Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Syzyfowe prace

Rozdział I

Syzyfowe prace

I

Termin odstawienia Marcina do szkoły pżypadł na dzień czwarty stycznia.

Obydwoje państwo Borowiczowie postanowili odwieźć jedynaka na miejsce. Zapżężono konie do malowanyh i kutyh sanek, głuwne siedzenie wysłano barwnym, stżyżonym dywanem, ktury zazwyczaj wisiał nad łużkiem pani, i około pierwszej z południa wśrud powszehnego płaczu wyruszono.

Dzień był wietżny i mroźny. Mimo to jednak, że szczyty wzguż kużyły się nieustannie od pżelatującej zadymki na rozległyh dolinah, między lasami, zmarznięte pustkowia leżały w spokoju i prawie w ciszy. Szedł tylko tamtędy zimny pżeciąg, wiejąc sypki śnieg niby lotną plewę. Gdzieniegdzie wałęsały się nad zaspami smugi najdrobniejszego pyłu jak pyłek pżyduszonego paleniska.

Hłopak siedzący na koźle, podobny do głowy cukru opakowanej szarą bibułą, w swym spiczastym baszłyku, ktury w tamtyh okolicah od dawien dawna uległ nostryfikacji i otżymał swojską nazwę maśloha, i w brunatnej sukmanie — mocno tżymał lejce garściami ukrytymi w niezmiernyh rękawicah wełnianyh o jednym wielkim palcu.

Konie były wypoczęte, nie hodziły bowiem od pewnego już czasu do żadnej ciężkiej roboty, toteż pomykały, parskając, ostrego kłusa po ledwo pżetartej, a już znowu na puł zadętej drożynie, i suho, jednostajnie tżaskały podkowami o nadmarzniętą zwieżhnią skorupę śniegu.

Pan Walenty Borowicz ćmił fajkę na krutkim cybuszku, wyhylał się co kilka minut na bok i pżyglądał uważnie już to sanicom, już migającym kopytom. Wiatr go hłostał po zaczerwienionej tważy i on to zapewne wyciskał owe łzy, kture szlahcic ukradkiem ocierał.

Pani Borowiczowa nie siliła się wcale na maskowanie wzruszenia. Łzy stały bez pżerwy w jej oczah skierowanyh na syna. Tważ ta, niegdyś piękna, a w owej hwili wyniszczona już bardzo pżez troski i horobę piersiową, miała niezwykły wyraz namysłu czy jakiejś głębokiej a gożkiej rozwagi.

Malec siedział „w nogah”, tyłem do koni. Był to duży, tęgi i muskularny hłopak ośmioletni, z tważą nie tyle piękną, ile rozumną i miłą. Oczy miał czarne, połyskliwe, w cieniu gęstyh brwi ukryte. Włosy krutko pżystżyżone „na jeża” okrywała barankowa czapka wciśnięta aż na uszy. Miał na sobie zgrabną bekieszę z futżanym kołnieżem i wełniane rękawiczki. Włożono nań ten struj odświętny, za kturym tak pżepadał, ale za to wieziono go do szkoły. Z niemego smutku matki, z miny ojca udającego dobry humor wnioskował doskonale, że w owej szkole, kturą mu tak zahwalano, pżyobiecanyh rozkoszy będzie nie tak znowu dużo.

Znajomy widok wioski rodzinnej znikł mu prędko z oczu; nagie wieżhołki lip stojącyh pżed dworem, shyliły się za bżeg lasu obwieszonego kiściami śniegu... Najbliższa gura poczęła wykręcać się, zmieniać, jakby kżywić i dziwacznie garbić. Wypadały teraz pżed jego oczy smugi zarośli, jakih jeszcze nigdy nie widział, płoty z sękatyh, nieociosanyh żerdzi, na kturyh wisiały pżedziwne, niezmiernie długie sople lodu, wynużały się pewne obszary puste, gdzieniegdzie okryte lodami o barwie sinawej, zimnej i dzikiej. Niekiedy las z nagła podbiegał ku drodze i odkrywał pżed zdumionymi oczyma hłopca posępne swoje głębie.

— Patż, Marcinek! zając, trop zajęczy... — wołał co hwila ojciec, trącając go nogą.

— Gdzie, tatku?

— A o, tu! widzisz? Dwa ślady duże, dwa małe. Widzisz?

— Widzę...

— Będziemy teraz szukali tropuw lisa. Czekaj no... My go tu zaraz, oszusta, wyśledzimy, a potem palniemy mu w łeb, zdejmiemy futro i każemy Zelikowi uszyć pżeśliczną lisiurę dla pana studenta, Marcinka Borowicza. Czekaj no, my go tu zaraz...

Marcinek wpatrywał się w głuhe leśne polany i zamiast rozrywki zimną bojaźń na tyh tropah spotykał. Z rozkoszą byłby pobiegł śladem lisuw i zajęcy, nużał się w śniegu i hasał wśrud pżydętyh zarośli, ale teraz z całego obszaru i z tajemniczyh jego cieniuw fioletowyh wiała na niego bolesna i zdumiewająca tajemnica: szkoła, szkoła, szkoła...

Ostatni szmat tzw. odpadkuw leśnyh wykręcił się w inną stronę i zdawało się, że ucieka za oczy, na pżełaj, polami. Roztwarła się pżestżeń płaska, tu i uwdzie popżegradzana opłotkami, w kturyh na dnie małyh wąwozikuw kryły się drożyny, pżydęte w owej hwili zaspami podobnymi do wysokih kopcuw albo spiczastyh dahuw. W jedną z takih drug hłopskih wjehały sanie państwa Borowiczów i poczęły kopać się pżez wydmy. Kiedy Marcinek wykręcił głowę i wiercił się na miejscu, żeby pomimo smutku spojżeć na konie, dostżegł pży krańcu pola smugę szaryh ścian okrytyh białymi stżehami. Owe ściany twożyły linię ruwną i pżykuwały oczy niezwykłym na śniegah kolorem.

— Co to jest, mamusiu? — zapytał z oczyma łez pełnymi.

Pani Borowiczowa uśmiehnęła się z pżymusem i na pozur spokojnie odżekła:

— To nic, kohanku... To Owczary.

— To już w tyh Owczarach... szkoła?

— Tak, kohanku... Ale to nic. Pżecież ty jesteś tęgi, rozumny, mądry hłopiec! Pżecie ty kohasz swoją mamusię. Tżeba się uczyć, malutki, uczyć...

— Ale on tylko udaje... — żekł ojciec udając ruwnież, że się zanosi od śmiehu. — Alboż to daleko do Wielkiejnocy? Zleci jak z bicza stżelił! Ani się obejżysz, aż tu zajeżdża wuzek pżed szkołę. „Po kogoś pżyjehał?” — pytają Jędrka. — „A po naszego panicza, po studenta” — on powie. A w domu co mazurkuw, co babek, co plackuw z migdałami... powiadam ci... zatżęsienie!

Wiatr szedł w polu ostżejszy i smagał tważe rodzicuw hłopca. Marcin poddał się ściśnieniu serca, kture uczuwał pierwszy raz w życiu, i milcząc słuhał nawału zdań o szkole, konieczności uczenia się, o gimnazjum, o munduże, mazurkah, zającah, o cukże lodowatym, kapiszonah, posłuszeństwie, o jakiejś pilności i nieskończonym łańcuhu innyh wyobrażeń. Hwilami pżestawał myśleć i patżał znużonym wzrokiem, jak wiatr rozdmuhuje futro w pewnym miejscu elkowego, w kształcie peleryny, kołnieża matki, zupełnie jak gdyby ktoś huhał na to miejsce pżyłożywszy do niego usta; hwilami znowu tłumił całą potęgą dziecięcej woli wybuh pżerażenia, kture wstżąsało jego żyły jak wystżał niespodziewany. Tymczasem janczary dźwiękły głośniej, z obu stron drożyny ukazały się ściany stoduł, puźniej parkany, bielone haty, i sanie wśliznęły się na utorowaną, szeroką ulicę wioski. Hłopiec powożący zaciął konie, a nim upłynęło kilkanaście minut, wstżymał je pżed budynkiem większym trohę od hat włościańskih, ale nieodbiegającym pod względem struktury od ih typu. We frontowej ścianie tego domostwa połyskiwały dwa okna sześcioszybowe, a nad dżwiami whodowymi czerniała tablica z napisem: Naczalnoje Owczarskoje Ucziliszcze. Obok budynku szkolnego stała skromnie niewielka oburka i tuliła się, nieco mniejsza od oburki, kupka krowiego nawozu. Między drogą a domem znajdowała się pewna pżestżeń, zapewne ważywny ogrudek, w kturym tego dnia sterczało jedno jakieś dżewko obciążone mnustwem sopli. Dokoła tego placu biegł płot z powyłamywanymi kołkami.

Gdy sanki zatżymały się na drodze, z sieni uczyliszcza wybiegł bez czapki nauczyciel, pan Ferdynand Wiechowski, i żona jego, pani Marcjanna z Piliszów. Nim zdążyli zbliżyć się do sanek, Marcin potrafił zadać matce szereg kategorycznyh pytań:

— Mamusiu, to nauczyciel?

— Tak, kohanku.

— A to nauczycielka?

— Tak.

— A czy mama widzi, jak temu nauczycielowi strasznie się grdyka rusza?

— Ciho bądź!...

Nauczyciel miał na sobie rude i mocno zniszczone palto z wystżępionymi dziurkami od guzikuw i guzikami rozmaitego pohodzenia, na nogah grube buty, a na długiej szyi wełniany szalik w prążki czerwone i zielone. Szerokie, żułtawe wąsy, od czasuw we mgle pżeszłości leżącyh niepodkręcane do gury, zakrywały usta pana Wiechowskiego jak dwa stżępy sukna. Palcami prawej ręki, powalanymi atramentem, z gracją i kokieterią odgarniał z czoła spadające promienie włosuw i rozkopywał śnieg szastając po nim nogą w niepżerwanyh ukłonah. Zwiędła i zastygła tważ jego marszczyła się w uśmiehu czołobitności, ktury czynił ją podobną do maski.

O wiele śmielej zbliżała się do sanek pani nauczycielowa. Była to kobietka pżystojna, hoć nieco za wielka i za otyła. Miała oczy pżykryte szafirowymi okularami. Te wielkie okulary natyhmiast i bardzo źle usposobiły dla niej Marcina Borowicza. Nie wiedział, czy ta pani w danym momencie patży na niego i, co najważniejsza, czy ona w ogule go widzi. Drogą dziwnego skojażenia wrażeń prędko wykombinował, że nauczycielka podobna jest do ogromnej muhy.

— Powitać, powitać! — wołała, szepleniąc pani Wiechowska i poczęła wysadzać z sanek matkę Marcinka.

— Jakże zdrowie? — zapytał nauczyciel gwałtownym sposobem i nie wiedzieć kogo, ani na hwilę nie pżestając uśmiehać się jednostajnie.

— Powitać kawalera! — muwiła coraz śmielej i głośniej nauczycielowa, teraz już specjalnie do Marcina. — Cuż, były dudy? Pewno były, ejże!...

— Cuż to za dudy, mamo? — szepnął kawaler pżez zęby.

— Jakże zdrowie? — wypalił znowu nauczyciel, mocno zacierając ręce.

— Ano, otuż i jesteśmy! — żekł ze swobodą pan Borowicz. — Dudy? Było tam tego trohę, ale, hwalić Boga, niewiele, niewiele.

— Spodziewam się, proszę pana dobrodzieja — żekła nauczycielka tonem wysoce dydaktycznym — spodziewam się... Marcinek powinien to rozumieć — muwiła z rosnącym uczuciem i rozdymając nozdża — że rodzice i cała familia oczekują po nim wiele, bardzo a bardzo wiele! Powinien to rozumieć, że musi stać się nie tylko pociehą rodzicuw w sędziwej starości, podporą ih lat zgżybiałyh, ale i hlubą...

Ten wyraz „hlubą” wymuwiła ze szczegulnym namaszczeniem.

— A, naturalna żecz! — zakończył nauczyciel, zwracając się do pana Borowicza z takim wyrazem tważy, jakby pytał: „No, a może by tak kieliszeczek szpagaterii?”

— Czymkolwiek Marcinek zostanie — muwiła nauczycielka coraz płynniej, brnąc po śniegu do sieni, a stamtąd wprowadzając gości do mieszkania — czy to obywatelem ziemskim, czyli też kapłanem, czy sekretażem gminnym albo oficerem — zawsze powinien to mieć pżede wszystkim na uwadze, że ma być hlubą swej familii. Nie wiem, jaki o tej sprawie sąd mają państwo dobrodziejostwo, co się zaś mnie tyczy, to jest to moje święte pżeświadczenie...

„Znowu tą hlubą...” — ze znużeniem myślał kandydat na stanowisko tak podwyższone wśrud całej familii. Ponieważ zaś pżed hwilą wyraźnie słyszał, że może być oficerem, a jednocześnie patżał w oczy matki, zamglone niewymowną miłością i łzami, opuściła go tedy naprężona uwaga, z jaką wsłuhiwał się w mowę nauczycielki, i począł z całą swobodą myśleć o błyszczącyh szlifah i dzwoniącyh ostrogah. Byłby nawet pżysiągł w owej hwili, że ostrogi i szlify są ową nieznaną hlubą.

Pokoik, do kturego wprowadzono pżybyłyh, miał niesłyhanie małe wymiary i zastawiony był mnustwem gratuw. Jeden kąt zajmowało wielkie łużko, drugi kąt piec kolosalnyh rozmiaruw, tżeci znowu łużko; na środku stała kanapa i okrągły stolik z jesionowego dżewa, pokrajany najwidoczniej kozikami i porysowany jakimś nażędziem tępym a zębatym. Na ścianah wisiały tu i uwdzie litografie wyobrażające świętyh i święte. Pży dżwiah prowadzącyh do izby szkolnej zawieszony był na sznurku duży kalendaż w zielonej okładce, a na nim żemienna pięciopalczasta dyscyplina z tżonkiem do złudzenia naśladującym sarnią nużkę. Właśnie w owej hwili, kiedy Marcinowi troiła się po głowie hluba w kształcie szlif ułańskih, wzrok jego padł na okropny instrument...

— No, i jakże tam, hę? — zapytał nauczyciel, wyciągając hudą i kościstą rękę w kierunku czupryny Marcina z takim gestem, jakiego używał zwykle felczer Lejbuś, kiedy się do stżyżenia „pod włos” zabierał. Jednocześnie pżejęły malca dwa dreszcze: na widok dyscypliny i tej okrutnej, hudej łapy. Westhnął z głębi piersi w taki sposub, że tego aktu nikt nie widział, nawet matka, i poddał spokojnie głowę jakiejś dziwnej pieszczocie nauczyciela, ktura pżypominała rozcieranie świeżo nabitego guza. Straszna rezygnacja, do kturej zmuszał się całym wysiłkiem woli, skupiła się w cihyh myślah:

„Mama mię tu zostawi samego... on mię z początku będzie brał za głowę... o, tak... a potem...”

Puźniej z odwagą, ktura była trudnym do zniesienia cierpieniem, spojżał na dyscyplinę i nawet podniusł wzrok na pana Wiechowskiego.

Tymczasem do pokoju weszła dziewczynka, mniej więcej dziesięcioletnia, na cienkih nogah obutyh w duże tżewiki — i dygnęła. Miała na sobie dosyć gruby kubrak i włosy zaplecione w tyle głowy w cienki warkoczyk, noszący w tamtyh okolicah nazwę „mysiego ogonka”.

— To Józia... — żekła pani Wiechowska. — Uczy się i wyhowuje u nas. Jest to właśnie siostżenica księdza Piernackiego.

To słowo „siostżenica” nauczycielka podkreśliła tonem zagradzającym do umysłuw osub obecnyh drogę jakiejkolwiek, hociażby nawet minimalnej, wątpliwości.

— A... — mruknęła dosyć niehętnie pani Borowiczowa.

— Pżywitajcie się, moje dzieci! — żekła nauczycielka z emocją. — Będziecie się razem uczyli, powinniście więc żyć w zgodzie i pracować z zapałem!

Józia spojżała na Marcinka iskżącymi się oczami, a potem uległa całkowitemu zgłupieniu.

— Marcinek! — szepnął hłopcu do uha pan Borowicz. — Pżywitajże się... To tak zaczynasz postępować w szkole! Wstydź się!... No!

Hłopiec zaczerwienił się, spuścił oczy, a potem raptownie wyszedł na środek izby, rozstawił nogi szeroko, zsunął je z hałasem i zabawnie kiwnął pżed koleżanką cały swuj korpus. Józia straciła do reszty pżytomność umysłu. Spoglądała na mistżynię swą wytżeszczonymi oczyma i bokiem cofała się z pokoju. Była już blisko dżwi, gdy je właśnie otwożono. Ukazał się w nih kipiący samowarek na rahitycznie kżywyh nużkah, powyginany w sposub nadzwyczajny.

Niosło go pżed sobą wielkie i bżydkie dziewczysko, odziane w czarną od brudu, zgżebną koszulę, potargany i wytłuszczony lejbik, wełnianą zapaskę i szmatkę na włosah nieczesanyh od kilku miesięcy.

Samowarek ustawiono na rogu stołu pży pomocy czynnej pana nauczyciela i zaczęto zasypywać i zapażać herbatę w sposub wysoko ceremonialny i obżędowy.

Rodzice Marcinka spostżegli, że jest to z pewnością pierwsza herbata w bieżącym pułroczu szkolnym.

Mrok z wolna zalegał pokoik. Pan Borowicz pżysunął swe kżesło do rogu kanapki szczelnie wypełnionego pżez panią Wiechowską i pułgłosem zaczął prowadzić z nią ostateczną umowę o „leguminy”, jakih miał dostarczyć w zamian za światło udzielać się mające w tym domu jego synowi.

Marcinek stał teraz obok matki i słuhał, jak ojciec muwił:

— Kaszy, wie pani, to nie mogę, bo ani muj młynaż tego jak się patży nie zrobi — a zresztą, wie pani... Wolę za to kazać zemleć na pytel pszenicy. Będziesz pani miała czy na kluski, na łazanki, czy hoćby też ciastko jakie upiec, żeby się pżecie hłopczyna rozerwał. Grohu... ileż byś pani hciała?...

Słowa te wnikały aż do głębi umysłu hłopca i sprawiały mu bul istotny. Teraz pojmował, że naprawdę w szkole zostaje. W tym bżmieniu mowy ojca, w naradah z nauczycielką czuł po raz pierwszy ton handlowy i nieodwołalną konieczność ulegania swemu losowi.

Hwilami owa boleść szeżyła się w małym jego ciele i pżehodziła w hęć dzikiego oporu, wżeszczenia, tupania nogami, szarpania sukien matki, to znowu w głuhą i osłabłą rozpacz.

Pani Borowiczowa brała ruwnież udział w tym spożądzaniu niepisanego kontraktu, zanotowywała nawet w małej książeczce ilości owyh „legumin”, ale czuła na sobie wzrok hłopca, pomimo że go nie widziała i miała oczy spuszczone. Pżez serce jej ciągnęła prawie taka sama zawieja obłędnyh uniesień. Kto wie nawet, czy nie absolutnie taka sama?... Kto wie, czy gwałt jego niecierpliwości nie szarpał jej tak samo i w tej samej minucie...

— Ale też pani jesteś nienasycona! — muwił pan Borowicz pułserio do nauczycielki, gdy dopominała się to o ryby, to o włoszczyznę, to nareszcie o len, płutno zgżebne itd.

— Ij! — odżekła z jadowitym uśmiehem pani Wiechowska. — Nienasycona, proszę pana dobrodzieja, to ja tam nie jestem. Czyż to jedno z drugim wyniosą te drobiazgi tyle, co byście państwo dobrodziejostwo musieli dać korepetytorowi u siebie na wsi? Taki korepetytor, proszę pana, dziś ledwo za tżydzieści rubli w miesiąc na wieś pojedzie, a hce mieć pokuj osobny, wszelkie wygody, wszelkie pżyjemności, usługę... młodą, konia pod wieżh, hce się zabawić kiedy niekiedy, hce świąt i wreszcie... co to muwić...

— Pani kohana wiesz — odżekł szlahcic trohę szorstko — że dlatego do was dziecko oddaję, bo mię na korepetytora nie stać. Żeczywiście nie stać mię. Hoćbym się nawet szarpnął i dał mu te jakieś tżysta rubli, to nie mam w domu kąta, gdzie bym takiego guwernera ulokował. Pani kohana może i wiesz, może nie wiesz, że u nas nie co dzień mięso na obiad, a z obcym człowiekiem w domu tżeba by się było stawiać...

— Co to muwić, moja droga pani — żekła pani Borowiczowa — pżecie pan Wiechowski pżygotuje Marcinka do pierwszej klasy nie gożej, a zapewne daleko lepiej niż najlepszy korepetytor, a u pani będzie mu tak samo jak u matki. On sam wie, że tżeba się uczyć, tżeba zębami i pazurami!... Mamusia koha, mamusia bardzo koha, ale to trudno, to trudno. On to zresztą wie, on pokaże, jaki to z niego hłopiec i czy to słuszne, co o nim muwił pan Miętowicz, że on tylko beczeć umie. On pokaże!

Istotnie w Marcinku niespokojne wybuhy uciszyły się i cała jego rozpacz niby na jakimś haku zawisła. Spojżał mężnie w oczy matki i dojżawszy w kącikah tyh oczu pod samymi powiekami dwie łzy, uśmiehnął się dziarsko.

— Widzi pani, widzi pani, oto muj syn, muj kohany syn! — muwiła teraz pani Borowiczowa wypuszczając te łzy uwięzione mocą woli pod powiekami.

Ojciec pżyciągnął go do siebie i głaskał po czuprynie, nie mogąc słowa wymuwić. Tymczasem noc zapadła. Wniesiono do pokoju lampę i pani nauczycielowa zaczęła nalewać herbatę. Około godziny siudmej pan Borowicz wstał zza stołu. Jego lewy policzek drgał szybko, a usta uśmiehały się smutno.

— No, Helenko, na nas pora... — żekł do żony.

— O, cuż znowu? — wyszepleniła nauczycielowa. — Cuż znowu? Pżecie na Gawronki w kwadrans czasu sankami się pżeśliźnie...

— Tak, pani, ale teraz księżyca nie ma, zaspy duże, hłopak drogi nie zna, zresztą i na państwa czas.

Pani Borowiczowa ułożyła tłumoczek z bielizną Marcina obok łużka, na kturym malec miał sypiać, niepostżeżenie wymacała ręką, czy siennik mu dobże wyphano, następnie ucałowała go szybko, pożegnała Wiechowskich i wsunąwszy jeszcze w rękę brudnej Małgośki dwa złote groszy dwadzieścia, wyszła na dwur i wsiadła na sanki. Ruwnież pośpiesznie mąż za nią wyszedł. Nauczycielka tżymała młodego Borowicza za rękę, gdy konie ruszyły z miejsca, a pan Wiechowski klepał go po ramieniu. Służąca tżymała wysoko lampę kuhenną. Gdy janczary odezwały się raz pierwszy, podniosła światło wyżej i biały krąg jego padł na śnieg rozesłany dokoła. Wuwczas właśnie Marcinek spostżegł, jak tył sanek z zarysami głuw rodzicielskih pżesunął się na ostatnią linię światła i wpadł w ciemność. Hłopak z nagła wżasnął pżeraźliwie, szarpnął się, wyrwał z rąk nauczycielki i pędem pobiegł za sankami. Trafił na ruw idący wzdłuż drogi, jednym susem wybrnął z zaspy i pędził pżed siebie. Odbiegłszy od światła, nic nie widział w ciemności. Potknął się raz, drugi na jakihś kołkah i upadł na ziemię wżeszcząc co sił:

— Mamusiu, mamusiu!

Obydwoje nauczycielstwo shwycili go pod ręce i zaprowadzili pżemocą do szkoły. Janczary dzwoniły gdzieś daleko coraz ciszej, jakby spod wydm śniegu.

— Nigdy nie spodziewałam się czegoś podobnego! Nigdy! Żeby taki duży hłopiec hciał uciekać do Gawronek... Pfe, bżydko! — sapała nauczycielka.

Marcinek ucihł, ale nie ze wstydu. Dusiło go jakieś bolesne zdumienie: gdzie żucił okiem, nigdzie matki nie było. W muzg jego wżynała się myśl jak dżazga: nie ma, nie ma, nie ma... Ze ściśniętymi zębami wszedł do mieszkania, usiadł na wskazanym pżez nauczycielkę kżesełku i słuhając jej długiego kazania ciągle myślał o matce. Te myśli były szeregiem wizerunkuw jej tważy, kture pżemykały mu się pod powiekami i nikły. Znikanie ih było zawiązkiem, pierwszym sygnałem tęsknoty.

Brudna Małgosia słała tymczasem łużka i ustawiała wraz z nauczycielem parawan pżed posłaniem na kanapce, pżeznaczonym dla koleżanki Józi. Ustawianie trwało dosyć długo i szczegulne nastręczać musiało trudności, bo służąca w małej pżerwie czasu, gdy nauczycielka wydaliła się do kuhni, co hwila odskakiwała z hihotem.

Nareszcie wszystkie łużka zostały posłane i Marcinowi kazano się rozbierać. Położył się co thu, nakrył kołdrą i zaczął knuć plan ucieczki.

Hytże obierał stosowny moment o wczesnym poranku, pżypominał sobie drogę do Gawronek, wmyślał się w fizjonomie zakątkuw leśnyh, pustek, kture widział pżed wieczorem, i uciekał pżez nie w mażeniu. Z wolna rozczyniała się w jego sercu, znużonym nawałą uniesień, senna żałość i wylewać poczęła w cihym płaczu. Łzy dużymi kroplami spływały na poduszkę i rozlewały się w szerokie plamy... Zasnął spłakany w znużeniu i bezczuciu.

Wśrud nocy nagle się ocknął. Raptem usiadł na łużku i rozszeżonymi oczyma patżał pżed siebie. Ktoś hrapał jak maszyna do ugniatania żwiru.

Mała nocna lampka, ustawiona w kącie izby, oświetlała jedną ścianę i część powały. Marcinek ujżał czyjeś olbżymie, grube i tłuste kolano wystające spod pieżyny, nieco dalej wielki nos i wąsy, kture poruszały się miarowo wskutek hrapania, jeszcze dalej pułokrągły koszyk wyszyty paciorkami, a pży mdłym świetle błyszczący jak kły obnażone.

Uczucie osamotnienia, graniczące z rozpaczą, hwyciło małego szlahcica stalowymi szponami. Wzrok jego latał niespokojnie od pżedmiotu do pżedmiotu, z miejsca na miejsce, szukając czegoś znajomego i bliskiego. Spoczął wreszcie na tym kącie kanapki, gdzie siedzieli rodzice, ale i tam spał ktoś obcy. Z kątuw izby zasnutyh mrokiem wyhylał się strah wielkooki, a widok gratuw stojącyh w pułświetle zdawał się grozić w sposub złowrogi. Długo malec siedział na posłaniu, patżąc bezsilnie i nie będąc w stanie najsroższym swoim cierpieniem odgadnąć, po co to wszystko z nim zrobiono, co to znaczy, dla jakiej racji tak jest męczony.

Nazajutż, po nocy źle pżespanej, obudził się bardzo nieryhło. W mieszkaniu nie było nikogo, łużko nauczycielskie było posłane, kanapka upżątnięta. Za dżwiami, obok kturyh wisiał kalendaż i dyscyplina, rozlegało się prawie nieustające kaszlanie i cihy pomruk rozmuw, urozmaicony od czasu do czasu pżez śmieh rubaszny albo płacz hałaśliwy.

Marcinek, rozciekawiony do najwyższego stopnia, wyskoczył z łużka, ubrał się co thu i nasłuhiwał pod tajemniczymi dżwiami, kture wczoraj taki miały pozur, jakby prowadziły do pustego lamusa, a dziś były zasłoną jakiegoś interesującego widowiska.

— A co to, kawaler ciekawy zobaczyć szkołę? — kżyknęła nauczycielowa, wynużając się z kuhenki. — A mył się kawaler, czesał się, ubrał ohędożnie? Najpierw tżeba się ubrać, a puźniej dopiero myśleć o zobaczeniu szkoły.

Marcinek ubrał się z mozołem, bo aż dotąd matka mu pomagała myć się i ubierać, szybko wypił kubek gorącego mleka i czekał. Po śniadaniu nauczycielowa wzięła go za rękę i tak jak stała, w białym kaftaniku, wprowadziła do izby szkolnej. Gdy się dżwi otwarły, w głowie Marcina pżeśliznęła się zaraz myśl: to jest kościuł, nie żadna szkoła...

Izba była pełna. Na wszystkih ławkah siedzieli hłopcy i dziewczęta. Gromadka najpuźniej pżybyłyh, nie znalazłszy miejsca, stała pod oknem. Hłopcy siedzieli w sukmankah, w ojcowskih spancerah, nawet w matczynyh lejbikah, niektuży mieli szyje okręcone szalikami, a ręce w wełnianyh rękawicah; dziewczęta miały na głowah zapaski i huściny, jakby się znajdowały nie w dusznej izbie, lecz wśrud zasp szczerego pola. Wszystko kaszlało, a znaczna większość pżed wejściem nauczycielki ćwiczyła się w dawaniu sobie nawzajem sera, kturej to rozrywki nie byłaby zresztą w możności tym mianem tehnicznym określić.

— Michcik, masz tu panicza z Gawronek, pokażże mu szkołę, bo ciekawy — żekła nauczycielka, zwracając się do hłopca siedzącego tuż obok dżwi w pierwszej ławie.

Był to wyrostek lat już kilkunastu, jasny blondyn z siwymi oczami. Gżecznie posunął się w ławie i zrobił miejsce dla Marcinka, ktury pżycupnął na bżeżku zawstydzony i zmieszany. Pani Wiechowska wyszła, żuciwszy głośne i stanowcze zalecenie publicznego spokoju.

— Jakże ci na imię? — spytał Michcik upżejmie.

— Marcin Borowicz.

— A mnie Piotr Michcik. Umiesz czytać?

— Umiem.

— Ale pewnie po polsku?

Marcin spojżał na niego ze zdumieniem.

— Pa russki umiejesz czitat’?

Marcin zaczerwienił się, spuścił oczy i wyszeptał cihutko:

— Ja nie rozumiem...

Michcik uśmiehnął się z tryumfem i zaraz wydobył z drewnianej teczki, zaopatżonej w sznurek do wieszania jej na ramieniu, hrestomatię rosyjską Paulsona, otwożył tę księgę na zatłuszczonym miejscu i zaczął szybko czytać, potżąsając głową i rozdymając nozdża:

— „W szapkie zołota litoho staryj russkij wielikan podżidał k-siebie drugoho...”

Uwaga małego Borowicza była zupełnie pohłonięta pżez rozmowę z Michcikiem. Tymczasem ze wszystkih ławek wyłazili z wolna uczniowie i pżybliżali się krok za krokiem, szturhając jedni drugih i wyglądając zza ramion. Utwożyło się wkrutce dokoła Michcika i Borowicza zwarte audytorium dzieci. Wszystkim oczy zdawały się wyskakiwać na wieżh z ciekawości. Stali w milczeniu, patżąc na Marcinka bez zmrużenia powieki i tak nieruhomo, jakby w paroksyzmie ciekawości stężeli.

Tymczasem Michcik wciąż czytał uw wiersz szybko i coraz szybciej. Skończywszy, jeszcze raz tryumfująco spojżał na Borowicza i żekł:

— Tak się czyta! Zrozumiałeś też co?

— Nic a nic... — odżekł nowicjusz, rumieniąc się po uszy.

— E, nauczysz się jeszcze i ty — żekł tamten protekcjonalnie. — I ja se myślałem, że trudno, a teraz i stihi na pamięć umiem, i rahonki ci robię po rusku, i diktowkę. Gramatyka, ta to trudna... uuh! Sprawiedliwie! Imia suszczestwitielnoje, imia priłagatielnoje, miestoimienije... Cuż, nie rozumiesz, hoćbym ci i powiedział...

Nagle podniusł głowę i patżąc na belki, żekł, nie wiedzieć do kogo, głośno, z uczuciem, a nawet jakby w uniesieniu:

— „Podleżaszczeje jest’ tot priedmiet, o kotorom goworitsia w priedłożenii!”

Potem znowu żekł do Marcina:

— Widzisz, i Piątek już umie czytać, hoć kiepsko. Czytaj, Wicek!

Pży Michciku siedział hłopiec niezmiernie ospowaty. Ten otwożył tę samą książkę w ruwnie wytłuszczonym miejscu i zaczął dukać jakiś ustęp. Od razu pogrążył się w tę czynność tak zupełnie, że wystżały z armat nie byłyby w stanie pżerwać jego roboty.

Raptem gromada obserwująca rozbiegła się wśrud szturhańcuw i hałasu. Dżwi od sieni rozwarły się szeroko i wszedł nauczyciel. Tważ jego była ledwie podobna do wczorajszej. Była to teraz maska surowa, a bardziej jeszcze śmiertelnie znudzona. Żucił okiem na Marcinka i kwaśno się uśmiehnął do niego, stanął na katedże i dał znak Michcikowi. Ten wstał i zaczął głośno, z deklamacją muwić modlitwę:

— „Priebłagij Gospodi, nisposli nam błagodat’...”

W hwili zaczęcia modlitwy wszystkie dzieci jak na komendę zerwały się na ruwne nogi, a po jej ukończeniu siadły w ławkah. Szkołę wypełniał po bżegi nie tylko zaduh, ale literalny smrud, ciężki i nieznośny.

Wiechowski spoglądał pżez hwilę ponuro na zalęknioną gromadę, następnie otwożył dziennik i zaczął czytać listę. Kiedy wymieniał jakieś imię w bżmieniu rosyjskim i nazwisko, izbę zalegała śmiertelna cisza. Dopiero po upływie pewnego czasu dawały się słyszeć szepty, podpowiadania, wynikało szturhanie i kopanie nogami danego indywiduum, no i koniec końcuw z jakiegoś miejsca ukazywała się ręka dziecka i słyhać było głos:

— Jest.

— Nie jest wcale, tylko jest’ — wołał głośno nauczyciel. Sam wymawiał kilkakroć ten wyraz dobitnie, dla pżykładu, miękcząc ostatnią spułgłoskę. Miało to taki skutek, że gdy z kolei czytał nazwiska, hłopcy wstawali i podnosili palce wołając z całą satysfakcją i w bżmieniu zupełnie swojskim:

— Jeść!

Marcinek nie pojmował z tego wszystkiego nic zupełnie, bo ani wymagań prefesura, ani całej ceremonii, a już najmniej objawuw tak powszehnej żądzy jedzenia.

Gdy pżeczytane zostały wszystkie nazwiska, pan Wiechowski znowu skinął na Michcika, a sam usiadł na kżeśle, wsunął dłonie w rękawy, założył nogę na nogę i począł patżeć w okno z taką determinacją, jakby to właśnie stanowiło jeden z punktuw jego użędowyh czynności.

Michcik głośno czytał, a właściwie wywżaskiwał z Paulsona tekst długiej bajki ludowej rosyjskiej o hłopie, wilku i lisie.

Nauczyciel poprawiał kiedy niekiedy akcenty wyrazuw.

Tymczasem w całej izbie szkolnej gwar się ciągle szeżył. Słyhać było dźwięki: a, be, ce, de, e... albo: a, be, we, że, ze...

Dzieci, kture umiały już alfabet, „pokazywały” go symplakom świeżo pżybyłym: niekture uczyły toważyszuw ślabizoka, a pżeważna większość, patżąc niby to w elementaże i mrucząc coś pod nosem, nudziła się haniebnie.

Gdy Michcik odkżyczał całą bajkę, złożył książkę i dał ją koledze Piątkowi, a sam wyszedł na środek do tablicy.

Wiechowski podyktował mu zadanie arytmetyczne na mnożenie.

Michcik wypisał dwie duże cyfry, podkreślił je okropnie grubą linią, pżed mnożną ustawił taki znak mnożenia, że można by na nim powiesić palto, i zaczął szeptać do siebie, z ciha, tak pżecie, że Marcin słyszał go dobże:

— Pięć razy sześć... tżydzieści. Piszę kułko, a sześć mam w rozumie.

Cały ten akt mnożenia Michcik wykonywał z wielkim trudem i mozołem. Tważ mu się mieniła, mięśnie oblicza, rąk i nug wykonywały bezcelową pracę takiego naprężenia, jakby uczeń dźwigał belki, rąbał drwa lub orał. Skoro jednak zmugł jakieś pięć razy sześć — i napisał kułko — zaraz pułgłosem, tak żeby nauczyciel słyszał, tłumaczył całą sprawę:

— Piat’ju szest’ — tridcat’...

A nauczyciel nie zwracał teraz uwagi ani na Michcika, ani na Piątka, ktury zaczął pokazywać swoją sztukę — lecz ciągle z martwym stoicyzmem patżał w okno.

Marcinek, słuhając po raz drugi czytania Piątka, pżypomniał sobie Żyda Zelika, krawca wiejskiego, ktury często w Gawronkach siedział całymi miesiącami na robocie. Stanął mu w oczah jak żywy — zgżybiały, na puł ślepy, śmieszny Żydzina, z wiecznie oplutą brodą, gdy siedzi i zeszywa stary kożuh barani. Okulary związane szpagatem wiszą mu na końcu nosa, igła nie trafia w skurę kożuha, lecz w palec, puźniej w pustą pżestżeń, puźniej gdzieś więźnie...

Marcinek pragnąłby roześmiać się serdecznie z kłopotuw Zelika, z jego powolnego ścibania, lecz czuje na tważy łzy żalu i niewymownej miłości nawet dla tego Żyda z Gawronek... Czytanie Piątka wywiera na niego, nie wiedzieć czemu, tak dziwne wrażenie.

Piątek trafia na dźwięki, łapie je z pośpiehem, wiąże i spaja jakby udeżeniem pięści, pha, jakby całym korpusem, do kupy... Słyhać dziwne słowa... Oto malec stęka:

— „Pie... piet... pietu... pietuh...”

Marcinek shyla głowę, zatyka sobie usta i dusi się ze śmiehu, szepcząc:

— Co za pietuh? Pietuh!...

Nauczyciel budzi się jakby ze snu, powtaża ze złością kilkakrotnie ten wyraz ku tajemnej uciesze całej klasy i znowu wpada w zadumę. Nareszcie Piątek skończył lekcję, siadł ciężko na ławce i zaczął wycierać spocone czoło.

Wiechowski otwożył dziennik i wyczytał nazwisko:

— Warfołomiej Kapciuch.

Na środek izby wyszedł hłopak w nędznej sukmanczynie i ojcowskih widocznie butah, gdyż posuwał się tak zgrabnie, jakby miał nogi obute w dwie konewki. Mały Bartek Kapciuch, ktury w szkole awansował na jakiegoś Warfołomieja, rozłożył swuj elementaż na bżeżku nauczycielskiego stolika, wziął w brudną rękę drewnianą wskazuwkę, wyczytał całe a, be, we, że, ze... hlipnął kilka razy nosem i poszedł na miejsce z taką uciehą, że nawet nie czuł pewno ciężaru swyh niezmiernyh butuw. Powołany został znowu jakiś Wikientij, wyłożył nauczycielowi swoją umiejętność i znikł w tłumie.

Ta nauka trwała tak długo, że Marcinek o mało się nie zdżemnął. Wodził sennymi oczyma po ścianah, z kturyh tu i uwdzie wapno płatami obleciało, rozpatrywał wiszące obok dżwi wizerunki nosorożcuw i strusiuw, wreszcie tży grube szlaki błota między dżwiami i pierwszą ławką... Było mu duszno w okropnym powietżu izby i nudziło go stękanie dzieci wydającyh pżed nauczycielem alfabet rosyjski. Jednak mimo nieuwagi i roztargnienia, jakie go ogarnęło, spostżegł pżecież, że i pan Wiechowski nudzi się pożądnie. Na szczęście w sąsiednim mieszkaniu nauczycielskim wybiła godzina jedenasta. Profesor pżerwał egzaminowanie, zeszedł z katedry i żekł po polsku:

— Teraz sobie zaśpiewamy jedną śliczną pieśń po rusku, nabożną. Będziecie śpiewać po mnie i tak samo jak ja. Dziewuhy cienko, hłopaki grubiej. No... a słuhaj pżecie jedno z drugim — uhem, nie bżuhem!

Pżymknął oczy, rozwarł usta i, wybijając takt palcem, jął śpiewać:

Kol sławien nasz Gospod’ w Sijonie... 
 

Z nauczycielem śpiewał Michcik, ryczał coś Piątek i usiłowało naśladować melodię kilkoro dzieci, widać muzykalniejszyh. Reszta śpiewała także. Gdy jednak melodia była poważna, a w tamtej okolicy lud śpiewa tylko na nutę żywego wywijasa, więc dzieci wpadły zaraz na jedyny uroczysty motyw śpiewu, do kturego w kościele uho pżyuczyły, i poczęły niesfornymi głosami wżeszczeć:

Święty Boże, święty mocny, 
święty a nieśmiertelny...  
 

Kilkakrotnie pan Wiechowski musiał pżerywać i zaczynać od początku, gdyż melodia Święty Boże zaczynała brać gurę nad Kol sławien. Hodziło tam zapewne nie o nauczenie dzieci śpiewu, lecz o wbicie, wciesanie w uho pieśni cerkiewnej. Nauczyciel zmuszony był zwyciężyć hłopską melodię, pociągnąć za swoją cały oguł dzieci i wkżyczeć ją w ih pamięć. Śpiewał tedy coraz głośniej. Marcinek z najwyższym zdumieniem patżał na to całe widowisko. Grdyka nauczyciela pracowała teraz forsownie, tważ jego z mocno czerwonej stała się aż brunatna. Żyły na czole nabżmiały mu jak powruzki, czupryna spadała na oczy. Z zamkniętymi powiekami, a usty otwartymi jak czeluść, wywijając pięścią, jakby bił w kark niewidzialnego pżeciwnika, nauczyciel istotnie pżekżyczał cały hur głosuw dziecięcyh i ze wszystkiego thu, wniebogłosy śpiewał pieśń:

Kol sławien nasz Gospod’ w Sijonie... 
 
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Syzyfowe prace”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)