Część druga — Nawłoć (1/2)
Część druga — Nawłoć
Dotarłszy do najrdzenniejszej Polski, bo do stolicy — Warszawy — ani po drodze, ani w tym mieście Cezary Baryka nie znalazł szklanyh domuw. Nie śmiał o nie nawet nikogo zapytać. Zrozumiał, że zmarły ojciec boleśnie zeń pżede śmiercią zażartował sobie. Jednak — być może pod wpływem tej tak naiwnej legendy, a być może pod wpływem głuwnego jej bohatera, „kuzyna Baryki”, Cezary postanowił wstąpić na medycynę w Warszawie. Nie miał swyh bakińskih papieruw, lecz po egzaminie dość pobieżnym został pżyjęty i począł hodzić na wykłady. Z zapałem krajał truposze, uczył się osteologii, hemii, botaniki itp. Zawarł nowe znajomości z „Polakami” i dość sobie w tyh nowyh ludziah podobał, hoć go nieraz swą „nieszczerością” ranili. Pod względem materialnym wiele mu pomugł znajomy ojca nieboszczyka, pan Szymon Gajowiec, bardzo wysoki użędnik w nowo kreowanym Ministerium Skarbu, dał mu bowiem nieetatową posadę w swym biuże i nastręczył bardzo kożystne lekcje języka rosyjskiego w sferah wyższej oficerii, pohodzącej z „Galicji”. Uw pan Gajowiec szczegulnie rozpytywał się o matkę Cezarego, kturą znał był bardzo dawno w mieście Siedlcach. Po wielekroć kazał sobie powtażać o niej wszelkie szczeguły, wszystkie perypetie jej niedoli i śmierci.
Cezary z nadzwyczajną dokładnością wszystko to opowiadał temu nieznajomemu człowiekowi, a tamten z wytężoną uwagą wszystkiego słuhał — ba! — słuhał ze łzami w oczah, a raz nawet, w trakcie opowieści o ostatnih dniah męczeńskih, gożko zapłakał. Cezary nie mugł się domyśleć, czemu to tak jest, czemu ten jegomość, ktury jego matki nie widział od lat tylu, odkąd kraj pożuciła, tak się jej losem pżejmuje i wzrusza. Ale pan Gajowiec, sztywny i wytworny biurokrata, stary kawaler, pedant i zimny służbista, sam mu to wytłumaczył, gdy tak pewnego razu sam na sam rozmawiali. Pżyznał się w sposub spokojny i zimny, jakby muwił o finansowej sprawie, bez cienia afektacji, wstydu fałszywego i fałszywej czułości, iż za dawnyh swyh lat kohał matkę Cezarego. Ją jedną kohał w swym życiu. Był wuwczas biednym użędniczkiem w siedleckiej „Pałacie”, toteż nie mugł się ruwnać z ojcem Cezarego, ktury nagle z Rosji pżyjehał, otoczony nimbem powodzenia. Wydano ją za lepszego konkurenta — nic dziwnego... Ktuż by, jacy rodzice mogli byli odżucić podobną partię? Pojehała jako młoda panienka, a oto teraz imię tylko z niej zostało. Pan Gajowiec suho zapewnił Cezarego, iż nigdy nie uścisnął ręki jego matki, iż jej słowami nigdy swyh uczuć nie wyznał. Raz... pewien list... ale to nie należy do żeczy i nie wpłynęło na sprawę jej postanowienia.
Toteż nie ma w tym nic złego, iż synowi o tym muwi, bo pżecie i jej samej już nie ma. Nie ma już — żal się Boże! — nawet rywala. Został tylko on, Cezary, cień i podobizna „panny Jadwigi”, a ma oczy kubek w kubek do matki podobne. Pan Gajowiec hętnie z Cezarym rozmawiał. Zamykali się częstokroć sam na sam i godzinami wspominali o umarłej. Nie było szczegułu, wzmianki, wersji, anegdoty, ktura by nie interesowała starszego pana, skoro dotyczyła zmarłej. Nie było tematu z nią złączonego, ktury by nużył słuhacza. Cezary znajdował ruwnież szczegulną rozkosz w tyh rozmowah o matce. Zdawało mu się nieraz, iż tak samo jak pan Gajowiec widzi ją młodziuteńką, śliczną, wesołą, że ją poznaje jako pannę Jadwigę, pannę Jadzię, w kturej do szaleństwa, do obłędu koha się pewien młokos z „Pałaty” i muwi jej wciąż o tym rozmażonymi oczami. To była nowa postać matki, nowy jej obraz, nowe pżemienienie się bolesnej starej kobiety, ktura go obsługiwała, kijem się podpierając. Tak to z panem Gajowcem kohali się obadwaj na nowo w widmie panny Jadwigi.
Ani ta znajomość — ani nowe życie — ani studia w uniwersytecie — nie trwały długo. Wybuhła wojna z bolszewikami. Cezary wstąpił do wojska, jak wszyscy jego koledzy z fakultetu. Nie pałał ci on entuzjazmem do wojaczki, ani myślowo i pżekonaniowo pragnął wojować z Sowietami, ale musiał iść w obawie niesławy. Uw snobizm wojenny silniejszy był niż pżekonania i sympatia dla tamtej strony. Pan Gajowiec, jedyny teraz quasi-opiekun i duhowy ojciec, nie powstżymywał ani odmawiał, hoć pozbycie się młodego pżyjaciela było dla niego klęską nad klęskami. W ciągu jednej sekundy zdecydowali tę sprawę. Cezary wyruszył „w pole”. „Pole” było niedaleko, tuż pod Warszawą. Widać je było niemal, gdyż dymy płonącego Radzymina ukazywały się oczom z wysokiego pobżeża, na kturym wznosi się Warszawa. Słyhać było huk armatni, dobże Cezaremu znajomy. Oto teraz znowu rozlegał się ten głos pżeklęty nad jego samotnością i pracą nowo rozpoczętą! Znowu zaczynało się to samo, co było w Baku! Tu jednak pżyłączyły się elementy inne, nowe, decydujące.
Pewnego razu, gdy wojska bolszewickie minęły już spalone miasteczka i docierały niemal do pżedmieść Warszawy, a całe to miasto było w ruhu, w biegu, w skoku, w jakimś locie wszystkih na wszystkie strony — gdy dudniało, jak bęben, od automobiluw ciężarowyh, od pżeciągającej artylerii, dźwięczało od kroku wojsk maszerującyh w rozmaite strony, Cezary po musztże wszedł do kawiarni mieszczącej się w ogrodzie, ażeby napić się szklankę wody sodowej. Stoliki były pozajmowane. Obsiedli je panowie i obsiadły panie, pżeważnie semickiego pohodzenia. Była to plutokracja miasta Warszawy, ktura nie poszła śladem najgrubszyh w tym zawodzie, nie dała jak tamci drapaka, gdzie piepż rośnie, lecz pozostała na miejscu. Panowie ci nie rozmawiali już po cihu o tym, co się dzieje. Muwili głośno, może nawet odrobineczkę za głośno — po prostu z kżykiem. Spierali się — już tylko pomiędzy sobą — o to, jak też zahowywać się będą po wkroczeniu do Warszawy owi nie znani tu jeszcze bolszewicy. Jedni z tyh panuw pżewidywali, iż wszystko będzie dobże, ułoży się, da się zrobić. Nie takie żeczy dawały się zrobić, da się zrobić i ta afera. Dlaczego nie ma się dać zrobić? Pżypominali ową doskonałą formułę jakiegoś spryciaża, iż osioł obładowany złotem wejdzie do najbardziej niedostępnej fortecy. Inni wyrażali obawę, iż mogą być niepżyjemności, grube kawały.
— To są barbażyńcy! — ciskał się pewien pan, grubas w drogih kortah, bawiący się brelokami swej dewizki, leżącymi na jego bżuhu — to są łobuzy! — dodawał rozglądając się dookoła nie bez pragnienia, ażeby Sarmaci rdzenni, lecz robaczywi i ułomni, tu i tam tulący się pod cieniem suhotniczyh kasztanuw, widzieli, jak on się w takiej hwili, w takiej hwili! ciska.
Antagonista oponował. Łagodnie, z flegmą. Nazywał swego interlokutora „po prostu sceptykiem”. Twierdził, że to są pżesady, plotki, a nawet kalumnie. Spur, teoretyczny w swej istocie, zaostżał się. Panowie dysputowali głośno, jak u siebie w domu. Zdawało się nawet, że sobie nawymyślają albo się nawet pobiją. Tymczasem wszystko się pogodnie skończyło.
Zgodzili się na jedno:
— Zobaczymy...
— Zobaczymy! Dziś, jutro zobaczymy. Nie życzę panu, żebyś pan na własnej skuże doświadczył, jacy to dobrodzieje.
— Dziękuję za życzenie. Spełni się na pewno. Wszystko będzie dobże.
— Jesteś pan niepoprawnym optymistą!
— Jestem człowiekiem, ktury patży i rozumie, co się dookoła niego dzieje.
— Żebyś pan sobie tylko nie potżebował zakrywać oczu!
— Powiedzieliśmy pżecie obadwaj: — zobaczymy...
— Dobże: zobaczymy!
Cezary nie dopił swojej szklanki. Wojna między Polską i Rosją sowiecką, zmieżając do pomniejszenia tyh obszaruw, na kturyh istniała już władza hłopuw i robotnikuw, nie była dla niego upragniona. Miał pżecie działać w tym kierunku, żeby zmniejszyć, a nawet zniweczyć już uzyskane zwycięstwo robotnikuw. Wahał się w sobie, iż zdradza sprawę robotniczą. Lecz to, co słyszał w kawiarni, targnęło nim jak żywa zniewaga. Nie hciał być widzem podobnym do tyh panuw. W hwili tej właśnie powiedział sobie, iż nie będzie oczekiwał na wypadki. Nie! Nie dopuści, żeby ci dwaj „zobaczyli”, iż wszystko pujdzie po ih myśli!
Drugim motorem, ktury go pophnął, był powszehny entuzjazm. Szli wszyscy, wszyscy, wszyscy. Jak na bal, jak na zamiejską wycieczkę. Jeszcze nie widział w swym życiu takiego zjawiska jak ten entuzjazm Polaków.
Pewnego dnia słyszał na zbużonym moście żelaznym nad Wisłą mowy robotnikuw i pżywudcuw robotniczyh wzywające do walki na śmierć i życie — nie z burżuazją, jak zawsze w mowah robotniczyh — lecz z tym najeźdźcą, ktury kraj nadhodzi, łupi i zamienia w ruinę, niosąc czerwone sztandary. Patżał, jak hłopcy niedorośli wylatywali spod ręki matek, i czytał w dziennikah opisy, jak po bohatersku ginęli. Hciał zobaczyć własnymi oczyma tę sprawę, za kturą szli w pole nadstawiać piersi mężczyźni i wszystka młodzież — szli spokojnie, wesoło, pży huku bębna. Hciał dowiedzieć się, co naprawdę kryje się w samym rdzeniu tego ih entuzjazmu, jaka idea zasadnicza, jaka siła, jaka wewnątż skręcona sprężyna rozpręża się i popyha ih do dzieła. No, i co ta siła jest warta.
Gdy pierwszy raz po pżeszkoleniu na placu musztry, kture trwało dosyć długo, wyruszył wreszcie, pżebył most na Wiśle, minął Pragę i znalazł się ze swą kompanią na końcu pżedmieścia, oficer prowadzący ten oddziałek — młody marsowy satrapa, jakby połknął stu generałuw — kazał stanąć. Na szosie radzymińskiej, ktura już wybiegała w szczere pole, kłębił się olbżymi tuman kużu, żułta zawieruha sięgająca wysoko pod niebo. Nie wiadomo było, co to się tam kryje w środku tej niezmiernej kużawy.
Młodzi żołnieże stali z bronią u nogi. Za nimi grupa jakihś połamanyh cywiluw, ciężarowe automobile, hłopskie wozy — wszystko wstżymane w swym ruhu i biegu, zbite w jedną masę. Nareszcie dostżeżono, że w wielkim pyle jest jakiś ośrodek, ciemny rdzeń. Niewiele minęło czasu, aliści ukazał się uw rdzeń tajemniczy. Była to olbżymia, wprost niezmierna bolszewicka kolumna — lecz już jeńcuw. W długih do samej ziemi szynelah, ciężkih i grubyh, w papahah na spoconyh głowah, boso pżeważnie lub w buciorah najrozmaitszego pohodzenia brnęli ci młodzi zdobywcy świata pod strażą małyh i niedorosłyh żołnieży polskih, ktuży tu i tam idąc z karabinami na ramieniu srogo pokżykiwali na tę nieskończoną watahę, szustkami idącą w jażmo po radzymińskiej szosie. Zdumienie było tak wielkie i powszehne, iż wszyscy widzowie zamilkli i długo wpatrywali się w ten obraz niesłyhany. Szli i szli zdrożeni jeńcy mijając mały oddziałek, w kturym się mieścił Cezary Baryka.
Aliści z ostatniego pżydrożnego domku, z niskiej pżedmiejskiej sadyby, wściekle odmalowanej na kolor niebieski, gdzie mieścił się szynczek, ostatni pocieszyciel dla opuszczającyh miasto i pierwszy wielkiej stolicy na tej szosie zwiastun — wytoczyła się jejmość niska a pękata, gruba jak komoda. Długo pżypatrywała się mijającym szustkom bolszewickih żołnieży. Aż nie mogła wytżymać: podparła się w boczki, wyskoczyła pżed front jeńcuw i jęła wygrażać im pięściami. Jak opętana od diabła, miotając się tu i tam, kżyczała:
— Pżyszedłeś Warszawę zdobywać, śmierdziuhu moskiewski, jeden z drugim?...
Dawno cię tu nie widzieli, mordo sobacza? Jużeś naszyh zwyciężył?...
Idziesz zasiadać w kucki na złotej sali w krulewskim zamku?...
Jeńcy spoglądali na tę pżykrutką wiedźmę z powagą, a nie bez obawy w oczah. Nie wiedzieli pżecie, do czego taka poczwara może zahęcać żołnieży z karabinami u nogi. A nuż do żezi? Babsko miotało się pżed szeregiem, coraz głośniej wywżaskując:
— Co to za mordy astrahańskie, moje państwo kohane! Jakie to mają cylinderki morowe, ciepłe na tę porę! E — franty! A dopiero buty na nih — klasa! Jakimi to ślepkami na nas kłapią! A buzie jakie to poczciwe! Każdy jakby z dzbanuszka wylizał. A wszystko, moje państwo kohane — z głodu.
Pżedefilowała pżed kolumną jak generał idąc w stronę Radzymina — zlustrowała szeregi i znowu zawżeszczała:
— Żarłbyś jeden z drugim własne guziki od portek, żebyś je tak miał, jak nie masz, kałmuku z kżywymi ślepiami! Boś nawet jeszcze do noszenia portek nie doszedł. Kiszki ci się skręcają, boś cztery dni w gębie nic nie miał. Dobże ci tak, świnio nieoskrobana! Nie hodź w cudzy groh, bo to nie twuj, świński ryju, tylko cudzy. Rozumiesz mię, jeden z drugim?
Ostatnie zapytanie wykżyknęła najgłośniej, jakby w oczekiwaniu odpowiedzi. Gdy zaś nikt nie odpowiedział, a szeregi szły dalej za szeregami, wyjaśniła tajemnicę groźnego pytania:
— Żebym tak miała z parę koszykuw ziemniakuw, jak nie mam, tobym nagotowała w łupinah i dała wam w korycie żreć, świnie wygłodniałe!... Nie mogę, moje państwo kohane, patżeć na te głodne ryje. No, nie mogę!
W istocie jejmość pżedpraska cofnęła się nieco w tył, bo też i kużawa bijąca spod nug jeńcuw zawaliła wszystko. Czoło kolumny było już pewnie na moście wiślanym, a koniec jej jeszcze nie wkroczył na pżedmieście praskie. Nareszcie się pżewalili. Pył opadł. Oddziałek, w kturym tkwił Cezary Baryka, wyruszył w drogę. Miało się pod wieczur. Ciemna i hmurna noc shodziła na szosę, gdy wymijano ostatnie umocnienia z drutu i szeregi rowuw na pobżeżu lasuw. Szerokie błotne rozlewiska ciągnęły się tutaj po obydwu stronah szosy, zagradzając niepżyjacielowi drogę do stolicy. Lecz nigdzie tu już niepżyjaciela nie było. Tylko po obydwu stronah bitej drogi widniały ciemne doły, każdy z osłoną skierowaną w stronę Warszawy. Były to najdalej ku niej wysunięte forpoczty Moskwy, ruwnolegle i symetrycznie wybrane w mazowieckiej ziemi.
Oddziałek maszerujący wymijał raz w raz konnicę i piehotę, ciężkie automobile ze spżętem wojennym, nieskończone wozy trenu i fury powracające do miasta z rannymi. Noc już była, gdy oddziałek dosięgnął Radzymina, małego miasta ze zgliszczami, kture się jeszcze żażyły i dymiły, z domami popżewiercanymi na wylot od pociskuw. Pustka i milczenie leżały nad zaułkami i uliczkami jakby skreślonymi do znaku. Zatżymano tutaj oddział na hwilę pżed pewnym ocalałym piętrowym budynkiem. Cezary rozejżał się po tym miejscu wojennym. Nuda zniszczenia wiała tu wśrud dymu i iskier. Noc posępna roztoczyła się nad tym obmieżłym zjawiskiem. Z bramy domu piętrowego wyszedł oficer francuski, człowiek starszy, z siwiejącą kozią brudką i obwisłymi wąsami. Tważ jego była surowa, zmartwiona i wyrażająca nieopisane zmęczenie.
Oficer ten wgramolił się do kosza motocyklu na dwie osoby i władczym gestem dał znak żołnieżowi polskiemu, ktury spełniał w tym wehikule obowiązki szofera. Motocykl począł wydawać ze siebie wżaskliwe stżały, zakręcił się na miejscu i pomknął w drogę na pułnoc, ku Wyszkowu.
— Patżcie no, koledzy! — mruknął ktoś z oddziału — ten horowity Francuzina sam tak oto ze swym szoferem żnie na całą bolszewicką armię.
— Wie on dobże, że już ih nie dopędzi. Takiego dają dęba!
— Milczeć tam w szeregu! — straszliwym basem zagżmiał komendant oddziału, dwudziestodwuletni podporucznik.
Za hwilę mała kolumienka ruszyła wielkim krokiem pośrud zupełnej ciemności, słabo rozwidnionej pżez zażewie Radzymina. Szła pod niepżyjaciela, o kturym nie było jeszcze wiadomo, czy w istocie będzie już dawał dęba, czy powturnie na Warszawę udeży.
Cezary Baryka niemało się nahodził w tej narodowej wojnie. Wykonywał wraz z kolegami z oddziału wściekłe marsze i wypady, obroty i zasadzki, to znowu wiał pżed siłą pżemożną. Zdażało mu się iść w sam środek niepżyjaciuł, uczestniczyć w brawurowym pżedsięwzięciu generała Sikorskiego, jak phnięcie bagnetu rozpruwającym front bolszewicki. Zdażało mu się maszerować dniami i nocami, napżud, wciąż na wshud za wrogiem uciekającym. Pżesunęły mu się pżed oczyma niezliczone wsie i miasteczka, lasy i pola. Pżebrnął rozlewne żeki wśrud łęguw. Ojcowskih szklanyh domuw nigdzie a nigdzie nie było. Z wolna pżestał o nih myśleć. Nie myślał także o ideologii najeźdźcuw ze wshodu. Nie widać jej było w ruinie, w zniszczeniu, tratowaniu, w śladah rabunkuw, żezi i gwałtuw.
Wrug śmiertelny ludzi ubogih szedł pżed nim wszystkimi drogami na wshud — niszczyciel i rabuś. Gdzie były żelazne mosty, wisiały popżetrącane ih gnaty — gdzie były mosty drewniane, sterczały osmalone pale. Gdzie były wsie, stały porozwalane pustki. Gdzie cokolwiek pięknego, wzniosłego pżeszłość zostawiła potomnym na tej ziemi ubogiej, widniała kupa gruzuw. Jakże tu było doczytać się w tym piśmie najeźdźcuw ze wshodu idei głoszonyh pżez muwcuw wiecowyh? Nadto sama wojna, jako pżedsięwzięcie gromadne, jako dzieło kunsztowne a nowe i nieznane, zajęła go, a raczej pżytłoczyła. Baryka nie myślał teraz, o co walczy i z kim, gdzie jest i dokąd dąży. Maszerował według rozkazu, nocował, jadł, spał, zrywał się na nogi, stał na warcie albo hytże podkradał się pod placuwki.
Dobże się na oguł spisywał dawny sportsmen bakiński. Pżełożeni oddawali mu pohwały, a toważysze broni pżywykli liczyć na Barykę, jak ongi liczono na Zawiszę. Cezary nie miał do kogo wracać ani do kogo napisać listu. Kilkakroć posłał kartki pod adresem pana Gajowca. Odebrał od niego serdeczne odpowiedzi — otuż i świat cały. Ale w tyh marszah, leganiah po rowah i ziemiankah były obok niego ludzkie dusze — koledzy. Okazało się nawet, że te „Polaki” to są nawet dusze bratnie. Każdy z nih miał gdzieś jakąś „mamę” albo jakiegoś „tatę”. Byli tacy, co mieli nawet babcie, a prawie każdy na postoju w hwili, kiedy sądził, że go nikt nie widzi, ośliniał sekretnie jakąś fotografię — ah! — jej, Kazi albo Zosi. Cezary nie miał ani jednej Zosi, toteż uprawiał wyniosły cynizm pżedrwiwań nie tylko z samyh imion i spieszczeń, ale nadto z całości sentymentuw. On to właśnie był żołnieżem w każdym calu. Nie było nic poza nim. Napżud! — i kwita. W kompanii zapżyjaźnił się specjalnie z pewnym młodzieńcem, ruwnież studentem Warszawskiego Uniwersytetu a obecnie tęgim żołnieżem, imieniem Hipolit, nazwiskiem Wielosławski. W pewnej pżygodzie w okolicah Łysowa pod Łosicami Cezary wyratował tego Wielosławskiego z opresji. W potyczce Wielosławski wpadł między bolszewikuw, został poźgany bagnetami, potłuczony kolbami i pożucony w lesie zwanym Rogacz. Cezary nie znalazłszy go w kompanii wrucił się co thu do lasu, wyszukał kolegę, wziął go na ramię i odniusł między swoih.
Wielosławski wnet się wylizał, a nie zapomniał usługi. Nigdy on nie muwił o swym rodzie, rodzinie i sentymentah. Był „Hipolit” w szeregu i tyle. Na boku tylko szeptano, że to gruby pan z panuw, srogi magnat, a kuzyn jakihś tam jeszcze bardziej pierońskih Wielosławskich. Hipolit był żołnieżem jak się patży i co się zowie. Darł buty w pościgu za czerwonymi drapihrustami, żarł razowiec i ciągnął z flahy, spał na ziemi i pocił się w obrotah, jakby wcale nie miał w żyłah nic błękitnego. A siły miał iście końskie, mugł o głodzie wytżymać pełny pohud, kiedy już wiara nosem się podpierała. Nieraz z Cezarym spali pod jedną derą i dzielili się po bratersku hlebem, solą, słoniną i pluskwami. Toteż zawarli pżyjaźń od serca, sztamę de grubis.
Miało się ku jesieni, gdy w szeregah rozeszła się radosna wieść, iż wrug z kraju ustąpił i że bliski jest rozejm. Oddział, w kturym służyli dwaj pżyjaciele, Baryka i Wielosławski, z Białorusi cofnięty został na Mazowsze i znalazł się w małym miasteczku Żerominie. Obadwaj wojacy wdali się tutaj w wielkie spanie, kturego wystarczyłoby na dziesięciu pżeciętnyh neurastenikuw. Jeść jednak było w tym mieście skąpawo, toteż zmęczonym ryceżom nudziło się w tym miejscu potężnie.
Studentuw uniwersytetu zwalniano hętniej niż innyh, toteż Baryka i Wielosławski zwolnili się z szereguw, skoro w nih nie było już obronnej roboty. Wielosławski zaproponował Baryce, żeby ten pojehał do niego na wypoczynek, do jakowejś Nawłoci w okolicah Częstochowy. Baryka pżystał. Pżebrawszy się w Warszawie w ubranie cywilne, do czego pomugł pan Gajowiec udzieleniem zaliczki na pżyszłe prace biurowe — Cezary wyruszył do Nawłoci.
Po pżyjeździe na podżędną stacyjkę drogi żelaznej dwaj pżyjaciele zastali oczekującą na nih czwurkę koni zapżężoną do małego a wysokiego pojazdu na dwie osoby, z siedzeniem z tyłu dla woźnicy. Woźnica uw, młody dryblas w liberii, z wylaniem witał się z paniczem, szczęśliwie z wojny wracającym. Tenże Jędrek powrucił ruwnież szczęśliwie z wojska, gdzie jednak pełnił bardziej pokojową, a raczej pżedpokojową misję ordynansa pewnego dygnitaża, wysoko postawionego czasu tyh zamieszek. Na dłuższe jednak wylewy opowiadań o pżedpokojowyh i polnyh pżewagah militarnyh nie było czasu, gdyż właśnie noc zapadała. Hipolit Wielosławski wskoczył na pżednie siedzenie, umieścił gościa Barykę obok siebie, Jędrkowi kazał zasiąść w gurnym miejscu na tyle, wziął wprawnymi rękoma czterokonne lejce i z widoczną rozkoszą wywinął długim batem. Konie wysunęły się ze stacyjnego dziedzińca jak jeden i pomknęły miękkim gościńcem. Cezary nie jeździł nigdy takim zapżęgiem. Pżyznawał w duhu, a głośno wyjawiał Hipolitowi, iż w historii jego sportuw była to pżyjemność — prima! Gdy się kasztany wzięły w siebie, a uzgodniły krok w miarowym skorohodzie, kolaska prawdziwie płynęła w polah. Było po deszczah, droga śliska i pełna wybojuw, w kturyh jeszcze stały żułte wody, lecz koła lekkiego pojazdu ledwie muskały owe kałuże — porywane dalej a dalej. W pewnym miejscu „jaśnie pan” żucił poza siebie lakoniczne pytanie:
— Gościńcem czy na Leniec?
— Pżejehać pżejedzie bez Leniec, ale faktycznie miętko.
Hipolit zawrucił z gościńca w boczne opłotki, w wąską drożynę między hłopskimi działkami, gdzie dwie koleje, rozdzielone wysokim pasem pżez koła w ciągu wielu lat wyoranej skiby, kędzieżawym po wieżhu od gęstej murawy, biegły w pżestżeń, ruwnoległe jak dwie szyny. Zmurszałe płoty z sękatyh żerdzi sięgały aż do wysokości siedzeń jaśnie pańskih. Droga ta była jakby utwożona dlatego, żeby po niej mogła w swą dal pomykać czwurka kasztanuw i lekki pański wolancik. Glina wymieciona spod kopyt i kuł w postaci okrągłyh pacyn i stżelistyh bryzguw leciała w tył za pojazd.
Jesienny wiatr świstał koło uszu. Rozkosz żywota, poczucie zdrowia i niespożytyh sił organizmu, szczęście zażywania ruhu i pędu, a nade wszystko ciekawość młodości, ciekawość tak zjadliwa, iż wysuwała się na czoło wszystkiego — co też to tam jest na końcu tej drużki uroczej, co będzie za tamtą oto polną gruszą — zdawała się ponosić z końmi pospołu. Ale za gruszą samotną na polu nie było nic szczegulnego. Płoty się raptem skończyły i inna wąska droga, w ukos do popżedniej nastawiona, pżerywała pola. Hipolit stżelił z bata siarczyście. Raptownie lejcową parę wziął k’sobie. Skręciły, idąc wciąż w skok, i pociągnęły za sobą dyszlową parę. Stało się to za raptownie. Kolaska, pędząc po mokrej glinie, szarpnięta z nagła w pułokrąg, zatoczyła się jak po lodzie. Trafiwszy bokiem, literką wasąga w ostatni kołek płotu, nie mogła już wykonać swego szybkiego biegu, straciła ruwnowagę i runęła. Koła jej kręciły się spazmatycznie, podczas gdy podrużni wytrąceni zostali ze swyh miejsc jak z procy. Hipolit, mocno tżymający swe lejce, legł w najbliższej mokrej bruździe. Cezary, nie mający żadnego oparcia, wypadł daleko, zorał głową ze tży lepkie i sowicie umieżwione zagony i dopiero w czwartym jego modny kapelusz spotkał niepżebytą zaporę. Nadto woźnica Jędruś w locie ze swego wysokiego miejsca na niską ziemię huknął go zębami w tylną część czaszki. Na szczęście konie stanęły i, bestialsko obojętne na los swyh owsodawcuw, poczęły szczypać popżez wędzidła smaczne pżydrożne szczawie.
Baryka wygramoliwszy się z zagonuw, kturyh symetrię i użyźnienie zrujnował, z rozpaczą oglądał swuj kapelusz i pracował skołataną podwujnie czaszką, jak tu w takiej ruinie odbywać dalszą podruż i jak się obcym ludziom pżedstawić.
— Ho—ho—ho! — ryczał Hipolit patżąc na wspułtoważysza, ktury raz w raz hwytał się za tył głowy, bolesny od ciosu zębami ordynansa. Jakoś jednak pży pomocy tegoż winowajcy oczyścili się i wyprostowali gnaty, kture na szczęście były całe. Podnieśli wspulnymi siłami wehikuł, wsiedli i pomknęli dwakroć szybciej. Hipolit, jak muwił mocnozęby Jędruś, doświarczał koni. Doświarczał ih dokumentnie, aż ponosiły wuzek, niczym cztery diabły, po wertepah i łączkah zakisłyh, po jakihś rowah czy łożyskah żeczułek, kture jednak, jak się okazało, były normalnymi drogami. Zmrok już zapadał, gdy mijano jakiś ładny pałacyk.
— Leniec... — żekł lakonicznie Hipolit wskazując pałacyk biczyskiem.
Niewiele to słowo powiedziało gościowi. Gość bardziej się ucieszył spostżegając, iż z tyh leńcowatyh wertepuw wolantka wybiegła na piaszczysty gościniec i w aleję dżew staryh. Była już noc ciemna. U końca alei połyskiwały światła.
— Widzisz, Czaruś, te światła?
— Widzę.
— No, bracie, ciesz się! Nieh cię wszyscy diabli! Ciesz się, muwię! To Nawłoć!
Cezary doświadczył właśnie pewnego niepokoju. Czegoś się wstydził i, niezgodnie ze swą naturą, czegoś trwożył i lękał. Konie wbiegły na szeroki dziedziniec i stanęły pżed gankiem. Na tym ganku, żęsiście oświetlonym, słyhać było zmieszany gwar licznyh głosuw męskih i kobiecyh, kture wywoływały imię:
— Hipolit! Hipek! Hipcio! Hipeczek! Hip!
Wielosławski ściągnięty został ze swego siedzenia pżez liczne ręce i znalazł się w ih objęciah. Cezary, pozostawiony samemu sobie, złaził z wolna z siedzenia. Ale o nim nie zapomniano. Wnet wstępował po szerokih i wspaniałyh, aczkolwiek dziwnie ruhomyh stopniah shoduw na obszerny ganek, winem dzikim obrośnięty. W świetle lamp i świec migały mu pżed oczyma rozmaite postacie: dama starsza, wysoka, o ruhah zamaszystyh i pełnyh władczego majestatu; panna blondynka ze ślicznymi niebieskimi oczami; młody ksiądz; stary pan z czarnymi, obwisłymi wąsami...
Hipolit pżedstawił Barykę zebranym na ganku. Ten kłaniał się wielekroć, całował rękę damy starszej, jak się okazało, matki Hipolita, podawał rękę do uścisku młodemu księdzu, jak się okazało, pżyrodniemu bratu Hipolita, młodej pannie, Karolinie Szarłatowiczównie, jego siostże ciotecznej, oraz starszemu panu, wujowi Skalnickiemu. Wszyscy bardzo pżyhylnie witali „tego” Barykę, pżypatrywali mu się z ciekawością, jak na „wyższe” toważystwo dość prowincjonalną, a nawet zaściankową. Cezary robił swobodnego i światowca, hoć wspomnienie o powalanyh ineksprymablah i zrujnowanym kapeluszu stawało mu na pżeszkodzie w zadawaniu szyku. Rozmowa była tak haotyczna, że nic nie można było zrozumieć. Ten sobie muwił i tamten sobie muwił, pełno było radości i kżyku. Wszyscy naraz zadawali pytania i nie czekając na odpowiedź zadawali nowe. Nic dziwnego: podpora rodu, syn najstarszy wracał z wojny cały i zdrowy, tęgi i opalony, jakby jeździł na polowanie w sąsiedztwo. Panna Szarłatowiczówna, ktura najwymowniej, najczęściej i, tżeba wyznać, najkżykliwiej głos zabierała, patżąc na Hipolita, lecz mając na oku i „tego drugiego”, wypaliła:
— Nie widzę, Hipie, żebyś zbyt znowu wyraźnie pżypominał steranego inwalidę! Raczej wypasłeś się jeszcze bardziej. Czyż mnie wzrok nie myli? Ależ tak — utyłeś! Tylko patżeć, jak sobie zapuścisz drugi podbrudek. A może to jaka specjalna horoba wojenna, obżęk, puhlina?
— Patż no, Cezary, mają nas tutaj za frantuw, ktuży siedzieli w sanatorium, a teraz pżebrali się za bohaterskie figury.
— Tżeba cierpieć, wciąż cierpieć, muj bohateże, nie tylko od zawziętego wroga, lecz i od panien... — śmiał się Baryka.
— Nie pżypominam sobie, żeby tutaj kto muwił o „frantah” — zapeżyła się panna Karolina — tylko wszyscy wracają w tak korpulentnyh postaciah, że ta wojna wygląda mi na jakąś odżywczą kurację.
— Ktuż to „wszyscy”? Karolino — kto „wszyscy”?
— No, na pżykład — Jędrek.
— Słyszane żeczy! To dziewczę, kture prohu nie wąhało, ośmiela się twierdzić, że my na wojnie czyściliśmy buty w pżedpokojah, jak pan Jędrek.
— Ależ nie! Wiem, że ścigałeś niepżyjaciuł jak Czarniecki.
— O niepżyjaciołah, o bolszewikah ostrożnie! Obecny tutaj muj pżyjaciel Baryka jest — jak by to powiedzieć? — prawie bolszewikiem.
— Tak? Pan? — zdziwiła się owa panna Karolina mieżąc gościa ostrym od stup do głuw spojżeniem.
— Żarty! — mruknął Baryka.
— Jeszczem też normalnego bolszewika na oczy nie widziała...
— A coś ty widziała „na oczy”, Karolino, dziewczę z pałacu białego na Ukrainie?
— Jeszczem widziała oborę od strony twojego pałacu i pałac od strony twojej obory.
— Muszę ci wytłumaczyć, Cezary, że panna Szarłatowiczówna, tu obecna Karolina — takie imię hżestne — a no, trudno! — defekt — utraciła dobra swe ziemskie na Ukrainie, skoro tylko bolszewicy się narodzili. Była bowiem na pensji w Warszawie, uczyła się geografii, algebry — tak! — i stylistyki, kiedy jej dobra zabierano. Teraz zarabia na kawałek hleba. Karolina Szarłatowiczówna kury maca w Nawłoci.
— Twoje kury, wielki magnacie!
— Jest to pżenośnia, właśnie stylistyczna — wmieszał się do rozmowy młody księżulo — jest to pars pro toto. Karolcia zajmuje się nie tylko kurami...
— Ale i gęsiami... — dożucił Hipolit.
— O, zaraz gęsiami, gęsiami!... — gorszył się młody księżyk.
— A czyż się nie zajmuje gęsiami, krowami, cielętami, źrebiętami?... Stęskniłem się za nią, muj drogi pomidoże. Nieraz — Cezary świadkiem! — leżąc w rowie zaczynam mażyć i wyrażam słownie mażenie wewnętżne: — napiszę list do Karoliny Szarłatowiczówny, herbu Rogala. Zapytam jej, czy kury dobże się niosą?
— A szczęście, żeś tego listu nie wysłał, bo byłabym ci odpisała! No!
— No! Z takimi błędami ortograficznymi, że pała! Pała z minusem! Zresztą na Ukrainie to nie raziło. Ktuż by tam o polską ortografię... Boże drogi! Tam pżecie wsio po russki...
— Widzę ze smutkiem, że braciszek nie daje pani pżyjść do słowa... — żekł Cezary.
— Poczciwe to z kościami, dobre, jak kotlet z marhewką, ale musiał pan pżecie, leżąc z nim po rowah, zauważyć... Biedny, biedny hłopczyna...
— Karolino, nie daj się! — podszczuwał ksiądz Anastazy. — Broń się, dziewczę z buzią jak malina! Jeżeli go teraz nie oszołomisz, znowu zapanuje nad tobą.
— Pżebaczam mu z gury wszystko. Biedny bohater, inwalida, zmizerowany w bojah obrońca swyh tżud, stadnin, obur, powozuw i batuw...
— Kolacja! Otuż i kolacja! — z zapałem głosił ksiądz Nastek. — Primum edere, deinde philosophari. Nieprawdaż, panie poruczniku? — zwrucił się do Baryki.
— Niestety, nawet nie: sierżancie...
— Jakążeście tam ponad inne pżekładali? — spytał ksiądz hwytając wprawną dłonią gąsiorek ze starką.
— Siwuhę pżekładaliśmy stale i niezmiennie, ale teraz pżepij no, Nastek, do tego Czarusia...
— A, Czaruś mu na imię? Właśnie hciałem zapytać, bo to bez tego nieporęcznie.
— No, to panie Czaruś — nasze! Ładne imię, prawda Karusia? Podoba ci się?
— Dość ładne imię... — uśmiehnęła się panna Karolina.
— Takie imię dobże się muwi... — wsunął uwagę wujcio Michaś.
— Czaruś — i kwita! — zdecydował ksiądz połykając od jednego zamahu zacny kieliszek pżezacnej „staruszki”.
Był to średniego wzrostu, krępy i zażywny księżulo. Włosy miał pżystżyżone „na jeża”, tważ pucołowatą, okrągłą, po bokah, pod nosem, i na brodzie siną od golenia. Zdrowie i wesele tryskały z jego oczu, tważy i pysznej figurki. Wciąż się klepał po kolanah i udah czekając tylko na lada sposobność, żeby z jakiejkolwiek racji parsknąć śmiehem. Zanim pżeszła kolejka starki, pomidorek udeżył Barykę po kolanie i wykżyknął:
— Aleście też spuścili lanie tym Żydom! — Ha-ha-ha! Cuż za lanie! Takie lanie nad laniami, że to z okularami na nosie po historiah szukać! Tu ten Piłsudski — szah-mah! Rozpruł jak nożem! Tu nasz bogobojny Haller goni a bije! Tu Sikorski łomoce jak w cymbał. Zdażenie boże...
Wnet się sekretnie pżeżegnał, pżez hwilę tżymał złożone pulhne rączki i coś tam mruczał pod nosem po łacinie dobry momencik czasu.
— Lanie było w dobrym gatunku, ale też wymagało hodzenia, hodzenia... — westhnął Hipolit Wielosławski.
— E, odjesz się! I to zaraz, dzisiaj. Dawajcież tę zupę! Dawajcie tę cielęcą... A na rożnie też aby? Muj Boże kohany... Karusia — na rożnie aby?...
Panna Karolina uroczyście pżysięgła podnosząc dwa palce.
— Ale tę sałatkę — to sama pżyżądź...
— Już o sałatkę bądź spokojny...
— Muwisz? — troskał się ojciec duhowny.
W czasie tego całego galimatiasu matka Hipolita, siedząc w dużym fotelu, nie wydawała głosu. Wodziła oczyma za synem i łzy szczęśliwe, sekretne, niepowstżymane, bez pżerwy lały się z jej oczu.
— Mamusia sobie tam ciho-sza popłakuje — żekł tkliwie Hipolit. „Wy sobie tam gadajcie głośno, co hcecie, a ja sobie za wszystkie czasy popłaczę”. No, nie? Każdy ma swuj sposub na radość. A oto Czaruś Baryka, muj rodzony pżyjaciel, nie ma ojca ani matki. Ojciec to mu nawet teraz niedawno umarł. I w jakih warunkah! A Czaruś żyje. I bił się, że aż tżeszczało. I hodzi. I śmieje się. I teraz sobie znowu starki kropnie!
— O, widzisz! Toś powiedział, Hip, słowo — cymes! Pijemy za zdrowie życia! I to w ręce mamusi! — wołał ksiądz Nastek.
— Ja nie mogę pić, muj prałacie miły. Wiesz. Serce. I tak jestem mocno pijana, gdy patżę na tego piehura... — żekła pani Wielosławska roztapiając się w uśmiehu szczęścia i nie spuszczając z Hipolita oczu rozradowanyh.
— Et, Hipowi teraz będzie dobże w Nawłoci! — westhnął księżulo. — Tak mi się coś wydaje. A wujciowi się nie wydaje? — spytał pana Skalnickiego.
— I mnie się to samo tak wydaje... — westhnął wujcio.
— Szanować go! — zdecydowała głośno starsza pani. — Na wojnę hodził, ziemi bronił, bił się mężnie, cały kraj pżemieżył własnymi krokami!
— Troszkę i na furmance... — dożucił z ciha Hipolit. — Ale niedużo. Jak mię poturbowały te czapy, a Baryka obronił. W każdym razie: baczność!
— A pańska matka gdzie skończyła życie? — gżecznie i dobrotliwie spytała Cezarego pani Wielosławska.
— W Baku, proszę pani.
— Aż w Baku!... To i pan stamtąd, z Baku?
— Troszeczkę to dalej, niż ty, mężny piehuże... — syknęła panna Karolina w stronę Hipolita.
— Karusia! Nieh no Maciejunio postawi tu ten większy kieliszek... Po jakiemu to jest!... — martwił się dobrotliwie księżulo.
Gdy zajęto miejsca pży stole, a pżybył jeszcze żądca, pan Turzycki, oraz dwie ciocie podstażałe, jedna wdowa — Aniela — a druga stara panna — Wiktoria — gwar się stał nie byle jaki. Stary służący Maciejunio ledwie mugł nadążyć z odkorkowywaniem. Nawet mu źle szło z tymi korkami. Musiał mu sam panicz, „Jaśnie-Hipcio”, pomagać, co doprowadziło za dużą szafą kredensową do tajemniczego zrujnowania hierarhii — po prostu do uściskuw serdecznyh Jaśnie-Hipcia z prastarym Maciejuniem.
Cezary pił, co mu nalewano, i jadł, co nakładano na tależ. Wszyscy na niego patżyli z radością, niemal z miłością. Tu stary Maciejunio — tak gruby i napęczniały w swym fraczku obcisłym, że robił wrażenie beznadziejnie horego na wodną puhlinę, gdyby nie doskonała cera czerstwego oblicza — nahylał się z takim uśmiehem, jakby i tego obcego „jaśnie panicza” hciał ucałować jak swego — mrugał oczami i robił miny, żeby wybrać tę starą, omszałą flahę, oplecioną w tatarak, kturą tżymał w swej prawej ręce. Tam dwie ciocie, Aniela i Wiktoria, jedna pżez drugą nahylały się ku niemu i kazały opowiadać sobie o matce — „wszystko — wszystko!” — a gdy się na dobre rozgadał i muwił wszystko, to jednej, to drugiej łzy najszczersze z oczu kap-kap-kap! Pan Gajowiec — dobże! Ale skądże — u liha? — te dwie damule? A pżecież były to łzy prawdziwe, jakby krewnyh, jakby siustr dalekih a nieznanyh, kture się nad dolą jego drogiej matki użalały. Tam wujcio Michaś coś mu hce powiedzieć, coś sekretnego, nowego, a ważniejszego ponad wszystko. Zaczyna i nie może skończyć, bo mu wszyscy pżeszkadzają. Spiknęli się, żeby pżeszkadzać. Więc się irytuje, targa wąsy i pżewraca dziko oczyma.
Na dobitkę jeszcze Wojciunio! Już od dziesięciu minut lokaj Maciejunio z ciha prosi panią dziedziczkę, no i jaśnie panicza, że oto Wojciunio nie może wytżymać i strasznie błaga, żeby mugł spojżeć na panicza. No, więc wołać go w drodze łaski! Dżwi się uhylają i staje w nih Wojciunio, kuhaż ruwnie stary, jak lokaj Maciejunio. Kuhaż jest jąkałą, znanym na cały powiat. Nic nie może powiedzieć, tylko zdejmuje swą białą czapkę i śmieje się starym, radosnym śmiehem, pżypominającym końskie rżenie. Maha do paniczka Hipcia białymi rękami, coś mu pokazuje na migi. Hipolit mu na migi odpowiada i oba hihocą ze szczęścia. Kuhaż zamyka dżwi z należnym uszanowaniem, dziękując za łaskę. Ale i zza dżwi słyhać jeszcze jego śmieh i bełkot radosny.
Jeszcze obiad do swej połowy nie dobiegł, a już Cezary — „Czaruś” — pił bruderszaft na śmierć i życie z księdzem Nastkiem, z wujciem Michasiem, a nawet trącał się kieliszkiem z obydwiema podstażałymi ciotkami i młodocianą panną Karusią. Gorszyło to cokolwiek starszą panią, matkę rodu, ale tego wieczora wszelki pożądek z zawias się wyrwał i wszelka dystynkcja została zniweczona.
Za czarnymi oknami rozległy się jakby stżały. To staży parobcy witali młodego pana, co z wojska wrucił, stżelając mu dawnym obyczajem z batuw na wiwat. Jaśnie-Hipcio niezbyt pewnymi rękoma uzgarniał w dolnyh pieczarah kredensu naręcze butelek, tak bez wyboru i tak szczodże, aż mu niekture zgorszony Maciejunio musiał delikatnie wydzierać — bo jakże! — sam szczerozłoty tokaj jeszcze nieboszczyka jaśnie pana — fornalom! Hipolit wytżąsnął z pugilaresu wszystkie walory, jakie tam miał, i, sapiąc obładowany wyszedł na ganek. Noc była jesienna, ciemna. Ponieważ za Hipolitem wybiegli inni, wyszedł i Cezary. Patżał w tę ciemną noc i w postaci słabo bielejące. Słyszał słowa powitania.
— E, Szymon, jak się masz! Tyś to, Zerwa? Pawełek, hudzino, ta noga boli cię jeszcze? Juziu! Franek! Walek! Bywaj, hłopcy, tu do mnie!
Cezary pżysiadł na poręczy ganku. Był odużony. Był pijany, ale nie winem. Pierwszy to pewnie raz od śmierci rodzicuw miał w sercu radość, rozkosz bytu, szczęście. Było mu dobże z tymi obcymi ludźmi, jakby ih znał i kohał od niepamiętnyh lat. Wszystko w tym domu było dobre dla uczuć, pżyhylne i pżytulne jak niegdyś objęcia rodzicuw. Wszystko tu było na swoim miejscu, dobże postawione i rozumnie stżeżone, wszystko pociągało i wabiło, niczym rozgżany piec w zimie, a cień wielkiego i rozłożystego dżewa w skwar letni. Żadne tu myśli pżeciwne, niepżyjazne pżeciwko temu dworowi nie powinny by się były rodzić. A jednak, gdy powrucił do pokoju stołowego, żal mu ścisnął serce. Świeże powietże odużyło go, a nowe kielihy starego wina udeżyły do głowy. Zapłakał, gożko zapłakał. Hwycił po pijanemu Hipolita za szyję i namiętnie szeptał mu do uha:
— Stżeż się, bracie! Pilnuj się! Za tę jednę srebrną papierośnicę, za posiadanie kilku srebrnyh łyżek, ci sami, wież mi, ci sami, Maciejunio i Wojciunio, Szymek i Walek, a nawet ten Józio — Józio! — wywleką cię do ogrodu i głowę ci rozwalą siekierą. Wież mi! Ja wiem! Grube i dzikie sołdaty ustawią cię pod murem... Nie drgnie im ręka, gdy cię wezmą na cel! Za jednę tę oto srebrną cukiernicę! wież mi, Hipolit! Błagam cię...
— Co on hce? — pytał ksiądz Anastazy. — Srebrnej cukiernicy hce? Bież, bracie, Czaruś — bież ją! Howaj do kieszeni! Oby ci tylko wlazła!
Koło stołu już było luźniej. Pani Wielosławska pociągnęła syna Hipolita do swego pokoju. Dwie ciotki widząc, że humory są już niezwykłe, wysunęły się z jadalni. Został na placu wujcio Michał, ktury teraz dopiero dorwał się do opowieści o swym potwornym krahu, o łatwowiernie i lekkomyślnie zawartej spułce węglowej z dwoma Żydami, braćmi Kminkami... Cezary słuhał, wzruszał się perypetiami procesu, potakiwał, pżerażał się, nawet groził Żydom Kminkom. Księżunio Anastazy pociągał ze swego kieliszka — a był to jeden z tyh większyh — otwierał i składał pulhne dłonie i nadrabiał miną, że się historią wujcia Michasia pżejmuje. Po prawdzie rad by był parsknąć żywym śmiehem i udeżyć wujcia po kolanie albo i po plecah — a tu, jak na złość, sens opowieści był tragiczny — nawet traiczny, jak muwił wujcio Michaś. Pomidorek czekał tedy cierpliwie końca, jak na sługę bożego i człowieka dobrego wyhowania pżystało, hoć wiedział, że ta termedia nie ma wcale końca. Skończy się wzdyhaniem, hlipaniem i ucieraniem wezbranego nosa. Cuż by dał za to, żeby ktokolwiek pżerwał albo cokolwiek pżerwało banialukę familijną o tyh Kminkach z piekła rodem, kturą słyszał już kilkaset razy! Karusia pżyszła z odsieczą.
— Ależ to pan musi być zmęczony — zmęczony! — zapiała po kresowemu. — Panowie jehali aż z samej Warszawy?
— Z samej Warszawy jehaliśmy...
— Czy nie sądzisz czasem, Karusiu, że czas by już był na pana porucznika odpocząć pżez hwileczkę do jutra rana? — pytał wikary Nastuś.
— Ja tak sądzę.
— A gdzież nasz pan Czaruś będzie spał? We dwoże czy w „Ariance”?
— Wiadomo — w „Ariance”.
— Biorę pana pod swoją opiekę — zdecydował ksiądz. — Razem będziemy hrapali. E, to sobie zahrapiemy!
— Maciejunio poszedł z Hipolitem żeczy rozpakowywać. Pietrek na folwarku... — martwiła się panna Karolina.
— Poradzę sobie, proszę pani!
— Nie tak to łatwo. Nie jestem pewna, czy tam posłane.
— Tego już nie wiem, dziecko. Nie wiem. Bij mię, katuj — na pościelah się nie rozumiem... — mruczał ksiądz pociągając nowe hausty.
— Nie ma co! Ja sama panuw odprowadzę. Zobaczę.
— Złote słowa powiedziałaś. Ten gość musi się wyspać. Musimy dziś hrapać! To darmo. Hodźmy, poruczniku!
Cezary, ktury zgodził się nawet na to, że będzie w tym domu porucznikiem, znalazł swuj zdezelowany kapelusz i wyszedł za pżewodem księdza i panny Szarłatowiczówny. Zeszli po shodah ganku i skręcili w ogrud ciemny, zarośnięty, szumiący w mroku ogromem jesiennyh gałęzi. Posuwali się napżud wąskimi uliczkami, kture raz w raz w pułokrąg się zataczały. Wkrutce jednak te pułkoliste ścieżki zginęły w jednolitej murawie. Ksiądz sapał i wzdyhał, a wreszcie ustał w drodze. Na niespokojne pytania panny Karoliny dawał odpowiedzi dziwnie niehętne i opryskliwe, a wreszcie nie dawał żadnyh. Słyhać było tylko jego sapanie coraz głośniejsze i złowrogie szamotanie się w mroku. Panna Szarłatowiczówna żuciła się kapłanowi na ratunek i żeczywiście wybawiła go z opresji. Podhmielony ksiądz Anastazy wlazł w ciemności na młodego świerka, ktury mu się cały wpakował pod sutannę i między nogi, a w sposub tak wyjątkowo uporczywy, iż żadną miarą nie można było ani pżeskoczyć, ani ominąć, ani w ogule pżerwać tego dosiadania świerka z jego bujnymi i sprężystymi gałęźmi.
— Diabli z tymi świerkami! — irytował się kapłan. — Co to za pomysł, żeby zostawiać na drodze takie małe koczkodany.
— Bo kto widział, żeby nosić tak długie sutanny! — muwiła kuzynka wydobywając księdza na wolność. — Księża za granicą nie hodzą już w takih spudnicah. Nawet my, kobiety, nosimy pżecie krutkie suknie, nie takie do samej ziemi.
— Ciho! Co się wtrącasz do kapłańskih sukienek...
— Muszę się wtrącać, bobyś był nie wyszedł z tego świerka, żeby nie ja.
— I to prawda. Ten nikczemnik nie hciał wyleźć spode mnie. Ale suknie kapłańskie to nie twoja żecz! Nic ci do tego! Swoih pilnuj!
Po hwili księżyk Anastazy zaczął śpiewać na cały ogrud:
— Nastuś! Co ty po nocy wyśpiewujesz? — zaśmiała się panna Karolina.
— Jestem na urlopie, jestem na wakacjah, w domu rodzinnym, Caroline...
— Ciocia usłyszy...
— O, zaraz usłyszy! Akurat! Usłyszy albo i nie usłyszy. Noc jest tak ciemna, że gdzie by tam kto co słyszał. Ksiądz — to musi być eo ipso — mizantrop. Jakem był w Paryżu...
— Dobże, dobże, opowiesz, co tam było w Paryżu... Ale musimy iść prędzej. Deszcz pokrapuje. Śpieszmy się!
Szli prędzej zaułkami ogrodu, w ciemności hoć oko wykol.
Ksiądz coraz bardziej postękiwał i uskarżał się na pżeszkody, a Cezary w tym miejscu zupełnie obcym musiał uczepić się ręki panny Szarłatowiczówny, żeby zaś nie ulec losowi plebana. Ręka tej wiejskiej panny, hoć maleńka, była mocna i muskularna. Uczepiwszy się raz — wojak nie popuszczał jej ze swej dłoni aż do hwili, gdy cała trujka stanęła pżed jakimś białym murem. Tutaj panna trafiła do dżwi, niewidocznyh dla Baryki, i otwożyła je. Weszli do sieni wyłożonej ciosowym kamieniem, na kturym krok dźwięczał donośnie. Ksiądz Anastazy dociągnął swe ciężkie stopy do dżwi prowadzącyh z tej sieni na prawo i otwożył je z hałasem znacznie większym ponad potżebę. Cezary hciał iść za nim, ale panna Karolina go zatżymała, tłumacząc, że jego pokuj jest dalej. Kapłan z głębi ciemnego pokoju zawołał:
— Ja już sam trafię do łużka, a ty pokaż drogę porucznikowi.
— Ładnie mię wykierowałeś, opiekunie... — szepnęła panienka ze śmiehem. — A czy aby naprawdę trafisz do łużka?
— Kpisz czy o drogę pytasz? Do łużka bym znowu nie trafił! Dobre sobie! Już je widzę, o, już je mam. Łużeczko kohane...
— Dobranoc, kanoniku! — zawołał Cezary.
— Dobranoc, brygadieże! — jęknął kapłan zapadając gdzieś głęboko.
Panna Karolina i Cezary zostali sami w pustej i ciemnej sieni. Pżez hwilę młoda gospodyni tyh miejsc szukała z pośpiehem świecy po kątah, z dala się tżymając od gościa. Wreszcie z radością w głosie oświadczyła, iż znalazła już świecę. Zaczem potarła zapałkę i roznieciła światło.
— Ten dom — muwiła — jest to jakoby dawny zbur ariański, pżerabiany wielokrotnie. Teraz tu jest mieszkanie żądcy, kancelaria i pokoje gościnne.
Otwożyła dżwi na prawo i wskazała Cezaremu pokuj, wysoko podnosząc świecę.
— Zdaje się, że pan ma tutaj wszystko, co potżeba. Widzę pościel. Zresztą pżyślę hłopca.
— Po co tam hłopca pżysyłać! Dam sobie radę. Na wojnie nauczony jestem obhodzić się po spartańsku. Nie mam żadnyh wymagań. Ale jakże pani powruci do tamtego domu?
— Jakoś powrucę.
— O, tak nie można! Ja panią odprowadzę.
— Tak! Pan mnie, bo się boję, a potem ja pana, bo pan nie trafi.
— Już trafię, skoro mi pani wskazała drogę.
— No, więc dobże. Troszkę mię pan odprowadzi, bo po prawdzie, to samej w parku nie jest miło.
— Właśnie, właśnie...
Cezary otwożył dżwi wejściowe. Deszcz już nie pokrapywał, lecz siał gęsty, ostry i natarczywy.
— Widzi pani, deszcz pada.
— A pada.
— Co tu począć?
— Pżejdę prędko.
— Ba, prędko po tym ciemnym ogrodzie, pełnym małyh świerkuw.
— Nie ma co martwić się. Tu pżecie zostać nie mogę, a u żądcostwa już śpią wszyscy na guże. Hodźmy!
Ruszyli napżud w ciemny park. Po kilku hwilah Baryka żekł:
— Nieh się pani okryje moim płaszczem. Mam płaszcz na ramionah.
— Nie. Dziękuję.
— Proszę się okryć.
— Dziękuję panu!
— Może to nie wypada, żeby pani okrywała się moim płaszczem?
— Bo i pewnie. Pierwszy raz pana widzę w życiu i już mam hodzić w pańskim płaszczu. Zresztą to nie po hżeścijańsku: pan by zmukł.
— A więc postąpmy po hżeścijańsku, z zahowaniem najdoskonalszyh pżepisuw toważyskih.
— No?
— Okryjmy się nim obydwoje.
— Z pana, widzę, zanadto dobry hżeścijanin, znawca pżepisuw toważyskih i nieco za śmiały wojownik.
— Wojownik musi być śmiały. Oto widzi pani, jaki jestem śmiały.
Muwiąc te słowa Cezary zażucił prawe ramię płaszcza na ramię panny Karoliny, a lewym okrył swe ramię. Ażeby zaś jak najbardziej ją okryć, pżyciągnął ją mocno do siebie. Panna Szarłatowiczówna odsunęła się od niego, ale niezupełnie, niezdecydowanie. Obejmując ją delikatnie i o tyle tylko, żeby nie mokła na deszczu, czuł, jak drżała na całym ciele. Głos jej drżał ruwnież, gdy muwiła:
— Nie zawsze, proszę pana, śmiałość popłaca. Ja pżynajmniej nie nadaję się do żołnierskih śmiałostek.
— Do tego stopnia i ja się nie ośmielam, żebym miał pani sprawić jaką pżykrość. Jeżeli zrobiłem, to bezwiednie i za to pżepraszam.
— Żadnej pżykrości mi pan nie zrobił. Ale otuż i dwur! Dobranoc panu! A czy też pan naprawdę trafi?
— Jak w dym!
— Życzę dobrego snu w ariańskim zboże...
Cezary skłonił się pżed jakąś obwisłą gruszą czy jabłonią, ktura go w zamian oblała kroplistym otżęsem — bo panna Karolina znikła już w mroku.
Nazajutż, wyspawszy się znakomicie, Cezary obudził się bardzo wcześnie. Deszcz podzwaniał w szyby okna i wiatr zimny pżenikał do pokoju. Słyhać było w sąsiednih izbah bohaterskie hrapanie księdza (nieznane) i Hipolita (znajome doskonale). Pokuj Cezarego był niezmiernie wysoki, o ścianah bielonyh wapnem i drewnianej powale. Okna i dżwi były wpuszczone w grube mury, co pżypominało w żeczywistości starą „ariańską” rozmuwnicę, salę zżeszeń czy modłuw. Młodzieniec w doskonałym usposobieniu wstał szybko, wymył się i wyczesał wzorowo, ubrał i wyhylił za dżwi swego pokoju. Sień z kamienną posadzką była jeszcze wyższa niż pokuj. Shody z niej prowadziły na piętro, gdzie już hodzono w ciężkim obuwiu i rozmawiano. Otwarłszy dżwi do ogrodu Baryka zobaczył park, wczoraj w ciemności postżeżony.
Park był bardzo rozległy, shodził ze wzgurka, na kturym stała „Arianka”, w duł, do dworu otoczonego sadzawkami i basenami wodnymi. Dwur był drewniany, lecz na kamiennyh podmurowaniah, kture musiały dawniej podpierać inną jakąś, bardziej wyniosłą budowlę. W parku były długie aleje grabowe, wynoszące się w pola i dalekie zarośla. W jednej takiej alei stały wokuł zmurszałe, drewniane ławki, zasypane zwiędłymi liśćmi i zalane wodą deszczową. Wszystkie aleje i uliczki były zawleczone wilgotną mgłą, ktura dla Cezarego miała jakowyś szczegulny urok. Z rozkoszą wałęsał się w długih, grabowyh nawah, nie spotykając żywego duha. Zawijał się w swuj płaszcz pżewiewny i, doświadczając ciepła w listopadowym powietżu, cieszył się, upajał, nasycał swym zdrowiem fizycznym i duhowym błogostanem. Śpiewał pułgłosem samemu sobie radosną piosenkę, skandalicznie głupią co do treści i niewybredną co do formy.
Jedna z ulic wielkodżewnyh wyprowadziła go z parku na folwark, między stodoły, sterty zboża, obory, stajnie, kupy nawozu i fioletowe gnojuwki. Tam od dawna kręcili się ludzie, z kturyh każdy osobnik witał spacerującego „pana” ukłonem. Te to ukłony zepsuły poranek ideowemu komuniście, wpędziły go w pewien rodzaj popłohu. Toteż co prędzej odszedł z tamtyh zaludnionyh okolic. Trafił do ogrodu ważywnego, a puźniej do ptasiego ogrojca. W drucianym odosobnieniu pżehadzały się tam skromne kury i poważnie defilowały koguty, raz po raz ogłaszając absolutną niepogodę wżaskliwym komunikatem, biadając pokrakiwały indyczki i rozpuszczały tęgie piura z dzikim bełkotem indory, na puł obłąkane z manii wielkości. Wspaniały paw siedział na płocie nieruhomy, jakby wyżeźbiony z brązu wielobarwnego, pewien uroku swyh piur i koloruw swej szyi. Wżaskliwe perliczki niestrudzenie i kłutliwie wykżykiwały jakieś, doprawdy, niepżyzwoite pżezwisko. Niepożądne kaczki hłeptały strawę, nużając dzioby, nogi i bżuhy w korytku — gęsi wydawały co pewien czas iście dulskie i klępie głosy podziwu nad wszystkim i nierozumienia nic a nic na tym świecie. W tym społeczeństwie było tyle ciekawego życia, że Baryka formalnie zagapił się na ten sowiet ptasi.
Popsuła mu kontemplację scena najzabawniejsza pod słońcem. Oto zjawiła się w pobliżu hlewikuw i kurnikuw panna-podlotek, jakaś wysmukła i wiotka gidia pensjonarska. Wyszła z domu, w kturym Baryka noc pżepędził. Była to najoczywiściej pżyjezdna — z miasta czy z daleka — krewna kturegoś z oficjalistuw, gdyż w sposub wielkomiejski wszystkiemu się dziwiła i co krok trafiała kulą w płot, pytając o wszystko pżehodzącyh na bosaka i w wysokim podkasaniu „dworek” folwarcznyh. Tak to obserwując wszystko, panna zabrnęła między perliczki, kturyh całe stado wykżykiwało popod kżakami pożeczek. Czym tym Afrykankom zawiniła, Cezary nie spostżegł. Nagle stała się żecz nieoczekiwana i fenomenalna: jeden z osobnikuw staryh, ze zgiętą szyją i nieproporcjonalnie małą głową niebieską, a więc samiec tego hałaśliwego rodu, żucił się ku rozlazłej pannie z pazurami i groźnie rozwartym dziobem. Skakał wprost z ziemi aż do bżuha oniemiałej dzieweczki. Ogon, zawsze zgięty ku dołowi, teraz stał się jakby nowym szponem tego potwora, niebieski na głowie rożek, w tył zakżywiony — nowym pazurem. Pżeraźliwy kżyk perlicy, najwyraźniej po polsku pżeklinający — „psiakrew! psiakrew! psiakrew!” — i atak tego szarego jajka z mnustwem pazuruw, dziobuw, hakuw tak pżeraził dziewoję, iż z wżaskiem pżewyższającym okżyki perlicy żuciła się do ucieczki. Nogi, ręce, sznurowadła, paski od swetra, wstążki, warkocze, falbanki majtek wiewały w powietżu, a bek rozpaczliwy rozdzierał jesienne sielskie powietże. Perlica nie dała za wygrane, nie dała się ugłaskać tak wyraźnymi objawami kapitulacji, lecz żuciła się w pogoń za pieżhającym dziewczęciem z kżykiem swoim, nabierającym coraz groźniejszyh akcentuw bojowyh.
Pżerażona panna wyrywała do „ariańskiej” oficyny, coraz szybciej biorąc za pas nogi. Wreszcie wpadła do wielkiej sieni od strony dziedzińca. Tam napełniła spazmatycznymi jękami i wołaniem na pomoc jakiejś cioci wysokie pżejścia i shody, aż zatżasnąwszy za sobą dżwi na guże pżycihła wreszcie w warowni piętra. Perliczka jednak i tam nie ustała. Goniła mężnie swą ofiarę do sieni z kamienną posadzką, wpadła do wnętża i do podnuża shoduw i, stojąc w groźnej postawie na wprost klatki shodowej, gdzie jej spżed oczu znikła mieszczanka, długo jeszcze ogłaszała światu zwycięstwo, wywżaskując swoje „psiakrew! psiakrew! psiakrew!” Parobcy, baby z czworakuw, dziewczyny folwarczne dawno nie miały tak efektownej rozrywki. Niektuży z hłopuw pokładali się na ziemi ze śmiehu, patżąc na tę scenę. Nawet kiedy już kusa perliczka, syta sławy i tryumfu, wracała spod „Arianki” do swojej gminy, jeszcze wielkomiejska panna nie śmiała z domu nosa wyściubić.
Zimno jesienne pżejęło jednak obserwatora. Postanowił pujść do dworu, obejżeć go po dniu i — last not least — coś ciepłego wypić czy też pżekąsić. Miał zresztą szczery zamiar podzielić się porannymi wrażeniami z panną Karoliną, a nade wszystko dowiedzieć się od niej, kogo to tak zawzięcie zwalczała i ostatecznie pokonała Afrykanka na folwarku. Nosił się nawet z myślą, aby specjalnie zapoznać się z ową pokonaną „stroną” i pogawędzić z nią w ogule o perliczkah. Po cihu obszedł dwur nie napotykając żywej duszy. Wszystkie okiennice były jeszcze pozamykane i cisza wewnątż panowała. Dwur był ogromny, z dahem łamanym. Ponad tym dahem rozpościerały się konary wielkodżewuw.
Odnalazłszy wczoraj poznane shody głuwne Cezary Baryka wszedł do głuwnej sieni. Z tej sieni były otwarte dżwi do pokoju stołowego, gdzie popżedniego wieczora ucztowano. Pusto tutaj było, lecz już spżątnięto do cna wczorajsze nakrycia. Ogień palił się na wielkim kominie z zielonyh kafli. Widok i tżask tego ognia podczas pżejmującego poranka sprawiał istną rozkosz. Wielkie płonące polana sosnowe czy jodłowe napełniały obszerną i dość surową salę jak gdyby śmiehem i gwarem licznyh biesiadnikuw. Baryka ogżał ręce pżed ogniem, ale w pobliżu ogniska było za ciepło. Toteż spostżegłszy dużą, starą sofę w rogu sali, żucił się ku niej, zasiadł w najdalszym jej kącie i zapatżywszy się w daleki blask ognia na kominku, począł „myśleć sobie”. Kontemplacja ognia, a pży jego blasku wspominanie i mażenie, śnienie, dżemanie duhowe, myślenie obrazami o wszystkim pżeżytym i mętne powzięcie o niedożytym, o widzianym i pżeśnionym — stanowiło istne nużanie się w swym jestestwie, oglądanie swej jaźni.
Lecz te hwile zostały zakłucone. Cezary Baryka doznał pżerwy w swyh myślah, niczym Tadeusz Soplica po pżyjeździe na wieś. Trohę się to tylko odbyło inaczej. Oto gdzieś daleko, w sieniah i czeluściah domu dało się słyszeć nucenie wczorajszej piosenki księdza Anastazego — „Caroline, Caroline...”
Dżwi się otwarły i weszła do sali jadalnej panna Karusia we własnej osobie — ale w jakimże dezabilu! Oto — po prostu w koszuli. Gdzieś tu, widać, w sąsiedztwie jadalni sypiała, toteż wprost z łużka pżyszła do ognia ogżać się troszeczkę. Miała na nogah bez pończoh wsunięte miękkie i mocno pżydeptane pantofle, włosy rozpuszczone i — powiedzmy całą prawdę! — rozkudłane, kture właśnie rozczesywała, a na sobie jedynie krutką koszulę, mocno powystżyganą i koronkowo-pżejżystą u gury. Stanąwszy pżed wielkim ogniem kominka, panna Karusia poczęła wyczyniać rozmaite piruety i krygi — pżehylać się i wyginać. Zapewne w celu zagżania tu i tam podczas tak hłodnego poranka, zadzierała i tak już krutką koszulinę — albo znowu zasłaniała się nią bezskutecznie, gdy zanadto w jakim miejscu pażyło. Podśpiewując i balansując czesała swe długie, pozłociste włosy. Wykonywała już to prawą, już lewą nogą lekkie pas w stronę ognia, jakby sama była na scenie, a tańczyła bahiczny tan ku uciesze widzuw siedzącyh nisko na parteże, w głębi gorejącego pieca. Cezary był zahwycony tym widokiem, hoć nie siedział w parteże, lecz w dalekiej loży. Nigdy nie miał pżed oczyma kształtuw kobiecyh tak harmonijnie pięknyh i młodzieńczo jędrnyh. Każdy ruh i pżegub ciała panny Karusi był pełen niezwalczonego powabu. Lecz pżecie brutalstwem było zbyt długie napawanie się widokiem rozmamania młodej piękności. Toteż Baryka, po dość długim zresztą namyśle, hżąknął i żekł wesoło:
— Obawiam się, że włosy pani mogą się zapalić od ognia i wtedy...
Nie miał czasu na dokończenie zdania zawierającego obawy tak słuszne, pżewidujące, niemal ojcowskie — gdyż panna Szarłatowiczówna wydała nagły okżyk — niczym tamta dziewoja uciekająca pżed perliczką — i runęła we dżwi z takim impetem, że o mały włos nie wyrwała ih z zawias. Odkąd te dżwi były dżwiami, klamka klamką, a zawiasy zawiasami, nigdy jeszcze nikt nie potraktował ih w sposub tak wybuhowy. Stare, spaczone dżwi długo jeszcze hwiały się na pżerażonyh hakah i szczękały wystraszoną klamką. Ogień na kominie zdawał się stżelać i tżaskać, buzować i huczeć ze śmiehu z podwujną i potrujną swą mocą, jakby tam w głębi żeczywiście tłum rozbawiony oklaskiwał pżygodę panny Karusi.
Cezary nie wiedział, czy ma siedzieć na swym miejscu, czy, głęboko zawstydziwszy się, wstać i wyjść. Został. Po pewnym czasie nadciągnął Maciejunio w rannej kurtce, a nawet w małej czapeczce, kturą musiał widywać na łysinah maître d’hôtel’uw w czasie podruży po Europie z nieboszczykiem jaśnie panem — „Panie, świeć nad jego duszą...”
Maciejunio, dostżegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zamartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczuw największy pżyjaciel, czeka! Zakżątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiehu. Wnet napędził do tej sali bosyh pokojuwek, jakihś małyh „podręcznyh” Piotrków i Florków. Nakryto stuł i piorunem wniesiono koszyki z hlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suhymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoikuw z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił „masełko”, tam rogaliki. Pod siwym pżystżyżonym wąsem uśmiehał się spoglądając na pewien słoik, ktury nieznacznie wskazywał, i coś „ośmielał się” szeptać z ciha na jego wielką, bardzo wielką pohwałę. Cezary pżysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętża. Od wczorajszyh doświadczeń polegał na zdaniu Maciejunia. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem — nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki — „kawusia”, rozlewająca aromat swuj na dom cały. W kamiennyh także garnuszkah podsuwano porcje śmietanki. Z kożuszkami zagożałymi od ognia uśmiehały się do gościa te kamienne garnuszki, pżypiekane pżez ogień zewnętżny.
Cezary, nie czekając na domownikuw, zabrał się do „kawuńci”, kożuszkuw, „śmietaneczki”, hleba, ktury płatał po żołniersku, do rogalikuw, kture hrustał od jednego zamahu — do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio pżewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pohwalał oczyma, uśmiehem albo ruhem niepostżeżonym zabiegi i czynności gościa. Na pytanie, czy nikt z domownikuw jeszcze nie wstał, stary sługa dał odpowiedź, iż śpią jeszcze wszyscy. Panna Szarłatowiczówna wstała już wprawdzie, ale teraz powruciła znowu do łużka, a do stołu dziś w ogule nie zasiądzie, gdyż jest niezdrowa.
— Doprawdy? Zasłabła? — troskał się młody Baryka.
— Jakoś... Bul głowy. Febra. Bo to teraz te ciągłe zmiany pogody. To pogoda, to masz! znowu niepogoda. Nigdy tego dawniej nie mieliśmy w naszyh tutaj stronah. Była pogoda, no to pogoda. A teraz... Widać panienka z tej ciągłej niepogody wpadła w zapalączkę. Niektuży muwią, że to wojna wpływa tak na tę niepogodę. Ciągłe stżały z armat... Ale my tutejsi nie możemy tego wiedzieć.
— Może być, że to i wojna... — westhnął Cezary zmiatając najpżedniejszą marmoladę z bżoskwini.
Nie wszyscy jednak byli we śnie pogrążeni, bo oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwih podskokah Hipolit Wielosławski wbiegł na ganek. Za hwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniah i niewidzialnym kuhennym ośrodku. Wjehały zaraz nowe tace, nowe bohenki na miejsce nadwyrężonyh pżez Barykę, nowe koszyki z rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.
Hipolit jadł co się zowie. Do smakołykuw podanyh żądał dodatkuw w postaci „serwelatek”, szyneczek, serkuw takih i owakih. Nasycił się wreszcie, żucił serwetę i wstał od stołu.
— A gdzież to panna Karolina? Jeszcze śpi? — pytał Maciejunia.
— Właśnie... jaśnie panienka jakoś nam dzisiaj niezdrowa.
— Leży?
— Uhowaj Boże! Nie obłożnie, ale nam jakoś niezdrowa.
— Rozumiem. A niehże wam będzie niezdrowa! No, Cezary — do koni! Idzież ze mną?
— Jeszcze by też!
Wyszli hucznie, buńczucznie. Dziedziniec był brukowany, niczym plac miejski. Stajnie mieściły się na drugim jego końcu. Dżwi tam były otwarte i na progu stajni czekał wyprostowany i wypucowany Jędrek w spodniah w czarno-białe kratki i czerwonym lejbiku. Hipolit wpadł skokiem do stajni i witał się z końmi. Wielkim głosem wołał po imieniu na wieżhowce, kturyh miał osiem, witał się z cugowymi i „brakami”. Hodził od grudzy do grudzy to pokżykując, to pieszcząc się z końmi, jakby z najlepszymi pżyjaciułmi. Miał łzy w oczah i uśmieh szczęścia na tważy.
Krok w krok hodził za nim Jędrek, stajenny. W każdym ruhu, w tonie głosu, uśmiehu i zasmuceniu naśladował swego pana — nie muwiąc już ani słowa o poglądah, mniemaniah i zasadah zaruwno stajennyh, jak ogulnoświatowyh. Cezary wywnioskował z obserwacji, że uw Jędrek mieści się bez reszty w Hipolicie Wielosławskim. Jest w nim i krąży całą swą istotą wewnątż tamtego niczym jakowaś planeta ciemna dokoła świetlistego słońca. Na wyprawie wojennej, w obcowaniu z osobami wysoko postawionymi Jędrek nauczył się używania wyrazuw ozdobnyh, paradnyh, niejako krasomuwczyh i wysoko stylowyh. Muwił, wciąż wtykając tu i tam, a nie zawsze we właściwe miejsce — „ewentualnie”, „naturalnie”, „faktycznie”, „względnie” — a zwłaszcza „absolutnie”. Tego „absolutnie” wprost nadużywał. Nadużywał ruwnież pżysłuwka „jednakowoż”, ktury zjawiał się w jego ustah ni w pięć ni w dziewięć w zwykłyh zdaniah oznajmiającyh. Jędrek muwił na pżykład:
— Muszę to pokazać: kasztan pżyhudł, a jednakowoż „Angielka” także pżyhudła.
— Sam to doskonale widzę, ale coś ty — pżepraszam — robił od rana?
— Wyżucałem spod cugowyh nawuz, ewentualnie gnuj.
— Dlaczego kasztan pżyhudł? Koń tyje od zgżebła. Wiesz ty o tym czy nie?
— Absolutnie!
— Ale kto temu winien, że kasztan pżyhudł? Gadaj!
— Ścierwo Namulak jeździł na kasztanie po pocztę.
— Na moim koniu po pocztę! Po pocztę! Na kasztanie! Pasy będę darł!
— To samo powiedziałem panu żądcemu. Na naszym koniu, na kasztanie, po pocztę! Pasy dżeć! Namulakowi za ruszanie naszyh koni zaraz dałem w kufę, względnie w mordę, raz i drugi.
— Właśnie, właśnie, filozofie!
— Właśnie! Muwię: dryniu, naszyh koni łapą swoją czarną — ni-ni! Wara od naszyh koni! Absolutnie!
Ten właśnie wyraz w postaci już to zupełnej, już nie wykończonej, wciąż syczał w jego wargah. Pżehodząc od konia do konia, pżyjaciele obserwowali tu suhość głowy i odnuża, twardość kopyt w kształcie kubka, o rogu niezłomnym i lśniącym — tam delikatność skury, jedwabistość sierści gładkiej i połyskliwej. Na widok pżyhodniuw konie zwracały ku nim głowy o wielkih, rozdymającyh się nozdżah, o oczah pżedziwnie żywyh, nakrytyh z lekka cienką powieką. Żyły ih, oczywiste pod krutkim uwłosieniem, wzdymały się i widać było, jak krew w nih płynie, zaiste, grając pżecudną pieśń życia. Pżestępywały z nogi na nogę, a ruhliwe uszy zdawały się pilnie nadsłuhiwać, co ci pżyhodnie do siebie muwią. Hipolit klepał swyh ulubieńcuw i ulubienice po wystającyh kłębah, po kżyżah ruwnyh i szerokih, po pohyłyh łopatkah i cienkih, długih, wygiętyh szyjah. Tu i tam wymawiał imię pieszczotliwe i pżytulał tważ do wystającyh kości wielkih policzkuw. Cezary zaglądał w te oczy nieznane, pełne rozumu, ognia i tajnyh mażeń, kturyh nigdy nie obejmie i nie zgruntuje mażenie człowieka. Słuhał krutkih, niejasnyh westhnień, kture raz w raz z potężnyh, głębokih piersi wznosiły się, muwiąc o tęsknocie za jadłem i napojem, wiekuistym źrudle żezi i mordu wśrud podłego białyh dwunoguw rodu — czy o tęsknocie za czymś innym, zupełnie dla dwunoguw niewiadomym, dalekim, sennie upragnionym. Wśrud tego radosnego z końmi obcowania, gdy miłe, podniecające było tu wszystko, nawet zapah amoniakowy i odur potu zwieżęcego — pżeszyło Cezarego uczucie obcości i samotności. Jakoby pżekazani głębiom jego duszy pżez oczy końskie z othłani ih egzystencji, załkał w nim ojciec i załkała matka. Myśl gożka i cierpka, owoc wszystkiego, co w swym życiu widział, nasunęła wewnętżne, zjadliwe pytanie:
„Kiedyż nadejdzie podły dzień, iż tenże Jędrek posiądzie odwagę i zdobędzie się na siłę, żeby jaśnie pana hwycić za gardło i bić w kufę, względnie w mordę? Czy też Maciejunio da radę, czy potrafi wyphnąć jaśnie dziedziczkę za dżwi głuwne, właśnie w pazury motłohu? Czy potrafi wpuścić biedę okolicznyh wsi, ażeby nareszcie zobaczyła, co to tam jest, co się mieści w salonie, w środku tego starego dworu, bardziej niedostępnym i bardziej tajemniczym dla tłumu niż święty kościuł w Nawłoci?”
Cezary odephnął od siebie tę myśl wstrętną i nahalną, ktura go już od wczorajszego wieczoru napastowała. Właśnie Hipolit Wielosławski wydawał rozkazy:
— Linijkę! Czy linijka oczyszczona, nasmarowana, gotowa?
— Absss...
— Kasztan do linijki!
Zwracając się do Cezarego spytał:
— Czaruś, jedziesz ze mną?
— Jadę.
— Jeszcześ tak, braciszku, nie jeździł na tym padole. Zobaczysz! Kasztan do linijki!
Piorunowymi skokami i nagłymi ruhy Jędrek wytoczył z sąsiedniej wozowni linijkę, wuzek na wysokih kołah, z wąskim siedzeniem podłużnym, ktury pżypominał swym kształtem hudego pająka. Wnet lśniąca upżąż nażucona została na kasztana i sam ten wspaniały koń znalazł się między dwoma drążkami zapżęgu. Kościsty i muskularny czteroletni biegun wzdrygał się pod upżężą i bił kopytem w kamienie podwurca. Hipolit hwycił lejce z rąk Jędrka i zaprosił Cezarego, żeby usiadł tyłem do niego, w postawie „dartego orła”. Obadwaj mocno oparli nogi na żelaznyh prętah wewnętżnyh, okalającyh osie, Hipolit ujął bat w rękę i cmoknął na kasztana. Koń poszedł z miejsca ostrym kłusem.
Z początku Hipolit Wielosławski jehał szerokim gościńcem, pełnym wybojuw i wądołuw, i na tej drodze nie mugł wypuścić kasztana w bieg pełny. Cezary siedząc tyłem do konia, pierwszy raz oglądał krajobraz wybiegający niespodziewanie. Widoki pul wypadały pżed jego oczy z dwu stron jako części nie łączące się ze sobą. Było to dziwne wrażenie podwujnej nowości i obcości, a jednak pełne powabu. Dzień był mglisty, zimny i senny. Pola już zupełnie puste. Tylko tam i sam, daleko widnieli jeszcze ludzie, ktuży nad czymś pracowali. Plamy ih ruhome i ciemne pżesuwały się po żułtyh i szaryh polah, po powieżhniah jakby odartyh ze skury, dookoła samotnyh wozuw. Kędyś daleko płonęło niewidzialne ognisko i siwy dym długą smugą we mgły pżepływał.
— Dobijamy do szosy — żekł Hipolit. — Teraz ruszymy. Czuj duh!
— Rozkaz!
Hipolit ujął Cezarego obiedwiema rękami pod łokcie w ten sposub, że się spletli nierozerwalnie. Linijka z nagła zaturkotała wbiegłszy na szosę kamienistą, kostropatą od spiczastyh kżemykuw i granituw. Hipolit zaciął kasztana raz, drugi i tżeci. Koń żucił się napżud i poszedł w pełny galop.
Linijka poczęła z warczącym hałasem miotać się od rowu do rowu, od pryzmy tłuczonego kamienia do pryzmy. Ten bieg wciąż jeszcze wzmagał się od siarczystyh razuw. Wreszcie pżeszedł w skok szalony, co siły w biegunie. Cezary już nic nie widział. Cały jego wysiłek polegał na zahowaniu ruwnowagi i utżymaniu oparcia o plecy Hipolita. Koła wuzka zdawały się nie dotykać ziemi, a zamiatały szosę w prawo i w lewo, coraz częstotliwiej furkocząc.
— Teraz uwaga! Pełny bieg! Full pace! — wżasnął Hipolit.
W istocie, nastał bieg tak pełny, że Baryka pżymknął oczy. Czekał na katastrofę. Rad by był wydobyć ręce spod uścisku łokci Hipolita i w pełnym biegu zeskoczyć, lecz Wielosławski nie popuszczał swego pasażera. Kżyk jego, popędzający konia, stał się dziki i srogi. Bat jego świstał. Ta wariacka jazda trwała tak długo, że pasażer stracił wszelką nadzieję, żeby się kiedykolwiek skończyć mogła. Czuł zawrut głowy i mdłości.
Za żadną jednak cenę nie byłby się pżyznał do tego nierycerskiego stanu. Milczał mężnie i wytrwale czekał. Jak pżez sen usłyszał w tym locie jakieś nawoływanie. Zobaczył jakieś z boku ruhome plamy, ale tak niejasno, w takih gzygzakah, że to nie dotarło do jego świadomości. Lecz oto Wielosławski począł zdzierać lejcami swego skakuna. Linijka pędziła jeszcze, lecz już bardziej środkiem szosy. Hipolit puścił ręce Cezarego i z całej siły siepał w tył lejcami rozbieganego konia. Wreszcie pżeforsował go, puścił w kłus i stanął na miejscu.
— Patż, jak mię ten wariat użądził! — zawołał Hipolit zeskakując z linijki na ziemię.
— Ktury wariat?
— Jeden z wariatuw...
Istotnie, cały Hipolit był zabryzgany błotem, lepki od stup do głuw. Tważ jego ledwie było widać pod bryzgami.
— Zdaje mi się, że na nas ktoś wołał — żekł Cezary.
— Skąd?
Rozejżał się po polah i roześmiał radośnie:
— A! Pani Laura...
— Gdzie jaka znowu Laura?
— Sąsiadka nasza, pani Laura Kościeniecka, ze swym nażeczonym. Patżże!
Cezary obejżał się dookoła i żeczywiście spostżegł „sąsiadkę”. Zbliżała się młoda dama sadząc ślicznymi, wspaniałymi skokami na pżepysznym szpaku. Obok niej kłusował jeździec na gniadym wieżhowcu. Dama jehała po męsku, doskonale tżymając się na siodle i świetnie władając koniem. Gdy z polnej drogi zbliżyła się do szosy i miejsca postoju bohateruw linijki, Cezary mugł oglądać jej obcisły struj męski, lekkie buty, żułtawe ineksprymable, krutki spencerek i niski, okrągły kapelusz. Bujne blond włosy nad wyraz pięknego koloru, zwinięte w duży węzeł w tyle głowy, doskonale były ujęte pżez owo niskie nakrycie głowy. Dama śmiała się do rozpuku, pżypatrując się z uwagą Hipolitowi.
— Pospieszamy panu na pomoc, miły sąsiedzie! Jehaliśmy właśnie z panem Władysławem moimi granicami — aż tu widzimy, że kogoś na trakcie konik ponosi — ha-ha-ha!...
— Myli się pani. Konik nas wcale nie ponosił... — obużył się Hipolit.
— Doprawdy? Nie? A to się cieszę. Bo już wspułczułam bliźniemu.
— Dziękuję w każdym razie za wspułczucie w swoim imieniu i w imieniu mego pżyjaciela, Cezarego Baryki.
— A! — skinęła głową pani w stronę Baryki. — Zdaje mi się jednak, że moje wspułczucie raczej ubodło sąsiada... — ciągnęła złośliwie, zwracając się znowu w stronę Hipolita.
W ogule „pżyjaciela Baryki” zdawała się nie dostżegać, jakby był czymś daleko mniej interesującym w tym zapżęgu niż koń kasztan.
— Ależ go pan zmydlił! — wtrącił mocnym, basowym głosem toważysz pani Kościenieckiej. — Cały koń w pianah. Myślę, że go pan napalił. Ależ dyha! Kiedyż pan powrucił?
— Wczoraj.
— Tiens! — syknęła pani. — I już dziś rano tak forsowna eskapada!
— Na wojnie pżyuczono nas rano wstawać.
— A pan także z wojny? — zapytała młoda dama zwracając się do Cezarego.
— Tak. Oczywiście. Tak jest, z wojny.
— Pan pozwoli, że się pżedstawię... — żekł do Cezarego swym najniższym basem toważysz pani Kościenieckiej. — Jestem Barwicki.
— Baryka.
— Z uszanowaniem patżę na prawdziwyh żołnieży... — muwił z oczyma pżymrużonymi hytrawo. — Sam tutaj jedynie na miejscu działając w zakresie organizacji i świadczeń, prawdziwie cześć mam dla żołnieży.
— Wiadomo pżecie, że pan nie mugł iść ze względu na swą astmę... — wtrąciła pani Kościeniecka.
— Pan Władysław hory na astmę? Tak? Nic nie wiedziałem... — dziwił się Wielosławski. — To widocznie podczas wojny musiał się pan tej astmy nabawić...
— Gdzież tam! Już dawniej pan Władysław miał ataki duszności, a teraz się to uwidoczniło, gdy go lekaże podczas superrewizji zbadali.
— Życzę panu z serca powrotu do normalnego zdrowia! — muwił Wielosławski z najszczerszymi drwinami do potężnego jeźdźca, ktury mugłby pospołu ze swą astmą mury forteczne łamać.
— Dziękuję, dziękuję... — bełkotnął tamten ściskając co prędzej wyciągniętą prawicę.
— A czy panowie zdają sobie z tego sprawę, że jesteście na moim polu? — żekła nagle pani Kościeniecka. — Zajehaliście moje dziedziny. „Gdy jeleń wszedł w moją puszczę, jeleń muj”. Proszę do mnie na śniadanie.
— Pani Lauro! W takiej postaci? Proszę spojżeć na mnie okiem uwagi i litości. Czy w takim stanie zabryzgania mogę jehać do Leńca?
— Może pan jehać! Jeszcze się tam w Leńcu może znajdzie jaki kawałeczek mydła, to się pan cudnie odmyje, a hłopiec panu ubranie oczyści.
— Ależ my jesteśmy wprost ze stajni!
— Powiedziałam, że proszę na śniadanie.
— Pani!
Piękna amazonka zawruciła swego szpaka na miejscu i zjehała z szosy na boczną drogę, biegnącą w popżek niw zabronowanyh i osnutyh cienką siecią ozimin.
Za nią ruszył jej nażeczony. Obadwaj wojskowi wsiedli znowu na linijkę i pojehali za tamtą parą. Cezary zwrucił się teraz tważą do konia i mugł widzieć amazonkę. Świetnie, a nade wszystko zgrabnie siedziała na koniu.
Była wysmukła, niezwykle kształtna, muskularna i, widać, mocna — ani zbyt huda, ani zanadto tłusta. Oczy miała iście lazurowe. Nie było w niej ani cienia kokieterii, pżesady, nieszczerości, snobizmu. Była naturalna i solidna w każdym ruhu, słowie, uśmiehu. Nawracała kilkakroć do linijki, żeby o coś zapytać albo coś wesołego powiedzieć. Wtedy jej koń wpadał na wywalcowaną rolę, kturą jeszcze niedawno ostry, ranny deszcz uklepał — i kopyta jego po pęciny zaklękały się w świeże ciasto uprawy. Wtedy uda, piersi, ramiona jeźdźczyni harmonijnie z ruhami konia unosiły się, opadały i ciągnęły na siodle. Lekko się pżehylała albo wdzięcznie gięła do taktu ze skokami wieżhowca. Pżeśliczna jej tważ wyrażała czerstwe zdrowie, a nadobna pierś oddyhała w spazmah ruhu, swobodnie wciągając i wydając powietże, kture wcale jeszcze nie pżeszło pżez płuca niczyje.
Była w tej pani jakaś ceha otwartości, ktura nakłaniała do uczuć pżyjaznyh.
Ale piękność jej i oczywista na siodle niejako bryłowatość wdzięku ściskała widokiem swoim wnętże patżącyh młodzieńcuw. Oczy im się jażyły. Gdy para nażeczonyh cokolwiek się oddalała, żeby wśrud uśmiehuw szeptać o swyh sprawah, Hipolit z ciha uświadamiał Cezarego:
— Wdowa. Laura. Pierwszy mąż Kościeniecki. Jakiś tam pisaż, literat, historyk. Umarł dwa lata temu. Majątek miał śliczny — o, ten, co go widać — Leniec. Kościeniecki był zawsze strupieszały, hory, mizantrop. Nie miał o czym gadać z nikim w sąsiedztwie. Pżykry był człowiek. No, umarł. Teraz się ten Barwicki rozbija o jej rękę. Są po słowie, nawet, widzę, baba podkohuje się w tym astmatyku.
— No, od czeguż by była Laura? Romantyczne macie imiona w okolicy.
— Et, to bogaty nuworysz. Ma ci śliczny majątek, Suchołustek, nadto para się pżemysłem, handluje. Bogacz. Spryciaż pierwszej klasy. Nie mogą się tak zaraz pobrać, jakby on pragnął, bo matka Kościenieckiego mieszka w Leńcu. Interesa są powikłane. Kościeniecki z pierwszą swoją żoną miał dwoje dzieci. Te dzieci mają pretensje i prawo do części majątku. Ona sama nie może spłacić ani matki, ani tamtyh dzieci. I tak dalej. A temu Barwickiemu pahnie także i Leniec, boby wszedł między solidne toważystwo... Jak się to hycel do niej podsadza! Widzisz ty?
— Ejże, Hipeczku, czy tylko żułta zazdrość pżez twe usteczka się nie sączy!
— Ja? Do tej Laury? Nie! Baba jak malowanie... To prawda. Ale mogę wytżymać.
— Szczeże muwisz?
— Tobie bym, bracie, szczeże nie powiedział! Wiesz, jak to ten moskiewski ofik mawiał w takih razah...
— Wiem, wiem!...
Ah, jakże piękną była drużka, dwukolejka, kturą jehali! Nic w niej, co prawda, nie było szczegulnego. Tu i tam, zapomniane pżez ludzi, nie nagabywane z braku czasu — rosły na niej tarki i głogi najeżone srogimi kolcami. Głogi miały teraz na sobie owoc swuj rużany, o koloże piękniejszym niż najwdzięczniejsze usta kobiece. Rosły pułkolem, zagajem, wśrud kamieni, kture z pola praszczury parobkuw te niwy ożącyh wyorały i w to miejsce sygnęły. Tak toto porosło i kżewiło się w polu. — A potem pżestżeń bezdżewna w jasnej glebie. Kędyś na horyzoncie aleje w Nawłoci — bliżej kępy dżew Leńca.
Para nażeczonyh puściła się pżodem, dając z oddali znaki wojownikom, żeby się pospieszali. Sadząc na ślicznyh koniah w jasnyh rolah, tamci dwoje stanowili świetne stadło. Cezary mruknął:
— Dobre sobie! Zanim pżyjedziemy, już będzie po wszystkim.
— Akurat! Umie się ona cenić. Aby ona umie! Mądre to jak sam diabeł.
— Po cuż by tak wyrywali?
— Żeby nas godnie pżyjąć. Zobaczysz... Ale na wszelki wypadek — jazda! Żeby temu grubasowi popsuć szyki!
Powieżhnia zniżyła się w rozduł, na kturego dnie wśrud niezbyt rozległyh łąk płynęła żeczka w urwistyh bżegah. Dalej, za hwiejnym mostkiem, było wzguże, na kturego szczycie wznosił się uw Leniec. Wnet linijka zaturkotała pżed gankiem „pałacu”. Była to raczej willa niż pałac albo dwur. — Piętrowa, z lustżanymi szybami, z dahem niemal płaskim i szpikulcem na szczycie, mogła stać w byle letnisku i należeć do fabrykanta Niemca lub Żyda nowobogacza. Nawet amorkuw na gurnym gzemsie tej willi, tżymającyh wieńce grubo i szczodże pomalowane na olejno, nie oszczędzono tej sarmacko-barbażyńskiej okolicy. Dwaj panowie z Nawłoci, oddawszy konia oczekującemu „człowiekowi”, weszli po betonowyh (tu i tam srodze nadpękniętyh) shodah do sieni, skąd wyfraczony lokaj poprowadził ih wprost do łazienki. Myli się tam, czesali, oczyszczali z błota i dziwnie nadobni zjawili się w salonie. Lecz minęli ten salon i pżeszli do następnego pokoju, gdzie stała duża szafa z książkami, bardzo pięknie pooprawianymi w skurę i safian. Tam siedział pan Barwicki z książką w ręku. Pani domu nie było.
— Widzisz... — znacząco mrugnął na Cezarego Hipolit. — Widzisz, jak tu pięknie...
— Prawda... — uśmiehnął się Cezary. — Miałeś rację muwiąc, że tu tak pięknie.
Pani Kościeniecka niepostżeżenie zeszła ze shoduw, kture z holu wejściowego prowadziły na piętro. Była ubrana w skromną, modną suknię. Jej uroda zajaśniała teraz inaczej. Było dziwnie, niemal zdumiewająco patżeć na nią tak odmienioną. Włosy pozbawione kapelusza zalśniły pozłocisto, ramiona w wyciętej sukni odsłoniły się w pżepyhu linii doskonałyh i w niepospolitej ih krasie. Odziana w miękkie, niemal pżejżyste szaty, pani Laura była niepodobna do siebie samej. Udeżająco odmiennie pżedstawiała się jej stopa w lakierowanym pantofelku, ta sama stopa, co z tak sprężystą, żelazną mocą wpierała się w żelazo stżemienia. Łydki obciągnięte szarym jedwabiem pończohy były teraz wysmukłe jak u podlotka. Oczy tylko zostały te same, szczere i prawdomuwne. Natomiast usta były mniej istotne i szczere, gdyż z lekka pociągnięte barwiczką, pżypominającą kolorem swym barwę owocu dzikiej ruży.
Cezary siedział obok szafy bibliotecznej i pżypatrywał się oprawom książek. Niekture z tytułuw, wyzłocone na gżbietah, obojętnie odcyfrowywał. Pżypomniał sobie, pżypomniał... Szafa ojcowska, książki... Tak samo stały książki i snuły się wstęgą złoconą tytuły. Pżypomniał sobie rozkład i użądzenie swego rodzinnego domu. Westhnął sam pżed sobą nad swoją dolą. Obcy jest wszędzie, sam. Jakiś cudzoziemiec między rodakami, jakiś zbłąkany pies bez domu, pana i podwuża. Patżył na książki, a myślał o tym, że wszystko jest niepewne, dorywcze, pżemijające, podległe bestialskiemu zniszczeniu. Gdzie są książki ojca, gdzie dom, gdzie ojciec, gdzie matka? Zabici są jak psy, za jakąś pierworodną winę — żuceni są do rowuw jak psy!
Praca ih życia na nic się nie zdała. Nie wiedzieli, że zarabiają na każącą śmierć. Życie ih całe było jakowąś śmieszną pomyłką, krwawym nieporozumieniem.
A ci tutaj wszyscy są tak pewni swego. Do liha! Nic nie widzieli, co jest, co bywa na świecie, a tak są pewni swego. Czemu oni są tacy pewni, gdy pewnego na świecie nie ma nic. Tak strasznie nic. On jeden pżecie, Cezary Baryka, własnymi oczyma zobaczył, jak pewnego nic nie ma...
— Pan lubi książki? — zapytała pani Kościeniecka siadając napżeciwko.
— Książki? Nie bardzo. Lubię piękne oprawy.
— A samyh środkuw, wnętż między oprawami, już nie?
— Nie bardzo. Zresztą — czy ja wiem... Teraz nie było czasu czytać, a dawniej, gdy było można, nie było znowu hęci.
— A pan jest z kturyh stron? Pżepraszam za babską ciekawość...
— On jest z Baku... — żekł Hipolit.
— Aż z Baku! — dziwiła się pani Laura szczeże i prawdziwie.
— Ojciec muj tam mieszkał. Matka tam umarła.
— Ale pan tutaj u nas zostanie? W naszej okolicy?
— Jakiś czas.
— Tutaj, w tej okolicy, w każdym razie zabawi pan dłużej. Prawda, panie Hipolicie? Bo tu mamy plan. Mamy plan balu w Odolanach. A tanceży ani na lekarstwo! Pan pżecie tańczy?
— Owszem, tańczę.
— W takim razie jest nowy tanceż! Doskonale!
— Nie wiem, kiedy jest ten bal. Nie wiem, czy będę mugł być na nim.
— Czaruś! muj drogi, pożuć no ten temat. Nie ty w tyh sprawah decydujesz, tylko ja.
— O, to-to! — syczała piękna pani. — Nie puścić! Nie puścić!
Lokaj wszedł i cihym głosem poprosił do stołu.
Panna Wanda Okszyńska miała skończonyh szesnaście lat, a jednak nie mogła pżeleźć z piątej do szustej klasy szkoły państwowej w Częstochowie. Skończyło się na tym, że jej poradzono, ażeby sobie poszła na gżyby, gdyż z jej nauki nic nie będzie.
Starania ojca, użędnika bankowego, nic nie mogły wskurać, gdyż żeczywiście Wandzia nie nadawała się do szustej klasy. Krutko muwiąc, nie umiała „na wyruwki” tabliczki mnożenia, a wszelkie „słuwka” stale wyfruwały z jej biednej głowy. Nieszczęsny ojciec rozgniewał się na dobre i nie hciał patżeć na oblicze tej domowej „oślicy”. Matka — rodzona siostra żony żądcy majątku „hrabiuw” Wielosławskich w Nawłoci, pana Turzyckiego — wyprawiła niepoprawną „oślicę” na wieś do siostry, ażeby hoć pżez czas pewien zeszła z oczu ojcowskih i spod jego ciężkiej pięści. Tę to pannę Wandzię Okszyńską widział Cezary Baryka, gdy się salwowała ucieczką ścigana pżez mściwą perliczkę.
Owa panna Wanda jedno tylko miała na swe usprawiedliwienie: grała na fortepianie. Nic do jej głowy nie pżystępowało, tylko ta muzyka. Mogła grać pżez cały dzień, nic nie jedząc ani pijąc — mogła nie spać, a nawet nie wiedzieć, że żyje na świecie, byleby jej tylko pozwolono bębnić na fortepianie. Toteż i bębniła. Rodzice rujnowali się na wynajem pianina i na drogie honoraria dla metruw. Ci kręcili głowami i wszyscy, jak jeden, zapewniali: nadzwyczajna zdolność, zadziwiające uho, niesłyhana pamięć, istotny talent! Panny Wandzi nie wbijało to w ambit. Ona grała dla samej muzyki. Upijała się tą swoją „wyższą” muzyką niczym pijak gożałką. Po pżyjeździe do Nawłoci i do mieszkania wujostwa, gdzie fortepianu nie było, nieszczęsna „oślica” hodziła jak błędna owca. Po pewnym czasie ciotka Turzycka zastawała Wandzię siedzącą pży stole i zapamiętale pżebierającą po nim palcami, nie bez zażywania fikcyjnego pedału. Łzy lały się z oczu wygnanki, gdy tak sobie wygrywała na kancelaryjnym stole, pod nieobecność wujcia Turzyckiego.
Panna Karolina Szarłatowiczówna, ktura bywała w mieszkaniu żądcostwa, pżyniosła wiadomość o tęsknocie Wandzi Okszyńskiej za fortepianem, szeroko rozłożyła tę wiadomość pżed zgromadzeniem w tak zwanym „pałacu” i odpowiednio ją oświetliła. Ksiądz Anastazy, ciotki Aniela i Wiktoria i w ogule wszyscy domownicy poczęli domagać się niezwłocznego dopuszczenia muzyczki do „pałacowego” fortepianu, ktury pod swym pokrowcem zapomniał już poniekąd, że jest jakimś tam muzycznym instrumentem, i pżyzwyczajał się z wolna do roli mebla cennego, lecz gruntownie nieużytecznego. Pani Wielosławska nie bez pewnej opozycji ustąpiła. I oto panna Wanda Okszyńska dorwała się do fortepianu. Wolno jej było odwalać swą sztukę pod następującymi kondycjami: 1) pżed obiadem; 2) gdy nie ma gości; 3) gdy nikt nie jest cierpiący; 4) gdy nikt nie śpi; 5) gdy w ogule nikt nie zaprotestuje.
Hipolit i Cezary powruciwszy na swej linijce ze śniadania u pani Laury Kościenieckiej, whodząc na ganek usłyszeli w salonie pysznie oddany Polonez A-dur Szopena. Ksiądz Anastazy, ktury już dawno wstał i „kiedy — kiedy! odprawił mszę świętą” w kościele parafialnym wsi włościańskiej Nawłoć Dolna, a teraz dawał baczenie na pżygotowania do obiadu, będące właśnie w toku pod pżewodnictwem Maciejunia — objaśnił pżybywającyh, kto gra, i rozpowiedział całkowitą historię o pannie Wandzi. Zalecił, żeby tej osubce nie pżeszkadzać, nie zaglądać do salonu w ogule, a natomiast usiąść sobie gżecznie w stołowym pokoju i wypić rozważnie pżed obiadem, co tam Maciejunio z pewnością podać nie omieszka. Ale dwaj ryceże, ktuży wrucili w humorah rużowyh, pośniadankowyh, byli innego zdania. Postanowili właśnie zobaczyć muzykującą pannę i zapoznać się z nią natyhmiast. Hipolit pierwszy otwożył dżwi z sieni na lewo do salonu i pociągnął za sobą pżyjaciela. Ostatni zobaczył pżed sobą ofiarę pżeśladowań ptasih. Stała obok fortepianu, po pensjonarsku strwożona wejściem dwu młodyh kawaleruw, z kturyh jeden był — o rozpaczy! — panem dziedzicem Nawłoci z pżyległościami. Dygnęła pżed panem dziedzicem i z wyrazem uszczęśliwienia podała mu rękę, gdy on raczył ją zaszczycić podaniem swojej. Lepiej się jednak zaprezentowała niż w hwili ucieczki w popżek dziedzińca. Była po dziewczęcemu wysmukła, ale już po panieńsku „sformowana”. Miała długie nogi i długie ręce, długie włosy w warkocz splecione, ale w oczah wyraz szczegulny, głęboki i niesamowity, jakby nie z tego świata.
„Nie! Ona się nigdy nie nauczy tabliczki mnożenia!” — pomyślał Cezary.
Na natarczywe prośby, żeby gry nie pżerywała, panna Wanda stała się blada jak kreda. Skręcała się na bok jak pżed nauczycielem arytmetyki i pżebierała palcami w sposub znamionujący ostateczny upadek inteligencji. Cezaremu żal było tego panieństwa. Pżypomniał sobie, że pżecie to on grywał z matką dzień w dzień na cztery ręce, a lekcyj muzyki nabrał się co niemiara.
Zaproponował tej pannicy, czyby nie hciała zagrać z nim na cztery ręce Tańców Węgierskich Liszta — co jeszcze pamiętał wcale dobże. Zgodziła się skinieniem głowy, gdyż głosu żadną miarą nie mogła ze siebie wydobyć. Usiedli i zagrali. Skoro zaś zaczęli grać, ta trusia odzyskała nie tylko władzę nad sobą, ale objęła ją nad tym nieznajomym panem — nie muwiąc już o tym, że prym tżymała w recytacji utworu. Tważ jej zmieniła się, ożyła, rozgożała i stała się piękną. Ilekroć zwracała się do toważysza gry, szczegulny blask, połysk wyższej inteligencji, można by powiedzieć: geniusz muzyczny płonął w jej oczah. Zeszli się do salonu wszyscy domowi i, porozsiadawszy się wygodnie w rużnyh miejscah, słuhali dobrej, brawurowej muzyki. Pżerwał tę biesiadę pżedobiednią Maciejunio ukłonami i delikatnymi skinieniami, znamionującymi niewątpliwą obecność „wazy na stole”. Panna Wanda oderwała ręce od klawiszuw, wstała posłusznie i cihaczem, wśrud śmiesznyh dyguw, umknęła z salonu.
Okazało się, iż zdrowie panny Karoliny Szarłatowiczówny nie było, na szczęście, w stanie tak beznadziejnym, żeby „hora” nie mogła zasiąść pży wspulnym obiedzie. Nie tylko zasiadła, ale zajmowała się ekspedycją dań w sposub żywiołowy. Była tylko w stosunku do Cezarego Baryki niepowściągliwie dumna i wyniosła. Nie spoglądała na niego wcale, a jeżeli tważ jej zwruciła się w jego stronę, to powieki oczu nakrywały źrenice. Było to nawet i musi pozostać nadal niedocieczoną tajemnicą, jakim sposobem, mając oczy tak szczelnie zamknięte, dostżegła jego ukłon i odpowiedziała nań iście monarszym skinieniem głowy. Cezary hciał rozwikłać tę niedogodną sytuację, toteż nie pozwolił sobie nawet na najlżejszy uśmieh. Opowiadał wesoło toważystwu o jeździe linijką, o wizycie w Leńcu i umyślnie w karykaturalny sposub ośmieszał siebie jadącego na szybkolotnej linijce, ażeby właśnie śmieszność na siebie skierować i pżeżucić. Wszystko to nie udało się. Panna Szarłatowiczówna wszelkie jego usiłowania w tym kierunku pżyjmowała z nosem tak wysoko zadartym i z takim skżywieniem ust, jakby istotnie w jego wywodah zawarty był jakiś zapah mocno niepżyjemny. W pewnej hwili Cezary Baryka doznał uczucia głębokiego zdumienia. Gdy bowiem starał się najbardziej altruistycznie w stosunku do tej panienki bawić toważystwo swoim kosztem, ona — znajdując się w owej hwili obok kredensowej szafy, a poza plecami wszystkih zebranyh pży stole — wywiesiła pod adresem narratora język ogromnej długości, prawdziwie do pasa. Ten polemiczny zabieg, pżedsięwzięty pżez pannę Karolinę, trwał tak niesłyhanie krutko, że Cezary zadał sobie pytanie, czy pżypadkiem nie uległ halucynacji. Zwątpienie było tym silniejsze, skoro ton wyżeczeń panny Szarłatowiczówny był znowu tak wybujały i dostojny, jakby się słyszało mowę tronową krulowej albo pżemuwienie maturalne pżełożonej pensji (z prawami gimnazjalnymi).
Wszystko jednakże szło jako tako, gdyby nie nieszczęsne upodobanie księdza Anastazego do śpiewu. Biorąc filiżankę kawy i dolewając pewien rużowy dodatek w mały kieliszeczek, kapłan zanucił swe upżykżone:
Pży dźwięku tyh wyrazuw — „ta robe blanhe...” — Cezary pżez zemstę za wywieszenie w jego stronę tak czerwonego języka, iż mugłby był służyć za horągiew bolszewicką, uśmiehnął się bestialsko. Wtedy dziewoja cała stała się czerwona jak dziesięć horągwi bolszewickih i majestatycznie, wolnym a posuwistym krokiem wyszła z pokoju.
— Gdzież ty idziesz, Karusia? — zmartwił się księżulo.
— Pannie Karolinie pżykro jest słuhać tej piosenki... — szepnął Cezary księdzu do uha.
— Doprawdy? A to już nigdy! Pary z ust nie puszczę! Ale dlaczego? Pżecie to jest takie niewinne a wesołe — wiesz — Czaruś — wesołe...
— Niewinność niewinnością, a jednak jest to pżykre... To: Caroline, Caroline...
— Pujdę ja po nią. Muszę ją pżeprosić! A to ze mnie niezły kuzynek!...
Gdy ksiądz z panną Karoliną powrucił do stołowego pokoju, już Hipolit proponował po obiedzie nową wycieczkę, ażeby Cezary mugł pżecież obejżeć okolicę. Miał jehać ksiądz, panna Karolina, Cezary, ale już nie na wariackiej linijce, tylko na statecznej bryczce, a sam Hipolit konno na ulubionym gniadym Urysiu. Ksiądz Anastazy był zahwycony tym projektem, Cezary ruwnież, a panna Karolina spuściła z wyniosłości tonu i raczyła uśmiehać się z obłudnym umiarkowaniem. Zanim obiad dobiegł do ostatecznego likierowego końca, już dyspozycje zostały wydane, a w hwili powstania zbiorowego od stołu bryczka zajehała pżed ganek. Sam Jędrek powoził parą nieposzlakowanie czarną, wyczyszczoną, wypucowaną, ubraną w zapżęgi lśniące i napuszczone tłuszczem. Bryczka była, widać, świeżo odmalowana, gdyż każda jej spryha i wahlaż, literka i na żułto wylakierowany pułkoszek, wasążek i siedzenia lśniły od zashniętej jaskrawej farby. Jędrek tżymał lejce i bat w ręku w taki sposub, jak oficer szablę na paradzie w obecności wodza — nie spuszczał oczu z oczu Hipolita, ktury od szczegułu do szczegułu pżehodząc lustrował wuzek wzrokiem nieubłaganym. Srogie oko pana nic jednak nie mogło znaleźć: bryczka i zapżęg, utżymanie koni — słowem, wszystko — żucało iskry i blaski. Toteż we wzroku Jędrka malował się zwycięski i dumny wyraz:
— Abssolutnie!
Samo utżymanie koni było szczytem pielęgnacji. Była to bowiem para karyh wałahuw, czarnyh jak najciemniejszy aksamit. Konie te stały od lat w ciemnej stajni z okienkiem zasłoniętym i dżwiami otwieranymi tylko w nocy. Każde z dwojga podlegało ciągłemu oczyszczaniu, cudzeniu i szczotkowaniu. Hipolit (pżed wojną bolszewicką) wpadał do stajni niespodzianie i rogiem swej białej hustki, owiniętym na palcu, prubował, czy na sierści ulubieńcuw nie ma śladuw pyłu. Konie te w ciemności zdziczały i odwykły od światła. Ih sierść krutka i lśniąca, czarna jak sama noc bezgwiezdna, pżypominała połyskliwością i miękkością jedwabiste futerko kreta.
Hłopiec stajenny pżyprowadził dla „jaśnie panicza” gniadego Urysia pod lekkim siodłem i czaprakiem znaczonym. Młody pan dosiadł Urysia w oczah matki, ciotek i wuja z gracją i zręcznością nieposzlakowaną. Było to arcydzieło zażycia konia, pierwszego zażycia po tylu miesiącah marszuw piehura.
— Hipciu! Proszę ostrożnie, ostrożnie... — szeptała matka, ktura teraz bała się bardziej, ażeby na ojczystym dziedzińcu nie zsunął się z siodła, niż pżed miesiącem, kiedy nie wiedziała, czy go dziki wrug w sztuki nie płata i końmi po polah nie włuczy.
Hipolit tkliwym spojżeniem uspokoił matkę i czekał na toważystwo.
Ksiądz wybiegł pierwszy w sutannie znacznie krutszej, w poważnym kapeluszu kapłańskim. Za nim szła panna Karolina. Dwie pierwsze osoby zajęły miejsce głuwne na wuzku. Cezary siadł na pżednim siedzeniu, obok Jędrka, ale tważą nie do koni, lecz do tamtyh dwu osub zwrucony. Siedzenia, obite grubym szarym suknem, były zawieszone na potężnyh pasah skużanyh zaczepionyh o głowice literkowyh hakuw. Wszyscy siedli, woźnica cmokał kilkakroć na czarne „krety”, a one tymczasem nie zamieżały wcale ruszyć z miejsca. Wspinały się, biły na miejscu kopytami albo zginając łby ku ziemi wydawały krutkie, urywane rżenie, kture nic dobrego nie wruży. Rozległ się cihy rozkaz Hipolita, ktury z konia pżyglądał się swemu umiłowanemu zapżęgowi:
— Trąć naręcznego!
Jędrek podniusł bat dziewiczo czysty, nowy i nie używany jeszcze w tej powojennej epoce i z lekka udeżył jego końcowym węzełkiem lśniący zad naręcznego wałaha. Obadwa konie, zdjęte panicznym pżerażeniem wobec zlekceważenia ih cnoty, skoczyły raptem z miejsca z taką gwałtownością, że bryczka runęła napżud jak wyżucona z procy. Cezary, siedzący napżeciwko księdza Anastazego, gibnął się gwałtownie i byłby udeżył kapłana głową w piersi, gdyby nie to, że trafił już w prużnię. Opżytomniawszy Baryka zobaczył nad głuwnym siedzeniem zamiast osub cztery nogi zadarte do gury z tego dwie nogi czarne w lśniącyh holewah i czarnyh niezapominajkah, a dwie białe w cienkih, cielistyh pończohah zahodzącyh aż — hen! — powyżej kolan. Pończohy owe z boku każdej nogi podtżymywały gumowe paski sięgające w niedocieczoną othłań. Cezary zrozumiał, że pannę Szarłatowiczównę spotyka tego dnia drugie niepżyzwoicie śmieszne nieszczęście. Zgodnym odruhem zleciała po prostu wraz z księdzem z balansującego siedzenia w pusty tył bryczki. Mahali obydwoje czterema czarnobiałymi kończynami, nie mogąc się z cieśni wydobyć. Zgodny wybuh śmiehu osub pozostającyh na ganku ścigał ih w istnym locie, ktury teraz pżedsięwzięły czarne „krety”. Cezary z zapałem żucił się na pomoc pannie Karolinie i wydźwignął ją na ruhome siedzenie. Potem wywindował duhownego. Panna była zrozpaczona. Miała łzy w oczah. Poprawiała wciąż krutką suknię obciągając ją jak najniżej, niemal do pięt, i owijając nią kolana.
— Może pani pożyczyć agrafki do zapięcia sukni pod kolanami? — zapytał Cezary ze wspułczuciem i gotowością do usług.
— Dziękuję! — odpaliła z taką furią, jakby miała zamiar podziękować pięścią.
— Siedzenia są ruhome i wskutek tego niepewne. To się może powtużyć.
— Nie powtuży się!
— Ktuż to może wiedzieć, czy się nie powtuży. Stżeżonego Pan Bóg stżeże.
— Dobżeś to powiedział, panie Czaruś! — westhnął ksiądz. — Ależ mnie wyrżnęło w plecy! A ciebie, Karusia, wyrżnęło?
— Mnie nie wyrżnęło!
— Daliśmy, moje dziecko, nie lada pżedstawienie z naszyh dessous...
— Oh! Jeszcze o tym będą gadać! To jest pżecie prostactwo!
— Mnie tam to wcale nie wzrusza, co tłum zobaczy u mnie pod sukienką. Inna żecz z tobą! — wzdyhał wikary z politowaniem.
— Proszę już raz z tym skończyć, bo wysiądę! — syknęła.
— Wysiąść w tej hwili byłoby dosyć trudno. Znowu byś się potknęła. Nic tu pżecie złego nie powiedzieliśmy, moje dziecko. Gożej by było, gdybyśmy milczeli.
— I czego pani tak dalece boleje nad gimnastyczną ewolucją tak dalece naturalną!... Nie rozumiem... — wtrącił Cezary.
— Boleję i koniec! Pan tu pżyjehał i jest pan moim porte-malheur!
— O, to źle! Jeżeli tak jest naprawdę, to nie ma co! Tżeba brać nogi za pas!
— Widzisz, widzisz, Karolino, co ty wygadujesz!
— Nic strasznego nie powiedziałam.
— Zakazuję ci muwić żeczy płynące z guseł ukraińskih, a panu, Czaruś, zakazuję muwić o wyjeździe.
— A ktuż tu nastaje na wyjazd pana Baryki? — pytała panna wytżeszczając swe śliczne niebieskie oczy.
Hipolit jehał tuż za wuzkiem na Urysiu i widać było, że się rozkoszuje jazdą. Był uśmiehnięty, rozmażony. Klepał raz w raz ręką kark i kłęby konia, pieszczotliwie gładził jego gżywę. Cezary miał ciągle pżed oczyma jego tważ i pżeszło mu pżez myśl zastanowienie, iż buńczuczy się na tej bryczce, grozi wyjazdem, a naprawdę srogi by to był żal, gdyby tżeba było wyjehać z tej Nawłoci. Jeszcze jej pżecie nawet nie zobaczył! Sam tu jakoś zmalał, sprościał, stał się niemal dzieckiem... Wszystko na nowo, jak za dni minionego dzieciństwa, stało się tutaj tak ciekawe, tak niewidziane — niesłyhane! Każdy pagurek albo wąwozik, ktury mijano, był od razu, od spojżenia jakiści swuj, bliźni, nieodłączny, hoć jest pżecie obcy i nowy. Ciekawość naprawdę paliła, żeby wstać w tej uroczyście wysmarowanej furmance i rozejżeć się dookoła, zobaczyć, pżeniknąć, co też to tam jest dalej, za hudym lasankiem, kturego bżegiem biegnie kożenista, mokra droga.
Niewielu mijano pżehodniuw. Pewien Żydzina z brudnym workiem na plecah nisko się kłaniał panu dziedzicowi, co nie tylko z wojska wrucił, ale — powiadali — wojnę wygrał, samego Trockiego pobił na kwaśne jabłko. Wnet został daleko w tyle.
Ale pobiegły ku niemu myśli Cezarego, ktury go wciąż miał pżed oczyma, gdy inni byli doń tyłem odwruceni. Jakżeby hciał pujść z tym Żydeczkiem i gadać o tajemnicah jego życia, kturyh nie znał, nie widział, tak samo jak nie znał, nie widział tej okolicy pożniętej pżez wiejską drogę! Tajemnicę jego życia... O wnętżu worka, ktury uw z tak straszną męką na plecah dźwiga. Niesie tam pewno kilka ćwiartek kartofli dla kupy swyh dzieci czekającyh z głodnym utęsknieniem. Znamy to, znamy... Znamy utęsknienie głodowe! Niesie tam może dwa duże bohny kwaśnego, żytniego hleba, ktury tak diabelnie smakuje, gdy żołądek jest pusty i kiszki puste. Znamy to, znamy... Niesie tam może kradzione jakoweś żeczy... Niesie tam może kradzione hłopskie buty, kture wydaje na dziesiątą wieś, żeby ih już do końca świata właściciel nie poznał. Ktuż jego wie? Kto zbada mahinacje wiejskiego Żyda? Tak jest czy owak, dźwiga na sobie ciężar, a dźwigając go pełza po błocie i piasku, szarga się i flańta po drogah prastaryh ziemi. Szarga się po ziemi i dźwiga na sobie ciężary w tej samej hwili, gdy w samolocie szybującym z Warszawy do Paryża, środkiem obłokuw i nad obłokami, wytworna dama podrużująca, dla skrucenia sobie nudnego czasu między stacjami powietżnymi Warszawa–Praga czeska śpi smacznie, ułożywszy się na dnie lotnej kabiny. O nędzo, nędzo biednego brudnego Żyda, ktuż cię wysłowi!
Bryczka wyminęła dwuh staryh hłopuw, ktuży szli na bosaka z koszykami ręcznymi w ręku. Nogi ih ciapały po zimnyh kałużah i miesiły błoto zgęstniałe. Gadali. Gadali zawzięcie, głośno, z wżaskiem. Bryczka pędząca niewielkie na nih zrobiła wrażenie. Zaledwie na krutką hwileczkę pżerwali rozmowę. Ah, jakżeby to było ciekawe — nie! — jakież by to było szczęście wyskoczyć z tej lśniącej, iskżącej się wolantki, zdjąć buty, ciapać nogami po błocie, wdać się w rozmowę z tamtymi dwoma, radzić po głupiemu nad wydźwignięciem się z utrapienia, urągać na wujta, na pisaża, na panuw, na układ świata — pomstować i wykżykiwać!... Iść z tamtymi dwoma drogą pełną znoju i pżeszkud, ziębiącą nogi, kolana, stawy aż do pustego bżuha i utrudzającą kości zestażałe! Cezary wołał w duszy do wiekowyh hłopuw, ktuży zostawali daleko — daleko na kożenistej drodze:
„Ej, wy, ludzie! Słuhajcie! Ja idę tam razem z wami!”
W żeczywistości nie szedł, lecz wygodnie, rozkosznie, szybko jehał, mknął pżez pastwiska, pżylaski, środkiem pul i w opłotkah prowadzącyh do wiosek.
W pewnym miejscu Jędrek skręcił raptownie i pojazd poniusł się jak wiher miękką drogą ponad rozległymi łąkami. Niebo było pogodne, lecz już blade, śniadością pżejęte, jesienne. Nikły błękit pżeżynały barwne hmurki pędzone pżez żeźwy wiatr. Uczucie szczęścia, młodości, zdrowia pżenikało wszystkih w jednakim niemal stopniu. Każda z osub coś swojego własnego podśpiewywała. Zdawało się, że i koniom szczęście żyły rozsadza. Lecz oto niespodziewanie stanęły. Cezary obejżał się i zobaczył, że stoją pżed jakąś bramą.
— Brama! — zawżasnął Jędrek takim głosem, że od jego bżmienia powinny się były natyhmiast same otwożyć obie wieżeje tej starej i sfatygowanej strażnicy folwarku.
Tymczasem nadbiegł hłopak z konopiastą gżywą, dyszący tak, że thu nie mugł złapać, i posmarkujący z pżerażenia nosem sinym i krostowatym. Konie wbiegły na dziedziniec bezdrożny, zarośnięty więdnącymi hwastami i jeszcze pahnący od ih ostatniego oddehu. Znowu wuzek zatżymał się obok cztereh staryh lip, tak staryh, że się je kohało od pierwszego spojżenia. Za tymi lipami stał dworek pradawny, z dahem czarnym, mocno powyginanym i shodzącym na ściany modżewiowe niemal do samej ziemi. Dokoła stały zabudowania folwarczne nowe, z murowanymi słupami, pożądne i solidne. Hipolit zeskoczył z konia, ksiądz Anastazy wylazł z bryczki i obadwaj skierowali się ku dworkowi. Na ih spotkanie wyszedł jegomość opalony na kolor razowego hleba, wąsaty, pżysadkowaty, typowy pan okumon. Cezary zapytał panny Karoliny, czy także wysiądzie i wejdzie do tego domu.
— Nie — odpowiedziała niezdecydowanie. — Tu jest ładny staw. Pujdę nad staw.
— Czy ja mogę pujść z panią?
— Jeżeli pan sobie życzy...
Minęli płoty plecione z jodłowyh gałęzi, kture opasywały ogrody dokoła dworu, i z gurki zeszli nad staw. Stał cihy, rozległy, czysty, pod niebem jesiennym, uroczy w swyh sitowiah, tatarakah i pałkah. Daleko, na drugim końcu wodnego rozlewiska, wpływała doń żeka, szeroka w swym ujściu. Tuż zaraz były pażyste pogrudki z szerokih baluw, prowadzące poziom wodny na podsięwodne młyńskie koło. Mostek z okrąglakuw nad tymi pogrudkami ułatwiał pżejście z drogi wjazdowej na groblę zarosłą wysoką trawą.
Skoro panna Karolina i Cezary minęli ten mostek, udeżył ih powonienie zapah zwiędłej olszyny i zapah wodnyh ziuł rosnącyh poza groblą w wilgotnyh wądołah. Stanęli na najwyższym miejscu grobli i pżypatrywali się stawowi. Był piękny w swej barwie, rozległości, ciszy. Urok zapomnienia, odosobnienia, bytu poza światem, samotności poza wszystkim uśmiehał się do pżybyszuw z tej wdzięcznej na wejżenie, samoswojej wody. W nieruhomej tafli jej odbijały się wysokie olhy ocieniające młyn i dwie ruhome postaci — Karoliny i Cezarego. W zakręcie żecznym, szerokim ramieniem uhodzącym między żułte sitowia, dwie dzikie kaczki-kżyżuwki beztrwożnie pżepływały. Cezary został wprost udeżony pżez wrażenie, że już to miejsce zna, już je widział niegdyś — że już tu był. Co więcej — dziwnie niesamowity żal ściskał mu serce na widok sennowładztwa tej wody — jakby za tym miejscem tęsknił latami. „Jakimże sposobem to być może? — zadawał sobie pytanie. — Byłoż to niegdyś we śnie, już tak dawno pżespanym, że zginął do cna w pamięci?” I oto wtedy pżepłynęło pżez jego serce dziwaczne a pżejmujące boleścią słowo: „sekuła”.
— Ah — westhnął z głębi — prawda... Pżypominam sobie... Toż to za takim oto stawem, za własną jakąś „sekułą” moja matka pżepłakała swoje życie.
Z podwujną zahłannością objął oczyma tę tutejszą „sekułę” i nie mugł nasycić się jej widokiem. Patżył na hmurki wielobarwne — czerwone, zwiastujące wiatr, i fioletowe, niosące nowe deszcze jesieni — jak pżepływały nad czystą taflą. Zabarwiała się wtedy aż do samego dna, stawała się głęboka, pżepaścista, niedosięgniona, pełna tajemnic i othlistego życia tam w głębi. Gdy hmury pożeglowały nad pola, znowu jesienny kolor nieba spływał na czystą powieżhnię. Młyn czarny turkotał i w jego pobliżu nie można było rozmawiać. Panna i Cezary poszli wzdłuż grobli, prowadząc w głębinie wodnej odbicia swoje, doskonałe i wierne aż do śmieszności.
— Był taki staw u nas, na Ukrainie... — żekła panna Karolina.
— Doprawdy? Bo znowu ja widzę w tym stawie ulubione miejsce mojej matki. Takie musiało być to jej miejsce ulubione.
— Każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy.
— Ja nie mam.
— Panu się podoba tutaj, w Polsce?
— Dosyć, hoć tutaj nie ma nigdzie nic „godnego widzenia”.
— Nie ma, żeczywiście nie ma. Tu, wie pan, nie ma rozmahu, pżestworu.
— Źle tu pani?
— Nie powinno mi być źle. Jest mi raczej dobże. Ale byłam jedynaczką w bogatym domu, pżeznaczoną i wyhowaną do zbytkuw, a teraz muszę obsługiwać cudzy zbytek.
— Pżecież nie cudzy.
— Tak — nie cudzy.
— Pani ma bliższą rodzinę?
— Tyh oto tutaj, krewnyh mego ojca.
— Ale najbliższa rodzina?
— Najbliższa zginęła od bolszewikuw.
— Jak to? Wszyscy?
— Matka umarła w Warszawie z wyczerpania sił, w ciężkiej biedzie. Ojciec szczęśliwszy, bo zaraz po wyjściu z więzienia w Kijowie.
— A pod względem materialnym? Pżepraszam panią, że o to się pytam.
— Nic! Hot’ szarom pokati. Mama, wyżucona z naszego domu, siedziała za takim właśnie stawem, ktury oddzielał nasz majątek od wsi hłopskiej — pżez cały rok. Siedziała nieszczęsna w hłopskiej hacie. Wyszła sama jedna, w jednej sukni. Obok niej tylko pżecudny nasz pudel — Gaga. Ja byłam w Warszawie, ja bujałam sobie po świecie... Gaga nie mugł wytżymać życia w tej hałupie, nie zniusł nędzy, gdy go kopali nogami i w zimie wypędzali na zawieję. — Zdehł. Dał nam wzur, że powinniśmy tak samo umierać, gdy nas znieważają podłe tyrany. Mama pżedostała się do Warszawy. Umarła. Jestem sama.
— Teraz ja znowu jestem pani porte-malheur, ostatni powiew bolszewizmu.
— To straszne! — zaśmiała się rozczerwieniona aż po samo czoło.
— Dość już o tym! Pani jest nienaturalna, pełna pruderii.
— Jeszczem się, widać, nie oswoiła ze wszystkimi prawdziwościami na świecie, hoć był już czas i nie brakło okoliczności po temu.
— Czy wie pani, że i ja jestem poniekąd „ofiarą” bolszewikuw?
— Pan? Tak? Nie pżypuszczałam. To ciekawe!
Cezary pod wpływem niespodziewanego impulsu szczerości zaczął opowiadać o swej matce i ojcu, o ucieczce z Baku i wędruwce pżez Rosję, o śmierci ojca i pżybyciu do granic Polski. Było dla niego samego cudaczne i niedożeczne owo wywnętżanie się pżed nieznajomą osobą, a jednak opowiadał wszystko z bezwzględną szczerością. Muwił o szczegułah, kture w tej hwili dopiero pżypomniał sobie i zobaczył z nadzwyczajną oczywistością. Nigdy pżed nikim dotąd swyh spraw osobistyh i uczuć rodzinnyh nie wydobywał na wieżh. To, co muwił z Gajowcem o matce, matki się tylko tyczyło i miało pewną swoistą uczuciową podnietę. Nie zwieżał się nigdy szczeżej nawet Hipolitowi Wielosławskiemu. Teraz sprawiała mu istotną pżyjemność jakąś duhową ulgę całkowita opowieść o swoim minionym życiu. Panna Szarłatowiczówna słuhała go w taki sposub, że to właśnie podniecało go do wywnętżeń. Słuhała go uważnie i pilnie, surowo i hmurnie. Czasami wyrazy twarde, pżeważnie rosyjskie, hżęściały w jej zębah, gdy opowiadał o biedah i śmierci ojca. Siedli na drugim końcu grobli, gdzie ta grobla w wysokie pola wrastała. Mieli pod sobą odbicia swyh postaci. Na pżeciwległym bżegu wznosił się biały dworek osłoniony wieńcem gałęzi lip prastaryh i odzwierciadlenie swe najdoskonalsze znajdował w czystej wodnej powieżhni.
— I cuż? Żal pani pudla Gaga czy Gagi? — zapytał młodzieniec po długim milczeniu, gdy już skończył opowiadanie o sobie.
— Czy mi żal? Nie wiem.
— Nie wie pani?
— Czuję w każdym razie to samo, co on, gdy go hłopy wyżucały w zawieję. Mnie tak samo wyżucono na dwur z mego domu.
— Cuż robić! Taki los.
— Los! Żeczywiście! Dola, żeby się urodzić kobietą i nie muc pżynajmniej pomścić się na wrogah! Dola, żeby drżeć o siebie, o swą kobiecość wobec tyh, ktuży mieli prawo pozbawić mię wszystkiego materialnego dobra — ah! — i rodzicuw. To jest prawo! To jest sprawiedliwość! Pies Gaga lepszy miał koniec niż moja matka! Pan nawet nie domyśla się, co to za szczęście być mężczyzną! Nie drżeć o swoją całość, być pozbawioną tej głupoty, tej trwogi, tej wiecznej troski! Ah, muc udeżyć, udeżyć w łeb ostrym mieczem lub ostrym sztyletem!
— Jaka to pani mściwa!
— Jestem mściwa. Gdyby pan wiedział, z jakim uczuciem czytałam gazety, że tu idą, tu pżybywają wyżucać nas znowu z domuw i mordować, rozstżeliwać, jak rozstżeliwali w Płockiem za to, że się jest szlahcicem.
— Nie tylko za to, lecz za to także, że się było tyranem, zdziercą, katem parobkuw...
— A gdyby pan wiedział, z jakim uczuciem czytałam gazety, wieści, że bijecie, bijecie na miazgę, że ih po polsku ścinacie z ramienia!
Zerwała się z miejsca i nahyliła nad Cezarym.
— Czemużeście nie poszli dalej, dalej, dalej? — pytała wpijając się weń oczyma.
— Aż do Uralu? Dalej — aż do Krasnojarska?
— Nie do Uralu i do Krasnojarska, lecz do Moskwy! Do Moskwy! — powtużyła, wszystko mieszcząc w tym słowie.
— Ja się polityką nie zajmuję, zwłaszcza tu, nad tym stawem, toteż nie wiem, czemu nie pophnięto nas aż do Moskwy.
— Duha w was nie było!
— Duha w nas nie było, żeby intromitować z powrotem pudla Gagę do pałacu na Ukrainie, gdzie już pewnie jest teraz wiejska szkoła.
— Żeby odebrać zrabowane!
— Proszę pani. To, co tam zostało zrabowane, to już amen! Nad tym tżeba kżyżyk postawić. Tżeba postawić kżyżyk albo i cały duży kżyż nad całym tamtejszym dziełem i światem. Tym kżyżem pobłogosławić. Odpuścić winę. Nieh tam ten polski kżyż stanie nad popełnionymi zbrodniami. Tam jest ziemia ruska i lud ruski. Mamy tu, Polacy, ziemię polską i lud polski. Mamy wolność. O tym, żeby się tam z powrotem phać, nawet nie należy mażyć, nie tylko myśleć.
— Nigdy panu nie zapomnę tego słuweczka o pudlu!
— Zapomni pani! Już jesteśmy pżyjaciułmi, a będziemy jeszcze szczerszymi i jeszcze większymi.
— Skądże to taka pewność? Dzień jeden nie upłynął od pżyjazdu pana do ta strona, aż ci już taka pewność siebie!
— Alboż to nie będzie pani lepiej mieć tutaj — i w ogule na świecie — dobrego sojusznika?
— Byłoby dobże — odpowiedziała cała w pąsah — mieć takiego sojusznika. Ale czy to można wieżyć? Mężczyźnie?
— „Nie wież mężczyźnie jako psu, gdyż czy to cywilny, czyli wojskowy, zawsze to pies łańcuhowy”... Ja zaś jestem podwujny pies, bo to już cywilny a jeszcze wojskowy.
— Zobaczymy... — żekła śmiejąc się popżez swe zawstydzenie.
— W każdym razie, na początek — sztama! — muwił wyciągając rękę.
— Sztama! — żekła serdecznie, podając mu swoją.
— Ale — ale! Proszę pani, jak się to miejsce nazywa?
— Dziwną to ma nazwę. Zowie się Chłodek.
— Patżcie! Chłodek. Miły Chłodku! Jakżebym hciał dostać tu posadę!
— Posadę? — To już nie wiem jaką...
— A pżecież jest tu młyn. Więc musi być i młynaż. Posadę młynarczyka.
— Oh, jest i Tołstoj w miniatuże!... „Posadę młynarczyka”... — szydziła.
Teraz Cezary zaczerwienił się po same uszy. Usiłował poprawić swą sytuację, zapewniając:
— Jaki tam Tołstoj! No, więc nie młynarczyka. Dobże! To pisarczyka prowentowego pży żądcy.
— Nie ma tu żądcy, tylko ekonom Gruboszewski, ktury wszystko, co tżeba, pisze sam, jak kura pazurem, i według statutuw bardzo dawnyh.
— Pży Gruboszewskim ekonomie... Nieh będzie pży ekonomie. Widzi pani, jaki jestem zgodny: do rany mię pżyłożyć.
— A czemuż to tak koniecznie tutaj?
— Jeżeli mama pani mogła pżez rok mieszkać w hłopskiej hałupie, to czemuż bym ja, zdrowe i silne hłopię, nie mugł pomieszkać, ot, na tamtej gurce, w tym dworeczku? O Boże!
— Cuż by pan tutaj robił? Agitować?
— Żadnyh agitacji! Gdy pżyjdzie pora, to oni sami się zaagitują najlepiej. Cuż to za cierpliwy lud! Lecz pżyjdzie hwila, że rozum w ten lud wejdzie. Rozum się phać będzie dżwiami i oknami do tyh hat i legowisk. Nie moja to sprawa agitacja. Ojciec mi agitacji zakazał pewnymi legendami.
— Więc co?
— Ludzi bym tu hciał poznać. Własnymi oczyma zobaczyć wszystko. Tyh prostyh. Hłopuw, Żydów, robotnikuw, żemieślnikuw, rybakuw, pracowityh i urwipołciuw, dobryh i złyh, mądryh i głuptasuw. Hciałoby mi się gadać o ih życiu. Nażyć się z nimi!
— Dziwny gust!
— Może i dziwny, ale — co robić! Taka natura. Byłbym dobrym pisarczykiem, daję pani słowo. Cały dzień bym robił, co każą. A wieczorkiem, po zahodzie słońca, gdy już wszelkie roboty będą skończone, hciałbym sobie tutaj siadywać albo tam pod lipami, patżeć na tę wodę szeroką — szeroką, gdy ją księżyc oświeci albo gwiazdy ukażą — na tę „sekułę” — i tak sobie tutaj w samotności — matkę wspominać... Matkę wspominać... — zaśpiewał z ciha samemu sobie, jakby słuhaczki obok niego wcale nie było.
Z głową podpartą na rękah patżył na wodę. Panna Karolina pżyglądała mu się spod oka z baczną uwagą.
Właśnie ksiądz Anastazy i Hipolit Wielosławski ukazali się na grobli i zdążali ku tamtym dwojgu, zatopionym w milczeniu.
Do objęcia pżez Cezarego Barykę posady pisaża prowentowego w ekonomii noszącej w państwie nawłockim zawołanie: Chłodek — nie doszło. Nawet nie z racji jakiejś modnej „redukcji”, lecz z winy samego petenta. Cofnął swą kandydaturę. Kiedy po raz pierwszy zgłosił się z tym projektem do Hipolita Wielosławskiego, tamten na pewien czas zaniemuwił, a nawet niepowabnie osłupiał. Po pewnym dopiero czasie począł zadawać pytania:
— Pisaża? Prowentowego? Pisaża? Na Chłodku! Ty! Student uniwersytetu? Medyk? Po co? Na co? Cui bono?
Cezary tłumaczył, iż pżyjehał do domu pżyjaciela na parę dni, a tak mu się tutaj podoba, że rad by pobyć pżez czas pewien. Nie może pżecie być rezydentem, „panną respektową”, tżymać się pańskiej klamki baraszkując i prużnując. Nęci go — muwił — życie ludzkie, życie proste. Hciałby je poznać w sposub bezpośredni, istotny, nie z drugiej ręki, nie ze stopnia karety ani ze stżemienia magnackih rumakuw. Hciałby muwić z tutejszymi ludźmi z ust do ust. Ale nie tylko muwić. Hciałby pracować ramię w ramię, skoro tu jest, gdyż nie można muwić ze spracowanym, nie pracując z nim ramię w ramię.
Hipolit rozumiał ostatnie racje i pżyznawał im najzupełniejszą słuszność. Ale nie rozumiał tego pomysłu mieszkania na Chłodku. Było to śmieszne, jakieś rosyjskie, do niczego niepodobne. U nas — tłumaczył — tak nie można, bo to nasi ludzie zaraz wyśmieją. W tym jest jakaś tołstojowska czy jakaś tam poza, metoda, blaga — bo w tołstojowskih wyżeczeniah się było bardzo wiele blagi. U nas możesz robić wszystko, co ci się żywnie podoba, ale pod jednym warunkiem: nie możesz się ośmieszać. Gdybyś ty coś takiego zrobił, ja bym stał się śmieszny w mojej parafii... Powiedz no, Czaruś: — pisaż prowentowy na Chłodku jest moim serdecznym pżyjacielem... Do diabła! to pahnie kabaretem... W tym jest nieprawda. My, Polacy, jesteśmy rasą starą, ktura nie znosi już rosyjskih prubek, ih nieprawdy, ih odkryć i blagi. Tołstojuw — tylko w duhu i w prawdzie — wydaliśmy w szesnastym wieku. Pżyznaj że, braciszku, że nie byłbyś prawdziwym pisażem prowentowym, ktury na swuj skromny kawałeczek hleba uczciwie i z trudem zarabia, tylko paniczem z miasta, ktury się zabawia, bałamuci się komunistycznie, pżebiera się za pisaża folwarcznego, a w niedzielę bawi się znowu za pan brat z dziećmi dziedziczki, pżebiera się za panicza... Nadto — zajmowałbyś miejsce żeczywistemu pisażowi, ktury go może w tej hwili łaknie i pragnie, nie mając z czego żyć. W tym jest śmieszność, Czaruś...
Cezary musiał pżyznać, że jest sens w tyh wywodah. Uległ temu sensowi, temu, tżeba to nazwać po imieniu, snobizmowi parafialnemu, i już swej kandydatury nie wysuwał. Zresztą nie miał ani hwili wolnej, kturą mugłby poświęcić na swą prowentową fanaberię. Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal pżez dzień cały. Wstawano dosyć puźno. A ledwie spożyto śniadanie i dano folgę dyskusji, ktura się wyłoniła z pżygodnego tematu, jużci Maciejunio whodzi cihcem ze swymi sprawami i stuł, dopiero co spżątnięty, zaściela czystym obrusem. Znaczyło to, że społeczność nawłocka zmieża ku obiadowi. Jakaś wycieczka konna albo na wuzku, jakaś kruciutka eskapada — powrut — i jużci gromią z racji spuźnienia się na obiad. — Obiad. — Czarna kawa z odrobinką pomarańczową tego wyspiarskiego Curaçao, papierosy... — Spżątają. — Toważystwo zaczyna rozdzielać się, zmniejszać i zdążać w kierunku poobiednih dżemek, aliści Maciejunio hżąka i poleca hłopcu nakryć stuł. Kawuńcia biała, herbata — słowem five o’clock tea z tymi hlebkami, żytnim i pszennym, z owym masełkiem nieopisanym a świeżym, z tymi ciasteczkami suhymi, kturyh sława szeroko rozeszła się była poza granice państwa nawłockiego, a stanowiła niewątpliwą spécialité de la maison. Po kawie jakaś pżejażdżka, wypad do sąsiedniego miasteczka Ostropustu albo trohę muzyki w salonie, odkąd zjawiła się panna Wandzia Okszyńska, nieco tańca, skoro ktoś z sąsiedztwa nagodził się na odwieczeż. I oto Maciejunio znuw się kżąta i pobżękuje. Ma się ku kolacji. Maciejunio mruga i szepce ciekawym, wtajemnicza najcihszym szeptem księdza Anastazego: — baraninka — albo — kurczątka — rożen. Po kolacji jakaś partia szahuw z księdzem Anastazym, jakaś partyjka winta (dwie ciocie, mama, ksiądz — albo — mama, ksiądz, Hipolit, Cezary) — godzina jedenasta, puł do dwunastej... Smutno byłoby iść spać bez jakiegoś wzmocnienia, bez leciutkiego, pżedsennego posiłku. Maciejunio, drepcząc pośpiesznie, pżynosi domowe serki owcze, obce, ostre, zielone — jabłka nieopisanej dobroci, jesienne delicje — jakieś tam malusieńkie kieliszeczki, z czymś tam ciemnowiśniowym... Słowem, krutki i skromny „podkurek” pżed śrudnocnym pianiem koguta.
Po takim spędzeniu dnia tudzież wieczora niejednokrotnie poranek jesienny dawno minął, a w dolnyh apartamentah „ariańskiego” gmahu panowała jeszcze głuha martwota. Dżwi wejściowe od strony ogrodu były zamknięte, okiennice pozawierane, a z wewnątż dohodziło do ogrodu eho hrapania żołniersko-księżego. Ksiądz Anastazy prym tżymał w tej biernej sprawie. Dawno czekał pżed domem starowina z kościoła w Nawłoci Dolnej, ażeby „dobrodzieja” pżeprowadzić ścieżkami polnymi na ranną mszę, dawno czekał Jędrek z osiodłanym Urysiem, dawno się zamartwiał Maciejunio, iż pżednie garnuszki stygną, a kożuszki na śmietance zanadto się pżypiekają. Hrapanie pod pżewodem kapłańskim wznosiło się pod wysokie sufity i wstżąsało starymi ścianami.
W takih wypadkah panna Karolina ważyła się na żeczy ostateczne. Zbierała w ogrodzie kamienie, głazy nażutowe, baranie łby i kopulaste czuby z epoki oligocenu, miocenu i pliocenu, znosiła te formacje w pobliże siedliska znacznie puźniejszego, a pżecie bardziej od tamtyh doszczętnie wygasłego arianizmu, i waliła tymi pradawnymi tżeciożędami w zamknięte na klucz dźwiża. Każde udeżenie wielofuntowego minerału olbżymim ehem rozbijało się o ściany i sufit wielkiej i wysokiej sieni. Uśpionym ryceżom zdawało się, że to właśnie zaczęto silne pżygotowanie artyleryjskie, uskuteczniane ogniem bębniącym jakiejś całej działobitni, i że wnet nastąpi czołowe udeżenie niepżyjaciela. Ksiądz Anastazy zrywał się i padał znowu, ażeby jeszcze dwa, tży razy wydać hrapnięcie zaiste nie tylko nie hżeścijańskie, nie świeckie, ale zgoła jakoweś belzebubie. Skoro jednak szturm kamienny nie ustawał, a złośliwa dziewica miotała w zamczyste dżwi coraz nowe pociski, budzili się wszyscy tżej i z rozkoszą oglądali nad sobą białe sufity, kture ani myślały walić się na ih rozespane głowy. Kędyś w pobliżu szpary okiennej bzyka smutno ostatnia, złośliwa, jesienna muha, kturą ciepło wewnętżne utżymało pży życiu. Żołnieże nabierali pżekonania, że to nie jest ruw stżelecki, nie wojna, lecz pokuj, i to pokuj upragniony, dobrotliwy, z wysokim, bielonym sufitem...
— Ejże — zaraz będzie śniadanie! A jaka też to pogoda? Czy pada? Czymże by to wypaść po śniadaniu: konno czy dwukołuwką?... Ksiądz Anastazy bił się w piersi i w języku łacińskim wypraszał dla siebie pżebaczenie za tak fatalne, haniebne zaniedbanie się w służbie bożej. Mył się jedną ręką, czesał drugą, w lot nakładał na opak swe długopołe efekty, byleby jak najprędzej wymknąć się z domu i rwać na pżełaj polami ku nawłockiemu kościołowi nie czekając nawet na staruszka kościelnego.
Cezary Baryka między jednym a drugim jedzeniem dawał nieraz upust swej manii tak zwanego poznawania życia w jego prawdzie i istocie. Wymykał się do stoduł i uczestniczył w wielkiej akcji omłotu zboża pży młocarniah kieratowyh — siedział w spihleżu albo w stajniah i oborah — pży zasypywaniu kopcuw kartoflanyh tudzież pży szatkowaniu kapusty. Wielkie stodoły były w tym czasie na pżestżał otwarte. Turkotały maszyny poruszane pżez konie w kieracie — wiatr dął w zgoniny i plewy, niecąc wieczystą kużawę. Niezmierne masy słomy po omłocie pżewalały się w pżestżeń. Kżyczeli poganiacze koni i głośno gadali pracownicy usiłując pżegadać huk maszyny. Wszystkie jednak huki, zgżyty i kżyki zwyciężała wiecznie wesoła piosenka dziewcząt odgarniającyh słomę.
Był to zresztą czas, kiedy całe dystyngowane toważystwo z „pałacu” wraz z pełnymi taktu ciotkami i samą panią Wielosławską wdrapywało się na stryh dworu w celu segregowania jabłek. Na tym stryhu były specjalne pżegrody, rodzaj sąsiekuw, z dawna wylepionyh gliną i zasypanyh sieczką. Znoszono tam masy jabłek, gdy dojżały w rozległyh ogrodah leżącyh po obudwu stronah drogi wjazdowej. Były to jabłka rozmaityh gatunkuw, ale sam owoc najpżedniejszy doskonałości niegdyś szczepionyh. Na tym stryhu rozległym i dosyć wysokim, suhym i pżewiewnym było ciepło rozkoszne i prawdziwie anielski zapah dojżałyh jabłek. Toważystwo zabierało się niby to do segregowania owocu, umieszczania co najpżedniejszyh okazuw we właściwyh pżegrodah, lecz w gruncie żeczy toważystwo zajmowało się zjadaniem co najpżedniejszyh okazuw w ilości zaprawdę nadmiernej. Ksiądz, Hipolit, Cezary, wujcio, nawet wiotkie i wywiędłe ciocie, nawet sama pani Wielosławska, słowem wszyscy, prowadzili na tej gurce jakby pewnego rodzaju kurację jabłeczną. Nadto, usadowieni na tej gurce, tracili niejako swą skorupę, w kturej uroczyście poruszali się i hadzali w pokoju bawialnym i stołowym. Tam, w gurnej strefie — bili się jabłkami, gonili się i dokazywali jak dzieci, a raczej jak stado szczuruw na poddaszu.
W tyh to zabawah stryhowyh, gonitwah i skokah popżez pełne sąsieki i gury jabłek zdażało się Cezaremu dopadać panny Karoliny, hwytać ją i tżymać w objęciah. Raz nawet zdażyło mu się tżymać ją znacznie dłużej, niż nakazywały okoliczności i prawo zwycięstwa — tudzież zdażyło mu się dotknąć w pżelocie ustami jej policzka, rużowego i świeżego jak jabłko najkraśniejsze i najwonniejsze. Po tym ostatnim wypadku nastały kwasy, dąsy, parogodzinne: „stanowczo nie rozmawiam z panem” — lecz nadeszło ruwnież i ułaskawienie z zastżeżeniem najmocniejszego usiłowania poprawy.
Wszystkie te zatrudnienia i, jeżeli je tak nazywać można, zajęcia czasu, kture Cezarego zaskoczyły w Nawłoci, były niczym w poruwnaniu z pracą, jaką mu nażuciła pani Kościeniecka. Jak już wiadomo, wdowa-nażeczona z Leńca organizowała wielki piknik dla zebrania funduszu na żecz kupna protez dla „kadłubkuw” bez rąk i nug, ofiar wojny. Piknik miał się odbyć w salonah najobszerniejszego w okolicy pałacu, w Odolanach, należącyh do starszego pana Storzana, ktury sam powalony pżez paraliż, hciał hoć w ten sposub pżysłużyć się „braciom kadłubkom”. Oddawał do dyspozycji swe apartamenty, ze storami wiecznie zapuszczonymi i molami latającymi wewnątż samowładnie. Ponieważ bezwładny pan Storzan, stary kawaler, żyjący na łasce pielęgniarek i służby, niczym, żecz prosta, zająć się nie mugł, więc pani Kościeniecka gospodarowała w odolańskih salonah jak szara gąska, pżygotowując wszystko do niebywałej zabawy. Poruszyła całą okolicę, zmobilizowała wszystko, co żyło, miało nogi i fraki, władała młodzieżą jak dyktator, łaskawy dla posłusznyh a nieubłagany dla opieszałyh. Ponieważ miał to być piknik, zabawa składkowa, ponieważ miało być na niej mnustwo osub, należało pżygotować zapasy wszelkiego rodzaju. Toteż pani Kościeniecka objeżdżała pałace, dwory i dworki, wyciągając co najgodniejsze wędliny i ogołacając piwnice. Pieczono, smażono, gotowano w całym powiecie pod komendą ślicznej wdowy z Leńca.
Oczywista, że gospodyni generalna musiała mieć pomocnikuw. Głuwnym podręcznym był nażeczony, pan Barwicki. Lecz były ruwnież pomagiery drugożędne, między innymi Hipolit Wielosławski i Cezary Baryka. Ostatni wpadł w pazurki wdowy-nażeczonej i musiał tańczyć, jak mu zagrała. Lecz ten kandydat na tanceża miał pewien defekt organiczny, nie do pżebaczenia w tyh okolicznościah: nie posiadał fraka. Wielosławski wiedział o tym braku, toteż pewnego pięknego popołudnia, po silnym pżygotowaniu artyleryjskim uściskuw i bębniącym ogniu najcelniejszyh i najcięższyh argumentuw, Hipolit Wielosławski wykonał atak generalny: prosił pżyjaciela niemal na klęczkah o pżyjęcie od niego nowego fraka z pżyległościami, jako symbolu, pamiątki i znaku braterstwa. Powołał się na wspulne łoże w rowah, wspulne wszy jako też i pluskwy, na wspulny hleb ze wspulną słoniną — powołał się na las Rogacz pod Patkowem Pruskim — nawet płakał żewnymi łzami ten wysoki hłop i możny szlahcic. Cezary bolał dość długo nad swym ostatecznym upadkiem moralnym, aż wreszcie mahnął na siebie ręką — pżystał. Pojehali obadwaj w skok do Częstochowy, obstalowali frak u tamtejszego mistża Poola, ktury ubierał Hipolita — i gotowy frak z kamizelką najostatniejszej mody tudzież najmodniejszymi etcaeterami nadesłany został do Nawłoci pżez „umyślnego” w słoneczny jesienny poranek.
Cezarego nie było poduwczas w domu, gdyż gdzieś tam bujał. Gdy zaś pżyszedł do swego pokoju pżed obiadem, ujżał na stole frak i inne części balowego kostiumu, a nadto koszulę już swoją, ale wyprasowaną w taki sposub, że to było istne arcydzieło. Nadto — kołnieże, mankiety tudzież biały krawat, kturego jeszcze nie obstalowywał w mieście. Krawatka była cudna, najmodniejszego rodzaju a nie sklepowego pohodzenia. Kiedy zaś Baryka wszczął indagację u służby, kto — u kaduka! — bobruje po jego pokoju i zostawia w nim rozmaite części ubrania, okazało się, że to panna Karolina wszystko pżyniosła, ułożyła na stole i że ona właśnie zajmuje się na oguł nadzorem nad pralnią dworską. Cezary łamał znowu ręce nad swym ostatecznym upadkiem, nad swym dziadostwem tudzież noszeniem cudzyh frakuw i krawatuw, lecz mimo wszystko był wzruszony pamięcią o nim i postanowił pży pierwszej okazji podziękować panience.
Na sposobność złożenia podzięki za tak cudne wyprasowanie gorsu, kołnieży i mankietuw nie czekał długo. Tegoż dnia po południu pżymieżał właśnie frak w swoim pokoju i nie bez uczucia rozkoszy krygował się pżed lustrem, pżybierając co najozdobniejsze pozy, gdy posłyszał, że panna Karolina ze śpiewem shodzi z piętra, z mieszkania żądcostwa, państwa Turzyckich. Co prędzej uhylił dżwi i ukazał się pżed dziewoją we fraku. Zakżyknęła z zahwytu i oglądała go ze wszystkih stron, znajdując, że jest piękny jak model salonowca w „Die Dame”. Cezary nie dowieżał i poprosił, żeby weszła do jego pokoju, gdyż ma jej coś ciekawego powiedzieć. Oglądając się na wszystkie strony pżekroczyła na palcah jego progi. Lecz zaledwie dżwi się zamknęły, Cezary groźnym gestem wskazał na bieliznę leżącą na stole i zapytał: — kto śmiał zajmować się jego kołnieżykami? — Z trwogą, z lękiem pżyznała się do winy. I tu właśnie nastąpił natyhmiastowy wymiar kary. Cezary pohwycił ją w objęcia i pżetańczył z nią pżed lustrem kilkakrotnie figurę shimmy. Panna Karolina szeptała z ciha, że ktoś może usłyszeć, jak tam hałasują — ktoś może wejść i wtedy będzie zgubiona. Zobaczą, że była sam na sam z nim, w jego pokoju... Oh!... Nic to wszystko nie pomogło. Tańczyli, wprawdzie na palcah, po cihutku, lecz do upadłego.
Gdy zaś wciąż i natrętnie labidziła o tej swojej zgubie, straconej reputacji i, o mały włos, cnocie — zamknął jej gadatliwe usta tak długim pocałunkiem, żeby ją właśnie uhronić od gadania, podsłuhania rozmowy i — „ewentualnie” — zguby. Wtedy na dobre zamilkła. Zamilkła na długą, zapomniałą hwilę, kiedy w piersiah serca z nienasyconej rozkoszy ustają, a świat kędyś w pżestżeń ucieka. Lecz panna Karolina ocknęła się z upojenia. Silnymi łokciami wparła się w piersi tego natręta i oderwała go od swoih ust. Z zamkniętymi oczami muwiła szeptem:
— Nieh mnie pan nie gubi! Nieh mnie pan nie robi nic złego!
— Złego? A czy to było złe?
— Bardzo pana proszę... Z głębi serca... Nieh mię pan nie gubi!
— Ah, z tym „gubi”! Gubi...
Jednakże opamiętał się i wypuścił ją ze swyh ramion.
— Niehże pani idzie, skąpcze obżydliwy... Ale pżedtem... Jeszcze raz... O, tutaj pży samyh dżwiah...
Karusia nie mogła się opżeć. Żeby ją tylko puścił... Jej uśmieh stał się bezradnie radosny, a usta same drogę do ust znalazły. Minęła długa hwila tego pożegnania na pułgodzinne rozstanie. Wreszcie wyrwała się, skinęła głową i cihutko odemknęła dżwi. Wyszła. Cezary słyszał, jak otwarła wejściowe i wypadła do ogrodu. Czuł w całym ciele szczęście, jakby pocałunek oddany ustom pżez usta krążył teraz we wszystkih jego żyłah i żażył się w szpiku kości.
Wyjżał pżez okno. Nie było nikogo. Toteż pomyślał:
„Oh, sekutnica! Nikogo tu nie ma. Można było całować się jeszcze hoćby i puł godziny. Teraz nieprędko taka sposobność się zdaży”.
Tymczasem mylił się grubo. Był ktoś, co pilnie śledził tę shadzkę pżygodną i widział dobże pocałunki. Była to młodociana muzyczka, panna Wanda Okszyńska. Gdy Karolina wyszła z mieszkania jej wujostwa, pianistka hyłkiem wysunęła się za nią na shody, bynajmniej nie w celu szpiegowania, lecz dla ulżenia swemu sercu.
Aczkolwiek panna Wandzia nie posiadała jeszcze na swą niepodzielną własność tabliczki mnożenia, zwłaszcza na wyrywki — to jednak zaznała już skutkuw udeżenia stżał Kupidyna. Skoro tylko ujżała Cezarego Barykę, udeżona została wyż wzmiankowaną stżałą. Niemy a wstżąsający dreszcz dał jej znać: — ten! Gdy zaś Cezary usiadł pży niej i grał na cztery ręce, szalona miłość — istny wulkan — wybuhła w sercu panny Wandzi. Wypędzona ze szkoły i z rodzinnego domu, nie wiedziała wcale, iż to właśnie nazywa się wśrud rozmaityh „staryh” ludzi — miłość. Panna Wandzia po prostu zahorowała duhowo. Jej stan była to nieustanna tęsknota dohodząca aż do zupełnej niepżytomności władz umysłowyh. Młoda panienka żyła w jakimś błękitnym tumanie. Osoba Cezarego zatracała się i niemal rozpływała w łagodnej, powłuczystej hmuże. Ta strona święta, gdzie on się obracał, posiadała swuj zapah fiołkowy czy rużany — i szczegulniejszą melodię swoją, kturej jednak nie można było pohwycić ani wygrać. Gdy go nie było, gdy dokądś pojehał albo poszedł, świat stawał się pusty, jałowy, głuhy, płony, obmieżły, pełen ciemności i nudy. Nie było siły, ktura mogłaby odwrucić myśli i uczucia panny Wandy w innym kierunku. Nie było zakazu, ktury byłby w stanie odmienić albo znieść jej utęsknienie. Bała się żeczywistego widoku swej idealnej wizji aż do stanu zalęknienia, a każda hwila obecności Cezarego, rozmowy z nim — stawała się nowym impulsem do mażenia o nim, mażenia nieustannego, we dnie i w nocy. Głos jego, z daleka zasłyszany, bżmiał w jej uhu jakby melodia osobliwa.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Przedwiośnie”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.