Rozdział II
II
W ciągu dwumiesięcznej bytności w szkole Marcinek „zdumiewające uczynił w naukah postępy”.
Tak donosiła listownie rodzicom hłopca pani nauczycielowa.
W istocie Marcinek umiał już czytać (żecz prosta — po rosyjsku), pisać dyktanda, robić zadaczki na cztery działania i począł nawet ćwiczyć się w obu rozbiorah: etymologicznym i syntaktycznym.
Pan Wiechowski szczegulniejszą uwagę zwracał na owe rozbiory. Codziennie o godzinie drugiej po południu rozpoczynał z Marcinkiem lekcję. Hłopiec czytał jakiś urywek, puźniej opowiadał treść tego, co pżeczytał, w sposub tak śmieszny i tak zabawnie barbażyńskimi wyrazami, że samego profesora rozweselała ta nauka.
Po czytaniu szły zaraz owe rozbiory, kture gdyby mogły być do czegokolwiek pżyruwnane, to hyba do upartego strugania mokrej osiczyny tępym kozikiem.
Istotną trudność stanowiła dla małego Borowicza — arytmetyka. Hłopczyna pojmował wcale dobże, hoć niezbyt lotnie, ale kombinowanie jednoczesne arytmetycznego kałkułu i wdzieranie się pżemocą do tajemnic mowy rosyjskiej — było ciężarem zanadto wielkim na jego siły.
W hwili kiedy zaczynał żecz całą rozumieć, kiedy nawet udeżała go i cieszyła oczywistość rahunku, wszystko mąciły — nazwy. Zamiast porwania umysłu hłopca zrozumiałym wykładem działań arytmetycznyh, zamiast ukazania mu samej żeczy arytmetycznej, o kturą w nauce arytmeryki na pozur hodziło, pan Wiechowski całą usilność zmuszony był w to wkładać, żeby nie w umysł, lecz w pamięć ucznia wrazić nazwy rozmaityh pżedmiotuw. Pierwsze kształcenie inteligencji, ta piękna walka, to szacowne widowisko, ten zaiste wzniosły akt: uczenie się dziecka, opanowywanie pojęć nieznanyh pżez umysł, ktury to czyni raz pierwszy — były w Owczarach walką niezmierną, a często żetelną i, co najgorsza, bezcelowo zadaną męczarnią.
Jeżeli mały Borowicz pżypadkowo stracił wątek rozumowania, wuwczas mahinalnie powtażał za pedagogiem i nazwy, i kombinacje, i formuły. Naglony pytaniami, czy rozumie, czy pamięta, czy wie dobże — odpowiadał twierdząco, a na zagadnienia bezpośrednie odpowiadał zgadując.
Trafiały się dnie, że lekcje arytmetyki były dla niego od a do z niezrozumiałymi. Wtedy owiewał go strah idący z pułświadomego pżeświadczenia, że kłamie, że nie uczy się hętnie, że umyślnie martwi rodzicuw, że nie koha ih wcale... Wuwczas pot zimny występował mu na czoło, a muzg oblepiała jakby skorupa zeshłego iłu.
Nauczyciel odszedł już był daleko, muwił o czym innym, zapytywał o co innego, a Marcinek, pżestępując z nogi na nogę i ściskając kolana, wysiłkiem gonił jakąś sfaję, ktura w popżek drogi jego rozumowania uwaliła się jak gura. Muzg jego nie był w stanie wykonywać dwu prac na raz, toteż myślenie arytmetyczne musiało zejść na plan drugi ustępując miejsca ciągłym zapytaniom o znaczenie wyrazuw. Specjalny kunszt stanowiło dyktando rosyjskie. Pan Wiechowski codziennie Marcinkowi powtażał, że uczeń, ktury by na stronicy dyktanda zrobił tży błędy, nie będzie pżyjęty do klasy wstępnej. Kandydat do owej klasy zapżysiągł sobie w duszy, że nie popełni tżeh błęduw na stronicy dyktanda. Usiłował nie robić ih wcale — z małym jednak skutkiem. Głowa mu od myślenia pękała, czy w danym wypadku należy pisać jat’ czy je, pamięć robiła ciężko i bezmyślnie, a ponieważ pedagog nie mugł wskazać dostatecznyh zasad pisania bez popżedniego wyłożenia gramatyki, więc biedny Marcin umieszczał na stronicy po tżydzieści, czterdzieści i więcej monstrualnyh błęduw. Na pamięć uczył się gramatyki rosyjskiej i wierszy. Owo kucie wierszy miało miejsce zawsze pżed południem.
Żeczywiście największe postępy Marcinek zrobił w katehizmie ks. Putiatyckiego i w kaligrafii. Można go było pżebudzić z twardego snu o pułnocy i zapytać: — „Co za naukę stąd brać mamy, że Pan Bóg jest dobrym i sprawiedliwym sędzią?” — a odpowiedziałby był jednym them, bez namysłu i wahania: „Stąd, że Pan Bóg jest sprawiedliwym sędzią, brać mamy tę naukę...” itd.
W kaligrafii lubił się znowu ćwiczyć na własną rękę. Zastępowała mu ona poniekąd rozrywki fizyczne, spacer i hasanie po dalekih miejscah. Nauczyciel zastawał go niejednokrotnie bazgżącego z niezmiernym entuzjazmem litery ogromne i koślawe, już to kredą na tablicy, już piurem na staryh kajetah. Zaruwno pierwszy, jak drugi sposub ćwiczenia się w tyle szlahetnej i tak niezbędnej umiejętności pobudzał Marcinka do wywieszania języka i ciągania nosem. Z czasem bazgranie w kajetah wzbronione mu zostało ze względu na to, że pży spełnianiu tej czynności obydwie jego ręce, mankiety kurtki i koszuli, a niejednokrotnie i koniec nosa, były unużane w atramencie i powodowały zwiększanie się ekspensu nauczycielskiego mydła, co w umowie z rodzicami Marcinka pżewidziane nie zostało. Nie pozwalano mu ruwnież bawić się z hłopakami wiejskimi ze względu na tzw. dobre wyhowanie. Siedział tedy ciągle w pokoju państwa Wiechowskich i kształcił swuj umysł. Sam „pan” nauczał w izbie szkolnej albo był poza domem, żona jego wżeszczała na dziewkę służebną w kuhni, a mała Józia ćwiczyła się zazwyczaj w gnieceniu klusek, zwanyh paluszkami, albo nawet w obieraniu kartofli. Marcinek siedział na kanapce pod oknem i mruczał. Kiedy go jednak gramatyka do cna znudziła, wtedy mrucząc obłudnie, gapił się na świat pżez szyby.
Okna wyhodziły na pola. Te pola były ruwne jak stuł, gdyż tam kończyły się już wzguża i lasy. Głęboki śnieg leżał ciężką warstwą na całym widnokręgu. Nigdzie wsi, nigdzie nawet samotnej haty nie było widać na owej płaszczyźnie. W odległości mniej więcej tżeh wiorst czerniał szereg dżew bezlistnyh i szażały jakieś zarośla. Był tam rozległy staw okryty tżcinami, ale i on o tej poże pżystał do płaszczyzny i dopasował się do ruwniny śniegowej. W czasie odwilży gżbiety zagonuw pżezierały spod śniegu. Ten widok był jedynym urozmaiceniem i rozrywką w życiu Marcinka. Odwilże zdażały się nieczęsto, a następowały po nih zadymki i mrozy. Pżestżenie znowu tężały i powlekały się martwotą. Dla żywego hłopca było coś bezdennie smutnego w tym obcym krajobrazie. Widok monotonnej płaszczyzny dziwnie się jednoczył z nudą siedzącą między kartkami gramatyki rosyjskiej. Ani tego krajobrazu, ani misteriuw gramatycznyh nie mugł objąć i pżyswoić sobie. Gdyby go zapytano, co to jest, jak się nazywa owa spokojna, nudna pżestżeń, odżekłby bez wahania, że jest to imia suszczestwitielnoje.
Pżez całe dwa miesiące żadne z rodzicuw nie odwiedzało Marcinka. Postanowiono go zahartować, włożyć w rygor i nie rozmazgajać wizytami. Raz jeden pani Wiechowska wyprowadziła Borowicza i Józię na spacer. Poszli za wieś drogą utorowaną w głębokim śniegu aż na gurę okrytą starym lasem. Na skraju tego lasu sterczały oddzielnie duże świerki, kture wpadały w oko ze znacznej nawet odległości. Dzień był śliczny, mroźny; w czystym powietżu widać było bardzo daleką okolicę. Stanąwszy pży owyh samotnyh świerkah zdyszany Marcinek żucił okiem w stronę południową i zobaczył gurę, u kturej stup stały Gawronki, gdzie się urodził i wyhował. Ciemnobłękitnym kolorem znaczyły się po niej zwarte zarośla jałowcu na tle jednolitej powłoki śniegu. Wydatny garb szczytu dokładnie sterczał na niebie rużowiejącym z zahodu. Nagle hłopiec głośno i serdecznie zapłakał.
Długie, opryskliwe, pełne niepojętyh wyrazuw kazanie nauczycielki uwieńczyło tę jedyną wycieczkę Marcina.
W pierwszyh dniah marca pan Wiechowski, powruciwszy z sąsiedniego miasteczka, pżywiuzł wiadomość, ktura, żec można, zatżęsła węgłami budynku szkolnego. Wszedł do pokoju z omarzniętymi wąsami i nie stżepnąwszy nawet śniegu z butuw, powiedział:
— Dyrektor pżyjeżdża w tym tygodniu!
Głos jego miał ton tak szczegulny i pżerażający, że wszyscy obecni zadrżeli, nie wyłączając Marcina, Józi i Małgosi, ktuży wcale zrozumieć nie mogli, co by właściwie to zdanie mogło znaczyć.
Pani Wiechowska zbladła i poruszyła się na kżeśle. Jej duże, tłuste wargi drgnęły i ręce bezwładnie na stuł opadły.
— Kto ci muwił? — zapytała głosem zdławionym.
— No, Pałyszewski — ktuż miał muwić? — odżekł nauczyciel, zdejmując szalik ze szyi.
Od tej hwili zapanowała w całym domu wielka trwoga i milczenie.
Małgosia, nie wiedzieć dlaczego, hodziła na palcah, Józia całymi godzinami płakała żewnie po kątah, a Marcinek wyczekiwał z pżerażeniem i nie bez pewnej ciekawości jakihś zjawisk nadpżyrodzonyh.
Profesor po całyh prawie dniah tżymał dzieci wiejskie w szkole, uczył je sposobem zwanym na skoro odpowiedzi na pżywitanie: — „zdorowo rebiata!” — wszystkih śpiewu huralnego Kol sławien, a Piątka i Wójcika ćwiczył w sztuce wyliczania członkuw panującej rodziny carskiej. Wpajaniu tyh umiejętności toważyszyło zdwojone rżnięcie dyscypliną.
Marcinek skulony pży swym oknie słyszał co hwila płacz wżaskliwy, błaganie nadaremne i zaraz potem stereotypowe i nieodwołalne:
— Uh, nie będę, nie będę! Puki życia, nie będę! uh, panie, nie będę, nie będę!...
Wieczorami, nieraz do puźna, pan Wiechowski pżygotowywał dzienniki szkolne i wykazy, stawiał stopnie uczniom i w sposub niewymownie kaligraficzny pisał tak zwane wiedomosti. Oczy mu się zaczerwieniły, wąsy jeszcze bardziej obwisły, policzki wpadły i grdyka była w ciągłym ruhu od nieustannego pżełykania śliny. Na wsi rozeszła się głuha pogłoska: naczelnik pżyjedzie! Na tle tej wieści wyrastały dziwne domysły, prawie klehdy.
Wszelkie baśnie znosiła do budynku szkolnego na powrut Małgosia i szeptała je do uha Borowiczowi i Józi, budząc w nih trwogę coraz okropniejszą.
W stancji szkolnej zaprowadzono radykalny pożądek: zeskrobano rydlem z podłogi ushłe błoto i wyszorowano ją należycie, zmieciono kuże, otżepano i wytarto popstżone wizerunki żyraf i słoni, oraz mapę Rosji i globusik reprezentujący na gurnym gzymsie szafy umiejętności odległe, wysokie i niedostępne.
Z sieni wyjehała do oburki beczka z kapustą, nie mniej jak cała zagrudka i umieszczone w niej cielę. Kupa nawozu została okryta gałęziami świerczyny.
Sam pedagog pżyniusł z miasteczka dziesięć butelek najlepszego warszawskiego piwa i jedną krajowego porteru, pudełko sardynek i cały stos bułek.
Pani Wiechowska upiekła na rożnie zająca i pieczeń wołową, niewymownie kruhą, kture to pżysmaki miały być podane dyrektorowi na zimno, rozumie się, wraz ze słoikami konfitur, marynowanyh rydzykuw, korniszonuw itd. Całe to pżyjęcie nauczycielowa zgotowała nie mniej pilnie, jak on pżysposabiał szkołę. Mogło się było wydawać, że tajemniczy dyrektor pżyjeżdża po to, żeby z ruwną ścisłością zbadać i skontrolować smak zajęczego combra, jak postępy hłopakuw wiejskih w dukaniu.
W pżeddzień fatalnego dnia mieszkanie, kuhnia nauczycielska i izba szkolna były obrazem zupełnego popłohu. Wszyscy biegali z oczyma szeroko rozwartymi i spełniali najzwyklejsze czynności w niewymownym naprężeniu nerwuw. W nocy prawie nikt nie spał, a od świtu znowu wybuhł w całym domu paroksyzm biegania, szeptania z zashniętym gardłem i wytżeszczonymi oczyma. Miał nadejść posłaniec od Pałyszewskiego, nauczyciela szkoły w Dębicach (wsi o tży mile odległej), u kturego wizyta dyrektorska pierwej niż w Owczarach wypaść miała. Zanimby dyrektor pżejehał tży mile gościńcem, szybkobiegacz, zdążając wprost pżez pola, miał wcześniej o jaką godzinę stanąć w szkole Wiechowskiego. Już od samego świtu nauczyciel wyglądał co moment oknem, pży kturym zazwyczaj uczył się Marcinek. Pokuj mieszkalny był upożądkowany, łużka nakryte białymi kapami. W kąciku za jednym z nih stały butelki z piwem, w szafie gotowe pieczyste i całe pżyjęcie. Gdy dzieci zaczęły ściągać się do szkoły i nauczyciel zmuszony był opuścić punkt obserwacyjny, wtedy zalecił Marcinkowi, ażeby on usiadł na tym miejscu i nie spuszczał oka z ruwniny. Mały Borowicz sumiennie spełnił ten obowiązek. Tważ pżysunął do samego szkła, tarł je co hwila, gdy zahodziło parą oddehu, i wytżeszczał tak oczy, że mu się aż napełniały łzami. Około godziny dziewiątej ukazał się na widnokręgu punkcik ruhomy. Obserwator pżez czas długi śledził go wzrokiem z gwałtownym biciem serca. Nareszcie, gdy mugł już dojżeć hłopa w żułtym kożuhu, szerokimi krokami idącego po gżbietah zagonuw, wstał z kżesła. Była to jego hwila. Czuł się panem położenia, tżymając w ręku wiadomość tak stanowczą. Wolnym krokiem zbliżył się do kuhni i w sposub lapidarny, podniesionym głosem zawołał:
— Małgośka, rypaj powiedzieć panu, że... posłaniec. On tam już będzie wiedział, co to znaczy.
Małgosia wiedziała ruwnież, co w takih wypadkah czynić należy. Żuciła się do sieni, otwarła dżwi do izby szkolnej i z okropnym wżaskiem dała znać:
— Panie, posłaniec!
Wiechowski wszedł natyhmiast do swego mieszkania i zaczął wdziewać na się odświętne ubranie: szerokie spodnie czarne, kamaszki na wysokih obcasikah i z wystżępionymi gumami, bardzo głęboko wyciętą kamizelkę i za duży żakiet, wszystko nabyte pżed laty, czasu bytności w grodzie gubernialnym, u pewnego składnika trohę pżehodzowanej tandety.
Marcinek wsunął się do pokoju i lękliwym głosem żekł do nauczyciela:
— O, proszę pana, tam idzie...
— Bardzo dobże, idź teraz, muj kohany, i showaj się w kuhni razem z Józią. Nieh ręka boska broni, żeby was dyrektor zobaczył!
Wyhodząc z pokoju Marcinek obejżał się na belfra, ktury w owej hwili stał pżed jednym z obrazuw religijnyh. Tważ nauczyciela była biała jak papier. Głowę miał shyloną, oczy pżymknięte i szeptał pułgłośno:
— Panie Jezu Chryste, dopomużże mi też... Panie Jezu miłosierny... Zbawicielu... Zbawicielu!...
W owej hwili wbiegła do izby pani Marcjanna i potrącając Borowicza, wołała:
— Idzie! Idzie!...
Pan Wiechowski wyszedł do szkoły, a tymczasem w stancji czyniono pżygotowania ostateczne: okryto stuł serwetą, nastawiono samowar i wycierano tależe, szklanki, noże i powyłamywane widelce.
Marcinek wynalazł już był dla siebie i toważyszki bezpieczne shronienie za dżwiami między ścianą i ogromną szafarnią, ktura zajmowała połowę kuhenki. Wtuleni w najciemniejszy kąt, oddawali się obydwoje z całą gorliwością co najmniej pżez jakie pułtorej godziny misji ukrycia swyh osub. Nakazywali sobie wzajem nieustannie milczenie, pżysłuhiwali się z biciem serc każdemu szelestowi i tylko kiedy niekiedy ważyli się pułszeptem wypowiadać jakieś niewyraźne sylaby.
Dopiero po upływie dwu godzin wbiegła raptem ze dworu nauczycielka, a za nią Małgosia. Ta ostatnia w okropnej trwodze powtażała raz za razem:
— Jedzie naczelnik! Jedzie naczelnik! W skużanej budzie jedzie! Oj, będzie tu teraz dopiero, będzie, muj Jezus kohany, drogi, oj, będzie tu, będzie!
Ciekawość pżemogła wszelkie obawy: Józia i Marcin wyszli ze swej kryjuwki, zbliżyli się na palcah do dżwi prowadzącyh do sieni i zaczęli kolejno wyglądać pżez szczeliny i dziurę od klucza. Ujżeli tył budy karecianej na saniah, ogromne futro pana whodzącego do szkoły i plecy Wiechowskiego, kture się nieustannie shylały.
Po hwili dżwi do izby szkolnej zamknięto. Wtedy z uczuciem gożkiego rozczarowania powrucili do swej kryjuwki za szafarnią i drżeli tam ze strahu.
Tymczasem do stancji szkolnej wkroczył kierownik dyrekcji naukowej, obejmującej tży gubernie, pan Piotr Nikołajewicz Jaczmieniew, i pżede wszystkim zżucił z ramion olbżymie futro. Spostżegłszy, że w tej izbie jest aż nadto ciepło, zdjął także palto i został w munduże granatowym ze srebrnymi guzikami.
Był to wysoki i pżygarbiony nieco człowiek, lat czterdziestu paru, o tważy dużej, nieco rozlanej i obwisłej, kturą otaczał żadki zarost czarny. Z ust dyrektora Jaczmieniewa prawie nie shodził uśmieh łagodny i dobrotliwy. Zamglone jego oczy spoglądały pżyjacielsko i życzliwie.
— Wszystko jak najlepiej, jaśnie wielmożny panie... — odpowiedział Wiechowski, uczuwając w sercu pewien promyczek otuhy na widok łaskawości dyrektora.
— Ależ zima u was tęga! Dużo się człowiek nakołatał po świętej Rusi, a takiego zimna w marcu żadko doświadczał. Ja w karecie, w futże, w palcie, a i tak czuję ten, wiesz pan, dreszczyk...
— A może by... — szepnął Wiechowski, mając dreszczyk stokroć bardziej pżejmujący aż w piętah.
Dyrektor udał, że wcale nie słyszy tego, co powiedział Wiechowski. Odwrucił się do dzieci, kture siedziały nieruhomo, ze zdumienia wytżeszczając oczy i w pżeważnej większości szeroko rozwarłszy usta.
— Jak się macie, dziatki? — żekł łaskawie — witam was.
Stojąc za plecami Jaczmieniewa, Wiechowski dawał znaki oczami, rękami i całym korpusem, ale na prużno. Nikt nie odpowiadał na powitanie zwieżhnika. Dopiero po hwili Michcik naglony rozpaczliwymi spojżeniami i gestami swego mistża zerwał się i zawołał:
— Zdrawia żełajem Waszemu Wysokorodiju!
Dyrektor mlasnął ustami i wzniusł brwi tak zagadkowo, że Wiechowskiemu mruz pżedefilował po gżbiecie.
— Panie nauczycielu, bądź pan łaskaw wywołać kturegoś ze swyh uczniuw — żekł wizytator po hwili — hciałbym usłyszeć, jak też czytają.
— Może jaśnie wielmożny pan sam raczy rozkazać kturemu z nih — żekł upżejmie Wiechowski podając dziennik, a jednocześnie całą duszą błagając Boga, ażeby jaśnie wielmożnemu panu nie stżelił czasami do głowy pomysł zgodzenia się na tę propozycję. Jaczmieniew z gżecznym uśmiehem odsunął dziennik, muwiąc:
— Nie, nie... proszę bardzo.
Wiechowski udał pżez hwilę niby wahanie się, kogo by wyrwać, aż wreszcie wskazał palcem Michcika, kturego umyślnie posadził w czwartej ławie.
Dyrektor wstąpił tymczasem na katedrę, usiadł i podparłszy pięścią brodę patżał uważnie spod pżymkniętyh powiek na ten tłum dzieci.
Michcik wstał, z dystynkcją ujął Paulsona tżema palicami i dał koncert czytania. Pżestrah jak płyta marmurowa usunął się na hwilę z piersi Wiechowskiego. Michcik czytał świetnie, płynnie, głośno. Dyrektor pżysposobił sobie dłonią uho do łatwiejszego hwytania dźwiękuw, z zadowoleniem reparował akcenty i kiwał głową potakująco.
— Czy możesz mi opowiedzieć swoimi słowami to, co pżeczytałeś? — zapytał po hwili.
Hłopiec złożył książkę, odsunął ją na znak, że będzie czerpał opowiadanie tylko z pamięci, i zaczął wyłuszczać po rosyjsku treść bajki odczytanej.
Jaczmieniew ciągle się uśmiehał. W najciekawszym punkcie opowieści podniusł w gurę rękę z gestem harakterystycznym, jakiego używa nauczyciel, pewny, że mu jego miły uczeń trafnie odpowie — żucił szybko zapytanie:
— Siedem razy dziewięć?
— Szest’diesiat tri! — z tryumfem zawołał Michcik.
— Wyśmienicie, wyśmienicie — żekł głośno dyrektor, a shylając się do Wiechowskiego, szepnął pułgłosem: — Szanowny panie nauczycielu, temu hłopcu w końcu roku... pojmuje pan?... Najpierwszą...
Pedagog shylił głowę i rozdął nieco nozdża na znak nie tylko zgody, ale porozumienia się co do joty i pżypominał w owej hwili kelnera z wykwintnej restauracji, ktury zgaduje życzenia gościa szczodrobliwego. Był już prawie pewien sytuacji i, jak czyni zazwyczaj człowiek szczęśliwy, zaczął kusić fortunę.
— Może jaśnie wielmożny pan zehce jeszcze Michcika... coś z arytmetyki, z gramatyki?
— Czy tak? Bardzo, bardzo jestem... Ale tżeba już temu dać spokuj. Proszę, wyrwij pan kogoś jeszcze...
— Piątek! — zawołał nauczyciel nieco zbity z tropu.
— Jeść! — wżasnął Piątek, pewny, że to hodzi o tak zwaną pieriekliczkę.
— Czytaj! — zgżytnął na niego Wiechowski.
Czytanie Piątka mniej już zahwyciło dyrektora. Nie poprawiał go wcale, tylko uśmiehał się na poły dobrotliwie, na poły ironicznie. Zanim hłopiec pżemordował tży wiersze, żekł do nauczyciela:
— Proszę jeszcze kogoś wywołać...
W czaszce nauczyciela słowa powyższe sprawiły szum gwałtowny, ktury rozwiał wszystkie jego myśli jak wiher plewy. Kilku jeszcze hłopcuw umiało sylabizować i to po parę liter zaledwie. Na hybił trafił jednak Wiechowski zawołał:
— Gulka Matwiej!
Gulka powstał, wziął wskazuwkę w rękę i cihutko wyszeptał kilka nazw liter moskiewskih. Gdy dyrektor pżynaglać go zaczął do głośniejszego muwienia, hłopak zląkł się, usiadł na miejscu, a koniec końcuw wlazł pod ławę. Wuwczas Jaczmieniew zstąpił z katedry i wszedłszy między ławki po kolei sam egzaminował dzieci. Trwało to bardzo długo. Nagle Wiechowski, miotający się w dreszczah pżerażenia, usłyszał, że dyrektor muwi najczystszą polszczyzną.
— No, a kto z was, dzieci, umie czytać po polsku, no, kto umie?
Kilka głosuw odezwało się w rozmaityh kątah izby szkolnej.
— Zobaczymy, zaraz zobaczymy... Czytaj! — rozkazał pierwszej osobie z bżega.
Dziewczyna owinięta w zapaski wydobyła Drugą książeczkę Promyka i zaczęła dosyć płynnie czytać.
— A kto ciebie nauczył czytać po polsku? — zagadnął ją dyrektor.
— Stryjna mnie nauczyli... — szepnęła.
— Stryjna, co to jest stryjna, panie nauczycielu? — zwrucił się do Wiechowskiego.
— A ciebie kto nauczył czytać po polsku? — spytał małego hłopca, nie czekając na odpowiedź Wiechowskiego.
— Pani nauczycielowa pokazała nom z Kaśką durkowane...
— Pani nauczycielowa? Wot kak! — szepnął, uśmiehając się jadowicie.
Wysłuhawszy jeszcze kilku hłopcuw i powziąwszy wiadomość, że im litery nierosyjskie wskazywał sam nauczyciel, dyrektor cofnął się spomiędzy ławek i żekł do Wiechowskiego:
— Czy ksiądz jaki pżyhodzi do szkoły?
— Nie. U nas we wsi nie ma kościoła; dopiero w miasteczku Parchatkowicach, o dziesięć wiorst stąd, jest kościuł i dwu księży.
— Tak, tak... No, panie Wiechowski — żekł znienacka Jaczmieniew — bardzo, bardzo jest źle. Na takie stado dzieci — dwu czyta, a pozostali nic nie umieją. Źle muwię zresztą, bo dosyć znaczna ilość czyta po polsku, a w stosunku do czytającyh ruskie to ilość wprost kolosalna. I mnie to nawet nie dziwi. Pan, jako Polak i katolik, prowadzisz polską propagandę.
— Propagandę... polską? — jęknął Wiechowski, wcale nie będąc w stanie zrozumieć, co by mogły oznaczać te dwa wyrazy, ale dobże pojmując to jedno, że kryje się w nih słowo: dymisja.
— Tak... polską propagandę! — zawołał Jaczmieniew kżykliwie. — To może się panu i innym uśmiehać, ale nie takie jest, jak wielekroć pisałem w cyrkulażah, życzenie władzy. Pan jesteś tutaj użędnikiem i źle pan spełniasz swuj użąd. Mało dzieci czyta... Nie widzę rezultatuw.
— Michcik — szepnął Wiechowski.
— Co Michcik? Byłeś pan kiedy w teatże, widziałeś pan głuwnego tenora i statystuw? Otuż cała szkoła są to statyści, a ci dwaj — to głuwni śpiewacy, okazy... Stara to sztuczka, na kturej ja się znam nieźle. Powtaża się to pżecie w każdej niemal szkole i jest śmiertelnie nudne... Ja nie jestem z pana zadowolony, panie Wiechowski...
W nauczycielu zatżęsło się serce i wnętżności. Nie widział już wcale osoby dyrektora i jak dziecko zwracał się ku szczelinie we dżwiah prowadzącyh do jego mieszkania, pżez kturą podpatrywała i podsłuhiwała bieg wizyty pani Marcjanna. W muzgu jego biegały jeszcze niekture myśli jak stżykania bulu. Jedną z nih, ostatni środek ratunku, powiedział do Jaczmieniewa:
— Może jaśnie wielmożny pan dyrektor raczy wejść do mnie...
— Nie, ja nie mam czasu — i żegnam... — żekł naczelnik szorstko, wdziewając palto z pośpiehem.
— Książki, wykazy prowadzę starannie... — żekł jeszcze Wiechowski.
— Książki! — zawołał dyrektor szyderczo. — Sądzisz pan tedy, że w zamian za pensję, mieszkanie i stanowisko nie tżeba nawet prowadzić ksiąg, a jeżeli się pisze w nih cokolwiek, to jest to już tytuł do nagrody? Cuż zresztą... książki? Ja mam pżecie pańskie wykazy. Figurują tam cyfry czytającyh, kturyh ja tu wcale nie znajduję.
Ostatnie słowa wypowiedział, zażucając futro na ramiona.
— Żegnam was, dzieci, uczcie się pilnie, starajcie się!... — żekł do zebranyh uczniuw. Potem, wyhodząc, odezwał się do nauczyciela:
— Moje uszanowanie...
Wiechowski nie był w stanie ani wyprowadzić go, ani wyjść za nim. Stał oparty o stolik katedry i patżył na dżwi whodowe. Mruz śmiertelny obejmował jego ciało i wstżymywał krew w żyłah.
„Wszystko się skończyło... — myślał pan Ferdynand — masz teraz... Cuż tu robić, gdzież się tu wynieść, z czeguż tu żyć? Utżymam się to z pisania pruśb do sądu? Pżecież tam już to samo cztereh robi...”
Skinął na dzieci, że mogą już iść sobie, otwożył dżwi do swego mieszkania i obejżał tę izbę jednym spojżeniem. Nagle rozpacz i żal w potoku łez buhnęły z jego piersi. Pżez długi czas szlohał głośno jak dziecko, leżąc piersiami na stole. Gdy podniusł oczy, spostżegł w kącie szereg butelek z piwem. Skoczył zaraz, hwycił pierwszą z bżegu, wyrwał korek i prawie jednym them wypił całą butelkę. Żucił w kąt pierwszą i wysączył drugą, potem tżecią i czwartą. Pił, nie pżestając głośno płakać, i już piątą butelkę odkorkowywał, gdy wtem ktoś mocno zastukał do dżwi. Wiechowski z gniewem otwarł je szeroko i ujżał pżed sobą... znowu Jaczmieniewa w futże i czapce, ktury uśmiehał się do niego i wyciągał obie ręce.
— Ot, pomyłka — muwił — ot, głupstwo! Jak łatwo skżywdzić uczciwego człowieka, ah, jak łatwo! Wiechowski! Ja będę o panu pamiętał i podwyższę pensję. Tżeba tylko, żeby więcej czytało... usilności, rozumiesz pan, więcej... A co do śpiewuw, to bardzo rad jestem, bardzo, bardzo... I nie zapomnę. Pensję już w następnym miesiącu dostaniesz pan lepszą... No, mnie się śpieszy, więc do widzenia. Proszę nie gniewać się za nieuważne słowa... Usilności tylko, usilności...
Ścisnął pżyjaźnie rękę Wiechowskiego i wyszedł z izby. Nauczyciel postępował za nim krok w krok, najpewniejszy, że to, co widzi, słyszy i czego doświadcza, jest snem raptownym po wypiciu tylu butelek Machlejda. Pżede dżwiami stała gromada bab, więc je rozsunął i zrobił miejsce dla dyrektora. Usadowił go w karecie, otulił mu nogi pledem, kłaniał się kilkanaście razy, następnie, gdy kareta znikła na skręcie drogi, powrucił do siebie i wciąż trwał w złudzeniu, że śpi coraz mocniej. Z tego obłędu wyrwała go dopiero pani Marcjanna. Wpadła do izby jak kula armatnia i podrygując, żuciła się mężowi na szyję.
— A to szelmowskie hłopstwo! A to nam usługę wyświadczyło! — kżyczała, zanosząc się od śmiehu.
— Jaką usługę, co ty pleciesz?
— To ty nic nie wiesz? Ano, pżecie baby skargę na ciebie zaniosły.
— Masz ci... jakie baby?
— Gulonka, Pulutowa, Piątkówka, stara Dulębina, Zalesiaczka, no, wszystkie baby...
— Gdzie, jak?
— Ano tak. Jak dyrektor pżyjehał, zeszły się i czekały pode dżwiami całą wsią. Jak wyszedł z sieni, obstąpiły go, skłoniły się i Zalesiaczka wyleciała pierwsza z gębą...
— Czeguż ona hciała?
— No, stul gębę, to ci rozpowiem po kolei, jak i co było. Powiedziała tak... Ażem ścierpła, jak zaczęła mleć tym pyskiem! Powiedziała tak: „Dopraszam się łaski, wielmożny naczelniku, nie hcemy tego nauczyciela, co tu siedzi u nas we wsi”. On jej na to: „Nie hcecie tego nauczyciela, a to dlaczego?” Ona wtedy: „Nie hcemy tego pana Wiechowskiego, bo źle uczy”. „Jak to źle uczy? Co wam się nie podoba?” „Nam się — ona powiada — nic nie podoba, co ta on uczy”. „Tj, co ta długo gadać — wtrąciła się zaraz stara Dulębina — wielmożny naczelniku, nie hcemy tego nauczyciela, bo nam uczy dzieci jakihsi śpiewaniuw po ruśku, na książce tylko to samo po ruśku; cuż to za nauka taka? Dzieciska bez tży zimy wałęsają się do tej ta szkoły i nie umie się żadne modlić na książce, a jak kture umie, to się nie we szkole nauczyło, tylko jedno od drugiego, hoć i na błoni za bydłem. Nie wstyd to? Katolickiego śpiewania to ih nie ponaucza, tylko jakiesi ta... a nawet gębą nie można wymuwić... I jak dzieci — gadała — zaczną we szkole śpiewać nabożnie, to ten nic, tylko się dże sam, a znowu mądrala Michcik za nim i nie dadzą dzieciskom Pana Boga pohwalić. Do czeguż toto podobne? A tu płać, dawaj na niego osypkę!”. Dyrektor się spytał: „Często też nauczyciel tak po rusku śpiewa z dziećmi?”. „Co dzień śpiewa! — wżasnęły wszystkie razem. — To się pżecie łatwo pżekonać. Hoćby i jego samego się spytać, pżecie się nie może w żywe oczy zapżeć! Nieraz to nawet ani jednemu na książce nie pokaże, tylko od samego rana wyśpiewują...” — trajkotała Piątkowa. „Tak wy niedowolne panem Wiechowskim — spytał się ih dyrektor — dlatego, że on uczy po rusku?” „A i mamy być dowolne! Dopraszamy się, wielmożny naczelniku, żeby go zabrać, a innego dać, co by po polsku uczył, a nie, to... nam ta szkoła niepotżebna. Dzieciska się ta same nauczą, jak kture hętliwe, i pżypowiastki se pżerużne wyczytują z książek, a ten ogłupia do reszty, i pokuj. Albo mu zakazać tyh śpiewuw...” „Dobże, dobże” — żekł dyrektor i poszedł tu do ciebie.
— Hi-ha! — zaśmiał się pan Wiechowski. — Tak to mię oskarżyły! A niehże im też Pan Jezus da zdrowie!... Samem nawet zapomniał dyrektorowi powiedzieć o tym śpiewaniu. Hy... — wżasnął nagle, wywijając po stancji jakieś kozackie hołubce. Zziajany stanął pżed żoną i żekł:
— Marcysiu, wykpiłem się! Podwyższy mi pensję! Jeszcze lepiej stoję niż ten Pałyszewski. Wiesz ty co, żoneczko czarnobrewko, palnijmy sobie to piwko, co go dyrektor pić nie hciał. Okropnie my smakuje...
Pani Wiechowska zgodziła się bez trudu i nauczyciel zaczął żłopać szklankę po szklance. Sama pomagała mu w tym dosyć skutecznie. Nawet Józia, Marcinek i służąca dostali każde po ćwierć szklanki. Skończywszy z piwem, pan Wiechowski zaczął napierać się o gożałeczkę. Wkrutce potem Marcinek, słysząc w pokoju wżask okropny, uhylił dżwi i zobaczył z pżerażeniem, że nauczyciel, odziany tylko w bieliznę, siedzi na stole, tżyma w jednej ręce flaszkę z jażębinuwką, w drugiej duży kieliszek, i wymyśla komuś zapamiętale.
— Hamy, łajdaki! — wżeszczał pedagog, wytżeszczając oczy — musicie śpiewać, jak wam każę, i gadać, jak wam każę! Wszystkie behy będą szczekać po russki! Ponimajesz, hołop, mużyczjo? Sam dyrektor własnym słowem wyraził się, że mi pensję podwyższy, ponimajesz, hamskoje otrodje? Bunt hciałyście zrobić? Hi-ha!... Na, w zuby! — wołał, mieżąc w niewidzialnyh pżeciwnikuw.
Pohyliwszy się zanadto, zleciał ze stołu na sofkę i stoczył się na ziemię. Smaczna jażębinuwka wylała się z pżehylonej butelki i długą strugą popłynęła w szparę między deskami. Mały Borowicz ze zgrozą widział potem, jak Małgośka i pani Marcjanna ciągnęły profesora za czuprynę do łużka i jak tenże profesor, wieżgając nogami i broniąc się pięścią, zapamiętale wyśpiewywał:
Kiedy tak nauczyciel oddawał się radości, zwieżhnik jego pżebywał tymczasem łańcuh wzguż niezbyt wysokih. Gościniec ciął na ukos pohyłość bardzo wydłużonego pagurka, aż do pżełęczy. Stamtąd zjeżdżało się na kilkumilową płaszczyznę, pośrodku kturej znajdował się grud gubernialny, siedziba oświaty ludowej. Z tej strony wzguż doliny i wyniosłości okryte były czarnymi lasami. Wśrud nih bieliły się szerokie polany z długimi smugami wsi hłopskih. Dzień był ciepły, pżecudny. W godzinie południowej słońce literalnie topiło swym blaskiem powieżhnię tej całej rozległej okolicy. Ciepłe thnienia wiały na kraj, lecąc od wiosny, ktura zza gur, zza lasuw szła już w tamte strony. Konie ciągnące karetę szły pod gurę noga za nogą, toteż Jaczmieniew nie czuł wcale, że jedzie. Spuścił szybę karety i wygodnie pułleżąc na siedzeniu oddawał się mażeniom. Bardzo dawne i niewymownie miłe mary zlatywały ku niemu na skżydłah powiewuw wiosennyh i otaczały go rozkoszną ciżbą.
— Gury, gury... — szeptał, spoglądając ze swego okna na daleki widok. Pżypomniały mu się młodzieńcze wędruwki w Bawarii, w Tyrolu, we Włoszech i Szwajcarii.
Po ukończeniu studiuw na wydziale filologicznym w Moskwie Jaczmieniew, zapalony ludowiec, zdecydował się „iść między narud”, osiąść w szkole wiejskiej. Pragnąc wszakże zdobyć i pżyswoić sobie metodę pracy, ktura by dawała plony jak najobfitsze, odbył wycieczki do Szwecji, Anglii, Niemiec i Szwajcarii i we wszystkih tyh krajah pilnie studiował szkolnictwo ludowe. Najlepiej poznał Szwajcarię, z kijem w ręku i tornistrem na plecah wędrując od Jeziora Bodeńskiego aż do Lugano i Genewy. W każdej niemal szkole zapoznawał się z nauczycielem, słuhał wykładuw, brał udział w wycieczkah i studiował szczegulnie tak zwaną Primarschule, gdzie nauczanie rozpoczyna się od wesołyh gawęd i zabaw na świeżym powietżu.
Teraz, jadąc, wspomniał sobie pewne małe dziewczątko w ogromnyh tżewikah podbityh gwoździami, z wielkim parasolem w ręku idące do szkoły w szarugę i wiher ze swej haty sterczącej pośrud hmur, gdzie tylko koza, karmicielka rodziny, żywność dla siebie wynaleźć zdoła i gdzie człowiek biedniejszy jest stokroć niż koza.
Cuż by dał za to, żeby jeszcze raz w życiu pujść z sześcioletnimi obywatelami wolnego Schwizerlandu do lasu, szukać z nimi ukrytyh między liśćmi „zwergluw” w wielkih, spiczastyh czapkah, a z ogromnymi brodami... Ah, cuż by dał, ażeby wrucić do tamtej młodości, toczyć długie rozprawy z uczciwymi belframi wiejskih szkułek szwajcarskih, długo w noc z nimi radzić o sposobah zniesienia ciemnoty w „strasznej Rosji” i mieć w piersi prawe, szlahetne serce!...
I nagle dyrektor Jaczmieniew zapłakał...
Ciepły wietżyk wzmagał się, gdy kareta dosięgła szczytu gury.
— Ah, jakże jestem już stary, jak bardzo stary... — szepnął do siebie Jaczmieniew. — Pżeszło, minęło niepowrotnie, rozwiało się niby mgła nad jeziorem. Wczoraj, zda się, człowiek z kijem w ręku łaził po skałah, ażeby się nauczyć, jak najlepiej, najszybciej, najhumanitarniej rozniecać światło wpośrud ciemnyh mas hłopstwa, a dziś... Nie należy szeżyć oświaty w kosmopolitycznym znaczeniu tego wyrazu, lecz należy szeżyć „oświatę rosyjską”. Na to zdał się cały Pestalozzi... Pragnąc za pomocą zruszczenia tyh hłopuw polskih istotnie pżyczynić się do szybkiego rozwoju Północy na drodze cywilizacji, należałoby to zrobić tak skutecznie, ażeby hłop tutejszy ukohał Rosję, jej prawosławną wiarę, mowę, obyczaj, ażeby za nią gotuw był ginąć w wojnie i pracować dla niej w pokoju. Tżeba by więc wydżeć z kożeniem tutejszy, iście zwieżęcy, konserwatyzm tyh hłopuw. Tżeba by zbużyć tę odwieczną, swoistą kulturę niby stare domostwo, spalić na stosie wieżenia, pżesądy, obyczaje i zbudować nowe, nasze, tak szybko, jak się buduje miasta w Ameryce Północnej. Na tym gruncie dopiero można by zacząć wypełnianie mażeń pedagoguw szwajcarskih. To, co my robimy, te środki, jakie pżedsiębieżemy...
I cuż by tu można zrobić, co tu właściwie zaprojektować celem wzmocnienia rusyfikacji, tej rusyfikacji nieodzownej i skutecznej?...
Pytanie to wytrysło niespodziewanie z głębi dumań Jaczmieniewa i stanęło pżed nim z całą swoją stanowczą wyrazistością niby tajny agent policji ukazujący się zza węgła, kiedy się go najmniej spodziewają.
Kareta znajdowała się na szczycie gury, po kturej gżbiecie szła droga. Z prawej i lewej strony otwarty był widok rozległy na dwie płaskie doliny. Tu i tam ciągnęły się smugami lasy, pagurki, wielkie białe płaty pul... Daleko, daleko za ostatnimi sinymi borami szażały lekkie mgły, pżesłaniając widnokrąg. Było samo południe. Z kominuw hat w ogromnyh wsiah szły wszędzie dymy błękitnymi słupami. Był to jedyny ruh w tej niezmiernej pżestżeni. Cała ona leżała w niemym spokoju, jakby spała. Tylko długie pasma dymuw zdawały się pisać na białyh, martwyh kartah polan nikomu nieznane, tajemnicze znaki.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Syzyfowe prace”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.