki ustąpiły na hwilę i matka Marcinka o wielu żeczah i sprawah niemal zapomnianyh myślała, myślała...

W pewnym miejscu pżejeżdżało się w brud żeczułkę. Wkroczywszy do wody, konie natyhmiast zatżymały się, shyliły łby i jęły głośno żłopać wodę.

Marcinek położył głowę na kolanah matki i pżycisnąwszy usta do jej rąk spracowanyh szepnął:

— Mamusiu, jak to dobże, że mama po mnie pżyjehała... Tak sobie jedziemy razem... To dopiero dobże...

Gładziła pieszczotliwie jego włosy i shylając się, w sekrecie nie wiedzieć pżed kim, szepnęła mu do uha:

— Będziesz zawsze kohał swoją matkę, zawsze a zawsze?...

Słodkie łzy padające wielkimi kroplami z oczu hłopca zastąpiły jej wyrazy odpowiedzi.

Tuż za żeką droga wieszała się po urwistym zboczu gury zarosłym tarniną i lasem dzikih głoguw.

Gdy te zarośla zżedły i rozsunęły się, widać już było w pobliżu migające światełka wioski, a dalej za nią w nizinie wielką, białą od księżyca szybę stawu i światła w gawronkowskim dwoże.

Konie szły z wolna pod gurę. Marcin wyskoczył z wuzka i oczyma pełnymi łez spoglądał na te dalekie, duże okna świecące w ciemności.

Pżede wsią, w pustce na wzgużu stała drewniana kapliczka, spruhniała już zupełnie od pżyciesi aż do żelaznego kogutka na szczycie dahu.

Dokoła tej staruszki rosły bujne bzy z ogromnymi kiściami pahnącyh kwiatuw.

Marcinek szybko skoczył ku kapliczce, wspiął się na płot i ułamał ogromny pęk kwitnącyh gałęzi. Wuzek oddalił się i zbliżał już do wioski. Hłopiec żucił się pędem po ruwnej już tam drodze, stżąsając rosę z kwiatuw i zziajany cały ten pęk rozkwitły żucił matce na kolana.

Nie miała serca wymawiać mu, że obrabował biedną, starą kapliczkę.

Mokre kwiateczki odrywały się, spadały wraz z kroplami rosy i lgnęły do jej palcuw, a duszny zapah tak dziwnie ją upajał...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Syzyfowe prace”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)