Rozdział dwudziesty szusty
Rozdział dwudziesty szusty
Nazajutż ocknął się osłabiony, ale z głową hłodną i bez gorączki. Zdawało mu się, iż rozbudził go szept rozmowy, ale gdy otwożył oczy, Ligii nie było pży nim, Ursus tylko, pohylony pżed kominem, rozgżebywał siwy popiuł i szukał pod nim żaru, ktury znalazłszy począł rozdmuhiwać węgle tak, jakby czynił to nie ustami, ale miehem kowalskim. Winicjusz pżypomniawszy sobie, że człowiek uw zgniutł wczoraj Krotona, pżypatrywał się z zajęciem, godnym lubownika areny, jego olbżymiemu gżbietowi podobnemu do gżbietu cyklopa i potężnym jak kolumny udom.
„Dzięki Merkuremu, że mi karku nie skręcił — pomyślał w duszy. — Na Polluksa! Jeśli inni Ligowie do niego podobni, legie danubijskie mogą mieć z nimi kiedyś ciężką robotę!”
Głośno zaś ozwał się:
— Hej, niewolniku!
Ursus usunął głowę z komina i uśmiehnąwszy się niemal pżyjaźnie, żekł:
— Bóg ci daj, panie, dobry dzień i dobre zdrowie, ale ja człek wolny, nie niewolnik.
Winicjuszowi, ktury miał ohotę rozpytać Ursusa o ojczysty kraj Ligii, słowa te sprawiły pewną pżyjemność, albowiem rozmowa z człowiekiem wolnym, jakkolwiek prostym, mniejszą pżynosiła ujmę jego rzymskiej i patrycjuszowskiej godności niż rozmowa z niewolnikiem, w kturym ni prawo, ni obyczaj nie uznawały ludzkiej istoty.
— Toś ty nie Aulusów? — spytał.
— Nie, panie. Ja służę Kallinie, jako służyłem jej matce, ale po dobrej woli.
Tu shował znuw głowę w komin, by podmuhać na węgle, na kture nażucił popżednio drew, po czym wyjął ją i żekł:
— U nas nie ma niewolnikuw.
Lecz Winicjusz spytał:
— Gdzie jest Ligia?
— Dopiero co odeszła, a ja mam uważyć śniadanie dla ciebie, panie. Czuwała nad tobą całą noc.
— Czemuś jej nie wyręczył?
— Bo tak hciała, a moja żecz słuhać.
Tu oczy zasępiły mu się i po hwili dodał:
— Gdybym ja jej nie słuhał, to ty byś, panie, nie żył.
— Zali żałujesz, żeś mnie nie zabił?
— Nie, panie. Chrystus nie kazał zabijać.
— A Atacynus? A Kroto?
— Nie mogłem inaczej — mruknął Ursus.
I począł patżeć jakby z żalem na swe ręce, kture widocznie zostały pogańskie, mimo iż dusza hżest pżyjęła.
Następnie postawił garnek na tżonie i kucnąwszy pżed kominem, utkwił zamyślone oczy w płomień.
— To twoja wina, panie — żekł wreszcie. — Po coś podnosił rękę na nią, na curkę krulewską?
W Winicjuszu zawżała w pierwszej hwili duma, że prostak i barbażyńca śmie nie tylko pżemawiać do niego tak poufale, ale jeszcze pżyganiać mu. Do tyh nadzwyczajnyh i nieprawdopodobnyh żeczy, kture spotkały go od onegdajszej nocy, pżybyła jeszcze jedna. Lecz będąc słabym i nie mając pod ręką swyh niewolnikuw, pohamował się, zwłaszcza że i hęć dowiedzenia się jakihś szczegułuw z życia Ligii pżemogła.
Więc uspokoiwszy się począł wypytywać o wojnę Ligów pżeciw Wanniuszowi i Swebom. Ursus rad opowiadał, lecz nie mugł dodać wiele nowego do tego, co Winicjuszowi opowiadał w swoim czasie Aulus Plaucjusz. Ursus w bitwie nie był, toważyszył bowiem zakładniczkom do obozu Ateliusza Histra. Wiedział tylko, że Ligowie zbili Swebów i Jazygów, ale wudz ih i krul poległ od stżały Jazyga. Zaraz potem odebrali wieści, że Semnonowie zapalili lasy na ih granicah, i wrucili w lot, by pomścić kżywdę, a zakładniczki zostały u Ateliusza, ktury z początku kazał im oddawać honory krulewskie. Puźniej matka Ligii zmarła. Wudz rzymski nie wiedział, co robić z dzieckiem. Ursus hciał wracać z nim do kraju, ale droga była niebezpieczna z powodu zwieża i dzikih plemion; gdy więc pżyszła wieść, że jakieś poselstwo Ligów znajduje się u Pomponiusza, ofiarując mu pomoc pżeciw Markomanom, Hister odesłał ih do Pomponiusza. Pżybywszy do niego dowiedzieli się jednak, że posłuw żadnyh nie było — i w ten sposub zostali w obozie, skąd Pomponiusz pżywiuzł ih do Rzymu, a po odbytym tryumfie oddał krulewskie dziecko Pomponii Grecynie.
Winicjusz, jakkolwiek w tym opowiadaniu drobne tylko szczeguły były mu nie znane, słuhał z pżyjemnością, albowiem niezmierną jego pyhę rodową łehtało mile to, że naoczny świadek stwierdzał krulewskie pohodzenie Ligii. Jako curka krulewska, mogła była ona zająć na dwoże cezara stanowisko ruwne curkom najpierwszyh roduw, tym bardziej że narud, kturego władcą był jej ojciec, nigdy dotąd nie wojował z Rzymem, a jakkolwiek barbażyński, mugł się okazać groźnym, gdyż wedle świadectwa samego Ateliusza Histra posiadał „niezliczoną moc” wojownikuw.
Ursus zresztą potwierdził w zupełności owo świadectwo, albowiem na pytanie Winicjusza o Ligów odżekł:
— My siedzim w lasah, ale ziemi u nas tyle, że nikt nie wie, gdzie koniec puszczy, i ludu w niej dużo. Są też w puszczy i grody drewniane, w kturyh dostatek wielki, bo co Semnony, Markomany, Wandale i Kwady złupią po świecie, to my im odbieramy. Oni zaś nie śmią do nas iść, jeno gdy wiatr od nih, to palą nam lasy. I nie boimy się ni ih, ni rzymskiego cezara.
— Bogowie dali Rzymianom zwieżhnictwo nad ziemią — żekł surowo Winicjusz.
— Bogowie to złe duhy — odpowiedział z prostotą Ursus — a gdzie nie ma Rzymian, tam nie ma i zwieżhnictwa.
Tu poprawił ogień i muwił jakby sam do siebie:
— Gdy Kallinę wziął cezar na dwur, a ja myślałem, że może ją spotkać kżywda, tom hciał iść aż hen do lasuw i sprowadzić Ligów na pomoc krulewnie. I Ligowie ruszyliby ku Dunajowi, bo to lud dobry, hoć pogański. Ot, zaniusłbym im „dobrą nowinę”. Ale ja i tak kiedy, jak Kallina wruci do Pomponii, pokłonię się jej, by pozwoliła mi iść do nih, bo Chrystus narodził się daleko i oni nawet nie słyszeli o Nim... Wiedział on lepiej ode mnie, gdzie Mu się tżeba narodzić, ale gdyby tak u nas, w puszczy, pżyszedł na świat, pewnie byśmy Go nie umęczyli, ale hodowalibyśmy Dzieciątko i dbali, by Mu nigdy nie zbrakło ni zwieżyny, ni gżybuw, ni skur bobrowyh, ni bursztynu. A co byśmy na Swebach albo Markomanach złupili, to byśmy Mu oddali, by zaś miał dostatek i wygodę.
Tak muwiąc pżystawił do ognia naczynie z polewką pżeznaczoną dla Winicjusza i umilkł. Myśl jego błądziła widocznie czas jakiś po puszczah ligijskih, aż dopiero gdy płyn począł syczeć, wylał go w płaską misę i ostudziwszy należycie, żekł:
— Glaukus radzi, byś jak najmniej poruszał, panie, nawet tą ręką, ktura została zdrowa, więc Kallina rozkazała mi cię karmić.
Ligia rozkazała! Na to nie było odpowiedzi. Winicjuszowi nie pżyszło nawet na myśl spżeciwić się jej woli, jakby była curką cezara lub boginią, nie odpowiedział pżeto ani słowem, Ursus zaś, siadłszy koło jego łużka, począł czerpać polewkę z misy małym kubkiem i podawać mu ją do ust. Czynił to tak troskliwie i z takim dobrym uśmiehem w swoih błękitnyh oczah, iż Winicjusz oczom swoim nie wieżył, by to mugł być ten sam straszliwy tytan, ktury w dniu wczorajszym, zgniutłszy Krotona, żucił się na niego samego jak buża i byłby go rozniusł, gdyby nie litość Ligii. Młody patrycjusz po raz pierwszy w życiu począł się zastanawiać nad tym, co też może dziać się w piersi prostaka, sługi i barbażyńcy.
Lecz Ursus okazał się niańką o tyle niezgrabną, o ile troskliwą. Kubek ginął całkowicie w jego herkulesowyh palcah, tak że nie pozostawało nic miejsca dla ust Winicjusza. Po kilku nieudanyh prubah olbżym zatroskał się wielce i żekł:
— Ej, łatwiej żubra z ostępu wywieść...
Winicjusza zabawiło zakłopotanie Liga, lecz nie mniej zajęła go jego uwaga. Widywał on w cyrkah straszliwe „ury”, sprowadzane z puszcz pułnocnyh, na kture najdzielniejsi bestiarii polowali z obawą i kture jednym tylko słoniom ustępowały w wielkości i sile.
— Zaliś prubował brać takie bestie za rogi? — spytał ze zdumieniem.
— Puki nie pżeszło nade mną dwadzieścia zim, tom się bał — odżekł Ursus — ale potem — bywało.
I jął znuw karmić Winicjusza, jeszcze niezgrabniej niż pżedtem.
— Muszę poprosić Miriam lub Nazariusza — żekł.
Lecz tymczasem blada głuwka Ligii wyhyliła się spoza zasłony.
— Zaraz pomogę — żekła.
I wyszła po hwili z cubiculum, w kturym gotowała się widocznie do snu, gdyż pżybrana była tylko w obcisłą tunikę, zwaną u starożytnyh capitium, zakrywającą szczelnie piersi, i włosy miała rozwiązane. Winicjusz, kturego serce zabiło żywiej na jej widok, począł jej wymawiać, że dotąd nie pomyślała o śnie, lecz ona odżekła wesoło:
— Właśnie hciałam to uczynić, ale pierwej zastąpię Ursusa.
I wziąwszy kubek siadła na krawędzi łużka i poczęła karmić Winicjusza, ktury czuł się zarazem upokożony i szczęśliwy. Gdy pohylała się ku niemu, biło na niego ciepło jej ciała i rozwiązane jej włosy spływały mu na piersi, on zaś bladł z wrażenia, ale w zamęcie i porywie żądz odczuwał zarazem, że to jest nad wszystko droga i nad wszystko uwielbiona głowa, wobec kturej świat cały jest niczym. Pierwej pożądał jej, teraz poczynał ją kohać pełną piersią. Dawniej, jak w ogule w życiu, tak i w uczuciu, był, jak wszyscy uwcześni ludzie, ślepym, bezwzględnym egoistą, kturemu hodziło tylko o siebie, obecnie poczęło mu hodzić i o nią.
Po hwili też odmuwił dalszego posiłku i hoć w patżeniu na nią i w jej obecności znajdował niepżebraną rozkosz, żekł:
— Dosyć. Idź spocząć, boska moja.
— Nie nazywaj mnie tak — odpowiedziała — mnie się tego słuhać nie godzi.
Jednakże uśmiehała się do niego, a następnie żekła mu, że sen ją odbiegł, że trudu nie czuje i że nie uda się na spoczynek, puki nie pżyjdzie Glaukus. On słuhał jej słuw jak muzyki, a zarazem serce wzbierało mu coraz większym wzruszeniem, coraz większym zahwytem, coraz większą wdzięcznością, a myśl biedziła się, jak by jej tę wdzięczność okazać.
— Ligio — żekł po hwili milczenia — jam cię popżednio nie znał. Ale teraz wiem, żem hciał dojść do ciebie błędną drogą, więc ci powiadam: wruć do Pomponii Grecyny i bądź pewna, że odtąd nikt nie podniesie na ciebie ręki.
A jej tważ posmutniała nagle.
— Byłabym szczęśliwa — odżekła — gdybym ją hoć z daleka mogła zobaczyć, ale wrucić do niej już nie mogę.
— Dlaczego? — zapytał ze zdziwieniem Winicjusz.
— My, hżeścijanie, wiemy pżez Akte, co się na Palatynie dzieje. Zaliś nie słyszał, że cezar wkrutce po mojej ucieczce, a pżed swym wyjazdem do Neapolis, wezwał Aulusa i Pomponię — i mniemając, że mi pomogli, groził im swym gniewem. Szczęściem Aulus mugł mu odżec: „Wiesz, panie, że nigdy kłamstwo nie pżeszło mi pżez usta; otuż pżysięgam ci, żeśmy jej nie pomogli do ucieczki i że ruwnie jak ty nie wiemy, co się z nią stało”. I cezar uwieżył, a potem zapomniał — ja zaś z porady starszyh nigdy nie pisałam do matki, gdzie jestem, by zawsze śmiało mogła zapżysiąc, że nic o mnie nie wie. Ty może tego nie pojmiesz, Winicjuszu, ale nam kłamać nie wolno, nawet gdyby o życie hodziło. Taka jest nasza nauka, do kturej hcemy stosować serca, więc nie widziałam Pomponii od czasu, gdym opuściła jej dom, ją zaś zaledwie od czasu do czasu dolatywały dalekie eha, że żyję i żem bezpieczna.
Tu porwała ją tęsknota, bo oczy jej zrosiły się łzami, lecz wkrutce uspokoiła się i żekła:
— Wiem, że i Pomponia tęskni za mną, my jednak mamy nasze pociehy, kturyh nie mają inni.
— Tak — odżekł Winicjusz — waszą pociehą Chrystus, ale ja tego nie rozumiem.
— Patż na nas: nie ma dla nas rozłączeń, nie ma boleści i cierpień, a jeśli pżyjdą, to zmieniają się w radość. I śmierć sama, ktura dla was jest końcem życia, dla nas jest tylko jego początkiem i zmianą gorszego szczęścia na lepsze, mniej spokojnego na spokojniejsze i wieczyste. Zważ, jaką musi być nauka, ktura nakazuje nam miłosierdzie nawet względem niepżyjaciuł, broni kłamstwa, oczyszcza dusze nasze od złości i obiecuje po śmierci szczęście niepżebrane.
— Słyszałem to w Ostrianum i widziałem, jak postąpiliście ze mną i z Chilonem, a gdy o tym myślę, dotyhczas zdaje mi się, że to sen i że ni uszom, ni oczom nie powinienem wieżyć. Lecz ty mi odpowiedz na inne pytanie: jestżeś szczęśliwa?
— Tak! — odżekła Ligia. — Wyznając Chrystusa nie mogę być nieszczęśliwą.
Winicjusz spojżał na nią, jak gdyby to, co muwiła, pżehodziło całkiem miarę ludzkiego rozumowania.
— I nie hciałabyś wrucić do Pomponii?
— Hciałabym z całej duszy i wrucę, jeśli taka będzie wola Boga.
— Więc ci muwię: wruć, a ja ci pżysięgnę na moje lary, że nie podniosę na ciebie ręki.
Ligia zamyśliła się pżez hwilę, po czym odżekła:
— Nie. Nie mogę bliskih moih podać na niebezpieczeństwo. Cezar nie koha rodu Plaucjuszów. Gdybym wruciła — ty wiesz, jak pżez niewolnikuw rozhodzi się każda wiadomość po Rzymie — więc i muj powrut stałby się rozgłośny w mieście, i Nero dowiedziałby się o nim pżez swoih niewolnikuw niewątpliwie. Wuwczas skarałby Aulusów, a co najmniej odebrałby mnie im znowu.
— Tak — żekł marszcząc brwi Winicjusz — to by być mogło. Uczyniłby to hoćby dlatego, by okazać, że woli jego musi się stać zadosyć. Prawdą jest, że on tylko zapomniał o tobie lub nie hciał myśleć mniemając, że nie jemu, ale mnie stała się ujma. Lecz może... odjąwszy cię Aulusom... oddałby mnie, a ja wruciłbym cię Pomponii.
Lecz ona zapytała ze smutkiem:
— Winicjuszu, czy hciałbyś mnie widzieć znuw na Palatynie?
On zaś zacisnął zęby i odżekł:
— Nie. Masz słuszność. Muwiłem jak głupiec! Nie!
I nagle ujżał pżed sobą jakby pżepaść bez dna. Był patrycjuszem, był trybunem wojskowym, był człowiekiem potężnym, ale nad wszystkimi potęgami tego świata, do kturego należał, stał pżecie szaleniec, kturego ni woli, ni złośliwości niepodobna było pżewidzieć. Nie liczyć się z nim, nie bać się go mogli hyba tacy ludzie jak hżeścijanie, dla kturyh cały ten świat, jego rozłąki, cierpienia i śmierć sama była niczym. Wszyscy inni musieli drżeć pżed nim. Groza czasuw, w kturyh żyli, ukazała się Winicjuszowi w całej swej potwornej rozciągłości. Nie mugł oto oddać Ligii Aulusom z obawy, by potwur nie pżypomniał sobie jej i nie zwrucił na nią swego gniewu; z tego samego powodu, gdyby ją teraz wziął za żonę, mugł narazić ją, siebie i Aulusów. Hwila złego humoru wystarczała, by zgubić wszystkih. Winicjusz po raz pierwszy w życiu poczuł, że albo świat musi się zmienić i pżerodzić, albo życie stanie się zgoła niemożliwe. Zrozumiał ruwnież to, co pżed hwilą jeszcze było dla niego ciemne, że w takih czasah jedni tylko hżeścijanie mogli być szczęśliwi.
Lecz pżede wszystkim hwycił go żal, gdyż zrozumiał i to, że to on sam tak poplątał życie sobie i Ligii, iż z tej plątaniny nie było prawie wyjścia. I pod wpływem tego żalu począł muwić:
— Czy ty wiesz, żeś ty szczęśliwsza ode mnie? Ty w ubustwie i w tej jednej izbie wśrud prostakuw miałaś swoją naukę i swego Chrystusa, ja zaś mam tylko ciebie i gdy mi cię zbrakło, byłem jak nędzaż, ktury nie ma ni dahu nad sobą, ni hleba. Tyś mi droższa niż cały świat. Szukałem cię, bom nie mugł żyć bez ciebie. Nie hciałem ni uczt, ni snu. Gdyby nie nadzieja, że cię znajdę, byłbym się żucił na miecz. Ale boję się śmierci, bo nie mugłbym na ciebie patżeć. Muwię ci szczerą prawdę, iż nie potrafię bez ciebie żyć i dotąd żyłem tylko nadzieją, że cię znajdę i zobaczę. Czy pamiętasz nasze rozmowy u Aulusów? Raz nakreśliłaś mi rybę na piasku, a jam nie rozumiał, co to znaczy. Pamiętasz, jak bawiliśmy się w piłkę? Kohałem cię już wuwczas nad życie, a i ty poczęłaś się domyślać, że cię koham... Nadszedł Aulus, straszył nas Libityną i pżerwał nam rozmowę. Pomponia powiedziała na pożegnanie Petroniuszowi, że Bóg jest jeden, wszehmocny i miłosierny, ale nam ani do głowy nie pżyszło, że waszym Bogiem jest Chrystus. Nieh mi odda ciebie, a pokoham Go, hoć wydaje mi się Bogiem niewolnikuw, cudzoziemcuw i nędzaży. Ty siedzisz pży mnie i myślisz o Nim tylko. Myśl i o mnie, bo inaczej Go znienawidzę. Dla mnie tyś jedna bustwem. Błogosławiony ojciec twuj i matka, błogosławiona ziemia, ktura cię wydała. Hciałbym objąć twoje nogi i modlić się do ciebie, tobie składać cześć, tobie ofiary, tobie pokłony — ty tżykroć boska! Ty nie wiesz, ty nie możesz wiedzieć, jak ja cię koham...
Tak muwiąc pociągnął ręką po pobladłym czole i pżymknął oczy. Natura jego nie znała nigdy tamy, tak w gniewie, jak i w miłości. Muwił z uniesieniem, jak człowiek, ktury pżestawszy nad sobą panować nie hce liczyć się z żadną miarą ni w słowah, ni w czci. Lecz muwił z głębi duszy i szczeże. Czuć było, że bul, zahwyt, żądza i uwielbienie, nagromadziwszy się w jego piersi, buhnęły wreszcie niepowstżymanym potokiem słuw. Ligii słowa jego wydały się bluźniercze, a jednak serce jej poczęło bić, jakby hciało rozerwać krępującą piersi tunikę. Nie mogła opżeć się litości nad nim i nad jego męką. Wzruszyła ją cześć, z jaką do niej muwił. Czuła się kohaną i ubustwianą bez granic, czuła, że ten nieugięty i niebezpieczny człowiek należy teraz do niej duszą i ciałem, jak niewolnik, i to poczucie jego pokory, własnej potęgi napełniło ją szczęściem. Wspomnienia jej ożyły w jednej hwili. Był to dla niej znuw ten pżepyszny i piękny, jak pogański bug, Winicjusz, ktury w domu Aulusów muwił jej o miłości i budził jak ze snu jej pułdziecinne nauwczas serce; ten sam, kturego pocałunki czuła jeszcze na ustah i z kturego objęć wyrwał ją na Palatynie Ursus, jakby ją wyrwał z płomienia. Tylko obecnie, z zahwytem, a zarazem z bulem w swojej orlej tważy, z pobladłym czołem i błagalnym wyrazem oczu, ranny, złamany miłością, kohający, pełen ubustwienia i pokory, wydał się jej takim, jakim go hciała mieć wuwczas i jakiego byłaby pokohała całą duszą, a więc droższym niż kiedykolwiek.
I nagle zrozumiała, że może pżyjść hwila, w kturej jego miłość ogarnie i porwie ją jak wiher, a poczuwszy to doznała takiego samego wrażenia, jakiego pżed hwilą doznał on: mianowicie, że stoi nad bżegiem pżepaści. Na toż pożuciła dom Aulusów? Na toż ratowała się ucieczką? Na toż kryła się tyle czasu w nędznyh dzielnicah miasta? Kto był uw Winicjusz? Augustianin, żołnież i dwożanin Nerona! Wszakże brał udział w jego rozpuście i szaleństwah, jak świadczyła o tym ta uczta, kturej Ligia nie mogła zapomnieć; wszakże hodził razem z innymi do świątyń i składał ofiary bezecnym bogom, w kturyh może i nie wieżył, ale oddawał im jednak cześć użędową. Wszakże ją ścigał po to, by z niej uczynić swoją niewolnicę i kohankę, a zarazem wtrącić ją w uw straszny świat zbytku, rozkoszy, zbrodni i bezeceństw, wołającyh o gniew i pomstę Bożą. Wydawał się wprawdzie zmieniony, ale pżecie dopiero co sam jej żekł, że jeśli będzie więcej myślała o Chrystusie niż o nim, to gotuw Go znienawidzić. Ligii wydało się, że sama myśl o jakiejkolwiek innej miłości, niż miłość do Chrystusa, jest już gżehem pżeciw Niemu i pżeciw nauce, gdy więc spostżegła, że na dnie jej duszy mogą się zbudzić inne uczucia i pragnienia, hwyciła ją trwoga pżed własną pżyszłością i własnym sercem.
Na tę hwilę wewnętżnej rozterki trafił Glaukus, ktury pżyszedł opatżyć horego i zbadać jego zdrowie. Na tważy Winicjusza w mgnieniu oka odbił się gniew i zniecierpliwienie. Zły był, iż mu pżerwano rozmowę z Ligią, i gdy Glaukus począł zadawać mu pytania, odpowiadał niemal z pogardą. Wprawdzie pomiarkował się wkrutce, lecz jeśli Ligia miała jakiekolwiek złudzenia, że to, co słyszał na Ostrianum, mogło podziałać na jego nieużytą naturę, to złudzenia owe musiały pieżhnąć. Zmienił się tylko dla niej, lecz poza tym jednym uczuciem pozostało mu w piersi dawne surowe i samolubne, prawdziwie rzymskie i zarazem wilcze serce, niezdolne nie tylko do uczucia słodkiej nauki hżeścijańskiej, ale nawet i wdzięczności.
Odeszła wreszcie, pełna wewnętżnej troski i niepokoju. Niegdyś w modlitwie ofiarowała Chrystusowi serce pogodne i istotnie czyste jak łza. Teraz pogoda ta była zmącona. Do wnętża kwiatu dostał się jadowity robak i począł w nim huczeć.
Nawet sen, mimo niepżespanyh dwuh nocy, nie pżyniusł jej ukojenia. Śniło jej się, że na Ostrianum Nero, na czele orszaku augustianuw, bahantek, korybantuw i gladiatoruw, tratuje uwieńczonym w ruże wozem tłumy hżeścijan, a Winicjusz hwyta ją w ramiona, wciąga na kwadrygę i cisnąc ją do piersi, szepce: „Pujdź z nami!”
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.