Rozdział tżydziesty drugi
Rozdział tżydziesty drugi
Petroniusz odszedł do domu wzruszając ramionami i niezadowolony mocno. Spostżegł teraz i on, że pżestali się z Winicjuszem rozumieć i że dusze ih rozbiegły się zupełnie. Niegdyś Petroniusz miał nad młodym żołnieżem ogromny wpływ. Był mu we wszystkim wzorem i często kilka ironicznyh słuw z jego strony wystarczało, by Winicjusza od czegoś powstżymać lub do czegoś pophnąć. Obecnie nie zostało z tego nic, tak dalece, że Petroniusz nie prubował nawet dawnyh sposobuw, czując, że jego dowcip i ironia ześlizną się bez żadnego skutku po nowyh pokładah, jakie na duszę Winicjusza nałożyła miłość i zetknięcie się z niepojętym światem hżeścijańskim. Doświadczony sceptyk rozumiał, że stracił klucz do tej duszy. Pżejmowało go też to niezadowoleniem, a nawet i obawą, kturą spotęgowały jeszcze wypadki tej nocy. „Jeśli to ze strony Augusty nie pżemijające zahcenie, lecz trwalsza żądza — myślał Petroniusz — to będzie jedno z dwojga: albo Winicjusz jej się nie opże i może być pżez lada wypadek zgubiony, albo, co dziś do niego podobne, opże się i w takim razie będzie zgubiony na pewno, a z nim mogę być i ja, hoćby dlatego, że jestem jego krewnym i że Augusta, objąwszy niehęcią całą rodzinę, pżeżuci wagę swego wpływu na stronę Tygellina...” I tak, i tak było źle. Petroniusz był człowiekiem odważnym i śmierci się nie bał, ale nie spodziewając się od niej niczego, nie hciał jej wywoływać. Po długim namyśle postanowił wreszcie, że najlepiej i najbezpieczniej będzie wyprawić Winicjusza z Rzymu w podruż. Ah, gdyby mugł dać mu w dodatku na drogę Ligię, byłby to z radością uczynił. Lecz i tak spodziewał się, że nie będzie mu go zbyt trudno namuwić. Wuwczas rozpuściłby na Palatynie wieść o horobie Winicjusza i odsunąłby niebezpieczeństwo zaruwno od niego jak i od siebie. Augusta ostatecznie nie wiedziała, czy była pżez Winicjusza poznana; mogła pżypuszczać, że nie, więc jej miłość własna dotyhczas niezbyt ucierpiała. Inaczej mogło być jednak w pżyszłości i należało temu zapobiec. Petroniusz hciał pżede wszystkim wygrać na czasie, rozumiał bowiem, że skoro raz cezar ruszy do Achai, wuwczas Tygellinus, ktury się na niczym z zakresu sztuki nie rozumiał, zejdzie na drugi plan i straci swuj wpływ. W Grecji Petroniusz pewien był zwycięstwa nad wszystkimi wspułzawodnikami.
Tymczasem postanowił czuwać nad Winicjuszem i zahęcać go do podruży. Pżez kilkanaście dni rozmyślał nawet nad tym, że gdyby wyrobił u cezara edykt, wypędzający hżeścijan z Rzymu, to Ligia opuściłaby go razem z innymi wyznawcami Chrystusa, a za nią i Winicjusz. Wuwczas nie potżeba by go namawiać. Sama zaś żecz była możliwa. Wszakże nie tak dawno jeszcze, gdy Żydzi wszczęli rozruhy z nienawiści do hżeścijan, Klaudiusz cezar, nie umiejąc odrużnić jednyh od drugih, wypędził Żydów. Czemu by zatem Nero nie miał wypędzić hżeścijan? W Rzymie byłoby pżestronniej. Petroniusz po owej „pływającej uczcie” widywał codziennie Nerona i na Palatynie, i w innyh domah. Podsunąć mu podobną myśl było łatwo, bo cezar nie opierał się nigdy namowom pżynoszącym komuś zgubę lub szkodę. Po dojżałym zastanowieniu Petroniusz ułożył sobie cały plan. Oto wyprawi u siebie ucztę i na niej skłoni cezara do wydania edyktu. Miał nawet niepłonną nadzieję, że cezar jemu powieży wykonanie. Wuwczas wyprawiłby Ligię, ze wszystkimi należnymi kohance Winicjusza względami, na pżykład do Baiae i niehby się tam kohali i bawili w hżeścijaństwo, ile by im się podobało.
Tymczasem odwiedzał Winicjusza często, raz dlatego, że pży całym swym rzymskim egoizmie nie mugł się pozbyć pżywiązania do niego, a po wture, by namawiać go do podruży. Winicjusz udawał horego i nie pokazywał się na Palatynie, gdzie co dzień powstawały inne zamiary. Pewnego dnia wreszcie Petroniusz usłyszał z własnyh ust cezara, że wybiera się stanowczo za tży dni do Ancjum, i zaraz nazajutż poszedł zawiadomić o tym Winicjusza.
Lecz uw pokazał mu listę osub zaproszonyh do Ancjum, kturą rano pżyniusł mu wyzwoleniec cezara.
— Jest na niej moje nazwisko — żekł — jest i twoje. Wruciwszy zastaniesz taką samą u siebie.
— Gdyby mnie nie było między zaproszonymi — odpowiedział Petroniusz — to by znaczyło, że tżeba umżeć, nie spodziewam się zaś, by to nastąpiło pżed podrużą do Achai. Będę tam Neronowi zbyt potżebny.
Po czym pżejżawszy listę żekł:
— Ledwośmy pżybyli do Rzymu, tżeba znuw opuścić dom i wlec się do Ancjum. Ale tżeba! Bo to nie tylko zaproszenie, to zarazem rozkaz.
— A gdyby kto nie posłuhał?
— Dostałby innego rodzaju wezwanie: by się wybrał w znacznie dłuższą podruż, w taką, z kturej się nie wraca. Co za szkoda, żeś nie posłuhał mojej rady i nie wyjehał, puki był czas. Teraz musisz do Ancjum.
— Teraz muszę do Ancjum... Patżże, w jakih my czasah żyjemy i jakimi podłymi jesteśmy niewolnikami.
— Czyś to dziś dopiero spostżegł?
— Nie. Ale widzisz, tyś mi dowodził, że nauka hżeścijańska jest niepżyjaciułką życia, bo nakłada na nie więzy. A czyż mogą być twardsze niż te, kture nosimy? Tyś muwił: „Grecja stwożyła mądrość i piękność, a Rzym moc”. Gdzież nasza moc?
— Zawołaj sobie Chilona. Nie mam dziś żadnej ohoty do filozofowania. Na Herkulesa! Nie ja stwożyłem te czasy i nie ja za nie odpowiadam. Muwmy o Ancjum. Wiedz, że czeka cię tam wielkie niebezpieczeństwo i że lepiej by może było dla ciebie zmieżyć się z tym Ursusem, ktury zdławił Krotona, niż tam jehać, a jednak nie możesz nie jehać.
Winicjusz skinął niedbale dłonią i żekł:
— Niebezpieczeństwo! My wszyscy brodzimy w mroku śmierci i co hwila jakaś głowa zanuża się w uw mrok.
— Czy mam ci wyliczać wszystkih, ktuży mieli trohę rozumu i dlatego mimo czasuw Tyberiusza, Kaliguli, Klaudiusza i Nerona dożyli osiemdziesięciu lub dziewięćdziesięciu lat? Nieh ci za pżykład posłuży hoćby tylko taki Domicjusz Afer. Ten zestażał się spokojnie, hoć całe życie był złodziejem i łotrem.
— Może dlatego! Może właśnie dlatego! — odpowiedział Winicjusz.
Po czym jął pżeglądać listę i żekł:
— Tygellinus, Watyniusz, Sekstus Afrykanus, Akwilinus Regulus, Suiliusz Nerulinus, Epriusz Marcelus i tak dalej! Co za zbiur hołoty i łotruw!... I powiedzieć, że to żądzi światem!... Czy nie lepiej by im pżystało obwozić jakieś egipskie albo syryjskie bustwo po miasteczkah, bżąkać w sistry i zarabiać na hleb wrużbiarstwem albo skokami?...
— Lub pokazywać uczone małpy, rahujące psy albo osła dmuhającego we flet — dodał Petroniusz. — Wszystko to prawda, ale muwmy o czymś ważniejszym. Zbież uwagę i słuhaj mnie: opowiadałem na Palatynie, żeś hory i nie możesz opuszczać domu, tymczasem nazwisko twoje znajduje się jednak na liście, co dowodzi, że ktoś nie uwieżył moim opowiadaniom i postarał się o to umyślnie. Neronowi nic na tym nie zależało, albowiem jesteś dla niego żołnieżem, z kturym co najwyżej można gadać o gonitwah w cyrku i ktury o poezji i muzyce nie ma pojęcia. Otuż o umieszczenie twego nazwiska postarała się hyba Poppea, a to znaczy, że jej żądza ku tobie nie była pżemijającym zahceniem i że pragnie cię zdobyć.
— Odważna z niej Augusta!
— Odważna zaiste, bo może cię zgubić bez ratunku. A niehby Wenus nathnęła ją jak najprędzej inną miłością, ale puki hce jej się ciebie, musisz zahować jak największe ostrożności. Miedzianobrodemu ona już poczyna powszednieć, woli już dziś Rubrię lub Pitagorasa, lecz pżez samą miłość własną wywarłby na was najstraszniejszą zemstę.
— W gaju nie wiedziałem, że to ona do mnie muwiła, ale pżecieżeś podsłuhiwał i wiesz, co jej odpowiedziałem: że koham inną i że jej nie hcę.
— A ja cię zaklinam na wszystkih boguw podziemnyh, nie trać tej resztki rozumu, kturą ci jeszcze hżeścijanie zostawili. Jak można się wahać mając wybur między zgubą prawdopodobną a pewną? Zali nie muwiłem ci już, że gdybyś zranił miłość własną Augusty, nie byłoby dla ciebie ratunku? Na Hades! Jeśli ci życie zbżydło, to lepiej sobie zaraz żyły otwuż lub żuć się na miecz, bo gdy obrazisz Poppeę, może cię spotkać śmierć mniej lekka. Niegdyś pżyjemniej było z tobą muwić! O co właściwie ci hodzi? Czy cię ubędzie? Czy ci to pżeszkodzi kohać twoją Ligię? Pamiętaj pży tym, że Poppea widziała ją na Palatynie i że nietrudno jej się będzie domyśleć, dla kogo odżucasz tak wysokie łaski. A wuwczas wydobędzie ją hoćby spod ziemi. Zgubisz nie tylko siebie, ale i Ligię, rozumiesz?
Winicjusz słuhał, jakby myśląc o czym innym, i wreszcie żekł:
— Ja muszę ją widzieć.
— Kogo? Ligię?
— Ligię.
— Wiesz, gdzie ona jest?
— Nie.
— Więc zaczniesz znuw szukać jej po staryh cmentażah i na Zatybrzu?
— Nie wiem, ale muszę ją widzieć.
— Dobże. Jakkolwiek jest hżeścijanką, może się okaże, iż jest rozsądniejsza od ciebie, a okaże się to z pewnością, jeśli nie hce twojej zguby.
Winicjusz ruszył ramionami.
— Wyratowała mnie z rąk Ursusa.
— W takim razie śpiesz się, bo Miedzianobrody nie będzie zwlekał z wyjazdem. Wyroki śmierci może wydawać i z Ancjum.
Lecz Winicjusz nie słuhał. Zajmowała go tylko jedna myśl: zobaczenia się z Ligią, więc począł rozmyślać nad sposobami.
Tymczasem zdażyła się okoliczność, ktura mogła usunąć wszystkie trudności. Oto nazajutż pżyszedł niespodzianie do niego Chilo.
Pżyszedł nędzny i obdarty, z oznakami głodu w tważy i w podartym łahmanie, służba jednak, ktura miała dawniej rozkaz puszczania go o każdej poże dnia i nocy, nie śmiała go wstżymywać, tak że wszedł prosto do atrium, i stanąwszy pżed Winicjuszem, żekł:
— Nieh ci bogowie dadzą nieśmiertelność i podzielą się z tobą władzą nad światem.
Winicjusz w pierwszej hwili miał ohotę kazać wyżucić go za dżwi. Lecz pżyszła mu myśl, że może Grek wie coś o Ligii, i ciekawość pżemogła obżydzenie.
— To ty? — spytał. — Co się z tobą dzieje?
— Źle, synu Jowisza — odpowiedział Chilon. — Prawdziwa cnota to towar, o ktury nikt dziś nie zapyta, i prawdziwy mędżec musi być rad i z tego, jeśli raz na pięć dni ma za co kupić baranią głowę u żeźnika, kturą ogryza na poddaszu, popijając łzami. Ah, panie! Wszystko, coś mi dał, wydałem na księgi u Atraktusa, a potem okradziono mnie, zniszczono; niewolnica, ktura miała spisywać moją naukę, uciekła zabrawszy resztę tego, czym twoja wspaniałomyślność mnie obdażyła. Nędzaż jestem, alem pomyślał sobie: do koguż mam się udać, jeśli nie do ciebie, Serapisie, kturego koham, ubustwiam i za kturego narażałem życie moje!
— Po coś pżyszedł i co pżynosisz?
— Po pomoc, Baalu, a pżynoszę ci moją nędzę, moje łzy, moją miłość i wreszcie wiadomości, kture pżez miłość dla ciebie zebrałem. Pamiętasz, panie, com ci w swoim czasie muwił, że odstąpiłem niewolnicy boskiego Petroniusza jedną nitkę z pżepaski Wenery w Pafos?... Dowiadywałem się teraz, czy jej to pomogło, i ty, synu Słońca, ktury wiesz, co się w tamtym domu dzieje, wiesz także, czym jest tam Eunice. Mam jeszcze taką jedną nitkę. Zahowałem ją dla ciebie, panie.
Tu pżerwał spostżegłszy gniew zbierający się w brwiah Winicjusza i hcąc upżedzić wybuh żekł prędko:
— Wiem, gdzie mieszka boska Ligia, wskażę ci, panie, dom i zaułek.
Winicjusz potłumił wzruszenie, jakim pżejęła go ta wiadomość, i żekł:
— Gdzie ona jest?
— U Linusa, starszego kapłana hżeścijan. Ona tam jest wraz z Ursusem, a ten po dawnemu hodzi do młynaża, ktury zwie się tak jak twuj dyspensator, panie, Demas... Tak, Demas. Ursus pracuje nocami, więc otoczywszy dom w nocy, nie znajdzie się go... Linus jest stary... a w domu prucz niego są tylko jeszcze starsze dwie niewiasty.
— Skąd to wszystko wiesz?
— Pamiętasz, panie, że hżeścijanie mieli mnie w swym ręku i oszczędzili. Glaukus myli się wprawdzie, mniemając, żem ja pżyczyną jego nieszczęść, ale uwieżył w to nieborak i wieży dotąd, a jednak oszczędzili mnie! Więc nie dziw się, panie, że wdzięczność napełniła mi serce. Jam człowiek z dawnyh, lepszyh czasuw. Zatem myślałem: mamże zaniehać moih pżyjaciuł i dobroczyńcuw? Zali nie byłoby zatwardziałością nie zapytać o nih, nie wywiedzieć się, co się z nimi dzieje, jak im służy zdrowie i gdzie mieszkają? Na pessinuncką Cybelę! Nie ja jestem do tego zdolny. Wstżymywała mnie z początku obawa, żeby źle nie zrozumieli myh zamiaruw. Ale miłość, jaką do nih miałem, okazała się większą od obawy, a zwłaszcza dodała mi otuhy ta łatwość, z jaką oni pżebaczają wszelkie kżywdy. Pżede wszystkim jednak myślałem o tobie, panie. Ostatnia nasza wyprawa zakończyła się porażką, a czyż taki syn Fortuny może pogodzić się z tą myślą? Więc pżygotowałem ci zwycięstwo. Dom stoi osobno. Możesz go kazać otoczyć niewolnikom tak, że i mysz się nie wyśliźnie. O, panie, panie! od ciebie zależy tylko, by jeszcze dzisiejszej nocy ta wielkoduszna krulewna znalazła się w domu twoim. Ale jeśli się to stanie, pomyśl, że pżyczynił się do tego bardzo biedny i zgłodniały syn mojego ojca.
Winicjuszowi krew napłynęła do głowy. Pokusa raz jeszcze wstżąsnęła całym jego jestestwem. Tak jest! To był sposub i tym razem sposub pewny. Gdy raz będzie miał Ligię u siebie, ktuż zdoła mu ją odjąć? Gdy raz uczyni Ligię swoją kohanką, cuż jej pozostanie innego, jak zostać nią na zawsze? I nieh zginą wszelkie nauki! Co dla niego będą znaczyli wuwczas hżeścijanie, razem z ih miłosierdziem i posępną wiarą? Zali nie czas otżąsnąć się z tego wszystkiego? Zali nie czas rozpocząć żyć, jak wszyscy żyją? Co następnie uczyni Ligia, jak pogodzi swuj los z nauką, kturą wyznaje, to ruwnież żecz mniejsza. To są żeczy bez wagi! Pżede wszystkim będzie jego i to dziś jeszcze. A i to pytanie, czy się w jej duszy ostoi owa nauka wobec tego nowego dla niej świata, wobec rozkoszy i uniesień, kturym musi się poddać? A stać się to może jeszcze dziś. Dość zatżymać Chilona i wydać o zmroku rozkazy. I potem radość bez końca! „Czym było moje życie? — myślał Winicjusz. — Cierpieniem, niezaspokojoną żądzą i zadawaniem sobie ciągłyh pytań bez odpowiedzi”. W ten sposub pżetnie i skończy się wszystko. Pżypomniał sobie wprawdzie, że pżyżekł jej, iż nie wzniesie na nią ręki. Ale na cuż pżysięgał? Nie na boguw, bo w nih już nie wieżył, nie na Chrystusa, bo w Niego jeszcze nie wieżył. Zresztą, jeśli będzie się czuła pokżywdzona, zaślubi ją i w ten sposub wynagrodzi jej kżywdę. Tak! Do tego czuje się zobowiązanym, bo pżecież zawdzięcza jej życie. Tu pżypomniał mu się uw dzień, w kturym wraz z Krotonem wpadł do jej shronienia; pżypomniał sobie wzniesioną nad sobą pięść Ursusa i wszystko, co nastąpiło potem. Ujżał ją znuw shyloną nad jego łożem, pżebraną w struj niewolnicy, piękną jak bustwo, dobroczynną i uwielbioną. Oczy jego mimo woli pżeniosły się na lararium i na uw kżyżyk, ktury zostawiła mu odhodząc. Zali jej za to wszystko zapłaci nowym zamahem? Zali będzie ją ciągał za włosy do cubiculum jak niewolnicę? I jakże potrafi to uczynić, skoro nie tylko jej pożąda, ale ją koha, a koha za to właśnie, że jest taką, jaką jest? I nagle uczuł, że nie dość mu ją mieć w domu, nie dość hwycić pżemocą w ramiona i że jego miłość hce już czegoś więcej, to jest: jej zgody, jej kohania i jej duszy. Błogosławiony ten dah, jeśli ona wejdzie pod niego dobrowolnie, błogosławiona hwila, błogosławiony dzień, błogosławione życie. Wuwczas szczęście obojga będzie jako może niepżebrane i jako słońce. Ale porwać ją pżemocą byłoby to zabić na wieki takie szczęście, a zarazem zniszczyć, splugawić i zohydzić to, co jest najdroższe i jedynie ukohane w życiu.
Zgroza pżejęła go teraz na samą myśl o tym. Spojżał na Chilona, ktury, wpatrując się w niego, zasunął rękę pod łahman i drapał się niespokojnie, po czym pżejęło go niewypowiedziane obżydzenie i hęć zdeptania tego dawnego pomocnika tak, jak depce się plugawe robactwo lub jadowitego węża. Po hwili wiedział już, co ma uczynić. Lecz nie znając w niczym miary, a idąc za popędem swej srogiej rzymskiej natury, zwrucił się do Chilona i żekł:
— Nie uczynię tego, co mi radzisz, byś jednak nie odszedł bez nagrody, na jaką zasługujesz, każę ci dać tżysta ruzeg w domowym ergastulum .
Chilo zbladł. W pięknej tważy Winicjusza tyle było zimnej zawziętości, iż ani hwili nie mugł się łudzić nadzieją, by obiecana zapłata była tylko okrutnym żartem.
Więc żucił się w jednej hwili na kolana i zgiąwszy się począł jęczeć pżerywanym głosem:
— Jak to, krulu perski? za co?... Piramido łaski! Kolosie miłosierdzia! za co?... Jam stary, głodny, nędzny... Służyłem ci. Tak że się odwdzięczasz?...
— Jak ty hżeścijanom — odparł Winicjusz.
I zawołał dyspensatora.
Lecz Chilo skoczył do jego nug i objąwszy je konwulsyjnie, wołał jeszcze, z tważą pokrytą śmiertelną bladością:
— Panie, panie!... Jam stary! Pięćdziesiąt, nie tżysta... Pięćdziesiąt dosyć!... Sto, nie tżysta!... Litości! litości!
Winicjusz odtrącił go nogą i wydał rozkaz. W mgnieniu oka za dyspensatorem wbiegło dwuh silnyh Kwadów, ktuży, porwawszy Chilona za resztki włosuw, okręcili mu głowę jego własnym łahmanem i powlekli go do ergastulum.
— W imię Chrystusa!... — zawołał Grek we dżwiah do korytaża.
Winicjusz został sam. Wydany rozkaz podniecił go i ożywił. Tymczasem starał się zebrać rozpieżhłe myśli i pżyprowadzić je do ładu. Czuł wielką ulgę i zwycięstwo, jakie nad sobą odniusł, napełniało go otuhą. Zdawało mu się, że uczynił jakiś wielki krok ku Ligii i że powinna go spotkać za to jakaś nagroda. W pierwszej hwili nie pżyszło mu nawet na myśl, jak ciężkiej dopuścił się niesprawiedliwości względem Chilona i że kazał go smagać za to samo, za co pżedtem nagradzał. Nadto był jeszcze Rzymianinem, by go miał boleć cudzy bul i by miał zapżątać swą uwagę jednym nędznym Grekiem. Gdyby nawet był pomyślał o tym, sądziłby, iż postąpił słusznie, rozkazawszy ukarać nikczemnika. Lecz on myślał o Ligii i muwił jej: „Nie zapłacę ci złem za dobre, a gdy się kiedyś dowiesz, jak postąpiłem z tym, ktury hciał mnie namuwić do podniesienia na ciebie ręki, będziesz mi za to wdzięczna”. Tu jednak zastanowił się, czy Ligia pohwaliłaby jego postępek z Chilonem. Wszakże nauka, kturą ona wyznaje, każe pżebaczać; wszak hżeścijanie pżebaczyli nędznikowi, hoć większe mieli do zemsty powody. Wuwczas dopiero ozwał mu się w duszy kżyk: „W imię Chrystusa!” Pżypomniał sobie, że podobnym okżykiem Chilo wykupił się z rąk Liga, i postanowił darować mu resztę kary.
W tym celu miał właśnie zawołać dyspensatora, gdy ten sam stanął pżed nim i żekł:
— Panie, uw stażec omdlał, a może i umarł. Czy mam kazać go ćwiczyć dalej?
— Ocucić go i stawić pżede mną.
Żądca atrium znikł za zasłoną, lecz cucenie nie musiało iść łatwo, albowiem Winicjusz czekał jeszcze czas długi i poczynał się już niecierpliwić, gdy wreszcie niewolnicy wprowadzili Chilona i na znak dany sami cofnęli się natyhmiast.
Chilo blady był jak płutno i wzdłuż nug jego spływały na mozaikę atrium nitki krwi. Był jednak pżytomny i padłszy na kolana począł muwić z wyciągniętymi rękoma:
— Dzięki ci panie! Jesteś miłosierny i wielki.
— Psie — żekł Winicjusz — wiedz, żem ci pżebaczył dla tego Chrystusa, kturemu i sam życie zawdzięczam.
— Będę służył, panie, Jemu i tobie.
— Milcz i słuhaj. Wstań! Pujdziesz ze mną i pokażesz mi dom, w kturym mieszka Ligia.
Chilo zerwał się, lecz zaledwie stanął na nogah, pobladł jeszcze śmiertelniej i żekł mdlejącym głosem:
— Panie, jam naprawdę głodny... Pujdę, panie, pujdę! Lecz nie mam sił... Każ mi dać hoć resztki z misy twego psa, a pujdę!
Winicjusz kazał mu dać jeść, sztukę złota i płaszcz. Lecz Chilo, kturego osłabiły razy i głud, nie mugł iść nawet po posiłku, hoć strah podnosił mu włosy na głowie, by Winicjusz nie wziął jego osłabienia za opur i nie kazał go smagać na nowo.
— Nieh jeno wino mnie rozgżeje — powtażał szczękając zębami — będę mugł iść zaraz, hoćby do Wielkiej Grecji.
Jakoż po pewnym czasie odzyskał trohę sił i wyszli. Droga była długa. Linus bowiem mieszkał, jak większa część hżeścijan, na Zatybrzu, niedaleko od domu Miriam. Chilo pokazał wreszcie Winicjuszowi osobny mały domek, otoczony murem pokrytym całkiem pżez bluszcze, i żekł:
— To tu, panie.
— Dobże — żekł Winicjusz — idź teraz precz, ale pierwej posłuhaj, co ci powiem: zapomnij, żeś mi służył; zapomnij, gdzie mieszka Miriam, Piotr i Glaukus; zapomnij ruwnież o tym domu i o wszystkih hżeścijanah. Pżyjdziesz każdego miesiąca do mego domu, gdzie Demas wyzwoleniec będzie ci wypłacał po dwie sztuki złota. Lecz gdybyś dalej szpiegował hżeścijan, każę cię zaćwiczyć lub oddam w ręce prefekta miasta.
Chilo skłonił się i żekł:
— Zapomnę.
Lecz gdy Winicjusz znikł na zakręcie uliczki, wyciągnął za nim ręce i grożąc pięściami, zawołał:
— Na Ate i na Furie, nie zapomnę!
Po czym znuw osłabł.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.