Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Przedwiośnie

Część tżecia — Wiatr od wshodu

Część tżecia — Wiatr od wshodu

Powruciwszy do Warszawy Cezary Baryka zapisał się znowu na swą medycynę i zamieszkał, a raczej „wmieszkał się” do pokoju jednego z koleguw, niejakiego Buławnika. Ten Buławnik był progenitury szynkarskiej czy małomiasteczkowo-paskarskiej, wskutek czego zawsze „śmierdział pieniędzmi”. Mieszkał zaś w dzielnicy oddalonej, już zgoła żydowskiej, pży ulicy Miłej, w domu ponurym, obdartym z tynku, o shodah tak brudnyh, ścianah wejścia zakopconyh czadem lamp gazowyh tak dalece, że, zaiste, tżeba było anielskiej dobrotliwości serca, ażeby patżeć na te ściany i shody bez zgżytania zębami. Pokuj był na tżecim piętże odrapanej rudery. Popżez mieszkanie staryh pań, kturyh było dużo, a jakihś smrodliwyh i rozkudłanyh, whodziło się do pokoju Buławnika. Od razu żucało się w oczy, że w rogu zacieka tudzież jakoś niewłaściwie pahnie spod podłogi. Na uczynione w tym pżedmiocie zapytanie miejscowemu strużowi, „ewentualnie” dozorcy, Cezary otżymał rezolucję:

— Ano i jakże nie ma zaciekać, jak nad tym miejscem w rogu jest tylośna dziura? Baran by pżez nią pżelazł ze świata na stryh.

— Czemuż tam jest tylośna dziura? Dah jest od tego, żeby w nim właśnie dziur nie było, pżez kture barany mogłyby pżełazić ze świata na stryh.

— Proszę pana! — zadrwił dozorca, ewentualnie struż. — Baj baju: nie takie tera caszy, żeby się o dziury w dahu kramażyć. Mieszka się i już.

— Rozumiem, panie dozorco. Ale tam bije jakiś niemiły zapah spod podłogi. Czemu to pżypisać?

— Zapah bije spod podłogi, bo to jest szczytowa ściana. Belka tam gnije i legary to samo. Jakże nie ma gnić, jak to jest szczytowa ściana, a do tego jeszcze dohodzi taki interes, że to jest pokuj narożny.

Otżymawszy te wyjaśnienia Cezary, pouczony i pokżepiony na duhu, już się o nic nie kramażył. Mieszkał i już. Pokuj mu się jednak nie podobał. Był mały — na jakie dziesięć lat pżed wojną europejską pomalowany na kolor zupy pomidorowej — jakiś nieporęczny, a nadto pżewiewny. Nie wiało jednak z okna i ze dżwi czyste powietże, lecz zapah pewnyh niezbędnyh ubikacji, kture mieściły się na dole wprawdzie, lecz właśnie pod oknem tego pokoju. Nadto stał tuż za murem blaszany komin piekarni, ktury, jak zawzięty diabeł, walił wciąż w okno studenckie kłębami burego dymu. W nocy słyhać było nieustający hurgot wuzkuw z pieczywem, pędzonyh ręcznie z pieca hlebowego, od czego cienkie, hoć tak stare mury drżały jak w febże. Nie był to, słowem, pokuj pżyjemny. Buławnik nie był pżyjemnym toważyszem: egoista i skąpiec za dnia, pżeśmiewca i ordynus wieczorem, w nocy hrapał za dziesięciu. Lecz Baryka nie miał wyboru. Musiał kożystać z układu z tym kolegą, gdyż pustki miał w kieszeni.

Zaraz po pżyjeździe wydobył z walizki frak z pżynależytościami — dar pżyjacielski Hipolita Wielosławskiego — i postanowił spżedać handlażowi ten zabytek, ten symbol życia w Nawłoci — tę pamiątkę. Pod pozorem rozpatżenia wartości fraka Cezary pżyglądał się pilnie cudacznej szatce i pod sekretem pżed ordynarnym i gruboskurnym Buławnikiem upuścił nań ostatnią łzę. Frak jeszcze pahniał „laurowymi” perfumami. Ah, jakże ten zapah był teraz dokuczliwy! Zaiste, jak gdyby szatan mścił się tym nikłym, niewidzialnym a tak potężnym środkiem pżypomnienia zgasłyh rozkoszy. Niejasno, niedokładnie, niczym pżez sen, Baryka dorozumiewał się, iż niepojęta kędyś waga zważyła w hwili tej wythłą woń perfum Laury z tą samą wonią, gdy ją poczuła Karolina, kiedy to sama jedna tłukła się od dżewa do dżewa podczas balu w Odolanach. On zaś wtedy, mając Laurę w ramionah, niesiony był w tejże alei pżez szczęścia demonuw...

Buławnik obejżał frak okiem hytrym i świadomym, zbadał stan spodni tudzież kamizelki. Poradził frajerowi, żeby taki garnitur spuścić nie handełesowi podwużowemu, ktury da psie pieniądze, lecz pewnemu krawcowi na pryncypalnej ulicy. Tamten zapłaci nieskończenie więcej. Tak się też stało. Uw krawiec kupił frak, a jednak cały garnitur znalazł się w kuferku Buławnika. Tenże wytłumaczył frajerowi, że odkupił ten interes od krawca. Miało to ten dobry skutek, że Cezary mugł kiedy niekiedy, gdy Buławnika w domu nie było, wąhać swuj nawłocki fraczek. Żył zaś, jadł, pił, płacił czynsz pżez czas dosyć długi z tej transakcji. Lecz nadeszły dni ciężkie. Kapitał się wyczerpał. Tżeba było płacić za gaz, światło elektryczne i opał. Kredyt u Buławnika był skończony, zaufanie w sklepiku z pieczywem poderwane. Tżeba było iść do pana Gajowca, czego aż dotąd Cezary unikał.

Wielce się uradował podstażały pan Gajowiec. — Wielce!

W gabinecie biurowym, dokąd Cezary się zgłosił, trudno było rozmawiać, gdyż tam nieustannie whodzili i wyhodzili interesanci. Pan Gajowiec zaprosił Barykę po staremu do swego prywatnego mieszkania. W dzień świąteczny, gdy młody człowiek zgłosił się do tego mieszkania, gospodaża nie zastał. Ale właścicielka pensjonatu, od kturej dygnitaż skarbowy odnajmywał salon, upżedzona z gury, poprosiła petenta do środka, oświadczając, iż pan „wiceminister” spuźni się nieco, gdyż tego dnia ma bardzo wiele ważnyh wizyt.

Cezary wszedł i usiadł w rogu pokoju. Znał już ten duży pokuj, wyhodzący na mały, śrudkamieniczny ogrudek. Nagie, czarne konary dżew kżywymi liniami pżecinały duże lustżane szyby okien. Dżwi do sąsiedniego pokoju, a raczej do niszy z sypialnym łożem, były zawieszone kotarą. Duży salon był użądzony bardzo starannie. Stały tam meble własne sublokatora — garnitur mahoniowy — i leżał spory dywan. Była szafa otwarta z książkami w pięknyh oprawah. Na ścianah wisiało kilka portretuw, rysowanyh specjalnie pżez dobrego artystę. Dawniej Cezary nie zwracał uwagi na te wizerunki. Teraz, nie mając do roboty nic innego, po rozpatżeniu tytułuw książek pżeważnie obcej mu, ekonomicznej i handlowej treści, zwrucił uwagę na portrety. Były to duże głowy, jednako skomponowane, lecz ułożone w sposub fotograficzny, co świadczyło o ih pohodzeniu nie z żywego modela. Pod tymi portretami były podpisy nakreślone ręką pana Gajowca oraz, widać, jakieś najbardziej harakterystyczne cytaty. Podpisy głosiły: Marian Bohusz, Stanisław Krzemiński, Edward Abramowski. Nazwiska te nic prawie Cezaremu nie powiedziały. Jakieś niejasne reminiscencje.

Gdy pan Szymon Gajowiec pżyszedł do domu, począł wypytywać młodego pżyjaciela o wrażenia z pobytu na wsi. Ale młody jego pżyjaciel niewiele mu powiedział. Właściwie — nic. Wykręcił się opowieściami o drobiazgah i szczegułah. Nawzajem Cezary ni z tego, ni z owego zapytał Gajowca o osoby, kturyh podobizny wisiały w mieszkaniu. Hciał w ten sposub odwlec wyjaśnienie głuwnego celu swej wizyty: prośbę o jakieś zajęcie płatne. Nie wiedział, w jaki sposub do tej kwestii pżystąpić, bo był pżecie już dłużnikiem Gajowca, a tutaj tżeba było nowe zaciągać długi wdzięczności.

— Te figury? To „warszawiacy” czasuw minionyh: Marian Bohusz, Stanisław Krzemiński, Edward Abramowski.

— „Warszawiacy”? Dlaczego im pan nadaje taki tytuł ogulny i wspulny? Czy dlatego, że w Warszawie mieszkali?

— Nie. Nie dlatego. Za czasuw niewoli rosyjskiej mieliśmy tutaj w Warszawie znakomityh pracownikuw, świetne haraktery, doskonałyh — uczonyh, ktuży żyli w tłumie, pżeszli niepostżeżeni i nieuznani. Zupełnie — greccy niewolnicy. Ludzie ci należeli do typu, ktury się w tłumie rozpłynął, znikł, lecz nasycił sobą pokolenie. Z tyh ludzi my — to jest moje pokolenie — wyssaliśmy wszystko, czym żyjemy aż dotąd.

— Nie wiedziałem. Cuż to za jedni, bo, pżyznam się, nie słyszałem nawet i nie czytałem.

— Pierwszy z bżegu — Marian Bohusz. Pżyrodnik, ktury gdzie indziej zostałby znanym docentem, może nawet cenionym profesorem. Tutaj został bezcennym dla pewnyh sfer felietonistą, tłumaczem i popularyzatorem filozofuw i socjologuw. Rozmienił się na drobne i sam się w tłum wydał. Nauczał z niewidzialnej katedry swą żeszę inteligencką. Gdy wszystko było pżed tą żeszą zamknięte, gdy ona mogła spodleć i zdziczeć, dawał jej wszystko, co poczytywał za najlepsze na Zachodzie. Sam żyjąc pod podwujną kopułą niewoli, kopułą moskiewską i pod władzą roztoczonej pżez włast’ t’my, zmuszał pokolenie swoje do myśli, do pogłębienia uczuć społecznyh, do uczenia się, czuwania. Inni puźniej, jak Adam Mahrburg, robili tę pracę lepiej, systematyczniej. On jednak był pierwszy. Wszystko zaś o szklance czystej herbaty i, dosłownie, o kawałku suhego hleba. Wiecznie w dziurawyh butah i wystżępionyh spodniah. Stary, poczciwy nauczyciel!... Wreszcie — znikł jak cień. Gdzieś się podział. Oślepł. Więziony pżez Moskali, pżeszedł męki duhowe. A nie hcąc ludziom zawadzać w ih bieganinie, nie hcąc pżyczyniać nikomu kłopotu swoim pogżebem — kędyś po swojemu, „altruistycznie” znikł, pżepadł. Żył i umarł jako duh.

— A ten drugi?

— Ten drugi — to Stanisław Krzemiński. Niegdyś członek Rządu Narodowego w roku 63. Historyk, eseista, bibliofil i biblioman, a nade wszystko badacz samoistny. Typ encyklopedysty. Straszna jakaś pamięć. Wszystko w głowie. Gdzie indziej byłby głośnym i czczonym pisażem, pracowałby w spokoju na sławę i pomnik. W dawnej Warszawie był publicystą, pisażem artykułuw politycznyh, niepohwytnym dla wroga pżemytnikiem na pograniczu dawnyh i nowyh czasuw. Sekretnie, sposobem tajnym, do ludzi, ktuży go czcili, pisał o Polsce: „Pani moja, Mocarka wielka, Matka najsłodsza”. Wieżył niezmiennie i pżeciw wszystkiej żeczywistości w niepodległość pżyszłą narodu podartego i nieszczęśliwego, gdyż znał jego siłę w pżeszłości, pomimo wszelkih tego narodu wad i win. Tę pewność swej wiary pżekazywał otoczeniu pżez całe swe życie. Badał pżeszłość samoistnie u źrudeł. Zagżebany w Tomicjanach, w reformie wyhowawczej Konarskiego, pisał jednocześnie o najnowszyh sztukah i figlah dyplomacji wspułczesnej. Pracował bez pżerwy, bez wythnienia, jako kancleż bezsenny nieistniejącego państwa. Błogosławiony warszawiak! W ubogim swoim mieszkanku, wśrud ukohanyh książek i pism, do ostatniej hwili nad wielką dawną i nową Polską — zasnął na posterunku.

— No, a tżeci?

— Tżeci — to Edward Abramowski. Filozof i socjolog. Nowator, prekursor we wszystkih dziedzinah. Głuwną dziedziną jego pracy duhowej była psyhologia. Syn swego czasu, socjalista rewolucyjny, obijający się o wszelkie szkopuły nauki Marksa, błąkający się wśrud nih ze swoją miarą fenomenalizmu podmiotowego, stważa wreszcie naukę własną bojkotu państwa za pomocą złączenia ludzi w związki, stoważyszenia, kooperatywy. Usiłuje wytwożyć świat nowy i nieznany, ktury w jego pojmowaniu będzie wielkim, powszehnym ruhem etycznym, świat pżewidywany, wymyślony. Ta wymażona za czasuw rosyjskih rewolucja społeczna i moralna poprowadziła go konsekwentnie na stanowisko teoretyka kooperatyzmu praktycznego. A jego pomysł zorganizowania ludzi w sposub antypaństwowy pżywiudł go w praktyce, za panowania nad Polską caratu, do uznania Polski nieistniejącej jako realizacji jego pomysłu.

— Słowem wszystko, zawsze i niezmiennie — Polska, Polski, Polsce, Polskę...

— Tak. My tutaj byliśmy i jesteśmy na tym punkcie ułomni. Jesteśmy urodzeni z defektem polskości.

— Nie o tym muwię, że Polacy są Polakami, lecz o istotnym defekcie, jeżeli w rozważaniah filozoficznyh i socjologicznyh wynika deus ex mahina: — Polska. Znana jest anegdota o temacie „Słoń”. Polak, mający po innyh nacjah napisać rozprawę o słoniu, napisał bez wahania: „Słoń a Polska”. Nie o tym jednak hciałem muwić. Hciałem zapytać: dlaczego ci tżej mężowie zasłużyli na specjalne w gabinecie pana wyrużnienie? Czy innyh zasłużonyh ludzi w tyh czasah nie było?

— Owszem, byli! Było bardzo wielu! Trudno mi, o Azerbejdżaninie! wytłumaczyć ci tę zagadkę. Ci tżej zasłużyli na specjalne w mojej izbie wyrużnienie dlatego, że byli moimi nauczycielami. Na nih się w mej głuhej prowincji uczyłem ideału — ja, użędniczyna pod żądem rosyjskim. Dzięki im pżemyciłem moją duszę do Polski. Wuwczas Polakom wydarty był wszelki czyn, wszelka działalność, wszelka realizacja pragnień idealnyh. Filozofia, martwa i daleka, teoretyzująca socjologia, literatura, poezja zastępowała nam czyn, działanie. Felieton literacki świstał nieraz jak phnięcie szpady lub smaganie bata.

— O, tak! Consolatio servitutis...

— Właśnie! Pżytoczę jeden pżykład. Dawno, bardzo dawno, w roku 1891, obhodziliśmy tutaj po raz pierwszy od powstania styczniowego rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja. Święciło tę rocznicę jawnie, w obhodzie, a raczej pohodzie publicznym, nie całe społeczeństwo, lecz jego odłam radykalny, publicyści, studenci, młodzież. Kiedy rozżucono odezwę wzywającą do święcenia rocznicy, cała niemal publicystyka warszawska, prasa tak zwana „poważna”, ogłosiła na widocznym miejscu jednobżmiący protest pżeciwko temu jawnemu obhodowi narodowego święta. Ze względuw, oczywista, głęboko politycznyh. Wuwczas młodzież uniwersytecka skarciła uw protest policzkiem. Wszyscy redaktorowie „poważni”, ktuży protest ten wydrukowali, w jednym dniu i o tej samej godzinie dostali „po pysku”. A ten oto Marian Bohusz napisał tego dnia genialny felieton. Genialny, bo go nawet wszehwiedzący „prewencyjny” cenzor nie zrozumiał, podczas gdy rozumieli go wszyscy. Opowiedziano w tym felietonie anegdotkę o kimś, kto się wybierał w podruż do dalekiej Ameryki i umieścił w pismah ogłoszenie, iż poszukuje toważysza podruży. Otuż puźno w nocy na skutek owego ogłoszenia zgłasza się do podrużnika jegomość i z hałasem oświadcza, że on do dalekiej Ameryki nie pojedzie i jemu, ogłoszeniodawcy, jehać nie radzi, a nawet zabrania. Ten felieton wart był więcej niż batalion tęgiej piehoty. On stwożył ze zwyczajnyh zjadaczuw hleba, z łobuzuw i głuptasuw — amatoruw podruży do Ameryki.

— Rozumiem. Ale to...

— No, co? No, co? Jestem bardzo ciekawy!

— To takie... starodawne...

— O nie, braciszku! To nie starodawne! Dlatego kazałem wyrysować i zawiesiłem sobie na ścianie mej izby te portrety, ażeby nieustannie mieć pżed oczyma granicę między starodawnymi i nowymi laty. Oni to są dla mnie granicą i drogowskazem, czym już w tyh nowoczesnyh dniah naszyh być nie należy.

— Tego wcale nie rozumiem.

— Patż, pżybyszu! Ten oto Stanisław Krzemiński. Polska była dlań — „Pani moja, Mocarka wielka, Matka najsłodsza”. Na tym jego głębokim uczuciu, na najszczerszej jego wieże, kturą nam pżekazywał, kończyła się jego rola. Moja rola — tu się dopiero zaczyna. Uczucie jego, wiara, męstwo musi być wdrożone w pracę, w czyny, w znajomość żeczywistyh stosunkuw i żeczywistyh ludzi i — co jest żeczą najtrudniejszą — w sposub żądzenia życiem, stosunkami i ludźmi realnymi.

— Polska dzisiejsza musi być grubo niepodobna do ideału tamtyh felietonistuw.

— Podobniejsza jest w każdym razie bardziej do ideału, niż była za ih czasuw.

— Doprawdy? Ja sądzę, że nie. Ale, oczywiście, nie znam się na żeczy i mogę się mylić. Nie mylę się tylko w tym, że wuwczas Polska pżynajmniej nikogo nie uciskała, nie pżeśladowała, nie tżymała w kajdanah.

— Wuwczas tyh samyh wroguw ustroju ludzkiego tżymała w kajdanah Rosja oraz Niemcy i Austria. Ale nie o tym teraz mowa. Oto — Edward Abramowski. Nauczał i wieżyliśmy mu ślepo, stwożyliśmy dzięki jego nauce wiele żeczy i dzieł wysoce wartościowyh. Zorganizowaliśmy masę ludzi w doskonałe stoważyszenia. Ludzi ciemnyh pżetwożyliśmy na światłyh obywateli. Ale całość jego nauki było to mażenie na jawie o społeczeństwie, mażenie o zorganizowaniu społeczeństwa nominalizm, somnium vigilantis. Nienawidził państwa z jego wojskiem i wojną, z sądem i policją, ze wszystkimi funkcjami państwa, i nakazywał ludziom organizować się w związki wolne. Patżę na jego kohany portret i powtażam mu codziennie: śpij spokojnie, jasny duhu! Pracujemy dzień i noc, bez wythnienia, szeżymy i spełniamy twe mażenia, tylko zgoła inaczej, wprost inaczej, w wolnym państwie polskim. Uczę się patżąc na to oblicze, na tego duha, czego robić nie należy, ażeby dojść tam, gdzie on dojść pragnął, gdyż samo życie po tysiąc razy zapżeczyło mażeniom tego społecznego mistyka.

— A to ładne spełnianie czyihś zasad pżez stosowanie ih zapżeczenia w czynie.

— Posłuhaj! Abramowski nauczał, że należy bojkotować państwo nawet tam, gdzie ono pracuje pozytywnie, a więc bojkotować szkoły, inspektorat fabryczny, filantropię państwową, pracę kulturalną i gospodarską — rugować i podcinać kożenie państwa, rozrywać łącznik między potżebami ludzi a instytucjami żądowymi. Na miejsce zbojkotowanyh instytucji państwowyh, a raczej wspułcześnie z ih bojkotem miałyby rozwijać się instytucje swobodne: zamiast sąduw państwowyh — sądy polubowne, zamiast policji — stoważyszenia obrony, zamiast szkuł państwowyh — szkoły wolne lub nauczanie prywatne — i tak dalej. Wreszcie, zamiast społeczeństwa terytorialnego — społeczeństwa stoważyszeniowe. A teraz żeczywistość. „Stoważyszenie obrony” — to jest ta sama policja, jeżeli ma być sprawnie i skutecznie działające.

— Niekoniecznie!

— Inaczej być nie może! Zdażył się tutaj w tym czasie napad ohydny, tak zwana „zbrodnia skolimowska”. Wśrud bandytuw, ktuży napadli na dom młynaża w Skolimowie i wymordowali jego rodzinę, był młody hłopiec, nażeczony curki młynaża. W czasie żezi nażeczona zażuciła ręce na ramiona nażeczonego błagając go najsłodszymi imionami miłości o obronę i pomoc, a widząc, że to on jest napastnikiem — o litość. Ale on siekierą odrąbał ręce dziewczęce, kture go miłośnie obejmowały i hciały obezwładnić, a we dwa dni puźniej, jeszcze nie wyśledzony pżez policję, szedł za trumną nażeczonej, zalewał się łzami ku powszehnej nad nim ludzkiej litości. Nie wystarczy, braciszku, na łotrostwo człowiecze — sąd polubowny albo stoważyszenie obrony. Biada zaś wszystkim bez oświaty! A co byśmy byli poczęli bez armii, gdy na nasze młode państwo runął niepżyjaciel zewnętżny? Mieliśmyż czekać — gdy świat nas się wyparł — z założonymi rękami na nowe stulecia moskiewskiej niewoli?

— Pewnie, pewnie. Ale tu mało się robi, żeby skasować niewolę biednyh ludzi, niewolę wewnętżną.

— Pewnie, pewnie. Bo też dopiero początek. Żeby to nas zostawiono w spokoju na parę lat! Żeby się to nami pżestali zajmować rozmaici zewnętżni dobrodzieje! Tamci ludzie, kturyh widzisz na tyh podobiznah, żyli podczas najsroższej zimy. Patżyli na życie dalekie popżez obmarznięte kraty. Jakże mieli dać nam prawdziwą wiadomość o życiu ludzi spracowanyh w warsztatah i po norah? I my sami jeszcze nie wiemy, co i jak, gdyż dopiero pierwszy wiosenny wiatr powiał w nasze tważe. To dopiero pżedwiośnie nasze. Wyhodzimy na przemarznięte role i oglądamy dalekie zagony. Bieżemy się do własnego pługa, do radła i motyki, pewnie że nieumiejętnymi rękami. Tżeba mieć do czynienia z cuhnącym nawozem, pokonywać twardą, pżerośniętą caliznę.

— Bardzo coś długo tżeba czekać, aż się tu zabiorą do roboty.

— Wieżymy, że doczekamy się jasnej wiosenki naszej...

 


 

Wyhodząc na wykłady i do prosektorium, wracając z lekcji czy z miasta, Baryka musiał pżemieżać dzielnicę zamieszkaną pżez Żydów. Byli oni co prawda rozproszeni we wszystkih okolicah Warszawy, lecz w tej osiedli jako masa jednolita, twożąc zamknięty organizm o kilkuset tysiącah jednostek. Zrazu widok domuw, mieszkań i sklepuw żydowskih mieżił oczy pżybysza swą specyficzną ohydą, puźniej jednak począł go zaciekawiać, a wreszcie nażucił mu się wszehwładnie jako problemat. Hwile wolne Cezary poświęcał na zwiedzanie pżyległyh ulic: Franciszkańskiej, Świętojerskiej, Gęsiej, Miłej, Nalewek i innyh.

Żydzi zamieszkujący lub zatrudnieni w tyh stronah twożyli tak zwane getto. Lecz to ih osiedlisko nie powstało w pżeszłości, nie miało za sobą historii. Same nazwy ulic wskazywały, że tak nie było. Nikt ih tutaj nie osadzał osobno, jak, dajmy na to, papież Paweł IV w Rzymie, aby się z hżeścijanami nie stykali, nikt ih nie zmuszał do zamieszkania tutaj właśnie, a nie gdzie indziej. Sami spłynęli w tę dzielnicę, zeszli się tu jedni do drugih, a pżyrastając stale, stwożyli samohcąc getto. W tyh ulicah ginęły już napisy polskie na sklepah, składah i warsztatah. Zastępowały je napisy żydowskie. Polaków nie było tu już widać. Trafiały się domy, gdzie jedynym Polakiem był struż kamieniczny, i ulice, gdzie jedynym Polakiem był policjant.

Ulice te mają wygląd srogo niepowabny. Kamienice wzniesione pżez Żydów i do nih należące mają cehę wielkomiejskiej tandety, bezwstydnej ordynarności i haniebnej bżydoty. Wojna odarła je z olejnyh lub klejowyh pomalowań. Malowanie na olejno poskręcało się w rurki i zwoje i wygląda na powieżhni tyh domuw jak niehlujne pejsy na niehlujnym Izraelicie. Wnętża domuw, podwuża są odarte nie tylko z olejnej czy klejowej powłoki, lecz obłupione z tynku, ktury kawałami i płatami poodpadał. Świeci nagi, ceglany mur, lecz i on jest oślizgły od brudu, pełen wyrw, plam, zmaz, zaciekuw i wstrętnyh zapaprań, kture nikogo z mieszkańcuw nie rażą. Jakże potworne są tam kloaki, śmietniki, ścieki, zlewy, rynsztoki i same bruki! Większość dziedzińcuw jest ciemna, popżegradzana, zastawiona, pełna pak, odpadkuw, rumowia i rupiecia, stżępuw i gałganuw. Nieopisana jest melanholia tyh dziedzińcuw, głuhy jest smutek okien wiecznie patżącyh w smrodliwe i obmieżłe zaułki, w odarte i pozaciekane mury, w sienie i piwnice wyziewające zgniliznę.

Bawią się tam, w tyh zakażonyh klatkah, tłumy dzieci żydowskih — brudne, shorowane, mizerne, wybladłe, zzieleniałe — o ile promień słońca pżedże się pżez hmury zimowe i zajży do tyh padołuw. Gdy huczy wiher i mruz ściska, dzieci te wtrącone są do kryjuwek, gdzie staży szwargoczą o interesah, zyskah i szybkih zarobkah. Zdażyło się raz Cezaremu widzieć dwoje kilkoletnih dzieci pżytulonyh do siebie i wędrującyh dokądś długą Franciszkańską ulicą. Nożyny ih tonęły w czarnym, żadkim i lepkim błocie hodnikuw i rynsztokuw, odzienie ih było zmoczone i brudne. Para ta była wynędzniała ponad wszelkie słowo opisu. Nogi ih były cienkie jak pogżebacze, a ręce hude jak ptasie piszczele. Tważe były ruwnież nie ludzkie, lecz jakby sępie czy jastżębie, oczy były surowe i starcze. Ta para nieszczęśliwyh mahała pżezroczystymi dłońmi, kiwała głowami osadzonymi na wyhudłyh szyjah i zajadle, zaciekle o czymś rozprawiała. O czymże to muwiło tyh dwoje? Czy ruwnież o zyskah i szybkih zarobkah? Cezary szedł długo za nimi, gdy się obijali o ściany i latarnie, a wlekli do jakiegoś celu, ktury, doprawdy, nie wart był ih fatygi. Płakał w głębi siebie, w tajnikah duszy, wspominając złote, iście anielskie dzieciństwo swoje...

W dnie pżedsabatowe zakradał się do długih „gościnnyh dworuw”, gdzie spżedawano koszerne zapasy jażyny, ważywa, mięso i smakołyki. Miał tam widowisko pełne pżedziwnego humoru, niestżymanego śmiehu, a zarazem głęboko ponure. W tyh miejscah panował hargot, wżask, niemal huk, wywołany pżez handel na modłę ściśle żydowską. Nabywcy i spżedawcy ohłapuw mięsa, kawałkuw gęsi, nug, łbuw, szyj, dziobuw, skżydeł, śledzi, kartofli, odkrajanyh cząstek pomarańcz, cukierkuw i owocuw — skakali sobie do oczu, wydzierali towar z rąk, obżucali się stekiem wyzwisk, wydzierali pieniądze z garści zaciśniętyh. Wszyscy mieli we włosah pieże, byli pobryzgani i zahlastani krwią niewinnyh kaczek i kogutuw. Włuczyły się w tłumie typy nie opisane, nie znane nigdzie na kuli ziemskiej, w łahmanah tak wyświehtanyh, iż składały się jakby z zeskorupiałej pozłoty tłuszczu — łazili na wpuł nadzy pżekupnie, a na wpuł nadzy żebracy w tej żece ludzkiej stali na uboczu i pohylali się monotonnym gestem, jak badyle bezsilne na polu — zaklinając o datek w imię Boga. Całe to zbiegowisko sprawiało wrażenie soboru potępieńcuw opętanyh od diabła, o coś tważą w tważ zaciekle walczącyh.

Zadziwiające ponad wszystko są w tej dzielnicy sklepy, a raczej sklepiki, wklinowane w partery domuw. Tymi komurkami ulice i uliczki są literalnie nabite. Na odżwiah tyh maleńkih zakamarkuw wiszą blaszane tablice z napisami w języku żydowskim — a więc towary w tyh kramah pżeznaczone są tylko dla starozakonnej publiczności. Jakże mizerny, jak niewymyślny i nieobfity jest towar tyh magazynuw! Kapitał zakładowy każdego z nih nie może pżekraczać dwudziestu złotyh. Trohę żelaziwa, skur, kilka wiązek czy miar wiktuałuw, nieco nici, sznurowadeł albo szuwaksu stanowi źrudło dohodu osub, kture w tyh wąziutkih i niziutkih klatkah z desek prużnują marznąc i dżemiąc po całyh dniah i wieczorah.

Pewnego razu Baryka zabrnął na wielkie podwuże, kturego obmieżłego wnętża żadne piuro opisać nie zdoła, kturego bezpżykładnego nieładu, brudu, wstrętnej bezmyślności żeczy naprędce żuconyh nic nie zdoła wysłowić. Były to składy żelaza, a raczej starego żelaziwa. I tutaj pełno było sklepikuw z żelazem wybrakowanym, starym, lihym. Można by powiedzieć, że ten cały podwużec pżeżarła rdza i sama tylko została jako ślad żeczy, kture zniweczyła. I Żydzi, ktuży tam biegali, kżyczeli, roili się i o coś wodzili za łby, byli rdzawi, zagryzieni na śmierć pżez żelazo.

W pewnej hwili wtoczył się na ten dziedziniec wuz frahtowy, na kturym leżało jakoweś olbżymie bżemię w płahcie. Wnet wspulnymi siłami wytaszczono bżemię z wozu i płahtę żucono na błoto rozmarznięte. W płahcie była masa pżegryziona od rdzy: żnięte kawałki rur, popżepalane ruszty, śrubki, haczyki, ułamki pogżebaczuw, połuwki szczypcuw, muterki, kżywe gwoździe, podstawki naczyń niewiadomego użytku, szpice i gzygzaki od ogrodzeń żelaznyh, klucze, dusze żelazek do prasowania, fajerki, ułamki okuć okiennyh, klamki bez rygluw i mnustwo niepżebrane żelaziwa wszelakiego rodzaju. Wobec rozwinięcia wnętża płahty wypełzło, wynużyło się jakby spod ziemi mnustwo Żydów i Żydówek, pżeważnie staryh, koślawyh, powykżywianyh, zrudziałyh, obrośniętyh kłakami. Cała ta czereda poczęła z kżykiem i kłutnią wyłapywać poszczegulne kawałki, cząstki i obżynki żelaza, nabywać je wśrud nieopisanej spżeczki i targu. Niepodobna było zrozumieć, co to są za ludzie. Kupcy? Handlaże? Pośrednicy? Zbieracze?

Cezary doznał wrażenia, że to jest zbiorowisko staryh prużniakuw, specjalistuw od gromadzenia staryh pogżebaczy. Nie mugł się pżejąć uszanowaniem dla ih ubustwa ani zrozumieć sensu ih zatrudnienia. Szukając wielkih zyskuw spadli, widocznie, z etatu i teraz oto szukają zysku wprost znikomego, nie pżestając mażyć o wielkim. Podobnie jak tamci w sklepikah, norah i jamah, czyhają na wielki zarobek nic literalnie nie robiąc. Jakaż reforma społeczna mogłaby ih podnieść na wyższy stopień społeczny? Co można by dla tyh ludzi zrobić, ażeby ih zruwnać z innymi ludźmi w prawah, w posiadaniu dubr tego świata, w pracy, obyczajah, sposobie życia?

Był tam nadmiar nędzaży-łahmaniaży, ktury zużywał ruhliwość pżyrodzoną rasy żydowskiej na oszukiwanie się wzajemne, na pracowitą kłutnię o ohłapy jadła, o śledzie, o skrawki mięsa, a nic, literalnie nic nie czynił dla zarobku godziwego, stałego i dobże płatnego w fabrykah i warsztatah. Wielu, oczywiście, pracowało w tyh ulicah nad siły jako tragaże, woźnice, pomocnicy, subiekci, i ci mieli nawet zewnętżny wyraz inny, normalny, ludzki. Pżeciętny jednak typ — to była karykatura ludzkiej postaci. Zgarbieni, pokżywieni, obrośli, brodaci, niehlujni, śmieszni bezgranicznie w swyh płytkih czapeczkah i długih, brudnyh hałatah do pięt, wałęsali się i zalewali ulice, brodzili, whodzili i wyhodzili, gadali, kłucili się, nic właściwie nie robiąc. Cezary pżyszedł do pżeświadczenia ogulnego, iż Żydzi zamieszkujący dzielnicę, w kturej mu pżebywać wypadło, są zbiorowiskiem ruhliwyh i gadatliwyh prużniakuw.

 


 

Pan Szymon Gajowiec poza użędowymi pracami, kture mu ogrom czasu zabierały, i niezależnie od tyh prac, prowadził po nocah swą własną robotę. Pisał książkę o Polsce nowożytnej, o Polsce niezależnej od najeźdźcuw, ale ruwnież niezależnej od romantykuw, mistykuw, wieszczuw, prorokuw, socjalistycznyh i reakcyjnyh dyktatoruw papierowyh i wszelkiego rodzaju gadułkuw. Zamieżył pżedstawić Polskę żeczywistą, „złożoną z tżeh nieruwnyh połuwek”, jak to swego czasu pisali poczciwi gadułkowie — Polskę żyjącą z pracy czarnyh rąk i hulaszczą — pżeładowaną ogromem ludności żydowskiej i okrainnyh niepżyjaciuł — z niezałatwioną kwestią rolną i cudzymi prawami określającymi winę i karę, z cudacznym obcym pieniądzem — kraj zepsuty pżez najeźdźcuw, złupiony z dubr fizycznyh i duhowyh, pełen ciemnoty i lenistwa, brudu, barbarii i hamstwa. Dopiero w ten obraz żeczywistości, istoty żeczy i najbezwzględniejszego realizmu pragnął thnąć duha prorokuw i apostołuw, ktuży za czasuw niewoli nie dawali usnąć na wieki tworowi nieszczęsnemu, noszącemu nazwę narodu polskiego. Pan Gajowiec czerpał materiały do swego tytanicznego dzieła nie tylko ze źrudeł ogłoszonyh drukiem, znanyh i dostępnyh, ze statystyk i wykazuw dokonywanyh pżez użędy zaborcuw, ale ruwnież z nowyh źrudeł, nikomu nie znanyh, kture nowe polskie użędy zgromadziły. Z tym wszystkim, z ogromem danyh faktuw, spostżeżeń i wnioskuw nie mugł dać sobie rady. Ażeby opanować te wszystkie wiadomości o krajah, kture się teraz zjednoczyły i w jedno ciało zrosły, ażeby zliczyć wszystkie szczeguły dla wydania opinii ostatecznej, nie dość było siły fizycznej jednego człowieka. Toteż pan Gajowiec szukał pomocy Cezarego Baryki.

Ten inteligentny i pracowity młody człowiek, tak mu skądinąd bliski, nadzwyczajnie pżydał się do tej właśnie roboty. Pan Gajowiec nie hciał „okradać” skarbu i wykonywać swej pracy siłami podwładnyh mu użędnikuw. Toteż płacił Baryce pensję ze swej pensji miesięcznej. Dość już, jak muwił, popełnił nadużycia, pżywłaszczając sobie wiadomości, kture czerpał z wykazuw, statystyk i rubryk użędowyh.

Książka Gajowca miała być nabita faktami, naładowana jak nabuj. Do kogo to on zamieżał nią stżelać, kogo tym dziełem porazić, kogo obalić, a kogo obronić i podźwignąć? Muwił, iż pisze list otwarty do rodakuw. Wieżył, iż oni muszą uw list pżeczytać i treści posłania wysłuhać, gdyż ono dopiero zawierać będzie prawdę o sile ih, kturej nie znają.

Cezary znalazł dość zyskowne zajęcie, toteż z zapałem pracował. Dzięki literackiej pasji Gajowca miał zarobek i na pewien czas byt w Warszawie zapewniony. Rano i po południu pracował w prosektorium, hodził na wykłady, puźniej obiadował z kolegami, a wieczorem w „salonie” Gajowca wertował papiery, liczył, dodawał, notował, robił wyciągi pżeglądając stosy papieruw, kture „wiceminister” pżynosił do domu. Miało to zajęcie jedną wadę: zbyt częste pżebywanie w toważystwie starszego pana. Starszy pan, jak wszyscy prawie starsi panowie, lubił pżypominać sobie rużności ze swego życia i z życia ogułu, opowiadać — jednym słowem, bajdużyć. To, co dla Baryki było stażyzną, pżeszłością, historią, gdyż wydażyło się pżed jego urodzeniem, dla Gajowca było świeżuteńkie, prosto z igły, właśnie nowe, tym nowsze, im dawniejsze, gdyż je lepiej, wrażliwszym umysłem pohwycił i spamiętał. Wszystkih ludzi wybitnyh, właśnie żądzącyh, znał z tamtyh czasuw. Każdego niemal pżedstawiał z owej strony nieznanej, sekretnej, skrytej, dawnej, pradawnej. Częstokroć się zdażało, iż człowiek, ktury się Baryce pżedstawiał jako pospolity ryfa albo zwyczajny burżuj, naraz w opinii Gajowca nabierał barwy zupełnie nowej, kturą mu dawało postępowanie dzielne i niepospolite właśnie w owyh czasah zaśniedziałyh, minionyh, w „niewoli”. Częstokroć znowu osobistość dla młodego medyka sympatyczna, pociągająca, ciekawa — budziła na wargah Gajowca śmieh sarkastyczny albo i zgoła pogardliwy, bo w tamtyh zaśniedziałyh czasah ten oto dzielny dziś mołojec i silny w gębie był zwyczajnym zjadaczem hleba albo i kanalijką bożą, pżemykającą się hyłkiem między knutem i poczciwym polskim snobizmem. Cezary nigdy nie mugł w sedno utrafić.

Pan Szymon Gajowiec, dążący wszystkimi swymi siłami do pżedstawienia Polski najistotniejszej, takiej, jaka żyje, cierpi, raduje się, w żeczywistości najrealniejszej, był pżecież także mistykiem. Wieżył w cuda. Wieżył w tajemnicze opiekuństwo nad tym krajem. W rozmowah z Cezarym wskazywał palcem na kilka „cuduw”. Pierwszym „cudem” pana Gajowca było, żecz prosta, wskżeszenie państwa polskiego. Drugim „cudem” było odparcie bolszewikuw w roku 1920.

Pozycje tego „cudu” były takie: Bolszewicy mieli ogromną armię, świetną konnicę. Zalali tą armią cały prawie polski kraj. Na sztandarah bolszewickih było wypisane hasło wyzwolenia proletariatu z burżuazyjnej opresji, rewolucja socjalna. Ktuż i cuż mogło się opżeć tej armii i jej moralnej sile? Powinna była w Polsce znaleźć zwolennikuw, powinna była zniszczyć szczupłą polską siłę zbrojną, gdyż za plecami wojsk polskih powinna była stanąć druga potęga: zrewolucjonizowane masy proletariatu miast i wsi. Ta druga siła powinna była podać rękę rosyjskiej armii czerwonej. Tymczasem bolszewicka armia czerwona została pżepędzona na cztery wiatry, uciekła z Polski jak banda napastnikuw. To był istotny, był niewątpliwy cud nad Wisłą.

Innym dowodem tajemniczego opiekuństwa nad Polską były dzieje niekturyh ludzi, zwanyh pżez pana Gajowca „wielkimi polskim harakterami”.

Ktoś — muwił — roznieca wielką duszę w hłopcu z prowincji, w zabiedzonym studencie medycyny, co to nie dojada i nie dosypia, a mieszka jak pies na płocie — ażeby podjął walkę ni mniej, ni więcej, tylko z całym moskiewskim caratem, z cesarstwem Aleksandra Trzeciego, o kturym wszystkie umysły kraju głosiły jako o potędze nie do pokonania dla nikogo na globie ziemskim. Uw student medycyny, kturemu zaledwie starczyło pieniędzy na kupno atramentu, piura i papieru, pisze raz w raz wezwania do robotnikuw i hłopuw, powołujące ih do organizowania się i do walki z wszehpotężnym caratem. Pży pomocy wspułspiskowcuw odbija te swoje prace rewolucyjne na tajnej maszynce drukarskiej, pracując jako zecer pży ogarku świecy — puźniej wydrukowane własną ręką kilkaset numeruw pisma bieże na plecy i zza granicy idzie do Polski. Ażeby zaś pżejść potajemnie granicę pilnie stżeżoną, musi pżebywać po nocy graniczną żekę. Wybiera jesienną noc, najgłuhszą, najciemniejszą, najbardziej dżdżystą, kiedy obieszczyk nadgraniczny zawinie się w ciepły płaszcz i będzie dżemał na koniu. Wuwczas inspirator zżuje buty i obnaży się do pasa. Pod pahę lewej ręki ujmie żerdź, kturą w ciemności będzie macał obieszczyka stojącego nad żeką. W prawą rękę ujmie rewolwer, ażeby stżelać do żołnieża, jeśli weń żerdzią natrafi i gdy się walka wywiąże. Posłyszawszy plusk w żece żołnież ze swego konia kżyczy: ja tiebia wiżu! ja tiebia wiżu! — Po tym okżyku rewolucjonista poznaje miejsce postoju żołnieża. Pżehodzi obok niego o krok, o dwa kroki. Słyszy, jak siodło hżęści pod jeźdźcem, jak dzwonią jego ostrogi i hrapie koń strwożony. Idzie boso, pżeziębły do szpiku kości, dygocący, pułnagi, po ostryh kołkah zarośli — w rodzinny kraj, ażeby budzić ze snu niewoli.

Pan Gajowiec opowiadał swemu młodemu słuhaczowi o sześciu kolejnyh manifestacjah robotniczyh, w kturyh rokrocznie w dniu 1 maja brał udział. Z prawdziwą jednak kurtuazją wspominał pierwszą z tyh manifestacji, zorganizowaną pżez tegoż wędrowca popżez graniczne żeki. I tutaj, jak zawsze, ten sam inspirator napisał wezwanie do święcenia dnia 1 maja w Alejach Ujazdowskich Warszawy pod samymi murami Belwederu, w kturym rezydował generał-gubernator warszawski, wielkożądca Polski z ramienia caratu. Sam wydrukował wezwanie na czerwonyh kartkah i sam je rozżucił, rozdał w fabrykah Warszawy. Pżebrany za Anglika, pżygodnie zabłąkanego w tym mieście i spacerującego po Alejach, w wysokim cylindże (mocno trącającym magazynami „Wałuwki”, starannie pżyprasowanym, w niebieskih binoklah i długim paltocie, organizator pżehadzał się wyniośle i obojętnie wśrud grup manifestantuw, ktuży tego dnia po raz pierwszy wyszli masowo z fabryk i warsztatuw na spotkanie z potęgą caratu. Żandarmi konni na wspaniałyh rumakah podjeżdżali blisko, oficerowie żandarmscy wkraczali na hodnik, ażeby pżypatżeć się tważy wędrownego Anglika. Tłumy policji i wojska otaczały ze wszeh stron manifestantuw, kierując ih ku otwartej bramie ogrodu, ażeby ih tam wephnąć i shwytać. Pan Gajowiec wspominał blade tważe tyh ludzi, tyh pierwszyh żołnieży sprawy niepodległości, defilującyh pżed Belwederem.

— Dziwna, pżedziwna jest siła modlitwy — muwił pan Gajowiec.

I oto pżypominał pewną swoją modlitwę pżed obrazem zamazanym pżez deszcze, zniszczonym pżez słoty, pżed obrazem w starej kapliczce unickiej, pży drodze do Drohiczyna. Stał wtedy obok matki Cezarego, młodziutkiej panny Jadwigi... Modlił się gorąco — gorąco o łaskę pomocy dla biednyh ludzi Podlasia. I oto — mocarstwa pżeszły, cesaże upadli, wojska wielkie znikły, niezdobyte fortece w gruz się rozsypały. Modlitwa zrobiła swoje...

Pan Gajowiec, użędnik legalista, wiele tego rodzaju wynużeń powieżał swemu młodemu sekretażowi.

 


 

Sekretaż, słuhając w milczeniu polskih opowieści realno-mistycznyh, puszczał je mimo uszu. W uszah jego bżmiały jakby maleńkie srebrne dzwoneczki, wciąż jedno imię powtażające. Toteż częstokroć rozmawiając nie rozmawiał i słuhając nie słyszał. Pod zewnętżną powłoką rozmowy, dysputy, a nawet sporu, wskroś umysłowania, rozważania, a nawet rahunku, płynął jak gdyby potok szumiący, wieczne wspomnienie o pięknej pani Laurze. A niepżerwana jej nieobecność, głuhy step rozstania, sahara jałowa i wyshnięta życia bez niej — drażniła go i rozjuszała. Nie podobało mu się tutaj, w tym mieście. Nic tu nie miał wielkiego, olbżymiego, na czym czucie zawisnąć by mogło. Rozumiał prace owego Gajowca, prace surowe i na nic niebaczne, wszczepione jak pług w pżyszłość tego kraju. Ale się tą zimną, ścisłą, nieefektowną prozą nie mugł pżejąć. Gajowiec mażył jako o szczęściu swym, o ideale swego życia — o polskim pieniądzu. Gdy wymawiał słowo „złoty”, rozanielał się, jaśniał, promieniał. Tłumaczył długo młodemu kamratowi, jakih to truduw, walk, mozołuw — jakiego to ogromu wiedzy, pżewidywań i rozumowań — znajomości arkanuw i wybieguw życia nowego, kturego pżewidzieć nie może żadna socjologia ani żaden program jakiejkolwiek międzynaroduwki — jakiego to wreszcie twurczego geniuszu wymaga uw „złoty”. Cezary zgadzał się, lecz nie płonął entuzjazmem do „złotego”. Gdyby pan Gajowiec wiedział, o czym myśli ten młody człowiek w trakcie jego zawiłyh wywoduw, zamknąłby usta na cztery spusty.

Z czasem, im Baryka bardziej zagłębiał się w życie, im więcej poznawał ludzi i więcej obserwował faktuw, w tym większą popadał niehęć do całego polskiego zespołu. Drażnili go wszyscy swym pżywiązaniem do pżeszłości, do owego smutnego „wczoraj” — i radosną świadomością, naiwną uciehą z pięknego „dzisiaj”. Cezary natomiast widział to „dzisiaj” nie w wielobarwnej sukience wolności, lecz w obmieżłym łahmanie żeczywistyh i oczywistyh faktuw. Cuż go mogło obhodzić stwierdzenie, że ta oto dziura w łahmanie jest nieuniknionym następstwem, najnaturalniejszym skutkiem takih a takih pżyczyn — że ten oto wżud, rana, strup pżyshnięty to jest dzieło i wina zaborcuw, za kture oni odpowiadają. Baryka widział tylko dziury, łaty, łahmany, wżody i strupy. Nadto — widział sińce i guzy zadane pżez nową władzę, ktura usiłowała być mocną, nie słabszą od władzy zaborcuw. Nawet miejsca z pozoru zdrowe, kwitnące począł podejżewać o wewnętżną kiłę. Pżeszywał te miejsca swym szydłem podejżliwości albo pżecinał nieulękłym lancetem. Wszakże widział był wieś szlahecką z jej życiem. Czyż nie należało tej całej Nawłoci z jej Chłodkami posłać do luftu? Czyż nie należało tego Leńca z jego panem Barwickim i panią Barwicką?... Tu pżyłączyła się inna sfera uczuwania żeczywistości. Ręka hwytała nie lancet, lecz jakiś wshodni pżyżąd rozprawy...

 


 

W tym czasie do wspulnego mieszkania Buławnika i Baryki pżyhodził często kolega Antoni Lulek. Był to student prawa na jednym ze starszyh kursuw uniwersytetu. Lulek był horowity, słaby, nikły blondyn. Na wojnie bolszewickiej nie był z powodu złego stanu zdrowia. Lulek był nadzwyczajnie oczytany i świetny dialektyk. Gdyby nie anemia i astma, kture mu „głos odbierały”, mugłby pżegadać dziesięciu najtęższyh gadułuw. Czasami zresztą „nie gadał”, to znaczy, nie odzywał się zupełnie ani słowem. Z głową, a raczej z brodą podpartą na hudej i suhej pięści, siedział wuwczas i pżenikliwymi niebieskimi oczami patżał na pżeciwnika — (w studenckih pokojah shodzą się, piją zimną herbatę, palą cudze papierosy i gadają zawsze „pżeciwnicy”). Lulek był to już jegomość starszy. Z niejednego pieca hleb jadał. W czasie wojny światowej terał się po rużnyh kryminałah rosyjskih i niemieckih. Paka — zabrała znaczny okres jego życia. W pace, a raczej w pakah, mając wiele czasu, Lulek uczył się obcyh językuw, a posiadłszy angielski (liho), francuski i niemiecki (wcale dobże), wciąż coś tłumaczył. „Pracował naukowo”, jak muwiło się o tym wśrud koleguw. Nikt jednak tyh naukowości Lulka na oczy nie widział. Zawsze miało coś być wydane pżez pewne ideowe zespoły i kułka i nie dohodziło do skutku, oczywista żecz, wskutek braku pieniędzy, kture nie nosiły w tej sfeże innej nazwy, tylko do znudzenia nazwę floty.

Lulek lubił rozmowy z Baryką, a nie lubił z Buławnikiem. Buławnik był to umysł jasny (cokolwiek zanadto jasny), racjonalistycznie prostolinijny, nie znoszący mgły i tajemnicy, kturymi Lulek lubił się otaczać. Jeżeli Buławnik zbyt kategorycznie, w sposub „medyczny” udowodnił swe twierdzenie, Lulek wypływał na rozlewne wody zastżeżeń i pżyczynkuw naukowyh, puszczał się na wywody niełatwe do doścignięcia i gubił ślady za sobą. Jednakże Lulek potżebując od czasu do czasu pomocy materialnej, kredytu krutkoterminowego, zjawiał się w jamie Buławnika. Ostatni był dobże usposobiony dla tego klienta. O swuj, a raczej o ojcowski grosz dbał, co się zowie, ale nie było wypadku, żeby odmuwił Lulkowi „pożyczki”, ktura mogła być — co to ukrywać? — zasiłkiem. Tymczasem Lulek był fenomenalnie punktualny.— Oddawał długi w terminie oznaczonym. Tak się te żeczy złożyły, że Lulek rozmawiał z Baryką o żeczah oderwanyh, naukowyh, teoretycznyh, tajnyh, a z Buławnikiem o pieniądzah. Gdy Buławnik wtrącał się do rozmowy, zaczynał spierać się, mędrkować i dowodzić, Lulek odcinał się raz, dwa, potem pżycihał, a wreszcie popadał w milczenie, w astmę, ktura mu głos odbierała. Zimnymi swymi oczyma „pżypatrując się” wywodom pżeciwnika kamieniał na długo. Śmieh bezgłośny Lulka gorszy był stokroć dla Buławnika od jego słownyh wywoduw.

O czymże to Lulek dyskutował z Baryką? Otuż pżeważnie o jego pżejściah bakińskih i moskiewskih. Lulek nigdy nie widział Rosji, nie znał ani Moskwy, ani żadnej tam Tuły, a jednak był poinformowany o sprawah rosyjskih, jakby tam właśnie spędził całe życie. Wszystko to z książek, pism i pisemek. Fenomenalna pamięć pozwalała mu mieć na zawołanie cytaty ze wszystkih dekretuw wszystkih najcudaczniej zwanyh władz bolszewickih, daty, cyfry, dosłowne teksty rozpożądzeń, bżmienie ustaw, dokładne formuły pżemuwień wodzuw i dokładne teksty opozycyjnyh zapżeczeń. Wiedza Lulka obracała się w granicah nakreślonyh pżez te właśnie doktryny, ujęte w ramy tyh właśnie praw i wyjaśnień.

Nadto Lulek był nie lada (tak zwanym) „psyhologiem”. Umiał orientować się w nawale faktuw pżytoczonyh pżez młokosa, umiał wyczuć naturę jego uniesień oraz siłę żeczywistą zwątpień i rozczarowań.

W te właśnie miejsca, w te obolałe okolice umiał we właściwej hwili phnąć długim puginałem szyderstwa i zjadliwej drwiny. Baryka znalazł się pod urokiem i niepostżeżenie, z wolna pżehodził pod władzę duhową Lulka.

Nadszedł czas, że Cezary poczynił „psyhologowi” pewne zwieżenia co do Nawłoci i Leńca. Nie powiedział, oczywiście wszystkiego, ale o tym i owym napomknął. Tamten słuhał z nadzwyczajną uwagą, podparłszy nagą brodę nagą pięścią. Nie wtrącał się do tyh spraw radą żadną ani uwagą, ale widać było, że pżywiązuje do pułspowiedzi młodzieńca pewne znaczenie. Dla Baryki potżeba wyznania była koniecznością duszy. Jakżeby pragnął powiedzieć wszystko, wszystko! Zżucić z serca kamienie, kture je uciskały, dokonać spowiedzi, kturą mu swego czasu proponował ksiądz Anastazy! Lecz nie można było z Lulkiem popadać w romanse tego rodzaju, gdyż on czego innego w tyh aferah poszukiwał. Hodziło mu o zgożknienie Baryki, o jego pżejście do stanu odrazy i — co to owijać w bawełnę! — do stanu zemsty. W tym celu Lulek używał pewnyh skrutuw.

Muwił o szlahcie, o klasie prużniaczej i pżeżytej — nie „szlahta”, nie „burżuazja” czy tam inaczej, lecz — „nawłoć”. O zepsuciu, nikczemności, zgniliźnie duhowej kobiet sfery ziemiańskiej w ogule muwił „laury, laurynki”. Grubą, bezmyślną szlagonerię nazwał „barwiccy”. Ten sposub w pewnej mieże dogadzał uczuciom Cezarego, jakoś był mu na rękę. Sam w rozmowah używał nieraz tyh samyh określeń. Nic to, że potem czuł w sobie drżenie i żrący gniew za to, że się z tym wszystkim obnaża i obgaduje.

Ale Lulek umiał panować nad tymi pżelotnymi refleksami. Żucał pżed oczy pżyjaciela obrazy biedy ludowej jeszcze nie widziane i po prostu źgał go w serce. Poruszał w nim wszystko widziane dawno i niedawno — pżypiekał żelazem rozżażonym w wielkim ogniu cierpień proletariatu i nędzaży. Nie dał mu wracać w wydeptaną, wygodną kolej uczuć i popędzał go na nowe drogi. Czy Lulek sam odczuwał cierpienia uciemiężonyh? Bóg go raczy wiedzieć! Muwił o tyh cierpieniah utartymi formułami, w sposub zawsze jednaki, sumaryczny i ujęty w nieodmienne epitety, co było nudne i tak jałowe, że aż ohydne, a jednak zawierało w sobie prawdę nagih żeczy.

Żeczownik „proletariat” wymawiał w pewnym skrucie sylabowym, jakby ten wyraz od częstego obracania go w ustah i ośliniania jego językowyh kantuw stał się gładki, okrągły i miękki. Żeczownik „rewolucja” wymawiał z pewnym poświstem i pżygwizdem, ktury w tym wyrazie wydawać się zdawał podniebieniowy dźwięk c. Szczegulną antypatią, nienawiścią, odrazą, wzgardą i drwinami Lulek dażył miejscową organizację socjalistyczną z odcieniem narodowym. Gdy muwił o ludziah i działaniah tego zespołu i środowiska, nos jego pżybierał kolor jasnozielony, a oczy zawściągały się bielmem. Na inne partie — „burżuazyjne”, narodowe, ludowe, postępowe i katolickie czy bezwyznaniowe — zapatrywał się z większą łaskawością, po prostu dlatego, że nienawiść w jego duszy wzrastała w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do rużnic ideowyh: im rużnice były mniejsze, tym nienawiść większa. Wszelkim enuncjacjom tyh partii i głosom ih „czołowyh” wyrazicieli Lulek nie pżeciwstawiał swyh twierdzeń ani zapżeczeń. Pżypatrywał się jedynie owym tezom i wywodom zupełnie tak jak umysłowaniom Buławnika. Był pżecie w posiadaniu prawdy, po cuż tedy było psuć sobie zdrowie na jakieś alterkacje z powodu takiego czy innego nacjonalizmu.

Żeczywiście jednak ten horowity człowiek psuł sobie zdrowie żywiąc zupełną już wrogość i nosząc w sercu zemstę względem nowo powstałej Rzeczypospolitej Polskiej. Każde niepowodzenie, pośliźnięcie, klęska czy żywiołowe nieszczęście państwa i żądu polskiego jako całości, jako jestestwa politycznego i społecznego, budziło w piersi Lulka, w jego sercu radosny śmieh. On szczeże i pilnie czyhał na śmierć tego tworu, ktury stale nazywał „najreakcyjniejszym skirem ludzkości”. To — o czym dowiadywał się od Baryki, na pżykład o pracah Gajowca — nieciło w jego duszy zgryzotę śmiertelną, mękę serdeczną, astmę duhową, ktura podkopywała jego zdrowie fizyczne bardziej niż horoba sama. To mogło zaciemnić jego ideał, a w praktyce odwlec nieunikniony zgon Polski. Dla pżyspieszenia zaś tego zgonu Lulek gotuw był poświęcić swe mizerne zdrowie i niewesołe życie. Drżącymi rękami hwytał z rana gazety, żeby pżecie wyczytać coś „pomyślnego”, jakąś klęskę publiczną, jakieś załamanie się grube i głębokie, jakąś kompromitację wobec zagranicy, jakąś groźbę czyjąś, zapowiedź zniszczenia żuconą pżez angielskiego potentata lub niemieckiego eks-generała. Najtajniejszym i najszczerszym jego westhnieniem, pewnym rodzajem modlitwy, było hasło:

— Tylko pżetżymać do najprędszego końca tę „niepodległość”, a wtedy jeszcze swobodniej pooddyham na świecie!

Tżeba pżyznać, że w tyh nastrojah nie było impulsu poddanego materialnie, z ręki do ręki, pżez „ościenne mocarstwo”. Lulek był ideowcem najczystszej wody. Żył w najautentyczniejszej biedzie i gotuw był zmarnieć i zamżeć w jakiejś pace za swoje pasje, sympatie i nienawiść. Lecz nikt go nie aresztował. Cierpienia jego wzmagały się, gdy słyszał lub czytał o powolnyh, lecz stałyh reformah, ulepszeniah, naprawah, o wprowadzeniu w życie małyh zmian na lepsze. Poczytywał to za zbrodnie, większe od jawnyh skokuw ku reakcji. Owyh „polepszycieli”, oględnyh „poprawiaczuw”, ostrożnyh kunktatoruw nienawidził z całej duszy. Nazywał to wszystko — „gajowszczyzna” — a do owej gajowszczyzny zaliczał całe partie czerwone i rużowawe. Natomiast pałał uwielbieniem dla poczynań reformatorskih „sąsiedniego mocarstwa”. Gdy czytał o srogih karah na kontrrewolucjonistuw, o kaźniah setek tysięcy ludzi, o mordowaniu bez sądu i dziesiątkowaniu zakładnikuw, bladł z rozkoszy. Ręce jego drżały wuwczas i tważ promieniała jak od głębokiego nathnienia. Suhy kaszel zdawał się być nieustannym pżytakiwaniem. Lulek nie tylko wtedy czuł, ale i działał w duhu — in partibus infidelium. Ponieważ specjalnie nie znosił wojska polskiego, gotuw był zniszczyć ten kraj już tylko za sam jego „militaryzm”. A nie mogąc nic poradzić na świeże objawy powodzenia tegoż „militaryzmu” w akcie odparcia najazdu bolszewickiego pżez wojska polskie, „zmuszony był” szukać pomocy za granicą tego kraju. Lulek sztyftował wciąż tajne artykuły, istne raporty szkalujące do pism zagranicznyh o kierunkah pokrewnyh jego sposobowi myślenia. Cieszył się na swuj sposub, gdy się dowiadywał, że nie on jeden osmarowuje gżeszną Polskę pżed areopagiem „Europy”.

Opowiadał Cezaremu, iż zna poetę, ktury posiada stałą pensję miesięczną — osiem dolaruw — z redakcji pewnego pisma skrajnego za dostarczanie temuż pismu, drukowanemu w języku polskim, jedynie i wyłącznie wierszowanyh paszkwiluw na szefa reakcji polskiej, Ignacego Paderewskiego. Nie mniej straszliwie niż na polu militarnym pżedstawiała się w opinii Lulka nieszczęsna Polska w dziele swej oświaty, sądownictwa, a nade wszystko w systemie więzień i stosowanyh tam udręczeń. Natomiast Lulek nie miał wcale słuw nagany dla uwięzionyh podpalaczuw prohowni, ktuży wysadzali w powietże nie tylko obiekty obronne polskiego „militaryzmu”, lecz także domy i dzielnice pżyległe, wraz z kobietami, dziećmi i niedołęgami — oraz dla ih poplecznikuw, pomocnikuw i instruktoruw. Ci wszyscy nosili w jego ustah nazwę „pżeciwnikuw ideowyh żądu burżuazyjnego w Polsce”. Według jego opinii żąd polski nie miał prawa i nie powinien bronić się wobec swyh „pżeciwnikuw ideowyh”, na napaść odpowiadać obezwładnieniem i karą, lecz winien był złożyć broń u ih stup i w ogule ustąpić z zajmowanyh bezprawnie „siedlisk tyranii”. Siedliska te powinny były niezwłocznie pżejść w posiadanie „pżeciwnikuw ideowyh” żądu polskiego. Oczywista żecz, że Lulek nie stał po stronie Polski w walce jej z wojskami bolszewickimi.

I tutaj to zahodziło nieporozumienie między Lulkiem i Baryką. Cezary nie stał po stronie wojsk bolszewickih, kture swego czasu puł Polski zalały. Zaruwno w żeczywistości, jak ideowo stał po stronie polskiej. Pżeżył ogrom wzruszeń i uniesień wojennyh, kturyh nic mu odebrać nie mogło i nic nie mogło wpłynąć na ih zapomnienie. Lulek spostżegł w rozmowah, że tej sprawy nie należy nawet poruszać, że pżynajmniej na teraz nie ma żadnej szansy wykożenienia z pamięci ucznia wzruszeń „rycerskih”. Toteż omijał tę materię. Ogulnie tylko zwalczał barbażyński nacjonalizm, wyolbżymianie czynuw rużnyh historycznyh postaci, tę, jak muwił, specyficznie polską, pżewlekłą i wyniszczającą malarię dusz — historyzm — oparty pżede wszystkim na rozgłaszaniu i rozmazywaniu sposobami sztuki mniemanyh i żekomyh zasług polskiego militaryzmu.

Zasady Antoniego Lulka nie były obce ani nie były nie znane Cezaremu Baryce. W szumnym i buńczucznym okresie bakińskim swego niedługiego życia, w tak zwanej „młodości” swej, ktura taką jest „żeźbiarką”, iż wyżeźbia „żywot cały” — niemało się tyh zasad nasłuhał. Żył nimi nie tylko umysłowo i uczuciowo, lecz niejako fizycznie, w sposub stadowy, koleżeński, toważyski i snobistyczny. Zasady te były w jego świecie modne. Ktuż w kułku bakińskih koleżkuw mugłby się był pżyznawać do patriotyzmu rosyjskiego, mocarstwowego, pżedwojennego, carskiego? Byłby to czarnoseciniec, huligan, karierowicz, drab, zbir.

Polskiego patriotyzmu Cezary wuwczas nie odczuwał. Były to dlań wuwczas ckliwe uczucia matki reakcjonistki, katoliczki, tęskniącej i hlipiącej zaruwno z reumatyzmu, jak z racji braku owej Polski. Polska tedy — był to, poniekąd, matczyny reumatyzm, artretyzm, skleroza i kaszel. Lecz po pżybyciu do Polski coś tutaj w jego duszy narosło. Bolszewickie idee nie były dlań już tak wystarczające i czyste. Gdy Lulek teoretyzował, Cezary upżytamniał sobie te idee w ih formah oczywistyh, widział je na nowo, rozumiał je i cenił. Lecz coś mu ostro pżeszkadzało czuć je po dawnemu.

Gdy usiłując poniżyć ideę kultu narodowości Lulek uwidoczniał na licznyh pżykładah, iż walki narodowościowe nie prowadzą do żadnego celu, lecz pżeciwnie, wytważają coraz większą pżepaść między narodami, coraz większe gnębienie jednyh naroduw pżez drugie — i to słabyh pżez potężne — że jedyną granicą, kturą człowiek rozumny może uznawać, jest granica w popżek całego świata, dzieląca robotnikuw angielskih, francuskih, niemieckih, rosyjskih, polskih, ukraińskih od burżuazji angielskiej, francuskiej, niemieckiej itd. — Cezary czuł, że ta sprawa — „nie ma tak dobże”. Czuł, że Lulek nie dlatego tak muwi, iż jest bardzo mądry i strasznie oczytany w Marksie, lecz raczej dlatego, iż jest w pewnej mieże ograniczony, a nawet tępy. Rozumiał to, iż Lulkowi łatwo być tak radykalnym, łatwo mu wyzbyć się granicy polskiej, ponieważ jej nie widział na oczy — słupuw granicznyh, kture z płaczem całowali biedni, udręczeni ludzie. Łatwo mu zresztą wyzbyć się mnustwa spraw i zajść duhowyh, kture właśnie tę granice wyraźnie stanowią.

Kopce graniczne sypała pżede wszystkim pżeszłość. I to nie pżeszłość militarystyczna, lecz właśnie pokojowa, potulna, niewinna, pżeszłość ogromu prac cihyh w zakresie żeczy subtelnyh. Pojęcia o tej pżeszłości Cezary nabrał w swym pohodzie antybolszewickim w popżek i wzdłuż rubieży polskih, gdy widywał porabowane biblioteki, porozbijane dzieła sztuki, potłuczone witraże, szczątki, ułamki, druki, papiery. Nabrał tego pojęcia w rozmowah z Gajowcem. Gdy Gajowiec o tym wszystkim muwił, Cezary zżymał się i protestował. Gdy zaś Lulek nic o tym nie hciał wiedzieć, nie doceniał, nie interesował się — wyłaziło to spod ziemi i ukazywało niezupełność, ułomność, a nieraz śmieszną symplistyczność tez Lulka. Gdy wśrud atakuw kaszlu Lulek z furią twierdził, iż wyrazu „patriotyzm” używa się dziś po to tylko, żeby wśrud najciemniejszyh mas budzić najciemniejsze instynkty, gdyż ci, ktuży zażywają tego słowa, tej żekomej idei, pokrywają nim tylko swoje interesy materialne, hodzi im bowiem o to, ażeby tym frazesem uśpić, znieczulić, zniweczyć czujność mas i utżymać w swyh rękah bogactwa i władzę — Cezary widział, że znowu Lulek „nie ma tak dobże”. Było jeszcze cosik nadto. Nie umiał tego wyłożyć na stuł, ale to było.

Nadto zahodziła drogę kwestia Żydów z Franciszkańskiej, Świętojerskiej, Miłej, a także z Nalewek. Rozwuj gospodarczy wymaga, żeby burżuazja ustąpiła, gdyż jest klasą pżestażałą. Jeżeli tego nie zehce wykonać dobrowolnie, należy ją usunąć gwałtem, pżymusowo, na drodze rewolucyjnej. Władzę całkowitą obejmą robotnicy. A cuż wuwczas stanie się z proletariatem najbiedniejszym z proletariatuw, z biedą żydowską z ulicy Franciszkańskiej i pżyległyh? Czy to są robotnicy? Czy to jest burżuazja? Cezary obawiał się w duszy, na mocy tego wszystkiego, co już za żywota swego w sprawah pżewrotowyh widział na własne oczy, ażeby ta żydowska burżuazja, a zarazem to getto żydowskie — ci ludzie bez pżeszłości i pżyszłości, kturyh jest w Polsce więcej niż tży miliony — kandydatuw — pod pozorem, iż oni to właśnie są światem robotnikuw, proletariatem — nie objęli całej władzy w ręce ponad zbużyszczem wszystkiego. Nie sądził bowiem, żeby to było pożyteczne dla postępu świata.

 


 

Pewnego dnia rano Lulek pżyszedł, a właściwie pżybiegł do mieszkania Cezarego zdyszany i niezwykle podniecony. Lecz w mieszkaniu nie można było muwić swobodnie, gdyż Buławnik siedział kamieniem, czegoś tam uczył się zajadle, pżebierając między ludzkimi piszczelami. Lulek pokaszliwał coraz niecierpliwiej. Toteż Cezary wymyślił sposub na wygryzienie Buławnika z pokoju: wyłonił pewną sumę i posłał tamtego po serdelki, bułki, cukier i tytoń.

Skoro tylko Buławnik tżasnął dżwiami, aż szyby zabżęczały w całej kamienicy, Lulek pisnął:

— Ty! Słuhaj!

Zanim Baryka mugł cokolwiek, według zapowiedzi, usłyszeć, musiał zapoznać się z serią kaszluw grubyh i cienkih. Skoro się to nieco uspokoiło, Lulek muwił:

— Dla ciebie jednego to robię, żeby cię pżecie coś niecoś oświecić...

— Zbytek łaski, mości dobrodzieju.

— Żeby cię oświecić z boku. Możesz sobie o tym sądzić, co ja muwię, jak ci się żywnie podoba. Teraz masz sposobność usłyszenia prawdy...

— Wstęp już słyszałem. Teraz może by pierwszy rozdział...

— Otuż... Uważaj!

Lulek nahylił się i muwił najcihszym szeptem. Szept ten był istotnie znacznie cihszy niż świsty, harczenia i bulgotania żywiołuw lasecznikowyh w jego piersiah:

— Jutro rano odbędzie się tutaj konferencja.

— Czyja?

— Partyjna — a właściwie — organizacyjno-informacyjna.

— No?

— Hcę ci zrobić łaskę i wprowadzić cię na tę konferencję. Usłyszysz nareszcie autentycznyh ludzi w tym kraju.

— Usłyszę autentycznyh ludzi... Czy to jest jaki Cekaer?

— Et! Co z tobą gadać! Ja takiego oto eks-żołdaka wprowadzę na posiedzenie Cekaeru! — gdyby istniał!... Muwię ci: konferencja organizacyjno-informacyjna.

— Organizacyjno-informacyjna — jest to contradictio in adiecto. Albo organizacyjna, albo informacyjna.

— Właśnie, że jest taka, jak ci muwię. Będą ludzie z organizacji i będą tacy jak ty, kturyh należy oświecić i wziąć w rękę.

— Mnie nikt nie będzie brał w rękę, bo ja nie jestem parasol ani łyżka.

— Właśnie, że twuj umysł tżeba ująć w karby. Podobnie jak zażąd partii jest muzgiem klasy robotniczej, tak samo takie rozumy jak twuj — hwiejne, pełne naleciałości burżuazyjnyh — muszą być nastawiane i kierowane pżez rozum centralny, pżez ideę-matkę.

— Owszem, pujdę na ten raut.

— Ja ci dam raut, romansowiczu nawłocki!

— Mogę posłuhać, co tam bzdyczycie jeden po drugim utartymi na proszek do zębuw frazesami, nie kontrolowani pżez żaden rozum postronny. Muzg klasy robotniczej! Paradne!

— Jest jeden warunek: dyskrecja! Nie piśniesz o tym — ale, uważaj — we własnym interesie.

— „We własnym interesie”. To już jest groźne. Ty, Lulek, masz hwile dużej wybujałości. A gdzie to ma być? Daleko? Pewno gdzie na końcu najdłuższej linii tramwajowej? Czy to na czarno — w spodniah — w żakiecie — z hustką do nosa? W mankietah obruconyh białą stroną w stronę tego Cekaeru?

Lulek srodze kaszlał. Po wy kaszlaniu się wysyczał:

— Pżyjdę po ciebie o dziesiątej rano.

— Zawiążesz mi oczy?

— Zawiążę ci tylko język na supeł, żebyś swoim miłym gajowcom czego nie wypaplał. Zrozumiałeś?

— No, dobże. Już o tym słyszałem. Będę jutro w domu. Więc o dziesiątej?

— O dziesiątej... — wyszeptał Lulek wznosząc na Cezarego oczy błagalne, oczy smutne, zimne oczy fanatyka.

 


 

Nazajutż o godzinie dziesiątej obadwaj wyszli z dzielnicy żydowskiej i skierowali się ku ruhliwszej i bardziej czystej okolicy. Lulek często i ostrożnie oglądał się poza siebie. Udając, że zapala papierosa, pżystawał i żucał w głąb ulicy spojżenie tak badawcze, że było śmieszne do najwyższego stopnia. Jak na złość nikt go nie inwigilował. Jeżeli za nim kto szedł uparcie, to stare Żydówki z koszami jabłek albo cytryn na ręku. W pewnej hwili, gdy mijano plac miejski, Lulek skinął na dorożkę. Cezary wybuhnął ostrym śmiehem:

— Lulek w dorożce! Już za to samo powinni cię zaaresztować, uwięzić i wprowadzić na gilotynę! Ty burżuju!

— Leź do budy! — wżasnął prawnik rozglądając się na wszystkie strony.

Cezary wlazł do budy, tym hętniej i pospieszniej, że śnieg z deszczem hłostał nie na żarty. Pojehali. Cezary patżył z boku na hudą, nikłą, żułtawą postać rewolucjonisty, na głuhe, podkrążone oczy, na mizerne wąsiki, podszczypane nerwowymi palcami, wykopciałe od dymu kiepskih papierosuw, na te wąsiki niepotżebne, koloru nasturcji, pod sinawym nosem. Żal mu było Antoniego Lulka! Tak się zaś terać dla ludzkości! Tak się wyżekać dubr burżuazyjnyh dla pżyszłego złotego okresu dziejuw!

Pżecie ten głodomur mugłby grać w karty, uczęszczać do domuw publicznyh, hulać w knajpah i robić pieniądze w handlu akcjami. On tymczasem wszystkiego się wyżeka, żeby dogodzić swej nienasyconej manii odkupienia biedakuw z niewoli. Lecz pocieszała Cezarego nadzieja, że Lulek kiedyś odżyje — jeśli doczeka — gdy walka klas już ustanie, gdy jedna tylko będzie klasa na globie, gdy wszyscy będą mieli jednakie mieszkania, spiżarnie i drwalki, jednakie meloniki, marynarki i kalosze.

Co pewien czas Lulek wyhylał się z budy, patżał w tył i w głąb ulicy.

Jak na urągowisko ani jeden automobil, ani jeden powuz policji nie ścigał dorożki spiskowej!

— Mam wrażenie, iż burżuazyjny żąd polski nie hce cię ścigać, więzić i ściąć mieczem twego siedliska muzgu, ktury jest pżecie rozumem klasy robotniczej. Co gorsza, mam wrażenie, iż ten żąd burżuazyjny kpi sobie z ciebie. Kpi z ciebie, czyli po prostu ma cię za pewien rodzaj zera w tym rewolucyjnym termometże.

— Siedź ciho i nie sadź się na dowcipy. To nie twoje żemiosło.

Dorożka z właściwymi jej podskoki pżemknęła się nad zrujnowanymi czasu wojny brukami Warszawy. Lecz oto w pewnej hwili Lulek począł ciągnąć za wielki tylny guzik, pżyszyty do kapoty nad lewą nerką woźnicy. Powuz stanął. Prawnik zapłacił co prędzej toważyszowi-dryndziażowi sumę tak wielką, iż tamten nie wszczynał kłutni z wyliczeniem ceny owsa i wysokości podatkuw. Obadwaj spiskowcy ruszyli szybkim krokiem. Cezary nie mugł się zorientować, na jakiej jest ulicy, hociaż było to śrudmieście i sklepy pżedstawiały się dość okazale. Lulek szybko wszedł do pewnej bramy. Nawet nie oglądał się już tutaj poza siebie. Dreptał hyżo po shodah na tżecie piętro, stanął dopiero pżed dżwiami, na kturyh widniała dość niehlujnie utżymana tablica z napisem:

„Polex. — Polski eksport manufaktury i ziemiopłoduw”.

— „Manufaktury i ziemiopłoduw”..: — czytał z uszanowaniem Cezary. — Nie napisano, dokąd...

Lulek nie mugł odpowiedzieć, gdyż właśnie odstawiał serię kaszlu. Pomimo tej pżeszkody wyglądał za poręcz i pilnie nadsłuhiwał. Wreszcie, gdy się okazało, że nikt go nie śledzi, nacisnął klamkę i wszedł pierwszy. Za nim Cezary. W korytażu „Polexa” było tak bardzo dużo dymu, po prostu na składzie, pod sufitem, że istotnie warto było hoć część jego dokądkolwiek na zewnątż wyeksportować. Stali tu rużni ludzie prości, w ubraniah robotniczyh, a nawet w sukmanah wieśniaczyh. Nie brakło i tużurkowyh.

Jeden tżymał na ręce paltot starannie złożony, z ładną jedwabną podszewką. Lulek pżeśliznął się wśrud nih wszystkih i wszedł do sporej sali, ktura była niegdyś pułburżujskim salonikiem. Tam było dość dużo osub, co najmniej jakie ćwierć setki. Lulek wynalazł gdzieś pod ścianą, między ludźmi, kżesło i podał go Baryce z głosem doradczym:

— Siadaj.

Skoro ten usiadł, jakiś jegomość z tważą hytrą i oczami świdrującymi na wylot nawinął się i wszczepił niemiły swuj wzrok w Barykę. Prawnik coś mu tam kładł do uha, gdy Cezary rozglądał się po sali. I tu było dymu niemało. Ludzie rozmawiali szeptem i jakoś hyłkiem, jak w kościele albo na pogżebie. Barykę, jak to często bywa podczas posiedzeń uroczystyh, ogarnęło usposobienie pustackie. Hciało mu się śmiać ze wszystkiego, co się tu dokonywuje, i ze wszystkih zgromadzonyh. Nade wszystko śmieszyła go mina Lulka, uroczysta i jakby nathniona. Potem śmieszył go uw hytry jegomość, mały, perkaty, łysawy, z brodziną na bok z lekka odkręconą. Robił wrażenie kupczyka ze sklepu wiktuałuw, ktury lubi dużo rezonować, ponieważ zna się na wszystkim jak nikt na jego pżedmieściu. Ten mniemany kupczyk lustrował szczegułowo wszystkih obecnyh. O ile ten był ruhliwy i baczący na wszystko, o tyle inni obecni pżeważnie sterczeli pompatycznie lub komunikowali się pułgębkiem, jakby całą troskę o bezpieczeństwo na tamtego gorliwca zwalili. Wszyscy zawzięcie wykapcali papierosy za papierosami. Sprawiało to wrażenie, iż w tym celu tu pżyszli. Całość ih nie wywierała zbyt groźnego wrażenia.

Wtem dżwi do sąsiedniego pokoju otwarły się i weszło naraz siedem osub.

Teraz dopiero Cezary zrozumiał, że to są grube ryby. Nie było żadnyh powitań. Zaledwie jakieś tam pokaszliwania albo wycieranie nosuw.

Tamci siedmiu zasiedli już to za biurkiem, symulującym sekrety owego „Polexa” — już tu i owdzie na sali. Oczy wszystkih obecnyh skierowały się na kobietę lat tżydziestu, pżystojną, wysmukłą, skromnie i czysto ubraną, z naturalnie zaczesanymi włosami. Oczy tej niewiasty były szaroniebieskie, stalowe, rysy pociągłe, nos zgrabny i cały wyraz tważy nader zniewalający. Głuwną jednak figurą zdawał się być pżysadkowaty człowieczyna z zarostem, typ blondynowy, czysto polski, proletariacko-pospolity. Oczy tego typu patżyły ostro, zimno, uważnie, z wyrazem rozumu i rozsądku, męstwa i determinacji.

Coś jakby uśmieh — ale nie uśmieh — pżewinęło się po jego zmarszczkah, gdy niejako witał zgromadzonyh. Od razu widać było, że będzie sowicie gadał, że już głaska, ustawia w żędah i wypuszcza z klatek myśli połapane. Obok tamtego siedział z głową podpartą na ręce człowiek już nieco starszy, siwawy, zamyślony, coś jakby szlahcic z folwarku, niepokojący się o swe oziminy, strączkowe i okopowizny. Dalej wiercił się niespokojnie na stołku młody, pżystojny, tęgi mołojec, najwidoczniej Rusin, bo miał jakąś dziwną koszulę z wyszywaniem czerwonym na stojącym kołnieżu. Za tymi tżema widać było jeszcze tżeh młodyh i dość bezbarwnyh ludzi, z wyglądu podobnyh do kancelistuw.

Zabrał głos pżysadkowaty blondyn. Odhżąknął i walił monotonnym głosem:

— Toważysze! Cieszymy się, że możemy zebrać się tutaj w liczniejszym gronie, aby o naszyh sprawah pomuwić. Wiecie już zapewne, że nasz nauczyciel, nieśmiertelny Karol Marks, powiedział, iż historia ludzkości to jest historia walki klas. Walka między klasami społecznymi jest tak stara jak samo społeczeństwo ludzkie. My wszyscy służąc klasie, z kturej pohodzimy, służymy ludzkości, naszej matce. Burżuazji, ktura tżyma władzę w swyh rękah, jest już za ciasno, toteż wojny między państwami burżuazyjnymi są nieuniknione i ciągłe. Burżuazja wszystkih krajuw nie może już zaspokoić apetytuw zamykając drogę do życia robotnikowi, musi wojować, by sobie nawzajem wydzierać rużne kraje urodzajne, kopalnie i wszelakie źrudła bogactwa, a w ten sposub jedna na niekożyść drugiej powiększy zakres swej eksploatacji. Rola burżuazji jako czynnika postępu i kultury jest już skończona. Jest to rola rozkładowa, destrukcyjna. Jeżeli robotnicy nie zdołają zmusić burżuazji do ustąpienia, jeżeli jej nie wydrą władzy, to ludzkości grożą nieustanne wojny, tak zwane patriotyczne, żezie, morderstwa i zacofanie. Jedynie klasa robotnicza może prowadzić dzieło postępu gospodarczego. Drogą do tego celu będzie, oczywiście, organizowanie klasy robotniczej.

To organizowanie zaprowadzi z czasem klasę robotniczą do wzięcia władzy w ręce. Ażeby ten cel osiągnąć, ażeby zaprowadzić nowe życie, oparte nie na wojnah, żeziah i morderstwah, lecz na wspułpracy człowieka z człowiekiem, nie wystarczy łączenie się robotnikuw w łonie jednego społeczeństwa, jednego państwa, lecz jako mus, jako nakaz nieubłagany powstaje idea łączenia się robotnikuw wszystkih krajuw i wszystkih państw. Stopa gnębienia, norma wyzysku pracy robotniczej jest bowiem w rużnyh krajah rozmaita, ale istota tego wyzysku jest na naszej kuli ziemskiej jednakowa. Na całym świecie wrug nasz jest jeden i ten sam. I to jest źrudło naszej międzynarodowości...

Wyłożywszy te prawdy muwca pomacał się po lewej kieszeni marynarki i usiadł. Wnet wyciągnął tekturowe pudełko z papierosami i zapaliwszy jednego z nih zaciągnął się mocno dymem. Założył też nogę na nogę, jakby na znak, że nic już więcej nie powie.

Gdy w ciągu dłuższej pauzy widać było, iż toważysz pierwszy muwca nie udzieli więcej wiadomości i oświadczeń — dość wdzięcznym i jakby melodyjnym ruhem powstała ze swego kżesła kobieta-toważyszka, pżeszła do biurka i oparła się o nie ręką. W tym jej ruhu uwidoczniła się konieczność pewnej ozdobności, niejakiej potżeby piękna w ruhu. Sam głos toważyszki miał bżmienie miłe, dźwięczne, głębokie. Muwiła:

— Toważysze! Państwo — jest to organizacja, gdzie jedni sprawują władzę, a inni tejże władzy podlegają. W każdym państwie, a więc i w tym tutaj, świeżo utwożonym, są klasy żądzące i są klasy, kturymi się zażądza. Ktuż tedy tutaj u nas żądzi i na jakiej zasadzie? Do sprawowania żąduw w tym społeczeństwie, jak w każdym dzisiejszym — z wyjątkiem jednego okręgu na ziemskim globie — uprawnia siła ekonomiczna jednej klasy, burżuazji, nagromadzenie bogactw, posiadanie ziemi i fabryk. To jest podstawa władzy naszyh dzisiejszyh rozkazodawcuw i to jest zasada uprawniająca ih do żąduw. Robotnik w dzisiejszym społeczeństwie nie może żądzić, gdyż nie posiada ziemi i bogactw, kture jedynie zapewniają posiadanie władzy. Władza w państwie dzisiejszym pżypada jednej klasie posiadaczuw, ktura tej swojej władzy używa po to, aby bronić swej społecznej egzystencji. Państwo dzisiejsze jest to nażędzie ucisku jednej klasy pżez drugą. My, jako pżedstawiciele klasy robotniczej, musimy występować pżeciwko państwu, jesteśmy bowiem wyrazicielami międzynarodowej organizacji pracownikuw.

Mugłby ktoś utżymywać, iż klasa robotnicza, sięgnąwszy po władzę w danym społeczeństwie i państwie, ruwnież będzie gnębić inne klasy społeczne i że państwo w ręku robotnikuw ruwnież stanie się nażędziem ucisku. Mogłoby to tak być, gdyby istnienie klas społecznyh miało być wieczne. Ale właśnie klasa robotnicza hce zdobyć władzę nie po to, aby ciemiężyć inną klasę społeczną, lecz po to, aby znieść podział społeczeństwa na klasy. Nie będzie mogła istnieć niewola klas tam, gdzie samyh klas wcale nie będzie, gdzie wszyscy ludzie będą robotnikami. Zamieżeniem naszym jest to jedno, aby znieść panowanie ludzi nad ludźmi, aby skasować niewolnictwo jednyh a prużnowanie innyh, aby stwożyć społeczeństwo pracującyh, ruwnyh i wolnyh ludzi.

Muwczyni poprawiła swe krucze, niemal fiołkowe włosy i ciągnęła dalej głosem nieco odmiennym, nastawionym na ton inny:

— Powiedziane było tutaj, że celem naszym jest powalenie kapitalizmu i tryumf socjalizmu. Jeżeli w tej walce pżyjdzie do orężnego powstania, to tylko dlatego, że klasy posiadające nie rozumieją momentu dziejowego, ktury pżeżywamy. Klasy te nie rozumieją ruwnież naszego stosunku do Sowietów.

Gdy nastała wojna między Polską i Rosją sowiecką, ktura to wojna zmieżała do uszczuplenia obszaruw, na kturyh władza robotnikuw i hłopuw już się rozpostarła, jakiż był nasz obowiązek, obowiązek pżedstawicieli proletariatu? Czy mogliśmy działać w tym kierunku, aby pomniejszyć już uzyskane zwycięstwo robotnikuw i hłopuw? Oczywista żecz, iż o tym nie mogło być mowy! Zdradzilibyśmy byli sprawę robotniczą.

Znowu nastąpiła w pżemuwieniu mała pżerwa. Muwczyni ściągnęła brwi. Jej wysmukła, zgrabna i piękna postać pżehyliła się nieco na bok. Zabżmiał znowu głos metaliczny, spokojny:

— Jestem z zawodu lekarką i jako lekarka poznałam z bliska i z własnego doświadczenia zgniliznę dzisiejszego świata. Pżyszłam do pżekonania, iż w dzisiejszym świecie panuje straszne zwyrodnienie. Klasa robotnicza zwyradnia się w nędzy i ciemnocie. Obecny ustruj kapitalistyczny prowadzi całą ludzkość do upadku. Tutaj, w tym mieście Warszawie, 85 procent dzieci w wieku szkolnym ma początki suhot. Pżeciętna długość życia robotnika wynosi 39 lat, pżeciętna długość życia księdza 60 lat. W roku 1918 na 33 000 wypadkuw śmierci w Warszawie 25 000 było zmarłyh na suhoty. Cała klasa robotnicza pżeżarta jest nędzą i horobami. Życie, jakie na tej ziemi pędzi robotnik, ginący z nędzy, powoduje zwyrodnienie, a używanie, nadmiar, pżesyt doprowadza ruwnież burżuazję do zwyrodnienia. Masy robotnicze pozbawione są kultury. Ih twurcze siły nie są wykożystane. Poziom kulturalny burżuazji obniża się ruwnież. Pieniądz żądzi wszystkimi i wszystkim.

Te enuncjacje toważyszki lekarki wywarły na słuhaczah silne wrażenie. Co więcej, wytwożyły jakieś poruszenie umysłuw, kture dotyhczas znajdowały się w stanie biernego słyszenia wyrazuw — „klasa”, „proletariat”, „burżuazja”, „robotnik”, „walka klas” itd. Lecz na skutek tyh enuncjacji i Cezary poczuł w sobie właściwą mu pżekorność. Każde bowiem uwydatnienie pewnyh prawd za pomocą muwionego słowa — uwydatniało zarazem braki i wady argumentacji, a nadto pżywodziło na pamięć żeczywiste obrazy zapżeczające z gruntu słowom głoszonym jako prawdy. Każde niemal słowo budziło w umyśle słuhacza kontrsłowo, a każda prawda głoszona domagała się wysunięcia i postawienia kontrprawdy. Gdy toważyszka muwczyni na hwilę umilkła zbierając argumenty do dalszyh wywoduw, Cezary podniusł rękę prosząc o głos.

Toważysz pierwszy muwca — ktury miał na tym zebraniu pżyrodzony niejako stopień pżewodniczącego, ze względu, zapewne, na zasługi położone dla sprawy emancypacji robotnikuw — ze zdziwieniem wejżał na młokosa pżerywającego wykład tak świetnej propagatorki. Ale Cezary nastawał z żądaniem głosu. Lulek zaniepokoił się. Blady i pżestraszony wyskoczył z tłumu na środek pokoju i mahając rękami dawał znaki milczenia zuhwałemu koledze. Nic to nie pomogło. Pżewodniczący żekł:

— Teraz muwi toważyszka. Puźniej udzielę toważyszowi głosu.

— Dlaczeguż nie teraz? Ja tylko parę słuw...

— Więc proszę — ale parę słuw! — żekł z niehęcią toważysz-głowacz.

— Hciałem powiedzieć parę słuw — zaczął Cezary — jakby określić? — prawie w kwestii formalnej. Hciałem zwrucić uwagę na nieskuteczność takiej propagandy jak ta, kturej pżykład słyszałem pżed hwilą.

Jeżeli tutejsza klasa robotnicza pżeżarta jest nędzą i horobami, jeśli ta klasa jest w stanie zwyrodnienia czy na drodze do zwyrodnienia, jeżeli ta klasa jest pozbawiona kultury, to jakimże sposobem i prawem ta właśnie klasa może rwać się do roli odrodzicielki tutejszego społeczeństwa? Takih argumentuw nie należy używać. Należy raczej shować te fakty na dno, na sam spud dowodzeń, gdyż jest to właściwie argument pżeciwko racjonalności uroszczeń komunizmu. Klasa pżeżarta nędzą i horobami może być tylko obiektem czyjejś akcji odrodzeńczej, lecz w żadnym razie nie czynnikiem odradzającym. Hory dotknięty klęską braku kultury nie może pżecie ani sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć. Tego horego musi leczyć ktoś świadomy — lekaż.

— Ktuż, według was, toważyszu, ma być takim czynnikiem odradzającym, lekażem? — zapytał pierwszy muwca, z uśmiehem drwiącym i złośliwym.

— Tego ja nie wiem. Ja pżecie tylko słuham. Uczę się tutaj. Nie kreślę drug racjonalnego rozwoju ani dla zaludnienia kuli ziemskiej, ani nawet dla tego oto społeczeństwa, kturemu każdy, kto tylko hce, może kołki na głowie ciosać, hoćby był dotknięty defektem braku kultury. Po prostu — nie wiem. Ale, być może — muwię to z całą masą zastżeżeń — może czynnikiem takiego właśnie procesu odrodzenia wszystkih ludzi w tym społeczeństwie, na terenie, ktury zajmuje to młode państwo, będzie właśnie odrodzona i odradzająca się Polska.

Kij wbity w mrowisko nie sprawia takiego zamieszania wśrud mruwek, jak to powiedzenie sprawiło wśrud zgromadzonyh. Pżede wszystkim Lulek zjawił się obok Cezarego i, zaciśniętymi pięściami mahając obok jego nosa, coś strasznie groźnego bełkotał. Inni zebrani ruwnież muwili jeden pżez drugiego wyrazy mocno niepżyjemne. Gwar się wszczął. Uciszył to wszystko pżewodniczący, groźnie prosząc o spokuj. Sam zadał pytanie:

— Więc „pan” utżymuje, że Polska może zastąpić świadomą i celową akcję proletariatu zorganizowanego i czynnego?

— Nic nie utżymuję, bo sam jeszcze dobże nie wiem. Dowiaduję się dopiero. Żuciłem pytanie. Żuciłem pytanie na tej podstawie, iż częstokroć Polska, żąd polski, nie tylko nie gnębi robotnikuw jako takih, ale w zatargah robotnikuw z burżuazją o zarobki i prawa staje po ih stronie, po stronie robotnikuw. Twierdzenie, że w Polsce żądzi burżuazja, nie jest prawdą.

— Proszę o głos! — zawołał młody człowiek w wyszywanej koszuli. — Pan nie wie jeszcze, co to jest pańska Polska, pan się dopiero dowiaduje, więc ja panu podam tutaj niekture szczeguły — do wiadomości...

— Toważyszka Karyla jeszcze nie skończyła... — zastżegł się prezes.

— Zżekam się, zżekam swego głosu na żecz toważysza Mirosława... — żekła z gestem niehęci toważyszka Karyla.

— Słyszeliście, toważysze — zaczął Mirosław — że ten „pan” wywindował tutaj w swym „głosie formalnym” Polskę na takie stanowisko, jakie ją samą, gdyby mogła mieć świadomość i siłę wyrażania opinii, mocno by pewno zażenowało. Muszę oświetlić to twierdzenie, muszę wyjaśnić i jemu, i wam wszystkim.

Wszystkie teraz oczy skierowały się na Cezarego z taką zajadłością i nienawiścią, jakby w jego osobie sama potworna burżuazja żądząca państwem polskim siedziała na drewnianym stołku. Jego ta rola obrońcy burżuazji do gruntu ośmieszyła i podała w pogardę, zwłaszcza że Lulek to z tej, to z tamtej strony wysuwał się pżed oczy zza cudzyh plecuw i wciąż coś złośliwego i ośmieszającego szczebiotał pokrywając słowa histerycznym kaszlem.

— W „pańskiej” Polsce... — zaczął muwca.

— Ta Polska nie jest jeszcze „moją” Polską. Proszę muwić tak: w Polsce, w dzisiejszym państwie polskim... — odciął się ze złością Baryka.

— Dobże! Ja jestem Rusin zgodny. Bij go, dżyj za włosy — on zawsze da się do rany pżyłożyć... W Polsce, w dzisiejszym państwie polskim, rozmaite zagarnięte pżez nią narody są uciemiężone. Jesteśmy pżeciwnikami tej niewoli naroduw. Jesteśmy żecznikami nie tylko wolności klasowej, lecz i wolności naroduw ujażmionyh i gnębionyh w Polsce. Nie znaczy to wcale, żebyśmy mieli interesy wewnętżnej solidarności z tymi narodami jako z całościami, gdyż w łonie każdego z tyh naroduw istnieje walka klas...

— Nie u wszystkih — wtrącił Cezary. — O ile mi wiadomo, nie wszystkie z tyh naroduw ujażmionyh pżez Polskę zdołały sobie zapuścić burżuazję. Są takie między tymi narodami, kture jeszcze własnego raka burżuazji wcale nie posiadają, więc walka klas istnieje w tyh okolicah ujażmionyh tylko na papieże tutejszego programu partyjnego.

— Tym ci gożej dla Polski! — odpalił muwca. — Rolę burżuazji u tyh nierozwiniętyh nacji spełniają Polacy. „Polacy” znaczy to właśnie u tyh nieszczęśliwyh — panowie, właściciele latyfundiuw, potentaci, spżymieżeńcy żąduw carskih i „narodowyh”, twurcy wielkih fabryk i pżemysłuw. Ale ja tu muwiłem, że nasza partia potępia fakt, iż w nowoczesnym państwie polskim, kture wciąż jeszcze nie może utulić skarg i lamentuw, wyuczonyh na pamięć, nad niedawną własną niewolą narodową, wolność całego szeregu naroduw jest naruszona i zgnębiona. Od hwili powstania państwa polskiego ruh robotniczy jest pżeśladowany...

— Ruh robotniczy komunistyczny, w czasie wojny polsko-rosyjskiej stojący po stronie Rosji, jak to tutaj było stwierdzone? — zapytał Cezary.

— Tak! Komunistyczny! — zadecydował muwca udeżając pięścią w biurko.

Wszyscy zebrani poruszyli się i jakoś bardziej zbliżyli się do Cezarego. Jego ogarnęła kłutliwość, rankor pżeczenia, wadzenia się, nawet dokuczania. Milczał, spokojnie pżypatrując się muwcy i jego satelitom.

— Więzienia pżepełnione są aresztowanymi działaczami robotniczymi i działaczami narodowości uciskanyh. Cztery tysiące więźniuw politycznyh pżebywa w Polsce za kratą. Warunki, w jakih pżebywają tamci więźniowie, niejednokrotnie pżeścigają osławione turmy carskie i pżeobrażają te więzienia w miejsca kaźni. Świadczą o tym liczne głoduwki, kture z roku na rok są częstsze. Głoduwki te niejednokrotnie kończą się wypadkami śmierci walczącyh więźniuw. Podczas głoduwek dozorcy okrutnie biją głodującyh. Zeznania wymusza się za pomocą bicia i tortur średniowiecznyh. Więźniuw bada się prądem elektrycznym. Rozebranego do naga Nykyfora Bortniczuka badał prądem elektrycznym komisaż Kajdan...

— Pżepraszam... Hciałem zasięgnąć informacji. Czy takie badanie za pomocą tortury elektrycznej odbywa się z wiedzą ministra sprawiedliwości? Czy do tyh tortur żąd wydaje specjalne rozpożądzenie? Czy to żąd polski asygnuje sumy na zakupno maszyn do tortury elektrycznej? Hciałem się dowiedzieć... — muwił Cezary w rozterce i pżygnębieniu.

— Nie wiem. My nie jesteśmy poinformowani, i, co prawda, nie jesteśmy nawet ciekawi wiedzieć, kto poleca i kto na te pżyżądy daje pieniądze. Wiemy dokładnie, kto to robi. Policja bije dosłownie wszystkih.

— Ciekawym, czy bije i tyh, co wysadzają prohownie, a obok prohowni usiłują wysadzić w powietże całe dzielnice zamieszkane pżez ubogą ludność żydowską?

Głuhe milczenie było odpowiedzią. Ale milczenie to pżeszywały spojżenia nic dobrego nie wrużące.

Cezary czuł w sobie niepojętą wściekłość, porażkę i mękę, jak wuwczas, gdy walił w głowę Barwickiego i gdy ciął w tważ najbardziej umiłowaną.

— Nie będę odpowiadał na takie pytania, gdyż mam do zakomunikowania coś ważniejszego — ciągnął toważysz Mirosław. — Hcę, żebyście to wszyscy, toważysze, dobże zapamiętali! Policja polska stosuje takie oto tortury: obie ręce skazańca skuwają razem i pomiędzy nie wciągają obadwa kolana. Między ręce i kolana wsuwają żelazny drąg, co sprawia, iż badany skręca się w kułko. Następnie pżewraca się ofiarę na plecy i bije się batem po nagih stopah tak długo, aż ta ofiara zemdleje. Wuwczas doprowadza się ją do pżytomności i zaczyna „badanie” od początku. Wlewa się wodę strumieniami do gardła i nosa, aż do uduszenia skazańca.

— Czy to jest prawda? — zapytał Cezary wstając ze swego miejsca.

— Czy prawda?! Czekajże pan! Powiem ci prawdę! Kowalowi z folwarku Wasilkowszczyzna w powiecie wołkowyskim, niejakiemu Kozłowskiemu, związano ręce, wsunięto między nie kolana i włożono między kolana i ręce drąg żelazny. Dwaj policjanci brali za drąg, podnosili Kozłowskiego do gury i rozmahnąwszy się żucali nim o ścianę. Kozłowski odbijał się od ściany jak piłka, upadał na podłogę, od kturej znowu odbijał się w podobny sposub. Procedura ciągnęła się piętnaście minut, Kozłowski, puszczony na wolność, umarł po tżeh dniah w strasznyh męczarniah.

— Za co go tak katowali!

— Wszystko jedno, za co go tak katowali!

— A kto widział tę scenę?

— Mało panu jeszcze? Jeszcze mało? Powiem więcej! Bicie pży badaniu pałkami w pięty, ściskanie palcuw w kleszczah, gdy pomiędzy palce wkłada się ołuwki albo inne twarde pżedmioty, wybijanie zębuw herbowym sygnetem, rozgniatanie paznokci, obok poczciwego, staropolskiego bicia po tważy hamuw i starodawnego łamania żeber obcasem — to wszystko jest w modzie. To jest prawda! Nie dosyć panu jeszcze? Damy jeszcze! We wsi Dziedowo, w powiecie mińskim, zasieczono na śmierć ruzgami kilka bżemiennyh kobiet. Jeszcze mało?

— Co się pan mnie czepiasz? — kżyknął Cezary w istnym szale. Odsunął gwałtownie kżesełko i wyszedł z zebrania. Zanim jednak zatżasnął dżwi, słyszał wciąż koło siebie kaszel Lulka, jego natrętny śmieh i świszczące, syczące, jęczące sylaby:

— Idź! Idź! Idź! Idź, hłoptysiu! Patrioto kohany! Żołnieżyku nieustraszony! Idź! Poskarż się wujciowi Gajowcowi! On cię pocieszy! On ci to wszystko wytłumaczy. Zapżeczy! On ci da wyjaśniającą odpowiedź na wszystkie plotki wywrotowcuw, zdrajcuw, wroguw...

 


 

Idąc ulicami miasta, gdy mgła zimowa zwisała nad opuhłymi domami, Cezary wodził się za bary ze swoją duszą. Słyszał wewnątż siebie kżyk pżeraźliwy swego ojca i łkanie głuhe matki. Kołysał się tu i tam, nie wiedząc, gdzie jest droga. Zapżeczał jednym, zapżeczał drugim, a swojej własnej drogi nie miał pod stopami.

— Otom dopiero dostał po tważy! — szeptał w ostatecznym upadku.

Cuż mugł poradzić na to wszystko — sam jeden? Śmieh Lulka, skierowujący go do Gajowca, zagrodził mu drogę do Gajowca. Nie było nikogo, nikogo...

Wyszedł na szeroką ulicę. Było tu pełno ludzi, rozbryzgującyh nogami żadkie błoto. Śnieg z ulic pozgarniany twożył jakoweś szańce wzdłuż hodnikuw. Ludzie pomykali tymi hodnikami. Nogi ih tonęły w wilgoci i brudzie, a głowy zanużały się we mgłę wielkomiejską. Wszyscy razem twożyli dziwaczną fantasmagorię człowieczego życia. W głowie Cezarego huczały słowa oskarżeń. W jego uszy wżynał się śmieh wszystkih tamtyh. Oskarżali go! Pżeciwko niemu kierowali wszystkie te straszliwe historie i swuj śmieh bezlitosny. Czego hcieli od niego? Ah, czuli w nim pżecież wroga, ponieważ uczestniczył w bitwah pżeciwko armii czerwonej. Dlatego otoczyli go kołem tak zaciekłej nienawiści. Gdyby nie to, że się bił w bitwah i szedł polami na pżełaj, szukając ojcowskih szklanyh domuw... Zaniosła się w nim męczarnia, jak wycie samotnego psa w pustym polu.

— Hcą tu stwożyć raj ziemski — taki jak w Baku — mruknął do siebie. Ten śmieh poczciwy pokżepił go trohę i wsparł jak dobry kolega. Cezary zapiął się lepiej i szybciej poszedł pżed siebie. Było mu zimno. Lepka wilgoć topniejącego śniegu, pżepojonego nawozem i uryną, wsączała się w ciało aż do kości. — Napić się czego! Rozgżać się, u diaska!

Wnet zobaczył pżed sobą ogromne tafle okienne modnej kawiarni. Siarczysta muzyka wzywała jak wołanie. Cezary wszedł do środka. Było pełno jak w ulu. Pracowite pszczułki paskarskie bżęczały w ogromnej sali. Po długim szukaniu znalazło się wolne miejsce pży stoliku, już pżez kilku paskaży zajętym. Baryka poprosił skinieniem głowy o pozwolenie zajęcia miejsca i otżymał niehętne skinienie. Kazał podać sobie herbaty z odrobiną rumu. Ażeby tamci nie myśleli, że interesuje się ih szwindlami, odwrucił się do okna. Całej tej kawiarni prawie nie widział, a muzyki jakby nie słyszał. Miejsce było w pobliżu wielkiego okna. Zdawało się, że szyby nie ma, i że się jest na powietżu. Pośrodku ulicy, na podłużnym podwyższeniu z kamieni ciosanyh pżehadzał się posępny policjant w dobrym, ładnym i zgrabnym uniformie.

Pięć krokuw w jednym kierunku: — raz — dwa — tży — cztery — pięć... Pięć krokuw w pżeciwnym kierunku: — raz — dwa — tży — cztery — pięć... Tam — zwrot — nazad. Istne wahadło.

„A! to jeden z tyh, co ołuwek wsuwa między palce skazańcuw, a potem te palce ściska maszynką specjalną. Jeden z tyh, co drąg żelazny pżesuwa między ręce i nogi splecione, twożąc z człowieka kułko...”

Podparłszy brodę pięściami Baryka pżypatrywał się tej potwornej figuże. Obserwował pilnie tego kata. Mieżył go od stup do głuw uważnym spojżeniem. A po wypiciu odrobiny rumu zdało mu się w pułsennym pżywidzeniu, że to on sam tam stoi na kamiennym nadbruku, ubrany w policyjny uniform. Zdało mu się w pułsennym dżemaniu, że to on tam hodzi i wraca, winowajca wszehzłego.

Patży niepżerwanie pżezornym wejżeniem w tżeszczącą i bużliwą żekę żeczy. Oszołamia dookoła jego głowę natłok łoskotu, łomota w czoło, niczym odgłos młotuw tłukącyh w kowadło. Lecz głowa jest wciąż pilnie gotowa i wciąż pełna spokojnej uwagi. Nikt jej nie odwruci i nic jej nie odwruci od oblicza tej dalekiej ulicy. Nie odwruci jej płacz synka horego. Cuż — że go lekaż w tej hwili z boku na bok pżewraca szukając złowrogiej wysypki? Cuż — że boleść się pod mundurem otwiera jak rana, zbujeckim zegadłem otwarta?

Pięć krokuw w jednym kierunku: — raz — dwa — tży — cztery — pięć... Pięć krokuw w pżeciwnym kierunku: — raz — dwa — tży — cztery...

Nikt nie zobaczy łez pżez wnętże płynącyh i nikt nie usłyszy skargi z warg zaciśniętyh głuho. Wokoło, wysoko i nisko, niewzruszone cegły nieme, zdeptane i oślizgłe kamienie, głuhy beton, zardzewiałe żelazo, ślepy tynk i zapotniałe szyby. Patżą zimne, na poły zapotniałe szyby. Piętżą się domy ceglane, usiłujące naśladować cios i marmur nędzną swą farbą. Niewzruszona jest wielka elektryczna latarnia, co nawet za dnia nad głową policjanta w ciemną, mglistą dalekość połyska. Dookoła wirują w prawo i w lewo hybkie samohody, wiozące wygodnie i pieczołowicie wytworne Żydowice w karakułah, nuworysiuw w drogih bobrah, dygnitaży w drogih kortah. Ze wszystkih ludzi pędzącyh on jeden jest niewzruszony jako latarnia nad głową, jak cegły w ścianę wmurowane, jak kamienie, jak szkło wprawione — uwięziony jak żelazo i beton.

Tam i sam idzie i powraca, podobny do wahadła, kture uciekający piasek ludzi we dwie strony rozdziela. Mehanicznym ręki skinieniem rozdziela tżeszczącą i bużliwą żekę żeczy w tę lub w tę stronę. Czasami popędza życie. Oto tam daje skinienie pośpiehu znędzniałemu Żydzinie, ktury pha wuzek ręczny, pełen jakiegoś srogiego ciężaru. Dyszel walczy z jego bezsilnymi rękami, wbija się w dekę piersi, celuje nawet we wstydliwe części ciała, ażeby je — broń Boże! — uszkodzić. Jakże to wielki ciężar być musi, skoro go pophnąć tak trudno! Kułka wpadają w wyboje drewnianego bruku i siła jednej pary rąk hudyh, jednej deki piersiowej i jednego bżuszyny nie może ih stamtąd wydobyć, phnąć, potoczyć. Dyszel — jest to wrug osobisty, kat, napastnik i oprawca. Czy nie lepiej by było ciągnąć ten wuz na wzur konia, niż go po ludzku popyhać? Urocza czapeczka z małym daszkiem — zamaskowana jarmułka — niezbyt długi surdut do kolan — zamaskowany hałat — nie bardzo ciepły na tak wilgotną porę, zanadto ciepły na pracę tak intensywną. Troszkę zanadto zahlapane spodnie — brr! — zahlapane żydowskie spodnie! Nieco zanadto pżemoczone skarpetki — brr! — pżemoczone żydowskie skarpetki! Wykżywione napiętki misternyh kamaszkuw ślizgają się z wyboju do wyboju, hude nogi plączą się w portkah pżegniłyh, oblepionyh wszystkimi kałami ulicy.

Ah, jakże bolesne spojżenie obracają na pana posterunkowego te żyjące zwłoki człowiecze! Pot leje się strugą po tważy zielonej. Cera tej tważy, zaprawdę, nie pasuje do tej wżącej, wielkomiejskiej ulicy, do ulicy kipiącej od siły żywota — lecz pasuje do rozkoszy spoczynku pod gliną żułtawą i pod darnią zieloną. I cuż tak nadzwyczajnie tkliwego? Zapalenie płuc włuknikowe i wyżej wzmiankowane suhoty, na kture umiera co roku dwadzieścia pięć tysięcy pogłowia. Jeden z dwudziestu pięciu tysięcy — pżewalaj!

— No! — słyhać wreszcie głos rozkazu.

Czyż to pan posterunkowy rozmyśla w sercu swym tej minuty:

„Czemuż, bracie, popyhasz ten ciężar nad siły? Czemuż niszczysz ostatnie bicie serca dźwiganiem tego nadmiernego cudzego ciężaru?”

„Ażeby, bracie, kęs hleba umiamlać żuhwami i pżełknąć łyk wudki”.

Nie wyłamie się obłęd ze swego tajnego łożyska, żeby ująć zły dyszel i pophnąć pospołu z tragażem ten ciężar nad siły.

— Pięć krokuw w jednym kierunku: — raz — dwa — tży — cztery — pięć. Pięć krokuw w pżeciwnym kierunku: — raz — dwa — tży — cztery...

Nie wzruszą go mali złodzieje węglowi, wybiegający z zaułkuw, z zakamarkuw, z nor, ze szczelin — jak szczury. Gdy wielki wuz z węglem zajeżdża, aby zaopatżyć pana w solidnie malowanej kamienicy w ciepło doskonałe na te dni srogiej zimy — gdy ogromni, czarni ludzie z czarnymi workami na głowah miotać poczną wielkie bryły w ohydne okno piwnicy — gdy konie dymią, ludzie stękają i klną, a mokry, czarny miał opada ku zgryzocie pżehodniuw na oślizgłe hodniki — zjawiają się, jakby ih ziemia przemarznięta wydaliła ze szczelin między grudą, jakby ih wiatr pułnocny wywiał spomiędzy zasp śniegu.

Wykwitają z niczego i znikąd, jako dżewka mrozu na szybie ciepłego pańskiego mieszkania. Każdy z nih ma w ręku koszyczek wiklowy albo torbę u pasa, zeszytą z brytuw zgżebnyh, ocalałyh z jakowyhś fartuhuw roboczyh. Każdy ma w ręku miotełkę, zwitek bżozy, uszczknięty kędyś sposobem kradzionym z solidnyh mioteł strużowskih, może niecnotliwie pozbieranyh za oczami właściciela w sklepie mioteł. Szybciej niż stada wrubli spadającyh na żer rozsypany, ruhy prędkimi jako mgnienie oka, podrygi, skoki i obroty nagłymi, w prysiudy i okrakiem hłopcy zmiatają pył rozpryśnięty z gzemsuw betonu na hodniku, z błotnistyh garbuw i dziur jezdni. Hwytają palcami kosteczki najmniejsze, okruszyny od złomuw odbite, bryłki minimalne. Wygżebują czerwonymi rękami miał płynący pospołu z gęstą treścią rynsztoka. Wprawnymi ruhami, hybkimi podżuty howają miazgę uzgarnianą do torb i koszykuw. Wszystko to zwinnie, szybko, w lot, w skok, w mig, nim pan posterunkowy zawruci, nim spojży, nim dostżeże, nim skoczy, aby bronić własności każdego, kto posiada pieniądze. Wtedy rozpieżhają się jako szpaki, hyłkiem, między automobilami mkną jak myszy, wyrywają ni to rącze szczenięta, wieją na wsze strony jako wiater, znikają jako mary, wsiąkają w ziemię na wzur deszczu.

I znowu pan posterunkowy zimnym okiem spogląda na pżelatujące auta, na ih barwy wielorakie — szare, zielone, granatowe — na ih kształty coraz inne. Słuha ih porykiwania i pobekiwania, prawidłowego w tym haosie. Pżestżega pożądku w ih biegu bez końca. Ślizga się po nim zimne spojżenie pana w głębi, w kturego skupionej postaci mkną wielkie sprawy, wielkie afery, wielkie interesy, wielkie zyski. Tam pan w okularah na nosie, w okularah wielkih jak koła wuzka bezsilnego Żydziaka. Wielkie pomysły, wielkie intrygi, wielkie plany. Pan z uśmiehem na ustah, z rozkoszną dumą we wzroku: wizyta, czarująca rozmowa, spotkanie.

Pani bladolica w lutry otulona nadobnie. Szczęście jej — to te lutry. Po to żyje, by je na sobie pokazywać tym wszystkim, co biegną zziębnięci. Pżejmujący zapah perfum. Panna czarująca z prawej strony, panna blondynka z lewej. Oficer. Co za rozszalałe spojżenia! O wolności! O swawolna rozkoszy! O życie! O szczęście! O młodości, młodości! Wśrud nih wszystkih między karawanem i frahtowym ogromem, pośrud nabityh tramwajuw i zabryzganyh dorożek pżesuwa się hyłkiem ananas. Kapelusik pżekżywiony na uho. Uho spuszczone do aksamitnego kołnieża od watuwki. W kłah papieros. Łapy w głębokih kieszeniah. Buty wyczyszczone do glancu, dopiero co na rogu.

Jesteś, zbuju! Gdy wszyscy śpią lub się duszą w lubieżnyh objęciah — ci, co mkną w autah, i ci, co się tłuką w dorożkah, co się gniotą i popyhają w tramwajah, i ci, co brną hlapiąc brudną cieczą po betonie — ci, co dżemią po szynkah, albo bezsennie, do pękania mocnej czaszki, pracują — pan posterunkowy powstaje. Kiedy psa żal wygonić w noc okrutną, bo deszcz tnie, wiher wyje, ziąb, szaruga — oto się skrada w nocy, żeby zakołatać we dżwi zbuja, co już stu niewinnyh położył — o czym nikt nie wie. Każe mu tam dżwi otwożyć! A tamten nie śpi. Czeka. Podnoszą wraz krutkie lufy i obadwaj patżą się w ciemność śmiertelnymi luf jamami. Kturyż pierwszy pohwyci sposobną sekundę?

Kturyż kturego weźmie na muhę? Kturyż kturego ubiegnie? Pięć krokuw w prawo. — Zwrot. — Pięć krokuw w lewo.

Ah, panie posterunkowy, ah, panie posterunkowy, czemuż masz smutną tważ? Masz pżecie prawo prądem elektrycznym doświadczać, masz prawo wkładać ołuwki między palce, a potem je ściskać maszynką. Na tobie stoi, na tobie polega ten cały oto wirujący świat. Gdyby nie ty, spokojny i uważny, skoczyliby sobie do gardzieli i skłębiliby się w jedno wężowisko żądz. Zdarliby ze siebie nawzajem nie tylko szmaty i bieliznę, ale wyłupiliby sobie oczy nawzajem i z dygocącyh wnętżności wyszarpaliby żywą duszę, żeby ją w tym oto błocie ulicy nogami rozdeptać.

Ah, panie posterunkowy, ah, panie posterunkowy, czemu masz smutną tważ?

Dźwigając ociężałą głowę na pięściah, Baryka zalewał się gożkimi myślami. Wciąż nie wiedział, dokąd iść z tej kawiarni, wciąż się wahał. Wspomniało mu się wtedy jedno zdanie z Platona, z Obrony Sokratesa, kturą jeszcze tak niedawno w bakińskiej szkole tłumaczył:

„Odzywa się we mnie głos jakiś wewnętżny, ktury ilekroć się odzywa, odwodzi mię zawsze od tego, cokolwiek w danej hwili zamieżam czynić, sam jednak nie pobudza mię do niczego”...

Znali się na tym głosie wewnętżnym staży mądrale. Wiedzieli, iż taki głos, dajmonion wewnętżny, trapi i zwodzi człowieka. Nazywali go głosem wieszczym, zjawiskiem pohodzącym od bustwa. Cuż by było prostszego, jak prosto z tej kawiarni wrucić na tamto zebranie, wyznać swoją omyłkę, wypalić orację jak sto tysięcy diabłuw, ściągnąć na swoją głowę sto tysięcy oklaskuw — poruszyć sto tysięcy czynuw takih, że od nih ta stara ziemia, co już jękuw wysłuhała tyle, znowu by jękła jak nigdy. Cuż? Kiedy wewnętżny głos wieszczy odwodzi, iż ta droga nie prowadzi nigdzie. Ta droga prowadziłaby w krwawą prużnię...

 


 

Tżeba jednak było iść na robotę, do Gajowca. Cezary miał nadzieję, że „starego” nie zastanie o tej poże w domu, więc można będzie spokojnie pracować, można będzie doprowadzić do ładu imaginację sflaczałą. Jak na złość, Gajowiec sterczał w domu. Ujżawszy go Baryka, zamiast pożądanego uspokojenia sflaczałej imaginacji, poczuł najpiekielniejszą zaciekłość. Ledwie się pżywitał, żekł z diabelską uciehą:

— Wracam z zebrania komunistuw.

— Powinszować znajomości!

— A gdzież mam hodzić?

— Jak to — gdzie masz hodzić? Masz się uczyć medycyny.

— Ja teraz od komunistuw pobieram lekcje wiedzy o Polsce.

— Uczył Piotr Marcina.

— Nie! — zawołał Cezary — Nie! Gdyby nie oni, byłbym ciemny jak tabaka w rogu. Pan także nie wiesz całej prawdy.

— Od was się jej dowiem!

— Tak! Moja matka umarła nie z biedy i nie z bicia, i nie z samyh horub, lecz z tęsknoty za Polską. Muj ojciec... Muj ojciec i moja matka! A wy, wielkożądcy, coście zrobili z tego utęsknienia umierającyh? Katownię! Biją! Biją na śmierć w więzieniah! Katują! Policjant uzbrojony w nażędzie tortur — to jedyna ostoja Polski!

— Bluźnisz, młodzieńcze!

— Nie bluźnię. Muwię prawdę. Jeślibym zaczął „bluźnić”, to już do pana nie wrucę. Jeszcze raz wruciłem.

— Jeszcze raz?

— Jeszcze raz! Pytam się, czemu nie dajecie ziemi ludziom bez ziemi?

— Nie mamy pieniędzy na wykup.

— Wykup! Nie stać was na złamanie magnaterii, ktura już raz phnęła Polskę w niewolę. Nie ma w was duszy Ludwika XI, żeby złamać szlahecką pżemoc i pżemienić ten kraj w gminę ludzi pracowityh. Czemu gnębicie w imię Polski nie-Polaków? Czemu tu tyle nędzy? Czemu każdy załamek muru utkany jest żebrakami? Czemu tu dzieci zmiatają z ulic mokry pył węglowy, żeby się wśrud tej okrutnej zimy troszeczkę ogżać?

— Czekaj! Zaraz! Za dużo na raz pytań! Po kolei!

— Na wszystko pan znajdzie wytłumaczenie! Wiem! Ale ja nie hcę, nie hcę pańskih tłumaczeń. Ja hcę zapżeczeń w czynie!

— Dajemy co dzień, z wolna, w trudzie, mało — ale dajemy.

— Ja teraz stawiam pytania! I pytam się: na co wy czekacie? Dał wam los w ręce ojczyznę wolną, państwo wolne, krulestwo Jagiellonów! Dał wam ludy obce, ubogie, proste, ażebyście je na sercu tej Mocarki, tej Pani, tej Matki ogżali i do serca jej pżytulili. Stolicę wolności dał wam w tym mieście! Czekacie! Czekacie! Czekacie, aż wam jażmo znowu nałożą.

— Nie nałożą! Zginiemy, zanim jażmo nam nałożą! Niedoczekanie ih, żebyśmy na to patżyli!

— Nie wieżę! Wyrajcujecie pżyczynę swojej nowej niewoli. Podacie pżyczyny wszystkiego i uwidocznicie skutki. Ginąć będzie za was, mądraluw, jak zawsze — młodzież. Ja pżecie wiem, co muwię, bom ruwnież za piecem nie siedział, gdy młodzi szli ginąć. To wy pobijecie znowu tę młodzież — swoją mądrością, bo jedyną waszą mądrością jest policjant, no — i żołnież.

— Tak, żołnież! A ty co jeszcze masz na obronę?

— Ja mam jeszcze na obronę — reformy! Reformy, kture by pżewyższyły bolszewickie i niemieckie, kture by ludy okrainne odwruciły tważą ku Polsce, a nie ku Rosji. Ale wy jesteście mali ludzie — i thuże!

— To jest tylko zniewaga. W tym nie ma ani kżty prawdy.

— Boicie się wielkiego czynu, wielkiej reformy agrarnej, nieznanej pżemiany starego więzienia. Musicie iść w ogonie „Europy”. Nigdzie tego nie było, więc jakżeby mogło być u nas? Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zbużyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtyh ludzi — virtus niezłomną, ktura może być omylną jako rahuba, lecz jest niewątpliwie wielką prubą naprawy ludzkości? Nikt nie myśli o tym, żebyście się stać mieli wyznawcami, naśladowcami, wykonawcami tamtyh pomysłuw, żebyście byli bolszewikami, lecz czy posiadacie ih męstwo?

— „Pewnym męstwem ja się nigdy nie pohlubię, ja pżed bliźnih drżę męczeństwem, w othłań spyhać ja nie lubię”...

— To są stare, magnackie, romantyczne teksty, kturymi się w potżebie zamazuje stawiane dzisiejsze zażuty. Pan, jakoby, wyzbył się już romantyzmu, a jednak, gdy hodzi o odparcie zażutu, używa pan tekstu romantycznego, zupełnie jak kapłan naginający wersety Pisma do potżeby obronienia danej tezy. Autor tego tekstu „spyhał w othłań” i nie „drżał pżed męczeństwem bliźnih” — tylko co dzień niewidocznie, niedostżegalnie, naturalnie, zagryzał na śmierć swyh pańszczyźnianyh niewolnikuw, ale drżał pżed „męczeństwem bliźnih”, to znaczy szlahty. Nie o męczeństwo hodzi, lecz o męstwo, o męstwo postawienia nowej idei. Jaką wy macie ideę Polski w tym świecie nowoczesnym, tak nadzwyczajnie nowym? Jaką?

— Prosiłem cię, żebyś ze mną pracował. Te stosy papieruw zawierają nową ideę Polski.

— To są stosy papieruw i nic więcej. Lud zgłodniały po wsiah, lud spracowany po fabrykah, lud bezdomny po pżedmieściah. Jak zamieżacie ulepszyć życie Żydów stłoczonyh w gettah? Nic nie wiecie. Nie macie żadnej idei.

— Nie o to nam też idzie, jaką ideę mażyciel wydłubie ze swego muzgu, pasującą do życia jak pięść do nosa, lecz o mądre użądzenie istotnego życia na zasadah najmądżejszego wspułżycia.

— Nie! Polsce tżeba na gwałt wielkiej idei! Nieh to będzie reforma rolna, stwożenie nowyh pżemysłuw, jakikolwiek czyn wielki, kturym ludzie mogliby oddyhać jak powietżem. Tu jest zaduh. Byt tego wielkiego państwa, tej złotej ojczyzny, tego świętego słowa, za kture umierali męczennicy, byt Polski — za ideę! Waszą ideą jest stare hasło niedołęguw, ktuży Polskę pżełajdaczyli: „jakoś to będzie”!

— Zbyt wielu mamy wroguw dookoła i na szerokim świecie, wewnątż i na zewnątż, ażebyśmy dziś i na długie lata mogli wypracować i ustawić na naszyh drogah ideę. Gdy mnie kto w nocy napadnie, to moją wtedy ideą jest — obronić się! Gdy mi wciąż grozi, że mnie z domu mojego wygoni i na niewolnika mię weźmie, to oczywiście muszę pżygotować sobie coś do obrony. Obronić się pżed straszną koalicją wroguw — otuż pierwsza idea. Nie dać świętej Polski, nie dać Lwowa, nie dać Poznania, nie dać bżegu morskiego, nie dać Wilna — Moskalom, Niemcom, Litwinom, nikomu, kto po ziemie nasze ręce wyciąga. Jeszcze ziemie nie odkupione jęczą pod wrogiem. Nie dać luduw pokrewnyh na zmoskwicenie...

— Zasiec je na śmierć, a nie dać!

— Jeżeli u nas zasiekają, jak ty muwisz, na śmierć, to za zmoskwicenie się, za zapżedanie się Moskwie, za służbę Moskwie pżeciw Polsce. Jest to krwawa i podła metoda naszyh wroguw, kturą stosujemy z musu.

— Z musu... O obłudo! O kżywopżysięstwo!

— Ty pżecie znasz Moskwę. Ja cię zapytam, czy tam tak jak u nas każą takih, co zdradzają, co się buntują pżeciwko obowiązującemu prawu? Jeden ci fakt wymienię: wzięty na zakładnika — dobre prawo! — Witold Jarkowski, genialny wynalazca, świetny teoretyk awiatyki, profesor, najcudniejsza dusza człowiecza, ozdoba rodu ludzkiego, jako dziesiąty w szeregu, stawiony pod ścianą bez żadnej winy, podle kulami zabity...

— U nas nie powinno być niżej, nie tak samo, lecz wyżej!

— U nas będzie wyżej. W granicah tej Polski, kture los dał naszemu pokoleniu, stwożone będą stany zjednoczone, wolne i ruwne. Wypracujemy wszystko. Zbudujemy dom wspulny. Ale musimy zacząć od pżyciesi, a pżede wszystkim musimy mieć za co budować. Bez pieniędzy budować nie można.

— Wiem — „złoty”...

— Właśnie. Z ust mi wyjąłeś. Nie możemy oddać w niewolę czyjąkolwiek naszyh rodakuw na Rusi. To zazębienie luduw ruskih, polskih, litewskih musi żyć w Rzeczypospolitej Polskiej. Gdy zbudujemy nasz dom, damy „bratu Rusinowi pokłon, braterstwo i ruwne we wszystkim prawo”, damy „każdej rodzinie rolę domową pod opieką gminy”. Wszystko będzie! Wynagrodzimy kżywdy, zapogodzimy się, podźwigniemy się...

 


 

Pewnego dnia, w pierwszej połowie marca, w pżedsionku prosektorium Cezary Baryka otżymał list, pżyniesiony pżez posłańca miejskiego. Na kopercie był najwyraźniejszy adres, jego imię i nazwisko, wypisane z całą dokładnością, więc nie mogło być podejżenia co do pomyłki. W liście był arkusz papieru z następującymi słowami:

„Jestem w Warszawie na krutko. Jeżeli Panu na hęci nie zbywa, proszę zobaczyć się ze mną. Będę dziś w Ogrodzie Saskim obok fontanny o godzinie drugiej po południu. — Laura”.

Wyrazy te pżeszyły Cezarego do szpiku kości. W pierwszej hwili naskoczyło podejżenie: „to ten Barwicki zwabia mię w potżask. „Laura” — to na wabia. Tam, obok fontanny, napadną na mnie jakieś zbiry. Dobre miejsce, bo zaraz po operacji można się opłukać”. Puźniej pżyszły refleksje: „Skąd znowu Barwicki? Dlaczeguż by znowu w ogrodzie, obok fontanny, w miejscu ustronnym? Jeżeli Barwicki — to gdzieś w kawiarni, w teatże, na placu. Dlaczeguż by nie miała być Laura?”

Laura! Dźwięk tego imienia, szept tego imienia, jego zapah...

Cezary nie wrucił już do mniej wonnyh trupuw. Natyhmiast umył się, wyspirytusował, wyczyścił, wywietżył. Pognał w kierunku tramwaju. Było jeszcze bardzo dużo czasu, więc miał możność obserwowania miejsca z oddali. Wydawał się śmiesznym samemu sobie, gdy zza dżew, to z jednej, to z drugiej strony, badał okolicę fontanny. Nieliczni pżehodnie ciapali po błocie hodnikuw i pewnie ze zdumieniem pżyglądali się młodzieńcowi, ktury wytrwale defilował w pustej alei. Niejeden (niejedna) pomyślał(a):

— Ha, pewnie shadzka... O młody, młody!

Shadzka! Z Laurą! Po tylu tęsknotah, żalah, utracie, beznadziei! Dreszcz pżenikał. Serce biło. Brak thu. Smutek i płomienista radość. Wspomnienia i mażenia. Bojaźń i prośby błagalne. Nikt nie nadhodził. Nikt nie pżesuwał się obok tej fontanny, ktura stała się formą męczarni, dziwaczną postacią tęsknoty, himerą pżywidzeń. Były hwile, że Cezary postanawiał uciec stąd. Odejść, odejść! To go zniecierpliwienie tak ponosiło, że nie mugł thu złapać i ustać pżez sekundę na miejscu — to zimna wzgarda napełniała mu piersi, niczym trucizna ścinająca krew w żyłah. Nadzwyczajnie śmieszne były te pżeskoki od końca do końca, od najzimniejszego rozumowania — iż pżecie to jest podstęp najoczywistszy — do roztopienia się w szczęściu czułości, kture nic nie widzi i o niczym nie hce wiedzieć. Serce tłukło się w piersiah.

W pewnej hwili Cezary zobaczył Laurę wyhodzącą spod kolumnady, od strony Saskiego placu. Ten widok nie pżejął go spodziewaną radością. Oczy tylko nasycały się prawdą, że to jest ona. Wydała mu się być młodszą o jakie pięć, sześć lat. Istna szesnastoletnia panienka. Ubrana była w krutkie futro sobolowe i niedługą suknię. Miała na głowie pżeśliczny kapelusz z czarnym piurem, na nogah wysokie białe kamasze. Była pżecie najpiękniejsza z kobiet! Była najwykwintniejsza z kobiet tego miasta! O, jakże była piękna! Jakie nieopisane uczucie płynęło dookoła niej, gdy się posuwała napżud, rozglądając się wokuł fontanny! Cezary patżył w nią, w obraz nieporuwnany, i nie mugł się z miejsca poruszyć. Pżeżywał swe najwyższe szczęście. Wszystko jedno! Ah, wszystko jedno! Życie i śmierć nic nie znaczy. Wszakże to ona, Laura. Zobaczyła go z daleka. Podniosła do tważy dwa futżane obramowania sobolowe rękawuw, zakrywając sobie oczy. Stanęła i czekała. Zbliżył się i stanął pżed nią.

— Czy znowu będziesz może bił mię batem po tważy? — zapytała ciho.

— Nie! — jęknął. — Nigdy! Tak wtedy byłem nieszczęśliwy... Dziękuję ci, żeś hciała zobaczyć się ze mną.

— Dlaczegoś stamtąd wyjehał?

— Poszłaś za mąż za Barwickiego.

— To nie ma nic do żeczy.

Zahihotał jak głupiec.

— Czy on jest tutaj, w Warszawie?

— Jest.

— To pewnie nas śledzi.

— Boisz się, Czaruś?

— Boję się. Ja już złożyłem dowody, jak go się boję. O, ja się go boję! Hciałbym go dostać w ręce. Czy wiesz? Gotuw byłbym rozpętać rewolucję, żeby go dostać w swe ręce.

— Dobra to będzie i rewolucja, kturej celem będzie Barwicki we własnej osobie. Czy i mnie także hcesz dostać i torturować jak jego?

— Ciebie... Ciebie — nie. Ciebie jedną koham na ziemi. Ciebie koham do szaleństwa. Nie umiem powiedzieć inaczej i muwię jak w teatże albo w romansie: „do szaleństwa”. Ty jesteś — Laura.

— A pżecie jeszcze się na mnie gniewasz?

— Czy się gniewam?... Nigdy nie będziemy razem! Zawsze tamten człowiek będzie z tobą! Powiedz, czy to nie jest rozpacz!

— Nie myśl o tym.

— A o czymże to ja mam myśleć? Czy nie wiesz czasem, o czym ja mam myśleć?

— To myślałeś o mnie?

— Myślałem o tobie dniami i nocami. Wszędzie, zawsze! W prosektorium, w ciągu pracy, pży pisaniu cyfr u pewnego użędnika, na ulicy, w domu, pży muzyce, w knajpie, w teatże, pży stole, w rozmowah, w dysputah, w awanturah, wszędzie, gdzie tylko byłem. Stałaś pży mnie. Czułem cię tuż, tuż za ramionami, czułem twuj zapah, czułem cię w sobie, w mej krwi, w moih piersiah, w żyłah. Całowałem cię w nocy — pewnie wtedy, gdy cię tamten całował — wyciągałem do ciebie ręce pżez całą tę ziemię — pewnie wtedy, gdy on cię obejmował! Ty jesteś tak prosta — pżeśliczna, ty jesteś tak strojna, tak zgrabna, tak pahnąca, wykwintna, wyszukana — wybrana, miła! Jesteś okrążona pżez jakieś wymyślne, nie istniejące, wyrafinowane kolory! Ty jesteś Laura! Laura! Laura!

Szli boczną aleją. Dżewa ogołocone stały nieruhomo, jakby nasłuhiwały tyh wyznań. Dżewa były jakby rozdęte od wilgoci, od odwilży, od rozkisającyh waporuw, kture się już po długih deszczah bużyły w ziemi. Pani Laura Barwicka gożko płakała.

— Nie było cię pżez tyle miesięcy! Myślałem już nieraz, że cię wcale a wcale nie było. Myślałem nieraz, że byłaś tylko piękną poezją, kturą czytałem w szczęśliwej hwili mego dzieciństwa. Myślałem nieraz, że byłaś zawikłaną opowieścią, snem moim o krasawicy, o najcudniejszej kobiecie ludzkiej rasy. Nieraz z tęsknoty prosiłem cię, żebyś pżyszła do mnie pżez sen. A teraz pżyszłaś sama. Pżyszłaś jeszcze bardziej zahwycająca niż w Leńcu. Jeszcze bardziej gładka, powabna, nadobna! Jesteś teraz tak wysmukła, tak puszysta. Ale jesteś tak blada, tak smutna. Czemu jesteś smutna?

Nic nie odpowiedziała. Łza łzę pobijając, płynęły po jej tważy pżeobfite strugi. Ponieważ podniosła woalkę, widać było jej policzki o pżezroczystej, białej ceże zimowej. Nie mogła podnieść oczu, bo zawalone były falami łez. Nie mogła muwić, bo pełne miała usta słonej goryczy. Stanęła wreszcie.

— Widzisz, coś ty narobił! — żuciła z głębi piersi.

— A co?

— Ah, ty! — wybuhła. — Gdybyś był wtedy nie skroił tej awantury, byłabym może wybrnęła z matni.

— Tej awantury... — powtużył jak eho.

— Byłabym się może od niego wykaraskała! Byłabym może znalazła środki, żeby interesy moje rozplątać, rozwikłać. Byłabym się zapracowała na śmierć, a wreszcie bym wylazła. Tyś to narobił, że musiałam wziąć ślub bez zwłoki, natyhmiast! Musiałam albo się uratować w opinii albo zginąć. Ty wariacie, napastniku, moskiewski wyhowanku! Mogłam być twoją, a teraz muszę być z Barwickim, muszę być jego żoną!

Zaniosła się niemym, zduszonym, spazmatycznym płaczem, oszalałym łkaniem. Na hwilę pokonała się, zastanowiła się. Słowa pżemocą wyszarpane z piersi ledwo-ledwo wydała:

— Muszę teraz... Muszę... Tak oto... Umierać z żalu... Za tobą...

Cezary zahwiał się od wrażenia, że to teraz on dostał szpicrutą straszliwe popżez oczy cięcie. Wszelkie słowa wypadły mu z gardła. Sam głos zamarł. Ani jednego słowa odpowiedzi. Stanął głupi i niemy. Błagać ją o co? Pżepraszać ją za co? Pżyobiecywać jej co? Usprawiedliwiać się z czego? Ani jednej myśli, ani jednego powzięcia, ani jednego postanowienia. Wyjęknął ciho:

— Hodźmy stąd...

— Dokąd?

Alboż wiedział, dokąd? Ktuż to była ta kobieta? Teraz dopiero dowiedział się o niej. Gdyby mugł żucić się pżed nią na kolana, gdyby mugł pżycisnąć do ust bżeg jej sukni, gdyby mugł ucałować jej stopy!

Ludzie w tym miejscu rozmaici pżehodzili i podnosili oczy na tę damę tak piękną, a tak gożko płaczącą. Tżeba było koniecznie z tego miejsca odejść. Znowu tedy powiedział:

— Hodźmy stąd!

— A dokądże pujdziemy?

Podniosła na niego oczy. Blady uśmieh, zbłąkany gość, pżewinął się pżez jej usta, wykrojone tak pżecudnie.

— Nie, Czaruś — żekła — już z tobą nigdzie nie pujdę.

— Nigdy?

— Nigdy.

— To po cużeś mię tu wezwała?

— Wezwałam cię tutaj — jęknęła z najbardziej pżepaścistego dna boleści — żeby na ciebie popatżeć, na miłość mojego serca jedyną, jedyną! Na szczęście moje zabite, zabite! A tyś myślał, że ja cię na shadzkę?... Że do hotelu? Pżystojna mężatka... do hotelu...

— Nic nie myślałem.

— Więc muwisz, żem shudła? Widzisz — to pżez ciebie! A ty?

Oczy jej obeshły i patżyły teraz, spłakane i zaczerwienione, z nieopisaną miłością, z niezgłębioną słodyczą. Oglądała usta, oczy, brodę i policzki Cezarego, jakby je oczyma materialnie całowała. Po stokroć wznosiła na niego oczy i po stokroć powracała.

— Więc to tak — westhnął — teraz jesteś ślubną żoną Barwickiego.

— Tak.

— I ślub ten staje na pżeszkodzie naszemu szczęściu?

Zawahała się, zakołysała na miejscu, nie mogąc iść dalej. Wreszcie żekła:

— Ślub nie ślub... Cuż mi tam Barwicki! Ale słowo. Dane słowo honoru.

— Słowo honoru...

— Tak, Czaruś. Ja byłam wolna i ty byłeś wolny. Byliśmy dwa wolne ptaki. Szaleliśmy ze szczęścia pod naszym niebem. Aleś to wszystko nogami podeptał!

— Kłamiesz! To ty teraz wszystko depcesz nogami! Nasze szczęście!

— Nie gniewaj się na mnie! W tej hwili nie gniewaj się na mnie! Tą hwilą będę żyła... długie miesiące, długie miesiące... Nie odbieraj mi tej hwili!

Hciała niepostżeżenie pohwycić jego rękę, ale ją wyrwał. Znowu poniosła go jędza zazdrości, najstraszliwszy z demonuw. Roześmiał się dziko:

— Słowo honoru! Słowo honoru!

Ukłonił się z daleka.

— Czaruś! Nie hodź! Czaruś — wzywała z rozpaczą, w szalonej męczarni.

Ale już się nie odwrucił. Zaklęsła się w nim dzikość czucia, jakby serce rozjuszonego jastżębia zbudziło się w jego piersi, jakby szpony zemściwego jastżębia u rąk mu wyrosły. Szedł rozbryzgując nogami błoto, pogwizdując z pżejęciem, śrud dżew głuhyh.

 


 

Był pierwszy dzień pżedwiośnia. Powiał wiatr południowy i w płynne błoto zamienił stosy śniegu uzgarniane wzdłuż hodnikuw. We włosy i w usteczka, w nozdża, w policzki i w uszy dzieci spieszącyh do szkułek wiał uw wiatr suhy, odmienny. Tysiące wrubli ćwierkały radośnie, do upadłego, hardo i nieustępliwie na gzemsah odrapanyh muruw, na załamaniah rynien i na czarnyh gałęziah kasztana, więźnia w podwużu żydowskiej kamienicy. Bladozielone Żydki wyściubiły niebieskawe nosy z piwnic i, że tak powiem, z mieszkań na Franciszkańskiej ulicy. W czystyh alejah pżehodnie szli wesoło, tupiąc suhymi butami po betonie hodnika, ktury w oczah obsyhał. Już się na rogu ulicy uwijała młoda ulicznica w pżedwcześnie wiosennym stroju, ażeby pżecie więcej nagości na wabia łobuzom pokazać. Obłok wiosenny nad miastem pżepływał jak anioł boży, zaruwno miłujący cnotliwe i gżeszne. Dzwon się na wieży dalekiej rozlegał, jak gdyby na zlecenie anioła lecącego pżez niebiosy wołał ku wszystkim nędzażom, znękanym i zżartym pżez horoby: „Wiosna, o ziemscy nędzaże!”

Tego dnia właśnie od Nowego Światu, pżez plac Trzech Krzyżów ciągnęła wielka manifestacja robotnicza w stronę Belwederu. Bezrobotni wskutek fabrykanckiego lokautu, strajkujący wskutek drożyzny i niemożności wyżycia z płacy zarobkowej tak nędznej, jaka była ih udziałem — i uświadomieni komuniści. Ci tżymali prym, młoda gwardia, a raczej awangarda Sowietów.

Ludzie ci ściągnęli z niskiego Powiśla i z dalekiej Woli. Pżemknęli się pojedynczo wszystkimi ulicami, a tutaj dopiero, u wylotu Alei Ujazdowskich, spiknęli się i z radością natrafili na swoih. Właściwy powud tego pohodu był następujący. W jednej z fabryk robotnicy zażądali podwyżki zarobku o 50%. Skoro dyrekcja kategorycznie odmuwiła, gżecznie ujęli dyrektora pod paszki i wyprowadzili na podwuże, a z podwuża za bramę. Tam zaś poprosili go kolanem, żeby poszedł do swego mieszkania, a tutaj się nie plątał, gdzie go nie potża. Sami zaś zajęli pozycje pży maszynah, każdy specjalista pży swojej specjalności. Fabrykę ogłosili jako zajętą w posiadanie rady robotniczej. Właściciel fabryki ze swej strony ogłosił, że fabrykę zamyka na czas nieograniczony, a wszystkih robotnikuw wydala. Wtedy robotnicy oświadczyli, że nie pozwolą zamknąć tej fabryki, sami będą pracować i nikomu jej nie dadzą. Wtedy policja otoczyła fabrykę i zażądała od zespołu robotnikuw, żeby wyszedł dobrowolnie, jeśli nie hce narazić się na pżymusowe wydalenie.

Właśnie wtedy kierownictwo partii zażądało od ogułu robotnikuw poparcia. Manifestacja wyszła nagle z placu i ruszyła pod Belweder. W pierwszym szeregu znacznego tłumu szli ująwszy się pod ręce ideowi pżedstawiciele, między innymi Lulek i Baryka. Baryka w samym środku, ubrany w lejbik żołnierski i czapkę żołnierską. — Śpiewali.

Właśnie konna policja pokazała się w jednej z ulic popżecznyh. Oficer na pięknym koniu, w płaszczu gumowym spiętym na piersiah, w skokah konia i lansadah pżejeżdżał obok tłumu szarego i rudego, ktury się ściskał i zbijał w jedno ciało. Oficer pżypatrywał się pilnie ideowcom. Specjalnie pilnie temu w czapce żołnierskiej. Gdy tłum zbliżył się pod sam już pałacyk belwederski, z wartowni żołnierskiej wysunął się oddział piehoty i stanął w popżek ulicy, jakby tam nagle ściana szara, parkan niezłomny, mur niezdobyty wyrusł.

Baryka wyszedł z szereguw robotnikuw i parł oddzielnie, wprost na ten szary mur żołnieży — na czele zbiedzonego tłumu.

 

 

Konstancin, d. 21 wżeśnia 1924.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Przedwiośnie”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)