Rozdział dwudziesty
Rozdział dwudziesty
Szli pżez Vicus Patricius, wzdłuż Wiminalu, do dawnej bramy Wiminalskiej, koło płaszczyzny, na kturej Dioklecjan wzniusł puźniej wspaniałe łaźnie. Minęli resztki muru Serwiusza Tuliusza i pżez bardziej już puste miejsca doszli do drogi Nomentańskiej, tam zaś skręciwszy na lewo, ku Salaria, znaleźli się wśrud wzguż, pełnyh kopalni piasku, a gdzieniegdzie i cmentaży. Ściemniło się tymczasem już zupełnie, że zaś księżyc jeszcze nie wszedł, więc drogę dość trudno pżyszłoby im znaleźć, gdyby nie to, że jak pżewidział Chilo, wskazywali ją sami hżeścijanie. Jakoż na prawo, na lewo i na pżodzie widać było ciemne postaci, zdążające ostrożnie ku piaszczystym wądołom. Niektuży z owyh ludzi nieśli latarki, okrywając je jednak ile możności płaszczami, inni, znający lepiej drogę, szli po ciemku. Wprawne żołnierskie oczy Winicjusza odrużniały po ruhah młodszyh mężczyzn od starcuw wlokącyh się na kijah i od kobiet poobwijanyh starannie w długie stole. Żadcy pżehodnie i wieśniacy, wyjeżdżający z miasta, brali widocznie tyh nocnyh wędrowcuw za robotnikuw zdążającyh do arenariuw lub za bractwa pogżebowe, kturyh członkowie wyprawiali sobie czasami obżędowe agapy w nocy. W miarę jednak, jak młody patrycjusz i jego toważysze posuwali się napżud, naokuł migało coraz więcej latarek i zwiększała się liczba osub. Niekture z nih śpiewały pżyciszonymi głosami pieśni, kture Winicjuszowi wydawały się jakby pełne tęsknoty. Hwilami uho jego hwytało urywane słowa lub zdania pieśni, jak na pżykład: „Wstań, ktury śpisz” lub „Powstań z martwyh”, czasem znuw imię Chrystusa powtażało się w ustah mężczyzn i kobiet. Lecz Winicjusz mało zwracał uwagi na słowa, albowiem pżez głowę pżehodziło mu, że może ktura z owyh ciemnyh postaci jest Ligią. Niekture, pżehodząc blisko, muwiły: „Pokuj z wami” lub „Hwała Chrystusowi!”, jego zaś ogarniał niepokuj i serce poczynało mu bić żywiej, albowiem wydawało mu się, że słyszy głos Ligii. Podobne kształty lub podobne ruhy zwodziły go w ciemnościah co hwila i dopiero sprawdziwszy kilkakrotnie swą omyłkę począł nie ufać oczom.
Droga wydała mu się jednak długą. Okolicę znał dobże, ale po ciemku nie umiał się w niej rozeznać. Co hwila trafiały się to jakieś wąskie pżejścia, to części muruw, to jakieś budynki, kturyh sobie koło miasta nie pżypominał. Wreszcie bżeg księżyca ukazał się sponad nagromadzonyh hmur i oświecił okolicę lepiej od mdłyh latarek. Coś z dala poczęło wreszcie błyszczeć, jakby ognisko lub płomień pohodni. Winicjusz pohylił się ku Chilonowi i spytał, czy to Ostrianum.
Chilo, na kturym noc, odległość od miasta i te postaci, do widm podobne, czyniły widocznie silne wrażenie, odżekł nieco niepewnym głosem:
— Nie wiem, panie, nie byłem nigdy w Ostrianum. Ale mogliby hwalić Chrystusa gdzieś bliżej miasta.
Po hwili zaś, czując potżebę rozmowy i pokżepienia odwagi, dodał:
— Shodzą się jak zbujcy, a pżecie nie wolno im zabijać, hyba że mnie uw Lig zwiudł niegodnie.
Lecz Winicjusza, ktury myślał o Ligii, zdziwiła także ta ostrożność i tajemniczość, z jaką jej wspułwyznawcy zbierali się dla słuhania swego najwyższego kapłana, więc żekł:
— Jak wszystkie religie, tak i ta ma między nami swyh zwolennikuw, ale hżeścijanie to sekta żydowska. Czemuż zbierają się tu, gdy na Zatybrzu stoją świątynie żydowskie, w kturyh w biały dzień Żydzi składają ofiary?
— Nie, panie. Żydzi właśnie są ih najzaciętszymi niepżyjaciułmi. Muwiono mi, że już pżed dzisiejszym cezarem pżyszło niemal do wojny między Żydami a nimi. Cezara Klaudiusza znudziły tak te rozruhy, że wygnał wszystkih Żydów, dziś jednak edykt ten jest zniesiony. Lecz hżeścijanie kryją się pżed Żydami i pżed ludnością, ktura, jak ci wiadomo, posądza ih o zbrodnie i nienawidzi.
Czas jakiś szli w milczeniu, po czym Chilo, kturego strah zwiększał się w miarę odległości od bram, żekł:
— Wracając od Eurycjusza pożyczyłem od jednego balwieża peruki i w nozdża wsadziłem sobie dwa ziarnka bobu. Nie powinni mnie poznać. Ale gdyby i poznali, to nie zabiją. To nieźli ludzie! To nawet bardzo uczciwi ludzie, kturyh koham i cenię.
— Nie ujmuj ih sobie pohwałami pżedwcześnie — odpowiedział Winicjusz.
Weszli teraz w wąski wąduł, zamknięty z boku jakby dwoma okopami, nad kturymi pżeżucał się w jednym miejscu akwedukt. Księżyc tymczasem wyhylił się zza hmur i na końcu wąwozu ujżeli mur, pokryty obficie srebżącymi się w świetle miesięcznym bluszczami. Było to Ostrianum.
Winicjuszowi zaczęło bić serce żywiej.
Pży bramie dwaj fossorowie odbierali znaki. Po hwili Winicjusz i jego toważysze znaleźli się w miejscu dość obszernym, zamkniętym ze wszystkih stron murem. Gdzieniegdzie stały tu osobne pomniki, w środku zaś widać było właściwe hypogeum, czyli kryptę leżącą w niższej swej części pod powieżhnią gruntu, w kturej były grobowce; pżed wejściem do krypty szumiała fontanna. Widocznym jednak było, że zbyt wielka liczba osub nie zdołałaby się w samym hypogeum pomieścić. Winicjusz więc domyślił się łatwo, że obżądek będzie się odbywał pod gołym niebem na dziedzińcu, na kturym wkrutce zgromadził się tłum bardzo liczny. Jak okiem dojżeć, latarka migotała pży latarce, wielu zaś z pżybyłyh nie miało wcale światła. Z wyjątkiem kilku głuw, kture się odkryły, wszyscy, z obawy zdrajcuw czy też hłodu, pozostali zakaptużeni, i młody patrycjusz z trwogą pomyślał, że jeśli tak pozostaną do końca, to w tym tłumie, pży mdłym świetle, niepodobna mu będzie Ligii rozeznać.
Lecz nagle pży krypcie zapalono kilka smolnyh pohodni, kture ułożono w mały stos. Stało się jaśniej. Tłum począł po hwili śpiewać, z początku ciho, potem coraz głośniej, jakiś dziwny hymn. Winicjusz nigdy w życiu nie słyszał podobnej pieśni. Ta sama tęsknota, ktura już udeżyła go w śpiewah nuconyh pułgłosem pżez pojedynczyh ludzi w czasie drogi na cmentaż, odezwała się i teraz w tym hymnie, tylko daleko wyraźniej i silniej, a w końcu stała się tak pżejmującą i ogromną, jakby wraz z ludźmi począł tęsknić cały ten cmentaż, wzguża, wądoły i okolica. Zdawać się pży tym mogło, iż jest w tym jakieś wołanie po nocy, jakaś pokorna prośba o ratunek w zabłąkaniu i ciemności. Głowy, podniesione ku guże, zdawały się widzieć kogoś, hen, wysoko, a ręce wzywać go, by zstąpił. Gdy pieśń cihła, następowała jakby hwila oczekiwania, tak pżejmująca, że i Winicjusz, i jego toważysze mimo woli spoglądali ku gwiazdom, jakby w obawie, że stanie się coś niezwykłego i że ktoś naprawdę zstąpi. Winicjusz w Azji Mniejszej, w Egipcie i w samym Rzymie widział mnustwo pżerużnyh świątyń, poznał mnustwo wyznań i słyszał mnustwo pieśni, tu jednak dopiero po raz pierwszy ujżał ludzi wzywającyh bustwo pieśnią nie dlatego, że hcieli wypełnić jakiś ustalony rytuał, ale spod serca, z takiej prawdziwej za nim tęsknoty, jaką mogą mieć dzieci za ojcem lub matką. Tżeba było być ślepym, by nie dostżec, że ci ludzie nie tylko czcili swego boga, ale go z całej duszy kohali, tego zaś Winicjusz nie widział dotąd w żadnej ziemi, w żadnyh obżędah, w żadnej świątyni, w Rzymie bowiem i w Grecji ci, ktuży jeszcze oddawali cześć bogom, czynili to dla zjednania sobie ih pomocy lub z bojaźni, ale nikomu nie pżyhodziło nawet do głowy, by ih kohać.
Jakkolwiek też miał myśl zajętą Ligią, a uwagę wypatrywaniem jej wśrud tłumuw, nie mugł jednak nie widzieć tyh żeczy dziwnyh i nadzwyczajnyh, kture się koło niego działy. Tymczasem dożucono kilka pohodni na ognisko, kture oblało czerwonym światłem cmentaż i pżyćmiło blask latarek, w tej samej zaś hwili z hypogeum wyszedł stażec pżybrany w płaszcz z kapturem, ale z odkrytą głową, i wstąpił na kamień leżący w pobliżu stosu.
Tłum zakołysał się na jego widok. Głosy obok Winicjusza poczęły szeptać: „Petrus! Petrus!...” Niektuży poklękali, inni wyciągali ku niemu ręce. Nastała cisza tak głęboka, że słyhać było każdy opadający z pohodni węgielek, oddalony turkot kuł na Nomentańskiej drodze i szmer wiatru w kilku piniah rosnącyh obok cmentaża.
Chilo pohylił się ku Winicjuszowi i szepnął:
— To ten! Pierwszy uczeń Chrestosa, rybak!
Stażec zaś wzniusł do gury dłoń i znakiem kżyża pżeżegnał zgromadzonyh, ktuży tym razem padli na kolana. Toważysze Winicjusza i on sam, nie hcąc się zdradzić, poszli za pżykładem innyh. Młody człowiek nie umiał na razie pohwytać swyh wrażeń, albowiem wydało mu się, że owa postać, kturą pżed sobą widział, jest i dość prostaczą, i nadzwyczajną, a co więcej, że ta nadzwyczajność wypływa właśnie z jej prostoty. Stażec nie miał ani mitry na głowie, ani dębowego wieńca na skroniah, ani palmy w ręku, ani złotej tablicy na piersiah, ani szat usianyh w gwiazdy lub białyh, słowem, żadnyh takih oznak, jakie nosili kapłani wshodni, egipscy, greccy lub flaminowie rzymscy.
I znuw udeżyła Winicjusza taż sama rużnica, kturą odczuł słuhając pieśni hżeścijańskih, albowiem i ten „rybak” wydał mu się nie jakimś arcykapłanem biegłym w ceremoniah, ale jakby prostym, wiekowym i niezmiernie czcigodnym świadkiem, ktury pżyhodzi z daleka, by opowiedzieć jakąś prawdę, kturą widział, kturej dotykał, w kturą uwieżył, jak wieży się w oczywistość, i ukohał właśnie dlatego, że uwieżył. Była też w jego tważy taka siła pżekonania, jaką posiada prawda sama. I Winicjusz, ktury będąc sceptykiem, nie hciał się poddać jego urokowi, poddał się jednakże jakiejś gorączkowej ciekawości, co też wypłynie z ust tego toważysza tajemniczego „Chrestosa” i jaka jest ta nauka, kturą wyznają Ligia i Pomponia Grecyna.
Tymczasem Piotr począł muwić i muwił z początku jak ojciec, ktury upomina dzieci i uczy je, jak mają żyć. Nakazywał im, by wyżekli się zbytkuw i rozkoszy, miłowali zaś ubustwo, czystość obyczajuw, prawdę, by znosili cierpliwie kżywdy i pżeśladowania, słuhali pżełożonyh i władzy, wystżegali się zdrady, obłudy i obmuwiska, a w końcu, żeby dawali pżykład i jedni drugim między sobą, i nawet poganom. Winicjusza, dla kturego dobrym było to tylko, co mogło mu wrucić Ligię, a złym wszystko, co stawało między nimi jako pżeszkoda, dotknęły i rozgniewały niekture z tyh rad, albowiem wydało mu się, że zalecając czystość i walkę z żądzami stażec śmie tym samym nie tylko potępiać jego miłość, ale zraża Ligię do niego i utwierdza ją w opoże. Zrozumiał, że jeśli ona jest między zebranymi i słuha tyh słuw, a bieże je do serca, to w tej hwili musi myśleć o nim jako o wrogu tej nauki i niegodziwcu. Na tę myśl porwała go złość: „Cużem nowego usłyszał — muwił sobie. — Toż ma być owa nieznana nauka? Każdy to wie, każdy to słyszał, wszak ubustwo i ograniczenie potżeb zalecają i cynicy, wszak cnotę polecał i Sokrates, jako żecz starą a dobrą; wszak pierwszy lepszy stoik, nawet taki Seneka, ktury ma pięćset stołuw cytrynowyh, sławi umiarkowanie, zaleca prawdę, cierpliwość w pżeciwnościah, stałość w nieszczęściu, i to wszystko jest jakoby zleżałe zboże, kture myszy jedzą, ludzie zaś już jeść nie hcą, dlatego że ze starości zatęhło.” I obok gniewu doznał jakby uczucia zawodu, spodziewał się bowiem odkrycia jakihś nieznanyh, czarodziejskih tajemnic, a pżynajmniej mniemał, że usłyszy jakiegoś zadziwiającego swą wymową retora, tymczasem słyszał jeno słowa ogromnie proste, pozbawione wszelkih ozdub. Dziwiła go tylko ta cisza i to skupienie, z jakim tłum słuhał. Lecz stażec muwił dalej do tyh zasłuhanyh ludzi, że mają być dobży, cisi, sprawiedliwi, ubodzy i czyści nie dlatego, by za życia mieć spokuj, ale by po śmierci żyć wiecznie w Chrystusie, w takim weselu, w takiej hwale, rozkwicie i radości, jakih nikt na ziemi nigdy nie dostąpił.
I tu Winicjusz, jakkolwiek upżedzony pżed hwilą niehętnie, nie mugł nie zauważyć, że jednak jest rużnica między nauką starca a tym, co muwili cynicy, stoicy lub inni filozofowie, ci bowiem dobro i cnotę zalecali jako żecz rozumną i jedynie w życiu praktyczną, on zaś obiecywał za nią nieśmiertelność, i to nie jakąś lihą nieśmiertelność pod ziemią, w nudzie, czczości, pustkowiu, ale wspaniałą, ruwną niemal bytowi boguw. Muwił pży tym o niej jak o żeczy zupełnie pewnej, więc wobec takiej wiary cnota nabierała ceny po prostu bez granic, a klęski życia stawały się czymś niesłyhanie błahym, albowiem cierpieć hwilowo, dla niepżebranego szczęścia, jest żeczą zupełnie inną niż cierpieć dlatego tylko, że taki jest pożądek natury. Lecz stażec muwił dalej, że cnotę i prawdę należy miłować dla nih samyh, albowiem najwyższym pżedwiecznym dobrem i pżedwieczną cnotą jest Bóg, kto więc je miłuje, ten miłuje Boga i pżez to sam staje się jego umiłowanym dzieckiem. Winicjusz nie rozumiał tego dobże, wiedział jednak już dawniej ze słuw, kture Pomponia Grecyna powiedziała do Petroniusza, że ten Bóg jest wedle mniemania hżeścijan jeden i wszehmocny, gdy więc teraz usłyszał jeszcze, że jest on wszehdobrem i wszehprawdą, mimo woli pomyślał, że wobec takiego Demiurga Jowisz, Saturn, Apollo, Juno, Westa i Wenus wyglądaliby jak jakaś marna i hałaśliwa zgraja, w kturej broją wszyscy razem i każdy na swoją rękę. Ale największe zdumienie ogarnęło młodego człowieka, gdy stażec począł nauczać, że Bóg jest ruwnież wszehmiłością, kto więc koha ludzi, ten spełnia najwyższe jego pżykazanie. Lecz nie dość jest kohać ludzi ze swego narodu, albowiem Bóg-człowiek za wszystkih krew pżelał i między poganami znalazł już takih swoih wybranyh, jak Korneliusz centurion, i nie dość jest kohać tyh, ktuży nam dobże czynią, albowiem Chrystus pżebaczył i Żydom, ktuży go wydali na śmierć, i żołnieżom rzymskim, ktuży go do kżyża pżybili, należy więc tym, ktuży kżywdy nam czynią, nie tylko pżebaczać, ale kohać ih i płacić im dobrem za złe; i nie dość kohać dobryh, ale tżeba kohać i złyh, gdyż tylko miłością można z nih złość wyplenić.Chilo pży tyh słowah pomyślał sobie, że jego robota poszła na marne i że Ursus nigdy w świecie nie odważy się zabić Glauka ani tej nocy, ani żadnej innej. Pocieszył się jednak natyhmiast drugim wnioskiem wyprowadzonym z nauki starca: mianowicie, że i Glaukus nie zabije jego, hoćby go odkrył i poznał. Winicjusz nie myślał już jednak, że w słowah starca nie masz niczego nowego, ale ze zdumieniem zadawał sobie pytanie: co to za Bóg? co to za nauka? i co to za lud? Wszystko, co słyszał, nie mieściło się wprost w jego głowie. Był to dla niego jakiś niesłyhany nuw pojęć. Czuł, że gdyby na pżykład hciał pujść za tą nauką, musiałby złożyć na stos swoje myślenie, zwyczaje, harakter, całą dotyhczasową naturę i wszystko to spalić na popiuł, a wypełnić się jakimś zgoła innym życiem i całkowicie nową duszą. Nauka, ktura mu nakazywała kohać Partów, Syryjczyków, Greków, Egipcjan, Galów i Brytanów, pżebaczać niepżyjaciołom, płacić im dobrem za złe i kohać ih, wydała mu się szaloną, jednocześnie zaś miał poczucie, że jednak w samym jej szaleństwie jest coś potężniejszego niż we wszelkih dotyhczasowyh filozofiah. Mniemał, że z powodu jej szaleństwa jest niewykonalną, a z powodu niewykonalności boską. Odżucał ją w duszy, a czuł, że rozhodzi się od niej, jakby od łąki pełnej kwiatuw, jakaś woń upajająca, kturą gdy ktoś raz odethnął, musi, jako w kraju Lotofagów, zapomnieć o wszystkim innym i tylko do niej tęsknić. Zdawało mu się, że nie ma w niej nic żeczywistego, i zarazem, że żeczywistość wobec niej jest czymś tak lihym, że nie warto zatżymywać nad nią myśli. Otoczyły go jakieś pżestwory, kturyh się ani domyślał, jakieś ogromy, jakieś hmury. Uw cmentaż począł czynić na nim wrażenie zbiorowiska szaleńcuw, lecz także i miejsca tajemniczego i strasznego, na kturym, jakby na jakimś mistycznym łożu, rodzi się coś, czego nie było dotąd na świecie. Upżytomniał sobie wszystko, co od pierwszej hwili stażec muwił o życiu, prawdzie, miłości, Bogu, i myśli jego olśniewały od blasku, jak olśniewają oczy od błyskawic nieustannie po sobie następującyh. Jak zwykle ludzie, kturym życie zmieniło się w jedną namiętność, myślał o tym wszystkim pżez swoją miłość do Ligii i pży świetle owyh błyskawic ujżał jasno jedną żecz: że jeśli Ligia jest na cmentażu, jeśli wyznaje tę naukę, słuha i czuje, to pżenigdy nie zostanie jego kohanką.
Po raz też pierwszy od czasu, jak ją u Aulusów poznał, Winicjusz poczuł, że hoćby ją teraz odzyskał, to i tak jej nie odzyska. Nic podobnego nie pżyszło mu dotąd do głowy, a i obecnie nie umiał sobie z tego zdać sprawy, gdyż było to nie tyle wyraźne zrozumienie, ile raczej mętne poczucie jakowejś niepowetowanej straty i jakowegoś nieszczęścia. Wstał w nim niepokuj, ktury wnet zmienił się w bużę gniewu pżeciw hżeścijanom w ogule, a pżeciw starcowi w szczegulności. Uw rybak, kturego na pierwszy żut oka poczytał za prostaka, pżejmował go teraz niemal bojaźnią i zdawał mu się być jakimś tajemniczym Fatum, rozstżygającym nieubłaganie, a zarazem tragicznie jego losy.
Fossor pżyłożył znuw nieznacznie kilka pohodni na ogień, wiatr pżestał szumieć w piniah, płomień wznosił się ruwno, wysmukłym ostżem, ku skżącym się na wypogodzonym niebie gwiazdom, stażec zaś wspomniawszy o śmierci Chrystusa począł już tylko o Nim muwić. Wszyscy zatżymali deh w piersiah i cisza zrobiła się jeszcze większa niż popżednio, taka, że słyszeć można było niemal bicie serc. Ten człowiek widział! I opowiadał jako ten, kturemu każda hwila wyryła się tak w pamięci, że gdy pżymknie oczy, to jeszcze widzi. Muwił więc, jak wruciwszy od Krzyża, pżesiedzieli z Janem dwa dni i dwie noce w wieczorniku, nie śpiąc, nie jedząc, w znękaniu, żalu, trwodze, w zwątpieniu, głowy tżymając w rękah i rozmyślając, że On umarł. Oj, ah! Jak było ciężko! jak ciężko! Już wstał dzień tżeci i świt pobielił mury, a oni obaj z Janem siedzieli tak pod ścianą bez rady i nadziei. Co ih sen zmożył (bo i noc pżed męką spędzili bezsennie), to budzili się i poczynali biadać na nowo. Aż ledwo weszło słońce, wpadła Maria z Magdali, bez thu, z rozwiązanym włosem i z kżykiem: „Wzięli Pana!” Oni zaś posłyszawszy zerwali się i poczęli biec na miejsce. Lecz Jan, człek młodszy, pżybieżał pierwszy, obaczył grub pusty i nie śmiał wejść. Dopiero gdy było ih troje u wejścia, on, ktury im to muwi, wszedł, ujżał na kamieniu giezło i zawijacze, ale ciała nie znalazł.
Więc spadł na nih strah, bo myśleli, że porwali Chrystusa kapłani, i obaj wrucili do domu w większym jeszcze udręczeniu. Potem nadeszli inni uczniowie i podnosili lament, to wszyscy razem, by ih usłyszał łacniej Pan Zastępów, to kolejno. Zamarł w nih duh, bo się spodziewali, że mistż miał odkupić Izraela, a oto był tżeci dzień, jak umarł, więc nie rozumieli, dlaczego Ojciec opuścił Syna, i woleliby nie oglądać dnia i pomżeć, tak ciężkie było to bżemię.
Wspomnienie tyh strasznyh hwil jeszcze teraz wycisnęło dwie łzy z oczu starca, kture widać było dobże pży blasku ognia, ściekające po siwej brodzie. Stara, obnażona z włosuw głowa poczęła mu się tżąść i głos zamarł mu w piersi. Winicjusz żekł w duhu: „Ten człowiek muwi prawdę i płacze nad nią!” — a słuhaczuw o prostyh sercah żal hwycił także za gardła. Słyszeli już nieraz o męce Chrystusa i wiadomo im było, że radość nastąpi po smutku, ale że to opowiadał Apostoł, ktury widział, więc pod wrażeniem załamywali ręce łkając lub bili się po piersiah.
Lecz z wolna uspokoili się, bo hęć dalszego słuhania pżemogła. Stażec pżymknął oczy, jakby hcąc widzieć lepiej w duszy żeczy odległe, i muwił dalej:
„Gdy tak czynili lament, wpadła znuw Maria z Magdali wołając, że widziała Pana. Nie mogąc Go dla wielkiego blasku rozeznać, myślała, że ogrodnik, ale On żekł: „Mario!” Wuwczas kżyknęła: „Rabboni!”, i padła mu do nug. On zaś kazał jej iść do uczniuw, a potem znikł. Ale oni, uczniowie, nie wieżyli jej, a gdy płakała od radości, jedni pżyganiali jej, inni myśleli, że żal pomieszał jej zmysły, bo muwiła także, że w grobie widziała aniołuw, oni zasię pżybieżawszy raz wtury, widzieli grub pusty. Potem wieczorem pżyszedł Kleofas, ktury hodził z innymi do Emmaus, i wrucili co żywo, muwiąc: „Prawdziwie zmartwyhwstał Pan!” i poczęli się spierać pży dżwiah zamkniętyh dla bojaźni Żydów. Wtem On stanął między nimi, hoć nie skżypiały dżwi, a gdy struhleli, żekł im: „Pokuj z wami.”
„I widziałem Go, jako widzieli wszyscy, a On był jako światłość i jako szczęśliwość serc naszyh, bośmy uwieżyli, że zmartwyhwstał i że moża wyshną, gury się w proh obrucą, a Jego hwała nie pżeminie.”
„A po ośmiu dniah Tomasz Dydymus wkładał palce w Jego rany i dotykał boku Jego, a potem padł Mu do nug i wołał: „Pan muj i Bóg muj!” Kturen mu odpowiedział: „Iżeś mnie ujżał, uwieżyłeś. Błogosławieni, ktuży nie widzieli, a uwieżyli.” I te słowa słyszeliśmy, i oczy nasze patżyły na Niego, albowiem był między nami.”
Winicjusz słuhał i działo się z nim coś dziwnego. Zapomniał na hwilę, gdzie jest, począł tracić czucie żeczywistości, miarę, sąd. Stał wobec dwuh niepodobieństw. Nie mugł uwieżyć w to, co stażec muwił, a czuł, że tżeba by być hyba ślepym i zapżeć się własnego rozumu, by pżypuścić, że uw człowiek, ktury muwił: „Widziałem”, kłamał. Było coś w jego wzruszeniu, w jego łzah, w jego całej postaci i w szczegułah zdażeń, kture opowiadał, co czyniło niemożliwym wszelkie posądzenie. Winicjuszowi wydawało się hwilami, że śni. Lecz naokuł widział uciszony tłum; kopeć latarek dolatywał do jego nozdży; opodal płonęły pohodnie, a obok na kamieniu stał człowiek stary, bliski grobu, z drżącą nieco głową, ktury dając świadectwo, powtażał: „Widziałem!”
I opowiedział im wszystko dalej, aż do Wniebowstąpienia. Hwilami wypoczywał, bo muwił bardzo szczegułowo, ale czuć było, że każdy najmniejszy szczeguł tak wyrył się w jego pamięci jak na kamieniu. Tyh, ktuży go słuhali, ogarnęło upojenie. Pozżucali z głuw kaptury, by słyszeć lepiej i by nie uronić żadnego z tyh słuw, kture były dla nih bez ceny. Zdawało im się, że jakaś moc nadludzka pżenosi ih do Galilei, że hodzą razem z uczniami po tamtejszyh gajah i nad wodami, że ten cmentaż zmienia się w Tyberiadzkie Jezioro, a na bżegu, w porannym tumanie, stoi Chrystus, tak jak stał wuwczas, gdy Jan, patżąc z łudki, żekł: „Pan jest!” — a Piotr żucił się wpław, by prędzej pżypaść do nug umiłowanyh. W tważah znać było zahwyt bez granic i zapomnienie życia, i szczęście, i niezmieżoną miłość. Widocznym było, że w czasie długiego opowiadania Piotra niektuży mieli widzenia, gdy zaś począł muwić, jak w hwili Wniebowstąpienia obłoki poczęły zasuwać się pod stopy Zbawiciela i pżesłaniać Go, i zakrywać pżed oczyma apostołuw, wszystkie głowy podniosły się mimo woli ku niebu i nastała hwila jakby oczekiwania, jakby owi ludzie mieli nadzieję dojżeć Go jeszcze lub jakby się spodziewali, że zstąpi znuw z pul niebieskih, by zobaczyć, jak stary Apostoł pasie powieżone mu owce, i pobłogosławić jego i stado.
I dla tyh ludzi nie było w tej hwili Rzymu, nie było szalonego cezara, nie było świątyń, boguw, pogan, był tylko Chrystus, ktury wypełniał ziemię, może, niebo, świat.
W odległyh domah, porozżucanyh wzdłuż Via Nomentana, koguty poczęły piać oznajmując pułnoc. W tej hwili Chilo pociągnął Winicjusza za rug płaszcza i szepnął:
— Panie, tam, niedaleko starca, widzę Urbana, a pży nim jakąś dziewicę.
Winicjusz otżąsnął się jak ze snu i zwruciwszy się w kierunku wskazywanym pżez Greka, ujżał Ligię.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.