Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Sklepy cynamonowe

Sklepy cynamonowe

Sklepy cynamonowe

W okresie najkrutszyh, sennyh dni zimowyh, ujętyh z obu stron, od poranku i od wieczora, w futżane krawędzie zmieżhuw, gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowyh nocy, z trudem pżywoływane pżez krutki świt do opamiętania, do powrotu — ojciec muj był już zatracony, zapżedany, zapżysiężony tamtej sfeże.

Tważ jego i głowa zarastały wuwczas bujnie i dziko siwym włosem, sterczącym nieregularnie wiehciami, szczecinami, długimi pędzlami, stżelającymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa — co nadawało jego fizjonomii wygląd starego, nastroszonego lisa.

Węh jego i słuh zaostżył się niepomiernie i znać było po gże jego milczącej i napiętej tważy, że za pośrednictwem tyh zmysłuw pozostaje on w ciągłym kontakcie z niewidzialnym światem ciemnyh zakamarkuw, dziur mysih, zmurszałyh pżestżeni pustyh pod podłogą i kanałuw kominowyh.

Wszystkie hroboty, tżaski nocne, tajne, skżypiące życie podłogi miały w nim nieomylnego i czujnego dostżegacza, szpiega i wspułspiskowca. Absorbowało go to w tym stopniu, że pogrążał się zupełnie w tej niedostępnej dla nas sfeże, z kturej nie prubował zdawać nam sprawy.

Nieraz musiał stżepywać palcami i śmiać się ciho do siebie samego, gdy te wybryki niewidzialnej sfery stawały się zbyt absurdalne; porozumiewał się wuwczas spojżeniem z naszym kotem, ktury, ruwnież wtajemniczony w ten świat, podnosił swą cyniczną, zimną, porysowaną pręgami tważ, mrużąc z nuduw i obojętności skośne szparki oczu.

Zdażało się podczas obiadu, że wśrud jedzenia odkładał nagle nuż i widelec i z serwetą zawiązaną pod szyją podnosił się kocim ruhem, skradał na bżuścah palcuw do dżwi sąsiedniego, pustego pokoju i z największą ostrożnością zaglądał pżez dziurkę od klucza. Potem wracał do stołu, jakby zawstydzony, z zakłopotanym uśmiehem, wśrud mruknięć i niewyraźnyh mamrotań, odnoszącyh się do wewnętżnego monologu, w kturym był pogrążony.

Ażeby mu sprawić pewną dystrakcję i oderwać go od horobliwyh dociekań, wyciągała go matka na wieczorne spacery, na kture szedł, milcząc, bez oporu, ale i bez pżekonania, roztargniony i nieobecny duhem. Raz nawet poszliśmy do teatru.

Znaleźliśmy się znowu w tej wielkiej, źle oświetlonej i brudnej sali, pełnej sennego gwaru ludzkiego i bezładnego zamętu. Ale gdy pżebrnęliśmy pżez ciżbę ludzką, wynużyła się pżed nami ogromna bladoniebieska kurtyna, jak niebo jakiegoś innego firmamentu. Wielkie, malowane maski rużowe, z wydętymi policzkami, nużały się w ogromnym płuciennym pżestwożu. To sztuczne niebo szeżyło się i płynęło wzdłuż i w popżek, wzbierając ogromnym them patosu i wielkih gestuw, atmosferą tego świata sztucznego i pełnego blasku, ktury budował się tam, na dudniącyh rusztowaniah sceny. Dreszcz płynący pżez wielkie oblicze tego nieba, oddeh ogromnego płutna, od kturego rosły i ożywały maski, zdradzał iluzoryczność tego firmamentu, sprawiał to drganie żeczywistości, kture w hwilah metafizycznyh odczuwamy jako migotanie tajemnicy.

Maski tżepotały czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptały coś bezgłośnie i wiedziałem, że pżyjdzie hwila, kiedy napięcie tajemnicy dojdzie do zenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, uniesie się i ukaże żeczy niesłyhane i olśniewające.

Lecz nie było mi dane doczekać tej hwili, albowiem tymczasem ojciec zaczął zdradzać pewne oznaki zaniepokojenia, hwytał się za kieszenie i wreszcie oświadczył, że zapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami.

Po krutkiej naradzie z matką, w kturej uczciwość Adeli została poddana pośpiesznej, ryczałtowej ocenie, zaproponowano mi, żebym wyruszył do domu na poszukiwanie portfelu. Zdaniem matki, do rozpoczęcia widowiska było jeszcze wiele czasu i pży mojej zwinności mogłem na czas powrucić.

Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna z tyh jasnyh nocy, w kturyh firmament gwiezdny jest tak rozległy i rozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labirynt odrębnyh niebios, wystarczającyh do obdzielenia całego miesiąca nocy zimowyh i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkih ih nocnyh zjawisk, pżygud, awantur i karnawałuw.

Jest lekkomyślnością nie do darowania wysłać w taką noc młodego hłopca z misją ważną i pilną, albowiem w jej pułświetle zwielokrotniają się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak żec, ulice podwujne, ulice sobowtury, ulice kłamliwe i zwodne. Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytważa złudne plany miasta, żekomo dawno znane i wiadome, w kturyh te ulice mają swe miejsce i swą nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak dostarczać wciąż nowyh i urojonyh konfiguracyj. Te kuszenia nocy zimowyh zaczynają się zazwyczaj niewinnie od hętki skrucenia sobie drogi, użycia nie zwykłego, lecz prędszego pżejścia. Powstają ponętne kombinacje pżecięcia zawiłej wędruwki jakąś nie wyprubowaną pżecznicą. Ale tym razem zaczęło się inaczej.

Uszedłszy parę krokuw, spostżegłem, że jestem bez płaszcza. Hciałem zawrucić, lecz po hwili wydało mi się to niepotżebną stratą czasu, gdyż noc nie była wcale zimna, pżeciwnie — pożyłkowana strugami dziwnego ciepła, thnieniami jakiejś fałszywej wiosny. Śnieg skurczył się w baranki białe, w niewinne i słodkie runo, kture pahniało fiołkami. W takie same baranki rozpuściło się niebo, w kturym księżyc dwoił się i troił, demonstrując w tym zwielokrotnieniu wszystkie swoje fazy i pozycje.

Niebo obnażało tego dnia swą konstrukcję w wielu jakby anatomicznyh preparatah, pokazującyh spirale i słoje światła, pżekroje seledynowyh brył nocy, plazmę pżestwoży, tkankę rojeń nocnyh.

W taką noc niepodobna iść Podwalem ani żadną inną z ciemnyh ulic, kture są odwrotną stroną, niejako podszewką cztereh linii rynku, i nie pżypomnieć sobie, że o tej puźnej poże bywają czasem jeszcze otwarte niekture z owyh osobliwyh a tyle nęcącyh sklepuw, o kturyh zapomina się w dnie zwyczajne. Nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnyh boazerii tej barwy, kturymi są wyłożone.

Te prawdziwie szlahetne handle, w puźną noc otwarte, były zawsze pżedmiotem moih gorącyh mażeń.

Słabo oświetlone, ciemne i uroczyste ih wnętża pahniały głębokim zapahem farb, laku, kadzidła, aromatem dalekih krajuw i żadkih materiałuw. Mogłeś tam znaleźć ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajuw dawno zaginionyh, chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owaduw egzotycznyh, papug, tukanuw, żywe salamandry i bazyliszki, kożeń Mandragory, norymberskie mehanizmy, homunculusy w doniczkah, mikroskopy i lunety, a nade wszystko żadkie i osobliwe książki, stare folianty pełne pżedziwnyh rycin i oszałamiającyh historii.

Pamiętam tyh staryh i pełnyh godności kupcuw, ktuży obsługiwali klientuw ze spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i wyrozumienia dla ih najtajniejszyh życzeń. Ale nade wszystko była tam jedna księgarnia, w kturej raz oglądałem żadkie i zakazane druki, publikacje tajnyh klubuw, zdejmując zasłonę z tajemnic dręczącyh i upojnyh.

Tak żadko zdażała się sposobność odwiedzenia tyh sklepuw — i w dodatku z małą, lecz wystarczającą sumą pieniędzy w kieszeni. Nie można było pominąć tej okazji mimo ważności misji powieżonej naszej gorliwości.

Tżeba się było zapuścić według mego obliczenia w boczną uliczkę, minąć dwie albo tży pżecznice, ażeby osiągnąć ulicę nocnyh sklepuw. To oddalało mnie od celu, ale można było nadrobić spuźnienie wracając drogą na Żupy Solne.

Uskżydlony pragnieniem zwiedzenia sklepuw cynamonowyh, skręciłem w wiadomą mi ulicę i leciałem więcej, aniżeli szedłem, bacząc, by nie zmylić drogi. Tak minąłem już tżecią czy czwartą pżecznicę, a upragnionej ulicy wciąż nie było. W dodatku nawet konfiguracja ulic nie odpowiadała oczekiwanemu obrazowi. Sklepuw ani śladu. Szedłem ulicą, kturej domy nie miały nigdzie bramy whodowej, tylko okna szczelnie zamknięte, ślepe odblaskiem księżyca. Po drugiej stronie tyh domuw musi prowadzić właściwa ulica, od kturej te domy są dostępne — myślałem sobie. Z niepokojem pżyspieszałem kroku, rezygnując w duhu z myśli zwiedzenia sklepuw. Byle tylko wydostać się stąd prędko w znane okolice miasta. Zbliżałem się do wylotu, pełen niepokoju, gdzie też ona mnie wyprowadzi. Wyszedłem na szeroki, żadko zabudowany gościniec, bardzo długi i prosty. Owiał mnie od razu oddeh szerokiej pżestżeni. Stały tam pży ulicy albo w głębi ogroduw malownicze wille, ozdobne budynki bogaczy. W pżerwah między nimi widniały parki i mury saduw. Obraz pżypominał z daleka ulicę Leszniańską w jej dolnyh i żadko zwiedzanyh okolicah. Światło księżyca, rozpuszczone w tysiącznyh barankah, w łuskah srebrnyh na niebie, było blade i tak jasne jak w dzień — tylko parki i ogrody czerniały w tym srebrnym krajobrazie.

Pżyjżawszy się bacznie jednemu z budynkuw, doszedłem do pżekonania, że mam pżed sobą tylną i nigdy nie widzianą stronę gmahu gimnazjalnego. Właśnie dohodziłem do bramy, ktura ku mojemu zdziwieniu była otwarta, sień oświetlona. Wszedłem i znalazłem się na czerwonym hodniku korytaża. Miałem nadzieję, że zdołam nie spostżeżony pżekraść się pżez budynek i wyjść pżednią bramą, skracając sobie znakomicie drogę.

Pżypomniałem sobie, że o tej puźnej godzinie musi się w sali profesora Arendta odbywać jedna z lekcji nadobowiązkowyh, prowadzona w puźną noc, na kture zbieraliśmy się zimową porą, płonąc szlahetnym zapałem do ćwiczeń rysunkowyh, jakim nathnął nas ten znakomity nauczyciel.

Mała gromadka pilnyh gubiła się prawie w wielkiej ciemnej sali, na kturej ścianah ogromniały i łamały się cienie naszyh głuw, żucane od dwuh małyh świeczek płonącyh w szyjkah butelek.

Prawdę muwiąc, niewieleśmy podczas tyh godzin rysowali i profesor nie stawiał zbyt ścisłyh wymagań. Niektuży pżynosili sobie z domu poduszki i układali się na ławkah do powieżhownej dżemki. I tylko najpilniejsi rysowali pod samą świecą, w złotym kręgu jej blasku.

Czekaliśmy zazwyczaj długo na pżyjście profesora, nudząc się wśrud sennyh rozmuw. Wreszcie otwierały się dżwi jego pokoju i whodził — mały, z piękną brodą, pełen ezoterycznyh uśmiehuw, dyskretnyh pżemilczeń i aromatu tajemnicy. Szybko zaciskał za sobą dżwi gabinetu, pżez kture w momencie otwożenia toczyła się za jego głową ciżba gipsowyh cieni, fragmentuw klasycznyh, bolesnyh Niobid, Danaid i Tantalidów, cały smutny i jałowy Olimp, więdnący od lat w tym muzeum gipsuw. Zmieżh tego pokoju mętniał i za dnia pżelewał się sennie od gipsowyh mażeń, pustyh spojżeń, blednącyh owali i zamyśleń odhodzącyh w nicość. Lubiliśmy nieraz podsłuhiwać pod dżwiami — ciszy, pełnej westhnień i szeptuw tego kruszejącego w pajęczynah rumowiska, tego rozkładającego się w nudzie i monotonii zmieżhu boguw.

Profesor pżehadzał się dostojnie, pełen namaszczenia, wzdłuż pustyh ławek, wśrud kturyh, rozżuceni małymi grupkami, rysowaliśmy coś w szarym odblasku nocy zimowej. Było zacisznie i sennie. Gdzieniegdzie koledzy moi układali się do snu. Świeczki powoli dogasały w butelkah. Profesor pogrążał się w głęboką witrynę, pełną staryh foliałuw, staromodnyh ilustracji, sztyhuw i drukuw. Pokazywał nam wśrud ezoterycznyh gestuw stare litografie wieczornyh pejzaży, gęstwiny nocne, aleje zimowyh parkuw, czerniejące na białyh drogah księżycowyh.

Wśrud sennyh rozmuw upływał niepostżeżenie czas i biegł nieruwnomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając kędyś całe puste interwały trwania. Niepostżeżenie, bez pżejścia, odnajdywaliśmy naszą czeredę już w drodze powrotnej na białej od śniegu ścieżce szpaleru, flankowanej czarną, suhą gęstwiną kżakuw. Szliśmy wzdłuż tego włohatego bżegu ciemności, ocierając się o niedźwiedzie futro kżakuw, tżaskającyh pod naszymi nogami w jasną noc bezksiężycową, w mleczny, fałszywy dzień, daleko po pułnocy. Rozpruszona w biel tego światła, mżąca ze śniegu, z bladego powietża, z mlecznyh pżestwoży, była jak szary papier sztyhu, na kturym głęboką czernią plątały się kreski i szrafirunki gęstyh zarośli. Noc powtażała teraz głęboko po pułnocy te serie nokturnuw, sztyhuw nocnyh profesora Arendta, kontynuowała jego fantazje.

W tej czarnej gęstwinie parku, we włohatej sierści zarośli, w masie kruhego hrustu były miejscami nisze, gniazda najgłębszej puszystej czarności, pełne plątaniny, sekretnyh gestuw, bezładnej rozmowy na migi. Było w tyh gniazdah zacisznie i ciepło. Siadaliśmy tam na letnim, miękkim śniegu w naszyh włohatyh płaszczah, zajadając ożehy, kturyh pełna była leszczynowa ta gęstwina w ową wiosenną zimę. Pżez zarośla pżewijały się bezgłośnie kuny, łasice i ihneumony, futżane, węszące zwieżątka, śmierdzące kożuhem, wydłużone, na niskih łapkah. Podejżewaliśmy, że były między nimi okazy gabinetu szkolnego, kture, hoć wypatroszone i łysiejące, uczuwały w tę białą noc w swym pustym wnętżu głos starego instynktu, głos rui, i wracały do matecznika na krutki, złudny żywot.

Ale powoli fosforescencja wiosennego śniegu mętniała i gasła i nadhodziła czarna i gęsta oćma pżed świtem. Niektuży z nas zasypiali w ciepłym śniegu, inni domacywali się w gęstwinie bram swyh domuw, whodzili omackiem do ciemnyh wnętży, w sen rodzicuw i braci, w dalszy ciąg głębokiego hrapania, kture doganiali na swyh spuźnionyh drogah.

Te nocne seanse pełne były dla mnie tajemnego uroku, nie mogłem i teraz pominąć sposobności, by nie zaglądnąć na moment do sali rysunkowej, postanawiając, że nie pozwolę się tam zatżymać dłużej nad krutką hwilkę. Ale wstępując po tylnyh, cedrowyh shodah, pełnyh dźwięcznego rezonansu, poznałem, że znajduję się w obcej, nigdy nie widzianej stronie gmahu.

Najlżejszy szmer nie pżerywał tu solennej ciszy. Korytaże były w tym skżydle obszerniejsze, wysłane pluszowym dywanem i pełne wytworności. Małe, ciemno płonące lampy świeciły na ih zagięciah. Minąwszy jedno takie kolano, znalazłem się na korytażu jeszcze większym, strojnym w pżepyh pałacowy. Jedna jego ściana otwierała się szerokimi szklanymi arkadami do wnętża mieszkania. Zaczynała się tu pżed oczyma długa amfilada pokojuw, biegnącyh w głąb i użądzonyh z olśniewającą wspaniałością. Szpalerem obić jedwabnyh, luster złoconyh, kosztownyh mebli i kryształowyh pajączkuw biegł wzrok w puszysty miąższ tyh zbytkownyh wnętży, pełnyh kolorowego wirowania i migotliwyh arabesek, plączącyh się girland i pączkującyh kwiatuw. Głęboka cisza tyh pustyh salonuw pełna była tylko tajnyh spojżeń, kture oddawały sobie zwierciadła, i popłohu arabesek, biegnącyh wysoko fryzami wzdłuż ścian i gubiącyh się w sztukateriah białyh sufituw.

Z podziwem i czcią stałem pżed tym pżepyhem, domyślałem się, że nocna moja eskapada zaprowadziła mnie niespodzianie w skżydło dyrektora, pżed jego prywatne mieszkanie. Stałem pżygwożdżony ciekawością, z bijącym sercem, gotuw do ucieczki za najlżejszym szmerem. Jakże mugłbym, pżyłapany, usprawiedliwić to moje nocne szpiegowanie, moje zuhwałe wścibstwo? W kturymś z głębokih pluszowyh foteli mogła, nie dostżeżona i ciha, siedzieć cureczka dyrektora i podnieść nagle na mnie oczy znad książki — czarne, sybilińskie oczy, kturyh spojżenia nikt z nas wytżymać nie umiał. Ale cofnąć się w połowie drogi, nie dokonawszy powziętego planu, poczytałbym był sobie za thużostwo. Zresztą głęboka cisza panowała dookoła w pełnyh pżepyhu wnętżah, oświetlonyh światłem nieokreślonej pory. Pżez arkady korytaża widziałem na drugim końcu wielkiego salonu duże, oszklone dżwi, prowadzące na taras. Było tak ciho wokoło, że nabrałem odwagi. Nie wydawało mi się to połączone ze zbyt wielkim ryzykiem zejść z paru stopni, prowadzącyh do poziomu sali, w kilku susah pżebiegnąć wielki, kosztowny dywan i znaleźć się na tarasie, z kturego bez trudu dostać się mogłem na dobże mi znaną ulicę.

Uczyniłem tak. Zeszedłszy na parkiety salonu, pod wielkie palmy, wystżelające tam z wazonuw aż do arabesek sufitu, spostżegłem, że znajduję się już właściwie na gruncie neutralnym, gdyż salon nie miał wcale pżedniej ściany. Był on rodzajem wielkiej loggii, łączącej się pży pomocy paru stopni z placem miejskim. Była to niejako odnoga tego placu i niekture meble stały już na bruku. Zbiegłem z kilku kamiennyh shoduw i znalazłem się znuw na ulicy.

Konstelacje stały już stromo na głowie, wszystkie gwiazdy pżekręciły się na drugą stronę, ale księżyc, zagżebany w pieżyny obłoczkuw, kture rozświetlał swą niewidzialną obecnością, zdawał się mieć pżed sobą jeszcze nieskończoną drogę i, zatopiony w swyh zawiłyh procederah niebieskih, nie myślał o świcie.

Na ulicy czerniało kilka dorożek, rozjehanyh i rozklekotanyh jak kalekie, dżemiące kraby czy karakony. Woźnica nahylił się z wysokiego kozła. Miał tważ drobną, czerwoną i dobroduszną. — Pojedziemy, paniczu? — zapytał. Powuz zadygotał we wszystkih stawah i pżegubah swego wieloczłonkowego ciała i ruszył na lekkih obręczah.

Ale kto w taką noc powieża się kaprysom nieobliczalnego dorożkaża? Wśrud klekotu szpryh, wśrud dudnienia pudła i budy nie mogłem porozumieć się z nim co do celu drogi. Kiwał na wszystko niedbale i pobłażliwie głową i podśpiewywał sobie, jadąc drogą okrężną pżez miasto.

Pżed jakimś szynkiem stała grupa dorożkaży, kiwając nań pżyjaźnie rękami. Odpowiedział im coś radośnie, po czym, nie zatżymując pojazdu, żucił mi lejce na kolana, spuścił się z kozła i pżyłączył do gromady koleguw. Koń, stary mądry koń dorożkarski, oglądnął się pobieżnie i pojehał dalej jednostajnym, dorożkarskim kłusem. Właściwie koń ten budził zaufanie — wydawał się mądżejszy od woźnicy. Ale powozić nie umiałem — tżeba się było zdać na jego wolę. Wjehaliśmy na podmiejską ulicę ujętą z obu stron w ogrody. Ogrody te pżehodziły z wolna, w miarę posuwania się, w parki wielkodżewne, a te w lasy.

Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejszą noc zimową. Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, na kturej spiętżyły się fantastyczne lądy, oceany i moża, porysowane liniami wiruw i prąduw gwiezdnyh, świetlistymi liniami geografii niebieskiej. Powietże stało się lekkie do oddyhania i świetlane jak gaza srebrna. Pahniało fiołkami. Spod wełnianego jak białe karakuły śniegu wyhylały się anemony drżące, z iskrą światła księżycowego w delikatnym kielihu. Las cały zdawał się iluminować tysiącznymi światłami, gwiazdami, kture żęsiście ronił grudniowy firmament. Powietże dyszało jakąś tajną wiosną, niewypowiedzianą czystością śniegu i fiołkuw. Wjehaliśmy w teren pagurkowaty. Linie wzguży, włohatyh nagimi ruzgami dżew, podnosiły się jak błogie westhnienia w niebo. Ujżałem na tyh szczęśliwyh zboczah całe grupy wędrowcuw, zbierającyh wśrud mhu i kżakuw opadłe i mokre od śniegu gwiazdy. Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd, grający wszystkimi pżegubami. Byłem szczęśliwy. Pierś moja whłaniała tę błogą wiosnę powietża, świeżość gwiazd i śniegu. Pżed piersią konia zbierał się wał białej piany śnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudem pżekopywał się koń pżez czystą i świeżą jego masę. Wreszcie ustał. Wyszedłem z dorożki. Dyszał ciężko ze zwieszoną głową. Pżytuliłem jego łeb do piersi, w jego wielkih oczah lśniły łzy. Wtedy ujżałem na jego bżuhu okrągłą czarną ranę. — Dlaczego mi nie powiedziałeś? — szepnąłem ze łzami. — Drogi muj — to dla ciebie — żekł i stał się bardzo mały, jak konik z dżewa. Opuściłem go. Czułem się dziwnie lekki i szczęśliwy. Zastanawiałem się, czy czekać na małą kolejkę lokalną, ktura tu zajeżdżała, czy też pieszo wrucić do miasta. Zacząłem shodzić stromą serpentyną wśrud lasu, początkowo idąc krokiem lekkim, elastycznym, potem, nabierając rozpędu, pżeszedłem w posuwisty szczęśliwy bieg, ktury zmienił się wnet w jazdę na nartah. Mogłem do woli regulować szybkość, kierować jazdą pży pomocy lekkih zwrotuw ciała.

W pobliżu miasta zahamowałem ten bieg triumfalny, zamieniając go w pżyzwoity krok spacerowy. Księżyc stał jeszcze ciągle wysoko. Transformacje nieba, metamorfozy jego wielokrotnyh sklepień w coraz kunsztowniejsze konfiguracje nie miały końca. Jak srebrne astrolabium otwierało niebo w tę noc czarodziejską mehanizm wnętża i ukazywało w nieskończonyh ewolucjah złocistą matematykę swyh kuł i trybuw.

Na rynku spotkałem ludzi zażywającyh pżehadzki. Wszyscy, oczarowani widowiskiem tej nocy, mieli tważe wzniesione i srebrne od magii nieba. Troska o portfel opuściła mnie zupełnie. Ojciec, pogrążony w swyh dziwactwah, zapewne zapomniał już o zgubie, o matkę nie dbałem.

W taką noc, jedyną w roku, pżyhodzą szczęśliwe myśli, nathnienia, wieszcze tknięcia palca bożego. Pełen pomysłuw i inspiracji, hciałem skierować się do domu, gdy zaszli mi drogę koledzy z książkami pod pahą. Zbyt wcześnie wyszli do szkoły, obudzeni jasnością tej nocy, ktura nie hciała się skończyć.

Poszliśmy gromadą na spacer stromo spadającą ulicą, z kturej wiał powiew fiołkuw, niepewni, czy to jeszcze magia nocy srebżyła się na śniegu, czy też świt już wstawał...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bruno Schulz, „Sklepy cynamonowe”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)