Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Przedwiośnie

Część pierwsza — Szklane domy

Część pierwsza — Szklane domy

Czaruś dostał był właśnie promocję z klasy czwartej do piątej i skończył czternasty rok życia, gdy Seweryna Barykę jako oficera zapasowego powołano do wojska. — Wojna wybuhła. — Szybko, w ciągu paru dni, idylla rodzinna została zdruzgotana. Cezary znalazł się sam z matką w osierociałym mieszkaniu. Gdy odprowadzał ojca na statek wojenny odhodzący do Astrachania, nie czuł żadnego zgoła żalu. Nowość! Zajmowały go tysiące szczegułuw, drobiazguw, dat, nazwisk, cyfr, związanyh z pżebraniem się ojca w mundur oficerski. Pakował walizkę, świetną walizkę ojcowską z grubej, żułtej skury, z metalowym okuciem, z wyciśniętym inicjałem i mnustwem wewnątż tajemniczyh pżegrudek. Nie podzielał i nie rozumiał zupełnie płaczu i spazmuw matki, desperującej od świtu do nocy. Dopiero gdy ojciec w gronie innyh oficeruw został na pokładzie, a on sam z matką na bżegu, i kładkę z hałasem odephnięto, Cezarek doznał napadu pżerażenia, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Pod naciskiem tego uczucia wyciągnął ręce i począł kżyczeć jak istny dzieciak. Lecz znaki uspakajające, kture kreśliły w powietżu białe ręce ojcowskie, uciszyły go tak nagle, jak nagle pżyszła ta ślepa boleść dziecięca. Pżecie to na krutko! Istne manewry! Wojna nie będzie trwała długo. Jakieś tam parę tygodni. Może miesiąc. Najwyżej dwa. Wał rosyjski pżesunie się po polah wroguw, zmiażdży pżeszkody jak marhew czy kukurydzę i wszystko wruci do normy. Tak muwili wszyscy i taką też opinię w spadku po ojcu odjeżdżającym otżymał Cezary.

Gdy z portu wracał do domu z matką, zaiste, jak grub milczącą, był już wesoły. Pocieszyło go to i owo, a nade wszystko perspektywa swobody. Ojciec, ktury go nigdy a nigdy nie karał, nigdy nawet nie łajał, a strofował pułżartem, z lekką drwinką, dowcipkując, posiadał nad synem władzę żelazną, niezłomną. Wbrew łagodnemu uśmiehowi ojca, wbrew jego gżecznym zaleceniom i pokornym radom, dobrotliwym prośbom, żuconym wśrud umizguw i zabawy — nic nie można było poradzić. Były to kanony i paragrafy woli, nażucone z uśmiehem i w gronie pieszczotek. Był to żąd samowładny i dyktatura tak niezłomna, iż nic, literalnie nic nie mogło jej pżełamać. Teraz ta żelazna obręcz rozluźniła się i samohcąc opadła. Pżestrah paniczny w oczah matki: — „Co na to ojciec powie?” — znikł. Ojciec usunął się z mieszkania i ze świata, a jego nieobecność powiedziała: „Rub, co hcesz!”

Swoboda uszczęśliwiła Cezarka. Pżerażeniem napełniła jego matkę.

— Co teraz będzie? — szeptała załamując ręce.

Cezary nie zadawał sobie takih pytań. Pżyżekał matce, że będzie posłuszny, zupełnie tak samo, jak gdyby ojciec był obecny w gabinecie. Postanawiał być posłusznym i uspakajał matkę milionem najczulszyh pieszczot. Lecz w gruncie żeczy duszą i ciałem wyrywał, gdzie piepż rośnie. Czego nie mugł u matki dopiąć samowolnymi kaprysami, to wypraszał umizgami lub awanturą. On to teraz stawiał na swoim. Robił, co hciał. Nie dostżegając granic tyh obszaruw, kturyh mu dawniej nie wolno było pżekraczać, żucał się na prawo i na lewo, w tył i napżud — żeby wszystko dawniej zakazane dokładnie obejżeć. Całe teraz dnie spędzał poza domem na łobuzerii z kolegami, na grah, zabawah, eskapadah i wagusah. Gdy się skończyły wakacje, „uczęszczał” do gimnazjum i pobierał w domu jak dawniej lekcje francuskiego i niemieckiego, angielskiego i polskiego języka, ale był to już raczej szereg awantur, a nieraz i bujek. Z każdym teraz belfrem zadzierał, wszczynał kłutnie i toczył nieskończone procesy, doznawał bowiem stale „niesprawiedliwości” i „kżywd”, za kture znowu jako człowiek honoru musiał się mścić w sposub właściwy i za właściwy uznany w sferah miarodajnyh, wśrud „staryh” koleguw piątej klasy. Zabawy — zresztą niewinne — łazęgostwo i urwisostwo, pohłonęły go jak jakiś żywioł. W gronie kilku staryh koleguw drałował z lekcyj i bujał po okolicy, a nawet nocą ganiał po ulicah, po jamah i wertepah, po zwaliskah gwebryjskih świątyń i ruinah staryh meczetuw.

Wyrwawszy się z ojcowskiej uździenicy nie mugł już znieść żadnego arkanu. Nieszczęsna matka traciła głowę, rozpływała się we łzah i gasła z niepokoju. Na widok tyh łez gożkih i nudzącyh go aż do śmierci Cezary poprawiał się na dzień, z trudem — na dwa. Na tżeci już znowu gdzieś coś płatał. Wybijał szyby Tatarom, wdzierał się na płaskie dahy domuw i, niewidzialny, stżelał z procy do domownikuw. Tam wywiercił dziurę w ścianie domu, tyłem odwruconego do ulicy, ażeby pżez otwur pżypatrywać się „żonom” milionera muzułmanina, hodzącym po bezdżewnym ogrudku bez czarczafuw, czyli jedwabnyh zasłon na tważah — tu zorganizował nieznośnemu belfrowi kocią muzykę. Nocą, bez celu i sensu wałęsał się po nieskończonym bulważe nowego miasta albo po prostu jak bezpański pies ganiał po zaułkah, po wąskih i stromyh uliczkah starego, uwijał się w porcie, w brudah i czadah „czarnego miasta” lub między wulkanami, kturyh kratery wyżucają słone błoto. Ta konieczność włuczenia się, bezcelowego cwałem wyrywania z miejsca na miejsce stała się nałogiem i pasją. Nie mugł usiedzieć. Nadto — gry. Gry w piłkę, w pasek, w jakieś kamyki, „kiczki”, w wyświehtane gruzińskie kostki.

Prużniacze dnie Cezarego napełnione były jednak nie byle jakimi pracami. Uczył się roli do teatru koleżeńskiego o treści rozbujniczej, ktury miał być odegrany sekretnie w zbużyszczah staryh bakińskih fortalicji. Budował wraz z innymi skrytki w skalnyh pieczarah i w labiryncie staryh muruw, w celu pżehowywania zakazanyh książek, niepżyzwoityh wierszy Puszkina i innyh pornografuw. Tamże leżał w ukryciu pewien wiekowy rewolwer bez naboi i pżehowywany był ozdobny gruziński kinżał, kturego ciosy jeszcze „na razie” dla nikogo nie były pżeznaczone. Zaruwno rewolwer, jak kinżał, owinięte w kolorowe bibułki i częstotliwie pżewijane, czekały cierpliwie na swoje losy. Tymczasem użądzano napaści na burżujuw, zaruwno tatarskiego, jak ormiańskiego gatunku, mniej militarnymi nażędziami. Wystarczały do bicia szyb zwyczajne kamienie.

Matka nie była w stanie utżymać syna w domu, nakazać mu zmiany wyuzdanyh obyczajuw, dopilnować go i wyśledzić miejsca jego kryjuwek. Bez pżerwy niemal czekała na jego powrut. Gdy hwytał czapkę i pędem wylatywał z domu, coś podsuwało się do jej gardzieli i zapierało oddeh. Nie miała już siły prosić urwisa, żeby nie hodził. Z początku udawał posłuszeństwo: czaił się, pżymilał, wypraszał pozwolenie na bomblerkę. Puźniej nabrał zuhwałego rezonu. Z czasem stał się impertynencki, drwiący, uszczypliwy, kłutliwy i napastliwy. A wreszcie nic sobie z matki nie robił. Zacisnęła zęby i milczała pżeżywając nieskończone godziny trwogi o jedynaka.

To obce miasto stało się dla niej jeszcze bardziej obce, cudze, niepojęte, groźne, złowieszcze. Po wyjeździe męża wszystkiego się tutaj bała. Dopuki mąż był w domu, on był osobą — ona cihym i pokornym cieniem osoby. Teraz uw cień musiał stać się figurą czynną. Cień musiał nabrać woli, władzy, decyzji. Jakże ten mus był nieznośny, jak uciążliwy! Musiała wiedzieć o wszystkim, pżewidywać, zapobiegać, rozkazywać. Gubiła się w plątaninie swyh obowiązkuw. Nie wiedziała, od czego zacząć, gdzie jest droga i jak nią iść. Wstydziła się i trwożyła. Pżeżywała jedną z najsroższyh tortur, torturę czynu nażuconą niedołężnej bierności. Cierpiała, nie mogąc dać sobie rady. Trwoga o syna, ktury się jak na złość zlisił, dobijała ją. Jedyną ulgę znajdywała w ciągu nocy, kiedy hłopak twardo spał. Słyszała wtedy jego oddeh, wiedziała, że jest obok niej i że mu nic nie zagraża. Ale sama wtedy nie spała. Popadła w bezsenność. Wolała jednak bezsenność białej nocy niż trwogę białego dnia. Oh, jakże dobże jej było pżyczaić się na legowisku, zasunąć się w kąt i patżeć na śliczną głowę hłopca, owianą gęstwiną falistej czupryny i — patżąc tak na niego — o nim mażyć!... Jakiż śliczny, jakiż ukohany ten łobuz, ten urwis, ten włuczykij i zawalidroga!

Co mu się też śni — co tam pżepływa pod czarującą płaszczyzną spadzistego czoła? Co też to widać w tyh oczah głuho zamkniętyh, pod cienistymi powiekami? Jakiś namiętny kżyk dobywa się z pulsującego gardła! Jakieś gwałtowne, dzikie, srogie widowisko jawi się pżed nim, bo prosty nos naciąga się jak cięciwa łuku, nozdża drgają, a wargi niezruwnanyh ust odsłoniły grozę i groźbę pżeślicznyh białyh zębuw! Jaki to wilk! Cuż za pasja niestżymana w tym sennym dziecka uśmiehu! A patżąc tak na głuwkę jedynaka, głęboko rozważała: „Ktuż to jest, na Boga! ten hłopiec? Oto tajemnica niezbadana poczęła go w niej. Oto był maleńki i niedołężny — kruszyna cielesna, byt zależny jedynie od niej — cząstka jej całości, jak gdyby nowy organ jej ciała, ręka lub noga... Wykarmiła go, wypielęgnowała, wyhodowała. Z roku na rok rusł w jej rękah, w jej oczah, w jej objęciu. Każdy dzień jego zależał od niej, z niej się poczynał, na niej się kończył. Siły swe pżelała, życie swe pżesączyła kropla po kropli w jego siły. Nastawiła i wyprostowała drogi jego krwi. Nadała mu głos, kżyk, śpiew. A oto teraz obcy się staje i złowieszczy. Obraca się pżeciwko niej. Z niego płynie na nią jakieś złe. Bezgraniczna miłość ku niemu pżekształca się i pżeradza na kżywdę słabego jej ciała i duha omdlałego. Gdyby go tak bezgranicznie nie kohała, cuż by jej było, hoćby się psuł i, gdzie hce, hasał? Ale on bije w miłość, targa tą siłą, kturą go obdażył jej słaby ostatek mocy”.

Dniało nieraz, zanim znużona popadała w słaby pułsen, w krutkie zapomnienie się, w pułczuwanie. Budził ją każdy ruh hłopca, jego hrapanie albo mowa pżez sen. W tyh stanah pułświadomości zawsze uciekała z tyh miejsc obcyh „do domu”, to znaczy do Siedlec. Słyszała w głębi swej głowy stuk kuł pociągu i widziała niezmieżone obszary pul, lasuw, pustek i pastwisk tej ziemi pżeogromnej — Rosji — ktura była jej więzieniem. Skryte, radosne, iście złodziejskie mażenie podpowiadało jej perypetie czynu: zabrać Czarusia, zawiązać w węzeł trohę żeczy i czmyhnąć. Uciec z tego wygnania! Zwiać! Wiedziała w każdym ocknieniu, że to jest niemożliwe, że tego być nie może, że Seweryn nigdy by na to nie pżystał. Czyż nie miałby prawa powiedzieć, że uciekła dlatego, że w Siedlcach jest Szymon Gajowiec?

To imię i to nazwisko miało moc czarodziejską. Ono tu odsłaniało dawne, wiosenne poranki i letnie dni, kturyh już nie ma na ziemi. Miała znowu siedemnaście lat i tę radość w sercu, kturej już nie ma na ziemi. Wiedząc o tym doskonale, że to jest gruby i śmieszny nonsens, była znowu sobą, dawną, młodą dziewczyną. Kohała znowu Szymona Gajowca sekretnie, skrycie, na śmierć — jak wtedy. Była znowu na śmierć kohana pżez tego wysmukłego, pięknego młodzieńca — jak wtedy. Pżeżywała swuj niemy romans. Czeka znowu na jego wyznanie — długo, tęsknie. Ale on nie powiedział jej nigdy ani słowa! Ani jednego westhnienia, ani jednego pułsłuweczka! Tylko w tyh ciemnyh, głębokih oczah jego płonie miłość. Oh, nie romans, nie miłostka, nie radosny flirt, lecz posępna miłość. Jakże mugł ośmielić się na wyznanie miłosne, jej, pannie z „domu” siedleckiego, on, biedny kancelista z „Pałaty”, a nadto pohodzący z hłopuw podlaskih czy tam z jakiejś drobnej zagonowej szlahty. Toteż milczał, aż się domilczał! Pżyjehał Seweryn i wydano ją bez gadania. Wspominała znowu odjazd swuj z mężem do Rosji. Stoi oto w oknie wagonu, uśmiehnięta, szczęśliwa, młoda mężatka. Mnustwo ludzi, wszyscy znajomi, całe miasto. Gwar, kwiaty, uściski, pozdrowienia, życzenia. A w głębi peronu, z dala, sam jeden, oparty o framugę okna — tamten. Jęk pżeżynał duszę na nowo. Widziała jego oczy i uśmieh pełen śmiertelnej boleści.

Wspominała dnie dawne, urocze hwile, kiedy pżehadzali się nad wodą stawu w Sekule, nad wodą niezapomnianą, pokrytą wodnymi liliami. Pamiętała każde jego słowo owoczesne, cihą rozmowę o unii podlaskiej, o męczeństwie, katowaniah, pżymusah. W duszy jego unia podlaska i cała owa kraina smutna a pełna tajemnicy miała jak gdyby kaplicę swoją. On to jeden wiedział o wszystkim, wszystko znał z aktuw, z papieruw użędowyh, z tajemnyh raportuw. On jeden stał nad drogami tego kraju jak samotny kżyż. Jej tylko jednej powieżał sekrety. I tak go oto zdradziła... Wspominała wycieczkę jedną do Drohiczyna, drabiniastymi wozami, w licznym toważystwie młodzieży. Jakże było wesoło, jaka wiosna była w duszah!

Po drodze zatżymano się obok starej unickiej kapliczki, zabitej gwoździami i skazanej na zagładę. Wspomniała sobie oczy Gajowca, oczy wzniesione na zeszłowieczny w głębi obraz. O Boże, tego człowieka odżuciła, podeptała, zabiła na duszy!... Wspominała po raz tysięczny uw list jego okrutny, gdy się rozeszła wieść, że wyhodzi za Seweryna — list na sześciu stronicah, błagalny, żebżący, zamazany strugami łez, obłąkany list Gajowca. Podarła go wuwczas, lecz słowa tego pisma żyły w jej duszy. Czytała je w pamięci swej, jak wtedy na stryhu, gdy targała włosy i omdlewała z rozpaczy. Na wspomnienie imienia tego człowieka, kturemu nigdy nie uścisnęła ręki, do kturego nie wyżekła jednego czulszego wyrazu, wiosna ojczysta pahniała w jej duszy. On to był jej nauczycielem, pżewodnikiem, cihym mistżem — ah, i wybranym ze wszystkih ludzi na ziemi! Wszystko pżeszło, nastało straszne oddalenie w czasie, w pżestżeni — narodził się Czaruś — a pżecie tamten człowiek nie umarł w duszy. Gdyby nawet nie było go już na ziemi, błogosławiła jego pamięć...

Od męża nadhodziły listy dość często. Był na linii bojowej, gdzieś w Prusach Wschodnich, ponad Mazurskimi Jeziorami. Listy jego były jednostajne, niemal użędowe, suhe i zawierające zawsze te same zwroty. Oczywiście nie skarżyła się mężowi na syna — pżeciwnie, w sposub kłamliwy hwaliła go za cnoty, kturyh ani cienia nie ujawniał. Ojciec dziękował w listah swyh Cezaremu za tak hwalebne prowadzenie się i postępy w naukah. Matka odczytywała te ustępy zatwardziałemu recydywiście i osiągała na hwilę coś w rodzaju skruhy i żalu za gżehy. Ale niehże ktury z koleguw, jakiś tam Misza czy Kola, gwiźnie pod oknem, już było po skrusze i mocnym postanowieniu poprawy!

Raz tylko pżystąpiło coś do Cezarka. Był zwyczaj, iż w miejscowej kaplicy katolickiej śpiewano w niedzielę na hurku. Cezary miał bardzo ładny głos i kilka już razy śpiewał solo pży akompaniamencie fisharmonii. Ksiądz, Gruzin, wyhowany w głębi Rosji i niepżyhylnie usposobiony dla Polaków, niehętnie zgadzał się na te śpiewy, jednak tolerował je ze względu na liczną polską kolonię. Pewnego jesiennego poranka Cezary śpiewał na hurku starą, pospolitą pieśń:

O Panie, co losy ludzkości 
dzierżysz w dłoni Swej, 
Stojącyh na progu wieczności 
do łona pżytulić hciej... 
 

Gdy się zaniusł od samotnego śpiewu, hwyciło go coś za serce. Niepojęta, głuha tęsknota za ojcem sięgnęła do ostatecznej głębi w jego duszy. Czuł, że lada hwila zaniesie się od płaczu. Śpiew jego stał się pżejmujący i piękniejszy ponad wszelką pohwałę. Stary, sterany, zapity użędnik, ktury już słabo język polski pamiętał, ledwie mugł sobie dać radę z akompaniamentem — drżącymi palcami hwytał wspułtony, ażeby nic nie uronić, ażeby — uhowaj Boże! — nic nie zepsuć w tej pieśni, co się stała wieszczeniem ponadludzkim, zaiste modlitwą pżed Panem. Zdawało się słuhaczom, że to anioł niebiański zstąpił z kościelnego obrazu, stanął pży klawikordzie i zaśpiewał za gżesznyh ludzi pieśń błagalną.

Ten kościelny nastruj odszedł jednak ruwnie szybko, jak pżyszedł. Za murami kaplicy Czaruś był sobą, a raczej był we władzy wspulnego szału, ktury go wraz z kolegami opętał. Uczucie tęsknoty za ojcem, nieodparte i głębokie, napotkało na swej drodze obawę wobec możliwości powrotu rodzica. Olbżymia bania swobody stłukłaby się natyhmiast. Tżeba by znowu pżyczaić się, udawać świętoszka, gżeczniusia, pracowniczka, ktury o niczym nie myśli, tylko o szkolnej i pozaszkolnej nauce. Ani mrumru już wtedy o własnej woli, o bujaniu samopas, dokąd oczy poniosą, i o tym nienasyconym upajaniu się wolnym powietżem, jakie daje młodociane rozpasanie.

Częstokroć zresztą owo rozpasanie pżybierało formy dziwnie pospolite. Koledzy shodzili się u jednego ze wspułprużniakuw i, niby to w wielkiej tajemnicy, śpiewali najbardziej znane i najbardziej oklepane pieśni rosyjskie. Po śpiewah następowały karty. Ten i uw kohał się. Cezary jeszcze się w nikim nie kohał, ale wiedział, że taka pozycja istnieje i jest w modzie.

 

Seweryn Baryka nie pokonał Niemców nad Mazurskimi Jeziorami. Pżeciwnie — wiał na wshud z resztą armii. Długo nie było od niego wieści, a gdy wreszcie nadeszła, to już zupełnie skądinąd. Był w Karpatach. Parł na Węgry. Pżysyłał stamtąd wiadomości, tak samo suhe i jednobżmiące. Każdy list zaczynał się od pytań o Cezarego i kończył nieskończonymi dla niego pozdrowieniami. Ani jednego słowa, ani wzmianki o powrocie! Bitwy, oblężenia, pohody, śniegi, doliny i gury, gury, kturyh Cezary nadaremnie szukał na mapie.

 


 

Położenie żony i syna było zabezpieczone. Już sama pensja oficerska, wypłacana punktualnie, wystarczyłaby najzupełniej. Nadto Seweryn Baryka pżed pujściem na front wyjął z safesu bankowego znaczną część swyh oszczędności, zamienił na złoto i „na wszelki wypadek” zakopał w piwnicy wraz z biżuterią i co cenniejszymi pżedmiotami ze srebra i złota. Samyh pieniędzy było kilkaset tysięcy. Pży ceremonii zakopywania, dokonanej w nocy z całą ostrożnością i premedytacją, była obecna pani Barykowa i Cezary. Część kapitału pozostawiona w banku, znowu „na wszelki wypadek”, służyła do doraźnego użytku i dowolnego rozpożądzenia. Z tego matka i syn mogli czerpać, ile hcieli, na swe potżeby, na opłatę lekcji językuw, muzyki, śpiewu, tańca, konnej jazdy, łyżw, wrotek, motocyklu, roweru, łodzi motorowej, aeroplanu, samohodu oraz wszelkiej innej manii czy fanaberii jedynaka, o jakiej tylko dusza jego zamażyć mogła.

Cezarek dbał o to, żeby „rahunek bieżący” nie spleśniał w banku. Prubował wszystkiego, co mu stżeliło do głowy. Matka zgadzała się na wszystko, a raczej musiała na wszystko pżystawać, co podyktował. Jeździł tedy po lądzie i po możu, a nawet latał po powietżu. Nie można powiedzieć, żeby się wcale nie uczył albo nawet źle uczył. Lubił na pżykład muzykę i grał dużo, w czasie lekcji i poza lekcjami. Czytał mnustwo wszelakih książek. Pżehodził z klasy do klasy, tak i owak łatając braki systematycznyh i pożądnyh studiuw, jak to bywało za czasuw ojcowskih, kiedy tżeba było pżysiadywać fałduw dzień dnia i wszystko pilnie odrabiać do ostatniego udarien’ja.

Po roku, dwu, tżeh latah, o ojcu dalekim — w istocie — jak gdyby słuh zaginął. Baryka był wciąż w armii. Czynił ofensywy i doznawał defensyw, lecz nie pżyjeżdżał. Raz doniusł, że był ranny, że leżał w szpitalu, kędyś daleko, na granicy rdzennej Polski. Długo potem nie pisał. Gdy potem list nadszedł, był to skrypt nieoficjalny, datowany z innego miejsca pobytu.

W tym czasie Cezarek wyrastał na samodzielnego, a raczej samowładnego młokosa. O ojcu — jakoś zapomniał. Myśl o ojcu — było to widmo pżestażałyh zakazuw, paduł jakiś ciemny, z kturego zionęło uczucie dziwnie bolesne, ściskające, a nade wszystko smutne, tęskne, lecz zarazem w niepojęty sposub własne i rodzone. Cezary nie lubił myśleć o ojcu. Czasami jednak hwytało go w puł drogi, ni to w objęcia, błędne widmo — zatżymywały pośrodku zabawy niewidzialne ręce. Coś go czasami ciągnęło w odmęt smutku i żalu, ktury się nagle pod nogami otwierał. Tżeba było potem zabijać to uczucie, kture nosiło wśrud koleguw nazwę handra, wysiłkami na łudce, na roweże, na motocyklu albo na dzikim kozackim koniu. W ciągu tyh długih wojennyh lat matka stała się dla Cezarego czymś tak podatnym, powolnym, użytecznym, własnym, posłusznym względem każdego zahcenia i odruhu, że, zaiste, był to już jego organ, jak ręka lub noga. Nie znaczy to wcale, żeby Cezarek był złym synem, a jego matka niedołężną ciapą. Lecz tak dalece zrosły się te dwa organizmy, a jeden tak do drugiego należał, iż stanowiły jedno duhowe ciało. Z wolna i konsekwentnie Cezarek zajmował miejsce Seweryna jako źrudło decyzji, rady, planu i żutu oka na metę daleką oraz jako rozkazodawca. Nie zajmował się domem i jego sprawami, lecz od niego wszystko zależało. Wiedzieli wszyscy, iż pani Barykowa odbiera i wręcza pieniądze tudzież wykonywuje polecenia, ale żądzi piękny Cezarek.

W dostatnio użądzonym mieszkaniu wszystko zostało na miejscu, jak było w hwili odjazdu Seweryna Baryki. Ani jeden ciężki mebel nie został inaczej pżestawiony w salonie — ani jedna książka inaczej położona na biurku w gabinecie pana domu. Tak samo wszystko tkwiło na miejscu, jak gdyby tegoż dnia rano wyszedł do swego użędu „na pżemysłah”. Oto gazeta, kturą czytał w pżeddzień wyjazdu — oto drogocenny nuż do rozcinania kartek, jeszcze, zda się, ciepły od ujęcia pżez jego dłoń, tkwi w środku rozłożonego tomu. Mieszkanie to, można by żec, było obrazem potężnego państwa, w kturego obrębie się pżytuliło. Jak tam, tak i tu wszystko stało potężnymi pracami ustanowione i z dawna ujęte w kluby.

Gospodaż nie wracał. W tżecim roku wojny nie było od niego żadnej wieści tak długo, iż żona, a nawet lekkomyślny syn popadli w rozpacz. Informacje w użędah wojskowyh były jakieś mętne i niepewne. Raz powiedziano, że major „Siewierian Grigoriewicz Baryka” — zaginął. Kiedy indziej wyjaśniono, że dostał się „prawdopodobnie” do niemieckiej czy austriackiej niewoli. Wreszcie odpalono natarczywe pytania zimnym ciosem, z pewnym ironicznym zmrużeniem użędniczego oka, iż pżepadł w othłaniah wojny, wieść o nim zaginęła tak dalece, iż o tym człowieku nic zgoła nie wiadomo. Rozpacz nieszczęsnej kobiety pżehodziła wszelkie granice.

 


 

Nie tu jednak były granice, a nawet nie tutaj jeszcze było państwo rozpaczy. Nasunęło się to państwo wielkie i dzikie, niewiarogodne i niepojęte jakoby zagon tabunuw tatarskih, z pżestworuw Rosji i z czasu. Jednego dnia rozeszła się w mieście Baku lotem błyskawicy wieść: rewolucja! Co znaczyło w praktyce owo słowo, nikt objaśnić nie umiał, a gdy było najmądżejszego poprosić o wyjaśnienie, na pewno ożekł coś innego niż popżedni znawca i co innego niż jego następca. Jeżeli kto wiedział cokolwiek realnego o istocie rewolucji, to hyba tylko sam Cezary Baryka, gdyż on to ją właśnie z miejsca wszczynał. Pżede wszystkim, z dawna już słysząc, że jest gdzieś jakaś rewolucja, pżestał „uczęszczać” do swej usmej klasy. Wraz z nim co gorliwsi wyznawcy jego sposobu myślenia i postępowania. Nadto — pżebrał się po cywilnemu. Niezupełnie zresztą: czapka uczniowska bez palmy, marynarka cywilna. Gdy zaś dyrektor gimnazjum, spotkawszy go na mieście, w najniewinniejszej myśli zapytał, czemu to paraduje po cywilnemu, w czapce na bakier i ze szpicrutą — trostoczkoj — w ręku, Cezarek tąż szpicrutą — trostoczkoj — wymieżył dyrektorowi w sensie odpowiedzi dwa z dawna zbiorowo wyśnione indywidualne ciosy: jeden w prawe uho, a następnie drugi w lewe. Zbiegowisko uliczne nie stanęło po stronie pokżywdzonego dyrektora, lecz właśnie po stronie napastnika Baryki. Cezary odszedł spokojnie do domu, otoczony aureolą, niosąc w ręku sławną odtąd trostoczkę. Skoro zaś dyrektor gimnazjum, zwoławszy radę pedagogiczną, wydalił Cezarego Barykę z tej szkoły, ze wszystkih innyh gimnazjuw bakińskih i ze wszystkih szkuł w państwie, gdyż zalecił go do tak zwanego „wilczego biletu” — to był to akt najzupełniej nieszkodliwy, gdyż Cezary Baryka nie kwapił się już do żadnej szkoły w tym państwie. Inne mu już wiatry świstały koło uszu.

Ani podsądny, ani członkowie każącego ciała niewiele pżywiązywali wagi do wyroku. Obity zwieżhnik zaskarżył wyhowańca do sądu. Lecz nim nadszedł termin powołania napastnika pżed kratki, jakieś tajemnicze siły tłukły co noc szyby w mieszkaniu dyrektora gimnazjum nie pozostawiając ani jednej — mazały dziegciem i innymi źle woniejącymi merkaptanami dżwi, shody i ściany jego willi — wżucały mu do gabinetu pżez dziury w oknah zdehłe szczury, użądzały pode dżwiami kocie muzyki i wszelkie inne żakowskie psikusy. Policja? Policja stała się w tej dobie czynnikiem pżedziwnie ospałym. Nie mogła żadną miarą pohwycić i ukarać złoczyńcuw. Można by powiedzieć, iż sromotnie pżed nimi thużyła, jak zresztą wszyscy w mieście. Ktuż mugł wiedzieć, czy to w ten sposub nie objawia swej potęgi rewolucja, tak groźna i wszehwładna na pułnocy państwa? Tej zaś nowej sile naczelnej policja nie hciała się narażać.

Pżez czas dość długi w mieście Baku było głuho, martwo i nudno. Wszystko jeszcze po dawnemu ruszało się i łaziło, ale niesłyhanie ospale, niemrawo, z rezerwą, a nawet jawną perfidią. Nie mogło być inaczej, skoro z dnia na dzień wszystko się odmieniało. Dwa żywioły miasta — Tatarzy i Ormianie — czatowali na się wzajemnie z wyszczeżonymi zębami i wyostżonym w zanadżu kinżałem. Władze, regulujące ten stary zatarg na żecz panowania rosyjskiego, pżywarowały, albowiem w samym źrudle ih potęgi coś się urwało i wywruciło do gury nogami. Wreszcie wszystko pieżhło na wszystkie strony. Zjawił się komisaż rewolucyjny — o dziwo! — Polak z pohodzenia. Ten piorunem ustanowił nową władzę i zaprowadził nowe pożądki. Tatarzy i Ormianie dali pokuj walce, a jedni i drudzy na swuj sposub wyzyskiwali sytuację. Pżede wszystkim — znikły wszelkie towary. Pozamykano sklepy. Zabrakło żywności. Banki nie wydawały złożonyh kapitałuw i nie wypłacały procentuw. Nikt nie dostawał pensji. Rugowano z mieszkań. Zapanowała ulica, robotnicy naftowi i fabryczni, czeladź sklepowa i domowa, marynaże. Było tam jednak stosunkowo spokojnie. Miasto stało właściwie brakiem żądu, a siłę swą czerpało z walki skłuconyh plemion. Ludność niezamożna upajała się mityngami, mowami i wywracaniem wszystkiego na nice.

Cezary Baryka był oczywiście bywalcem zgromadzeń ludowyh. Na jednym z takih zbiegowisk wieszano in effigie burżuazyjnyh cesażuw, wielkożądcuw, prezydentuw, generałuw, wodzuw — między innymi lalkę ubraną za Józefa Piłsudskiego. Tłum klaskał radośnie, a Cezarek najgłośniej, hoć nic jeszcze, co prawda, o Józefie Piłsudskim nie wiedział. Wszystko, co wykżykiwali muwcy wiecowi, trafiało mu do pżekonania, było jakby wyjęte z jego wnętża, wyrwane z jego głowy. To była właśnie esencja żeczy. Gdy wracał do domu, powtażał matce wszystko od a do z, wyjaśniał arkana co zawilsze. Muwił z radością, z furią odkrywcy, ktury nareszcie trafił na swoją drogę.

Matka nie hodziła na mityngi. Patżyła teraz ponuro w ziemię i nie odzywała się z niczym do nikogo. Gdy była z Cezarym sam na sam, prubowała oponować. Lecz wtedy popadał w gniew, gromił ją, iż niczego nie może zrozumieć z żeczy tak jasnyh, prostyh i sprawiedliwyh. Gadała zaś niestwożone klituś-bajtuś. Twierdziła, że kto by hciał twożyć ustruj komunistyczny, to powinien by podzielić na ruwne działy pustą ziemię, jakiś step czy jakieś gury, i tam wspulnymi siłami orać, siać, budować — żąć i zbierać. Zaczynać wszystko sprawiedliwie, z Boga i ze siebie. Cuż to za komunizm, gdy się wedżeć do cudzyh domuw, pałacuw, kościołuw, kture dla innyh celuw zostały pżeznaczone i po ruwno podzielić się nie dadzą. Jest to — muwiła — pospolita grabież. Niewielka to sztuka z pałacu zrobić muzeum. Byłoby sztuką godną nowyh ludzi — wytwożyć samym pżedmioty muzealne i umieścić je w gmahu zbudowanym komunistycznymi siłami w muzealnym celu. Drażniła tak syna swymi banialukami, argumentami spod ciemnej gwiazdy, a raczej z najobskurniejszej „siedleckiej” ulicy, aż tutaj na światło rewolucji pżytaszczonymi, iż świeżbiła go ręka, żeby ją za takie antyrewolucyjne bzdury po prostu zdzielić potężnie i raz na zawsze oduczyć reakcji. Nie szczędził jej uwag w słowie i odpowiednih epitetuw. Zniecierpliwienie ponosiło go nieraz tak daleko, iż puźniej żałował pewnyh dobitnyh aforyzmuw. Gdy się już bardzo gniewał, zacihała, a nawet robiła miny i grymasy pżytakujące albo wprost udawała rewolucyjny entuzjazm.

Nie na samyh wiecah i zebraniah bywał młody Baryka. W tłumie, w podnieconym, wzbużonym, rozjuszonym natłoku ludzi, pędził nieraz do więzień, gdy wywłuczono z lohuw rużnyh białogwardzistuw, reakcyjnyh generałuw, wsławionyh okrucieństwami, i gdy ih mordowano. Patżał, jak się w tej robocie odznaczali marynaże oraz rozmaite osoby użędowe. Czekał nieraz długo na samowolne egzekucje i pżypatrywał się nieopisanym szaleństwom ludzkim, gdy zabijano powolnie, wśrud błagań skazańcuw o ryhlejszą śmierć. Gdy wracał z tyh widowisk i opowiadał matce szczegułowo, co tam było i jak się odbywało, gdy miał oczy rozszeżone, nozdża rozedrgane, gdy był zziajany, wzruszony, uśmiehnięty diabelskim pułuśmiehem, ona cofała się pżed nim, wlepiała weń pżerażone oczy i mamrotała swe modlitwy.

Pewnej nocy, gdy twardo spał, zeszła do piwnicy ze ślepą latarką i wykopała znaczną część skarbu złożonego pżez męża. Tę większą i cenniejszą część wyniosła za miasto i ukryła w murah staryh zwalisk, w pewnej wnęce, kturą najpżud z premedytacją zbadała. Ta jej pżezorność — wynikająca z głuhego rozumienia prostackiego, z instynktu, jakim się w wojnah i rewolucjah żądzą i kierują ludzie pżyziemni, tak zwani ciemni, hłopi, kupczyki, mali pżemysłowcy, podmiejscy żemieślnicy i drobni zarobnicy — wnet wzięła swuj skutek. Wydany został dekret komisarski, ażeby każdy, ktokolwiek ma skarb zakopany w ziemi, wskazał go władzy pod karą głuwną. Cezary pżyszedł do domu z wiadomością o dekrecie i oświadczeniem, iż on niezwłocznie wskaże miejsce skarbu rodzinnego w piwnicy. Nie z thużostwa, lecz dla idei! Dość tego życia na koszt ludu! Nie hce mieć krwi na swyh rękah! Pali go złoto ojcowskie!

Matka kiwała głową. Zgadzała się, skoro tak hce on, głowa domu. Nie było już mowy ani wzmianki o ojcu. Cezarek wykonał swe postanowienie. Pżyszli wnet ludzie świadomi, majsterki w pżeszukiwaniu piwnic, cwaniaki w tej materii, ktuży by i bez jego „idei” znaleźli skarb ojcowski, zwąhali i spenetrowali złotko, hoćby było na sto łokci w ziemię czy w mur wpuszczone. Cezary patżał z dumą, gdy wynoszono oszczędności Seweryna Baryki. Gdy jednak zjawił się na obiad zhasany i zgłodniały, żądał jedzenia i gniewał się, gdy było mało. A było coraz mniej i coraz jednostajniejsze: co dzień — ryby i kawior. Ani już śladu hleba, mięsa, jażyn, owocuw! Dowuz ustał i sklepy były na głuho zamknięte. Cezary nie pytał, skąd matka bieże pieniądze na ryby i kawior. Tęsknił za hlebem i owocami, ale pocieszał się pewnikiem, iż rewolucja pżeżywa te braki hwilowo. Tymczasem ryby i kawior, powtażające się tży razy dziennie i bez odmiany, poczęły szkodzić na zdrowiu wszystkim.

Cuż dopiero muwić o matce Baryki! Nie jadła, hudła z dnia na dzień, a nie sypiała wcale. Gdy młody adept rewolucji cały teraz dzień spędzał poza domem na obserwowaniu zjawisk społecznego pżewrotu, a właściwie na gromadzeniu facecji, zabawnyh nieskończenie, skoro jedni szli z salonuw do piwnic, a inni z piwnic do salonuw — matka jego gromadziła zapasy. Wymykała się z miasta na daleką prowincję. Czyniła wyprawy w step urodzajny, biegnący ku wybżeżom żeki Kury, do zagrud tatarskih i gruzińskih albo do folwarczkuw niemieckih. Zrazu jehała koleją, a puźniej z jakiejś podżędnej stacyjki puszczała się piehotą. Niosła ze sobą złote i srebrne pżedmioty, złote imperiały i srebrne ruble, a w zamian za nie wypraszała jakieś parę garncy ziarna pszenicy, żyta, wreszcie jęczmienia, a nawet prosa. Kilkakroć udało jej się wydębić, po prostu wyżebrać, za olbżymią cenę nieco mąki. Niosła ją z powrotem, upadając pod ciężarem, wiorstami do stacji kolejowej, a w samym pociągu pżemycała, krutko muwiąc, pod spudnicą. Hodziły bowiem wzdłuż wagonuw patrole i konfiskowały tego rodzaju indywidualistyczną i burżuazyjną kontrabandę. Pżytaszczywszy ziarno do miasta, Barykowa niosła je po nocy do Tatarów, z kturymi miała zadawnione konszahty. Mełła ziarno, znowu za bajeczną opłatą w złocie i srebże. Po nocy ruwnież piekła hleby i podpłomyki, najczęściej niewyrośnięte placki z jęczmienia, ażeby jej jedynak mugł zakosztować świętego, mącznego hleba. Cezary mało co wiedział o tyh matczynyh wycieczkah. Nie informowała go pżecie, skąd i jakim sposobem posiada cenne żeczy na wymianę za zboże i mąkę. Wiedziała, że w świętej głupocie swojej wydałby w te pędy i tamten skarb z groty. Prawiła mu tedy, iż ten Tatar albo tamten Ormiaszka daje jej po starej znajomości parę garści żytniej mąki.

Lecz siły tej kobiety malały. Nogi jej zaplatały się i gięły. W oczah latał jakby ruj skżydeł czarnyh nietopeżuw, a dusza pełna była mroku i strahu. Bała się teraz śmierci. Straszliwie, ah, straszliwie! Cuż się stanie z tym hłopcem nieszczęsnym! Będzie jakimś katem, zbujem, mordercą! Dusza jego runie w pżepaść! Umże tutaj z głodu wśrud ludzi, ktuży się tęgo naśmieją z jego hłopczyńskiej łatwowierności.

Mieszkanie Seweryna Baryki zarekwirowano. Do salonu, gabinetu, sypialni, jadalni wprowadzili się nowi ludzie. Rozsiedli się na meblah i zagarnęli wszystko, co było w mieszkaniu. Cezary z matką mieścił się teraz w najmniejszym pokoiku, a sypiał w niszy, gdzie dawniej było legowisko pokojuwki.

Gdy zabierano gabinet ojca, Cezary pżypomniał sobie zalecenie: „Pilnować jak oka w głowie!” — wypisane w małej książeczce oprawionej ozdobnie, kturą mu nieraz pokazywano. Hciał odszukać ową książeczkę, pokazać ją, komu należy, jako niewinną pamiątkę, i zahować ją dla ojca, gdyby pżypadkiem żył i gdyby kiedyś powrucił. Pżeszukał całą szafę, pżeżucił wszystkie książki, lecz broszurki o wyprawie generała Dwernickiego na Ruś nie znalazł. Pżyszedł tedy do wniosku, że ojciec musiał ją zabrać ze sobą.

Prywacje, na kture Cezary Baryka został narażony — wyżeczenie się pułdobrowolne i szczeże ofiarne wszystkiego: rozkosznyh zabaw, sportuw, mieszkania, jedzenia, ubrania, pieniędzy — podziałało jednak na niego w pewnej mieże otżeźwiająco. Jakoś spoważniał, zesmutniał. Począł spostżegać żeczy i zjawiska, kture dawniej nie wpadały mu w oczy. Pżede wszystkim z nagła i z dziwaczną oczywistością ujżał — matkę. Udeżyła go niespodziewanie jej tważ, jej małomuwność, jej spoglądanie spode łba, jej sposub zahowania się, postępowania, milczenia. Pżypatżył się jej pewnego razu pilnie, spod oka — i wzdrygnął się jak od spażenia białym żelazem. Począł obserwować jej wybiegi, śledzić jej kroki, badać jej uczynki — i wzdrygnął się jeszcze bardziej. Nie była pżecie jeszcze stara, miała zaledwie czterdzieści lat, a wyglądała na sześćdziesiąt. Zgarbiła się, skuliła, zmalała. Była siwa, pomarszczona, żułta, odziana w dawną, wyświehtaną sukienczynę. Gdy biegała za jego sprawami, wynosiła jego brudy, prała jego bieliznę, obsługiwała go jak pokojuwka i kuharka — często hwytała się rękami za serce albo za głowę. Widział, jak się podpiera sękatym kijem whodząc na shody — maca rękami spżęty i ściany w biały dzień, jakby nagle oślepła. Smagający wstyd wziął go w obroty na wspomnienie usług tej steranej i bezsilnej kobiety, gdy go pielęgnowała, zdrowego byczka, ktury się wysypiał, obżerał, wypoczywał i trawił wobec niej, goniącej ostatkiem thu i wyczerpanymi nerwami.

Nie mugł jednakże zmienić od razu postępowania — niby to dlatego, że matka spostżegłaby się od razu — a właściwie z jakiegoś szczegulnego wstydu czy z jakiejś pyhy. Począł niepostżeżenie, hyłkiem, niby to od niehcenia pomagać w pracy: nosić ciężkie żeczy, usuwać brudy, myć podłogę i naczynia, nawet prać, prasować, rąbać drwa, dźwigać wodę i pitrasić jadło. Tłumaczył matce z dawną opryskliwością, iż nadeszły czasy inne, komunistyczne, i oto wszyscy muszą pracować. Kto nie pracuje, ten nieh nie je. Grabit’ nagrablennoje — o tyle tylko jest słuszne, o ile się pracuje. Precz z białymi rączkami! — i tym podobne.

Wyśledził wreszcie sekret matczyny, najstaranniej howany: wyprawy za miasto po zboże. Wtedy ogarnął go żal stusieczny. Cezary płakał głuho, myśląc o tym, jak biegła obcymi polami, ciągnąc i niosąc dla niego zboże, jak się od rowu do rowu słaniała na zwątlałyh nogah, jak hwytała powietże, kturego płuca coraz więcej potżebowały. Począł w nocy czatować na jej bezsenność. Wstawał, okrywał ją, małą i hudą pod kołdrą, jakby jej wcale nie było — utulał, uspakajał, uciszał. Zdażało się, iż zasypiała słodko uśmiehnięta, z radosnym w sercu weselem od jego łaskawyh słuw i nieznacznyh pogłaskań.

W tym czasie oboje jakoś pżytulili się do siebie moralnie i wsparli ramionami duha. Cezary spostżegł, iż matka, ktura „nic nie mogła skapować, najprostszyh żeczy nie rozumiała” — nie była pżecież tak ograniczona, jak mu się z pierwszego wydawało. Pewne wyniki pżewidywała nieomylnie jasno, niekture zjawiska oceniła z matematyczną dokładnością. Tu bżmią takie oto hasła, wdraża się w życie takie oto żelazne dyrektywy, takie padają wzniosłe i wspaniałe nakazy — a ona widzi w skutku coś bezwzględnie odwrotnego, coś śmiesznie i diametralnie pżeciwnego. I oto, wbrew logice żeczy, wbrew sile i kierunkowi impulsu — według jej mrukliwej, pułgębkiem wyrażonej wątpliwości sprawy poszły. Zastanawiała Cezarego ta pżypadkowa zbieżność, lecz nie zdołała go zephnąć z drogi obranej.

Gdy od strony Astrachania pżyhodził statek pasażerski, o czym matka zawsze z gury wiedziała, obydwoje hodzili do portu i wyczekiwali — nie wiedzieć na co. Właściwie nawet wiedzieli na co, lecz nigdy o tym nie muwili. Nie hcieli pżyznać się pżed sobą i bali się, żeby nie spłoszyć szczęścia. Czekali na ojca. Teraz już Cezary nie lękał się jego powrotu, gdy było za puźno. Stracił już wszelką nadzieję, odkąd mu powiedziano w użędzie, że ojciec zginął na wojnie. Nie wyjawiał tego matce, gdyż nie był w stanie wymieżyć jej tego ciosu w strudzone serce. Zresztą — wątpił. Ileż to razy powracali ci, kturyh za zabityh ogłoszono!

Stali tedy zawsze w porcie i czekali, gdy w zadymionej od mgły, szarobłękitnej othłani moża miał się ukazać punkcik niejasny. Tważ matki kostniała wtedy, oczy mętniały, wargi stawały się drżące, dłonie mięły hustkę, mokrą od łez. Tajne, bezsłowne modlitwy pżepływały popżez jej ciało wyniszczone — modlitwy tameczne, podlaskie, wśrud religijnyh pżeśladowań wyhodowane, a na tak daleki bżeg wyniesione i na tak odmienne koleje wydażeń... Zżymała się wewnętżnie, wiła się w udręczeniu powątpiewania i w żywej tortuże nadziei, upadała pod kżyżem swym, leżąc u dżwi Boga w błaganiu, ażeby na tym statku, co za Apszerońskim Półwyspem w mrocznej rusł dalekości — był Seweryn. Z moża i z tego lądu ruskiego, stokroć obszerniejszego niż może, z dziejuw straszliwyh wojny i rewolucji, z pożaruw i szaleństwa gromad ludzkih — mugłże nadpłynąć człowiek wyśniony, on jeden jedyny, ktury ją na ten bżeg wywiudł i samą żucił? Patżyła popżez zasłony łez w statek uw, jakoby w widzenie anioła bożego, ktury między lądem i możem pżebiega niosąc szczęście albo nieszczęście. Serce łomotało w jej piersi jak dzwon w wieży pustej, gdy statek nadpływał, whodził do pżystani, pżybijał... Żucała się oczyma na każdą tważ i na każdą postać, gdy publiczność zaczęła wyhodzić. Mieżyła wzrokiem każdego człowieka i każdego odtrącała — ze spłoszonym i zalękłym swoim pżekleństwem.

— Nie ma! — gdy wyhodzili tłumem.

— Nie ma! — gdy się cisnęli na mostku.

— Nie ma! — gdy się rozsypywali na kamiennym wybżeżu.

A gdy wyszedł nareszcie ostatni z ostatnih i sami jeno marynaże zostawali na pokładzie, musiała sama siebie pżemocą hwytać za ramiona, ażeby nie runąć na głazy portu, nie wyć i nie rwać włosuw. Lecz pżecie dorosły syn stał pży niej. On także patżał w pżybyszuw. On także pżewiercał tłuszczę oczyma i zatapiał wzrok w ciżbę na mostku, skoro tylko wywalać się zaczęła z wnętża okrętu. I on czekał. Nieraz okropne moskiewskie wyzwisko z warg jego zlatywało. Zaczynał drwić z tyh pżybyszuw. Wskazywał ih matce z nienawiścią, z tą nową, nowomodną nienawiścią, jakiej nigdy pżedtem w jego sercu nie było. Muwił, że to jest kał Rosji. Muwił, że czeluść otwarta tego statku to jest jak gdyby otwur kiszki odhodowej wielkiego carstwa. Uciekinieży! Uhodźcy! Burżuje! Dają oto drapaka z ojczyzny. Zmiatają — użędnicy, dygnitaże, panowie, wielcy magnaci i podmagnatki, kupcy, pżemysłowcy, hłopi, popi i oficerowie. Władcy niedawni, czinodrały, stupajki, wszelkie ciemne indywidua w najdziwaczniejszyh ubraniah i resztkah munduruw. Ten i uw ma jeszcze gwiazdę, „kokardę” na czapie. Panowie w armiakah, magnaci w hłopskih rubaszkah, a mamroczą z ciha pomiędzy sobą po francusku. Worki niosą na plecah, toboły plączą się dookoła ih nug, ręce nie mogą udźwignąć gratuw i spżętuw. Dają nura z ojczyzny swej do Azji Mniejszej, do Konstantynopola i „w ogule”, byleby tylko w świat daleki. Gotowi byli podbijać, pżywłaszczać sobie, pohłonąć świat cały, a teraz świat ih pohłonie. Wyhodzą na podbuj świata w panice, w trwodze, w bojaźni wielkiej, ktura ih batem wypędza z dziedzin ih władzy. Pżefasowała ih i pżemacerowała doskonale rewolucja w zębah i trybah swyh katowni-czrezwyczajek. Wieją teraz, gdzie piepż rośnie. Wolą być w łahmanah i iść o kiju, byleby dalej a dalej, od tyh miejsc nieogarnionyh, nad kturymi rozpościerało się prawo ih paragrafu i ih kozackiego batoga.

Pewnego dnia, gdy tak oboje czekali jak zwykle i gdy już cały statek opustoszał aż do ostatniego człowieka — a czekali po swojemu, na prużno — zauważyli pewną grupę nędzarek, kture wyszedłszy ze statku usiadły w kuczki tuż na kamieniah, zebrawszy koło siebie węzełki i tobołki. Była to rodzina złożona z cztereh dziewcząt i matki, kobiety starszej. Dziewczęta były suhe, wyniszczone, obdarte tak dalece, że obuwie ih składało się z deszczułek popżywiązywanyh do stup sznurkami, łahmany zwisały z nih w stżępah, a pżez dziury widać było nagie ciało. Osoby te nie były jednak nędzarkami z urodzenia. Tważe ih były regularne i subtelne, a tważ matki zdradzała, pomimo łahmanuw odzienia, jakąś wytworność i delikatność. Samo cierpienie było w tej tważy odmienne, jak gdyby dobże wyhowane i arystokratyczne. Matka Cezarego, pżez wrodzone jej usposobienie litościwości, podsunęła się do tyh kobiet i zaczęła z nimi rozmawiać. Cezary, ktury takih tkliwizn nie znosił, ruszył w swoją stronę. Wtedy jego matka śmiało już zawiązała znajomość z pżybyłymi. Okazało się, że jest to księżna i księżniczki Szczerbatow-Mamajew, uciekające z kraju. Majątki ih, obejmujące wielkie obszary ziemi, lasy, fabryki, pałace, wille — zostały skonfiskowane, a one same, pżewleczone pżez najrozmaitsze kryminały, zjedzone pżez horoby, krosty, brud, wszy i nędzę ostateczną, wyrwały się wreszcie i uciekają, dokąd oczy poniosą.

Pani Barykowa, tknięta wspułczuciem, zaprosiła je do swego pokoju i położyła spać, jak mogła i zdołała w niewielkim lokalu. Gdy młode usnęły na wspulnym legowisku, rozpostartym na ziemi, w popżek izby, księżna Szczerbatow-Mamajew w kuhni zwieżyła się w cztery oczy gościnnej i litościwej Polce. Oto na obudwu wyhudłyh łydkah, od kolana do stopy, miała pozapinane bransolety bezcennej wartości, nie tylko co do waloru drogih kamieni, lecz i co do ih wagi historycznej, pamiątkowej. Te złote kajdany nękały ją straszliwie, gdyż, na puł pootwierane, wgryzły się w ciało swymi paszczami i powyżerały krwawe wklęśnięcia. Obiedwie odjęły z bolesnyh nug księżnej owe bransolety, kturyh w pociągah-tiepłuszkah, a potem na statku nie zdejmowała od tygodni w obawie rewizji i konfiskaty. Ułożyły je na piecu i księżna od tylu czasuw pierwszy raz zasnęła.

Nieszczęście hciało, że tejże nocy zwaliła się do mieszkania rewizja. Precjoza znaleziono i zabrano, a karę za ukrywanie złota i drogih kamieni w takiej ilości poniusł Cezary i jego matka. Obydwoje dostali się na czarną listę. Tylko dobra opinia, jaką u władz bolszewickih cieszył się „toważysz Baryka”, wpłynęła na zmniejszenie kary. Emigrantki, kture, oczywista, śledzono, dostały się znowu do srogiej turmy.

 


 

Gościna udzielona księżnej Szczerbatow-Mamajew nie wyszła matce Cezarego na zdrowie. Od tej hwili była, widać, ściśle tropiona, gdyż pżytżymano ją właśnie, gdy zamieżała wydobyć coś ze skarbu ukrytego w guże za miastem — w celu wyprawienia się znowu na wieś po zboże. Bita potężnie „po mordzie”, pżyznała się do posiadania skarbu i pokazała kryjuwkę, gdzie się mieścił. To jej jednak nie uratowało. Skierowano ją do robut publicznyh w porcie. Niedługo tam jednak pracowała. Roboty owe były doskonałą kuracją prowadzącą z tego świata na tamten. Cezary wyjednał to swymi prośbami, iż na jakiś czas umieszczono mu matkę w szpitalu powszehnym. Lecz gdy odpoczęła, tżeba było znowu iść do ciężkih robut. Słaby i zniszczony organizm nie wytżymał: phnięta pżez dozorcę, padła na drodze i skończyła życie. Miano zwłoki hować we wspulnym rowie kontrrewolucjonistuw, lecz i tu syn wyżebrał ustępstwo. Pohowano „burżujkę” oddzielnie, na katolickim cmentażu. Ksiądz Gruzin odprawił nad nią pżepisane modły, wypowiedział stare łacińskie wyrazy, do kturyh była pżytroczona jej dziecięca wiara, radość młodości i wielkie smutki życia.

Nim jednak spuszczono prostą trumnę w głąb dołu, Cezary zapragnął raz jeszcze spojżeć na matkę. Oderwał deskę nakrywającą świerkowe pudło i po raz ostatni pżypatżył się obliczu zgasłej. Splatając jej zesztywniałe palce do snu wiecznego, zobaczył ruwnież, że złota obrączka, kturą pżez tyle lat pżywykł całować i wyczuwać, iż była niejako częścią ręki, czymś niby kość czy sustaw, wrośnięta w skurę hudej ręki — że ta złota obrączka zdarta została z palca wraz z nieżywą skurą, gdyż, widać, nie hciała poddać się rozłączeniu dobrowolnemu. Sczerniała, zapiekła rana widniała na tym miejscu, gdzie niegdyś była obrączka. Cezary zapamiętał sobie ten widok. Nikt nie umiał mu powiedzieć, kto zabrał ślubny pierścień matki. Na zapytanie, czy tu nastąpiła konfiskata, wzruszano użędowymi ramionami, odpowiadano skżywieniem ust w uśmieh pobłażliwy, ironiczny-nieironiczny, wyrozumiały. Teraz dopiero czuciem dotarł do wiadomości, dla kogo to w dzieciństwie i zaraniu wczesnyh młodzieńczyh lat pżehowywał kinżał w skalnej kaukaskiej pieczaże.

 


 

Tak to Cezary Baryka sam jeden został na świecie. Nie miał już matki, nie miał ojca i nie miał nic z dawnego dostatku. Nawet pokuj w dawnym mieszkaniu odebrano mu i pżeznaczono inny, daleko od tego miejsca, w czarnym mieście, wśrud „pżemysłuw”. Po śmierci matki o ojcu pżestał już myśleć. Władze bolszewickie, gdy jeszcze raz usiłował powziąć wiadomość, udzieliły mu fatalnej. Według tej ostatniej informacji Seweryn Baryka, major armii carskiej, pżeszedł dawno — dawno na stronę wroguw, pżystał do polskih legionuw, zdradził swuj sztandar. Lecz — dodawano — i tam, w tyh legionah, nie ma go według danyh, jakie biura wywiadowcze posiadają. I tam pżepadł bez wieści. — Pogib! — wykżtuszono wreszcie z ukrytą radością.

Była to już formuła ostatnia, nieodwołalna.

Cezary shwytany został pżez arkan samotności. Za życia matki nie znał tego stanu. Tak duży kawaler, wyprawiając rozmaite fohy czysto osobiste, szedł pżecież prowadzony za rękę. Teraz dopiero zdrętwiał, nie znajdując już w prużni ręki małej, hudej, słabej. Stawiał się hardo samemu sobie, tłumacząc swym uczuciom, że pżecież to jest najnaturalniejsze zjawisko, iż stara, shorowana, zdenerwowana kobiecina zmarła. Zwłaszcza w warunkah tak dla jej zdrowia nieodpowiednih. Ale nie poddawał się rozumowaniu, nie hciał mu ulec — żal — stan podobny do wszehwładnej gorączki, ktura poraża organizm zdrowy. Same nogi niosły na cmentaż, do tej świeżej kupy gliny pżesyconej ziemnymi gazami, gdzie leżało zakopane jestestwo czujące matki. Siedział tam i patżał w ziemię.

Teraz dopiero wyraźnie widział, jak ta słaba kobieta była samą sobą, jak dalece świadomie szła do swego celu, jak nieomylnie widziała wszystko, co było na drodze, po kturej szła do swego celu. Ona jedna nie była zaskoczona pżez wypadki. Hwytała nadhodzące w swe dłonie natyhmiast, doskonale i świadomie, co w każdej minucie jej, matce czynić należy. Pżypatrując się teraz popżez kupę czerwonej bakińskiej gliny życiu swej matki, Cezary widział, że ona nie była słaba, lecz właśnie silna. Gnębiły ją, napastowały, biły horoby wydzierające wszelką siłę — bezsenność, anemia, wreszcie bieda i głodowanie, a wszystkie wyszczerbiły się na niej. Pżecie ani na jednę minutę nie poddała się niczemu, nie ustała, nie cofnęła się, nie ucihła. Dopiero podła, sobacza ludzka pżemoc i fizyczna, niezwalczona śmierć pżetrąciła jej żelazną wolę. Teraz dopiero wysunęły się na światło pżewinienia względem niej, nieposłuszeństwa, grubiaństwa, hamskie opory, nędzne posługiwanie się tym bezcennym naczyniem duha. Ale łzy niemęskie, kture skruha wyciskała, stanowiły krynicę oczyszczenia. Na nowo się odnajdywali — matka i syn. Ręka w rękę szli w lasy dalekie na stokah południowyh podguża albo w gaje nadbżeżne Zychu, kture wietżyk wiosenny pogłaskaniem osrebżał. Cezary był sam i nie sam. Patżył na wdzięczne dżewko bżoskwiniowe, co na tle kamiennego ogrodzenia pracowitego Tatara jasnym się rużem wyrużniało w tym strasznym bezdżewnym kraju, i muwił z ciha do matki: — Patż, samotne dżewko bżoskwiniowe! — Zrywał najwcześniejsze wiosenne anemony i kielihy ih bezwonne, otwarte w stronę nieba, oddawał nie istniejącej dłoni. Kładł kwiaty te w zimnym powietżu, a gdy upadały na ziemię, śnił, iż ręce wiecznie skłonne do objęć pżyciskają je do uśmiehniętyh ust, czuł na sobie powrusła nie do pżestąpienia, z tą samą siłą obejmujące.

Długie godziny pżepędzał na wpatrywaniu się w może, wiecznie jednakie i wiecznie odmienne, ku kturemu uskoki nagih gur zniżają się nagłym upadkiem — nad kturym wiszą zwały stżępiastyh sosen Południa. Gdy trawy otulające urwiste ogrody pięknej zatoki pułwyspu zazieleniły się bujną i lśniącą barwą, a wśrud nih stokroć, fiołki i sasanki otwarły swe oczy żywe i ukazały tważyczki, pżypominał sobie pisma poetuw, kturyh mu się w rużnyh językah uczyć kazano i kturymi dawniej pogardzał. Gdy wylewały woń swą, wieczne rodzącą wzruszenie, pżyhodził do pżeświadczenia, iż dwie są tylko na ziemi sprawy nieśmiertelne i nie podlegające zepsuciu śmierci: wiekuisty powrut kwiatuw na wiosnę i odtwożenie ih powrotu na ziemię w wierszah poetuw. Wypowiadał teraz matce umarłej te cihe, woniejące jak fiołki słowa, na nic nikomu nie pżydatne, swojskie i obce, kturyh dawniej nie rozumiał i nie cenił. Posyłał jej do zimnej głębi grobu wiadomość tamtymi słowy, iż wiosna pżyszła znowu — iż ptaszek złotopiury, wiwilga boża-wola, kturego tak lubili pokazywać sobie za dni szczęśliwyh, upłynionyh, kturego śpiewu słuhać lubili w poranki wiosny, zjawił się skądsiś znowu i wśrud gałęzi samotnego cedru niezrozumiałą mową swoją ogłasza niebiosom, możu i ziemi szczęście powrotu pżedwiośnia.

Cezary — poniewczasie! — był teraz uległy matce. Wsuwał się pod jej rękę, jak wtedy, gdy był maleńki i bezsilny. Usiłował posiąść wszystkie jej myśli, zrozumieć ją, pojąć ją aż do ostatka. I znaczna była ulga w jego cierpieniu, gdy ją tak w siebie whłaniał. Wszystkę! Z całym zasobem jej myśli, uczuwań, ze wszystkimi odnogami, odgałęzieniami i zazębieniami jej natury. Ze wszystkimi błędami! Rozumiał teraz ilość i jakość błęduw. Pżebaczał im i puszczał je na wolność. Oto tak o sprawah tego świata błędnie sądziła. Widział jak na dłoni drogę jej rozumowania. Nawet tam, gdzie była w istocie pżemądżała, nieomylna, doskonale pżewidująca, dostżegał błąd i odpuszczał go z serca. Nie mogąc pżekonać żywej, pżekonywał duha. Wyjawiał nawzajem duhowi samego siebie. Uczył go tajemnicy swego duhowego wnętża. Kędyś daleko na guże jałowej, kturą kżywe, koślawe kżaki zaścielały, wiudł z matką długie rozmowy. Wyjaśniał jej tajemnicę, iż pżecie on sam — Cezary — nie był nią, matką. Był czymś innym, odmiennym, osobnym, nowym, twardym, szorstkim, ruhliwym i podatnym na buże i gwałty — czymś młodym, a nie starym jako ona. W jego sercu męskim i młodym inny się palił płomień niż w jej sercu kobiecym, starym i matczynym. Wyjaśniał jej z miłością i czcią, iż ona nie mogła, gdyż nie była w stanie za winą swej płci i swej miłości, defektu miłości — pojąć ogromu buży zawartego w rewolucji. On whłaniał ten ogrom buży, jak gąbka wodę oceanu, a ona, matka, nie była w stanie nic z tego wyssać dla siebie, gdyż zbyt mocno, jako matka, trwożyła się i miłowała. A teraz, gdy już od niej odeszło nikczemne, ziemskie, słabe, kobiece drżenie serca i niemoc, i trwoga o syna — gdy już nie włada jej ciałem bezsenne czuwanie — gdy jest samym tylko wolnym i czystym duhem — niehajże wejży w jego serce, nieh wstąpi w jego serce męskie i młode. Pżenikała niegdyś wszystkie potżeby jego organizmu niemowlęcego, wdzierała się w samo sedno jego istoty. Tak samo teraz!

„Rewolucja — nauczał duha matki — jest to konieczność, wyższa ponad wszystko. Jest to prawo moralne. Popżez dziesiątki setek lat ludzie nieszczęśliwi byli pżez upżywilejowanyh deptani, ciemiężeni, wyzuwani ze wszelkiego prawa. Iluż to wskutek tego bestialskiego prawa panowania upżywilejowanyh nad wyzutymi ze wszelkiego prawa poniosło śmierć z horub, z nędzy, z katuszy pżymusowego ubustwa, w udręczeniah, w jażmie służby! Nawet w widzeniu i za pomocą lotnej wyobraźni niepodobna zliczyć ogromu istnień zamordowanyh, bogactw duha zniweczonyh, piękna na zawsze unicestwionego. Jest to jakowyś kontynent pogżebionyh za życia, cmentażysko bez końca, gdzie każda grudka ziemi wzywa o pomstę nad Kainem. Gdyby te grudki martwej ziemi mogły pżemawiać albo znalazły możność dawania zrozumiałyh znakuw, to każdy kamień cerkwi i kościołuw wydawałby jęk, każda cegła pałacuw, każda kolumna sal ociekałaby krwią, a bruk ulic zroszony by był łzami. Albowiem wszędzie pod pżemocą straszliwą, w jażmie, pod batem i w ucisku człowiek musiał pracować nie dla siebie, lecz dla drugiego człowieka. Nasze pieniądze, nasze cenne i wygodne spżęty, nasze drogie naczynia i smaczne w nih potrawy zaprawione są i pżesycone do cna kżywdą człowieczą. O matko! Nie hcę już pić drogiego wina, bo ono zmieszane jest z potem męczennikuw. Nie hcę stąpać po puszystyh dywanah, bo stopy moje hodziłyby po harczącyh piersiah suhotnikuw. Nie hcę nosić pięknego odzienia, bo ono paliłoby mię jak tunika zaprawiona krwią ze śmiertelnej rany centaura Nessosa. Należało raz pżecie wykonać ten skok lwi, ażeby pżemoc zephnąć pżemocą ramienia z tronu potęgi. Jakże szczęśliwi jesteśmy, że stało się to za naszyh czasuw, że dokonało się w naszyh oczah! Patżyliśmy na porud bżemienia czasuw. Precz nareszcie z kżywdą! Precz z pżemocą człowieka nad człowiekiem! Twuj syn nie może stać w szeregu ciemiężycieli. Nie hcę! Nie będę! Nie będę! Nie będę!”

Hwiały się łagodnie gałęzie, w słońcu pżygżane. Wśrud małyh listkuw szemrało jakby westhnienie. W wietże z południa polatał niejako szept, znany z dzieciństwa, do kturego uho pżywykło:

„Tak, tak, muj synku! Skoro ty muwisz, że tak, to tak...”.

 


 

Inną koleją potoczyło się życie mieszkańcuw miasta Baku, pułwyspu i całego kaukaskiego podguża, gdy w marcu 1918 roku jedna część mieszkańcuw — tzn. Ormianie pod wodzą Szaumianca — zawezwała cztery pułki ormiańsko-gruzińskie, podpuszczone do cofnięcia się z frontu azjatyckiego pżez rozkazy z rewolucyjnego żądu rosyjskiego, a nadto, gdy zdołała pżekonać dowudcę wojsk angielskih, ażeby swą artylerią, piehotą i kawalerią w łącznej sumie dwu tysięcy ludzi obsadził centrum rozciągniętej osady bakińskiej. Druga część mieszkańcuw — to znaczy Tatarzy — na skutek takiego obrotu żeczy pżypadła w pżerażeniu do ziemi, mając w pamięci swe pżewiny, straszliwą żeź z roku 1905, kturej ofiarą padło wuwczas ormiańskie pogłowie.

Obawy i pżewidywania nie zawiodły Tatarów. Ormianie spalili meczety wraz z tatarskimi kobietami i dziećmi, kture się tam shroniły, i od marca do wżeśnia byli panami życia i śmierci, a raczej dyspozytorami samej śmierci Tatarów. Tej drugiej części mieszkańcuw miasta Baku i jego okolic nie pozostało do zrobienia nic innego, jak szukać pomocy na zewnątż. Nie mogła zaś jej znaleźć gdzie indziej, tylko nad Bosforem, u stup kalifa, zastępcy proroka i naturalnego mściciela znieważonyh i spalonyh meczetuw. Kalif nakłonił uha do prośby i dziejuw kżywdy jedynowiercuw tatarskih i turkmeńskih. Znaczna armia turecka pod wodzą Nuri-Paszy w sile pono tżeh dywizji ruszyła na zdobycie poguża, pżekroczyła Kurę, tnąc w pień mieszkańcuw wiosek ormiańskih, a pżez gurskie potoki ścieląc pod koła armat pomosty z trupuw.

Miasto Baku znalazło się w położeniu fatalnym. Bronione pżez artylerię angielską, ktura silnie i umiejętnie ufortyfikowała się na wzgużah, i pżez pułki ormiańskie, kture teraz nic nie miały do stracenia, skoro jeszcze Gruzini pociągnęli do domu, znalazło się pod ogniem artylerii tureckiej. Na mocy układu zawartego pżez dowudcę Szaumianca z Anglikami miasto Baku miało wystawić coś w rodzaju wojska czy pospolitego ruszenia w sile co najmniej sześćdziesięciu tysięcy ludzi. Poczęto tedy pędzić do okopuw, cokolwiek w mieście i okolicy nosiło spodnie, od niedorosłyh młokosuw do starcuw zgżybiałyh. Mimo to nie zdołano wystawić więcej ponad tżydzieści — czterdzieści tysięcy ludzi, nie pżygotowanyh i nie pżydatnyh do wojny. Nadto nie zdołano wykarmić tej ormiańskiej armii, złożonej z najrozmaitszyh żywiołuw kżątającyh się około nafty bakińskiej. Waliły się od tureckih pociskuw nie tylko domy Ormian, bogaczuw, pżemysłowcuw, kapitalistuw, lecz i kruhe domostwa tatarskie. Ulice były zażucone rumowiskiem. Nikt z mieszkańcuw nie pżebywał nad poziomem, lecz hronił głowę w piwnicy. Czarne miasto naftowe stało się podwujnie czarnym: od dymu i kużawy wojennej.

Życie Cezarego Baryki upływało podczas bombardowania Baku w warunkah opłakanyh. Po upadku pierwiastkowej rewolucji wypędzony został z izby, kturą mu na mieszkanie pżeznaczono. Dom, w kturym niegdyś mieszkali rodzice, runął właśnie pod pociskami tureckimi. Jednak w piwnicy, ktura niegdyś zawierała skarb rodzicielski, Cezary znalazł kryjuwkę dla siebie i kilku wspułtoważyszuw. Pżeżywał czasy głodu. Hadzał pułnagi, brudny, obrośnięty kłakami, nie wiedząc dnia ani godziny, kiedy go niewiadomy pocisk porazi. Od świtu do nocy tudzież w nocy czyhał na sposobność zdobycia jakiego takiego pożywienia, sposobem niewiele mającym wspulnego z prawem normalnego kupna albo uspołecznioną wymianą jakihkolwiek waloruw.

Patżył na żeczy fenomenalne, gdyż Tatarzy i Ormianie nie prużnowali w tym czasie, zagryzając się wzajem na śmierć i mordując, gdzie się tylko zdażyło. Okazało się naocznie, że nie tylko rewolucjoniści, lecz i wszyscy inni mają w sobie żyłkę do żezi. Cezary nie wiedział, kim właściwie jest i gdzie jest jego miejsce w tyh zatargah. Nie mugł stać po stronie Ormian ani Tatarów, ani Turków, ani Anglików, ani Rosjan, ktuży tu niegdyś władali, a puźniej obalili swą władzę pżynosząc hasła rewolucji. Rewolucja jednak upadła i nie było o niej mowy w ogniu dwu frontuw rozjuszonyh. Jedyną żeczywistością realną i niezmienną został znowu, jak pżed niepżeliczonymi wiekami, gaz, pałający węglowodur, kturego pohwycenie odpokutował ongi Prometeusz pżybiciem rąk do skał Kaukazu. Nie z taką już pogardą, jak niegdyś, Cezary Baryka myślał teraz o świątyni ognia między kopalniami nafty Barachan i Surachan, gdzie niegdyś wyznawcy Zoroastra czcili tę wieczystą moc niszczyciela. Nic innego pżecie, tylko tajemne nagromadzenie skalnego oleju we wnętżu ziemi zegnało w to miejsce tyle nacji wszelakih i rozmaityh, a tak je między sobą skłuciło. Komuż było oddać pierwszeństwo, a hoćby słuszność w wyścigu do najobfitszego, samorodnego źrudła? Zaiste — nie było komu.

Toteż Baryka czuł się szczegulnie samotnym, samotnym aż do śmierci. Śmierć stała się dlań obojętną i niemal pożądaną. Ohydny wiatr Nord lecący z gur Kaukazu, pociski armatnie bijące z południa, dym płonącyh źrudeł naftowyh, zaduh trupi wszędzie, głud, pragnienie, wszy, brud i nędza legowiska, kturym by niegdyś psa podwużowego nie poczęstował, nie były tak dokuczliwe, jak owa pustka we wnętżu i niemożność uczepienia się za cokolwiek. Życie z dnia na dzień, życie na poły złodziejskie, kturego jedynym celem było zdobywanie za wszelką cenę najnędzniejszego pod słońcem pożywienia, pżejadło się i obmieżło. Toteż Baryka wałęsał się niejednokrotnie w miejscah najbardziej niebezpiecznyh, pustyh, pogardzając grozą śmierci. Nuda leżała wszędzie w tym bezdżewnym, bezkwietnym, gazami napełnionym mrowisku, kture teraz druzgotały wielkie pociski armatnie. Gdy się zaczynał dzień, witany pżez ludzi łoskotem stżałuw, kture wnet zamieniały się w dialog armatni, wiadomo było, że w ciągu tego dnia nic się nie zdaży oprucz prużniactwa, rozciągniętego na długi szereg godzin. Gdy zapadała noc, głud nieustanny podjudzał do zbrodni. Wzory zbrodni były wokoło, ciągle i na każdym kroku. Wzory poczwarne i tak wymyślne, iż nic już widza nie mogło zadziwić. Mordowanie kobiet i dzieci w biały dzień i pośrud spokojnyh obserwatoruw, rozstżeliwanie bestialskie, znęcanie się nad niedobitymi, tortury pżebiegle skomponowane, ażeby się nasycić i ubawić do syta widokiem cierpienia — wszystko to było już Cezaremu znane. Nieraz w zdrętwieniu swym i pułzwieżęcym zobojętnieniu, kiedy do niczego nie był już zdolny okrom niskiego szyderstwa, wyśmiewania się z bezsiły i komizmu ofiar, do szczegułowej obserwacji, do pilnego śledzenia fenomenuw katuszy — hwytało z nagła poczucie sieroctwa duha. Zawijał się w swuj łahman i prędkimi kroki strwożonego wypędka pomykał na grub matki. Pżykucał tam, dżemiąc duhem, kuląc się w sobie i nasłuhując stżałuw.

A pżecie prawdziwie groźne zjawiska miały dopiero nadejść. Dostżeżono wałęsającego się młokosa, pociągnięto go do wojska i phnięto do okopuw. Coś tam wdziano na jego pżynagi gżbiet, dano mu w rękę karabinisko spżed lat wielu, pamiętające zapewne Jeńca Kaukazu Puszkina, i kazano stżelać w pżestżeń. Stżelał uporczywie. Trwało to aż do wżeśnia 1918 roku. Wuwczas huk armat wzmugł się i rozpętał do swego zenitu. W rużnojęzycznym i niezbyt wojowniczo usposobionym tłumie obrońcuw pozycji wszczął się harmider, modny poduwczas na terenah rosyjskih. — Radzono. — Rozbżmiało miłe hasło: do domu! „Armia ormiańska” wycofała się z okopuw, pomknęła ku okrętom stojącym w porcie i co najmniej w połowie swej liczebności odpłynęła za może, na drugi bżeg Morza Kaspijskiego, do kraju Sartów.

Ponieważ Cezary nie miał „domu”, do kturego z frontu mugłby wycofać swe męstwo, za może się nie kwapił, życia zbytnio nie cenił, więc po prostu wrucił do domowej i poniekąd rodzinnej piwnicy. Muzealny karabin zostawił w rowie, bagnet w sposub modny wbiwszy w ziemię, a jakiś znaczek pżyczepiony swego czasu do jego prawego ramienia odpruł starannie. Wojska tureckie bez wszelkiego trudu „zdobyły” pozycje na wzgużah bakińskih i wkroczyły do miasta. Lwy albańskie i piehota dardanelska, ktura na polah dawnej Troi dała się Anglikom dobże we znaki, nie miała po prawdzie wielkiego pola do popisu. Anglicy, broniący śrudmieścia z męstwem stałym a beznadziejnym, zostali osaczeni pżeważającą siłą. Ośmiuset zdołało odpłynąć, ośmiuset zostało. Nie pomogło złożenie broni i wyciąganie bezbronnyh rąk: te osiem setek żołnieży zostały wykłute do nogi. Po czym nastało zaprawdę piekło na tym dymiącym padole. W ciągu cztereh dni Tatarzy wzięli odwet, mordując siedemdziesiąt kilka tysięcy Ormian, Rosjan i wszelkih innyh, jacy się na placu znaleźli, a byli podejżani o spżyjanie Ormianom.

Cezary Baryka ocalał dzięki legitymacji, kturą był pżypadkiem otżymał od konsula jakiegoś „Państwa Polskiego”, a do kturej nie pżywiązywał sam żadnej wagi. Pokazał tę legitymację na hybił trafił, gdy żołnieże tureccy na czele tatarskiego tłumu wtargnęli do piwnicy. I — o dziwo! — kartka głosząca, że jest obywatelem jakiegoś „Lehistanu”, Polski in spe, mitu, śmiesznej idei, śmiesznej dla samego Baryki — ocaliła mu życie. Poklepano go po ramieniu, lecz nie puszczono samopas. Musiał iść z askerami tureckimi. Hętnie poszedł.

Niewesoły widok pżedstawiały znane ulice. Bez żadnej pżesady i bez pżenośni muwiąc, krew płynęła nie rowami, lecz lała się po powieżhniah jako żeka wieloramienna. Ściekała do moża i zafarbowała czyste fale. Trupy wyrżniętyh Ormian wżucano w może, podwożąc je na bżeg samohodami ciężarowymi i wozami. Ryby z dalekih okręguw kaspijskih nadpłynęły ławicą szeroką, zwiedziawszy się o niepżebranej wyżerce. Lecz nie mogły wszystkiego pohłonąć i strawić. A może nie hciało pżyjąć i pżehowywać ofiary ludzkiej. Odżucało ją suszy, skrwawionej pracą nieustanną swej czystej fali. Zaszła tedy potżeba zakopywania trupuw tej suszy dla uniknięcia zarazy, wobec szybkości rozkładu pży południowym gorącu. Cezary Baryka został zapędzony wraz z innymi pżybłędami, ktuży się od śmierci wykpić zdołali, do zakopywania licznyh zwłok w ziemi.

 


 

Ogromna arba, wuz dwukołowy do pżewożenia ciężaruw, pozbawiony na teraz płuciennego nakrycia, ciągniony pżez dwa woły, wolno — wolno, w ślad za setką co najmniej innyh posuwał się w gurę, daleko poza pżedmieścia bakińskie. Droga szła w zakosy, stromo rowami obcięta, kturyh boki i dno pżywalone były zwałami kużawy. Wiatr pułnocny, lecący od strony gur, ostro zacinał, miecąc ostry pył w oczy wołuw i żywyh ludzi. Arby były napełnione po same gurne gzemsy skżyń zwłokami pobityh. Z każdej z tyh skżyń, wolno posuwającyh się ku nadmorskim pagurkom, ciekła ruda posoka powlekając wyshniętą drogę barwistym pośrodku szlakiem. Obok zapżęguw posuwał się z wolna tam i sam żołnież turecki z bronią na ramieniu, pżestżegając pożądku w tym niezmieżonym pogżebie kilkudziesięciu tysięcy ludzi.

Cezary Baryka szedł obok swego wozu i żemiennym batem poganiał ociężałe woły. Od wielu już dni spełniał pod pżymusem obowiązek karawaniaża i grabaża. Pżywykł do tego zajęcia, pżyzwyczaił się nawet do wstrętnej woni rozłożonyh trupuw. Nastawiał nozdża pod wiatr lecący z wolnyh gurskih pustyń i obojętnie spełniał swe obowiązki, myśląc o żeczah i sprawah weselszyh od widoku, ktury wciąż miał pżed oczyma. Weselszą była pżede wszystkim myśl o jadle, kturego skąpo, lecz w porcjah niezawodnyh i stałyh oraz w wiadomyh terminah udzielali zwycięzcy. Ostatnimi czasy, wśrud głoduwek oblężenia i „na wojnie”, Cezary Baryka bardzo wyszczuplał i stracił na sile. Zdażały mu się minuty zamroczeń i „podpierania się nosem”, toteż teraz jadł pżyznaną mu i pżeznaczoną dlań mamałygę z nieopisaną rozkoszą. W miarę zaś stałego spożywania owej papy i same myśli obrotniej nieco pżesuwały się popżez głowę, a oczy większy niż pżedtem zakres żeczy widziały. Trupy, kture jego arba zbierała w ulicah i na placah miasta, a kture amatorowie życia podpędzeni do tej pracy wżucali do wysokiego wnętża wozu żelaznymi widłami, jak siano zmulone lub nawuz pżepalony — leżały niejako poza linią jego wzroku. Ktuż by tam z żywyh mugł, a zwłaszcza hciał patżeć na obmieżłe, podarte, krwawe kadłuby, na porozbijane głowy?

A jednak tego dnia, o kturym mowa, młody poganiacz wołuw patżał na jeden egzemplaż. Z głębi wozu, jakby z uścisku nieposkromionego ciał męskih, wysuwał się cadaver młodej kobiety. Żucony na wznak, zwisał z wysokości wozu na jego lewe koło. Zdawało się, że po dziewczęcemu, jak za życia, z bliskości obcyh ciał i z objęć cielesnyh się wydziera. Czarne włosy dosięgały ziemi i wlokły się po skrwawionej kużawie drogi. Prawa ręka opadła na lewe koło i, bezwładna w swym stężeniu, dostała się między spryhy. Oczom młodego woźnicy nażucało się raz w raz, długo, z natręctwem, aż go dosięgło wreszcie i poraziło wewnętżnie nadzwyczajne piękno tważy umarłej. Jej ciało, policzki, podbrudek, usta i uszy były cudem harmonii. Oczy czarne, zawleczone jeszcze ciemniejszą niż one nocą niepżejżaną, były otwarte i ślepymi, wywruconymi na wznak źrenicami patżyły nieustępliwie w poganiacza wołuw. Maleńkie usta były otwarte, a leżący w nih język znieruhomiały stał się zastygłym obrazem pżeraźliwego kżyku, ktury z nih wciąż jeszcze leciał, hoć go już słyhać nie było. Mały, wyżeźbiony, z ormiańska nagięty nosek wyprężył się teraz jak struna wyciągnięta ponad wszelką miarę. Naga szyja i małe, dziewicze, obnażone piersi tżymały w sobie zaklęty ten sam kżyk, ktury pżenikał stokroć ostżej niż łoskot gromu padający wraz z błyskawicą. Cezary zapatżył się w tę postać odhodzącą w światy umarłyh i usłyszał wewnątż siebie kżyk, ktury ona wydawała. Biała ręka o śniadym odcieniu, harmonijnie i doskonale stwożony arcytwur piękności, ktury, zdawało się, dla doskonałyh form swyh w ramieniu, dla zaokrągleń i zagłębień w okolicy łokcia i zwężeń swego kształtu ku dłoni, nie może nigdy zginąć i winien trwać na wieki — prosiła się o pomstę. Zsiniałe palce, popyhane pżez spryhy koła, sunęły paznokciami, łagodnie i opornie się zginając. Zdawało się, że umarła pżebiera palcami na tyh spryhah, na strunah niepojętyh jakiegoś instrumentu. Cezary posłyszał w sobie wewnętżną muzykę wydobytą z obrotuw koła śmierci pżez tę rękę bezwładną. Pojął tę muzykę za pomocą władzy wyjątkowej, szczegulnej, kturą tylko wczesna młodzieńczość w piersi ludzkiej hoduje.

„Co widziały oczy twoje, męczennico, gdy usta twe kżyk śmierci wydać były pżymuszone?” — pytał umarłej.

„Dokąd mię odprowadzasz, woźnico? — pytały nawzajem igrające palce dziewicze. — Czy mnie nie żałujesz, bezduszny żołdaku? Czy mnie nie pomścisz, bezwstydny sługo? Nędzny thużu! Mężczyzno, ktury się boisz silniejszego od siebie mężczyzny! Serce twoje drży jak serce psa, ktury się pżeląkł na widok gniewu pana! Pżypatż się, najemniku, nieszczęściu memu i spełniaj dalej pilnie żemiosło swoje!”

Cezary Baryka zatopił oczy w oczah umarłej i usłyszał jej wołanie. Patżąc się na pżeśliczne jej ciało, na jej brwi rozstżelone uroczo, na groźne jej usta, słuhał wyznania, wyraźniejszego, niżby być mogło, gdyby się ozwała ludzkimi słowy:

„Rosłam na łonie ukohania, u matki mej, jak kwiat ruży na swej łodydze. Wszystko we mnie było pięknością i zapahem. Wszystko, z czym się zetknęłam, było szczęściem. Ze szczęścia i z piękności były utkane dni moje. Wewnątż mnie wszystko było zdrowiem i siłą. Zdrowa byłam, pełna zapahu i szczęścia dla wszystkih wokoło, jak kwiat wiosenny ruży. Wszystko me zdrowie czekało na szczęście wewnętżne, kturegom jeszcze nie zaznała. Za coście mię zamordowali, podli mężczyźni?”

„Nie wiem — jęknął woźnica. — Uczono mię imion tyranuw pżeszłości, ktuży jakoby zhańbili naturę ludzką czynami swymi — po kturyh pżejściu trawa nie rosła. Byłoż kiedy pokolenie podlejsze niż moje i twoje, męczennico? Wytraconoż kiedykolwiek siedemdziesiąt tysięcy ludu w ciągu dni cztereh? Widzianoż kiedy na ziemi takie jako te stosy pobityh?”

„Nie zapomnij kżywdy mojej, woźnico młody! Pżypatż się dobże zbrodni ludzkiej! Stżeż się! Pamiętaj!”

 


 

Szańce obronne niegdyś wojska angielskiego i pułkuw ormiańskih, a puźniej wojsk tureckih mieściły się na wyniosłościah podguża, wysunięte dalej niż cmentażysko Ormian wymordowanyh. Hodziło o to, ażeby wiatr — Nord — nie niusł do stanowisk wojennyh fetoru tak wielkiej ilości trupuw. Gdy wszystkie zwłoki zostały wywiezione z obrębu miasta i złożone pokotem w głęboko kopanej, długiej wyrwie, pracowicie je zasypywano ziemią, twożąc nasyp wydłużony, ciągnący się w pułokrąg, zależnie od kształtu wzguża. Praca spyhania ziemi na zwłoki wymagała wielu rąk ludzkih. Skoro zaś winna była być wykonana jak najszybciej, prowadzono ją surowo, na sposub bardzo wshodni. Sami żołnieże mieścili się w shronah utwożonyh poza wałem ziemnym, na sposub casemate, hoć wykonanyh pospiesznie i niedbale. Drugi nasyp, wewnętżny, czyli cmentażysko, był niższy od fortalicji zewnętżnej. Pracownicy, we dnie i w nocy zajęci dźwiganiem ziemi i sypaniem jej w fosę trupią, mieszkali tymczasowo w części umocnień wojennyh, wybudowanyh jeszcze pżez Ormian z desek i zżynuw, pżytaszczonyh tutaj z czarnego miasta.

Wśrud innyh pracownikuw miał tam legowisko i Cezary Baryka. Sypiał na pryczy obok innyh leżącyh pokotem. Tak tedy: jedni z tego stada ludzkiego spali pokotem w ziemi — drugi szereg, żywy, spał nieco wyżej nad tamtymi, ponad poziomem — a tżeci szereg jeszcze wyżej, śpiący ruwnież nad tamtymi i ruwnież pokotem, pilnował dobże, czy tamte dwa szeregi dobże się sprawują. Wikt w robotniczyh koszarah dawano coraz gorszy, w miarę jak praca nad zasypywaniem nieboszczykuw postępowała i miała się ku końcowi. Im pokrywani grubą warstwą ziemi stawali się mniej niebezpiecznymi dla zwycięzcuw, tym mniej jadła dostawali żywi pracownicy. Cezary wśrud ciężkiej pracy fizycznej, do kturej nie był pżyzwyczajony, na nowo wyhudł, wybladł i osłabł. Pracował bardziej nerwami niż mięśniami. Trudno mu było zasnąć po ciężkim i długim dniu roboczym. Parna i duszna noc miała się częstokroć ku końcowi, gdy on dopiero zasypiał. A ledwie świt ubielił dalekie smugi moża, już ci wżeszczano na wstawanie i kopano rozespanyh. W takih warunkah gagatek wypieszczony pżez mamusię nie mugł sobie nic dobrego wrużyć. Prawie nagi, bez koszuli, obgryziony dobże pżez robactwo, obrośnięty i brudny, bosy i bez nakrycia głowy — zapomniał z wolna o dawniejszym życiu. Wrastał ciałem i duszą w czerwoną glinę bakińską, kturą kopał od świtu do nocy. Smutek wewnętżny zamieniał się z wolna na jałowy cynizm i podłą gnuśność. Nie zawsze pżecie zagżebywał w ziemię piękne Ormianki. Pżeważnie oddawał matce ziemi na długie pżehowanie opasłyh i sprośnyh dorobkiewiczuw, kupcuw i buhalteruw, więc mu na dobre obmieżli widokiem swym i zapahem.

Nieraz w nocy wysuwał się z szopy, śmierdzącej żywymi kandydatami na trupuw nie gożej od umerlakuw — i bezmyślnie zapatżywszy się w dal, pżepędzał czas. Szukał swej duszy. Zbierał jej rozszarpane szczątki. Dopiero fizyczne pżerażenie na myśl, jak to on jutżejszy dzień pżetżyma bez sennego dziś wypoczynku, pędziło go z powrotem na pryczę, między hrapiącyh i cuhnącyh wspułkopaczuw. Na oguł nie wiedziano o nim, co jest za jeden. Ponieważ pracownicy składali się z Rosjan, Gruzinów, Niemców i Żydów, a on był nieco odmienny od wszystkih tamtyh, wyosobniono go z grup muwiącyh pomiędzy sobą pżeważnie po rosyjsku — pomijano, a nawet umieszczono jakby na złej liście. Nazwisko Baryka i wzgardliwie określana narodowość Polaczyszka zrosły się w pżezwisko Barynczyszka, kturego bżmienie nie znamionowało afektuw pżyjaznyh. Samej tej nazwy dość było, żeby Cezary odstryhnął się od koleguw po fahu.

Oprucz pracownikuw, zajętyh potężną robotą od świtu do nocy na guże trupiej, plątał się tam i wałęsał tżeci jeszcze gatunek istot żywyh: — żebraki, głodomory, horowite kaleki, baby i starcy — słowem, nędza miejska i portowa, ciągnąca za wyżerką pży wojsku. Żołnieże tureccy żucali tej tłuszczy niedogryzione kości, nadmiar hleba, jażyn, owocuw. W mieście Baku było to poduwczas jedyne miejsce, gdzie można było jaki taki kąsek do zgryzienia i strawienia pohwycić zgrabiałymi albo drżącymi palcami. Zarobki wszelkie ustały, pracą nikt się nie hańbił, sklepy były pozamykane, życie samo pżygasło i głud potworny krulował w pustyh i niemyh ulicah. Ta to gawiedź zgłodniałyh i spragnionyh stękając i jęcząc zalegała drogi i rowy, czatowała na ohłapy tureckie i oblizywała się, skoro dym unosić się zaczął z kominuw kuhni żołnierskih. Łazęgi i niedołęgi usiłowały wyżebrać albo i podkraść cokolwiek nawet od pracownikuw trupiarni, tak skąpo żywionyh. Phało się to pod łopaty, pżysiadało jak najbliżej, czaiło się i plątało wszędzie, gdzie go nie posiano. Nie brakowało wśrud tej zbieraniny notorycznyh wariatuw, pułwariatuw, jurodiwyh, histerykuw i pomylonyh dopiero co, ktuży jeszcze nie otżeźwieli ze strasznyh mąk ciała i duha podczas oblężenia, bombardowania i żezi. Ktuż by zaś wyśledzić zdołał łotruw, hapencucykuw i hycluw, ktuży i tu myszkowali, żeby coś zwędzić, pomimo niewątpliwej kuli w łeb, karcącej hętki złodziejskie.

Cezary Baryka w ciągu szeregu dni dostżegał w tłumie nędzaży i nędznikuw pewnego człeczynę, ktury stale tżymał się w jego pobliżu. Był to hłop rosyjski, brodaty i kudłaty, w nieopisanie brudnej rubasze, w armiaku podartym do ostatniej nitki, czapie z daszkiem, z łapciami na nogah u kończyn zgżebnyh portasuw. Człowiek ten zjawiał się od najwcześniejszego poranku i dżemał na kupie kamieni wyżuconyh pży kopaniu wielkiej mogiły. Zawsze miał głowę opuszczoną, ukrytą w dłoniah, oczy pżymknięte i showane w cieniu daszka czapy nasuniętej nisko na czoło, plecy zgarbione. Nikt z ruhliwej i kżątającej się ciżby głodomoruw nie zwracał na niego uwagi. Sam tylko Cezary miał się w stosunku do tej figury na baczności. Zrazu myślał o jakimś prawdopodobnym zamahu czy podstępie. Puźniej zmienił zdanie, gdy obserwacja wykazała, że tajemniczy sąsiad należy do gatunku jurodiwyh, lekkih wariatuw. Fiksat ten nie zabiegał, jak wszyscy inni, o jadło i napitek, a siedząc na swyh kamieniah wciąż coś pośpiewywał samemu sobie. Jak wszyscy ludzie nienormalni budzą ciekawość w ludziah zdrowyh na umyśle, tak samo ten zaciekawił Cezarego.

Cuż to za jeden? Czemu sterczy właśnie tutaj, a nie gdzie indziej? Cuż to tam śpiewa pod nosem sobie — nie komu? Młody kopacz ziemi w hwilah wythnienia począł nadsłuhiwać. Wyłowił uhem jakiś dźwięk monotonny, jednostajny, wciąż ten sam, drżący, żewny, ekstatyczny. Wsłuhał się w ten dźwięk o jednej poże dnia, o drugiej i o tżeciej. Śpiew zawsze był ten sam. Składał się właściwie z jednego dźwięku, a z dwu sylab, rozciągniętyh i powtażającyh się niezmiennie. Było w tym coś dziwnego, nienaturalnego, drażniącego. Gdy gwar kopaczuw i dźwięk ih pracy zbiorowej nacihał, Cezary słyszał uw śpiew obłąkanego, w kturym dźwięczało coś jakby imię jego własne spieszczone:

— Czaruś — Czaruś — Czaruś...

Nie mogąc zdać sobie sprawy z tak dziwacznego podobieństwa śpiewu nieznajomej osoby do bżmienia swego niegdyś zawołania, Cezary zbliżył się wreszcie do palisady, kturej słupy powywracane pżez pociski tureckie jeszcze się tu i uwdzie hyliły ku ziemi. Oparł się piersiami o jeden z tyh kołuw i patżał uważnie na dziada. Tamten pżestał śpiewać i podniusł zwieszoną głowę. Wtedy, jak to muwią, wszystka krew zbiegła do serca Cezarego. Zobaczył wyblakłe, niebieskie oczy wpatżone w swe oczy, oczy — radosne niebiosa. Zdumienie, wątpliwość, niepewność, trwoga, radość, szczęście, obłęd z rozkoszy — wszystko zamknęło się w jednym szepcie:

— Ojciec.

Biedak siedzący na kupie kamieni zapżeczył ruhem głowy, jakby się nie zgadzał na sformułowanie i stwierdzenie szczęścia tej prawdy. Znowu opuścił głowę na piersi i ukrył w cieniu daszka swe niebieskie oczy. Cezary stał na miejscu, kurczowo tżymając się słupa. Ściskał to dżewo, ażeby się umocnić w pżeświadczeniu, że nie śpi, że na jawie widzi tamtego człowieka. Nogi mu drżały. Hciał skoczyć. Zdusił kżyk w piersiah. Zawahał się. Pżeląkł. Czyż to tylko podobieństwo oczu? Lecz nie! Nie! Skądże by ten człowiek mugł śpiewać od tak dawna jego imię? Śpiewał je pżecie znowu:

— Czaruś — Czaruś — Czaruś...

Uśmieh niebiański, uśmieh, zaprawdę, wniebowzięcia leżał na jego ustah, nie okrytyh cieniem i oświetlonyh pżez słońce. Były to usta ojca. Była to postać ojca w łahmanah tego pżybłędy. Jeszcze Cezary stał na swym miejscu jak wkopany w ziemię, gdy tamten podźwignął się ze swyh kamieni i ociężale, nucąc swoje, powlukł w kierunku miejsca najmniej efektownego, do kloaki z tarcic stojącej między rowem umarłyh i koszarami żołnieży.

Było to wspulne miejsce ustępowe, zaruwno dla żołnieży, jak dla pracownikuw zasypującyh trupy. Kloaka owa pżed dołami pełnymi niezasypanego kału miała parkan, ktury nieciekawe sprawy oddzielał od oczu ludzkih. Brodiaga, w kturym Cezary rozpoznał ojca, znikł za owym parkanem. Nim jednak znikł, obejżał się na Cezarego i niepostżeżonym ruhem głowy pżywołał go w to właśnie miejsce. Cezary wrucił na swe stanowisko robocze, pżez hwilę jeszcze zawzięcie pracował, a potem żucił łopatę i szybko ruszył w kierunku kloaki. Gdy tylko skręcił za parkan, hwyciły go ręce ojcowskie.

Teraz już nie było wątpliwości! To były ręce, oczy, usta, piersi ojcowskie! Głowa młodzieńca z westhnieniem niewysłowionego szczęścia, z jękiem upojenia spoczęła na piersiah ojca. Ręce tamtego objęły hłopca w ramiona. W cuhnącej woni kloacznej, ktura deh zapierała — wśrud innej woni — fetoru zgniłyh trupuw, kturą tu wiatr wirujący pżynosił — pżeżyli świętą hwilę znalezienia się, pżytulenia, pierwszy moment spotkania obudwu na tej ziemi. Bezsłowny głos szczęścia wydzierał się z ih piersi. Drżało w nih jedno jedyne serce i jedna krew płynęła w ih żyłah. Kiedy dały się słyszeć kroki nadhodzącego człowieka, ojciec i syn odskoczyli w pżeciwległe końce ustępu i pod pozorem kożystania z odległyh od siebie dołuw czynili na pżehodniu wrażenie ludzi, ktuży o sobie nic zgoła nie wiedzą. Skoro zaś uw tżeci odszedł do roboty, wrucili na swe miejsce.

— Dlaczego nie możemy być razem jawnie? — spytał Cezary.

— Boję się! Tatarzy znali mię tutaj. Wszyscy mię znali. Mugłby mię ktury pżez jaką zemstę wydać. Zabiliby mię. A teraz nie hcę umierać!

— Za co by cię mieli zabijać?

— Czy to wiadomo, za co teraz ludzie ludzi zabijają!

— Mama nie żyje! — wyznał Cezary.

— Wiem.

— Byłeś na jej grobie?

— Byłem.

— Skąd wiesz, gdzie leży?

— Od Gruzina, od księdza.

— Jakżeś trafił do mnie?

— Trafiłem... — żekł z cihym uśmiehem Seweryn Baryka.

Oczy jego zaszły ciężkimi łzami, kture pewnie w tej hwili od szeregu lat po raz pierwszy pżerwały tamy męczarni jego duszy. Zaszlohał, głuho załkał na piersiah syna. Młody utulił go w ramionah. Podparł go i ugłaskał drżącymi rękoma.

— Gdzie się spotkamy? — spytał szybko Cezary.

— W nocy tu pżyjdę. Będę czekał na tej pryzmie kamieni, gdzie zawsze.

— Warty w nocy hodzą dookoła koszar.

— Znam ja miejsce, gdzie warty hodzą. Nie jednę tu już noc pżeczekałem myśląc, że pżypadkiem wyjdziesz.

— Po pułnocy wyjdę.

— Pujdziemy do mamy. Tędy polem pujdziemy.

— A skąd ty pżyhodzisz?

Seweryn Baryka zakreślił ręką pułkole ogarniające pułnocny horyzont.

— Ale skąd? — pytał syn.

— Ze świata.

— Ale skąd?

— Z Rosji.

— Powiedzieli mi, żeś zginął.

Po hwili Cezary zawył z radości, zawył jak pies:

— Nie zginąłeś! Nie zginąłeś! O, cuż za szczęście.

— I ty nie zginąłeś!

— A gdzieś ty był tak długo? Gdzieś był, tata?

— W legionah — daleko, daleko — w Polsce.

— Mama czekała... — wyszeptał syn.

Seweryn nie mogąc muwić wykonał znowu swuj gest szeroki, puł horyzontu obejmujący. Coś wyjąkał niezrozumiałego, co ledwie można było pojąć:

— Teraz już... Teraz już — w nogi! W nogi! Hcesz?

— Oh, hcę! Ale razem z tobą!

— To, to! Razem ze mną!

— No!

Objęli się jeszcze raz, jeszcze raz ramionami żelaznymi. Ktoś znowu szedł, więc Cezary ociężale powrucił do swej łopaty.

 


 

Panowanie tureckie w mieście Baku, po ukruceniu barbażyńskiej żezi i rabunkuw, nacehowane w ogule rozumem i dobrą wolą, nie trwało długo. Traktat wersalski zmusił Turków do ustąpienia z Baku i okolicy, umożliwiając wybżeżom kaspijskim osiągnięcie pewnej formy niezależności pod nazwą Azerbejdżanu. Lecz ta forma, a raczej foremka nie trwała ruwnież zbyt długo. Zniweczyło ją najście wojsk bolszewickih, niosącyh wraz z hasłami rewolucji nowe żezie, kary, egzekucje, gwałty, nie mniej okrutne i olbżymie, jak wszystkie popżednie.

W tym czasie, puźną jesienią, zanim rozpoczęły się ruhy wojsk sowieckih na południe, Seweryn i Cezary Barykowie gotowali się do opuszczenia Baku.

Po odejściu Turków mieszkali razem, a raczej biedowali wspulnie, pżygotowując się do odjazdu. Żegnali się z żoną jednego a matką drugiego, śpiącą w ziemi. Gromadzili fundusze, zarabiając czym się tylko dało i jak tylko było można. Ale Cezary nie umiał jeszcze zarabiać, a Seweryn nie mugł z powodu braku siły. Był zbiedzony na wojnie, zrujnowany fizycznie. Miał na ciele dużo ran, a nadto czaszkę nadwyrężoną w szczycie głowy. Ostatnia rana dokuczała mu nade wszystko i pżeszkadzała w pracy zaruwno fizycznej, jak umysłowej.

Z trudem opożądzili się jako tako. Nosili już jednak buty, spodnie, kurtki i czapki, ale brakowało im jeszcze wszystkiego, co dla człowieka, ktury był wyszedł ze stanu barbażyństwa, niezbędne jest jak koszula i buty. Nie mieli na kupno niezbędnyh lekarstw dla starszego, gdyż gromadzili grosz nieodzowny na bilety. Seweryn dążył do walizki i opowiadał o niej synowi istne cuda. Sławna walizka, z kturą był wyruszył na wojnę: pżepyszna skura „pżedwojenna”, wspaniałe okucia, monogram, pasy spinające, imadła z kręconego żemienia, pżegrudki i skrytki wewnętżne! Toważyszka tylu wypraw wojennyh została w Moskwie, u pewnego rodaka, pżyjaciela, emisariusza politycznego z Polski, Bogusława Jastruna. Czeka tam na pżybycie obydwu. Skarby są wewnątż tej walizki: wyprana i wyprasowana bielizna, cienka, grubsza i wełniana, hustki do nosa, skarpetki. Kołnieże, mankiety, krawaty! Jest tam flanela, wata — pżyjaciel wojenny, termos, jest aspiryna, antypiryna, jodyna, terpentyna. Jest pewien doskonały, niezawodny środek na ciężkie męki serca. Gdzież to nie wędrowała ta płaska ręczna walizeczka! W jakihże to opresjah wspomagała po setki razy! Na samym jej spodzie leży uw tomik pamiętnika o dziadku Kalikście-Grzegorzu i jego wiekopomnej awantuże — tej, co to — „pilnować jak oka w głowie”...

Seweryn Baryka niewiele synowi muwił o swyh pżygodah na wojnah, gdyż te żeczy były mało zrozumiale i niezbyt sympatyczne dla młodego. Więcej zaciekawiały Czarusia powrotne pżejścia ojca, gdy się z legionuw polskih pżekradał, pżemycał i pżeślizgiwał popżez całą Rosję, ażeby dotżeć do rodziny zostawionej w dalekim Baku. Czeguż to bowiem nie pżedsięwziął, gdzie nie był, jakih nie zażył podstępuw, udawań, pżeszpieguw, sztuk i kawałuw — jakie zniusł udręczenia, prywacje, pżeśladowania, niedole i męki, zanim w pżebraniu za hłopa dotarł do miejsca! Dokładna znajomość Rosji, jej mowy, gwar, obyczajuw, nałoguw ułatwiała mu drogę i możność pżedzieżgania się w rużne postaci.

Lecz rewolucja spiętżyła na tej drodze trudności tak niepżebyte, iż tylko sama jedna bezgraniczna miłość pokonać je potrafiła. Ona to phała go i wiodła w bezmierną rosyjską dal, gdy człowiek fizyczny w wagonah-tiepłuszkah tracił oddeh ostatni; ona mu dodawała siły, gdy tżeba było czekać i czekać, na ludzi, na wagony, na pozwolenia, pżepustki, paszporty, bilety, pżerużne świadectwa, kartki, znaczki. Ona uczyła cierpliwości wobec pżemocy, kaprysuw, złej woli, nikczemnej rozkoszy szkodzenia dla szkodzenia, wobec samowładzy komisaży, panuw, władcuw, despotuw, imperatoruw w postaci zwyczajnyh niby funkcjonariuszuw. Ona to dodawała mu duha wytrwania, gdy siedział w więzieniu, jehał w kupieckih obozah — albo szedł piehotą w tłumie wędrującyh na południe. Ona go uczyła znakomicie kłamać, wymyślać niebywałe ambaje, pżygud niebyłyh, grać role, błaznować, śmieszyć, shlebiać, podlizywać się, służyć, a wciąż trwać i trwać w pżedsięwzięciu.

Dążyli tedy, obadwaj teraz, na razie w mażeniu do walizki w Moskwie. Ale nie mogli ukryć pżed sobą nawzajem wątpliwości i obaw, czy ona aby dotrwa. Wielkie bowiem potęgi — reakcja i rewolucja, wszehwładny carat i wszehpotężny proletariat — na śmierć walcząc ze sobą, spżysięgły się na tę małą skużaną skżynkę. Czyhały na nią prawa osiągnięte wprost z łaski bożej i prawa materialistycznego pojmowania dziejuw człowieczeństwa, prawa indywidualnej grabieży i prawa komunistycznego podziału dubr tego świata — jako na własność zasługującą w każdym wypadku na doraźną konfiskatę. Zawierał się w niej pżecie pewien ułamek cywilizacji świata skazanego na zagładę, a jednak budzącego skryte pożądania. Nie ulegało wątpliwości, że świat stary może z łaski bożej złupić, a świat nowy pżypuści szturm do tej ostatniej twierdzy reakcji. Cezary był na rozdrożu. Z odrazą myślał o poparciu, jakiego nawet w imaginacji udzielał staremu pożądkowi żeczy, zatajając miejsce ukrycia i sam fakt posiadania zakonspirowanej walizki, a jednak nie mugł się opżeć mażeniu o skarpetkah, hustkah do nosa, ba! — o krawacie. Co ważniejsza, nie mugł pżecie odmuwić ojcu prawa tęsknoty za aspiryną i antypiryną, kture mu tak często były potżebne.

Ileż to razy stary pan wzdyhał:

— Ah, gdybym to miał tafelkę aspiryny Bayera! Zaraz bym wyzdrowiał...

Bez tej tafelki gorączkował, hożał, drżał z dreszczuw i cierpiał z powodu bulu głowy.

 


 

Wyruszyli w zimie na statku zdążającym do Carycyna jako dwaj robotnicy, ktuży pracowali w kopalniah nafty, a teraz wskutek pżewrotuw i zawieszenia robut wracają do siebie, do Moskwy. Mieli fałszywe paszporty, wydane im pżez pewne czynniki spżyjające sprawie ih powrotu. Odziani w typową odzież robotniczą, muwiący pomiędzy sobą doskonałą ruszczyzną, kturej arkana posiadali w stopniu niezruwnanym, ostżyżeni w sposub obżędowy, byli doskonałymi „toważyszami” nowego pożądku żeczy na rozłogah sowieckih. Toteż szczęśliwie pżebyli morską część drogi i wyruszyli z Carycyna koleją na pułnoc. Ta druga część była cięższa niż pierwsza. Podrużowali oczywiście w wagonie towarowym. Ciepło szeżyło się w tym pudle dla czterdziestu ludzi z ciał wspułtoważyszuw podruży i z ognia, ktury rozniecano pośrodku, gdy było bardzo zimno. Spali obok siebie pokotem, zawinięci w tułupy baranie. Wuz wciąż stawał i stał nieskończenie długo, nieraz dniami i nocami, na lada podżędnej stacyjce. Z niewiadomej pżyczyny zatżymywał się i, nie wiedzieć kiedy, z nagła ruszał z miejsca nie bacząc wcale na to, czy tam ktury z pasażeruw nie zostaje. Te postoje napawały rozpaczą młodego Barykę, ktury pierwszy raz w świat wyruszył i hciał coś pżecie na nim zobaczyć. Tymczasem tżeba było pilnować legowiska, aby snadź nie zostać w bezludnym stepie. Leżeli tedy obadwaj z ojcem, ktury herlał i dusił się w niemiłosiernym zaduhu wozu — wysypiali się i prowadzili rozmowy. Zdażyło się tak szczęśliwie, że najbliżsi tżej sąsiedzi, leżący obok, były to dzikusy zakaspijskie, Sartowie skośnoślepi, nie rozumiejący rosyjskiego języka. Następny za nimi pasażer był śpiohem, ktury tylko czasem budził się, żeby się pżeraźliwie wyziewać — i znowu zasypiał. Inni mieszkańcy tego ruhomego więzienia gotowali strawę, baby niańczyły hore i płaczące dzieci, hłopi staczali pomiędzy sobą zażarte kłutnie, grali w karty, śpiewali. Upewniwszy się co do obojętności, albo nieszkodliwości sąsiaduw ojciec i syn zaczęli muwić po polsku.

Polszczyzna Cezarego była nieco zawiana rosyjskim nalotem, lecz mimo to dobra i gładka. Muwił tym językiem hętnie, żeby ojcu sprawić pżyjemność. Niejednokrotnie w ciągu długih rozmuw Cezary zapytywał ojca, co z nimi będzie potem.

Rozumiał, że jadą teraz do walizki, ale potem? Rozumiał, że zobaczą rewolucję w jej samym sednie, u źrudła, w gnieździe władzy — ale co potem?

— Co będzie z nami? Dokąd się udamy?

— Do Polski — odpowiadał Seweryn.

— Po co?

Stary długo odkładał odpowiedź, obiecując dać ją puźniej.

Wreszcie na jednym z postojuw, ciągnącyh się tak długo, iż tracili nadzieję, czy kiedy odjazd nastąpi, leżąc pżytuleni do siebie dla ciepła, jakby byli jednym ciałem, ojciec Baryka zaczął dawać odpowiedź, dlaczego mają do Polski podążać. W wagonie było powietże tak zepsute i ciężkie, iż Seweryn był niby owa wieszczka grecka, kturej trujnug znajdował się nad szczeliną wydzielającą gazy odużające. Muwił z pżymkniętymi oczyma w odużeniu od trującego zaduhu wędrowcuw pżemieżającyh ruwniny Rosji niezmieżonej.

 


 

— Dlatego do Polski — muwił — że tam się zaczęła nowa cywilizacja.

— Jakaż to?

— A no posłuhaj, jaka...

— Słuham.

— Narodził się był w Polsce człowiek jeden, a nazywa się tak samo jak my obaj — Baryka — człowiek genialny.

— Co znowu! nic mi nigdy o tym nie muwiłeś. Cuż to za jeden? Krewny?

— A właśnie że tak. Tak się nazywa — Baryka. Ja ci wielu żeczy o sobie nie muwiłem, bom ja się teraz bardzo zmienił i nie hciałbym cię sobą drażnić. Dawniej byłem zupełnie inny, a teraz jestem zupełnie inny. Innego znałeś ojca w dzieciństwie, a innego widzisz teraz. Taki to los. Za pobytu w kraju, na wojnie i w legionah do gruntu się zmieniłem. Jakby kto moją duszę na nice wywrucił. Ale nie o tym teraz mowa.

— Cuż ten Baryka?

— Człowiek ten już za pobytu w szkołah zdradzał zdolności niesłyhane. Zwłaszcza w dziedzinie matematyki. Ale gdy skończył szkołę średnią, gimnazjum, poszedł na medycynę.

— To i mnie tatko zawsze podsuwał medycynę, gdym jeszcze był sztubakiem w tżeciej klasie...

— Tak. Pragnąłem, żebyś został lekażem. Ale nie udało się. Wojna, rozruh rewolucyjny...

— „Rozruh rewolucyjny”... — rozjątżył się Cezary.

— No, nieh tam będzie, jak hcesz. Nazywajmy to najbardziej głośnymi tytułami. Tamten człowiek ukończył medycynę i zaczął nawet praktykę. A miał ci jakieś niesłyhane własne środki lecznicze... Ale o tym potem...

— Wszystko tżeba po kolei powiedzieć...

— Najpżud, co najważniejsze. Otuż ten Baryka żucił, wyobraź sobie, medycynę i wszelkie wynalazki swoje w tej dziedzinie. Wyjehał z Warszawy...

— A to w tej jakiejś Warszawie... — z rozczarowaniem szepnął młokos.

— W Warszawie. Uw Baryka udał się nad Morze Bałtyckie i tam długo hodził po wybżeżah oglądając piaszczyste gury nadmorskie, diuny, zaspy lotne, co najbardziej sypkie i zwiewne.

— Po cuż mu to było potżebne?

— Zaraz! Począł skupować od właścicieli prywatnyh takie diuny, najbardziej nieużyteczne, nie porośnięte nawet trawą nadmorską, gdzie nawet wrona nie pżysiądzie i mewa nie ma z czego gniazda ukręcić. Ludzie pozbywali się tyh nieużytkuw i pustek, uszczęśliwieni, że znalazł się głuptasek, ktury za nie płaci gotowym pieniądzem — zwłaszcza że to było w czasie, kiedy Niemcy, na skutek pogłosek o pżyłączeniu części wybżeża do Polski, na gwałt wyzbywali się wszelkiej własności w tamtyh okolicah. Naszemu doktorowi udało się skupić w jednym miejscu wielki kawał wybżeża, zasypanego piaskiem litym na kilometry w głąb kraju i na ogromnej pżestżeni. Zapomniałem tylko, jak się to miejsce u liha nazywa...

— I cuż dalej?

— Miał tam istne łańcuhy tyh diun, idące jedne za drugimi, wzdłuż, wszeż i w głąb. A może wciąż mu jeszcze podżucało najczystszego piasku na to Barykowe wybżeże.

— Może zawsze ma pżyzwyczajenie wyżucać piasek na wybżeże.

— Słusznieś to zauważył, hoć niezbyt gżecznie.

— Nie dostżegam w tym, com powiedział, nic niegżecznego.

— Skoro to, coś powiedział, nie jest niegżecznością, więc eo ipso jest gżeczną uwagą. Uczymy się, muj mały, do starości. Ja na pżykład dowiaduję się oto w tej hwili, jak wygląda gżeczność młodyh rewolucjonistuw. Ale wracajmy do tamtego doktora Baryki. Okazało się, że miejscowość, kturą on nabył od niemieckiego posiadacza, położona na cyplu whodzącym w może, była niegdyś tam, w prapra wiekah, dnem jakiejś pżedhistorycznej żeki, gdyż poza wybżeżnymi wydmami ciągnął się tam wąski pas torfowisk. Torf tam leżał dziewięciometrowym pokładem. Pod torfem zaś był szczery, czysty, złoty piasek, taki sam jak w diunah pżymorskih, tylko oczywiście starszy od tyh wydm o kilkadziesiąt czy kilkaset stuleci. Kto go tam wie!...

— I cuż ten doktur?

— Ten doktur Baryka sprowadził sobie możem z Ameryki pżez Gdańsk jakąś ogromną i cudaczną maszynę, ktura za jednym zamahem wybiera i odkłada na boki torf dziewięciometrowy w ciągu godziny w takiej ilości, jakiej nie wykopałoby stu ludzi w ciągu tygodnia.

— A to dopiero morowa maszyna!

— Nie wieżysz? A patżże, co się nie dzieje. Nasz kuzyn Baryka torf wysuszony w specjalnyh suszarniah spżedał na opał, a w ogromnym torfowisku wybierał wciąż kanał idący w pułokrąg, na dziewięć metruw głęboki i kilkanaście szeroki a zawracający wylotem swoim znowu do moża. Utwożył coś w rodzaju ogromnej litery U, bżuścem dolnym zwrucone do lądu a gurnymi, szeroko rozstawionymi szczytami łączące się z możem. Te dwa szczyty połączył z możem, gdy kanał został obustronnie dżewem ocembrowany.

— Ciekawy kanał! I cuż dalej?...

— Cały uw kanał leży niżej od poziomu moża, niżej nawet od jego dna pży bżegah, gdzie się od wyżucanyh wciąż piaskuw poziom dźwignął w gurę. Cała ta kombinacja zależała od studium moża w tej jego części. Nasz imiennik pżeprowadził pilne badanie moża, gdy tam początkowo defilował po wybżeżu — a zwłaszcza badanie pewnego silnego prądu pżybżeżnego, ktury z oceanu popżez Zund, Kattegat i Skagerrak idzie ku wshodowi. Lewe ramię kanałowej litery U nasz Baryka podstawił niejako pod uw prąd zahodni i wpuścił olbżymią siłę wodną do wnętża. Wpuszczał uw prąd zahodni jednym ramieniem kanału, a drugim go wylewał. Olbżymia siła wodna nagłym pędem pżebiegała pżez jego kanał. Wzdłuż owego kanału pobudował fabryki, poruszane pżez turbiny, ustawione tu i tam na całej długości. Była to po prawdzie jedna wielka fabryka: olbżymia huta szklana.

— Ty byłeś tam, tata?

Seweryn Baryka odpowiedział po namyśle:

— Oczywiście! Byłem. Szkliłbym ci to tak w żywe oczy, gdybym nie był?

— Ale co to ma wspulnego z „nową cywilizacją”?

— Jakże! Od tego się ta cywilizacja zaczęła.

— Od jednej szklanej huty?

— Tak!

— Jakaś — mam wrażenie — kruha i łatwo tłukąca się cywilizacja.

— Pżeciwnie! Najmocniejsza na tym padole z żelaza i betonu.

— Szkło się łatwo tłucze.

— Nie takie szkło! Baryka — nasz imiennik — produkuje szkło belkowe. Za pomocą olbżymiej siły, kturą ma darmo od prądu zahodniego, zwłaszcza wobec wiatruw zahodnih, kture tam trwają niemal stale, otżymuje niezmierną masę popędu elektrycznego, z kturego pomocą topi piasek nadmorski...

— To, oczywiście, jego sekret?

— Sekret. Z olbżymiej masy płynnej wyciąga gotowe belki, tafle, kliny, zworniki, odlane, a raczej ulane według danego arhitektonicznego planu. Cały szklany parterowy dom, ze ścianami ściśle dopasowanymi z belek, kture się składa na wieniec, a spaja w ciągu godziny, z podłogą, sufitem i dahem z tafel — oddaje nabywcy gotowe. W domah tego typu, wiejskih, czyli, jak się dawniej muwiło, hłopskih, nie ma piecuw. Gorąca woda w zimie idzie dokoła ścian, wewnątż belek, obiegając każdy pokuj. Pod sufitem pracują szklane wentylatory normujące pożądane ciepło i wprowadzające do wnętża zawsze świeże powietże.

— W lecie musi być w takim domeczku niczym w Baku na rynku podczas kanikuły.

— Mylisz się, niewierny! Tymi samymi wewnętżnymi rurami idzie w lecie woda zimna obiegająca każdy pokuj. Woda ohładza ściany, wskutek czego jest w takim domku podczas największego upału jak w bakińskiej naszej piwnicy, tylko bez jej zgnilizny i odoru. Tąż wodą zmywa się stale szklane podłogi, ściany i sufity, szeżąc hłud i czystość. Nawet nie wymaga ci to żadnej pracy specjalnej, gdyż rury odprowadzające zużytą wodę i wszelką nieczystość uhodzą do szklanyh kloak, wkopanyh opodal w ziemię.

— Jakieś gablotki, do liha, nie ludzkie mieszkania.

— Istne gablotki. Hłop polski, niezbyt, powiedzmy, pżepadający za czystością, jak to jest wszędzie na wsi, pży pracy około kruw, koni, kuz i owiec — hoćby nie hciał, musi sobie w izbie zaprowadzić, zapuścić — uważasz — czystość, żeby mu snadź w izbie szklanej nie było gorąco. Wciąż mu baba zmywa izbę, ściany, podłogę — a wilgoci ani kżty, bo nie ma co gnić ani pleśnieć, ani śmierdzieć widzialnym czy niewidzialnym brudem, jako że naczynia wszystkie, spżęty, graty, meble — szklane.

— Oszaleć!

— Oszaleć, ale z zahwytu. Bo te domy komponują artyści. Wielcy artyści. Dzisiaj są ih tam już setki. I powiem ci, nie są to nudziaże, snoby, żebraki, produkujące bzdury i głupstwa, śmieszne cudactwa i małpiarstwa dla znudzonyh sobą i nimi bogaczuw, lecz ludzie mądży, pożyteczni, twurcy świadomi i nathnieni, wypracowujący pżedmioty ozdobne, piękne a użyteczne, liczne, wielorakie, genialne, a godne jak najszerszego rozmnożenia — dla pracownikuw, braci swyh, dla ludu. Domy są kolorowe, zależnie od natury okolicy, od nathnienia artysty, ale i od upodobania mieszkańcuw. Są na tle okolic leśnyh domy śnieżnie białe, w ruwninah — rużowe, w pagurah — jasnozielone, z odcieniem fioletu, albo koloru nasturcji. Domy te są najwymyślniej, najfantastyczniej, najbogaciej zdobione, według wskazań artystuw i upodobań nabywcuw, bo belkę ściany i taflę dahu można w stanie jej płynnym zabarwić, jak się żywnie podoba. Co tylko bezgraniczna fantazja kolorysty może począć i ujżeć w boskiej tajemnicy organu oka, w daże niebios, we wzroku — jaka tylko barwa jawi się w pżepyhu kwiatuw na łące pod koniec czerwca, to wszystko, to wszystko ujęte w nathnieniu, sformułowane pżez twurczą świadomość, artystyczną mądrość i akty pracowitej woli, zobaczysz w zewnętżnyh i wewnętżnyh kompozycjah kolorowyh hat nowoczesnyh polskih hłopuw. Są to istne mażenia futurystyczne ucieleśnione w podatnym i posłusznym szklanym materiale.

— I tyś to widział tam? Takie wsie? Tata!

— Jakże! Całe okolice, powiaty, wojewudztwa! Bo to ci poszło jak morowa zaraza, skoro się ludzie zwiedzieli. Ktuż by hciał mieszkać w pruhniejącym, gnijącym i zjedzonym pżez gżyby drewnianym hlewie albo w ciupie szeżącej reumatyzmy, gruźlice i szkarlatyny, w murowanym więzieniu cuhnącym wilgocią i myszami, wśrud ścian, w kture wrosły wszelakie horoby? Szklane domy kosztują niezmiernie tanio, gdyż pżecie pży ih budowie nie ma mulażuw, cieśluw, stolaży i gonciaży. Sam materiał jeno, transport na miejsce i dwu, tżeh monteruw. Sam dom — bez robut ziemnyh — buduje się w ciągu tżeh, cztereh dni. Jest to bowiem tylko składanie części dopasowanyh w fabryce. Materiał, nawet z wynagrodzeniem artystuw, nie kosztuje nad możem drożej niż na miejscu dżewo budulcowe. Nie muwię już o cegle, wapnie i płacy robotnika, strajkującego wciąż z racji rosnącej drożyzny.

— A w fabryce tego naszego kuzynka już nie strajkują?

— Nie. Fabryka jest kooperatywną własnością pracownikuw, tehnikuw i artystuw. Sam uw Baryka zakłada wciąż nowe turbiny, buduje huty i idzie dalej. Taka jest wola jego geniuszu.

— Dokądże on tak idzie dalej?

— Do swoih odległyh celuw. Teraz wieś polska jeszcze nie jest dobże zabudowana. Każdy domek szklany jeszcze się w zimie ogżewa, a w lecie oziębia pży pomocy swego własnego, indywidualnego kotła i własnej kuhni, pżypartej do budynku. Już teraz bardzo mała ilość paliwa ogżewa kocioł, rozprowadza rurami ciepło i twoży z małego domu wiejskiego pewien rodzaj termosu, ktury tżyma własne ciepło. Ale to nie jest ideał. Każda wieś powinna mieć wspulną ogżewalnię i wspulną hłodnię. Do tego jednak potżebna jest powszehna elektryfikacja kraju. To samo stosuje się do pompowania wody. Dziś zużytkowuje się domowe studzienki, nieraz zabrudzone i źle użądzone. Jednak wzrost spożycia i użycia w domah wody pżegotowanej już dziś wpłynął na zmniejszenie horub zaraźliwyh.

— Czy już koniec?

— Jeszcze nie, muj synku. Skoro żeka Wisła w całej swojej długości i ze wszystkimi dopływami toczyć się poczęła popżez państwo narodowe polskie, Baryka zużył bieg jej wud tak samo jak słony prąd morski, z zahodu zdążający ku wshodowi. Począł ujmować wielką żekę w szklane łożysko. W jednej z hut nad możem wytważa materiał specjalny. Kolosalne tafle klinowate, wielkiej grubości, ostro zakończone, wpierające się jedna w drugą fugami na moc wieczną i niezwalczoną dla żadnej siły, zmocowane hakami i klinami szklanymi, wsparte o tylne podpory, zapuszcza w piaszczyste lub poszarpane wybżeża. Ścieśnia rozległą i rozlewną żekę w dwakroć węższy strumień wodny. Mehanizm twożenia ściany szklanej jest prosty, prawie pierwotny i niemal ciesielski. Robota wbijania w dno na ogromną głębokość tafli klinowyh, u dołu ostryh jak bżytwa a grubiejącyh aż do bryłowatości fortecznego muru — jest szybka nad wszelkie słowo. Na pżestżeni, ktura z obu bżeguw już ujęta została w śliskie łożysko, zniweczone zostały wylewy i zatory, gdyż szybkość pędzącej tam wody unosi krę, a specjalny mehanizm niszczy jej wszehwładne zamarzanie.

— Żeka ta nie zamarza?

— Owszem, zamarza, lecz inżynier Baryka nad jej zamarzaniem i odmarzaniem w łożysku szklanym zupełnie panuje. Wody, ujęte w ciasne łożysko, zimą i latem pracują. Obracają szeregi turbin, a będą wkrutce obracać tysiąc tysięcy. Niezmieżona siła elektryczna zastąpiła siłę koni i wołuw. W całym dożeczu już opanowanym pracują pługi i wszelakie nażędzia rolne popędzane elektrycznie. Już dziś na tyh obszarah dżewo staje się żeczą nietykalną, świętą, a szlahetnemu zwieżęciu zwraca się jego godność — Apisa i czarnego rumaka Swarożyca.

— Godność wołu idącego do szlahtuza w celu pżemienienia się na godne bifsztyki.

— Niekoniecznie. W nowej cywilizacji niekoniecznie będzie się pożerało mięso starszyh naszyh braci w Darwinie. Hłopom polskim nie pżyjdzie to z trudnością, nie będą oni ponosili żadnego wyżeczenia się, gdyż dziś prawie wcale mięsa nie jadają. Żadko kiedy, jedynie bodaj na tak zwane godne święta. Jeżeli się odejmie od nih dzisiejsze zaraźliwe horoby, brud i złe powietże hlewuw mieszkalnyh, to będą oni rasą najzdrowszą na ziemi. Pży zmniejszeniu okropnej ih pracy na roli — tym mniej będą potżebowali jeść mięsa.

— Mażenia! Mażenia!

— Mażenia, o młody rewolucjonisto? Muwmy o nowyh wsiah szklanyh. Już się one nie palą, a i piorun w nie nie bije. Haty w niekturyh osiedlah połączone już są szklanymi hodnikami. Obszerne gromadzkie szklane obory i gromadzkie hlewy dają możność rozwinięcia nowyh pżemysłuw mlecznyh, kooperatywnej hodowli świń. Znika cuhnąca oburka dla każdej horej na gruźlicę krowiny i znika dwakroć bardziej cuhnący hlewik dla brudnej świnki, mającej na sobie i w sobie miliony zarazkuw horobotwurczyh. Odpadkami mlecznymi karmią tam świnie i wyhodowują je, a w masarniah wiejskih pżerabiają na znakomite szynki i kiełbasy.

— Ci sami wegetarianie czy jacyś inni, mięsożerni?

— Inni, specjaliści, majstrowie w tej świńskiej idei i idylli.

— Można by więc tę nową lehicką cywilizację nazywać nie tyle szklaną, ile świńską.

— Dlaczego, synku? Nie jest ona ufundowana jedynie na poczciwyh świnkah. Szkło tam gra głuwną rolę. Reforma rolna, kturą właśnie tam pżedsiębiorą i rozważają, hociażby jak najbiedniej wypadła, nie będzie papierową, teoretyczną, nieziszczalną, lecz żeczywistą i skuteczną. Rozciągnie ona nowe szklane domy, rozżuci je po szerokih pustkah, ugorah, polah, lasah dawnyh latyfundiuw. Trudniej będzie o światło i siłę elektryczną. Ale tego światła i tej siły będzie z miesiąca na miesiąc pżybywać w miarę obwałowania szklanym murem żeki Wisły. Siły i światła będzie taki ogrom, iż ono wszędzie dosięgnie. Zobaczymy wnet nażędzia do orki, siewu, żniwa i omłotu, poruszane pżez tę moc błogosławioną.

— A no — zobaczymy.

— A cuż powiesz o szkołah szklanyh! O kościołah zakwitającyh na wzgużah, według mażenia i skinienia artystuw, w formah tak pięknyh, iż wobec nih zagaśnie i zblednie wszystko, co dotąd było.

— Jakoś ta cała cywilizacja idzie u ciebie, ojcze, sposobem cokolwiek fajerwerkowym.

— Wielkie wynalazki, a raczej niespodziane odkrycia, uhylenie tego, co dotąd było obok nas, lecz było zakryte — stważają to, że po ih zastosowaniu i spożytkowaniu wszystko idzie sposobem fajerwerkowym. Ktuż by pięćdziesiąt lat temu uwieżył, że można konia wyścigowego wsadzić na aeroplan i pżewieźć go pod obłokami, a nawet nad obłokami z Paryża do Antwerpii? Tak to owoc fantazji poety Ariosta, koń hipogryf, lata w żeczywistości nad obłokami. Toteż stare miasta, te straszne zmory starej cywilizacji, będą zanikać, będą stawały się zabytkami muzealnymi, siedliskiem bankuw, sklepuw, składuw, magazynami krajuw, składami towaruw — a powstaną nowe miasta-ogrody, miasta-siedziby, wśrud pul, lasuw, wzguż rozciągnięte, rozwleczone po okolicah, wzdłuż linii elektrycznyh kolei i tramwajuw.

— Tak, tak...

— Muj synku! Domy robotnicze pod Warszawą, kture Baryka planuje — a miałem szczęście widzieć te plany — są wygodniejsze, zdrowsze, czyściejsze, piękniejsze od najwyszukańszyh pałacuw arystokracji, od will bogaczuw amerykańskih, a lepsze od siedlisk kruluw. Dwa pokoje, lecz dwa pokoje najczystsze, najzdrowsze, najładniejsze, czyż to nie szczyt mażeń dla samotnego człowieka?

— Wydaje mi się, że cokolwieczek za dużo tam ma być czystości. Pżydałoby się cokolwiek brudnej zakwaski. Co zaś do wyż wzmiankowanyh burżujuw tudzież ci-devant kruluw, to wolą oni, jak sądzę, mieszkać po staremu. Wolą taki, dajmy na to, apartamencik, jaki my niegdyś zajmowaliśmy w Baku — co, tatku? — jak my ongi w Baku — pięć, sześć pokojuw, hoćby tam już — nieh będzie! — kamiennyh, niż te szklanki ciągle opłukiwane w wodzie.

— Nigdy! Pżenigdy! Okazuje się pżecie, właśnie wskutek i wobec wynalazku naszego Baryki, że wyrazem bogactwa nie jest pieniądz ani nagromadzenie wartości realnyh, drogocennyh pżedmiotuw i żadkih fatałahuw, tylko — zdrowie. Najbogatszy bankier, jaśnie wielmożny magnat, pżejadłszy apetyt, pżepiwszy możność pragnienia, zrujnowawszy zdrowie nerwuw nadużyciami, słyszy od lekaża radę: tżeba, żeby jaśnie wielmożny pan zamieszkał na wsi, hodził w zgżebnej bieliźnie, bez kapelusza i butuw, żeby dostojny smakosz jadł hleb razowy, kaszę, żepę, żodkiew, pogryzał czosnek wystżegał się jak ognia wina, alkoholuw, kawy, herbaty, frykasuw — żeby rozkazodawca robotnikuw pracował w ogrudku — na słońcu — motyką, rydlem, widłami, cepami — żeby noktambulista, z dnia czyniący noc, wstawał wraz z ptactwem i szedł spać z kurami... Cuż to oznacza? Oto zdrowie — apetyt i pragnienie, twardy sen po ciężkiej pracy fizycznej — stało się jedynym bogactwem bogacza. A zdrowie zupełne da, zabezpieczy i podtżyma właśnie dom szklany. Higiena, wygoda, absolutna czystość. Praca, spokuj, zadowolenie wewnętżne, wesołość. Do takiego shronienia pżed srogością natury i jej strasznymi jadami, dla uzyskania i zabezpieczenia zdrowia fizycznego i duhowego — będą dążyć właśnie burżuje. Boję się, że oni to rozwiną tak wielkie zapotżebowanie szklanyh domuw, iż dla biedakuw nie starczy. Na szczęście...

— Nie ma strahu! Zbadają oni tę żecz dobże, bo pżecie burżuje są najsprytniejsi, pomimo iż jako klasa są już do niczego. Jeżeli tam zwąhają swuj interes, zafundują sobie u naszego kuzynka Baryki wille i pałace, jakih żeczywiście oko nie widziało.

— Na szczęście on nie hce stawiać nic innego w miastah i na wsiah, oprucz domuw robotniczyh, szpitali, muzeuw, domuw dla pracującej inteligencji, dla pżeciętnyh, szaryh ludzi, dla zmęczonyh dzisiejszą walką.

— Filantrop to jakiś. Dobrodziej. Dopuki łotrostwo kradzieży dawnyh bogactw nie jest wygubione na całym świecie, zamęczy on się, biedaczysko. Łotra w ludzkości tżeba najpżud wygubić, a dopiero puźniej budować normalne życie.

— Ktuż to wie, kto wśrud nas jest łotr, a kto sprawiedliwy.

— To wiadomo aż nadto dobże. Łotra w człowieku tżeba siłą wydusić, a gdy się nie poddaje — zabić!

— Nie zabijaj! Syneczku! Nie zabijaj!

— Złe na świecie tżeba zabijać. Zabijamy padalce, żmije, wilki, wszy.

— Najpżud nie bardzo dobże wiemy, co jest złe, a co na pewno dobre. Potem — jedyne, co z zabijania wynika, to zbrodnia zabujstwa. Zabijanie jest zgoła niepotżebne. Szkoda na to czasu i zdrowia duszy ludzkiej. Wystarcza najzupełniej budowanie życia nowego. Budować od nowa, od samego początku, od gliny ziemnej i głęboko płynącej, ziemnej, czystej wody.

— Już mi to i mama po siedlecku klarowała. Nic, staży, nie rozumiecie.

— Rozumiemy, tylko nie ograniczamy się do tego jednego rozumienia. Oto tamten wziął garść piasku, kturym wszyscy pogardzali, thnął weń myśl swoją i na wzur Boga żekł: „uczynię z tej garści piasku świat nowyh zjawisk. Rewolucją istotną i jedyną jest wynalazek. Rewolucją fałszywą jest wydzieranie pżemocą żeczy pżez innyh zrobionyh”.

— Ależ posiadanyh, nie zrobionyh! Posiadanyh bezprawnie.

— A czyż ci, co z pałacu wypędzają magnata i zabierają ten pałac w swoje władanie, zrobili ten pałac?

— Zabierają ten pałac we wspulne, powszehne władanie.

— „Powszehne władanie”, a w zrabowanyh pałacah mieszkają nowi panowie, komisaże, dyplomaci, naczelnicy i w ogule nowi władcy, nowi uzurpatorowie. Lud po staremu mieszka w hałupah, po staremu cuhnącyh, w norah miejskih i jamah nędzarskih.

— Jeszcze nie jest pżeprowadzona likwidacja starego łotrostwa. Jeszcze toczy się walka.

— Ta walka będzie się toczyć bardzo długo. Zbawiciel świata w kazaniu na guże nauczył świat, że nawet złemu oczywistemu nie należy pżeciwić się siłą.

— O, to — to! Stare gadaniny. Jeżeli spostżegę, że ktoś wobec mnie dziecko spżedaje do rozpusty albo je uczy rozpusty — jeżeli widzę, że drugi rabuje dobro pżez tysiące ludzi wypracowane — to ja mam się temu nie spżeciwić?

— Spżeciw, zakaz, kara! Nie jest to celowe, nie jest skuteczne, a zacieśnione do jednego zjawiska. Twożeniem nowyh wartości i rozmnażaniem nowego dobra tżeba wyniszczać w ludziah samą zawiść i samą nienawiść. Można wypracować takie warunki pracy i mieszkania, iż nie będzie o co się nienawidzić i mordować. Doprawdy — śmieszny to jest pżewrut, ktury magnatuw strąca z pałacuw do piwnic, a mieszkańcuw piwnic wprowadza do pałacuw. Jest to prawdziwie robota i dom szalonyh. Takie jest moje pżeświadczenie.

— Moje jest inne. Zupełnie inne!

— Toteż nie muwmy już o tym. Po cuż mamy muwić prużne słowa zapewnień i zapżeczeń. Ja nie będę ci już pżeczył. A ty w zamian bądź łaskaw zbogacić zapas swyh wiadomości o jeden szczeguł. Widziałem szkołę wiejską zbudowaną według nowyh planuw. Były tam sale tak piękne, że każde dziecko biegło do nih z najżywszą uciehą. Były tam zimne i ciepłe kąpiele, kuhnia, jadłodajnia, izba koncertowa i kinematograficzna...

— Nowoczesne termy...

— Już dziś matki — na wspomnienie imienia tego swego monarhy, ktury skinieniami geniuszu pżebudowuje świat na siedlisko dobra, a im, matkom, zdejmuje z ramion i piersi ciężar, sam go biorąc w swe ramiona — muwią w pokoże: „Błogosławiony żywot, ktury cię nosił, i piersi, ktureś ssał”.

 


 

Nadzwyczajnie długo trwała podruż do Moskwy. Ale nareszcie i ta podruż skończyła się. Pociąg dowlukł się do pżedmieść historycznego miasta. Nie ono jednak było celem wyprawy, więc tżeba było zmienić role i odzież. Trudno było udawać rosyjskih robotnikuw wybierając się w drogę do Polski. Toteż Barykowie, ojciec i syn, pżedzieżgnęli się w Moskwie na zwykłyh „inteligentuw” obcokrajowcuw, polskih „optantuw”.

Znakomicie w tym pżeobrażeniu się pomogła im walizka, ktura cierpliwie na właścicieli czekała w mieszkaniu Bogumiła Jastruna. Uw Jastrun niemało miał z nią kłopotu: pżenosząc się z miejsca na miejsce, musiał dźwigać i pielęgnować cudze żeczy. Jednak dohował depozyt w całości. Ojciec i syn znaleźli w walizce nie tylko bieliznę i ubranie dla siebie, ale i dla cnotliwego Jastruna nadało się nieco bielizny. Cuż zaś muwić o mydle, pżyborah i lekah, kture wydawały się być zesłanymi z nieba! Na dnie spoczywała książeczka oprawna w skurę, z misternie wyciskanymi narożnikami, świadcząca zawsze jednako o dziadku Kalikście.

Cezary, tak spragniony widoku Moskwy nieznanej i jej bolszewickih pożądkuw, był wzruszony i pżejęty, gdy wdziewał bieliznę, od tyla czasuw nie widzianą pżezeń, i odzież pasującą do człowieka jak jego własna skura. Obadwaj z ojcem byli rozradowani i dumni ze siebie, jakby każdy z nih pawia z rozłożonym ogonem połknął i nosił w sobie po ulicah i placah. Pżehadzali się po mieście i pżyglądali rużnym jego dziwom.

Pan Jastrun nie radził jednak po prużnicy łazić i w ogule siedzieć w tej „białokamiennej” stolicy rużnyh caruw. Jeść nie było co, a w kuhniah publicznyh wymagano legitymacji dokładnyh z wykonanej pracy. Czekali też w Moskwie tylko do hwili uzyskania pżydziału do eszelonu, czyli pociągu wiozącego rużnyh rozbitkuw do granic polskih. Uzyskawszy niezbędne papiery, wtłoczeni zostali do pociągu, ktury był nabity do ostatniego miejsca, gdyż idąc z dala zabierał po drodze Polaków Bóg wie skąd, z gur, znad muż i ze stepuw. Dla dwu ludzi znalazło się jeszcze miejsce. Walizkę z wielkim już trudem wtaszczyli za sobą. Pociąg uw dążył do Charkowa. Tam była jego meta. Wszyscy podrużni mieli w Charkowie czekać na inny pociąg, ktury miał tam dopiero nadejść po pewnym czasie. Pojehali.

O ile podruż od wybżeży Kaspijskiego Morza była długa i ciężka, to ta z Moskwy do Charkowa była już istną torturą. Wozy były naładowane ludźmi, ktuży wieźli ze sobą i na sobie całkowity nieraz dorobek długiego życia. Wiedział o tym maszynista prowadzący uw pociąg. Toteż tu albo tam, w mieście lub u jego pżedmieść, a nieraz w najszczerszym polu pociąg stawał i stał niewzruszenie. Stał godzinę, dwie, pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia. Pasażerowie błagali maszynistę, żeby jehał — pżewodnik, ktury był poniekąd władzą nad reemigrantami, whodził z nim w pertraktacje. Maszynista oświadczał suho, że musi w swej lokomotywie zrobić pewien remontik. Robił zaś uw remontik doputy, dopuki pżewodnik lub ktoś inny z podrużnyh nie obszedł pociągu i nie zebrał składki na szybszą reparację maszyny. Kto miał walory mające jakieś znaczenie, dawał walory. Kto nie posiadał waloruw, mugł dawać pżedmioty wartościowe, pierścionki, obrączki, dewizki, nawet zegarki, nawet buty i surduty. Pod tym względem wszehwładza kolejowa żądziła się wielką wyrozumiałością i nie robiła żadnyh szykan: buty — dobże, surdut — nieh będzie i surdut! Skoro zebrała się suma pżedmiotuw czy pieniędzy zaspakajająca ambicje maszynisty, nie obraźliwa dla jego godności osobistej, remontik dobiegał do końca. Pociąg gwizdał, sapał, ruszał z miejsca, turkotał raz prędzej, drugi raz wolniej, posuwał się po szynah aż do następnego tajemniczego punktu w polu lub w mieścinie. Zapytywano, czy to znowu remontik, i jeżeli dawała się słyszeć odpowiedź potwierdzająca, zabierano się do gromadzenia nowej składki w walorah i pżedmiotah. Im bliżej było upragnionego Charkowa, tym lokomotywa więcej i częściej wymagała niezbędnyh poprawek i dłużej trwały postoje. Zapasy wyczerpywały się i psuły, zimno dokuczało, jęczeli hoży, płakały dzieci, ludzie popadali w tępe odrętwienie lub w nerwowy niepokuj, a poczciwy maszynista ćmił swego papierosika siedząc na stopniah maszyny, patżał w pżestwur i zaunywno pośpiewywał jednę z pięknyh piosenek ludowyh.

Ostatni postuj wypadł z woli maszynisty o dziesięć wiorst pżed Charkowem. Z jakihś względuw w tym właśnie punkcie kończyła się droga pociągu-eszelonu. Część podrużnyh — zwłaszcza kobiet i dzieci — postanowiła czekać: — a nuż jeszcze pojedzie? — Część druga, niecierpliwsza i mocniejsza w nogah, ruszyła do miasta piehotą.

Do tej drugiej części należeli dwaj Barykowie. Ponieśli na pżemiany na plecah swoją walizkę i trafili do miasta. Dotarli do dworca kolejowego i tu oddali na pżehowanie kufereczek zawierający cały ih majątek, wszelkie papiery i ubogie skarby w lekarstwah, watah i flanelah. Po opłaceniu należności za pżehowanie wydano im z harkowskiego deposito kwit z pieczęcią czerwoną, wielkości uczciwego spodka. Showawszy pieczołowicie uw dokument na posiadanie ręcznej własności, w skok pomknęli do polskiego biura, ażeby powziąć wiadomość o pociągu do granicy.

Ale pżed dżwiami biura zastali długi szereg ludzi nieszczęsnyh, wyczekującyh swej kolei. Tżeba było stanąć w „ogonku” i poczekać. Zmieniali się w tym wartowaniu. Jeden „czekał” a drugi miesił błoto odwilży harkowskiej poszukując jakowegoś noclegowiska, gdyż było żeczą więcej niż prawdopodobną, że tżeba będzie w tymże Charkowie nieco dłużej popasać. Seweryn Baryka, ktury w tym mieście już bywał, a odznaczał się na oguł większą od syna pżemyślnością, znalazł tegoż jeszcze dnia pomieszczenie w izbie pewnego krawca, muwiącego jeszcze coś niecoś po polski, gdyż onego czasu był „rodem z Warszawy”. Ten to pułrodak, obdarłszy uczciwie wędrowcuw, zgodził się na pżenocowanie ih w swej izbie, mocno niepahnącej. Seweryn Baryka dał krawcowi zadatek w staryh rublah, kture jeszcze wygżebał zza podszewki, i powrucił do ogonka pżed biurem.

Okazało się z oświadczeń ludzi wyhodzącyh z biura, a wreszcie, po długim wyczekiwaniu, z samej rozmowy z użędnikiem, iż o pociągu w dniah najbliższyh nie ma nawet mowy. Jest obietnica, że taki pociąg, dążący z daleka, spod Uralu, ma nadejść, ale jeszcze wcale nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Użędnicy dodawali nadto niewesołe wyjaśnienie, iż uw pociąg, o ile nawet pżyjdzie, będzie bardzo pżeładowany. Nie pozostało tedy nic innego, tylko — do krawca. Pżedtem jednak ruszyli na stację kolejową po walizkę, gdyż bez niej trudno było pomyśleć o jakim takim użądzeniu się w tej gościnie. Na szczęście biuro składu pżyjmującego na pżehowanie ręczne pakunki było otwarte i tenże parień, ktury walizkę pżyjął, siedział pży otwartym okienku. Barykowie okazali mu kwit z czerwoną pieczęcią oraz numerem obiektu i poprosili o wydanie im pakunku. Funkcjonariusz wziął z ih rąk ową kartkę i poszedł z nią po walizkę. Długo jednak nie wracał. Czekali niecierpliwie, gdyż noc już zaszła, a hcieli pżecie nocleg swuj użądzić. Wreszcie uw parień nadszedł, ale bez walizki. Oświadczył z miną pełną wspułczucia, że takiej walizki w składzie nie ma.

— Jakże może nie być, toważyszu? — tłumaczył mu Cezary. — Pżecie tu stoi numer, ktury sam wypisałeś. Sam na czemodanie pżylepiłeś tenże numer. Wziąłeś czemodan z moih rąk. Sam go do składu poniosłeś. Prawda?

— Być może, iż poniosłem. Dużo pakunkuw noszę do składu. Być może, iż napisałem i pżylepiłem numer. Dużo numeruw piszę i pżylepiam. Takie moje zajęcie. Eh, toważyszu, takie moje zajęcie... — dodał z westhnieniem, pżewracając oczy do gury.

— No, to idźże jeszcze raz i dobże poszukaj!

— Szukałem — żekł kolejaż niehętnie. — Wszystkie kąty pżeszukałem. Nie ma! Prawdę wam muwię, toważyszu: nie ma!

— Jakże może nie być! — zapeżył się stary Baryka. — Kwit jest, pieniądze za pżehowanie zapłacone, wszystko w pożądku, to i pakunek być musi!

— Zrobię to dla was, jeszcze raz pujdę. Poszukam... — westhnął poczciwiec. Poszedł. Znowu długo szukał. Wrucił jednak ze smutnym westhnieniem:

— Nie ma waszej walizki...

— Gdzież się podziała? — pytali w pasji, jeden pżez drugiego.

— Czy ja wiem, gdzie się podziała! Nie ma jej.

— Ale pomyślże, toważyszu — perswadował Cezary. — Kwit...

— Cuż ty mi z twoim kwitem w oczy leziesz!... — odparł tamten nie bez gniewu. — Kwit twuj widzę, a czemodanczika twojego nie widzę. Zrozumiałeś?

— Gdzieś go podział? — zapeżył się Cezary.

— Czy ja wiem, gdzie on się mugł podziać? Nie ma go!

— Ukradli mi tę walizkę! — kżyknął Seweryn w uniesieniu.

— Złodzieje! — potwierdził Cezary.

— Oddawaj mi moją własność! — kżyknął starszy hwytając za rękaw opiekuna żeczy złożonyh na pżehowanie.

Tamten flegmatycznie usunął mocną prawicą rękę Baryki i niemniej flegmatycznie oświadczył:

— Słysz, towariszcz! Ty nie szumi. Bolsze pomołcziwaj. A co będzie jeśli z powodu głupiej walizki do czrezwyczajki zajedziesz, zamiast do twojej tam Polski?...

Seweryn Baryka pokiwał posępnie głową. Zamyślił się głęboko. Westhnął. Odeszli w milczeniu. Już za dżwiami gmahu kolejowego Cezary mruknął:

— Nie będziesz miał antypiryny na twoje bule głowy. Bodaj to! Nie będziesz miał aspiryny. Nie mamy tej walizki!

— Pżeczekam i to. Ale powiedz, powiedz, Czaruś... „Pilnowałem jak oka w głowie” tamtej broszury. Była ze mną w kilku setkah pżygud, gdzie śmierć w oczy zaglądała. A tu w taki głupi, w taki strasznie głupi sposub nie dopilnowałem. Jakże można było zawieżyć! Cuż też za stary osioł ze mnie! Nie zostawię ci tej książeczki...

— Dzieciństwo, tatuś...

Cezary hciał jeszcze dodać, że pżecie wie, co jest w tamtej broszuże, lecz zamilkł spojżawszy na tważ ojca. Brnęli popżez kałuże i świeże śniegi dążąc do swego noclegu.

Oczekiwanie na nowy repatriacyjny pociąg do Polski potrwało, niestety, tygodnie. Długie i ciężkie tygodnie. Ukarani za pyhę posiadania czystyh koszul na zmianę, hodzili teraz w brudnyh i nie wywijali bliźnim pżed nosem hustkami do nosa. Pokosztowanie rozkoszy burżuazyjnyh wymysłuw pżyprawiło ih o żal dokuczliwy, gdy tyh wymysłuw zabrakło. Nie mieli już nic a nic do spieniężenia, gdy wyczerpały się pieniądze, kture zahowali byli pży sobie. Gospodaż, krawczyna „rodem z Warszawy”, ani myślał tżymać ih w swej izbie, gdy się dowiedział, że im czemodan zasekwestrowano. Imali się najordynarniejszej pracy, ażeby pżetrwać czas tak trudny. Wystawali na zmianę pżed użędem polskim oczekując na wiadomość o pociągu, istotnie jak żebracy. A nie można było nic pżedsięwziąć — hyba iść piehotą o kiju na zahud. Na to starszy sił nie miał. W dodatku wciąż zapadał na swe niemoce. Tżeba było podczas gorączkowania układać go w pewnej dziuże pod shodami, gdzie za dnia pozwalano horemu spoczywać. Setki ludzi pżebiegały po tyh shodah tuż nad głową Seweryna, a młody musiał się temu pżysłuhiwać z zaciśniętymi zębami i pięściami. Gdy się stawiał w użędah bolszewickih i prubował domagać się pomieszczenia, traktowano go opryskliwie, hoć się pżehwalał i rekomendował swymi poglądami, a nawet czynami rewolucyjnymi w Baku. Był jednak polskim repatriantem. Znano się na takih farbowanyh lisah. Nic nie mugł wskurać. Rodacy zaś nie kwapili się z pomocą, skoro o nią sam nie zabiegał.

 


 

W tym czasie zbliżył się duhowo do ojca, jak swego czasu do matki. Głęboka żałość i dojmujące ssanie wewnętżne bolesnej litości łączyło się i pżeplatało z żądzą życia. Cezary patżał teraz na rozmah rewolucji w jej pierwszym rozkwicie. Uczył się organizacji rozmaityh: rtuczeka i gubczeka, gubispołkom, narobraz, narkompros, sownarkom Zdarzało mu się widywać marynaży o kwadratowyh lub kulistyh facjatah, spalonyh i rudyh jak rondle, pędzącyh automobilami popżez miasto Charków — dokądś, w jakimś kierunku. Biła od nih potęga ludzka, męska, niezłomna. Śpiewali swoje rewolucyjne pieśni, wyhodowane w poświstah wihruw na zrewoltowanyh pancernikah, kiedy to oficerom, ktuży ih ongi łomotali po tyhże kwadratowyh i kulistyh kufah, pżywiązywano wielkie, stożkowate armatnie kule do nug i puszczano na głębinę, ażeby tam na dnie Czarnego Morza „potańcowali maleńko”. Odwiedzał sale mitynguw, nabite nie pżez Tatarów i Ormian zjuszonyh na siebie, jak to miało miejsce w Baku, lecz pżez lud pracujący ruski, małoruski, rumuński, żydowski, polski, jaki kto hce, lecz jeden, niepodzielny, robotniczy. Słuhaj tutaj muwcuw pierwszożędnyh, wszystko jedno jakiej proweniencji, lecz wysuwającyh i rozwijającyh żecz rewolucji w sposub nieubłaganie logiczny, jasny, niezwalczony. Zahwycał się szczegulniej muwcami pohodzenia żydowskiego. Ci z fenomenalnym jasnowidzeniem ujawniali geniusz swej rasy, zdolność docierania do najgłębszej, najostatniejszej iścizny, do samego sedna spraw ludzkih — odsłaniali słabość i miejsca hore, zgniłe, obumarłe konającego świata burżuazji i ofiarowywali pracującemu ludowi swe najtrafniejsze pod słońcem rozumowanie o istocie i potędze pżewrotu, ktury się właśnie dokonywał.

Gdy się znajdował w tłumie słuhaczuw, w ciżbie robotniczej, ktura za każdym zbawczym sylogizmem muwcy ciężko a zarazem radośnie wzdyhała, gdyż te spokojne wywody zdejmowały, zdawało się, z ramion pżeogromnego pogłowia skżywdzonyh ciężar niedoli, pżymus, pżekleństwo i sam nieszczęsny los bytowania w jażmie — Cezary wzdyhał ruwnież ciężko jak oni. Jakże w takih momentah pragnął rozstać się z ojcem, wyprawić go w uw świat nieznany, w krainę mitycznej Polski, a zostać tam, wśrud rozumnyh i silnyh! Jakże pragnął dołożyć ramienia do pracy nad realizacją dzieła, nad skruszeniem aż do podwalin świata starego łotrowstwa! Podziwiał i uwielbiał niezruwnane zjawisko pżewrotu, ukazujące się oczom ludzkim w czynie najpotężniejszym od zarania świata a wysnutym z logicznyh pżesłanek genialnego geometry, ktury inaczej niż wszyscy dotyhczas, niż najpotężniejsi z tyranuw, podzielił i pomieżył okrąg ziemi swym systemem triangulacji na niewidziane.

Ale gdy młody entuzjasta wracał do dziury pod shodami, czuł, że nie da rady. Ten ojciec, pżyhodzień mało znany, to nie było jestestwo bierne i czujące jedynie, jak matka. To był pżeciwnik czynny. To był ryceż. Z jego ran, kturyh na ciele miał pełno, sączyła się nie tylko krew, lecz jakoweś światło udeżające w oczy. On nie tylko wieżył w coś innego, lecz śmiał inaczej świat kształtować. To, co muwił, było mgliste, wymyślone z rozbitej głowy, nawet śmieszne, ale z tym tżeba było potykać się, zaiste, na szpady. Czyż ten ojciec był burżujem, stronnikiem bogaczuw i pohlebcuw bogaczuw? — Nie. Czy był stronnikiem starego pożądku żeczy? — Nie. Jakże tedy — dlaczego nie hciał wspułpracować w sprawie pżewrotu? Znał pżecie tę potęgę, ktura wyzwalała robotnikuw świata z pęt ucisku pżemysłowcuw i zdziercuw. Bywał na wszelakih wiecah w Moskwie i słuhał najciekawszyh referentuw. Nie tylko tyle; w drodze swej do Baku pżewędrował całą Rosję, pżewiercił ją jak uw małż niepozorny, skałotocz-palczak, ktury w ciemności swej pżeszywa potężne skały. Znał nie tylko zewnętżne agitacyjne mityngi i pułzewnętżne użędy, na staryh oparte śmieciah, lecz i tajne kancelarie nowyh despotuw, szpiegowskie zakamarki i obmieżłe więzienia, gdzie wskutek podejżeń i na zasadzie szpiegowskih doniesień siadywał ramię w ramię z tymi, kturyh po to wyprowadzano na światło, ażeby ih zgładzić. Znał piwnice zalane i zahlastane krwią i cuhnące od trupuw. Powiadał, iż ten to trupi zaduh pżeszkadza, żeby moskiewskie powietże można było wciągnąć wolnymi i szczęśliwymi płucami. W tym zaduhu po masowyh i sekretnyh morderstwah, pośrud krwawyh orgii nie można się modlić wielkim tłumem: „Ojcze nasz, kturyś jest w niebie...” „W Moskwie — muwił — cuhnie zbrodnią. Tam wszystko poczęte jest ze zbrodni, a skończy się na wielkih i świetnyh karierah nowyh panuw Rosji, ktuży zamieszkają w pałacah carskih i jusupowskih, odzieją się w miękkie szaty i stwożą nową, czynowniczą i komisarską arystokrację, nową nawet plutokrację, lubującą się w zbytku i zepsuciu starej. Plebs będzie mieszkał po norah i smrodliwyh izbah. Tam nie zaczęło się od budowania, od pżetważania żeczy lihyh na lepsze, lecz od niszczenia, nie z miłości, lecz z pyhy i zemsty. Nadaremnie znakomici komisaże będą odwaniać zapah morderstwa perfumami postępu”.

Gdy syn stawał w otwoże shronienia pod shodami, Seweryn Baryka wyciągał do niego tżęsące się ręce i żucał pytanie zawsze jednakie: — czy nie ma pociągu? — To nie było mażenie, nawet nie żądza powrotu do kraju macieżystego, lecz jakiś szał duszy. Jehać! — to był jedyny okżyk, ktury się od tego człowieka słyszało. Zdawało się, że gdyby mu pozwolono wsiąść do pociągu i jehać do kraju, natyhmiast spadłaby gorączka, od kturej się tżąsł albo gożał, i ozdrowiałby bez wątpienia. Jakże syn mugł go opuścić? Jakże miał wyprawić samego na wiekuiste rozstanie? Obejmował go ramionami i razem tęsknił do hwili odjazdu. I oto wytwożył się w jego organizmie jakby nowotwur uczuć, pulsujący od pasji spżecznyh w sobie. Cezary był tu i tam, w Rosji i w Polsce, był z ojcem i pżeciwko niemu. Szarpał się i mocował ze sobą samym, nie mogąc dać sobie rady.

Nie tylko wszakże odmienność zapatrywań na sprawy publiczne i społeczne dzieliła (a zarazem w szczegulniejszy sposub łączyła) ojca i syna. Cezary wciąż pżezwyciężał w swym duhu tego starego człowieka, wyzbywał się jego władzy moralnej nad sobą, wyrastał z niego i oddzielał się bujnością swej siły od zmurszałości tego pnia. Nękały go więzy, wciąż jeszcze, jak w dzieciństwie, krępujące jego wolę. Musiał po tysiąc razy ulegać, ponieważ był synem — a stary ojciec może rozkazywać, zakazywać, wreszcie pospolicie kaprysić z tej prostej racji, iż jest ojcem i ma niepisaną władzę zakazywania spraw i uczuć najsłuszniejszyh. Cezary nie czynił nic takiego, co by było moralnym ojcobujstwem, lecz szarpał się w więzah. Nieraz ponosiła go wewnętżna wściekłość i gryzł w ustah twarde wyrazy. Ale samo to pżegryzanie twardyh wyrazuw było męczarnią, albowiem sączył się z niego żal nikły, mętny a ostry i nieustępliwy. Nieraz w głębi siebie Cezary żałował, iż go ten tajemniczy człowiek, gnany niewygasłą miłością swoją, odszukał w Baku, dosięgnął, hwycił w swe sieci uczuć i zabrał stamtąd. Byłby tam został Barynczyszką, samym sobą. Rozkazywałby samemu sobie i szedł obraną drogą. Byłby skończył roboty grabarskie, żucił łopatę i stanął między ludźmi twożącymi. Teraz szedł na postronku swojej dla ojca miłości w stronę Polski, kturej ani znał, ani pragnął. Ojciec nażucił mu ideał obcy duszy i niezrozumiały, niepożądany i trudny, ckliwy i bezbarwny. Nie sam zresztą ten ideał, lecz pżymus tolerowania, piastowania i uległej tolerancji względem niego był nie do zniesienia. A tymczasem egoizm Seweryna Baryki w sprawie nażucania tego ideału nie zmniejszał się, lecz powiększał. Ojciec nie nażucał synowi swej tęsknoty i żądzy powrotu, lecz sam tżąsł się i jęczał jak niegdyś matka. Możnaż było nie pomagać mu w sprawie powrotu?

 


 

Toteż Cezary wystawał codziennie pżed biurem, badał użędnikuw i zbierał wiadomości w mieście. Wreszcie pohwycił wieść upragnioną. Pociąg miał nadejść! Był to ogromny eszelon wiozący mnustwo Polaków do kraju. Niestety; sygnalizowano już z dala, że miejsca nie ma i że nikogo z Charkowa zabrać nie mogą. Cezary poruszył wszelkie sprężyny, żeby zabezpieczyć sobie w tym pociągu dwa miejsca, i czyhał dniami — nocami. Nie wiadomo było oczywiście, kiedy nadejdzie. Pżewidywano, iż zatżyma się w Charkowie na bardzo krutko, może na parę minut, właśnie w celu uniemożliwienia oczekującym wpakowania się do tego pociągu. Pżewodnik wiozący reemigrantuw, ktury pżed władzami sowieckimi odpowiadał surowo za pżekroczenie instrukcji, dawał znać napżud, z dala, iż nikogo nie zabieże. Cezary nie tracił nadziei i wartował osobiście albo za pomocą łańcuha życzliwyh, ktuży litowali się w tym możu bezlitości nad jego ojcem.

I oto pewnej nocy dano znać: pociąg! Seweryn i Cezary żucili się do stacji. Tutaj o pociągu niby to nic słyhać nie było, lecz wieść sekretna dawała znaki i ostżegała na migi: nadhodzi!

Obadwaj Barykowie nasłuhiwali. Starszy był tak zdenerwowany, rozstrojony i słaby, że ledwie mugł utżymać się na nogah. Zdawało się, że pżypadnie do ziemi i będzie nasłuhiwał. I oto w ciszy nocnej daleko — daleko rozległo się dudnienie głuhe, zwiastun upragniony. Stali obadwaj nasłuhując na stacji słabo oświetlonej, ponurej i pustej. Dudnienie zbliżało się, wzmagało, rosło. Zamigotały daleko ruhome światła latarni. Wreszcie pociąg, ogrom ciemnoszary, wtoczył się na stację i stanął. Był to szereg wagonuw z obmarzniętymi oknami i dżwiami. Sędziwe sople wisiały jak kudły i kłaki, z tego pasa ruhomyh domkuw na głuho zabityh, zatarasowanyh, zamkniętyh. Gdy Cezary poskoczył i prubował otwożyć jedne, drugie, tżecie, czwarte i dziesiąte dżwi, daremnie wyłamywał sobie palce i wykręcał dłonie. Wszystkie dżwi były niezdobyte.

Z ostatnih wagonuw wysunął się jakiś człowiek i szybko zdążał do dworca w poszukiwaniu władzy. Dwaj wędrowcy żucili się do niego i nie pytając kim jest, zasypali go prośbami o wpuszczenie do pociągu. Okazało się, iż jest to właśnie pżewodnik, inżynier Białynia. Seweryn znał tego człowieka pżed laty za swoih użędniczyh czasuw. Począł mu się pżypominać i błagać o łaskę, o pomoc, o litość, o zabranie. Tamten pżypomniał sobie Barykę — jakże — kohany pan Seweryn — Symbirsk — dawne dobre czasy! — lecz nic uczynić nie mugł. Nie mugł! Głową, wyraźnie głową odpowiada za pżyjęcie nowego pasażera do pociągu! Pociąg jest już pżeładowany, nabity. Na każdym niemal pżystanku rewizja pżegląda papiery uprawnionyh do jazdy z tym eszelonem. Za pżemycanie hoćby jednego człowieka zagraża kara głuwna. Kara głuwna!

— Nie mogę! Z żalem, z najserdeczniejszym żalem, kohany panie Sewerynie... Nie mogę! Zwłaszcza dwu ludzi! Nie mogę! — jęczał pżewodnik.

Radził poczekać na następny eszelon, ktury wtedy a wtedy pod takim a takim pżewodnikiem ma nadejść. Tamten może będzie miał mniej ludzi, może będzie mugł pżyjąć. Seweryn Baryka poniżył się do pruśb najniższyh. Błagał. Skamlał. Zaklinał. Żucił się do rąk inżyniera Białyni. Zapłakał okropnym starczym płaczem... Nic to nie pomogło. Nie mogło pomuc. Daremne były prośby i certacje. Białynia tłumaczył szeptem, na uho, że pżecie łatwiej jest im zaczekać, nieco zaczekać, na następny pociąg, niż skazywać jego, Białynię, rodaka, dobrego znajomego, ba! pżyjaciela, na utratę życia. A życiem — życiem! — swym odpowiada — itd. Cezary nie słuhał perswazji. W sposub ostry i gruby oświadczył, że ojciec jego dłużej czekać nie może — że żyją tu od tygodni jak troglodyci, czekając właśnie na możność wyjazdu — a gdy ta możność nadhodzi, każą im czekać! Jakże tu czekać! I na co? Czy na nową odmowną odpowiedź? Czemuż to inni mogą jehać, a oni żadną miarą nie mogą? Białynia znowu począł tłumaczyć, że nie tylko oni dwaj, lecz i inni z Charkowa. Zgłaszały się setki i setki petentuw, a odmuwił, gdyż...

Do certującyh się podszedł z tyłu jakiś człowiek, ruwnież podrużny, jadący tym samym pociągiem. Pżysłuhiwał się rozmowie w milczeniu. Gdy Białynia jeszcze bardziej stanowczo, kategorycznie, właśnie wskutek grubyh argumentuw młodego Baryki, odmawiał — tamten pociągnął Seweryna za kurtkę i pophnął go ku końcowi pociągu. Sam pżemuwił do inżyniera Białyni:

— Śmierć? Śmierć za zabranie tyh dwu?

— Śmierć! — kżyknął inżynier.

— Śmierć — możliwe — wszystko możliwe. Ale ih zabrać musimy.

— Ja ih nie biorę! — wołał głośno Białynia. — Nie biorę! Nie biorę!

— Toteż nie ty ih bieżesz, tylko ja. Zwalisz winę na mnie. Jeżeli się wykryje, zwalisz winę na mnie. Ty o niczym nie wiesz, pierwszy raz słyszysz — znat’ nie znaju, wiedat’ nie wiedaju — ja ih pod sekretem, w tajemnicy pżed tobą zabrałem. Ja za nih łbem odpowiadam: kwita.

Białynia zakotłował się na miejscu, zatupał nogami, zapiszczał od niezbityh argumentuw, ale tamten drugi — hudy, wysoki, pżygarbiony — popędził pżed sobą Baryków. Kazał im pżeleźć pod wagonami na drugą stronę i sam pżelazł na czworakah. Potem biegli we tżeh, hyłkiem, co thu, aż na sam koniec ogromnego szeregu milczącyh wozuw. Pży ostatnim wagonie uw czarny wgramolił się na stopień wiszący kędyś wysoko nad ziemią, z trudem niemałym odryglował zamek i odciągnął dżwi zasunięte, skżypiące zjadliwie na mrozie. Wezwał obydwu niecierpliwym rozkazem:

— Phajcie się na sam spud. Pod tułupy! Leżcie ciho i żeby waszego duha nie było słyhać! Dalej!

Ojciec i syn wwindowali się wzajem między jakieś cuhnące kożuhy i pżypadli na nih. Czarny zasunął dżwi, zaryglował i zeskoczył. Wkrutce potem pociąg szarpnął się gwałtownie. Bufory poczęły obijać się o siebie, a koła, skżypiąc, obracać na szynah. Seweryn Baryka pżycisnął do serca rękę syna:

— Jedziemy! — wyszeptał.

— Jedziemy...

 


 

Wysoki, czarny jegomość nie zapomniał o dwu ludziah z jego łaski zamkniętyh w towarowym wozie z kożuhami. Zaraz podczas pierwszego postoju, gdy zatżymano się na czas pewien, pżyniusł im czajnik z gorącą wodą, nieco cukru zawiniętego w stżęp gazety, kawał hleba, a nadto podał garnczek z rozgotowaną kaszą. Posilali się w milczeniu, a starszy Baryka wpadł w rozczulenie. Prawił mistycznie o jakiejś ręce, ktura popyha ku ih pomocy tego wysokiego i hudego rodaka. W istocie — jakkolwiek by tam było — czarny zjawiał się co czas pewien z czajnikiem i garnkiem, w kturym było zawsze coś posilnego. Zalecał szeptem, żeby się dobże ukrywać, gdyż rewizja może się zjawić niespodzianie. Czasem w szczerym polu między zaspami pociąg staje i zaczyna się taniec rewizyjny. Pżeglądają papiery i żeczy, a wszelkie złocidła, pierścionki, ślubne obrączki, nie muwiąc już o zegarkah, ulegają gruntownej konfiskacie. Źle ruwnież widziany jest ryż, a nawet kasza jęczmienna.

Ojciec i syn zakopywali się w kożuhy, zwłaszcza że tęgie zimno tżymało. Cezary odsypiał swe harkowskie czuwania. Sewerynowi nie służył zapah baranih tułupuw. Hory nie mugł powstżymać piekielnego kaszlu, ktury notabene mugł ih zgubić. Toteż na stacjah i podczas pżypadkowyh postojuw, w momentah pżewidywanyh rewizji, wciskał głowę w futra i formalnie dusił się, żeby tylko nie kaszlać. Wyjehał z Charkowa w gorączce, toteż w zamkniętym wozie bez powietża a w nieznośnym fetoże skur źle wyprawionyh zapadał coraz bardziej. Jak na złość pociąg wciąż stawał i tkwił na miejscu dla dokonania pżez maszynistę wiadomyh poprawek w lokomotywie. Cezary był w rozpaczy, gdyż na ten stan żeczy nic nie mugł poradzić. Ilekroć zjawiał się pilny a tajemniczy samarytanin z garnczkiem i czajnikiem, ilekroć było prosić o radę i pomoc, kładł palec na ustah, trwożnie nadsłuhiwał i zalecał ciszę, cierpliwość i ostrożność.

Pewnego dnia pżyszedł z drugim, starszym człowiekiem. Wdrapali się obadwaj do wnętża wozu. Uw stary pżysiadł się, a raczej pżyłożył do Seweryna, rozpiął na nim pżyodziewek i pżez słuhawkę począł badać płuca. Wnet jednak pżerwał badanie i shował do kieszeni swoją słuhawkę. Oczy obydwu samarytan były smutne. Serce Cezarego zatżęsło się od pżerażenia i strasznej, bezsilnej boleści. Co miał począć? Co poradzić? Jak ratować? Miałże wysiąść z tego wozu i iść niosąc na ramionah ukohanego? Pytał się tamtyh dwu, dobryh wspułbraci, lecz nic mu nie mogli odpowiedzieć. Czarny pżybiegł jeszcze po odejściu lekaża i pżyniusł jakiś cierpki i gożki napuj w szklaneczce. Ściskał w ramionah młodzieńca, bezsilnego w swej męczarni. Gdy się dżwi za nim zamknęły i zostali znowu sami, Cezary objął ojca ramionami, pżyłożył się, pżytulił i mażył, że tak oto pżeleje weń swe zdrowie, pżesączy w ten sposub krew swoją pulsującą w jego żyły zeshnięte i wypędzi zeń tajemniczą niemoc. Seweryn był rozpalony. Głowa jego miotała się po kudłah baranih. Szeptał z jękiem:

— Nie zostawajmy tutaj! Jedźmy! Nie wywłucz mię na ziemię! Dojedziemy! Już niedługo! Już bliżej niż dalej!

Zasypiał i nagle budził się z jakimś kżykiem, ktury syn pocałunkami uciszał. Muwił mu w rozżażone usta tysiące pocieh i zaklęć nadziei. W pewnej hwili Seweryn Baryka podźwignął się na legowisku, jakby mu sił nagle pżybyło. Objął Cezarego za szyję i muwił mu tak samo w usta:

— Pamiętasz? Takeśmy się wierszy francuskih uczyli. Pamiętasz, Czaruś?... Gdybym nie dojehał... Gdybym musiał tutaj zostać... Ty tu nie zostawaj! Nie zostawaj! Jedź tam! Sam zobaczysz... Pżekonasz się... Ja tak nic nie wiedziałem, nie rozumiałem. Dopiero jakem z legionami pżeszedł popżez tę ziemię, dopiero jakem wszystko zrozumiał... Takem nic nie rozumiał, jak ty teraz. I patż, co się ze mną dzieje. Taki straszny los...

Zacihł na długą hwilę i znowu muwił:

— W Warszawie idź do jednego człowieka, ktury się nazywa Szymon Gajowiec. Człowiek tam znany. Dopytasz się. Powiesz mu o nas. Był w pżyjaźni z mamą i ze mną. On się tobą zajmie, on ci wszystko powie. Nazywa się — Szymon Gajowiec...

Obalił się na posłanie i zasnął. Lecz sen jego był niespokojny, pełen jęku i szlohuw. Cezary, ktury siedział nad ojcem pogrążonym w agonii, a nic mu poradzić nie mugł, pżeżywał jakby śmierć własną. Pociąg w pżestżeni pomykał niby w krainę śmierci. Nieszczęśliwy podsunął ręce pod głowę śpiącego ojca, ażeby mu ulżyć w cierpieniu. Zmożony męką duszy, zapomniał się od krutkiego snu. Zdawało mu się, że nie zamykał oczu. Lecz dosyć długo trwał ten jego sen. Po ocknieniu Cezary nie słyszał już harczeń, świstuw i jękuw w piersi ojcowskiej. Gdy uho jego pżypadło do żężącej pżed hwilą piersi, nie usłyszało już bicia serca ani oddehu. Długo leżała bezsilna głowa nad pustynią straszliwą, ktura się pżed nią rozhyliła. Długo trwało pżeraźliwe zdumienie, iż usta pżemawiające pżed hwilą stały się kamieniem obojętnym już na wszystko, cokolwiek by się zdażyło, obojętnym aż do skończenia świata. Cezary nie wiedział wcale, jak długo jehał pżez pola śniegami okryte i pżez wody lodami okute, wskroś lasuw i ugoruw, pustyh i niemyh jako piersi jego ojca. Nie mugł wyciągnąć rąk spod nieruhomej głowy, jakby ją lody okuły i zamroziły mrozy swą mocą. Zapragnął usnąć tak samo, ażeby się nie rozstawać z tym pątnikiem, ktury ze swoim celem dalekim rozstać się musiał. Nie mugł ani płakać, ani jęczeć, ani wyć, ani kżyczeć wniebogłosy, hoć kżyk, jęk i głuhe wycie miał w sobie.

Kiedyś, po krutkim czy długim skostnieniu w boleści, usłyszał, że dżwi odsuwają się ze zgżytem i że bardzo zimne powietże do wnętża wionęło. To czarny pżyszedł znowu ze strawą. Nahylił się nad Sewerynem Baryką i tżymał pżez czas pewien rękę na jego sercu. Podźwignął Cezarego i zakżyknął nań grubo, żeby z tej nory wyhodził. Młody wyszedł pospiesznie. Zimno go owionęło. Tamten nażucił na jego ramiona kożuh pierwszy z bżegu, dżwi zasunął i kazał iść za sobą. Weszli do pżedziału tak pżeładowanego ludźmi, pełnego mężczyzn, kobiet i dzieci, iż powietże było tam ruwnie zepsute, jak w wagonie z kożuhami. Bezimienny pżyjaciel poszeptał coś z ludźmi gwałtownie i namiętnie. Rozsunęli się nieco, ustąpili i Cezary znalazł wolne miejsce na ławce. Z zamarzniętego okna sączyła się struga wody. Wiatr pżewiewał. Mnustwo oczu patżyło z ciekawością na młodego pżybysza. On poczuł się w tym tłumie zbiedzonyh, udręczonyh od niespania i głodowyh niewywczasuw, wśrud rozczohranyh kobiet, brudnyh dzieci i ponuro spoglądającyh mężczyzn stokroć gożej niż w samotności. Hciał wyjść. Prosił „czarnego” oczyma, żeby go puścił do ojca. Lecz tamten, uwijający się wciąż w tłumie, nie pozwolił. Kazał czekać. Więc Cezary czekał. Pociąg tżąsł się, z łoskotem bił swymi kołami w końce szyn, pżehylał się i podrywał do szybszego biegu.

Nad wieczorem tegoż dnia stanął na dłużej. Pżehodziła wskroś wagonuw nowa rewizja. Żołnieże szarpali manatki, pżeglądali garnki i miski z żywnością. Z trwogą podawano sobie wiadomość o stopniu ih gwałtowności. Gdy mieli wejść do pżedziału, gdzie był Baryka, wyprowadzono go do sąsiedniego, a stamtąd po shodkah do budki brekowego, ktury go wephnął poza siebie i zakrył swym olbżymim kożuhem. Po upływie pewnego czasu, na skinienie toważyszuw pżedziału, Cezary musiał znowu wyjść i zająć swe miejsce.

Gdy pociąg nie odhodził z tego postoju — zaniosło się bowiem na długi remontik — bezimienny pżyjaciel wywołał Cezarego na dwur. Dwaj ludzie obcy stali na końcu pociągu. Sierota podszedł do nih i zobaczył, że wyciągają z wozu zwłoki jego ojca. Zawinęli je w płahtę. A nim zawinęli, pozwolili mu jeszcze zacisnąć powieki nad zagasłymi oczyma, do zimnyh rąk i do zimnyh ust pżywżeć ustami. Potem złożyli ciało na marah i mieli je dokądś odnosić. Cezary podniusł oczy błagalne na czarnego pżyjaciela, żeby mu pozwolił iść za ojcem. Zobaczył wtedy, że tamten pod rozpiętą kapotą ma białą koszulę na sobie. Usłyszał jak pżez sen łacińskie wyrazy: Dies illa, dies irae...

Z rozczarowaniem, z odrazą pomyślał, że „czarny” to ksiądz. Tamten pżeżegnał zwłoki i pżez hwilę modlił się nad nimi pohylony. Potem dał tragażom znak. Do Cezarego zwrucił się z szorstkim zapytaniem:

— Zostajesz tutaj?

— Dokąd niosą mego ojca?

Ksiądz wskazał ręką miasteczko, widne jeszcze w mroku, i daleką w jego głębi spiczastą wieżę kościelną. Żekł ciho:

— Pży tym kościele będzie sobie leżał. Lepiej mu pżecie będzie tam niż tutaj w rowie.

— Pujdę za nimi!

— A więc zostajesz tutaj?

Cezary załamał ręce. Nie wiedział, czy tu zostaje.

— Pociąg zaraz odejdzie. Zostajesz tutaj?

— Pujdę za nimi!

Lecz tamten objął go twardym ramieniem i potaszczył do pociągu. Coś mu tam muwił. Cezary nie rozumiał, ogarnięty pżez rozpacz. Obejżał się jeszcze raz i w nadciągającej ciemności dojżał dwu ludzi dźwigającyh na noszah kształt człowieczy. Za hwilę jehał znowu.

 


 

Długo wlukł się pociąg naładowany ludźmi do cna, hoć z niego raz w raz ktoś pżyzostawał na pżydrożnyh cmentażah miasteczek. Im bliżej było do kresuw polskih, tym rewizje były cięższe i sroższe. Nareszcie rozeszła się wśrud podrużnyh wieść radosna: granica! Zanim jednak ludzie wymizerowani i storturowani w wagonah od tylu tygodni ujżeli upragnione budynki kresowe, niemało ih jeszcze nadręczono. Pociąg stał w polu. Dżwi od wagonuw były zamknięte. Czekano w tym ruhomym więzieniu na zmiłowanie się nieubłaganyh władcuw.

Cezary obserwował ciekawe zjawisko, iż ci wszyscy ludzie, jego sąsiedzi z najbliższyh ławek, bynajmniej nie fabrykanci, nie bankieży ani magnaci, lecz najzwyczajniejsi i dobroduszni zjadacze hleba tudzież kaszy jaglanej, na kturą zarobili własnymi rękami — drobni dorobkiewicze i mizerni karierowicze, użędnicy i pracownicy prywatni — byli jakby wyjęci spod wszelkiego prawa właśnie tam, w kraju, gdzie tyle się nasłuhał o prawah człowieka uciśnionego i wyjętego spod prawa. Do dzikiej furii doprowadziła go tyrania najzwyklejszyh pospolitakuw i żołdakuw, ktuży, nie wiadomo za co i w jakim celu, gnębili uhodźcuw do Polski z satysfakcją, z nienasyconą pżyjemnością, z jawnym wylewem zwyczajnej nacjonalistycznej zemsty. Można było zrozumieć gniew na burżujuw, rodakuw uciekającyh z Rosji pżez Baku w świat szeroki, lecz ta gruba i okrutna pżemoc okazywana gościom, pżyhodniom, wędrowcom, ktuży właśnie wynosili się do siebie — dziwiła i napełniała gniewem. Patżał na tważe oficerkuw komenderującyh, na rewidentuw i sołdafonuw tżymającyh straż pży dżwiah i pierwszy raz w życiu zobaczył nie tylko oczyma, lecz duszą czującą — tyranię, o kturej mu ojciec muwił tyle razy.

Ale po wszystkih udręczeniah i po najobżydliwszyh trwogah, zwłaszcza kobiecyh — iż nie wypuszczą, iż każą cofnąć się, iż zamkną wagony, zawrucą pociąg z ludźmi i odwiozą wszystkih z powrotem do Charkowa — po licznyh plotkah i istnyh klehdah, kture strah płodził, a do niebywałyh rozmiaruw wydymała głupota — oto roztwożono dżwi wagonuw. Ludzie zgarnęli, co tam jeszcze taszczyli ze sobą, ponieśli na ręku dzieci, powlekli słabyh i horyh. Pędzili z wżaskiem i szlohaniem, popyhając się, wypżedzając jedni drugih — jakimś rozmokłym gościńcem, ku domom widniejącym tuż obok. Biegnąc coraz szybciej, jakby ih kto gonił, modląc się, płacząc i śmiejąc się razem, doskoczyli do sztahet, za kturymi stało kilku żołnieży w szaryh, podniszczonyh rogatyh czapkah. Kobiety stare i słabe hwytały się dygocącymi palcami za balasy owyh sztahet, mężczyźni, zmordowani drogą, całowali słupy w tym płocie. Wszyscy popyhali się i bili, torując sobie i swoim pżejście w tłumie, kotłującym się jak zbiorowisko topielcuw dosięgającyh wybżeża. Brama była otwarta i tam za koleją pżepuszczano.

Pżyszła wreszcie kolej i na Cezarego. Nie miał ci żadnyh papieruw, gdyż wszelkie dokumenty zostały w skradzionej walizce. Szedł na oślep. On może jeden w tym tłumie nikogo nie witał a wszystko żegnał i zostawiał za sobą. W ostatniej hwili, gdy już miał bramę pżekroczyć, inżynier Białynia wetknął mu w rękę jakiś papier, czyjąś legitymację. Oficer polski pżyjął papier od Baryki, obejżał i tuż na stoliku pżybił pieczęć. Pżyhodzień minął bramę. Wszedł do Polski, kraju swoih rodzicuw.

Tłum ludzki mijał budynki stacyjne i kierował się w stronę miasteczka, kturego murowane i drewniane domki widać było niezbyt daleko. Cezary szedł ruwnież do tego miasta. Po udręce, zgnieceniu i braku powietża w pżedziałah pociągu, oddyhał teraz powietżem szerokim, olbżymim. Wyciągał ręce do tego szerokiego powietża, do ziemi nieznanej, jakby wolność swoją obejmował w posiadanie. Mijał ohydne budynki, stawiane, jak to muwią, psim swędem, z najtańszego materiału, kryte papą, kturą wiatr poobdzierał, a zimowe pluty podziurawiły doszczętnie. Hcąc całe to oppidum objąć jednym spojżeniem, wyszedł za ostatnie domostwo.

Pżepływała tam żeczka, w stromyh bżegah wijąca się wśrud niziny. Śniegi już stajały i pierwsza trawka, szczyk żadki, bladozielony, rozpościerać się poczynała nad bystrą wodą. Po tej to ledwie widocznej runi tańczyli na bosaka hłopcy-nędzaże, pżygrywając sobie na ustnej harmonijce. Bose ih stopy migały nad błotem, kture już zdołały ubić na dogodne do tańca klepisko. Pżedwiośnie zdmuhnęło już z dahuw bud najbliższyh lud i śnieg — ogżało już naturalnym powiewem południa wnętża, kture długa i ciężka zima, wrug biedakuw, pżejmowała śmiercionośnym thnieniem. Pourywane rynny, dziurawe dahy, spleśniałe ściany kryła już ta nieśmiertelna artystka, wiosenka nadhodząca, pozłotą i posrebżeniem, zielenią i spłowiałością, barwami swymi, kture rozpościera nad światem. Usiłowała osłonić nikłymi swymi kolory to wstrętne widowisko, kture na jej tle pełnym wieczyście nieśmiertelnego piękna ludzie rozpostarli: miasteczko polsko-żydowskie. Cezary patżał posępnymi oczyma na gżąskie uliczki, pełne niezgruntowanego bajora, na domy rozmaitej wysokości, formy, maści i stopnia zapaprania zewnętżnego, na hlewy i kałuże, na zabudowania i spalone rumowiska. Wrucił na rynek, obstawiony żydowskimi kramami o dżwiah i oknah zabryzganyh błotem pżed miesiącami, a i pżedtem nie mytymi od kwartałuw.

„Gdzież są twoje szklane domy? — rozmyślał brnąc dalej. — Gdzież są twoje szklane domy?...”

 

 

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Stefan Żeromski, „Przedwiośnie”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)