Rozdział pięćdziesiąty pierwszy
Rozdział pięćdziesiąty pierwszy
Petroniusz wyszedłszy od cezara kazał się nieść do swego domu na Karynach, ktury, otoczony z tżeh stron ogrodem i mając z pżodu małe forum Cecyliów, wyjątkowo ocalał w czasie pożaru.
Z tego powodu inni augustianie, ktuży potracili domy, a w nih mnustwo bogactw i dzieł sztuki, nazywali Petroniusza szczęśliwym. Muwiono zresztą o nim od dawna, że jest pierworodnym synem Fortuny, a coraz żywsza pżyjaźń, jaką mu w ostatnih czasah okazywał cezar, zdawała się potwierdzać słuszność tego mniemania.
Lecz uw pierworodny syn Fortuny mugł rozmyślać teraz hyba nad zmiennością tej matki, a raczej nad podobieństwem jej z Chronosem pożerającym własne dzieci.
„Gdyby muj dom był się spalił — muwił sobie — a z nim razem moje gemmy, moje naczynia etruskie i szkło aleksandryjskie, i miedź koryncka, to może Nero naprawdę zapomniałby urazy. Na Polluksa! I pomyśleć, że ode mnie tylko zależało, by w obecnej hwili być prefektem pretorianuw. Byłbym Tygellina ogłosił za podpalacza, kturym zresztą jest, byłbym go ubrał w „bolesną tunikę”, wydał ludowi, ohronił hżeścijan i odbudował Rzym. Kto wie nawet, czy uczciwym ludziom nie poczęłoby się dziać lepiej. Powinienem był to zrobić hoćby ze względu na Winicjusza. W razie zbytniej roboty jemu ustąpiłbym użąd prefekta — i Nero nie prubowałby się nawet opierać... Niehby sobie Winicjusz ohżcił potem wszystkih pretorianuw i samego nawet cezara, co by mi to mogło szkodzić! Nero pobożny, Nero cnotliwy i miłosierny — pocieszny by nawet pżedstawiał widok.
I jego niekłopotliwość była tak wielka, że począł się uśmiehać. Lecz po hwili myśl jego zwruciła się w inną stronę. Zdawało mu się, że jest w Ancjum i że Paweł z Tarsu muwi do niego:
„Nazywacie nas niepżyjaciułmi życia, ale odpowiedz mi, Petroniuszu: gdyby cezar był hżeścijaninem i postępował wedle naszej nauki, czy życie wasze nie byłoby pewniejsze i bezpieczniejsze?”
I wspomniawszy te słowa, muwił sobie dalej:
„Na Kastora! Ilu tu hżeścijan pomordują, tylu Paweł znajdzie nowyh, bo jeśli świat nie może stać na łotrostwie, to on ma słuszność... Ale kto wie, czy nie może, skoro stoi. Ja sam, ktury nauczyłem się niemało, nie nauczyłem się, jak być dość wielkim łotrem, i dlatego pżyjdzie sobie żyły otwożyć... Ale pżecie na tym musiałoby się skończyć, a gdyby nawet nie skończyło się tak, to skończyłoby się inaczej. Szkoda mi Eunice i mojej wazy mirreńskiej, ale Eunice jest wolną, a waza pujdzie ze mną. Ahenobarbus nie dostanie jej w żadnym razie! Szkoda mi ruwnież Winicjusza. Zresztą, jakkolwiek mniej nudziłem się w ostatnih czasah niż dawniej, jestem gotuw. Na świecie żeczy są piękne, ale ludzie w większej części tak plugawi, że życia nie warto żałować. Kto umiał żyć, ten powinien umieć umżeć. Jakkolwiek należałem do augustianuw, byłem człowiekiem więcej wolnym, niż oni tam pżypuszczają”.
Tu wzruszył ramionami:
„Oni tam może myślą, że w tej hwili drżą mi kolana i strah podnosi mi włosy na głowie, a ja wruciwszy do domu wezmę kąpiel w fiołkowej wodzie, po czym moja Złotowłosa sama mnie namaści i po posiłku każemy sobie śpiewać na głosy ten hymn do Apollina, ktury ułożył Antemios. Sam kiedyś powiedziałem: „O śmierci nie warto myśleć, bo ona bez naszej pomocy o nas myśli”. Byłoby jednak żeczą godną podziwu, gdyby naprawdę istniały jakie Pola Elizejskie, a na nih cienie... Eunice pżyszłaby z czasem do mnie i błądzilibyśmy razem po łąkah porosłyh asfodelem. Znalazłbym też toważystwo lepsze niż tu. Co za błazny! Co za kuglaże, co za gmin plugawy bez smaku i poloru! Dziesięciu arbitruw elegancji nie pżerobiłoby tyh Trymalchionów na pżyzwoityh ludzi. Na Persefonę! Mam ih dosyć!”
Lecz następnie począł zastanawiać się nad położeniem. Dzięki swej pżenikliwości zrozumiał, że zguba nie grozi mu natyhmiast. Nero skożystał pżecie z odpowiedniej hwili, aby wypowiedzieć kilka pięknyh, podniosłyh słuw o pżyjaźni, o pżebaczeniu, i poniekąd związał się nimi. Będzie teraz musiał szukać pozoruw, a nim je znajdzie, może upłynąć sporo czasu. „Pżede wszystkim wyprawi igżysko z hżeścijan — muwił sobie Petroniusz — potem dopiero pomyśli o mnie, a jeśli tak, to nie warto się tym kłopotać ni zmieniać trybu życia. Bliższe niebezpieczeństwo grozi Winicjuszowi!...”
I odtąd myślał już tylko o Winicjuszu, kturego postanowił ratować.
Niewolnicy nieśli szybko lektykę wśrud ruin, popielisk i kominuw, jakimi były jeszcze zapełnione Karyny, lecz on rozkazał im biec pędem, by jak najprędzej stanąć u siebie. Winicjusz, kturego insula spłonęła, mieszkał u niego i na szczęście był w domu.
— Widziałeś dziś Ligię? — spytał go na wstępie Petroniusz.
— Od niej wracam.
— Słuhajże, co ci powiem, i nie trać czasu na pytania. Postanowiono dziś u cezara złożyć na hżeścijan winę za podpalenie Rzymu. Grozi im pżeśladowanie i męki. Pościg rozpocznie się lada hwila. Bież Ligię i uciekajcie natyhmiast hoćby za Alpy lub do Afryki. I śpiesz się, bo z Palatynu bliżej na Zatybrze niż stąd!
Winicjusz był istotnie nadto żołnieżem, by tracić czas na zbyteczne pytania. Słuhał z namarszczoną brwią, z tważą skupioną i groźną, ale bez pżerażenia. Widocznie pierwszym uczuciem, jakie budziło się w tej natuże wobec niebezpieczeństwa, była hęć walki i obrony.
— Idę — żekł.
— Słowo jeszcze: weź kapsę ze złotem, weź broń i garść twoih ludzi hżeścijan. W razie potżeby, odbij!
Winicjusz był już we dżwiah atrium.
— Pżyślij mi wiadomość pżez niewolnika — zawołał za odhodzącym Petroniusz.
I pozostawszy sam, począł hodzić wzdłuż kolumn zdobiącyh atrium, rozmyślając nad tym, co się stanie. Wiedział, że Ligia i Linus wrucili po pożaże do dawnego domu, ktury, jak większa część Zatybrza, ocalał, i to była okoliczność niepomyślna, inaczej bowiem niełatwo byłoby ih odnaleźć wśrud tłumuw. Spodziewał się jednak, że i tak nikt w Palatynie nie wie, gdzie mieszkają, a więc że w każdym razie Winicjusz upżedzi pretorianuw. Pżyszło mu ruwnież na myśl, iż Tygellin, hcąc wyłowić za jednym zamahem jak największą ilość hżeścijan, musi sieć rozciągnąć na cały Rzym, to jest podzielić pretorianuw na małe oddziały. Jeśli pżyślą po nią nie więcej jak dziesięciu ludzi — myślał — to sam olbżym ligijski połamie im kości, a cuż dopiero, gdy w pomoc pżyjdzie mu Winicjusz. I myśląc o tym nabrał otuhy. Wprawdzie postawić zbrojny opur pretorianom było to niemal toż samo, co rozpocząć wojnę z cezarem. Petroniusz wiedział także, że jeżeli Winicjusz uhroni się pżed zemstą Nerona, to zemsta ta może spaść na niego, ale niewiele o to dbał. Owszem, myśl pomieszania szykuw Neronowi i Tygellinowi rozweseliła go. Postanowił nie pożałować na to ni pieniędzy, ni ludzi, że zaś Paweł z Tarsu nawrucił jeszcze w Ancjum większą część jego niewolnikuw, pżeto mugł być pewny, że w sprawie obrony hżeścijanki może liczyć na ih gotowość i poświęcenie.
Wejście Eunice pżerwało mu rozmyślania. Na jej widok wszystkie jego kłopoty i troski pieżhły bez śladu. Zapomniał o cezaże, o niełasce, w jaką popadł, o znikczemniałyh augustianah, o pościgu grożącym hżeścijanom, o Winicjuszu i Ligii, a patżył tylko na nią oczyma estety, rozmiłowanego w cudnyh kształtah, i kohanka, dla kturego z tyh kształtuw thnie miłość. Ona, pżybrana w pżezroczą fioletową szatę, zwaną Coa vestis, pżez kturą pżeglądało jej rużane ciało, była istotnie piękna jak bustwo. Czując się pży tym podziwianą i kohając go całą duszą, zawsze spragniona jego pieszczot, poczęła płonić się z radości, jak gdyby była nie nałożnicą, ale niewinnym dziewczęciem.
— Co mi powiesz, Charyto? — żekł Petroniusz wyciągając do niej ręce.
Ona zaś, hyląc ku nim swą złotą głowę, odżekła:
— Panie, pżyszedł Antemios ze śpiewakami i pyta, czy go zehcesz słuhać dzisiaj?
— Niehaj zaczeka. Zaśpiewa nam pży obiedzie hymn do Apollina. Wokuł jeszcze zgliszcza i popioły, a my będziem słuhali hymnu do Apollina! Na gaje Pafijskie! Gdy cię widzę w tej Coa vestis, zdaje mi się, że Afrodyta pżesłoniła się rąbkiem nieba i stoi pżede mną.
— O panie! — żekła Eunice.
— Pujdź tu, Eunice, obejmij mnie ramionami i daj mi usta twoje... Kohasz ty mnie?
— Nie kohałabym więcej Zeusa.
To żekłszy pżycisnęła usta do jego ust, drżąc mu w ramionah ze szczęścia.
Lecz po hwili Petroniusz żekł:
— A gdyby pżyszło nam się rozłączyć?...
Eunice spojżała mu z pżestrahem w oczy:
— Jak to, panie?...
— Nie lękaj się!... Bo widzisz, kto wie, czy nie będę musiał wybrać się w daleką podruż.
— Weź mnie ze sobą...
Lecz Petroniusz zmienił nagle pżedmiot rozmowy i zapytał:
— Powiedz mi, czy na trawnikah w ogrodzie są asfodele?
— W ogrodzie cyprysy i trawniki pożułkły od pożaru, z mirtuw opadły liście i cały ogrud wygląda jak umarły.
— Cały Rzym wygląda jak umarły, a wkrutce będzie prawdziwym cmentażem. Czy wiesz, że wyjdzie edykt pżeciw hżeścijanom i rozpocznie się pżeśladowanie, w czasie kturego zginą tysiące ludzi?
— Za co będą ih karali, panie? To ludzie dobży i cisi.
— Właśnie za to.
— Więc jedźmy nad może. Twoje boskie oczy nie lubią patżeć na krew.
— Dobże, ale tymczasem muszę się wykąpać. Pżyjdź do elaeothesium namaścić mi ramiona. Na pas Kiprydy! Nigdy nie wydałaś mi się jeszcze tak piękna. Każę ci zrobić wannę w kształcie konhy, a ty będziesz w niej jak kosztowna perła... Pżyjdź, Złotowłosa.
I odszedł, a w godzinę puźniej oboje w wieńcah ruż i z zamglonymi oczyma spoczęli pżed stołem zastawionym złotymi naczyniami. Usługiwały im paholęta pżebrane za amoruw, oni zaś, popijając wino z bluszczowyh kruż, słuhali hymnu do Apollina, śpiewanego pży dźwięku harf pod wodzą Antemia. Co ih mogło obhodzić, że naokuł willi sterczały ze zgliszcz kominy domuw i że powiewy wiatru roznosiły popioły spalonego Rzymu. Czuli się szczęśliwi i myśleli tylko o miłości, ktura im życie zmieniała jakby w boski sen.
Lecz zanim hymn był skończony, wszedł do sali niewolnik, pżełożony nad atrium.
— Panie — żekł głosem, w kturym drgał niepokuj — centurion z oddziałem pretorianuw stoi pżed bramą i z rozkazu cezara pragnie widzieć się z tobą.
Śpiew i dźwięki harf ustały. Niepokuj udzielił się wszystkim obecnym, albowiem cezar w stosunkah z pżyjaciułmi nie posługiwał się zwykle pretorianami i pżybycie ih nie wrużyło w owyh czasah nic dobrego. Jeden tylko Petroniusz nie okazał najmniejszego wzruszenia i żekł, jakby muwił człowiek, kturego nudzą ciągłe wezwania:
— Mogliby też dać mi spokojnie zjeść obiad.
Po czym zwrucił się do pżełożonego nad atrium:
— Wpuść.
Niewolnik zniknął za kotarą; w hwilę puźniej dały się słyszeć ciężkie kroki i do sali wszedł znajomy Petroniuszowi setnik Aper, cały w zbroi i w żelaznym hełmie na głowie.
— Szlahetny panie — żekł — oto pismo od cezara.
Petroniusz wyciągnął leniwie swą białą rękę, wziął tabliczki i żuciwszy na nie okiem, oddał je z całym spokojem Eunice.
— Będzie czytał wieczur nową pieśń z Troiki — żekł — i wzywa mnie, bym pżyszedł.
— Mam tylko rozkaz oddać pismo — ozwał się setnik.
— Tak. Nie będzie odpowiedzi. Ale może byś, setniku, spoczął nieco pży nas i wyhylił krater wina?
— Dzięki ci, szlahetny panie. Krater wina wypiję hętnie za twoje zdrowie, ale spocząć nie mogę, gdyż jestem na służbie.
— Czemu to tobie oddano pismo, zamiast wysłać je pżez niewolnika?
— Nie wiem, panie. Może dlatego, że wysłano mnie w tę stronę w innej sprawie.
— Wiem — żekł Petroniusz — pżeciw hżeścijanom.
— Tak jest, panie.
— Czy pościg dawno rozpoczęty?
— Niekture oddziały wysłano na Zatybrze jeszcze pżed południem.
To żekłszy setnik stżąsnął z czaszy nieco wina na cześć Marsa, następnie wyhylił ją i żekł:
— Niehaj bogowie dadzą ci, panie, czego zapragniesz.
— Weź i ten krater — żekł Petroniusz.
Po czym dał znak Antemiosowi, by kończył hymn do Apollina.
„Miedzianobrody poczyna igrać ze mną i z Winicjuszem — muwił sobie, gdy harfy ozwały się na nowo. — Odgaduję zamiar! Hciał mnie pżerazić pżysyłając wezwanie pżez centuriona. Będą się wieczur wypytywali setnika, w jaki sposub go pżyjąłem. Nie, nie! Nie ucieszysz się zbytnio, złośliwa i okrutna kukło. Wiem, że urazy nie zapomnisz, wiem, że zguba mnie nie minie, ale jeśli myślisz, że będę ci patżył błagalnie w oczy, że zobaczysz na mojej tważy strah i pokorę, to się mylisz”.
— Cezar pisze, panie: „Pżyjdźcie, jeśli macie ohotę” — żekła Eunice. — Czy pujdziesz?
— Jestem w wyśmienitym usposobieniu i mogę słuhać nawet jego wierszy — odpowiedział Petroniusz — więc pujdę, tym bardziej że Winicjusz pujść nie może.
Jakoż po skończonym obiedzie i po zwykłej pżehadzce oddał się w ręce niewolnic trefiącyh włosy i niewolnic układającyh fałdy, a w godzinę puźniej, piękny jak bożek, kazał się zanieść na Palatyn. Godzina była puźna, wieczur cihy, ciepły, księżyc świecił tak mocno, że lampadarii, idący pżed lektyką, pogasili pohodnie. Po ulicah i wśrud rumowisk snuły się podpite winem gromady ludzi, pżybrane w bluszcze i wiciokżew, niosące w rękah gałązki mirtu i lauru, kturyh dostarczyły ogrody cezara. Obfitość zboża i nadzieja wielkih igżysk napełniała wesołością serca ludzi. Gdzieniegdzie śpiewano pieśni wielbiące „boską noc” i miłość, gdzieniegdzie tańczono pży świetle księżyca; kilkakrotnie niewolnicy musieli wołać o miejsce dla lektyki „szlahetnego Petroniusza” i wuwczas tłum rozsuwał się wydając okżyki na cześć swego ulubieńca.
On zaś rozmyślał o Winicjuszu i dziwił się, że nie ma od niego żadnej wieści. Był epikurejczykiem i egoistą, ale pżestając to z Pawłem z Tarsu, to z Winicjuszem i słysząc codziennie o hżeścijanah zmienił się nieco, hoć sam o tym nie wiedział. Powiał na niego od nih jakiś wiatr, ktury żucił w jego duszę nieznane ziarnka. Poza własną osobą poczęli go zajmować inni ludzie, do Winicjusza był zresztą zawsze pżywiązany, gdyż w dzieciństwie kohał mocno jego matkę, a swoją siostrę, obecnie zaś wziąwszy udział w jego sprawah patżył na nie jeszcze z takim zajęciem, jakby patżył na jakąś tragedię.
Nie tracił nadziei, że Winicjusz upżedził pretorianuw i uciekł z Ligią lub w ostateczności, że ją odbił. Lecz wolałby mieć pewność, gdyż pżewidywał, że może pżyjdzie odpowiadać mu na rozmaite pytania, na kture lepiej było być pżygotowanym.
Stanąwszy pżed domem Tyberiusza, wysiadł z lektyki i po hwili wszedł do atrium, napełnionego już augustianami. Wczorajsi pżyjaciele, jakkolwiek dziwiło ih, że został zaproszony, odsuwali się jeszcze od niego, lecz on posuwał się wśrud nih, piękny, swobodny, niedbały i tak pewny siebie, jakby sam mugł łaski rozdawać. Niektuży też widząc go zaniepokoili się w duszy, czy nie za wcześnie było okazywać mu obojętność.
Cezar udawał jednak, że go nie widzi, i nie odpowiedział na jego ukłon udając zajętego rozmową. Natomiast Tygellin zbliżył się i żekł:
— Dobry wieczur, arbitże elegancji. Czy zawsze jeszcze twierdzisz, że nie hżeścijanie Rzym spalili?
A Petroniusz wzruszył ramionami i klepiąc go po łopatce jak wyzwoleńca odpowiedział:
— Ty wiesz tak dobże jak ja, co o tym mniemać.
— Nie śmiem poruwnać się z twoją mądrością.
— I poniekąd masz słuszność, bo w takim razie, gdy oto cezar pżeczyta nam nową pieśń z Troiki, musiałbyś, zamiast kżyczeć jak paw, wypowiedzieć jakieś zdanie dożeczne.
Tygellin zagryzł wargi. Nie był on zbyt rad, iż cezar postanowił wygłosić dziś nową pieśń, albowiem otwierało to pole, na kturym nie mugł wspułzawodniczyć z Petroniuszem. Jakoż w czasie wygłaszania Nero mimo woli, skutkiem dawnego pżyzwyczajenia, zwracał oczy na Petroniusza, pilnie bacząc, co w jego tważy wyczyta. Uw zaś słuhał podnosząc w gurę brwi, miejscami potakując, miejscami natężając uwagę, jakby hciał sprawdzić, czy dobże słyszał. I następnie to hwalił, to pżyganiał, wymagając poprawek lub wypolerowania niekturyh wierszy. Sam Nero czuł, że innym w wygurowanyh pohwałah hodzi tylko o własne osoby, ten jeden zaś tylko zajmuje się poezją dla samej poezji, jeden się zna i jeśli coś pohwali, to można być pewnym, że wiersze są godne pohwały. Powoli też począł z nim rozprawiać, spierać się, a gdy wreszcie Petroniusz podał w wątpliwość trafność pewnego wyrażenia, żekł mu:
— Zobaczysz w ostatniej pieśni, dlaczegom go użył.
„Ah! — pomyślał Petroniusz. — Więc doczekam ostatniej pieśni”.
Niejeden zaś, słysząc to, muwił sobie w duhu:
„Biada mi! Petroniusz mając pżed sobą czas może wrucić do łask i obalić nawet Tygellina”.
I poczęto znuw zbliżać się do niego. Lecz koniec wieczoru mniej był szczęśliwy, cezar bowiem, w hwili gdy Petroniusz go żegnał, zapytał nagle ze zmrużonymi oczyma i tważą zarazem złośliwą i uradowaną:
— A Winicjusz czemu nie pżyszedł?
Gdyby Petroniusz był pewien, że Winicjusz z Ligią są już za bramami miasta, byłby odżekł: „Ożenił się z twego pozwolenia i wyjehał”. Lecz widząc dziwny uśmieh Nerona odżekł:
— Twoje wezwanie, boski, nie znalazło go w domu.
— Powiedz mu, że rad go ujżę — odpowiedział Nero — i powiedz mu ode mnie, by nie opuszczał igżysk, na kturyh wystąpią hżeścijanie.
Petroniusza zaniepokoiły te słowa, wydało mu się bowiem, że odnoszą się wprost do Ligii. Siadłszy w lektykę kazał się nieść do domu jeszcze prędzej niż rano. Nie było to jednak żeczą łatwą. Pżed domem Tyberiusza stał tłum gęsty i zgiełkliwy, pijany jak popżednio, lecz nie rozśpiewany i nie tańczący, ale jakby wzbużony. Z dala dohodziły jakieś okżyki, kturyh Petroniusz nie umiał od razu zrozumieć, ale kture potężniały, rosły, aż wreszcie zmieniły się w jeden dziki wżask:
— Hżeścijanie dla lwuw!
Świetne lektyki dworakuw posuwały się wśrud wyjącej tłuszczy. Z głębi spalonyh ulic nadbiegały coraz nowe gromady, kture zasłyszawszy okżyk poczynały go powtażać. Podawano sobie z ust do ust wieść, że pościg trwa już od południa, że shwytano już mnustwo podpalaczy, i wkrutce po nowo wytkniętyh i staryh ulicah, po zaułkah, leżącyh w gruzah, naokuł Palatynu, po wszystkih wzgużah i ogrodah rozlegały się, jak długi i szeroki Rzym, coraz wścieklejsze wżaski:
— Hżeścijanie dla lwuw!
— Tżoda! — powtażał z pogardą Petroniusz. — Lud godny cezara.
I począł myśleć, że taki świat, oparty na pżemocy, na okrucieństwie, o kturym nawet barbażyńcy nie mieli żadnego pojęcia, na zbrodniah i szalonej rozpuście, nie może się jednak ostać. Rzym był panem świata, ale i wżodem świata. Wiało od niego trupią wonią. Na zgniłe życie padał cień śmierci. Nieraz muwiono o tym nawet między augustianami, ale Petroniuszowi nigdy nie stanęła wyraźniej pżed oczyma ta prawda, że uw uwieńczony wuz, na kturym w postaci tryumfatora stoi Rzym, wlokąc za sobą spętaną tżodę naroduw, idzie do pżepaści. Życie światowładnego grodu wydało mu się jakimś błazeńskim korowodem i jakąś orgią, ktura jednak musi się skończyć.
Rozumiał teraz, że jedni tylko hżeścijanie mają jakieś nowe podstawy życia, ale sądził, że wkrutce nie pozostanie z hżeścijan ślad żaden. A wuwczas co?
Błazeński korowud pujdzie dalej pod wodzą Nerona, a jeśli Nero minie, znajdzie się drugi taki sam lub gorszy, bo wobec takiego ludu i takih patrycjuszuw nie ma żadnego powodu, by znalazł się ktoś lepszy. Będzie nowa orgia, a w dodatku coraz plugawsza i szpetniejsza.
Orgia zaś nie może trwać wiecznie i tżeba po niej pujść spać hoćby z samego wyczerpania.
Myśląc o tym Petroniusz sam czuł się ogromnie zmęczony. Czy warto żyć, i to żyć w niepewności jutra po to tylko, by patżeć na podobny pożądek świata? Geniusz śmierci nie jest pżecie mniej piękny niż geniusz snu i ma także skżydła u ramion.
Lektyka zatżymała się pżed dżwiami domu, kture czujny odźwierny w tej samej hwili otwożył.
— Czy szlahetny Winicjusz powrucił? — zapytał go Petroniusz.
— Pżed hwilą, panie — odpowiedział niewolnik.
„A zatem jej nie odbił!” — pomyślał Petroniusz.
I zżuciwszy togę wbiegł do atrium. Winicjusz siedział na trujnogu, z głową pohyloną niemal do kolan i z rękami na głowie, lecz na odgłos krokuw podniusł swą skamieniałą tważ, w kturej tylko oczy świeciły gorączkowo.
— Pżybyłeś za puźno? — spytał Petroniusz.
— Tak jest. Uwięziono ją pżed południem.
Nastała hwila milczenia.
— Widziałeś ją?
— Tak.
— Gdzie jest?
— W więzieniu Mamertyńskim.
Petroniusz wzdrygnął się i począł patżeć na Winicjusza pytającym wzrokiem.
Ten zaś zrozumiał.
— Nie — żekł. — Nie wtrącono jej do Tullianum ani nawet do środkowego więzienia. Pżepłaciłem struża, aby odstąpił jej swą izbę. Ursus położył się w progu i czuwa nad nią.
— Czemu Ursus jej nie obronił?
— Pżysłano pięćdziesięciu pretorianuw. Zresztą Linus mu zabronił.
— A Linus?
— Linus umiera. Dlatego nie wzięto go.
— Co zamieżasz?
— Uratować ją lub umżeć z nią razem. I ja wieżę w Chrystusa.
Winicjusz muwił niby spokojnie, ale w jego głosie było coś tak rozdzierającego, że serce Petroniusza zadrgało szczerą litością.
— Ja cię pojmuję — żekł — ale jak ją hcesz ratować?
— Pżepłaciłem strużuw napżud dlatego, by ratować ją od zniewag, a po wture, by nie pżeszkadzali jej w ucieczce.
— Kiedy to ma nastąpić?
— Odpowiedzieli, że nie mogą wydać mi jej natyhmiast, albowiem boją się odpowiedzialności. Gdy więzienia napełnią się mnustwem ludzi i gdy straci się rahunek więźniuw, wuwczas mi ją oddadzą. Ale to ostateczność! Pierwej ty ratuj ją i mnie! Jesteś pżyjacielem cezara. On sam mi ją oddał. Idź do niego i ratuj mnie!
Petroniusz, zamiast odpowiedzieć, zawołał niewolnika i rozkazawszy mu pżynieść dwa ciemne płaszcze i dwa miecze, zwrucił się do Winicjusza.
— Po drodze ci odpowiem — żekł. — Tymczasem weź płaszcz, weź broń i pujdziemy do więzienia. Tam daj strużom sto tysięcy sestercji, daj dwakroć i pięćkroć więcej, byle wypuścili Ligię natyhmiast. Inaczej będzie za puźno.
— Pujdźmy — żekł Winicjusz.
I po hwili obaj znaleźli się na ulicy.
— A teraz słuhaj mnie — żekł Petroniusz. — Nie hciałem tracić czasu. Jestem od dziś w niełasce. Moje własne życie wisi na włosku i dlatego nie mogę nic wskurać u cezara. Gożej! Mam pewność, że postąpi wbrew mojej prośbie. Gdyby nie to, czyż byłbym ci radził, byś uciekał z Ligią lub odbił ją? Pżecie gdybyś ty zdołał ujść, gniew cezara zwruciłby się na mnie. Ale on prędzej by dziś uczynił coś na twoją prośbę niż na moją. Nie licz jednak na to. Wydobądź ją z więzienia i uciekaj! Nic więcej ci nie pozostaje. Gdy się to nie uda, wuwczas będzie czas na inne sposoby. Tymczasem wiedz, że Ligię uwięziono nie tylko za wiarę w Chrystusa. Ją i ciebie ściga gniew Poppei. Czy ty pamiętasz, żeś obraził Augustę, żeś ją odżucił? Ona zaś wie, żeś ją odżucił dla Ligii, kturą i tak znienawidziła od pierwszego żutu oka. Wszakże już i popżednio usiłowała ją zgubić pżypisując jej czarom śmierć swego dziecka. W tym, co się stało, jest ręka Poppei! Czymże wytłumaczysz, że Ligia została pierwsza uwięziona? Kto mugł wskazać dom Linusa? A ja ci muwię, że szpiegowano ją od dawna! Wiem, że ci rozdzieram duszę i odejmuję resztę nadziei, ale muwię ci to umyślnie dlatego, że jeśli jej nie uwolnisz, zanim nie wpadną na myśl, iż będziesz prubował, to zginiecie oboje.
— Tak jest! Rozumiem! — odżekł głuho Winicjusz.
Ulice z powodu puźnej godziny były puste, jednak dalszą rozmowę pżerwał im idący z pżeciwka spity gladiator, ktury zatoczył się na Petroniusza tak, iż wsparł się dłonią na jego ramieniu, oblewając mu tważ pżesiąkniętym winem oddehem i wżeszcząc ohrypłym głosem:
— Hżeścijanie dla lwuw!
— Mirmilonie — ozwał się spokojnie Petroniusz — posłuhaj dobrej rady i ruszaj w swoją drogę.
Wtem pijany shwycił go i drugą ręką za ramię:
— Kżycz wraz ze mną, inaczej skręcę ci kark: hżeścijanie dla lwuw!
Lecz nerwy Petroniusza miały już dosyć tyh wżaskuw. Od hwili wyjścia z Palatynu dusiły go one jak zmora i rozdzierały mu uszy, więc gdy ujżał pży tym wzniesioną nad sobą pięść olbżyma, wyczerpała się miara jego cierpliwości.
— Pżyjacielu — żekł — cuhniesz winem i zawadzasz mi.
I tak muwiąc wbił mu w pierś aż po rękojeść krutki mieczyk, w ktury uzbroił się wyhodząc z domu, po czym wziąwszy pod rękę Winicjusza muwił dalej, jak gdyby nic nie zaszło:
— Cezar żekł mi dziś: „Powiedz ode mnie Winicjuszowi, żeby był na igżyskah, na kturyh wystąpią hżeścijanie”. Czy rozumiesz, co to znaczy? Oto hcą sobie wyprawić widowisko z twego bulu. To żecz ułożona. Może dlatego nie uwięziono dotąd ciebie i mnie. Jeśli jej nie zdołasz natyhmiast wydobyć, wuwczas... nie wiem!... Może Akte wstawi się za tobą, lecz czy co wskura?... Twoje ziemie sycylijskie mogłyby także skusić Tygellina. Prubuj.
— Oddam mu wszystko, co posiadam — odpowiedział Winicjusz.
Z Karyn na Forum nie było zbyt daleko, wkrutce więc doszli. Noc już poczęła blednąć i mury zamku wyhylały się wyraźnie z cienia.
Nagle, gdy skręcili ku Mamertyńskiemu więzieniu, Petroniusz stanął i żekł:
— Pretorianie!... Za puźno!
Jakoż więzienie otaczał podwujny szereg żołnieży. Bżask srebżył żelazne ih hełmy i ostża włuczni.
Tważ Winicjusza stała się blada jak marmur.
— Pujdźmy — żekł.
Po hwili stanęli pżed szeregiem. Petroniusz, ktury obdażony niezwykłą pamięcią znał nie tylko starszyznę, ale wszystkih niemal żołnieży pretorii, wnet ujżał znajomego sobie dowudcę kohorty i skinął na niego.
— A co to, Nigrze? — żekł. — Kazano wam pilnować więzienia?
— Tak jest, szlahetny Petroniuszu. Prefekt obawiał się, by nie prubowano odbić podpalaczy.
— Czy macie rozkaz nie wpuszczać nikogo? — spytał Winicjusz.
— Nie, panie. Znajomi będą odwiedzali uwięzionyh, i w ten sposub wyłapiemy więcej hżeścijan.
— Zatem mnie wpuść — żekł Winicjusz.
I ścisnąwszy dłoń Petroniusza żekł mu:
— Zobacz Akte, a ja pżyjdę dowiedzieć się, jaką ci dała odpowiedź.
— Pżyjdź — odpowiedział Petroniusz.
W tej hwili pod ziemią i za grubymi murami ozwało się śpiewanie. Pieśń, zrazu głuha i stłumiona, rosła coraz bardziej. Głosy męskie, kobiece i dziecinne łączyły się w jeden zgodny hur. Całe więzienie poczęło w ciszy świtania śpiewać jak harfa. Lecz nie były to głosy żałości ni rozpaczy. Owszem, bżmiała w nih radość i tryumf.
Żołnieże spojżeli na siebie ze zdumieniem. Na niebie zjawiły się pierwsze złote i rużowe blaski jutżni.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.