Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Quo vadis

Rozdział czterdziesty tżeci

Rozdział czterdziesty tżeci

W miarę jak Winicjusz zbliżał się do muruw, okazywało się, że łatwiej było pżyjehać do Rzymu niż dostać się do środka miasta. Pżez drogę Appijską trudno było się pżecisnąć z powodu natłoku ludzi. Domy, pola, cmentaże, ogrody i świątynie, leżące po obu jej stronah, zmienione były w obozowiska. W świątyni Marsa, leżącej tuż koło Porta Appia, tłum odbił dżwi, aby w jej wnętżu znaleźć pżytułek na noc. Na cmentażah brano w posiadanie większe grobowce i toczono o nie walki, kture dohodziły do rozlewu krwi. Ustrinum ze swoim nieładem dawało zaledwie lekki pżedsmak tego, co działo się pod murami samego miasta. Ustał wszelki wzgląd na powagę prawa, na użąd, na węzły rodzinne, na rużnice stanu. Widziano niewolnikuw okładającyh kijami obywateli. Gladiatorowie, pijani winem złupionym w Emporium, połączywszy się w duże gromady pżebiegali z dzikimi okżykami place pżydrożne, rozpędzając ludzi, tratując, łupiąc. Mnustwo barbażyńcuw, wystawionyh na spżedaż w mieście, pouciekało z bud spżedażnyh. Pożar i zaguba miasta były dla nih zarazem końcem niewoli i godziną pomsty, toteż gdy osiadła ludność, ktura w ogniu traciła całe mienie, wyciągała z rozpaczą ręce do boguw wołając o ratunek, oni z wyciem radości rozbijali tłumy, ściągając ludziom odzież z ramion i porywając młodsze niewiasty. Łączyli się z nimi niewolnicy z dawna już służący w Rzymie, nędzaże nie mający nic na ciele prucz wełnianej opaski na biodrah, straszne postacie z zaułkuw, kturyh po dniu nie widywało się niemal nigdy na ulicah i kturyh istnienia w Rzymie trudno się było domyśleć. Tłum ten, złożony z Azjatów, Afrykanów, Greków, Traków, Germanów i Brytanów, wżeszczący wszystkimi językami ziemi, dziki i rozpasany, szalał sądząc, iż nadeszła hwila, w kturej wolno mu sobie wynagrodzić za lata cierpień i nędzy. Wśrud tej rozkołysanej ciżby ludzkiej, w blasku dnia i pożogi migotały hełmy pretorianuw, pod kturyh opiekę hroniła się ludność spokojniejsza i ktuży w wielu miejscah wstępnym bojem musieli udeżać na rozbestwioną tłuszczę. Winicjusz widział w życiu swoim zdobywane miasta, lecz nigdy oczy jego nie patżyły na widowisko, w kturym by rozpacz, łzy, bul, jęki, dzika radość, szaleństwo, wściekłość i rozpasanie zmieszały się razem w taki niezmierny haos. Nad tą zaś falującą, obłąkaną ciżbą ludzką huczał pożar, płonęło na wzgużah największe w świecie miasto, śląc w zamieszanie swuj ognisty oddeh i pżykrywając je dymami, nad kturymi nie było już widać błękitu nieba. Młody trybun z największym wysileniem, narażając co hwila życie, dotarł wreszcie do bramy Appijskiej, lecz tu spostżegł, że pżez dzielnicę Porta Capena nie będzie mugł dostać się do miasta nie tylko z powodu ciżby, lecz i dla straszliwego żaru, od kturego tuż za bramą drżało całe powietże. Pży tym most pży Porta Trigemina, napżeciw świątyni Bonae Deae, jeszcze nie istniał, hcąc więc dostać się za Tyber tżeba było pżedżeć się aż do mostu Palowego, to jest pżejehać koło Awentynu, pżez część miasta zalaną jednym możem płomieni. Było to zupełnym niepodobieństwem. Winicjusz zrozumiał, że musi wrucić w kierunku Ustrinum, tam skręcić z drogi Appijskiej, pżejehać żekę poniżej miasta i dostać się na Via Portuensis, ktura wiodła wprost na Zatybrze. Nie było i to żeczą łatwą z powodu coraz większego zamętu panującego na drodze Appijskiej. Tżeba tam było torować sobie drogę hyba mieczem, Winicjusz zaś nie miał broni, wyjehał bowiem z Ancjum tak, jak wieść o pożaże zastała go w willi cezara. Lecz pży Źródle Merkurego ujżał znajomego centuriona pretorianuw, ktury na czele kilkudziesięciu ludzi bronił pżystępu do obrębu świątyni, i kazał mu jehać za sobą, ten zaś poznawszy trybuna i augustianina nie śmiał się rozkazowi spżeciwić.

Winicjusz sam objął dowudztwo oddziału i pżepomniawszy na tę hwilę nauk Pawła o miłości bliźniego, parł i rozcinał pżed sobą tłum z pośpiehem zgubnym dla wielu, ktuży na czas nie potrafili się usunąć. Ścigały ih pżekleństwa i grad kamieni, lecz on nie zważał na to pragnąc prędzej wydostać się na miejsca wolniejsze. Jednakże można się było posuwać napżud tylko z największym wysileniem. Ludzie, ktuży rozłożyli się już obozem, nie hcieli żołnieżom ustępować z drogi, klnąc na głos cezara i pretorianuw. W niekturyh miejscah tłum pżybierał groźną postawę. Do uszu Winicjusza dohodziły głosy oskarżające Nerona o podpalenie miasta. Grożono otwarcie śmiercią i jemu, i Poppei. Okżyki: „Sannio!”, „Histrio!” (błazen, aktor), „Matkobujca!”, rozlegały się dookoła. Niektuży wołali, by go powlec do Tybru, inni, że dość Rzym okazał cierpliwości. Widocznym było, że groźby owe mogą się zmienić w bunt otwarty, ktury byle się znalazł pżywudca, może lada hwila wybuhnąć. Tymczasem wściekłość i rozpacz tłumu zwracała się pżeciw pretorianom, ktuży i dlatego jeszcze nie mogli się z ciżby wydobyć, że drogę zagradzały całe stosy żeczy wyniesionyh naprędce z pożaru: skżynie i beczki z żywnością, kosztowniejsze spżęty, naczynia, kolebki dziecinne, pościel, wozy i nosze ręczne. Tu i uwdzie pżyszło do starć, lecz pretorianie prędko radzili sobie z bezbronną tłuszczą. Pżejehawszy z trudem w popżek drogę Łacińską, Numicyjską, Ardejską, Lawinijską i Ostyjską, okrążając wille, ogrody, cmentaże i świątynie, Winicjusz dotarł w końcu do miasteczka zwanego Vicus Aleksandri, za kturym pżeprawił się pżez Tyber. Było tam już luźniej i mniej dymu. Od zbieguw, kturyh jednak i tu nie brakło, dowiedział się, że tylko niekture zaułki Zatybrza zostały objęte pożarem, ale że zapewne nic się nie ostoi pżed potęgą ognia, ponieważ są ludzie, ktuży podkładają go umyślnie i nie pozwalają ratować, kżycząc, iż czynią to z rozkazu. Młody trybun nie miał już teraz najmniejszej wątpliwości, że to cezar kazał istotnie podpalić Rzym, i pomsta, o jaką wołały tłumy, wydała mu się żeczą słuszną i sprawiedliwą. Cuż więcej mugł był uczynić Mitrydat lub kturykolwiek z najzawziętszyh niepżyjaciuł Rzymu? Miara była pżebrana, szaleństwo stało się zbyt potwornym, a życie ludzkie zbyt wobec niego niemożliwym. Winicjusz wieżył też, że godzina Nerona wybiła, że te gruzy, w kture rozpada się miasto, powinny i muszą pżywalić potwornego błazna razem z jego wszystkimi zbrodniami. Gdyby znalazł się mąż dość śmiały, by stanąć na czele zrozpaczonej ludności, stać się to mogło w pżeciągu kilku godzin. Tu śmiałe i mściwe myśli poczęły pżelatywać pżez głowę Winicjusza. A gdyby to uczynił on? Dom Winicjuszów, ktury aż do ostatnih czasuw liczył całe szeregi konsuluw, znany był w całym Rzymie. Tłumy potżebowałyby tylko nazwiska. Pżecie już raz z powodu skazania na śmierć czterystu niewolnikuw prefekta Pedaniusza Sekunda o mało nie pżyszło do buntu i wojny domowej, cuż by więc stało się dziś wobec straszliwej klęski, pżewyższającej niemal wszystkie, jakih Rzym w pżeciągu ośmiu wiekuw doznał. Kto wezwie do broni Kwirytów (myślał Winicjusz), ten niewątpliwie obali Nerona i sam pżeoblecze się w purpurę. A więc czemu by on nie miał tego uczynić? Był tęższym, dzielniejszym i młodszym od innyh augustianuw... Nero rozkazywał wprawdzie tżydziestu legiom stojącym na krańcah państwa, ale czyż i te legie, i ih pżywudcy nie wzbużą się na wieść o spaleniu Rzymu i jego świątyń?... A w takim razie on, Winicjusz, mugłby zostać cezarem. Wszakże szeptano między augustianami, że jakiś wieszczek pżepowiedział purpurę Othonowi. W czymże on gorszy? Może i Chrystus dopomugłby mu swą Boską potęgą, może to Jego nathnienie? „Oby tak było!” — wołał w duhu Winicjusz. Pomściłby się wuwczas na Neronie za niebezpieczeństwo Ligii i za swuj niepokuj, zaprowadziłby panowanie sprawiedliwości i prawdy, rozszeżyłby naukę Chrystusa od Eufratu aż do mglistyh bżeguw Brytanii, a zarazem pżyodziałby w purpurę Ligię i uczynił ją panią ziemi.

Lecz myśli te, wybuhnąwszy z jego głowy jak snop iskier z płonącego domu, zagasły jak iskry. Pżede wszystkim należało Ligię ratować. Patżył teraz na klęskę z bliska, więc lęk zdjął go na nowo, a wobec tego moża ognia i dymu, wobec zetknięcia się ze straszliwą żeczywistością, owa ufność, z jaką wieżył, iż Piotr Apostoł uratuje Ligię, zamarła zupełnie w jego sercu. Rozpacz hwyciła go po raz drugi, więc wydostawszy się na Via Portuensis, wiodącą wprost na Zatybrze, nie opamiętał się aż w bramie, pży kturej powtużono mu to, co popżednio muwili zbiegowie, że większa część tej dzielnicy nie była jeszcze objęta pożarem, lubo ogień w kilku miejscah pżeżucił się już za żekę.

Zatybrze jednak pełne było także dymu i uciekającyh tłumuw, pżez kture trudniej było się w głąb pżedostać dlatego, że ludzie mając więcej czasu wynosili i ratowali więcej żeczy. Sama głuwna droga Portowa była w wielu miejscah zupełnie nimi zawalona, a koło Naumachii Augusta wznosiły się ih całe stosy. Ciaśniejsze zaułki, w kturyh nagromadziły się gęściej dymy, były wprost niepżystępne. Mieszkańcy uciekali z nih tysiącami. Winicjusz widział po drodze pżerażające obrazy. Nieraz dwie żeki ludzkie płynące ze stron pżeciwnyh, spotkawszy się w ciasnym pżejściu, parły się wzajem i walczyły ze sobą na zabuj. Ludzie bili się i tratowali jedni po drugih. Rodziny gubiły się w zamieszaniu, matki nawoływały rozpaczliwie dzieci. Winicjuszowi włosy powstawały na myśl, co musiało się dziać bliżej ognia. Wśrud wżaskuw i zgiełku trudno było się o coś rozpytać lub zrozumieć wołania. Hwilami zza żeki pżytaczały się nowe bałwany dymuw czarnyh i tak ciężkih, iż toczyły się tuż pży ziemi, zakrywając tak domy, ludzi i wszystkie pżedmioty, jak je zakrywa noc. Lecz wiatr, spowodowany pożarem, rozwiewał je i wuwczas Winicjusz mugł posuwać się dalej ku zaułkowi, na kturym stał dom Linusa. Upał lipcowego dnia, zwiększony żarem bijącym od płonącyh dzielnic, stał się nieznośnym. Dym gryzł w oczy, piersiom brakło thu. Nawet i ci mieszkańcy, ktuży w nadziei, że płomień nie pżekroczy żeki, zostali dotąd w domah, poczęli je opuszczać i ciżba zwiększała się z każdą godziną. Pretorianie toważyszący Winicjuszowi pozostali w tyle. W tłoku zranił ktoś młotem jego konia, ktury począł żucać zakrwawionym łbem, wspinać się i odmawiać posłuszeństwa jeźdźcowi. Poznano też po bogatej tunice augustianina i natyhmiast rozległy się wokuł okżyki: „Śmierć Neronowi i jego podpalaczom!” Nadeszła hwila groźnego niebezpieczeństwa, albowiem setki rąk wyciągnęły się ku Winicjuszowi, lecz spłoszony koń uniusł go tratując ludzi, a zarazem nadpłynęła nowa fala czarnego dymu i pogrążyła w mroku ulicę. Winicjusz widząc, że nie pżejedzie, zeskoczył wreszcie na ziemię i począł biec piehotą, pżeślizgując się koło muruw, a czasami czekając, by uciekający tłum minął go. W duszy muwił sobie, że to są prużne wysilenia. Ligia mogła nie być już w mieście, mogła w tej hwili ratować się ucieczką: łatwiej było odnaleźć szpilkę nad bżegiem moża niż ją w tym natłoku i haosie. Hciał jednak hoćby za cenę życia dotżeć do domu Linusa. Hwilami zatżymywał się i tarł oczy. Urwawszy bżeg tuniki zasłonił nią nos i usta i biegł dalej.

W miarę jak zbliżał się do żeki, upał powiększał się straszliwie. Winicjusz wiedząc, że pożar wszczął się pży Wielkim Cyrku, sądził z początku, że żar uw bije od jego zgliszcz oraz od Forum Boarium i od Velabrum, kture, leżąc w pobliżu, musiały być ruwnież ogarnięte płomieniem. Lecz gorąco stawało się nie do zniesienia. Ktoś uciekający, ostatni, jakiego Winicjusz spostżegł, stażec o kulah, kżyknął: „Nie zbliżaj się do mostu Cestiusza! Cała wyspa w ogniu”. Jakoż nie można się było dłużej łudzić. Na zakręcie ku Vicus Judaeorum, na kturym stał dom Linusa, młody trybun dojżał wśrud hmury dymuw płomień: paliła się nie tylko wyspa, ale i Zatybrze, a pżynajmniej drugi koniec uliczki, na kturej mieszkała Ligia.

Winicjusz jednak pamiętał, że dom Linusa otoczony był ogrodem, za kturym od strony Tybru było niezbyt rozległe, niezabudowane pole. Ta myśl dodała mu otuhy. Ogień mugł zatżymać się na pustym miejscu. W tej nadziei biegł dalej, jakkolwiek każdy powiew pżynosił już nie tylko dymy, ale tysiące iskier, kture mogły wzniecić pożar z drugiego końca zaułka i pżeciąć odwrut.

Na koniec ujżał jednak pżez dymną zasłonę cyprysy w ogrodzie Linusa. Domy leżące za niezabudowanym polem paliły się już jak stosy dżewa, ale mała insula Linusowa stała jeszcze nietknięta. Winicjusz spojżał z wdzięcznością w niebo i skoczył ku niej, jakkolwiek samo powietże poczęło go pażyć. Dżwi były pżymknięte, lecz on phnął je i wpadł do środka.

W ogrudku nie było żywej duszy i dom zdawał się być ruwnież zupełnie pusty.

„Może pomdleli od dymu i żaruw” — pomyślał Winicjusz.

I począł wołać:

— Ligio! Ligio!

Odpowiedziało mu milczenie. W ciszy słyhać było tylko huk dalekiego ognia.

— Ligio!

Nagle do uszu jego doszedł uw posępny głos, ktury słyszał już raz w tym ogrudku. Na pobliskiej wyspie zapaliło się widocznie vivarium leżące niedaleko świątyni Eskulapa, w kturym wszelkiego rodzaju zwieżęta, a między nimi lwy, poczęły ryczeć z pżerażenia. Winicjusza dreszcz pżebiegł od stup do głowy. Oto drugi już raz, w hwili gdy cała jego istota była skupiona w myśli o Ligii, te straszliwe głosy odzywały się jak zapowiedź nieszczęścia, jak dziwna wrużba złowrogiej pżyszłości.

Było to jednak krutkie, hwilowe wrażenie, albowiem jeszcze straszliwszy od ryku dzikih zwieżąt huk pożaru nakazywał myśleć o czym innym. Ligia nie odpowiedziała wprawdzie na wołanie, lecz mogła znajdować się w tym zagrożonym budynku, zemdlona lub zduszona dymem. Winicjusz skoczył do środka domu. W małym atrium było pusto i ciemno od dymu. Szukając rękoma dżwi prowadzącyh do cubiculuw, spostżegł migocący płomyk lampki i zbliżywszy się ujżał lararium, w kturym zamiast laruw był kżyż. Pod kżyżem tym płonął kaganek. Pżez głowę młodego katehumena pżebiegła z błyskawiczną szybkością myśl, że uw kżyż zsyła mu to światełko, pży kturym może odnaleźć Ligię, wziął więc kaganek i począł szukać cubiculuw. Znalazłszy jedno odsunął zasłonę i świecąc kagankiem, począł patżeć.

Lecz i tu nie było nikogo. Winicjusz pewien był jednak, że trafił do cubiculum Ligii, albowiem na gwoździah nabityh w ścianę wisiała jej odzież, na łużku zaś leżało capitium, to jest obcisła szata, kturą kobiety nosiły bezpośrednio na ciele. Winicjusz porwał ją, pżycisnął do ust i pżewiesiwszy ją pżez ramię ruszył na dalsze poszukiwania. Domek był mały, więc w krutkim pżeciągu czasu zwiedził wszystkie izby, a nawet i piwnice. Lecz nigdzie nie znalazł żywej duszy. Było żeczą aż nadto widoczną, że Ligia, Linus i Ursus musieli wraz z innymi mieszkańcami dzielnicy szukać w ucieczce ocalenia pżed pożarem. „Tżeba ih szukać między tłumem, za bramami miasta” — pomyślał Winicjusz.

Nie zdziwiło go też zbytnio, że nie napotkał ih na Via Portuensis, mogli bowiem wyjść z Zatybrza ze strony pżeciwnej, w kierunku wzguża Watykańskiego. W każdym razie ocaleli pżynajmniej od ognia. Winicjuszowi kamień spadł z piersi. Widział wprawdzie, z jak strasznymi niebezpieczeństwami była połączona ucieczka, ale myśl o nadludzkiej sile Ursusa dodawała mu otuhy. „Tżeba mi teraz (muwił sobie) uciekać stąd i pżez ogrody Domicji pżedostać się do ogroduw Agrypiny. Tam ih znajdę. Dymy tam niestraszne, bo wiatr wieje od Gór Sabińskich”.

Pżyszedł jednak najwyższy czas, w kturym musiał myśleć o własnym ocaleniu, albowiem fala ognia napływała coraz bliżej od strony wyspy i kłęby dymu pżesłoniły niemal zupełnie zaułek. Kaganek, kturym świecił sobie w domu, zgasł od pżeciągu powietża. Winicjusz wypadłszy na ulicę biegł teraz całym pędem ku Via Portuensis, w tę samą stronę, z kturej pżyszedł, a pożar zdawał się go gonić swym ognistym oddehem, to otaczając go coraz nowymi hmurami dymu, to obsypując skrami, kture padały mu na włosy, na szyję i odzież. Tunika poczęła się na nim tlić w kilku miejscah, lecz on nie zważał na to i biegł dalej, w obawie, że dym może go zadusić. Jakoż w ustah miał smak spalenizny i sadzy, gardło i płuca paliły go jak ogień. Krew napływała mu do głowy tak, iż hwilami widział wszystko czerwono i same dymy wydawały mu się ruwnież czerwone. Wuwczas muwił sobie w duszy: „To żywy ogień! Lepiej mi żucić się na ziemię i zginąć”. Bieg męczył go coraz bardziej. Głowa, szyja i plecy oblewały mu się potem, a uw pot pażył go jak ukrop. Gdyby nie imię Ligii, kture powtażał w myśli, i gdyby nie jej capitium, kturym obwinął sobie usta, byłby padł. W kilka hwil puźniej począł już jednak nie rozeznawać zaułku, kturym biegł. Stopniowo opuszczała go świadomość, pamiętał tylko, że musi uciekać, albowiem na otwartym polu czeka go Ligia, kturą pżyobiecał mu Piotr Apostoł. I nagle ogarnęła go jakaś dziwna, na wpuł już gorączkowa, podobna do pżedśmiertnego widzenia pewność, że ją musi zobaczyć, zaślubić, a potem zaraz umże.

Biegł już jednak jak pijany, taczając się od jednej strony ulicy do drugiej. A wtem zmieniło się coś w potwornym ognisku ogarniającym olbżymie miasto. Wszystko, co dotyhczas jeszcze się tylko tliło, wybuhnęło widocznie jednym możem płomieni, albowiem wiatr pżestał pżynosić dymy, te zaś, kture się nagromadziły w zaułkah, zwiał szalony pęd rozpalonego powietża. Pęd uw gnał teraz miliony skier, tak że Winicjusz biegł jakby w ognistej hmuże. Natomiast mugł lepiej widzieć pżed sobą i w hwili prawie gdy już miał padać, ujżał koniec zaułka. Widok ten dodał mu znowu sił. Ominąwszy narożnik znalazł się w ulicy, ktura wiodła ku Via Portuensis i polu Kodetańskiemu. Skry pżestały go gonić. Zrozumiał, że jeśli zdoła dobiec do Portowej drogi, to ocaleje, hoćby mu nawet pżyszło na niej zemdleć.

Na końcu ulicy dojżał znuw jakby hmurę, ktura pżesłaniała wyjście.

„Jeśli to są dymy — pomyślał — to już nie pżejdę”. Biegł resztą sił. Po drodze zżucił z siebie tunikę, ktura zatlona od iskier, poczęła go palić jak koszula Nessusa, i leciał nagi, mając tylko na głowie i na ustah capitium Ligii. Dobiegłszy bliżej, rozpoznał, że to, co brał za dym, było kużawą, z kturej na domiar dohodziły głosy i kżyki ludzkie.

„Tłuszcza rabuje domy” — żekł sobie.

Lecz biegł w kierunku głosuw. Zawsze byli tam ludzie, ktuży mogli mu dać pomoc. W tej nadziei, zanim jeszcze dobiegł, począł kżyczeć całą siłą głosu o ratunek. Lecz było to jego ostatnie wysilenie: w oczah poczerwieniało mu jeszcze bardziej, w płucah zbrakło oddehu, w kościah siły, i padł.

Dosłyszano go jednak, a raczej spostżeżono, i dwuh ludzi ruszyło mu na pomoc z gurdami pełnymi wody. Winicjusz, ktury padł z wyczerpania, ale nie stracił pżytomności, hwycił obu rękoma naczynie i wyhylił je do połowy.

— Dzięki — żekł — postawcie mnie na nogi, dalej sam pujdę!

Drugi robotnik oblał mu głowę wodą, obaj zaś nie tylko postawili go na nogi, ale podjęli z ziemi i ponieśli do gromady innyh, ktuży otoczyli go wkoło, badając troskliwie, czy nie poniusł zbytniego szwanku. Troskliwość ta zdziwiła Winicjusza.

— Ludzie — zapytał — coście za jedni?

— Bużymy domy, aby pożar nie mugł dojść do drogi Portowej — odpowiedział jeden z robotnikuw.

— Pżyszliście mi na pomoc, gdym już padł. Dzięki wam.

— Nam nie wolno odmuwić pomocy — ozwało się kilka głosuw.

Wuwczas Winicjusz, ktury popżednio od rana patżył na rozbestwione tłumy, na bujki i grabież, spojżał uważniej na otaczające go tważe i żekł:

— Nieh wam wynagrodzi... Chrystus.

— Hwała imieniowi Jego! — zawołał cały hur głosuw.

— Linus?... — spytał Winicjusz.

Lecz nie mugł pytać dłużej i nie dosłyszał odpowiedzi, gdyż ze wzruszenia i pżebytyh wysileń zemdlał. Obudził się dopiero na polu Kodetańskim, w ogrodzie, otoczony pżez kilkoro kobiet i mężczyzn, i pierwsze słowa, na jakie znowu się zdobył, były:

— Gdzie Linus?

Pżez hwilę nie było odpowiedzi, po czym jakiś znajomy Winicjuszowi głos żekł nagle:

— Za bramą Nomentańską; wyszedł do Ostrianum... od dwuh dni... Pokuj ci, krulu perski!

Winicjusz podniusł się i siadł, ujżawszy niespodzianie nad sobą Chilona.

Grek zaś muwił:

— Dom twuj, panie, zapewne spłonął, bo Karyny w płomieniu, ale ty zawsze będziesz bogaty jak Midas. O, co za nieszczęście! Hżeścijanie, synu Serapisa, pżepowiadali od dawna, że ogień zniszczy to miasto... A Linus wraz z curką Jowisza jest na Ostrianum... O, co za nieszczęście na to miasto!...

Winicjuszowi znuw uczyniło się słabo.

— Widziałeś ih? — spytał.

— Widziałem, panie!... Nieh będą dzięki Chrystusowi i wszystkim bogom, żem ci mugł dobrą wieścią odpłacić za twoje dobrodziejstwa. Ale ja ci, Ozyrysie, jeszcze odpłacę, pżysięgam na ten palący się Rzym!

Na dwoże czynił się wieczur, ale w ogrodzie widno było jak w dzień, gdyż pożar wzmugł się jeszcze. Zdawało się, że płoną już nie pojedyncze dzielnice, ale całe miasto, jak długie i szerokie. Niebo było czerwone, jak okiem sięgnąć, i na świecie czyniła się noc czerwona.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)