Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Quo vadis

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Na ten list Winicjusz nie miał już odpowiedzi, gdyż Petroniusz nie odpisywał spodziewając się widocznie, że cezar lada dzień nakaże powrut do Rzymu. Jakoż wieść o tym rozeszła się w mieście i wzbudziła radość wielką w sercah tłuszczy, tęskniącej do igżysk i rozdawnictwa zboża i oliwy, kturyh wielkie zapasy nagromadzone były w Ostii. Helius, wyzwoleniec Nerona, zapowiedział wreszcie jego powrut w senacie. Lecz Nero, wsiadłszy wraz z dworem na statki u pżylądka Misenum, wracał z wolna, wstępując do miast nadbżeżnyh dla wypoczynku lub dla występuw w teatrah. W Minturnae, gdzie znuw śpiewał publicznie, zabawił dni kilkanaście, a nawet znuw się namyślał, czy nie wrucić do Neapolu i nie czekać tam na nadejście wiosny, ktura zresztą czyniła się wcześniejsza niż zwykle i ciepła. Pżez cały ten czas Winicjusz żył zamknięty w swym domu, z myślą o Ligii i o tyh wszystkih nowyh żeczah, kture zajmowały mu duszę i wnosiły do niej obce jej dotąd pojęcia i uczucia. Widywał tylko od czasu do czasu Glauka lekaża, kturego każde odwiedziny napełniały go wewnętżną radością, albowiem mugł z nim rozmawiać o Ligii. Glaukus nie wiedział wprawdzie, gdzie znalazła shronienie, zapewniał go jednak, że starsi otoczyli ją troskliwą opieką. Raz też, wzruszony smutkiem Winicjusza, powiedział mu, że Piotr Apostoł zganił Kryspa za to, iż wyżucał Ligii jej ziemską miłość. Młody patrycjusz usłyszawszy to pobladł ze wzruszenia. I jemu zdawało się niejednokrotnie, że nie jest obojętnym dla Ligii, ale ruwnież często wpadał w zwątpienie i niepewność, teraz zaś po raz pierwszy usłyszał potwierdzenie swoih pragnień i nadziei z ust obcyh, a do tego hżeścijańskih. W pierwszej hwili wdzięczności hciał biec do Piotra, dowiedziawszy się zaś, że nie masz go w mieście i że naucza w okolicy, zaklinał Glauka, by go do niego pżyprowadził, obiecując obdażyć za to hojnie ubogih gminy. Zdawało mu się, że jeśli Ligia go koha, to tym samym wszystkie pżeszkody są usunięte, gdyż gotuw był w każdej hwili uczcić Chrystusa. Lecz Glaukus, jakkolwiek namawiał go usilnie do pżyjęcia hżtu, nie śmiał mu ręczyć, czy zyszcze pżez to od razu Ligię, i muwił mu, że hżtu należy żądać dla hżtu samego i dla miłości Chrystusa, nie zaś dla innyh celuw. „Tżeba mieć i duszę hżeścijańską” — żekł mu — a Winicjusz, lubo każda pżeszkoda wzbużała go, poczynał już rozumieć, że Glaukus, jako hżeścijanin, muwi to, co muwić powinien. Sam on nie zdawał sobie dokładnie sprawy, że jedną z najgłębszyh zmian w jego natuże stanowiło to, iż dawniej mieżył ludzi i żeczy tylko pżez własny egoizm, obecnie zaś z wolna pżyuczał się do myśli, że inne oczy mogą inaczej patżeć, inne serce inaczej czuć i że słuszność nie zawsze toż samo znaczy, co osobista kożyść.

Brała go też często hęć zobaczenia Pawła z Tarsu, kturego słowa rozciekawiały go i niepokoiły. Układał sobie w duszy dowody, kturymi będzie zwalczał jego naukę, opierał mu się w myśli, hciał go jednakże widzieć i słyszeć. Lecz Paweł wyjehał do Arycji, gdy zaś i odwiedziny Glauka stawały się coraz żadsze, Winicjusza otoczyła zupełna samotność. Wuwczas począł znuw pżebiegać zaułki pżyległe do Subury i wąskie uliczki Zatybrza, w nadziei, że hoć z daleka ujży Ligię, lecz gdy i ta nadzieja go zawiodła, w sercu poczęła mu wzbierać nuda i zniecierpliwienie. Pżyszedł na koniec czas, że dawna natura odezwała się w nim raz jeszcze z taką siłą, z jaką fala w hwili pżypływu wraca na bżeg, z kturego ustąpiła. Wydało mu się, że był głupcem, że niepotżebnie zapżątał sobie głowę żeczami, kture doprowadziły go do smutku, i że powinien brać z życia, co się da. Postanowił zapomnieć o Ligii, a pżynajmniej szukać rozkoszy i użycia poza nią. Czuł jednak, że to jest ostatnia pruba, żucił się więc w wir życia z całą ślepą, właściwą mu energią i zapalczywością. Życie zaś samo zdawało się go do tego zahęcać. Obumarłe i wyludnione pżez zimę miasto poczęło się ożywiać nadzieją bliskiego pżyjazdu cezara. Gotowano mu uroczyste pżyjęcie. Pży tym szła wiosna: śniegi znikły pod thnieniem afrykańskih wiatruw ze szczytuw Gór Albańskich. Trawniki w ogrodah pokryły się fiołkami. Fora i Pole Marsowe zaroiły się ludźmi, kturyh pżygżewało coraz gorętsze słońce. Na Via Appia, ktura była zwykłym miejscem zamiejskih pżejażdżek, zapanował ruh bogato zdobnyh wozuw. Czyniono już wycieczki do Gór Albańskich. Młode kobiety, pod pozorem uczczenia Junony w Lanuvium lub Diany w Arycji, wymykały się z domuw, aby za miastem szukać wrażeń, toważystwa, spotkań i rozkoszy. Tu Winicjusz wśrud wspaniałyh rydwanuw spostżegł pewnego dnia pżepyszną, popżedzaną pżez dwa molosy, karrukę Petroniuszowej Chryzotemis, otoczoną pżez całe grono młodzieży i staryh senatoruw, kturyh użąd zatżymał w mieście. Chryzotemis, powożąc sama czterema korsykańskimi kucami, rozdawała naokuł uśmiehy i lekkie udeżenia złotym biczem, lecz spostżegłszy Winicjusza wstżymała konie i zabrała go do karruki, a następnie na ucztę do domu, ktura trwała pżez całą noc. Winicjusz spił się tak na owej uczcie, iż nie pamiętał nawet, kiedy odwieziono go do domu, pżypomniał sobie jednak, że gdy Chryzotemis spytała go o Ligię, obraził się i będąc już pijanym wylał jej na głowę puhar falernu. Rozmyślając o tym po tżeźwemu odczuwał jeszcze gniew. Lecz w dzień puźniej Chryzotemis, zapomniawszy widocznie o obeldze, odwiedziła go w jego domu i zabrała go znuw na drogę Appijską, po czym była u niego na wieczeży, na kturej wyznała, że nie tylko Petroniusz, ale i jego lutnista znudził ją już od dawna i że serce jej jest wolne. Pżez tydzień ukazywali się razem, lecz stosunek nie obiecywał być trwałym. Jakkolwiek od wypadku z falernem imię Ligii nie było nigdy wspominane, Winicjusz nie mugł się jednak pozbyć myśli o niej. Miał ciągle uczucie, że oczy jej patżą na niego, i uczucie to pżejmowało go jakby obawą. Zżymał się sam na siebie, nie mogąc wszelako pozbyć się ani myśli, że Ligię zasmuca, ani żalu, ktury się z tej myśli rodził. Po pierwszej scenie zazdrości, jaką Chryzotemis uczyniła mu z powodu dwuh dziewcząt syryjskih, kture nabył, pżepędził ją w sposub grubiański. Nie pżestał wprawdzie od razu nużać się w rozkoszy i rozpuście, owszem, czynił to jakby na złość Ligii, ale w końcu spostżegł, że myśl o niej nie opuszcza go ani na hwilę, że ona wyłącznie jest powodem jego tak złyh, jak dobryh czynności i że naprawdę nic go w świecie nie obhodzi poza nią. Wuwczas opanował go niesmak i zmęczenie. Rozkosz mu zbżydła i zostawiła tylko wyżuty. Zdawało mu się, że jest nędznikiem, i to ostatnie uczucie napełniło go niezmiernym zdumieniem, dawniej bowiem uznawał za dobre wszystko, co mu dogadzało. Wreszcie stracił swobodę, pewność siebie i wpadł w zupełne odrętwienie, z kturego nie mogła go rozbudzić nawet wieść o powrocie cezara. Nic go już teraz nie obhodziło i nawet do Petroniusza nie wybrał się doputy, dopuki ten nie pżysłał mu wezwania i swojej własnej lektyki.

Ujżawszy go, lubo powitany radośnie, odpowiadał na jego pytania niehętnie, lecz wreszcie długo tłumione uczucia i myśli wybuhły i popłynęły mu z ust obfitym potokiem słuw. Raz jeszcze opowiedział szczegułowo historię swyh poszukiwań za Ligią i pobytu między hżeścijanami, wszystko, co tam widział i słyszał, wszystko, co mu pżehodziło pżez głowę i serce, i wreszcie począł nażekać, że wpadł w haos, w kturym stracił spokojność, dar rozrużniania żeczy i sąd o nih. Nic go oto nie nęci, nic mu nie smakuje, nie wie, czego się tżymać i jak postępować. Gotuw jest czcić Chrystusa i pżeśladować Go, rozumie wzniosłość Jego nauki i zarazem czuje do niej wstręt niepżezwyciężony. Rozumie, że hoćby posiadł Ligię, to jej nie posiądzie zupełnie, bo się musi nią dzielić z Chrystusem. Na koniec żyje, jakby nie żył: bez nadziei, bez jutra, bez wiary w szczęście, a naokuł otacza go ciemność, z kturej szuka po omacku wyjścia i nie może znaleźć.

Petroniusz patżył w czasie opowiadania na jego zmienioną tważ, na ręce, kture muwiąc wyciągał w dziwny sposub pżed siebie, jakby żeczywiście szukał drogi w ciemności, i rozmyślał. Nagle wstał i zbliżywszy się do Winicjusza począł rozgarniać palcami jego włosy nad uhem.

— Czy ty wiesz — spytał — że masz kilka siwyh włosuw na skroni?

— Może być — odpowiedział Winicjusz. — Nie zdziwię się, jeśli wkrutce wszystkie mi zbieleją.

Po czym nastało milczenie. Petroniusz był człowiekiem rozumnym i nieraz zastanawiał się nad duszą ludzką i nad życiem. Lecz w ogule życie to w tym świecie, w kturym obaj żyli, mogło być zewnętżnie szczęśliwe lub nieszczęśliwe, ale wewnętżnie bywało spokojne. Ruwnie jak piorun lub tżęsienie ziemi mogło obalić świątynię, tak nieszczęście mogło zbużyć życie, samo w sobie jednak składało się ono z prostyh i harmonijnyh linii, wolnyh od wszelkih zawikłań. Tymczasem co innego było w słowah Winicjusza i Petroniusz po raz pierwszy stanął wobec szeregu duhowyh węzłuw, kturyh nikt dotąd nie rozplątywał. Był o tyle rozumny, że czuł ih wagę, ale pży całej swej bystrości nie umiał nic na zadane pytania odpowiedzieć i wreszcie po długiej hwili milczenia żekł:

— To są hyba czary.

— I ja tak sądziłem — odpowiedział Winicjusz. — Nieraz wydawało mi się, że oczarowano nas oboje.

— A gdybyś — żekł Petroniusz — udał się na pżykład do kapłanuw Serapisa. Bez wątpienia jest między nimi, jak w ogule między kapłanami, wielu oszustuw, są jednak tacy, ktuży zgłębili dziwne tajemnice.

Lecz muwił to bez wiary i głosem niepewnym, sam bowiem czuł, jak w ustah jego ta rada może wydawać się marną, a nawet śmieszną.

Winicjusz zaś począł tżeć czoło — i muwił:

— Czary!... Widziałem czarownikuw, ktuży podziemnyh, nieznanyh sił używali dla zysku, widziałem i takih, ktuży używali ih na szkodę swyh niepżyjaciuł. Lecz hżeścijanie żyją w ubustwie, niepżyjaciołom pżebaczają, głoszą pokorę, cnotę i miłosierdzie, co im tedy może pżyjść z czaruw i dlaczego mieliby je żucać?...

Petroniusza poczęło gniewać, iż rozum jego nie może znaleźć na nic odpowiedzi, nie hcąc się jednak do tego pżyznać, odpowiedział, byle dać jakąkolwiek odpowiedź:

— To nowa sekta...

Po hwili zaś żekł:

— Na boską mieszkankę pafijskih gajuw, jak to wszystko psuje życie! Ty podziwiasz dobroć i cnotę tyh ludzi, a ja ci powiadam, że są źli, gdyż są niepżyjaciułmi życia, jak horoby i jak śmierć sama. Dosyć ih mamy i tak! Nie potżeba nam jeszcze hżeścijan. Policz tylko: horoby, cezar, Tygellinus, wiersze cezara, szewcy, ktuży żądzą potomkami dawnyh Kwirytów, wyzwoleńcy, ktuży zasiadają w senacie. Na Kastora! Dość tego! To jest zgubna i obżydła sekta! Prubowałżeś otżąsnąć się z tyh smutkuw i użyć trohę życia?

— Prubowałem — odpowiedział Winicjusz.

A Petroniusz rozśmiał się i żekł:

— Ah, zdrajco! Pżez niewolnikuw prędko rozhodzą się wiadomości: uwiodłeś mi Chryzotemis!

Winicjusz kiwnął z niesmakiem ręką.

— W każdym razie dziękuję ci — muwił Petroniusz. — Poślę jej parę tżewikuw naszywanyh perłami; w moim języku miłosnym znaczy to: „Odejdź”. Winienem ci podwujną wdzięczność: raz za to, że nie pżyjąłeś Eunice, drugi raz, żeś mnie uwolnił od Chryzotemis. Posłuhaj mnie: widzisz pżed sobą człowieka, ktury wstawał rano, kąpał się, ucztował, posiadał Chryzotemis, pisywał satyry, a nawet czasem prozę pżeplatał wierszami, ale ktury nudził się jak cezar i często nie umiał opędzić się posępnym myślom. A czy wiesz, dlaczego tak było? Oto dlatego, żem szukał daleko tego, co było blisko... Kobieta piękna warta jest zawsze tyle złota, ile waży, ale kobieta, ktura pży tym koha, nie ma wprost ceny. Tego nie kupisz za wszystkie skarby Werresa. Teraz muwię sobie oto, co następuje: napełniam życie szczęściem jak puhar najpżedniejszym winem, jakie wydała ziemia, i piję, puki nie zmartwieje mi ręka i nie pobledną usta. Co będzie dalej, nie dbam, i oto jest moja najnowsza filozofia.

— Wyznawałeś ją zawsze. Nic w niej nowego!

— Jest w niej treść, kturej brakło.

To żekłszy zawołał Eunice, ktura weszła, ubrana w białą draperię, złotowłosa, już nie dawna niewolnica, ale jakby bogini miłości i szczęścia.

On zaś otwożył jej ramiona i żekł:

— Pujdź!

Na to pżybiegła ku niemu i siadłszy na jego kolanah oplotła mu ramionami szyję, głowę zaś złożyła na jego piersiah. Winicjusz widział, jak z wolna policzki jej poczęły się pokrywać odblaskiem purpury, jak oczy zatapiały się stopniowo we mgle. Razem twożyli cudną grupę miłosną i szczęśliwą. Petroniusz sięgnął ręką do płaskiej wazy stojącej obok na stole i wydobywszy z niej pełną garść fiołkuw począł obsypywać nimi głowę, piersi i stolę Eunice, następnie obsunął tunikę z jej ramion i żekł:

— Szczęśliwy, kto jak ja znalazł miłość w takim zamkniętą kształcie... Czasem wydaje mi się, że jesteśmy dwojgiem boguw... Patż sam: czy Praksyteles, czy Miron, czy Skopas lub Lizypp stwożyli kiedy cudniejsze linie? Czy na Paros lub w Pentelikonie istnieje podobny marmur, ciepły, rużowy i rozkohany? Są ludzie, ktuży wycałowują bżegi waz, lecz ja wolę szukać rozkoszy tam, gdzie ją prawdziwie znaleźć można.

To żekłszy począł wodzić ustami po jej ramionah i szyi, ją zaś pżejmowało drganie i oczy jej to zamykały się, to otwierały z wyrazem niewysłowionej rozkoszy. Petroniusz podniusł po hwili swą wykwintną głowę i zwruciwszy się do Winicjusza, żekł:

— A teraz pomyśl, czym są wobec tego twoi posępni hżeścijanie, i jeśli nie zrozumiesz rużnicy, to idź sobie do nih... Ale ten widok cię uleczy.

Winicjusz rozdął nozdża, pżez kture whodziła woń fiołkuw, napełniająca cały pokuj, i pobladł, pomyślał bowiem, że gdyby mugł tak wodzić ustami po ramionah Ligii, to byłaby jakaś świętokradzka rozkosz, tak wielka, że potem niehby się zapadł świat. Lecz pżywykłszy już do prędkiego uświadamiania tego, co się w nim dzieje, spostżegł, że i w tej hwili myśli o Ligii, tylko o niej.

Petroniusz zaś żekł:

— Eunice, każ nam, boska, pżygotować wieńce na głowę i śniadanie.

Potem, gdy odeszła, zwrucił się do Winicjusza:

— Hciałem ją wyzwolić, ona zaś, wiesz, co mi odpowiedziała: „Wolałabym być twoją niewolnicą niż żoną cezara”. I nie hciała się zgodzić. Wuwczas wyzwoliłem ją mimo jej wiedzy. Pretor zrobił to dla mnie, że nie wymagał jej obecności. Ale ona nie wie o tym, jak ruwnież nie wie, że ten dom i wszystkie moje klejnoty, z wyjątkiem gemm, do niej będą należały na wypadek mojej śmierci.

To żekłszy wstał, pżeszedł się po pokoju i żekł:

— Miłość zmienia jednyh więcej, drugih mniej, ale zmieniła i mnie. Niegdyś lubiłem zapah werweny, lecz ponieważ Eunice woli fiołki, więc i ja polubiłem je teraz nad wszystko, i od czasu jak wiosna nadeszła, oddyhamy tylko fiołkami.

Tu zatżymał się pżed Winicjuszem i zapytał:

— A ty? zawsze tżymasz się nardu?

— Daj mi pokuj! — odpowiedział młody człowiek.

— Ja hciałem, byś się pżypatżył Eunice, i muwię ci o niej dlatego, że może i ty szukasz daleko tego, co jest bliskie. Może i dla ciebie bije gdzieś w twoih niewolniczyh cubiculah serce wierne i proste. Pżyłuż taki balsam na twe rany. Muwisz, że Ligia cię koha? Być może! Ale co to jest za miłość, ktura się wyżeka? Czy to nie znaczy, że jest coś od niej silniejszego? Nie, drogi: Ligia to nie Eunice.

Na to Winicjusz odżekł:

— Wszystko jest tylko jednym udręczeniem. Widziałem cię całującego ramiona Eunice i pomyślałem wuwczas, że gdyby mi tak Ligia odkryła swoje, to niehby potem ziemia otwożyła się pod nami! Ale na samą myśl o tym hwycił mnie jakiś lęk, jak gdybym porwał się na westalkę lub zamieżał pohańbić bustwo... Ligia to nie Eunice, tylko że ja inaczej rozumiem tę rużnicę niż ty. Tobie miłość zmieniła nozdża, więc wolisz fiołki od werweny, a mnie zmieniła duszę, więc mimo mojej nędzy i żądzy wolę, że Ligia jest taką, jak jest, niż żeby była podobna do innyh.

Petroniusz wzruszył ramionami.

— W takim razie nie dzieje ci się kżywda. Ale ja tego nie rozumiem.

A Winicjusz odpowiedział gorączkowo:

— Tak! tak!... My się już nie możemy zrozumieć!

Nastała znuw hwila milczenia, po czym Petroniusz żekł:

— Nieh Hades pohłonie twoih hżeścijan! Napełnili cię niepokojem i zniszczyli zmysł życia. Nieh ih Hades pohłonie! Mylisz się mniemając, że to jest nauka dobroczynna, bo dobroczynnym jest to, co ludziom daje szczęście, to jest piękność, miłość i moc, oni zaś nazywają to marnością. Mylisz się, że są sprawiedliwi, bo jeśli za złe będziemy płacili dobrem, to czymże będziemy płacili za dobro? A pży tym jeśli za to i za to jednaka zapłata, to po cuż ludzie mają być dobży?

— Nie: zapłata nie jest jednaka, ale się zaczyna, wedle ih nauki, w życiu pżyszłym, kture nie jest doczesne.

— W to się nie wdaję, bo to dopiero zobaczymy, jeśli coś można zobaczyć... bez oczu. Tymczasem są to po prostu niedołęgi. Ursus zadusił Krotona, bo ma członki ze spiżu, ale to są mazgaje, pżyszłość zaś nie może do mazgajuw należeć.

— Życie dla nih zaczyna się wraz ze śmiercią.

— To jakby ktoś powiedział: dzień zaczyna się razem z nocą. Czy ty masz zamiar porwać Ligię?

— Nie. Nie mogę jej złem za dobre płacić i pżysiągłem, że tego nie uczynię.

— Czy masz zamiar pżyjąć naukę Chrystusa?

— Hcę, ale moja natura jej nie znosi.

— A potrafisz zapomnieć o Ligii?

— Nie.

— To podrużuj.

Niewolnicy dali w tej hwili znać, że śniadanie gotowe, lecz Petroniusz, kturemu zdawało się, że wpadł na dobrą myśl, muwił dalej w drodze do triclinium:

— Zjeździłeś kawał świata, ale tylko jako żołnież, ktury śpieszy na miejsce pżeznaczenia i nie zatżymuje się po drodze. Wybież się z nami do Achai. Cezar nie zażucił dotąd zamiaru podruży. Będzie się zatżymywał wszędzie po drodze, śpiewał, zbierał wieńce, łupił świątynie i wreszcie wruci jako tryumfator do Italii. Będzie to coś jakby pohud Bachusa i Apollina w jednej osobie. Augustianie, augustianki, tysiące cytr — na Kastora! Warto to widzieć, bo świat nie widział dotąd niczego podobnego.

Tu położył się na ławce pżed stołem, obok Eunice, a gdy niewolnik kładł mu na głowę wieniec z anemonuw, muwił dalej:

— Coś ty widział w służbie Korbulona? Nic! Czyś zwiedzał pożądnie świątynie greckie, tak jak ja, ktury pżeszło dwa lata pżehodziłem z rąk jednego pżewodnika do rąk drugiego? Czyś był na Rodos oglądać miejsce, gdzie stał kolos? Czyś widział w Panopie, w Focydzie glinę, z kturej Prometeusz lepił ludzi, albo w Sparcie jaje, kture zniosła Leda, albo w Atenach sławny panceż sarmacki, zrobiony z kopyt końskih, albo na Eubei okręt Agamemnona, albo czaszę, dla kturej za formę służyła lewa pierś Heleny? Czyś widział Aleksandrię, Memfis, piramidy, włos Izydy, ktury sobie wyrwała z żalu za Ozyrysem? Czyś słyszał jęk Memnona? Świat jest szeroki i nie wszystko się kończy na Zatybrzu! Ja będę toważyszył cezarowi, a potem, gdy będzie wracał, opuszczę go i pojadę na Cypr, bo ta złotowłosa moja boginka życzy sobie, byśmy razem ofiarowali w Pafos Cyprydzie gołębie, a tżeba ci wiedzieć, że czego ona sobie życzy, to się staje.

— Niewolnicą twoją jestem — żekła Eunice.

On zaś wsparł uwieńczoną głowę na jej łonie i żekł z uśmiehem:

— Więc jestem niewolnikiem niewolnicy. Podziwiam cię, boska, od stup do głuw.

Po czym zwrucił się do Winicjusza:

— Jedź z nami na Cypr. Pżedtem jednak pamiętaj, że musisz widzieć się z cezarem. Źle, żeś dotąd u niego nie był; Tygellinus gotuw wyzyskać to na twoją niekożyść. Nie ma on wprawdzie do ciebie osobistej nienawiści, jednakże nie może cię kohać hoćby dlatego, że jesteś moim siostżeńcem... Powiemy, że byłeś hory. Musimy się namyśleć, co masz mu odpowiedzieć, jeśli spyta cię o Ligię. Najlepiej mahnij ręką i powiedz mu, że była, puki ci się nie znudziła. On to zrozumie. Powiedz mu ruwnież, że horoba zatżymała cię w domu, że gorączkę powiększyło zmartwienie, iż nie mogłeś być w Neapolu i słuhać jego śpiewu, a do zdrowia pomogła ci jedynie nadzieja, że go usłyszysz. Nie lękaj się pżesadzić. Tygellinus zapowiada, że wymyśli dla cezara coś nie tylko wielkiego, ale i grubego... Boję się jednak, by mnie nie podkopał. Boję się także twego usposobienia.

— Czy wiesz — żekł Winicjusz — że są ludzie, ktuży się cezara nie boją i żyją tak spokojnie, jakby go na świecie nie było?

— Wiem, kogo wymienisz: hżeścijan.

— Tak. Oni jedni!... Nasze zaś życie czymże jest, jeśli nie ciągłym strahem?

— Daj mi pokuj z twoimi hżeścijanami. Nie boją się cezara, bo on może o nih i nie słyszał, a w każdym razie nic o nih nie wie i tyle go oni obhodzą, ile zwiędłe liście. A ja ci powiadam, że to są niedołęgi, że sam to czujesz i że jeśli twoja natura otżąsa się na ih naukę, to właśnie dlatego, że czujesz ih niedołęstwo. Tyś człowiek z innej gliny i dlatego daj sobie i mnie z nimi spokuj. Potrafimy żyć i umżeć, a co oni potrafią, to nie wiadomo.

Winicjusza udeżyły te słowa i wruciwszy do siebie począł rozmyślać, że może w istocie owa dobrotliwość i miłosierdzie hżeścijan dowodzi niedołęstwa ih dusz. Zdawało mu się, że ludzie mający tęgość i hart nie umieliby tak pżebaczać. Pżyszło mu do głowy, że istotnie to może być powodem wstrętu, jaki jego rzymska dusza odczuwa do tej nauki. „Potrafimy żyć i umżeć!” — muwił Petroniusz. A oni? Oni umieją tylko pżebaczać, ale nie rozumieją ni prawdziwej miłości, ni prawdziwej nienawiści.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)