Rozdział dwudziesty tżeci
Rozdział dwudziesty tżeci
Winicjusza obudził dotkliwy bul. W pierwszej hwili nie mugł zrozumieć, gdzie jest i co się z nim dzieje. W głowie czuł szum i oczy jego były zakryte jakby mgłą. Stopniowo jednak wracała mu pżytomność i wreszcie pżez ową mgłę dojżał tżeh shylonyh nad sobą ludzi. Dwuh rozpoznał: jeden był Ursus, drugi — ten stażec, kturego obalił unosząc Ligię. Tżeci, zupełnie obcy, tżymał jego lewą rękę i dotykając jej wzdłuż łokcia aż do ramienia i obojczyka, zadawał mu właśnie bul tak straszny, iż Winicjusz sądząc, że to jest jakiś rodzaj dokonywanej nad nim zemsty, żekł pżez zaciśnięte zęby:
— Zabijcie mnie.
Lecz oni nie zdawali się uważać na jego słowa, jakby nie słyszeli ih lub jakby je poczytywali za zwykły jęk cierpienia. Ursus, ze swoją zatroskaną, a zarazem groźną tważą barbażyńcy, tżymał pęki białyh szmat podartyh na długie pasy, stażec zaś muwił do człowieka, ktury naciskał ramię Winicjusza:
— Glauku, jestżeś pewny, że ta rana w głowie nie jest śmiertelna?
— Tak jest, cny Kryspie — odpowiedział Glaukus. — Służąc jako niewolnik na flocie, a potem mieszkając w Neapolis, opatrywałem wiele ran, i z zyskuw, jakie mi pżynosiło to zajęcie, wykupiłem wreszcie siebie i swoih... Rana w głowie jest lekka. Gdy ten człowiek (tu wskazał głową na Ursusa) odebrał młodzieńcowi dziewczynę i phnął go na mur, uw widocznie, padając, zasłonił się ręką, kturą wybił i złamał, ale pżez to ocalił głowę — i życie.
— Niejednego już z braci miałeś w swej opiece — odpowiedział Kryspus — i słyniesz jako biegły lekaż... Dlatego to posłałem po ciebie Ursusa.
— Ktury po drodze wyznał mi, iż jeszcze wczoraj gotuw był mnie zabić.
— Ale pierwej niż tobie wyznał swuj zamiar mnie — ja zaś, ktury znam ciebie i twoją miłość do Chrystusa, wytłumaczyłem mu, że nie ty jesteś zdrajcą, ale uw nieznajomy, ktury go do zabujstwa hciał namuwić.
— To był zły duh, ale ja wziąłem go za anioła — odżekł z westhnieniem Ursus.
— Kiedy indziej opowiesz mi to — żekł Glaukus — ale teraz musimy myśleć o rannym.
I to żekłszy począł nastawiać ramię Winicjusza, ktury mimo iż Kryspus skrapiał mu tważ wodą, mdlał ciągle z bulu. Była to zresztą szczęśliwa dla niego okoliczność, nie czuł bowiem nastawiania nogi ani opasywania złamanego ramienia, kture Glaukus ujął w dwie wklęsłe deseczki, a następnie obwiązał szybko i silnie, aby je unieruhomić.
Lecz po dokonaniu operacji rozbudził się znowu — i ujżał nad sobą Ligię.
Stała tuż pży jego łużku, tżymając pżed sobą miedziane wiaderko z wodą, w kturej Glaukus zanużał od czasu do czasu gąbkę i zwilżał nią jego głowę.
Winicjusz patżył i oczom nie wieżył. Zdawało mu się, że to sen albo gorączka stawia pżed nim drogie widmo — i po długiej dopiero hwili zdołał wyszeptać:
— Ligio...
Na jego głos wiaderko zadrżało w jej ręku, lecz zwruciła na niego oczy pełne smutku.
— Pokuj z tobą! — odżekła z ciha.
I stała z wyciągniętymi pżed się rękoma, z tważą pełną litości i żalu.
On zaś patżył na nią, jakby hcąc napełnić nią źrenice tak, aby po zamknięciu powiek obraz jej został mu pod nimi. Patżył na jej tważ, bledszą i szczuplejszą niż dawniej, na skręty ciemnyh włosuw, na ubogi ubiur robotnicy; patżył tak uporczywie, że aż pod wpływem jego wzroku jej śnieżne czoło poczęło rużowieć — i napżud pomyślał, że ją koha zawsze, a po wture, że ta jej bladość i to jej ubustwo są jego dziełem, że on to wypędził ją z domu, gdzie ją kohano i gdzie ją otaczał dostatek i wygody, a wtrącił do tej mizernej izby i odział w ten nędzny płaszcz z ciemnej wełny.
Ponieważ zaś pragnąłby ją odziać w najdroższe złotogłowy i we wszystkie klejnoty świata, więc zdjęło go zdumienie, trwoga, litość — i żal tak wielki, że byłby jej do nug padł, gdyby mugł się poruszyć.
— Ligio — żekł — nie pozwoliłaś mnie zabić.
A ona odpowiedziała ze słodyczą:
— Nieh Bóg wruci ci zdrowie.
Dla Winicjusza, ktury miał poczucie i tyh kżywd, kture jej dawniej wyżądził, i tej, kturą hciał wyżądzić świeżo, był w słowah Ligii prawdziwy balsam. Zapomniał w tej hwili, że pżez jej usta może muwić hżeścijańska nauka, a czuł tylko, że muwi umiłowana kobieta i że w odpowiedzi jej jest jakaś osobista tkliwość i wprost nadludzka dobroć, ktura wstżąsa nim do głębi duszy. Jak popżednio z bulu, tak teraz osłabł ze wzruszenia. Ogarnęła go jakaś niemoc, zarazem ogromna i słodka. Doznał takiego wrażenia, jakby się zapadał gdzieś w othłań, ale czuł pży tym, że mu jest dobże — i że jest szczęśliwy. Myślał też w tej hwili osłabienia, że stoi nad nim bustwo.
Tymczasem Glaukus skończył obmywać ranę w jego głowie i pżyłożył do niej maść gojącą. Ursus zabrał miednik z rąk Ligii, ona zaś, wziąwszy pżygotowaną na stole czarę z wodą pomieszaną z winem, pżyłożyła ją do ust rannego. Winicjusz wypił hciwie, po czym doznał ogromnej ulgi. Po dokonanym opatrunku bul prawie minął. Rany i stłuczenia poczęły tężeć. Wruciła mu zupełna pżytomność.
— Daj mi pić jeszcze — żekł.
Ligia odeszła z prużną czarą do drugiej izby, natomiast Kryspus, po krutkih słowah zamienionyh z Glaukiem, zbliżył się do łużka i żekł:
— Winicjuszu, Bóg nie pozwolił ci popełnić złego uczynku, ale zahował cię pży życiu, byś opamiętał się w duszy. Ten, wobec kturego człowiek jest tylko prohem — podał cię bezbronnego w ręce nasze, lecz Chrystus, w kturego wieżymy, kazał nam miłować nawet niepżyjaciuł. Więc opatżyliśmy twoje rany i jako żekła Ligia, będziemy modlić się, aby Bóg wrucił ci zdrowie, ale dłużej nad tobą czuwać nie możemy. Zostań więc w spokoju i pomyśl, czyli godziłoby ci się pżeśladować dłużej Ligię, kturą pozbawiłeś opiekunuw, dahu — i nas, ktużyśmy ci dobrym za złe wypłacili?
— Hcecie mnie opuścić? — spytał Winicjusz.
— Hcemy opuścić ten dom, w kturym może nas dosięgnąć pżeśladowanie prefekta miasta. Toważysz twuj został zabity, ty zaś, ktury jesteś możnym między swymi, leżysz ranny. Nie z naszej to winy się stało, ale na nas musiałby spaść gniew prawa...
— Pżeśladowania się nie bujcie — żekł Winicjusz. — Ja was osłonię.
Kryspus nie hciał mu odpowiedzieć, że hodzi im nie tylko o prefekta i policję, ale że nie mając zaufania i do niego także, hcą zabezpieczyć Ligię pżed dalszym jego pościgiem.
— Panie — żekł — prawa twoja ręka jest zdrowa — więc oto tabliczki i styl: napisz do sług, aby pżyszli do ciebie dziś wieczur z lektyką i odnieśli cię do twego domu, w kturym ci będzie wygodniej niż wśrud naszego ubustwa. My tu mieszkamy u biednej wdowy, ktura wkrutce nadejdzie z synem swoim — i owo paholę odniesie twuj list, my zaś musimy wszyscy szukać innego shronienia.
Winicjusz pobladł, pojął bowiem, że hcą go rozłączyć z Ligią i że gdy straci ją ponownie, to może nigdy w życiu jej nie ujżeć... Rozumiał wprawdzie, że zaszły między nią i nim żeczy wielkie, na mocy kturyh, hcąc ją posiąść, musi szukać jakihś nowyh drug, o kturyh nie miał jeszcze czasu myśleć. Rozumiał ruwnież, że cokolwiek by powiedział tym ludziom — hoćby im zapżysiągł, że wruci Ligię Pomponii Grecynie, to mają prawo mu nie uwieżyć i nie uwieżą. Pżecie mugł to uczynić już dawniej; pżecie mugł, zamiast pżeśladować Ligię, udać się do Pomponii — i pżysiąc jej, że się pościgu wyżeka, a w takim razie sama Pomponia byłaby odszukała i zabrała na powrut dziewczynę. — Nie! Czuł, że żadne tego rodzaju pżyżeczenia nie zdołają ih wstżymać i żadna uroczysta pżysięga nie zostanie pżyjęta, tym bardziej że nie będąc hżeścijaninem mugłby im hyba pżysiąc na boguw nieśmiertelnyh, w kturyh sam nie bardzo wieżył, a kturyh oni uważali za złe duhy.
Pragnął jednak rozpaczliwie pżejednać i Ligię, i tyh jej opiekunuw — jakimkolwiek sposobem, na to zaś potżebował czasu. Hodziło mu także o to, by hoć kilka dni patżeć na nią. Jak tonącemu każdy odłam deski lub wiosła wydaje się zbawieniem, tak i jemu wydawało się, iż pżez te kilka dni zdoła może powiedzieć coś takiego, co go do niej zbliży, że może coś obmyśli, że może coś zajdzie pomyślnego.
Więc zebrawszy myśli żekł:
— Posłuhajcie mnie, hżeścijanie. Wczoraj byłem wraz z wami na Ostrianum i słuhałem waszej nauki, ale hoćbym jej nie znał, wasze uczynki pżekonałyby mnie, iż jesteście ludzie uczciwi i dobży. Powiedzcie owej wdowie, ktura zamieszkuje ten dom, aby została w nim, wy zostańcie także i mnie pozwulcie zostać. Nieh ten człowiek (tu zwrucił wzrok na Glauka), ktury jest lekażem lub pżynajmniej zna się na opatrywaniu ran, powie, czy można mnie dziś pżenosić. Jestem hory i mam złamane ramię, kture musi hoć kilka dni zostać nieruhome — i dlatego oświadczam wam, iż nie ruszę się stąd, hyba mnie pżemocą wyniesiecie.
Tu pżerwał, bo w rozbitej jego piersi zbrakło oddehu, Kryspus zaś żekł:
— Nikt, panie, nie użyje pżeciw tobie pżemocy, my tylko uniesiemy stąd nasze głowy.
Na to niepżywykły do oporu młody człowiek zmarszczył brwi i żekł:
— Pozwul mi odethnąć.
Po hwili zaś począł znuw muwić:
— O Krotona, kturego zdusił Ursus, nikt nie zapyta, miał dziś jehać do Benewentu, dokąd wezwał go Watyniusz, wszyscy więc będą myśleli, że wyjehał. Gdyśmy weszli z Krotonem do tego domu, nie widział nas nikt prucz jednego Greka, ktury był z nami w Ostrianum. Powiem wam, gdzie mieszka, sprowadźcie mi go — ja zaś nakażę mu milczenie, albowiem jest to człowiek pżeze mnie płatny. Do domu mego napiszę list, żem wyjehał także do Benewentu. Gdyby Grek już dał znać prefektowi, oświadczę mu, żem Krotona sam zabił i że on to złamał mi rękę. Tak uczynię, na cienie ojca i matki mojej! — a więc możecie tu pozostać bezpiecznie, gdyż włos nie spadnie z żadnej głowy. Sprowadźcie mi prędko Greka, ktury zwie się Chilo Chilonides!
— Więc Glaukus zostanie pży tobie, panie — żekł Kryspus — i wraz z wdową będzie miał pieczę nad tobą.
Winicjusz zmarszczył brwi jeszcze silniej.
— Uważ, stary człowieku, co powiem — żekł. — Winienem ci wdzięczność i wydajesz się dobrym i uczciwym człowiekiem, ale nie muwisz mi tego, co masz na dnie duszy. Ty się obawiasz, bym nie wezwał moih niewolnikuw i nie kazał im zabrać Ligii? Zali tak nie jest?
— Tak jest! — odżekł z pewną surowością Kryspus.
— Tedy zważ, że z Chilonem będę rozmawiał pży was i że pży was napiszę list do domu, iżem wyjehał — i że innyh posłańcuw, jak wy, puźniej nie znajdę... Rozważ to sam i nie drażnij mnie dłużej.
Tu wzbużył się i tważ skurczyła mu się z gniewu, po czym jął muwić w uniesieniu:
— Zaliś ty myślał, że ja się zaprę, iż hcę pozostać dlatego, by ją widzieć?... Głupi by odgadł, hoćbym się zaparł. Ale pżemocą nie będę jej więcej brał... Tobie zaś powiem co innego. Jeśli ona tu nie zostanie, to tą zdrową ręką pozrywam wiązania z ramienia, nie pżyjmę jadła ni napoju i nieh śmierć moja spadnie na ciebie i na twoih braci. Czemuś mnie opatrywał, czemuś nie kazał mnie zabić?
I pobladł z gniewu i osłabienia. Lecz Ligia, ktura z drugiej izby słyszała całą rozmowę i ktura była pewną, iż Winicjusz spełni to, co zapowiada, zlękła się jego słuw. Nie hciała za nic jego śmierci. Raniony i bezbronny budził w niej tylko litość, nie strah. Od czasu ucieczki żyjąc wśrud ludzi pogrążonyh w ciągłym upojeniu religijnym, rozmyślającyh tylko o ofiarah, poświęceniah i miłosierdziu bez granic, sama upoiła się tym nowym thnieniem do tego stopnia, że zastąpiło ono dla niej dom, rodzinę, stracone szczęście i zarazem uczyniło z niej jedną z takih dziewic hżeścijanek, kture zmieniły puźniej starą duszę świata. Winicjusz zbyt zaważył w jej losah i zbyt się jej nażucił, by mogła o nim zapomnieć. Myślała o nim po całyh dniah i nieraz prosiła Boga o taką hwilę, w kturej, idąc za thnieniem nauki, mogłaby mu wypłacić się dobrem za złe, miłosierdziem za pżeśladowanie, złamać go, zdobyć dla Chrystusa i zbawić. A teraz zdawało się jej właśnie, że taka hwila nadeszła i że modlitwy jej zostały wysłuhane.
Zbliżyła się więc do Kryspusa z tważą jakby nathnioną i poczęła muwić tak, jakby pżez nią muwił głos jakiś inny:
— Kryspie, nieh on zostanie między nami i my pozostaniemy z nim, dopuki Chrystus go nie uzdrowi.
A stary prezbiter, pżywykły szukać we wszystkim thnień Bożych, widząc jej egzaltację pomyślał zaraz, że może muwi pżez nią moc wyższa, i uląkłszy się w sercu, pohylił swą głowę.
— Nieh się tak stanie, jak muwisz — żekł.
Na Winicjuszu, ktury pżez cały czas nie spuszczał jej z oczu, to szybkie posłuszeństwo Kryspa uczyniło dziwne i pżejmujące wrażenie. Wydało mu się, że Ligia jest między hżeścijanami jakąś Sybillą czy kapłanką, kturą otacza cześć i posłuh. I mimo woli poddał się także tej czci. Do miłości, jaką czuł, pżyłączyła się teraz jakby pewna obawa, wobec kturej miłość sama stawała się czymś niemal zuhwałym. Nie umiał pży tym oswoić się z myślą, że stosunek ih został zmieniony, że teraz nie ona od jego, ale on zależy od jej woli, że leży oto hory, złamany, że pżestał być siłą napastniczą — zdobywczą i że jest jakby bezbronnym dzieckiem na jej opiece. Dla jego natury dumnej i samowolnej stosunek podobny względem każdej innej istoty byłby upokożeniem — tym razem jednak nie tylko nie odczuł upokożenia, ale był jej wdzięczny jak swojej pani. Były to poczucia w nim niesłyhane, kture dniem pżedtem nie hciałyby mu się w głowie pomieścić i kture zdumiewałyby go nawet w tej jeszcze hwili, gdyby umiał sobie jasno zdać z nih sprawę. Lecz on nie pytał teraz, dlaczego tak jest, jakby to było żeczą zupełnie naturalną, czuł się tylko szczęśliwy, że zostaje.
I hciał jej dziękować — z wdzięcznością i jeszcze z jakimś uczuciem tak dalece mu nie znanym, że go nawet nazwać nie umiał, ponieważ było po prostu pokorą. Lecz popżednie uniesienie wyczerpało go tak, że nie mugł muwić i dziękował jej tylko oczyma, w kturyh świeciła radość, że zostaje pży niej i że będzie mugł na nią patżeć jutro, pojutże, może długo. Radość tę mieszała mu tylko obawa, by nie stracić tego, co zyskał, tak wielka, że gdy Ligia podała mu znuw po hwili wody i gdy hwyciła go pży tym ohota, by objąć jej dłoń — bał się tego uczynić, bał się — on, ten sam Winicjusz, ktury na uczcie u cezara całował pżemocą jej usta, a po jej ucieczce obiecał sobie, że będzie ją za włosy włuczył do cubiculum lub każe ją smagać.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.