Rozdział tżynasty
Rozdział tżynasty
Nazajutż Petroniusz kończył się zaledwie ubierać w unctuarium, gdy nadszedł wezwany pżez Tejrezjasza Winicjusz. Wiedział on już, że żadne nowiny od bram nie pżyszły, i wiadomość ta zamiast go ucieszyć, jako dowud, że Ligia znajduje się w mieście, pżygnębiła go jeszcze bardziej, albowiem począł pżypuszczać, że Ursus mugł ją wyprowadzić z miasta natyhmiast po porwaniu, a więc pżedtem, zanim niewolnicy Petroniusza poczęli pży bramah strażować. Wprawdzie jesienią, gdy dni stawały się krutsze, zamykano je dość wcześnie, ale też i otwierano je dla wyjeżdżającyh, kturyh liczba bywała znaczna. Za mury można się też było wydostać i innymi sposobami, o kturyh na pżykład niewolnicy, ktuży hcieli zbiec z miasta, wiedzieli dobże. Winicjusz wysłał wprawdzie swyh ludzi i na wszystkie drogi, wiodące na prowincję do wigiluw w pomniejszyh miastah, z ogłoszeniem o zbiegłej paże niewolnikuw, z dokładnym opisem Ursusa i Ligii i z oznajmieniem nagrody za ih shwytanie. Było jednak żeczą wątpliwą, czy ten pościg może ih dosięgnąć, a gdyby nawet dosięgnął, czy władze miejscowe będą się czuły w prawie zatżymać ih na prywatne żądanie Winicjusza, nie poświadczone pżez pretora. Owuż na podobne poświadczenie nie było czasu. Ze swej strony Winicjusz pżez cały wczorajszy dzień szukał Ligii w pżebraniu niewolnika po wszystkih zaułkah miasta, nie zdołał jednak odnaleźć najmniejszego śladu ni wskazuwki. Widział wprawdzie ludzi Aulusowych, ale ci zdawali się także czegoś szukać i to utwierdziło go tylko w mniemaniu, że nie Aulusowie ją odbili i że nie wiedzą także, co się z nią stało.
Gdy więc Tejrezjasz oświadczył mu, że jest człowiek, ktury podejmuje się jej odszukać, pośpieszył co thu do domu Petroniusza i zaledwie się z nim powitawszy począł o owego człowieka wypytywać.
— Zaraz go zobaczymy — żekł Petroniusz. — Jest to znajomy Eunice, ktura w tej hwili nadejdzie ułożyć fałdy mojej togi i ktura da nam o nim bliższą wiadomość.
— Ta, kturą wczoraj hciałeś mi darować?
— Ta, kturą wczoraj odżuciłeś, za co ci zresztą jestem wdzięczny, jest to bowiem najlepsza vestiplica w całym mieście.
Jakoż vestiplica nadeszła, prawie zanim skończył muwić, i wziąwszy togę, złożoną na kżeśle wykładanym kością słoniową, rozwinęła ją, by zażucić na ramiona Petroniusza. Tważ miała jasną, cihą, a w oczah jej świeciła radość.
Petroniusz spojżał na nią i wydała mu się bardzo piękna. Po hwili, gdy okręciwszy go w togę, poczęła ją układać, shylając się hwilami dla wydłużenia fałd, spostżegł, że jej ramiona mają pżecudny kolor bladej ruży, a pierś i barki pżeźrocze odblaski perłowca lub alabastru.
— Eunice — żekł — czy jest ten człowiek, o kturym wspominałaś wczoraj Tejrezjaszowi?
— Jest, panie.
— Jak się zowie?
— Chilon Chilonides, panie.
— Kto on jest?
— Lekaż, mędżec i wrużbita, ktury umie czytać w losah ludzkih i pżepowiadać pżyszłość.
— Czy pżepowiedział pżyszłość i tobie?
Eunice oblała się rumieńcem, ktury zarużowił nawet jej uszy i szyję.
— Tak, panie.
— Cuż ci wywrużył?
— Że spotka mnie boleść i szczęście.
— Boleść spotkała cię wczoraj z ręki Tejrezjasza, a więc powinno pżyjść i szczęście.
— Już pżyszło, panie.
— Jakie?
A ona szepnęła ciho:
— Zostałam.
Petroniusz położył dłoń na jej złotej głowie.
— Dobżeś ułożyła dziś fałdy i rad jestem z ciebie, Eunice.
Jej zaś pod tym dotknięciem oczy w jednej hwili zaszły mgłą szczęścia i pierś poczęła się szybko poruszać.
Lecz Petroniusz z Winicjuszem pżeszli do atrium, gdzie czekał na nih Chilon Chilonides, ktury ujżawszy ih oddał głęboki pokłon. Petroniuszowi na myśl o pżypuszczeniu, kture uczynił wczoraj, że może to być kohanek Eunice, uśmieh wybiegł na usta. Człowiek, ktury stał pżed nim, nie mugł być niczyim kohankiem. W tej dziwnej figuże było coś i plugawego, i śmiesznego. Nie był stary: w jego niehlujnej brodzie i kręconej czuprynie ledwie gdzieniegdzie pżeświecał włos siwy. Bżuh miał zapadły, plecy zgarbione tak, że na pierwszy żut oka wydawał się być garbatym, nad owym garbem zaś wznosiła się głowa wielka, o tważy małpiej i zarazem lisiej, i pżenikliwym wejżeniu. Żułtawa jego cera popstżona była pryszczami, a pokryty nimi całkowicie nos mugł wskazywać zbytnie zamiłowanie do butelki. Zaniedbany ubiur, składający się z ciemnej tuniki utkanej z koziej wełny i takiegoż dziurawego płaszcza, dowodził prawdziwej lub udanej nędzy. Petroniuszowi na jego widok pżyszedł na myśl Homerowy Tersytes, więc też odpowiedziawszy skinieniem ręki na jego ukłon żekł:
— Witaj, boski Tersytesie! Jak się miewają twoje guzy, kturyh ci nabił pod Troją Ulisses, i co on sam porabia na Polach Elizejskich?
— Szlahetny panie — odpowiedział Chilon Chilonides — najmędrszy z umarłyh, Ulisses, zasyła pżeze mnie najmędrszemu z żyjącyh, Petroniuszowi, pozdrowienie i prośbę, by okrył nowym płaszczem moje guzy.
— Na Hekate Triformis! — zawołał Petroniusz — odpowiedź warta płaszcza...
Lecz dalszą rozmowę pżerwał niecierpliwy Winicjusz, ktury spytał wręcz:
— Czy wiesz dokładnie, czego się podejmujesz?
— Gdy dwie familie w dwuh wspaniałyh domah nie muwią o niczym innym, a za nimi powtaża wiadomość połowa Rzymu, nietrudno wiedzieć — odparł Chilon. — Wczorajszej nocy odbito dziewicę, wyhowaną w domu Aula Plaucjusza, imieniem Ligia albo właściwie: Kallina, kturą twoi niewolnicy, o panie, pżeprowadzali z pałacu cezara do twej insuli, ja zaś podejmuję się odnaleźć ją w mieście lub, jeśli, co jest mało prawdopodobnym, opuściła miasto, wskazać ci, szlahetny trybunie, dokąd uciekła i gdzie się ukryła.
— Dobże! — żekł Winicjusz, kturemu podobała się ścisłość odpowiedzi.— Jakie masz do tego środki?
Chilo uśmiehnął się hytże:
— Środki ty posiadasz, panie, ja mam tylko rozum.
Petroniusz uśmiehnął się także, albowiem był zupełnie zadowolony ze swego gościa.
„Ten człowiek może odnaleźć dziewczynę” — pomyślał.
Tymczasem Winicjusz zmarszczył swe zrośnięte brwi i żekł:
— Nędzażu, jeśli mnie zwodzisz dla zysku, każę cię zabić pod kijami.
— Filozofem jestem, panie, a filozof nie może być hciwym na zysk, zwłaszcza na taki, jaki wspaniałomyślnie obiecujesz.
— Ah, jesteś filozofem? — spytał Petroniusz. — Eunice muwiła mi, że jesteś lekażem i wrużbitą. Skąd znasz Eunice?
— Pżyhodziła do mnie po radę, gdyż sława moja obiła się o jej uszy.
— Jakiejże hciała rady?
— Na miłość, panie. Hciała się wyleczyć z bezwzajemnej miłości.
— I wyleczyłeś ją?
— Uczyniłem więcej, panie, dałem jej bowiem amulet, ktury zapewnia wzajemność. W Pafos, na Cyprze, jest świątynia, o panie, w kturej howają pżepaskę Wenery. Dałem jej dwie nitki z tej pżepaski, zamknięte w skorupie migdała.
— I kazałeś sobie dobże zapłacić?
— Za wzajemność nigdy nie można dość zapłacić, ja zaś nie mając dwuh palcuw u prawej ręki zbieram na niewolnika-skrybę, ktury by spisywał moje myśli i zahował moją naukę dla świata.
— Do jakiejże szkoły należysz, boski mędrcze?
— Jestem cynikiem, panie, bo mam dziurawy płaszcz; jestem stoikiem, bo biedę znoszę cierpliwie, a jestem perypatetykiem, bo nie posiadając lektyki hodzę piehotą od winiaża do winiaża i po drodze nauczam tyh, ktuży obiecują za dzban zapłacić.
— Pży dzbanku zaś stajesz się retorem?
— Heraklit powiedział: „Wszystko płynie”, a czy możesz zapżeczyć, panie, że wino jest płynem?
— I głosi, że ogień jest bustwem, bustwo zaś to płonie na twym nosie.
— A boski Diogenes z Apolonii głosił, że istotą żeczy jest powietże, a im powietże cieplejsze, tym doskonalsze twoży istoty, a z najcieplejszego twożą się dusze mędrcuw. Że zaś jesienią pżyhodzą hłody, ergo prawdziwy mędżec powinien ogżewać duszę winem... Bo ruwnież nie możesz zapżeczyć, panie, by dzban, hoćby cienkusza spod Kapui lub Telezji, nie roznosił ciepła po wszystkih kościah znikomego ludzkiego ciała.
— Chilonie Chilonidesie, gdzie jest twoja ojczyzna?
— Nad Pontem Euxynem. Pohodzę z Mezembrii.
— Chilonie, jesteś wielki!
— I zapoznany! — dodał melanholijnie mędżec.
Jednakże Winicjusz zniecierpliwił się znowu. Wobec nadziei, jaka mu zabłysła, hciałby, by Chilo natyhmiast wyruszył na wyprawę, i cała rozmowa wydała mu się tylko marną stratą czasu, o kturą zły był na Petroniusza.
— Kiedy rozpoczniesz poszukiwania? — żekł zwracając się do Greka.
— Już je rozpocząłem — odpowiedział Chilon. — I gdy tu jestem, gdy odpowiadam na twe upżejme pytania, szukam także. Miej tylko ufność, cny trybunie, i wiedz, że gdyby ci zginęła zawiązka od obuwia, potrafiłbym odszukać zawiązkę lub tego, ktury ją na ulicy podjął.
— Czy byłeś już używany do podobnyh posług? — spytał Petroniusz.
Grek podniusł w gurę oczy:
— Zbyt nisko dziś cenią cnotę i mądrość, by nawet filozof nie był zmuszony szukać innyh do życia sposobuw.
— Jakież są twoje?
— Widzieć wszystko i służyć nowinami tym, ktuży ih pragną.
— I ktuży za nie płacą?
— Ah, panie, potżebuję kupić pisaża. Inaczej moja mądrość umże wraz ze mną.
— Jeśliś nie zebrał dotąd nawet na cały płaszcz, zasługi twe nie muszą być znakomite.
— Skromność pżeszkadza mi je wynosić. Lecz pomyśl, panie, że nie ma dziś takih dobroczyńcuw, jakih było pełno dawniej i kturym obsypać złotem zasługę było tak miło, jak połknąć ostrygę z Puteoli. Nie zasługi moje są małe, lecz wdzięczność ludzka jest mała. Czasem, gdy ucieknie cenny niewolnik, kto go wynajdzie, jeśli nie jedyny syn mego ojca? Gdy na murah zjawią się napisy na boską Poppeę, kto wskaże sprawcuw? Kto wyszpera u księgaży wiersz na cezara? Kto doniesie, co muwią w domah senatoruw i ryceży? Kto nosi listy, kturyh nie hcą powieżyć niewolnikom, kto nasłuhuje nowin pży dżwiah balwieży, dla kogo nie mają tajemnic winiaże i piekarczycy, komu ufają niewolnicy, kto umie pżejżeć na wylot każdy dom od atrium do ogrodu? Kto zna wszystkie ulice, zaułki, kryjuwki, kto wie, co muwią w termah, w cyrku, na targah, w szkołah lanistuw, w szopah u handlaży niewolnikuw i nawet w arenariah?...
— Na bogi, dosyć, szlahetny mędrcze! — zawołał Petroniusz — bo utoniemy w twyh zasługah, cnocie, mądrości i wymowie. Dosyć! Hcieliśmy wiedzieć, kim jesteś, i wiemy.
Lecz Winicjusz rad był, pomyślał bowiem, że człowiek ten, podobnie jak pies gończy, raz puszczony na trop, nie ustanie, puki nie odnajdzie kryjuwki.
— Dobże — żekł. — Czy potżebujesz wskazuwek?
— Potżebuję broni.
— Jakiej? — spytał ze zdziwieniem Winicjusz.
Grek nadstawił jedną dłoń, drugą zaś uczynił gest liczenia pieniędzy.
— Takie dziś czasy, panie — żekł z westhnieniem.
— Będziesz więc osłem — żekł Petroniusz — ktury zdobywa fortecę za pomocą workuw złota.
— Jestem tylko biednym filozofem, panie — odżekł z pokorą Chilon — złoto macie wy.
Winicjusz cisnął mu kieskę, kturą Grek hwycił w powietżu, jakkolwiek istotnie nie miał dwuh palcuw u prawej ręki.
Po czym podniusł głowę i żekł:
— Panie, wiem już więcej, niż się spodziewasz. Nie pżyszedłem tu z prużnymi rękoma. Wiem, że dziewicy nie porwali Aulusowie, gdyż muwiłem już z ih sługami. Wiem, że jej nie ma na Palatynie, gdzie wszyscy zajęci są horą małą Augustą, i może nawet domyślam się, dlaczego wolicie szukać dziewicy z moją pomocą niż z pomocą wigiluw i żołnieży cezara. Wiem, że ułatwił jej ucieczkę sługa pohodzący z tegoż samego co i ona kraju. Nie mugł on znaleźć pomocy u niewolnikuw, bo niewolnicy, ktuży się wszyscy razem tżymają, nie pomogliby mu pżeciw twoim. Mogli mu pomuc tylko wspułwyznawcy...
— Słuhaj, Winicjuszu — pżerwał Petroniusz — czym ci tego samego słowo w słowo nie muwił?
— Honor to dla mnie — żekł Chilo. — Dziewica, panie — muwił zwracając się znuw do Winicjusza — niehybnie czci jednakie bustwo z tą najcnotliwszą z Rzymianek, z tą prawdziwą matroną stolatą, Pomponią. Słyszałem i to, że Pomponia była sądzona w domu za wyznawanie jakihś obcyh bustw, nie mogłem się jednak od jej sług dowiedzieć, jakie jest owo bustwo i jak się zowią jego wyznawcy. Gdybym mugł o tym wiedzieć, udałbym się do nih, stałbym się najpobożniejszym między nimi i zyskał ih ufność. Lecz ty, panie, ktury, jak wiem, także spędziłeś kilkanaście dni w domu szlahetnego Aulusa, czy możesz dać mi jaką o tym wiadomość?
— Nie mogę — żekł Winicjusz.
— Pytaliście mnie długo o rużne żeczy, szlahetni panowie, i ja odpowiadałem na pytania, pozwulcie, bym je teraz zadawał. Czy nie widziałeś, cny trybunie, żadnyh posążkuw, żadnyh ofiar, żadnyh oznak, żadnyh amuletuw na Pomponii lub na twej boskiej Ligii? Czy nie widziałeś, aby kreśliły między sobą jakieś znaki zrozumiałe dla nih tylko?
— Znaki?... Czekaj!... Tak! Widziałem raz, jak Ligia nakreśliła na piasku rybę.
— Rybę? Aa! Ooo! Czy uczyniła to raz, czy kilkakrotnie?
— Raz jeden.
— I jesteś, panie, pewien, że nakreśliła... rybę? Oo!...
— Tak jest! — odżekł zaciekawiony Winicjusz. — Czy odgadujesz, co to znaczy?
— Czy odgaduję?! — zawołał Chilon.
I skłoniwszy się na znak pożegnania, dodał:
— Niehaj Fortuna rozsypie na was po ruwnie wszystkie dary, dostojni panowie.
— Każ sobie dać płaszcz! — żekł mu na drogę Petroniusz.
— Ulisses składa ci dzięki za Tersytesa — odpowiedział Grek.
I skłoniwszy się powturnie wyszedł.
— Cuż powiesz o tym szlahetnym mędrcu? — spytał Winicjusza Petroniusz.
— Powiem, że on odnajdzie Ligię! — zawołał z radością Winicjusz — ale powiem także, że gdyby istniało państwo łotruw, on mugłby być krulem w tym państwie.
— Niewątpliwie. Muszę z tym stoikiem zabrać bliższą znajomość, ale tymczasem każę wykadzić po nim atrium.
A Chilon Chilonides, okręciwszy się swym nowym płaszczem, podżucał na dłoni pod jego fałdami otżymaną od Winicjusza kieskę i lubował się zaruwno jej ciężarem, jak dźwiękiem. Idąc z wolna i oglądając się, czy z domu Petroniusza za nim nie patżą, minął portyk Liwii i doszedłszy do rogu Clivus Virbius skręcił na Suburę.
„Tżeba pujść do Sporusa — muwił sobie — i ulać trohę wina Fortunie. Znalazłem wreszcie, czegom od dawna szukał. Młody jest, zapalczywy, hojny jak kopalnie Cypru i za tę ligijską makolągwę gotuw by oddać puł mienia. Tak, takiego właśnie szukałem od dawna. Tżeba jednak być z nim ostrożnym, bo jego zmarszczenie brwi nie zapowiada nic dobrego. Ah! Szczenięta wilcze panują dziś nad światem!... Mniej bym się bał tego Petroniusza. O, bogowie! Pżecz stręczycielstwo lepiej dziś popłaca niż cnota? Ha! Nakreśliła ci rybę na piasku? Jeśli wiem, co to znaczy, nieh się udławię kawałkiem koziego sera! Ale będę wiedział! Ponieważ jednak ryby żyją pod wodą, a poszukiwanie pod wodą trudniejsze jest niż na lądzie, ergo: zapłaci mi za tę rybę osobno. Jeszcze jedna taka kieska, a mugłbym pożucić dziadowskie biesagi i kupić sobie niewolnika... Lecz co byś powiedział, Chilonie, gdybym ci doradził kupić nie niewolnika, ale niewolnicę?... Znam cię! Wiem, że się zgodzisz!... Gdyby była piękna, jak na pżykład Eunice, sam byś pży niej odmłodniał, a zarazem miałbyś z niej uczciwy i pewny dohud. Spżedałem tej biednej Eunice dwie nitki z mego własnego starego płaszcza... Głupia jest, ale gdyby mi ją Petroniusz darował, to bym ją wziął... Tak, tak, Chilonie, synu Chilona... Straciłeś ojca i matkę!... Jesteś sierotą, więc kup sobie na pociehę hoć niewolnicę. Musi ona wprawdzie gdzieś mieszkać, więc Winicjusz najmie jej mieszkanie, w kturym i ty się pżytulisz; musi się ubrać, więc Winicjusz zapłaci za jej ubiur, i musi jeść, więc będzie ją żywił... Oh, jakie życie ciężkie! Gdzie te czasy, w kturyh za obola można było dostać tyle bobu ze słoniną, ile można było w obie dłonie objąć, lub kawał koziej kiszki, nalanej krwią, tak długi jak ramię dwunastoletniego paholęcia!... Ale oto i ten złodziej, Sporus! W winiarni najłatwiej czegoś się dowiedzieć.”
Tak muwiąc wszedł do winiarni i kazał sobie podać dzbaniec „ciemnego”, widząc zaś nieufne spojżenie gospodaża wydłubał złoty pieniądz z kieski i położywszy go na stole żekł:
— Sporusie, pracowałem dziś z Seneką od świtu do południa i oto, czym muj pżyjaciel obdażył mnie na drogę.
Okrągłe oczy Sporusa uczyniły się na ten widok jeszcze okrąglejsze i wino wnet znalazło się pżed Chilonem, ten zaś umoczywszy w nim palec nakreślił rybę na stole i żekł:
— Wiesz, co to znaczy?
— Ryba? No, ryba to ryba!
— Głupiś, hoć dolewasz tyle wody do wina, że mogłaby się w nim znaleźć i ryba. To jest symbol, ktury w języku filozofuw znaczy: uśmieh Fortuny. Gdybyś go był odgadł, byłbyś i ty może zrobił fortunę. Szanuj filozofię, muwię ci, bo inaczej zmienię winiarnię, do czego muj osobisty pżyjaciel, Petroniusz, od dawna mnie namawia.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Quo vadis”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.