Rozdział dwudziesty usmy
Rozdział dwudziesty usmy
Petroniusz do Winicjusza:
„Zmiłuj się, carissime, nie naśladuj w listah swyh ani Lacedemończyków, ani Juliusza Cezara. Gdybyś pżynajmniej tak jak on mugł napisać: veni, vidi, vici! — rozumiałbym jeszcze lakonizm. Ale twuj list znaczy ostatecznie: veni, vidi, fugi; że zaś takie zakończenie sprawy jest wprost pżeciwne twej natuże, że byłeś ranny i że na koniec działy się z tobą żeczy nadzwyczajne, więc list twuj potżebuje objaśnień. Oczom nie wieżyłem, gdym wyczytał, że uw Lig zadusił tak łatwo Krotona, jak pies kaledoński dusi wilka w wąwozah Hibernii. Ten człowiek wart tyle złota, ile sam waży, i od niego tylko zależałoby zostać ulubieńcem cezara. Gdy wrucę do miasta, muszę z nim zabrać bliższą znajomość i każę go sobie odlać z brązu. Miedzianobrody pęknie z ciekawości, gdy mu powiem, że to z natury. Prawdziwie atletyczne ciała coraz są żadsze i w Italii, i w Grecji; o Wschodzie nie ma co i muwić, Germanowie zaś, jakkolwiek rośli, mają muskuły pokryte tłuszczem i więcej ogromu niż siły. Dowiedz się od Liga, czy stanowi wyjątek, czy też w jego kraju znajduje się więcej ludzi do niego podobnyh. Nuż tobie lub mnie wypadnie kiedy z użędu wyprawiać igżyska, dobże by było wiedzieć, gdzie szukać ciał najlepszyh.
Ale hwała bogom wshodnim i zahodnim, żeś wyszedł z duszą z rąk podobnyh. Ocalałeś zapewne dlatego, żeś patrycjuszem i synem konsularnego męża, ale wszystko, co cię spotkało, zdumiewa mnie w najwyższym stopniu: i ten cmentaż, na kturym znalazłeś się wśrud hżeścijan, i oni sami, i ih postępowanie z tobą, i następnie ucieczka Ligii, wreszcie ten jakiś smutek i niepokuj, ktury wieje z twego krutkiego listu. Objaśnij mnie, albowiem wielu żeczy nie rozumiem, a jeśli hcesz prawdy, powiem otwarcie, że nie rozumiem: ani hżeścijan, ani ciebie, ani Ligii. I nie dziw się, że ja, kturego poza moją własną osobą mało żeczy obhodzi na świecie, dopytuję się o to wszystko tak skwapliwie. Jam pżyczynił się do tego wszystkiego, co zaszło, więc jest to poniekąd moja sprawa. Pisz śpiesznie, albowiem nie umiem dokładnie pżewidzieć, kiedy się zobaczymy. W głowie Miedzianobrodego zamiary zmieniają się jak wiatry wiosenne. Obecnie, siedząc w Benewencie, ma hęć jehać wprost do Grecji i nie wracać do Rzymu. Tygellinus jednak radzi mu, by wrucił hoć na czas pewien, albowiem lud, zbyt stęskniony do jego osoby (czytaj: do igżysk i hleba), może się wzbużyć. Otuż nie wiem, jak będzie. Jeśli Achaja pżeważy, to może zahce nam się Egiptu. Nalegałbym najmocniej, byś tu pżyjehał, gdyż uważam, że w tym stanie duszy podruż i nasze rozrywki byłyby lekarstwem, ale mugłbyś nas nie zastać. Pomyśl jednak, czy w takim razie nie wolałbyś wypocząć w twoih ziemiah w Sycylii niż siedzieć w Rzymie. Pisz mi obszernie o sobie — i żegnaj. Życzeń żadnyh, prucz zdrowia, tym razem nie załączam, bo, na Polluksa, nie wiem, czego ci życzyć”.
Winicjusz odebrawszy uw list nie czuł początkowo żadnej hęci do odpowiadania. Miał jakieś poczucie, że odpowiadać nie warto, że to na nic nikomu nie posłuży, nic nie wyjaśni i niczego nie rozwiąże. Ogarnęło go zniehęcenie i poczucie marności życia. Zdawało mu się pży tym, że Petroniusz w żadnym razie go nie zrozumie i że zaszło coś takiego, co ih wzajem od siebie oddaliło. Nie mugł pżyjść do ładu nawet i sam ze sobą. Wruciwszy z Zatybrza do swej rozkosznej insuli na Karynach, był jeszcze osłabiony, wyczerpany i pżez pierwsze dni doznawał pewnego zadowolenia z wypoczynku, wygud i dostatku, jaki go otaczał. Lecz zadowolenie to trwało krutko. Wkrutce uczuł, że żyje w prużni, że to wszystko, co stanowiło dla niego dotyhczas interes życia, albo zupełnie dla niego nie istnieje, albo zmniejszyło się do zaledwie dostżegalnyh rozmiaruw. Miał takie uczucie, jakoby podcięto w jego duszy te struny, kture dotyhczas łączyły go z życiem, a nie nawiązano żadnyh nowyh. Na myśl, że mugłby pojehać do Benewentu, a następnie do Achai, i zanużyć się w życiu rozkoszy i szalonyh wybrykuw, doznał uczucia czczości. „Po co? Co mi z tego pżyjdzie?” Oto były pierwsze pytania, kture pżesunęły mu się pżez głowę. Ruwnież po raz pierwszy w życiu pomyślał, że gdyby pojehał, to rozmowa Petroniusza, jego dowcip, byskotliwość, jego wykwintne określanie myśli i dobieranie trafnyh słuw dla każdej idei mogłyby go obecnie nużyć.
Z drugiej strony jednak poczęła go nużyć także i samotność. Wszyscy jego znajomi bawili z cezarem w Benewencie, musiał więc siedzieć w domu sam, z głową pełną myśli i sercem pełnym poczuć, z kturyh nie umiał sobie zdać sprawy. Miewał jednak hwile, w kturyh sądził, że gdyby mugł z kim porozmawiać o tym wszystkim, co się w nim dzieje, to może sam zdołałby to wszystko jakoś uhwycić, upożądkować i rozpoznać lepiej. Pod wpływem tej nadziei po kilku dniah wahania postanowił jednak odpowiedzieć Petroniuszowi i lubo nie był pewien, czy mu ową odpowiedź wyśle, skreślił ją jednak w następnyh słowah:
„Hcesz, bym pisał obszerniej, więc zgoda; czy potrafię jaśniej, nie wiem, albowiem i sam nie umiem wielu węzłuw rozwiązać. Doniosłem ci o moim pobycie wśrud hżeścijan, o ih postępkah z niepżyjaciułmi, do kturyh mieli prawo liczyć i mnie, i Chilona, i wreszcie o dobroci, z jaką byłem pielęgnowany, i o zniknięciu Ligii. Nie, drogi: nie dlatego mnie oszczędzono, że jestem synem konsularnego męża. Takie względy dla nih nie istnieją, bo pżecie pżebaczyli i Chilonowi, hoć sam zahęcałem ih, by go zakopali w ogrodzie. To są ludzie, jakih dotąd świat nie widział, i nauka, o jakiej dotąd świat nie słyszał. Nic ci innego powiedzieć nie mogę i ktokolwiek ih zehce mieżyć naszą miarą — hybi. Powiem ci natomiast, że gdybym leżał ze złamaną ręką we własnym domu i gdyby mnie doglądali ludzie moi lub nawet moja rodzina, miałbym zapewne większe wygody, ale nie doznałbym ani w połowie takiej troskliwości, jakiej doznałem między nimi. Wiedz też o tym, że i Ligia jest taką jak inni. Gdyby była moją siostrą lub moją małżonką, nie mogłaby mnie pielęgnować tkliwiej. Nieraz radość zalewała mi serce, sądziłem bowiem, że tylko miłość może podobną tkliwością nathnąć. Nieraz czytałem ją w jej tważy i spojżeniu, a wuwczas, czy uwieżysz, że wśrud tyh prostakuw, w ubogiej izbie, ktura zastępowała im zarazem kuhnię i triclinium, czułem się szczęśliwszy niż kiedykolwiek? Nie! Nie byłem jej obojętny i dziś jeszcze wydaje mi się niepodobieństwem myśleć inaczej. A jednak taż sama Ligia opuściła potajemnie pżede mną mieszkanie Miriam. Pżesiaduję teraz oto całymi dniami z głową opartą na rękah i rozmyślam, czemu ona to uczyniła. Czym ci pisał, że sam ofiarowałem się jej wrucić ją Aulusom? Wprawdzie odżekła mi, że to jest już niemożliwe i ze względu na to, że Aulusowie wyjehali do Sycylii, i ze względu na wieści, jakie pżehodząc pżez niewolnikuw z domu do domu, dostają się na Palatyn. Cezar mugłby ją znuw odebrać Aulusom. Prawda! Ona jednak wiedziała, że dłużej już nastawać na nią nie będę, że pożucam drogę pżemocy, a nie mogąc ni pżestać jej kohać, ni żyć bez niej, wprowadzę ją do domu mego pżez uwieńczone dżwi i posadzę na uświęconej skuże pży ognisku... A jednak uciekła! Dlaczego? Nic jej już nie groziło. Jeśli mnie nie kohała, mogła mnie odżucić. Na dzień pżedtem poznałem dziwnego człowieka, niejakiego Pawła z Tarsu, ktury rozmawiał ze mną o Chrystusie i Jego nauce i rozmawiał tak potężnie, że mi się wydało, iż każde jego słowo mimo jego woli obraca w peżynę wszystkie podstawy naszego świata. Ten sam człowiek odwiedzał mnie po jej ucieczce i żekł mi: »Gdy Bóg otwoży oczy twoje na światło i zdejmie z nih bielmo, jak zdjął z moih, wuwczas odczujesz, że postąpiła słusznie, i wuwczas może ją odnajdziesz.« I oto łamię głowę nad tymi słowy, jakbym je usłyszał z ust Pytii w Delfach. Hwilami zdaje mi się, że już coś rozumiem. Oni kohając ludzi są niepżyjaciułmi naszego życia, naszyh boguw i... naszyh zbrodni, więc ona uciekła ode mnie, jako od człowieka, ktury do tego świata należy i z kturym musiałaby podzielić życie uważane pżez hżeścijan za występne. Powiesz, że skoro mogła mnie odżucić, więc nie potżebowała się oddalać. A jeśli i ona mnie koha? W takim razie hciała uciec pżed miłością. Na samą myśl o tym hce mi się wysłać niewolnikuw we wszystkie zaułki Rzymu i nakazać im, aby kżyczeli po domah: »Wruć, Ligio!« Ale pżestaję rozumieć, dlaczego ona to uczyniła. Ja bym jej pżecie nie bronił wieżyć w jej Chrystusa i sam wzniusłbym Mu ołtaż w atrium. Co jeden nowy Bóg więcej mugłby mi szkodzić i dlaczego nie miałbym w Niego uwieżyć, ja, ktury nie bardzo wieżę w staryh? Wiem z wszelką pewnością, że hżeścijanie nigdy nie kłamią, a muwią, że zmartwyhwstał. Człowiek pżecie tego zrobić nie mugł. Uw Paweł z Tarsu, ktury jest obywatelem rzymskim, ale ktury, jako Żyd, zna stare księgi hebrajskie, muwił mi, iż pżyjście Chrystusa było zapowiadane od całyh tysięcy lat pżez prorokuw. Wszystko to są żeczy nadzwyczajne, ale czyż nadzwyczajność nie otacza nas ze wszystkih stron? Nie pżestano jeszcze pżecie muwić i o Apoloniuszu z Tiany. To, co potwierdził Paweł, że nie masz całej gromady boguw, ale jest jeden, wydaje mi się rozsądnym. Podobno i Seneka jest tego zdania, a pżed nim było wielu innyh. Chrystus był, dał się ukżyżować dla zbawienia świata i zmartwyhwstał. Wszystko to jest zupełnie pewne, nie widzę zatem powodu, dlaczego bym miał się upierać w zdaniu pżeciwnym lub dlaczego nie miałbym Mu wznieść ołtaża, skoro gotuw byłbym wznieść go na pżykład Serapisowi. Nietrudno by mi nawet pżyszło wyżec się innyh boguw, bo wszakże żaden rozumniejszy umysł i tak w nih nie wieży. Ale zdaje się, że to wszystko hżeścijanom jeszcze nie wystarcza. Nie dość uczcić Chrystusa, tżeba jeszcze żyć wedle jego nauki; i tu dopiero stajesz jakby nad bżegiem moża, kture ci każą pżebrnąć piehotą. Gdybym to im obiecał, sami czuliby, że to jest pusty dźwięk słuw w moih ustah. Paweł powiedział mi to otwarcie. Ty wiesz, jak koham Ligię, i wiesz, że nie ma nic takiego, czego bym dla niej nie uczynił. Ale nie mugłbym pżecie nawet na jej żądanie podnieść na ramionah Sorakte lub Wezuwiusza ani pomieścić w dłoni Trazymeńskiego Jeziora, ani zmienić oczu moih z czarnyh na niebieskie, jakie mają Ligowie. Gdyby żądała, hciałbym, ale to nie leży w mojej mocy. Jam nie filozof, ale też nie jestem i taki głupi, jak ci się może nieraz wydawałem. Otuż powiem ci tak: nie wiem, jak hżeścijanie radzą sobie, by żyć, wiem natomiast, że gdzie się zaczyna ih nauka, tam się kończy władztwo rzymskie, kończy się Rzym, kończy się życie, rużnica między zwyciężonym i zwycięzcą, możnym i biednym, panem i niewolnikiem, kończy się użąd, kończy się cezar, prawo i cały pożądek świata, a zamiast tego wszystkiego pżyhodzi Chrystus i jakieś miłosierdzie, kturego dotąd nie bywało, i jakaś dobrotliwość, pżeciwna ludzkim i naszym rzymskim instynktom. Mnie wprawdzie Ligia obhodzi więcej niż cały Rzym i jego panowanie i niehby się lepiej świat zapadł, byłem ją mugł mieć w swoim domu. Ale to inna żecz. Dla nih, dla hżeścijan, nie dość się zgodzić w słowah, tżeba jeszcze czuć, że tak jest dobże, i nie mieć w duszy niczego innego. A ja, bogowie mi świadkami — nie mogę. Czy rozumiesz, co to znaczy? Jest coś w mojej natuże, co się wzdryga na tę naukę, i hoćby usta moje ją sławiły, hoćbym się do jej pżepisuw stosował, rozum i dusza muwiłyby mi, że to czynię dla miłości, dla Ligii i że gdyby nie ona, to nic w świecie nie byłoby dla mnie pżeciwniejszego. I żecz dziwna, że taki Paweł z Tarsu to rozumie i że rozumie, mimo całej swej prostoty i niskiego pohodzenia, uw stary teurgus, największy między nimi, Piotr, ktury był uczniem Chrystusa. I czy wiesz, co czynią? Oto modlą się za mnie i proszą dla mnie o coś, co nazywają łaską, a na mnie zstępuje tylko niepokuj i coraz większa tęsknota za Ligią.
Wszakżem ci pisał, że ona odeszła tajemnie, ale odhodząc zostawiła mi kżyż, ktury sama powiązała z gałązek bukszpanu. Zbudziwszy się, znalazłem go pży łużku. Mam go teraz w lararium i sam nie umiem zdać sobie sprawy, dlaczego zbliżam się jednak do niego tak, jakby w nim było coś boskiego, to jest ze czcią i obawą. Koham go, bo jej ręce go wiązały, a nienawidzę, bo on nas dzieli. Czasem mi się zdaje, że są w tym wszystkim jakieś czary i że teurgus Piotr, hoć się powiada być prostym rybakiem, jest większy i od Apoloniusza, i od wszystkih, jacy pżed nim byli, i że on to opętał ih tam wszystkih, Ligię, Pomponię i mnie samego.
Ty piszesz, że w liście mym popżednim znać niepokuj i smutek. Smutek musi być, bom ją znowu utracił, a niepokuj jest dlatego, że coś się jednak zmieniło we mnie. Szczeże ci muwię, że nic pżeciwniejszego mej natuże, jak ta nauka, a jednak od czasu, jakem się z nią zetknął, nie mogę się poznać. Czary czy miłość?... Kirke zmieniała dotknięciem ciała ludzkie, a mnie zmieniono duszę. Hyba Ligia jedna mogła to uczynić albo raczej Ligia pżez tę dziwną naukę, kturą wyznaje. Gdym od nih wrucił do siebie, nikt się mnie nie spodziewał. Mniemano, że jestem w Benewencie i że nieprędko wrucę, więc w domu zastałem nieład, pijanyh niewolnikuw i ucztę, kturą sobie wydawali w moim triclinium. Śmierci raczej spodziewali się niż mnie i mniej by się jej pżerazili. Ty wiesz, jak silną ręką tżymam muj dom, wszystko więc, co żyło, żuciło się na kolana, a niektuży poomdlewali ze strahu. A ja, wiesz, jak postąpiłem? Oto w pierwszej hwili hciałem wołać o ruzgi i rozpalone żelazo, ale zaraz potem hwycił mnie jakiś wstyd i dasz wiarę — jakiś żal tyh nędznikuw; są między nimi i staży niewolnicy, kturyh jeszcze muj dziad M. Winicjusz pżywiudł za czasuw Augusta znad Renu. Zamknąłem się samotny w bibliotece i tam pżyszły mi jeszcze dziwniejsze myśli do głowy, mianowicie, że po tym, co słyszałem i widziałem między hżeścijanami, nie godzi mi się postępować z niewolnikami tak, jak postępowałem dotąd, i że to są także ludzie. Oni pżez kilka dni hodzili w trwodze śmiertelnej, sądząc, że zwłuczę dlatego, by tym okrutniejszą karę obmyślić, a ja nie karałem i nie ukarałem, bo nie mogłem. Zwoławszy ih tżeciego dnia, żekłem: »Pżebaczam wam, wy zaś pilną służbą starajcie się winy naprawić!” Na to padli na kolana, zalewając się łzami, wyciągając z jękiem ręce i zowiąc mnie panem i ojcem, ja zaś — ze wstydem ci to muwię — byłem ruwnież wzruszony. Wydało mi się, że w tej hwili widzę słodką tważ Ligii i jej oczy zalane łzami, dziękujące mi za ten postępek. I pro pudor! czułem, że i mnie zwilgotniały źrenice... Wiesz, co ci wyznam: oto, że nie mogę sobie dać rady bez niej, że mi źle jest samemu, żem jest po prostu nieszczęśliwy i że muj smutek większy jest, niż pżypuszczasz... Lecz co do moih niewolnikuw, zastanowiła mnie jedna żecz. Pżebaczenie, jakie otżymali, nie tylko nie rozzuhwaliło ih, nie tylko nie rozluźniło karności, ale nigdy strah nie pobudzał ih do tak skwapliwej służby, do jakiej pobudziła wdzięczność. Nie tylko służą, ale zdają się na wyścigi zgadywać moje myśli, ja zaś wspominam ci o tym dlatego, że gdym na dzień pżed opuszczeniem hżeścijan powiedział Pawłowi, że świat rozleciałby się na skutek jego nauki jak beczka bez obręczy, uw odżekł mi: »Silniejszą obręczą jest miłość niż groza.« A teraz widzę, że w pewnyh wypadkah zdanie to może być słuszne. Sprawdziłem je ruwnież i w stosunku do klientuw, ktuży zwiedziawszy się o moim powrocie, zbiegli się, by mnie pżywitać. Wiesz, że nie byłem nigdy dla nih zbyt skąpy, ale jeszcze ojciec muj postępował z zasady z nimi wyniośle i mnie do podobnego postępowania pżyuczył. Otuż teraz, widząc te wytarte płaszcze i wygłodniałe tważe, znuw doznałem jakby uczucia litości. Kazałem im dać jeść, a nadto muwiłem z nimi; nazwałem kilku po imieniu, kilku spytałem o ih żony i dzieci i znuw widziałem łzy w oczah, a nadto znuw wydało mi się, że Ligia to widzi, że cieszy się i pohwala... Czy muj umysł poczyna się błąkać, czy miłość miesza mi zmysły, nie wiem, wiem jednak, iż mam ciągle uczucie, że ona na mnie z dala patży, i boję się uczynić coś takiego, co by ją mogło zasmucić i obrazić. Tak, Kaju! Zmieniono mi jednak duszę i czasem dobże mi z tym, czasem znuw dręczę się tą myślą, albowiem obawiam się, że zabrano mi dawne męstwo, dawną energię i że może niezdatny już jestem nie tylko do rady, sądu, uczt, ale nawet i do wojny. To są niehybnie czary! I tak dalece mnie zmieniono, że powiem ci i to, co mi pżyhodziło do głowy jeszcze wuwczas, gdym leżał hory: że gdyby Ligia była podobną do Nigidii, do Poppei, do Kryspinilli i do innyh naszyh rozwudek, gdyby była ruwnie plugawą, ruwnie niemiłosierną i ruwnie łatwą jak one, to bym jej nie kohał tak, jak koham. Ale gdy koham ją za to, co nas dzieli, domyślisz się, jaki haos rodzi się w mej duszy, w jakih żyję ciemnościah, jak nie widzę pżed sobą drug pewnyh i jak dalece nie wiem, co mam począć. Jeśli życie może być poruwnywanym do źrudła, w moim źrudle zamiast wody płynie niepokuj. Żyję nadzieją, że ją może ujżę, i czasem zdaje mi się, że to musi nastąpić... Ale co będzie ze mną za rok lub dwa, nie wiem i nie mogę odgadnąć. Z Rzymu nie wyjadę. Nie mugłbym znieść toważystwa augustianuw, a pży tym jedyną ulgą w moim smutku i niepokoju jest mi myśl, że jestem blisko Ligii, że pżez Glauka lekaża, ktury obiecał mnie odwiedzić, albo pżez Pawła z Tarsu może się czasem czegoś o niej dowiem. Nie! Nie opuściłbym Rzymu, hoćbyście mi ofiarowali zażąd Egiptu. Wiedz także, że kazałem żeźbiażowi obrobić kamień grobowy dla Gula, kturego zabiłem w gniewie. Za puźno pżyszło mi na myśl, że on jednak na ręku mnie nosił i pierwszy uczył, jak stżałę na łuk nakładać. Nie wiem, dlaczego zbudziła się teraz we mnie pamięć o nim, podobna do żalu i do wyżutu... Jeśli cię zdziwi to, co piszę, odpowiem ci, ze mnie to nie mniej dziwi, ale piszę ci szczerą prawdę. Żegnaj”.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.