Rozdział sześćdziesiąty tżeci
Rozdział sześćdziesiąty tżeci
Dramat Aureolus dawano zwykle w teatrah lub amfiteatrah tak użądzonyh, iż mogły otwierać się i twożyć jakby dwie odrębne sceny. Lecz po widowisku w ogrodah cezara zaniehano zwykłego sposobu, szło bowiem o to, by jak największa liczba ludzi mogła patżeć na śmierć pżybitego do kżyża niewolnika, kturego w dramacie pożerał niedźwiedź. W teatrah rolę niedźwiedzia grywał obszyty w skurę aktor, tym razem jednak pżedstawienie miało być „prawdziwe”. Był to nowy pomysł Tygellina. Cezar początkowo zapowiedział, że nie pżybędzie, lecz z namowy faworyta zmienił zdanie. Tygellinus wytłumaczył mu, że po tym, co zaszło w ogrodah, tym bardziej powinien pokazać się ludowi, i zarazem zaręczył, że ukżyżowany niewolnik nie zelży go już, tak jak uczynił to Kryspus. Lud był już nieco pżesycony i zmęczony pżelewem krwi, zapowiedziano mu więc nowe rozdawnictwo biletuw loteryjnyh i podarkuw, a zarazem ucztę wieczorną, pżedstawienie bowiem miało się odbywać wieczorem, w żęsiście oświetlonym amfiteatże.
Jakoż o zmroku cały budynek napełnił się szczelnie. Augustianie z Tygellinem na czele pżybyli wszyscy, nie tyle dla samego widowiska, jak dla okazania po ostatnim zajściu cezarowi swej wierności i porozmawiania o Chilonie, o kturym muwił cały Rzym.
Opowiadano więc sobie na uho, że cezar wruciwszy z ogroduw wpadł w wściekłość i nie mugł zasnąć, że opadały go strahy i dziwne widzenia, skutkiem kturyh nazajutż zapowiedział swuj prędki wyjazd do Achai. Inni wszelako pżeczyli temu, twierdząc, że teraz okaże się tym bardziej nieubłaganym względem hżeścijan. Nie brakło jednak i thużuw, ktuży pżewidywali, że oskarżenie, jakie Chilon żucił w tważ cezarowi wobec tłumuw, może mieć najgorsze następstwa. Byli wreszcie i tacy, ktuży pżez ludzkość prosili Tygellina, by zaniehał dalszyh pżeśladowań.
— Patżcie, dokąd idziecie — muwił Barkus Soranus. — Hcieliście zaspokoić zemstę ludu i wpoić w niego pżekonanie, że kara spada na winnyh, a skutek jest wprost pżeciwny.
— Prawda! — dodał Antystiusz Werus — wszyscy szepczą sobie teraz, że oni niewinni. Jeśli to ma być zręczność, to Chilo miał słuszność muwiąc, że wasze muzgi nie napełniłyby żołędziowej miseczki.
Tygellin zaś zwrucił się do nih i żekł:
— Ludzie szepczą sobie także, że twoja curka Serwilia, Barku Soranusie, i twoja żona, Antystiuszu, poukrywały swoih niewolnikuw hżeścijan pżed sprawiedliwością cezara.
— To nieprawda! — zawołał z niepokojem Barkus.
— Żonę moją hcą zgubić wasze rozwudki, kture zazdroszczą jej cnoty — żekł z nie mniejszym niepokojem Antystiusz Werus.
Lecz inni rozmawiali o Chilonie.
— Co mu się stało? — muwił Eprius Marcellus. — Sam ih wydawał w ręce Tygellina; z nędzaża stał się bogaczem, mugł dożyć spokojnie swyh dni, mieć piękny pogżeb i nagrobek, tymczasem nie! Naraz wolał stracić wszystko i zgubić się. Doprawdy, hyba oszalał.
— Nie oszalał, ale został hżeścijaninem — żekł Tygellin.
— Hyba nie może być — ozwał się Witeliusz.
— A czy ja nie muwiłem! — wtrącił Westynus. — Mordujcie sobie hżeścijan, ale wieżajcie mi, nie wojujcie z ih bustwem. Tu nie ma żartuw!... Patżcie, co się dzieje! Ja tam nie paliłem Rzymu, ale gdyby mi cezar pozwolił, zaraz bym dał hekatombę ih bustwu. I wszyscy powinni to samo uczynić, bo powtażam: z nim nie ma żartuw! Pamiętajcie, żem wam to muwił.
— A ja muwiłem co innego — żekł Petroniusz. — Tygellin śmiał się, gdym twierdził, że oni się bronią, a ja teraz powiem więcej: oni zdobywają!
— Jak to? Jak to? — spytało kilka głosuw.
— Na Polluksa!... Bo jeśli taki Chilo im się nie oparł, ktuż im się opże? Jeśli myślicie, że po każdym widowisku nie pżybywa hżeścijan, tedy z waszą znajomością Rzymu zostańcie kotlażami lub zacznijcie brody golić, wuwczas bowiem będziecie lepiej wiedzieli, co lud myśli i co się w mieście dzieje.
— Muwi czystą prawdę, na święte peplum Diany! — zawołał Westynus.
Lecz Barkus zwrucił się do Petroniusza:
— Do czego prowadzisz?
— Kończę na tym, od czegoście zaczęli: dość już krwi!
A Tygellin spojżał na niego szydersko i żekł:
— Ej! jeszcze trohę!
— Jeśli nie starczy ci głowy, masz drugą w gałce od laski! — odparł Petroniusz.
Dalszą rozmowę pżerwało pżybycie cezara, ktury zajął swoje miejsce w toważystwie Pitagorasa. Zaraz potem zaczęło się pżedstawienie Aureolusa, na kture nie bardzo zważano, myśli bowiem zajęte były Chilonem. Lud, pżywykły do mąk i krwi, nudził się także, sykał, wydawał niepohlebne dla dworu okżyki i wołał o pżyśpieszenie sceny z niedźwiedziem, kturej jedynie był ciekawy. Gdyby nie nadzieja ujżenia skazanego starca i podarkuw, samo widowisko nie zdołałoby zatżymać tłumuw.
Ale wreszcie nadeszła oczekiwana hwila. Pahołkowie cyrkowi wnieśli napżud drewniany kżyż, dość niski, by niedźwiedź wspiąwszy się mugł dosięgnąć do piersi męczennika, a następnie dwuh ludzi wprowadziło, a raczej pżywlokło Chilona, albowiem sam, mając pokruszone kości u nug, iść nie mugł. Położono go i pżybito do dżewa tak prędko, że zaciekawieni augustianie nie mogli mu się nawet dobże pżypatżeć, i dopiero po umocowaniu kżyża w pżygotowanym umyślnie dole wszystkie oczy zwruciły się ku niemu. Lecz mało kto mugł poznać w tym nagim starcu dawnego Chilona. Po męczarniah, kture kazał mu zadać Tygellin, w tważy nie zostało mu ani kropli krwi i tylko na białej brodzie widać było czerwony ślad, ktury zostawiła krew po wyrwaniu języka. Pżez pżezroczystą skurę nieledwie można było dojżeć jego kości. Wydawał się też daleko starszym, niemal zgżybiałym. Ale natomiast niegdyś oczy jego żucały wiecznie pełne niepokoju i złości spojżenia, czujne oblicze jego odbijało dawniej wieczną trwogę i niepewność, teraz zaś tważ miał bolesną, ale tak słodką i pogodną, jak miewają ludzie śpiący lub umarli. Może ufności dodawała mu pamięć o łotże na kżyżu, kturemu Chrystus pżebaczył, a może też muwił w duhu miłosiernemu Bogu: „Panie, kąsałem jak jadowity robak, ale oto byłem pżez całe życie nędzażem, pżymierałem głodem, ludzie deptali po mnie, bili mnie i znęcali się nade mną. Byłem, Panie, biedny i bardzo nieszczęśliwy, a oto teraz jeszcze położono mnie na męki i pżybito na kżyż, więc Ty, Miłosierny, nie odephniesz mnie w godzinie śmierci!” I spokuj zstąpił widocznie w jego skruszone serce. Nikt nie śmiał się, było bowiem w tym ukżyżowanym coś tak cihego, wydawał się tak starym, bezbronnym, słabym, tak wołającym swą pokorą o litość, że mimo woli każdy zadawał sobie pytanie, jak można męczyć i pżybijać na kżyż ludzi, ktuży już i tak konają. Tłum milczał. Między augustianami Westynus, pohylając się na prawo i na lewo, szeptał pżestraszonym głosem: „Patżcie, jak oni umierają!” Inni czekali na niedźwiedzia, życząc sobie w duszy, by widowisko skończyło się jak najprędzej.
Niedźwiedź wtoczył się wreszcie na arenę i hwiejąc nisko shyloną głową na obie strony, spoglądał naokuł spode łba, jakby się nad czymś namyślał lub czegoś szukał. Dostżegłszy wreszcie kżyż, a na nim nagie ciało, zbliżył się ku niemu, podniusł się nawet, lecz po hwili opuścił się znuw na pżednie łapy i siadłszy pod kżyżem, począł mruczeć, jakby i w jego zwieżęcym sercu ozwała się litość nad tym szczątkiem człowieka.
Z ust służby cyrkowej ozwały się podniecające okżyki, lecz lud milczał. Chilon tymczasem podniusł wolnym ruhem głowę i czas jakiś wodził oczyma po widowni. Na koniec wzrok jego zatżymał się gdzieś na najwyższyh żędah amfiteatru, piersi poczęły mu grać żywiej i wuwczas stało się coś, co wprawiło w podziw i zdumienie widzuw. Oto tważ zajaśniała mu uśmiehem, czoło otoczyły mu jakby promienie, oczy podniosły się pżed śmiercią ku guże, a po hwili dwie wielkie łzy, wezbrane pod powiekami, spłynęły mu z wolna po tważy.
I umarł.
A wtem jakiś donośny męski głos zawołał w guże pod velarium:
— Pokuj męczennikom!
W amfiteatże panowało głuhe milczenie.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.