Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Quo vadis

Rozdział czternasty

Rozdział czternasty

Pżez kilka dni następnyh Chilon nie pokazywał się nigdzie. Winicjusz, ktury od czasu, jak dowiedział się od Akte, że Ligia go kohała, stokroć jeszcze więcej pragnął ją odnaleźć, rozpoczął poszukiwania na własną rękę, nie hcąc, a zarazem i nie mogąc udać się o pomoc do cezara, pogrążonego w trwodze z powodu zdrowia małej Augusty.

Jakoż nie pomogły ofiary składane w świątyniah, modły i wota, jak ruwnież sztuka lekarska i wszelkie czarodziejskie środki, jakih się w ostateczności hwytano. Po tygodniu dziecko umarło. Żałoba padła na dwur i na Rzym. Cezar, ktury pży urodzeniu dziecka szalał z radości, szalał teraz z rozpaczy i zamknąwszy się u siebie, pżez dwa dni nie pżyjmował pokarmu, a jakkolwiek pałac roił się tłumami senatoruw i augustianuw, ktuży śpieszyli z oznakami żalu i wspułczucia, nie hciał nikogo widzieć. Senat zebrał się na nadzwyczajne posiedzenie, na kturym zmarłe dziecko ogłoszone zostało boginią; uhwalono wznieść jej świątynię i ustanowić osobnego pży niej kapłana. Składano też w innyh nowe na cześć zmarłej ofiary, odlewano jej posągi z drogocennyh metali, a pogżeb był jedną niezmierną uroczystością, na kturej lud podziwiał niepomiarkowane oznaki żalu, jakie dawał cezar, płakał z nim razem, wyciągał ręce po podarki i nade wszystko bawił się niezwykłym widowiskiem.

Petroniusza zaniepokoiła ta śmierć. Wiadomym już było w całym Rzymie, że Poppea pżypisuje ją czarom. Powtażali to za nią i lekaże, ktuży w ten sposub mogli usprawiedliwić bezskuteczność swyh wysiłkuw, i kapłani, kturyh ofiary okazały się bezsilne, i zamawiacze, ktuży drżeli o swoje życie, i lud. Petroniusz rad był teraz, że Ligia uciekła; ponieważ jednak nie życzył źle Aulusom, a życzył dobże i sobie, i Winicjuszowi, pżeto gdy zdjęto cyprys zatknięty na znak żałoby pżed Palatynem, udał się na pżyjęcie zgotowane dla senatoruw i augustianuw, by się pżekonać, o ile Nero podał uho wieści o czarah, i zapobiec następstwom, jakie by mogły z tego wyniknąć.

Pżypuszczał też, znając Nerona, że ten hoćby w czary nie uwieżył, będzie udawał, że wieży, i dlatego, by oszukać własny bul, i dlatego, by się na kimkolwiek pomścić, i wreszcie, by zapobiec pżypuszczeniom, że bogowie poczynają go karać za zbrodnie. Petroniusz nie sądził, by cezar mugł nawet własne dziecko kohać prawdziwie i głęboko, jakkolwiek kohał je zapalczywie, był jednak pewien, że będzie pżesadzał w boleści. Jakoż nie omylił się. Nero słuhał pocieh senatoruw i ryceży z kamienną tważą, z oczyma utkwionymi w jeden punkt, i widać było, że jeśli nawet cierpi istotnie, to zarazem myśli o tym, jakie wrażenie czyni jego bul na obecnyh, zarazem pozuje na Niobe i daje pżedstawienie rodzicielskiego żalu, tak jakby je dawał komediant na scenie. Nie umiał nawet pży tym wytrwać w milczącej i niby skamieniałej boleści, albowiem hwilami czynił gesta, jak gdyby posypywał głowę prohem ziemi, a hwilami jęczał głuho, ujżawszy zaś Petroniusza zerwał się i tragicznym głosem począł wołać tak, aby go wszyscy mogli dosłyszeć:

— Eheu!... I tyś winien jej śmierci! Za twoją to radą wszedł w te mury zły duh, ktury jednym spojżeniem wyssał życie z jej piersi... Biada mi! I wolej, by oczy moje nie patżyły na światło Heliosa... Biada mi! Eheu! Eheu!...

I podnosząc coraz głos, pżeszedł w kżyk rozpaczliwy, lecz Petroniusz w tejże samej hwili postanowił stawić wszystko na jeden żut kości, za czym, wyciągnąwszy rękę, zerwał szybko jedwabną hustkę, kturą Nero zawsze nosił na szyi, i położył mu ją na ustah.

— Panie! — żekł z powagą. — Spal Rzym i świat z boleści, lecz zahowaj nam swuj głos!

Zdumieli się obecni, zdumiał się na hwilę sam Nero, jeden tylko Petroniusz pozostał niewzruszony. Wiedział on nadto dobże, co robi. Pamiętał pżecie, że Terpnos i Diodor mieli wprost rozkaz zatykać usta cezarowi, gdyby podnosząc zbyt głos narażał go na szwank jakikolwiek.

— Cezaże — muwił dalej z tą samą powagą i smutkiem — ponieśliśmy stratę niezmierną, nieh nam hoć ten skarb pociehy zostanie!

Tważ Nerona zadrgała i po hwili z oczu puściły mu się łzy; nagle wsparł dłonie na ramionah Petroniusza i złożywszy głowę na jego piersiah jął powtażać wśrud łkań:

— Tyś jeden ze wszystkih o tym pomyślał, ty jeden, Petroniuszu! Ty jeden!

Tygellinus pożułkł z zazdrości. Petroniusz zaś muwił:

— Jedź do Ancjum! Tam ona pżyszła na świat, tam spłynęła na cię radość, tam spłynie ukojenie. Nieh morskie powietże odświeży twe boskie gardło; niehaj pierś twoja odethnie słoną wilgocią. My, wierni, pujdziemy wszędy za tobą i gdy twuj bul będziemy koili pżyjaźnią, ty ukoisz nas pieśnią.

— Tak! — odżekł żałośnie Nero — napiszę hymn na jej cześć i ułożę do niego muzykę.

— A potem poszukasz ciepłego słońca w Baiae.

— A potem zapomnienia w Grecji.

— W ojczyźnie poezji i pieśni!

I kamienny, ponury nastruj mijał stopniowo, jak mijają hmury pokrywające słońce, a natomiast poczęła się rozmowa niby pełna jeszcze smutku, lecz pełna i układuw na pżyszłość, tyczącyh podruży, artystycznyh wystąpień, a nawet i pżyjęć, jakih wymagało zapowiedziane pżybycie Tyrydata, krula Armenii. Tygellinus prubował wprawdzie jeszcze wspomnieć o czarah, lecz Petroniusz, pewny już wygranej, podjął wprost wyzwanie.

— Tygellinie — żekł — czy sądzisz, że czary mogą szkodzić bogom?

— Sam cezar o nih muwił — odpowiedział dworak.

— Boleść muwiła, nie cezar, lecz ty co o tym mniemasz?

— Bogowie są zbyt potężni, by mogli podlegać urokom.

— Miałżebyś zaś odmawiać boskości cezarowi i jego rodzinie?

— Peractum est! — mruknął stojący obok Epriusz Marcellus powtażając okżyk, jaki wydawał lud, gdy gladiator w arenie ugodzony został od razu tak, że nie potżebował dobicia.

Tygellinus zgryzł w sobie gniew. Między nim i Petroniuszem z dawna istniało wspułzawodnictwo wobec Nerona i Tygellinus miał tę wyższość, że Nero mniej albo raczej wcale się wobec niego nie krępował, aż dotąd jednak Petroniusz, ilekroć się zetknęli, pokonywał go rozumem i dowcipem.

Tak się stało i teraz. Tygellinus umilkł i tylko zapisywał sobie w pamięci tyh senatoruw i ryceży, ktuży w hwili, gdy Petroniusz cofnął się w głąb sali, otoczyli go zaraz, mniemając, że po tym, co zaszło, on będzie stanowczo pierwszym ulubieńcem cezara.

Petroniusz zaś wyszedłszy z pałacu udał się do Winicjusza i opowiedziawszy mu zajście z cezarem i Tygellinem żekł:

— Nie tylko odwruciłem niebezpieczeństwo od Aulusa Plaucjusza i Pomponii, a zarazem od nas obydwuh, ale nawet od Ligii, kturej nie będą poszukiwali hoćby dlatego, że namuwiłem tamtą miedzianobrodą małpę, by pojehała do Ancjum, a stamtąd do Neapolis lub Baiae. I pojedzie, w Rzymie bowiem nie śmiał dotąd wystąpić publicznie w teatże, wiem zaś, że od dawna ma zamiar wystąpić w Neapolis. Potem maży o Grecji, gdzie hce mu się śpiewać we wszystkih znaczniejszyh miastah, a potem wraz ze wszystkimi wieńcami, kture mu ofiarują Graeculi, odprawić triumfalny wjazd do Rzymu. Pżez ten czas będziemy mogli szukać Ligii swobodnie i ukryć ją bezpiecznie. A cuż? Czy nasz szlahety filozof nie był dotąd?

— Twuj szlahetny filozof jest oszust. Nie! Nie był, nie pokazał się i nie pokaże się więcej!

— A ja lepsze mam pojęcie, jeśli nie o jego uczciwości, to o rozumie. Upuścił już raz krwi twemu workowi i pżyjdzie hoćby po to, żeby jej upuścić po raz drugi.

— Nieh się stżeże, bym ja mu krwi nie upuścił!

— Nie czyń tego; miej z nim cierpliwość, puki się dowodnie o oszustwie nie pżekonasz. Nie dawaj mu więcej pieniędzy, a natomiast obiecuj hojną nagrodę, jeśli ci pżyniesie wiadomość pewną. Czy pżedsiębieżesz coś także na własną rękę?

— Dwaj moi wyzwoleńcy, Nimfidiusz i Demas, szukają jej na czele sześćdziesięciu ludzi. Ten z niewolnikuw, ktury ją odnajdzie, ma obiecaną wolność. Wysłałem prucz tego umyślnyh na wszystkie drogi wiodące z Rzymu, by w gospodah wypytywali o Liga i dziewicę. Sam pżebiegam miasto dniem i nocą, licząc na traf szczęśliwy.

— Cokolwiek będziesz wiedział, daj mi znać, bo ja muszę jehać do Ancjum.

— Dobże.

— A jeśli kturegokolwiek rana obudziwszy się powiesz sobie, że dla jednej dziewczyny nie warto się dręczyć i czynić dla niej tylu zabieguw, to pżyjeżdżaj do Ancjum. Tam nie zbraknie ni kobiet, ni ucieh.

Winicjusz począł hodzić szybkimi krokami, Petroniusz zaś spoglądał czas jakiś za nim, wreszcie żekł:

— Powiedz mi szczeże — nie jak zapaleniec, ktury coś w siebie wmawia i sam się podnieca, ale jak człowiek rozsądny, ktury odpowiada pżyjacielowi: czy tobie zawsze jednakowo hodzi o tę Ligię?

Winicjusz zatżymał się na hwilę i spojżał tak na Petroniusza, jak gdyby go pżedtem nie widział, po czym znuw począł hodzić. Widocznym było, że hamuje w sobie wybuh. Wreszcie w oczah, z poczucia własnej bezsilności, z żalu, gniewu i niepokonanej tęsknoty, zebrały mu się dwie łzy, kture pżemuwiły silniej do Petroniusza niż najwymowniejsze słowa.

Więc zamyśliwszy się pżez hwilę żekł:

— Świat dźwiga na barkah nie Atlas, ale kobieta, i czasem igra nim jak piłką.

— Tak! — żekł Winicjusz.

I poczęli się żegnać. Lecz w tej hwili niewolnik dał znać, że Chilon Chilonides czeka w pżedsionku i prosi, aby mugł być dopuszczony pżed oblicze pana.

Winicjusz kazał wpuścić go natyhmiast, Petroniusz zaś żekł:

— Ha! Nie muwiłem ci! Na Herkulesa! Zahowaj tylko spokuj; inaczej on tobą owładnie, nie ty nim.

— Pozdrowienie i cześć szlahetnemu wojskowemu trybunowi i tobie, panie! — muwił whodząc Chilon. — Nieh szczęście wasze ruwne będzie waszej sławie, a sława nieh obiegnie świat cały, od słupuw Herkulesa aż po granice Arsacydów.

— Witaj, prawodawco cnoty i mądrości! — odpowiedział Petroniusz.

Lecz Winicjusz spytał z udanym spokojem:

— Co pżynosisz?

— Za pierwszym razem pżyniosłem ci, panie, nadzieję, obecnie pżynoszę pewność, że dziewica zostanie odnaleziona.

— To znaczy, żeś jej nie odnalazł dotąd?

— Tak, panie, alem odnalazł, co znaczy znak, ktury ci uczyniła; wiem, kto są ludzie, ktuży ją odbili, i wiem, między jakiego bustwa wyznawcami szukać jej należy.

Winicjusz hciał się zerwać z kżesła, na kturym siedział, lecz Petroniusz położył mu dłoń na ramieniu i zwracając się do Chilona żekł:

— Muw dalej!

— Czy jesteś zupełnie pewny, panie, że dziewica nakreśliła ci rybę na piasku?

— Tak jest! — wybuhnął Winicjusz.

— A zatem jest hżeścijanką i odbili ją hżeścijanie.

Nastała hwila milczenia.

— Słuhaj, Chilonie — żekł wreszcie Petroniusz. — Krewny muj pżeznaczył ci za odszukanie dziewczyny znaczną ilość pieniędzy, ale nie mniej znaczną ilość ruzeg, jeśli go zehcesz oszukiwać. W pierwszym razie kupisz nie jednego, ale tżeh skrybuw, w drugim filozofia wszystkih siedmiu mędrcuw, z dodatkiem twojej własnej, nie stanie ci za maść gojącą.

— Dziewica jest hżeścijanką, panie! — zawołał Grek.

— Zastanuw się, Chilonie. Tyś człek niegłupi! Wiemy, że Junia Sylana wraz z Kalwią Kryspinillą oskarżyły Pomponię Grecynę o wyznawanie hżeścijańskiego zabobonu, ale wiemy także, że sąd domowy uwolnił ją od tego zażutu. Czyżbyś ty hciał go teraz podnosić? Czy hciałbyś w nas wmuwić, że Pomponia, a z nią razem i Ligia mogą należeć do niepżyjaciuł rodu ludzkiego, do zatruwaczy fontann i studzien, do czcicieli oślej głowy, do ludzi, ktuży mordują dzieci i oddają się najplugawszej rozpuście? Pomyśl, Chilonie, czy ta teza, kturą nam głosisz, nie odbije się jako antyteza na twoim gżbiecie.

Chilon rozłożył ręce na znak, że to nie jego wina, po czym żekł:

— Panie! Wymuw po grecku następujące zdanie: Jezus Chrystus, Boga Syn, Zbawiciel.

— Dobże. Oto muwię!... Cuż z tego?

— A teraz weź pierwsze litery każdego z tyh wyrazuw i złuż je tak, aby stwożyły jeden wyraz.

— Ryba! — żekł ze zdziwieniem Petroniusz.

— Oto dlaczego ryba stała się godłem hżeścijan — odpowiedział z dumą Chilon.

Nastała hwila milczenia. W wywodah Greka było jednak coś tak udeżającego, że obaj pżyjaciele nie mogli się opżeć zdumieniu.

— Winicjuszu — spytał Petroniusz — czy się nie mylisz i czy istotnie Ligia nakreśliła ci rybę?

— Na wszystkih boguw podziemnyh, można oszaleć! — zawołał z uniesieniem młody człowiek. — Gdyby mi nakreśliła ptaka, powiedziałbym, że ptaka!

— A więc jest hżeścijanką — powtużył Chilon.

— To znaczy — żekł Petroniusz — że Pomponia i Ligia zatruwają studnie, mordują shwytane na ulicy dzieci i oddają się rozpuście! Głupstwo! Ty, Winicjuszu, byłeś dłużej w ih domu, ja byłem krutko, ale znam dość i Aulusa, i Pomponię, dość nawet znam Ligię, żeby powiedzieć: potważ i głupstwo! Jeśli ryba jest godłem hżeścijan, czemu istotnie zapżeczyć trudno, i jeśli one są hżeścijankami, to na Prozerpinę! widocznie hżeścijanie nie są tym, za co ih mamy.

— Muwisz jak Sokrates, panie — odpowiedział Chilon. — Kto kiedy badał hżeścijanina? Kto poznał ih naukę? Gdym wędrował pżed tżema laty z Neapolis tu, do Rzymu (o, czemuż tam nie zostałem!), pżyłączył się do mnie człowiek, lekaż, imieniem Glaukos, o kturym muwiono, że był hżeścijaninem, a mimo tego pżekonałem się, że był to dobry i cnotliwy człowiek.

— Czy nie od tego cnotliwego człowieka dowiedziałeś się teraz, co znaczy ryba?

— Niestety, panie! Po drodze w jednej gospodzie phnął ktoś poczciwego starca nożem, a żonę i dziecko jego uprowadzili handlaże niewolnikuw, ja zaś w obronie ih straciłem te oto dwa palce. Ale że między hżeścijanami nie brak, jak muwią, cuduw, więc mam nadzieję, że mi odrosną.

— Jak to? Zali zostałeś hżeścijaninem?

— Od wczoraj, panie! Od wczoraj! Uczyniła mnie nim ta ryba. Patż, jaka jednak w niej siła! I za kilka dni będę najgorliwszym z gorliwyh, aby mnie pżypuścili do wszystkih swyh tajemnic, a gdy mnie pżypuszczą do wszystkih tajemnic, będę wiedział, gdzie się ukrywa dziewica. Wuwczas może moje hżeścijaństwo lepiej mi się opłaci od mojej filozofii. Uczyniłem też Merkuremu ślub, że jeśli mi pomoże do odszukania dziewicy, ofiaruję mu dwie jałuwki jednyh lat i jednakiej miary, kturym każę pozłocić rogi.

— Więc twoje wczorajsze hżeścijaństwo i twoja dawniejsza filozofia pozwalają ci wieżyć w Merkurego?

— Wieżę zawsze w to, w co mi wieżyć potżeba, i to jest moja filozofia, ktura zwłaszcza Merkuremu powinna pżypaść do smaku. Na nieszczęście, wiecie, dostojni panowie, jaki to jest bug podejżliwy. Nie ufa on obietnicom nawet nieskazitelnyh filozofuw i wolałby może napżud dostać jałuwki, a tymczasem to jest wydatek ogromny. Nie każdy jest Seneką i mnie na to nie stać, gdyby jednak szlahetny Winicjusz hciał na rahunek tej sumy, kturą mi obiecał... cośkolwiek...

— Ani obola, Chilonie! — żekł Petroniusz — ani obola! Hojność Winicjusza pżewyższy twoje nadzieje, ale dopiero wuwczas, gdy Ligia zostanie odnaleziona, to jest, gdy nam wskażesz jej kryjuwkę. Merkury musi ci zakredytować dwie jałuwki, hociaż nie dziwię mu się, że nie ma do tego ohoty, i poznaję w tym jego rozum.

— Posłuhajcie mnie, dostojni panowie. Odkrycie, jakie uczyniłem, jest wielkie, albowiem hociaż nie odnalazłem dotąd dziewicy, odnalazłem drogę, na kturej jej szukać należy. Oto rozesłaliście wyzwoleńcuw i niewolnikuw na całe miasto i prowincję, a czyż ktury dał wam jakąś wskazuwkę? Nie! Ja jeden dałem. I powiem wam więcej. Między waszymi niewolnikami mogą być hżeścijanie, o kturyh nie wiecie, gdyż zabobon ten rozszeżył się już wszędzie, i ci, zamiast pomagać, będą was zdradzali. Źle nawet jest, że mnie tu widzą, i dlatego ty, szlahetny Petroniuszu, nakaż milczenie Eunice, ty zaś, ruwnie szlahetny Winicjuszu, rozgłoś, iż ci spżedaję maść, ktura posmarowanym nią koniom zapewnia zwycięstwo w cyrku... Ja jeden będę szukał i ja jeden zbieguw odnajdę, wy zaś ufajcie mi i wiedzcie, że cokolwiek bym dostał napżud, będzie to tylko dla mnie zahętą, gdyż zawsze będę się spodziewał więcej i tym większą miał pewność, że pżyobiecana nagroda mnie nie minie. Ah, tak! Jako filozof, pogardzam pieniędzmi, hociaż nie pogardzają nimi ani Seneka, ani nawet Muzoniusz lub Kornutus, ktuży jednak nie stracili palcuw w niczyjej obronie i ktuży sami pisać i imiona swe potomności pżekazać mogą. Ale prucz niewolnika, kturego kupić zamieżam, i prucz Merkurego, kturemu obiecałem jałuwkę (a wiecie, jak bydło podrożało), samo poszukiwanie pociąga mnustwo wydatkuw. Posłuhajcie tylko cierpliwie. Oto od tyh kilku dni na nogah poczyniły mi się rany od ciągłego hodzenia. Zahodziłem do winiarni, by gadać z ludźmi, do piekaży, żeźnikuw, do spżedającyh oliwę i do rybakuw. Pżebiegłem wszystkie ulice i zaułki; byłem w kryjuwkah zbiegłyh niewolnikuw; pżegrałem blisko sto asuw w morę; byłem w pralniah, suszarniah i garkuhniah, widziałem mulnikuw i żeźbiaży; widziałem ludzi, ktuży leczą na pęheż i wyrywają zęby, gadałem z pżekupniami suszonyh fig, byłem na cmentażah, a wiecie po co? Oto, aby kreślić wszędzie rybę, patżeć ludziom w oczy i słuhać, co na uw znak powiedzą. Długi czas nie mogłem dostżec nic, aż raz spostżegłem starego niewolnika pży fontannie, ktury czerpał wiadrami wodę i płakał. Zbliżywszy się wuwczas do niego spytałem o pżyczynę łez. Na to, gdyśmy siedli na stopniah fontanny, odżekł mi, że zbierał całe życie sestercję do sestercji, by wykupić umiłowanego syna, ale pan jego, niejaki Pansa, gdy zoczył pieniądze, zabrał mu je, syna zaś zatżymał nadal w niewoli. „I tak płaczę — muwił stary — bo hoć powtażam: dziej się wola boska, nie mogę, biedny gżesznik, łez powstżymać.” Wuwczas, jakby tknięty pżeczuciem, umoczywszy palec w wiadże, nakreśliłem mu rybę, on zaś odżekł: „I moja nadzieja w Chrystusie”. A jam spytał: „Poznałeś mnie po znaku?” On żekł: „Tak jest i pokuj nieh będzie z tobą.” Wtedy począłem go ciągnąć za język i poczciwina wygadał wszystko. Jego pan, uw Pansa, sam jest wyzwoleńcem wielkiego Pansy i dostawia kamienie Tybrem do Rzymu, kture niewolnicy i ludzie najemni wyładowują z tratew i dźwigają do budującyh się domuw nocami, by we dnie nie tamować ruhu na ulicah. Pracuje między nimi wielu hżeścijan i jego syn, lecz że to robota nad siły, więc dlatego hciał go wykupić. Lecz Pansa wolał zatżymać i pieniądze, i niewolnika. Tak muwiąc, znuw począł płakać, ja zaś pomieszałem z jego łzami moje, co mi pżyszło łatwo z powodu dobroci serca i stżykania w nogah, kturego ze zbytniego hodzenia dostałem. Począłem też pży tym nażekać, że pżyszedłszy pżed kilku dniami z Neapolis, nie znam nikogo z braci, nie wiem, gdzie się zbierają, by modlić się razem. On zdziwił się, że mi hżeścijanie z Neapolis nie dali listuw do rzymskich braci, alem mu powiedział, że mi je ukradziono w drodze. Wuwczas żekł mi, bym pżyszedł w nocy nad żekę, a on mnie z braćmi pozna, ci zaś doprowadzą mnie do domuw modlitwy i do starszyh, ktuży żądzą gminą hżeścijańską. Co usłyszawszy ucieszyłem się tak, iż dałem mu sumę potżebną na wykupienie syna, w tej nadziei, że wspaniały Winicjusz w dwujnasub mi ją powruci...

— Chilonie — pżerwał Petroniusz — w twoim opowiadaniu kłamstwo pływa po powieżhni prawdy jak oliwa po wodzie. Pżyniosłeś wiadomości ważne, temu nie pżeczę. Twierdzę nawet, że na drodze do odszukania Ligii wielki krok został uczyniony, lecz ty nie omaszczaj kłamstwem swyh nowin. Jak się nazywa uw stażec, od kturego dowiedziałeś się, że hżeścijanie poznają się za pomocą znaku ryby?

— Eurycjusz, panie. Biedny, nieszczęśliwy stażec! Pżypomniał mi Glauka lekaża, kturego broniłem od zbujcuw, i tym mnie głuwnie wzruszył.

— Wieżę, że go poznałeś i że potrafisz skożystać z tej znajomości, aleś mu pieniędzy nie dał. Nie dałeś mu ani asa, rozumiesz mnie! Nie dałeś nic!

— Alem mu pomugł dźwigać wiadra i o jego synu muwiłem z największym wspułczuciem. Tak, panie! Cuż się może ukryć pżed pżenikliwością Petroniusza? A więc nie dałem mu pieniędzy, a raczej dałem mu je, ale tylko w duszy, w umyśle, co, gdyby był prawdziwym filozofem, powinno mu było wystarczyć... Dałem zaś dlatego, żem uznał taki postępek za niezbędny i pożyteczny, albowiem pomyśl, panie, jak by on mi zjednał od razu wszystkih hżeścijan, jaki do nih pżystęp otwożył i jaką wzbudził w nih ufność.

— Prawda — żekł Petroniusz — i powinieneś to był uczynić.

— Właśnie dlatego tu pżyhodzę, abym mugł to uczynić.

Petroniusz zwrucił się do Winicjusza:

— Każ mu wyliczyć pięć tysięcy sestercji, ale w duszy, w umyśle...

Lecz Winicjusz żekł:

— Dam ci pahołka, ktury poniesie sumę potżebną, ty zaś powiesz Eurycjuszowi, że pahołek jest twoim niewolnikiem, i wyliczysz staremu pży nim pieniądze. Ponieważ jednak pżyniosłeś wiadomość ważną, otżymasz drugie tyle dla siebie. Pżyjdź po pahołka i po pieniądze dziś wieczur.

— Oto prawdziwy cezar!— żekł Chilon. — Pozwolisz, panie, że ci zadedykuję moje dzieło, ale pozwolisz także, że dziś wieczur pżyjdę tylko po pieniądze, albowiem Eurycjusz powiedział mi, że wyładowano już wszystkie tratwy, a nowe pżyholują z Ostii dopiero za dni kilka. Pokuj nieh będzie z wami! Tak się żegnają hżeścijanie... Kupię sobie niewolnicę, to jest, hciałem powiedzieć: niewolnika. Ryby łapią się na wędkę, a hżeścijanie na rybę. Pax vobiscum! Pax!... Pax!... Pax!...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)