Rozdział czterdziesty usmy
Rozdział czterdziesty usmy
Słowa Apostoła wlały ufność w dusze hżeścijan. Koniec świata wydawał im się zawsze bliskim, poczęli jednak wieżyć, że straszliwy sąd nie nastąpi natyhmiast i że pżedtem jeszcze zobaczą może koniec panowania Nerona, kture uważali za panowanie Antychrysta, i karę Boską na wołające o pomstę jego zbrodnie. Pokżepieni więc w sercah, poczęli rozhodzić się po ukończeniu modłuw z podziemia i wracać do swyh tymczasowyh shronisk, a nawet i na Zatybrze, gdyż pżyszły wieści, że ogień, podłożony w kilkunastu miejscah, zwrucił się wraz ze zmianą wiatru znuw ku żece i strawiwszy tu i uwdzie, co mugł strawić, pżestał się szeżyć.
Apostoł w toważystwie Winicjusza i idącego za nimi Chilona opuścił ruwnież podziemie. Młody trybun nie śmiał mu pżerywać modlitwy, więc czas jakiś szedł w milczeniu, oczyma tylko błagając litości i drżąc z niepokoju. Lecz wiele osub pżyhodziło jeszcze całować ręce i kraj odzieży Apostoła, matki wyciągały ku niemu dzieci, inni klękali w ciemnym, długim pżejściu i podnosząc w gurę kaganki prosili o błogosławieństwo; inni wreszcie idąc w pobok śpiewali, tak że nie było hwili sposobnej ni na zapytanie, ni na odpowiedź. Tak było i w wąwozie. Dopiero gdy wyszli na wolniejszą pżestżeń, z kturej widać już było płonące miasto, Apostoł pżeżegnawszy je tżykrotnie, zwrucił się do Winicjusza i żekł:
— Nie trwuż się. Blisko stąd jest hata fossora, w kturej znajdziemy Ligię z Linusem i z wiernym jej sługą. Chrystus, ktury ci ją pżeznaczył, zahował ją dla ciebie.
A Winicjusz zahwiał się i wsparł ręką o skałę. Droga z Ancjum, wypadki pod murami, poszukiwanie Ligii wśrud gorącyh dymuw, bezsenność i straszny niepokuj o nią wyczerpały jego siły, a reszty ih pozbawiła go wiadomość, że ta najdroższa mu w świecie głowa jest blisko i że za hwilę ją ujży. Ogarnęło go nagle osłabienie tak wielkie, że osunął się do nug Apostoła i objąwszy jego kolana pozostał tak, nie mogąc słowa pżemuwić.
Apostoł zaś broniąc się od podzięki i czci żekł:
— Nie mnie, nie mnie, lecz Chrystusowi!
— Co za walne bustwo! — ozwał się z tyłu głos Chilona. — Ale nie wiem, co mam czynić z mułami, kture tu czekają opodal.
— Wstań i pujdź ze mną — żekł Piotr biorąc za rękę młodego człowieka.
Winicjusz wstał. Pży świetle łuny widać było łzy ściekające mu po pobladłej ze wzruszenia tważy. Usta tżęsły się mu, jakby się modlił.
— Pujdźmy — żekł.
Lecz Chilon znuw powtużył:
— Panie, co mam robić z mułami, kture czekają? Może by ten godny prorok wolał jehać niż iść.
Winicjusz sam nie wiedział, co odpowiedzieć, lecz usłyszawszy od Piotra, że hata kopacza leży tuż, odżekł:
— Odprowadź muły do Makryna.
— Wybacz, panie, że ci pżypomnę dom w Amerioli. Wobec tego okropnego pożaru łatwo zapomnieć o żeczy tak drobnej.
— Dostaniesz go.
— O wnuku Numy Pompiliusza, byłem zawsze pewny, ale teraz, gdy obietnicę usłyszał i ten wielkoduszny Apostoł, nie pżypominam ci nawet tego, że pżyżekłeś mi i winnicę. Pax vobiscum. Ja cię odnajdę, panie. Pax vobiscum.
Oni zaś odpowiedzieli:
— I z tobą.
Po czym zawrucili obaj na prawo ku wzgużom. Po drodze Winicjusz żekł:
— Panie! Obmyj mnie wodą hżtu, abym mugł się nazwać prawdziwym wyznawcą Chrystusa, gdyż miłuję Go ze wszystkih sił duszy mojej. Obmyj mnie prędko, bom w sercu już gotuw. I co mi pżykaże, to uczynię, ale ty mi powiedz, co bym mugł nadto uczynić.
— Miłuj ludzi jak braci swoih — odpowiedział Apostoł — bo tylko miłością możesz Mu służyć.
— Tak! Ja to już rozumiem i czuję. Dzieckiem będąc wieżyłem w boguw rzymskich, alem ih nie kohał, a tego Jedynego koham, tak, że oddałbym za Niego z radością życie.
I począł patżeć w niebo, powtażając z uniesieniem:
— Bo On jeden jest! Bo On jeden dobry i miłosierny! Więc niehby nie tylko ginęło to miasto, ale świat cały, Jemu jednemu będę świadczył i Jego wyznawał!
— A On będzie błogosławił tobie i twemu domowi — zakończył Apostoł.
Tymczasem skręcili w inny wąwuz, na kturego końcu widać było mdłe światełko. Piotr ukazał na nie ręką i żekł:
— Oto hata kopacza, ktury dał nam shronienie, gdy wruciwszy z horym Linusem z Ostrianum, nie mogliśmy się pżedostać na Zatybrze.
Po hwili doszli. Hata była raczej jaskinią wydrążoną w załomie gury, kturą od zewnątż zamknięto ścianą ulepioną z gliny i tżcin. Dżwi były zamknięte, ale pżez otwur, ktury zastępował okno, widać było oświecone ogniskiem wnętże.
Jakaś ciemna, olbżymia postać podniosła się na spotkanie pżybyłyh i poczęła pytać:
— Kto jesteście?
— Słudzy Chrystusa — odżekł Piotr. — Pokuj z tobą, Ursusie.
Ursus pohylił się do nug Apostoła, po czym poznawszy Winicjusza hwycił w kostce jego rękę i podniusł ją do ust.
— I ty, panie? — żekł. — Błogosławione nieh będzie imię Baranka za radość, jaką sprawisz Kallinie.
To żekłszy otwożył dżwi i weszli. Hory Linus leżał na pęku słomy z tważą wyhudłą i żułtym jak kość słoniowa czołem. Obok ogniska siedziała Ligia tżymając w ręku pęczek małyh ryb, nanizanyh na sznurek i pżeznaczonyh widocznie na wieczeżę.
Zajęta zdejmowaniem ryb ze sznurka i w pżekonaniu, że to whodzi Ursus, nie podniosła wcale oczu. Lecz Winicjusz zbliżył się i wymuwiwszy jej imię wyciągnął ku niej ręce. Wuwczas podniosła się szybko: błyskawica zdumienia i radości pżemknęła po jej tważy i bez słowa, jak dziecko, kture po dniah trwogi i klęski odzyskuje ojca lub matkę, żuciła się w jego otwarte ramiona.
On zaś objął ją i czas jakiś pżyciskał do piersi, ruwnież z takim uniesieniem, jakby cudownie uratowaną. Więc następnie rozplutłszy ramiona wziął w ręce jej skronie, całował czoło, oczy, i znuw ją obejmował, powtażał jej imię, potem shylał się do jej kolan i do dłoni, witał ją, wielbił, czcił. Radość jego nie miała wprost granic, jak jego miłość i szczęście.
Wreszcie począł jej opowiadać, jak pżyleciał z Ancjum, jak szukał jej pod murami i wśrud dymuw, w domu Linusa, ile się namartwił i natrwożył, i ile wycierpiał, zanim Apostoł wskazał mu jej shronienie.
— Lecz teraz — muwił — gdym cię odnalazł, ja cię tu nie zostawię wobec tego ognia i rozszalałyh tłumuw. Ludzie tu mordują się pod murami, bużą się i łupią niewolnicy. Bóg jeden wie, jakie jeszcze klęski mogą spaść na Rzym. Ale ja ocalę ciebie i was wszystkih. O droga moja!... Czy hcecie jehać ze mną do Ancjum? Tam siądziemy na statek i popłyniemy do Sycylii. Ziemie moje to wasze ziemie, domy moje to wasze domy. Słuhaj mnie! W Sycylii odnajdziesz Aulusów, wrucę cię Pomponii i wezmę cię potem z jej rąk. Wszak ty, o carissima, nie lękasz się już mnie więcej. Hżest jeszcze mnie nie obmył, ale o to zapytaj Piotra, czym mu pżed hwilą, idąc do ciebie, nie żekł, że hcę być prawdziwym wyznawcą Chrystusa, i czym go nie prosił, by mnie ohżcił, hoćby w tej hacie fossora. Zaufaj mi i zaufajcie mi wszyscy.
Ligia słuhała z rozjaśnioną tważą tyh słuw. Wszyscy tu, pżedtem z powodu pżeśladowań ze strony Żydów, a obecnie z powodu pożaru i zamętu wywołanego pżez klęskę, żyli istotnie w ciągłej niepewności i trwodze. Wyjazd do spokojnej Sycylii położyłby koniec wszystkim niepokojom, a zarazem otwożył nową epokę szczęścia w ih życiu. Gdyby Winicjusz hciał pży tym zabrać tylko samą Ligię, zapewne oparłaby się pokusie nie hcąc pożucać Piotra Apostoła i Linusa, ale Winicjusz muwił pżecie im: „Jedźcie ze mną! Ziemie moje to wasze ziemie, domy moje to wasze domy!”
Więc pohyliwszy się do jego ręki, by ją ucałować na znak posłuszeństwa, żekła:
— Twoje ognisko moim.
Po czym zawstydzona, że wymuwiła słowa, kture wedle rzymskiego zwyczaju powtażały tylko oblubienice pży ślubie, oblała się rumieńcem i stała w blasku ognia, ze spuszczoną głową, niepewna, czy jej nie wezmą ih za złe.
Lecz we wzroku Winicjusza malowało się tylko bezgraniczne uwielbienie. Zwrucił się następnie do Piotra i począł znuw muwić:
— Rzym płonie z rozkazu cezara. Już w Ancjum skarżył się, że nie widział nigdy wielkiej pożogi. Ale jeśli nie cofnął się pżed taką zbrodnią, pomyślcie, co się jeszcze stać może. Kto wie, czy ściągnąwszy wojska nie każe wymordować mieszkańcuw. Kto wie, jakie nastąpią proskrypcje, kto wie, czy po klęsce pożaru nie nastąpi klęska wojny domowej, morduw i głodu? Hrońcie się więc i hrońmy Ligię. Tam pżeczekacie bużę w spokoju, a gdy pżeminie, wrucicie znowu siać ziarno wasze.
Na zewnątż, od strony Ager Vaticanus, jakby na potwierdzenie obaw Winicjusza ozwały się jakieś odległe kżyki, pełne wściekłości i pżerażenia. W tej hwili nadszedł także kamieniaż, właściciel haty, i zamknąwszy pośpiesznie dżwi zawołał:
— Ludzie mordują się koło cyrku Nerona. Niewolnicy i gladiatorowie udeżyli na obywateli.
— Słyszycie? — żekł Winicjusz.
— Dopełnia się miara — żekł Apostoł — i klęski będą jako może niepżebrane.
Po czym zwrucił się do Winicjusza i wskazując na Ligię żekł:
— Weź tę dzieweczkę, kturą ci Bóg pżeznaczył, i ocal ją, a Linus, ktury jest hory, i Ursus niehaj odjadą z wami.
Lecz Winicjusz, ktury pokohał Apostoła całą siłą swej niepohamowanej duszy, zawołał:
— Pżysięgam ci, nauczycielu, iż cię tu nie zostawię na zgubę.
— I pobłogosławi cię Pan za twoją hęć — odżekł Apostoł — ale zali nie słyszałeś, że Chrystus tżykroć powtużył mi nad jeziorem: „Paś baranki moje!”
Winicjusz umilkł.
— Więc jeśli ty, kturemu nikt nie powieżył pieczy nade mną, muwisz, że mnie tu nie zostawisz na zgubę, jakże hcesz, abym ja odbieżał tżody mojej w dniu klęski? Gdy była buża na jezioże i gdyśmy się trwożyli w sercah, On nie opuścił nas, jakoż więc ja, sługa, nie mam iść za pżykładem Pana mojego?
Wtem Linus podniusł swą wyhudłą tważ i zapytał:
— A jakoż ja, namiestniku Pański, nie mam iść za pżykładem twoim?
Winicjusz począł wodzić ręką po głowie, jakby walczył ze sobą lub bił się z myślami, po czym hwyciwszy Ligię za rękę żekł głosem, w kturym drgała energia rzymskiego żołnieża:
>— Słuchajcie mnie, Piotrze, Linusie i ty, Ligio! Muwiłem, co mi nakazał muj ludzki rozum, ale wy macie inny, ktury nie własnego bezpieczeństwa patży, jeno pżykazań Zbawiciela. Tak! Jam tego nie rozumiał i zbłądziłem, bo z oczu moih nie zdjęte jeszcze bielmo i dawna natura odzywa się we mnie. Ale że miłuję Chrystusa i hcę być Jego sługą, pżeto, hoć mi tu o coś więcej niż o własną głowę hodzi, klękam oto pżed wami i pżysięgam, że i ja spełnię pżykazanie miłości i nie opuszczę braci moih w dniu klęski.
To żekłszy klęknął i nagle ogarnęło go uniesienie: oczy i ręce wzniusł w gurę i począł wołać:
— Zali rozumiem Cię już, o Chryste? Zalim Cię godzien?
Ręce drżały mu, oczy rozbłysły łzami, ciałem wstżąsał dreszcz wiary i miłości, Piotr zaś Apostoł wziął glinianą amforę z wodą i zbliżywszy się do niego żekł uroczyście:
— Oto cię hżczę w imię Ojca i Syna, i Ducha, amen!
Wuwczas uniesienie religijne ogarnęło wszystkih obecnyh. Zdało im się, że izba napełnia się jakimś światłem nadziemskim, że słyszą jakąś nadziemską muzykę, że skała jaskini otwiera się nad ih głowami, że z nieba spływają roje aniołuw, a hen, w guże, widać kżyż i pżebite ręce błogosławiące.
Tymczasem zewnątż rozlegały się kżyki walczącyh ludzi i huk płomieni gożejącego miasta.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.