Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie

Księga jedenasta

Księga jedenasta

Rok 1812

Wrużby wiosenne — Wkroczenie wojsk — Nabożeństwo — Rehabilitacja użędowa śp. Jacka Soplicy — Z rozmuw Gerwazego i Protazego wnosić można bliski koniec procesu — Umizgi ułana z dziewczyną — Rozstrzyga się spur o Kusego i Sokoła — Za czym goście zgromadzają się na biesiadę — Przedstawienie wodzom par nażeczonyh.

O roku uw! kto ciebie widział w naszym kraju! 
Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju, 
A żołnież rokiem wojny; dotąd lubią staży 
O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie maży. 
Z dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudem 
I popżedzony głuhą wieścią między ludem; 
Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcem 
Jakieś dziwne pżeczucie, jak pżed świata końcem, 
Jakieś oczekiwanie tęskne i radosne.  
 
Kiedy pierwszy raz bydło wygnano na wiosnę, 
Uważano, że hociaż zgłodniałe i hude, 
Nie biegło na ruń, co już umaiła grudę, 
Lecz kładło się na rolę i, shyliwszy głowy, 
Ryczało albo żuło swuj pokarm zimowy. 
 
I wieśniacy, ciągnący na jażynę pługi, 
Nie cieszą się jak zwykle z końca zimy długiéj, 
Nie śpiewają piosenek: pracują leniwo, 
Jakby nie pamiętali na zasiew i żniwo. 
Co krok wstżymują woły i podjezdki w bronie 
I poglądają z trwogą ku zahodniej stronie, 
Jakby z tej strony miał się objawić cud jaki, 
I uważają z trwogą wracające ptaki. 
 
Bo już bocian pżyleciał do rodzinnej sosny 
I rozpiął skżydła białe, wczesny sztandar wiosny; 
A za nim, kżykliwymi nadciągnąwszy pułki, 
Gromadziły się ponad wodami jaskułki 
I z ziemi zmarzłej brały błoto na swe domki. 
W wieczur słyhać w zaroślah szept ciągnącej słomki 
I stada dzikih gęsi szumią ponad lasem, 
I znużone na popas spadają z hałasem, 
A w głębi ciemnej nieba, wciąż jęczą żurawie. 
Słysząc to, nocni struże pytają w obawie, 
Skąd w krulestwie skżydlatym tyle zamieszania, 
Jaka buża te ptaki tak wcześnie wygania? 
 
Aż oto nowe stada: jakby giluw, siewek 
I szpakuw, stada jasnyh kit i horągiewek 
Zajaśniały na wzgurkah, spadają na błonie: 
Konnica! Dziwne stroje, niewidziane bronie! 
Pułk za pułkiem; a środkiem, jak stopione śniegi, 
Płyną drogami kute żelazem szeregi; 
Z lasuw czernią się czapki, żęd bagnetuw błyska, 
Roją się nieźliczone piehoty mrowiska. 
 
Wszyscy na pułnoc: żekłbyś, że w on czas z wyraju 
Za ptastwem i lud ruszył do naszego kraju, 
Pędzony niepojętą, instynktową mocą. 
 
Konie, ludzie, armaty, orły, dniem i nocą 
Płyną; na niebie gorą tu i uwdzie łuny, 
Ziemia drży, słyhać, biją stronami pioruny. — 
 
Wojna! wojna! Nie było w Litwie kąta ziemi, 
Gdzie by jej huk nie doszedł. Pomiędzy ciemnemi 
Puszczami, hłop, kturego dziady i rodzice 
Pomarli, nie wyjżawszy za lasu granice, 
Ktury innyh na niebie nie rozumiał kżykuw 
Prucz wihruw, a na ziemi prucz bestyi rykuw, 
Gości innyh nie widział oprucz spułleśnikuw, — 
Teraz widzi: na niebie dziwna łuna pała, 
W puszczy łoskot, to kula od jakiegoś działa, 
Zbłądziwszy z pola bitwy, drug w lesie szukała, 
Rwąc pnie, siekąc gałęzie. Żubr, brodacz sędziwy, 
Zadrżał we mhu, najeżył długie włosy gżywy, 
Wstaje na wpuł, na pżednih nogah się opiera, 
I potżąsając brodą, zdziwiony spoziera 
Na błyskające nagle między łomem zgliszcze: 
Był to zbłąkany granat, kręci się, wre, świszcze, 
Pękł z hukiem jakby piorun; żubr pierwszy raz w życiu, 
Zląkł się i uciekł w głębszym shować się ukryciu. 
 
Bitwa! gdzie? w kturej stronie? pytają młodzieńce, 
Hwytają broń; kobiety wznoszą w niebo ręce; 
Wszyscy pewni zwycięstwa, wołają ze łzami: 
«Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami!» 
 
O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju, 
Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju! 
O wiosno, kto cię widział, jak byłaś kwitnąca 
Zbożami i trawami, a ludźmi błyszcząca, 
Obfita we zdażenia, nadzieją bżemienna! 
Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna! 
Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, 
Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu. 
 
Soplicowo leżało tuż pży wielkiej drodze, 
Kturą od strony Niemna ciągnęli dwaj wodze: 
Nasz książę Józef i krul Westfalski Hieronim. 
Już zajęli część Litwy od Grodna po Słonim: 
Gdy krul rozkazał wojsku dać tży dni wythnienia. 
Ale polscy żołnieże mimo utrudzenia 
Skarżyli się, że krul im marszu nie dozwala; 
Tak radzi by co prędzej doścignąć Moskala. 
 
W mieście pobliskim stanął głuwny sztab książęcy, 
A w Soplicowie obuz czterdziestu tysięcy, 
I ze sztabami swymi jenerał Dąbrowski, 
Kniaziewicz, Małachowski, Giedrojć i Grabowski. 
 
Puźno było, gdy weszli: więc każdy, gdzie może, 
Zabierają kwatery w zamczysku, we dwoże. 
Skoro dano rozkazy, rozstawiono czaty, 
Każdy strudzony poszedł spać do swej komnaty, 
Z nocą wszystko ucihło: obuz, dwur i pole; 
Widać tylko, jak cienie, błądzące patrole, 
I gdzieniegdzie błyskania ognisk obozowyh, 
Słyhać kolejne hasła stanowisk wojskowyh. 
 
Spali gospodaż domu, wodze i żołnieże; 
Oczu tylko Wojskiego sen słodki nie bieże. 
Bo Wojski ma na jutro biesiadę wyprawić, 
Kturą hce dom Sopliców na wiek wiekuw wsławić: 
Biesiadę godną miłyh sercom polskim gości 
I odpowiedną wielkiej dnia uroczystości, 
Co jest świętem kościelnym i świętem rodziny: 
Jutro odbyć się mają tżeh par zaręczyny. 
Zaś jenerał Dąbrowski oświadczył z wieczora, 
Że hce mieć obiad polski. 
 
Hoć spuźniona pora, 
Wojski zebrał co prędzej z sąsiedztwa kuhaży: 
Pięciu ih było; służą, on sam gospodaży. 
Jako kuhmistż białym się fartuhem opasał, 
Wdział szlafmycę, a ręce do łokciuw zakasał; 
W ręku ma plackę muszą, owad lada jaki 
Opędza, wpadający hciwie na pżysmaki; 
Drugą ręką pżetarte okulary włożył, 
Dobył z zanadża księgę, odwinął, otwożył. 
 
Księga ta miała tytuł: Kuhaż doskonały.  
W niej spisane dokładnie wszystkie specyjały 
Stołuw polskih; podług niej hrabia na Tęczynie 
Dawał owe biesiady we włoskiej krainie, 
Kturym się Ojciec Święty Urban Ósmy dziwił; 
Podług niej puźniej Karol-Kochanku-Radziwiłł, 
Gdy pżyjmował w Nieświeżu krula Stanisława, 
Sprawił pamiętną ową ucztę, kturej sława 
Dotąd żyje na Litwie we gminnej powieści. 
 
Co Wojski wyczytawszy pojmie i obwieści, 
To natyhmiast kuhaże robią umiejętni. 
Wre robota; pięćdziesiąt nożuw w stoły tętni, 
Zwijają się kuhciki czarne jak szatany: 
Ci niosą drwa, ci z mlekiem i z winem sagany; 
Leją w kotły, skowrody, w rondle, dym wybuha; 
Dwuh kuhcikuw pży piecu siedzi, w mieszki dmuha, 
Wojski, ażeby ogień tym łacniej rozpalać, 
Rozkazał stopionego masła na drwa nalać 
(Zbytek ten dozwolony jest w dostatnim domu). 
Kuhciki sypią w ogień suhe pęki łomu; 
Inni na rożny sadzą ogromne pieczenie 
Wołowe, sarnie, combry dzicze i jelenie; 
Ci skubią stosy ptastwa, lecą puhuw hmury, 
Obnażają się głuszce, cietżewie i kury. 
Lecz kur niewiele było: od owej wyprawy, 
Kturą w czasie zajazdu Dobrzyński Sak krwawy 
Zrobił na kurnik, kędy Zosi gospodarstwo 
Zniszczył, nie zostawiwszy sztuki na lekarstwo, 
Jeszcze nie mogło ptastwem zakwitnąć na nowo 
Sławne niegdyś ze drobiu swego Soplicowo. 
Zresztą zaś miąs wszelakih był wielki dostatek, 
Co się zgromadzić dało i z domu, i z jatek, 
I z lasuw, i z sąsiedztwa, z bliska i z daleka: 
Żekłbyś, ptasiego tylko nie dostaje mleka. 
Dwie żeczy, kturyh hojny pan do uczty szuka, 
Łączą się w Soplicowie: dostatek i sztuka. 
 
Już wshodził uroczysty dzień Najświętszej Panny 
Kwietnej. Pogoda była pżeśliczna, czas ranny; 
Niebo czyste, wokoło ziemi obciągnięte, 
Jako może wiszące, cihe, wklęsło-wgięte, 
Kilka gwiazd świeci z głębi, jako perły ze dna 
Pżez fale; z boku hmura biała, sama jedna, 
Podlatuje i skżydła w błękicie zanuża, 
Podobne do niknącyh piur Anioła Stróża, 
Ktury nocną modlitwą ludzi pżytżymany 
Spuźnił się, śpieszy wracać między spułniebiany. 
 
Już ostatnie perły gwiazd zamieżhły i na dnie 
Niebios zgasły, i niebo środkiem czoła bladnie. 
Prawą skronią złożone na wezgłowiu cieni 
Jeszcze smagławe, lewą coraz się rumieni; 
A dalej okrąg, jakby powieka szeroka 
Rozsuwa się i w środku widać białek oka, 
Widać tęczę, źrenicę — już promień wytrysnął, 
Po okrągłyh niebiosah wygięty pżebłysnął, 
I w białej hmurce jako złoty grot zawisnął. 
Na ten stżał, na dnia hasło, pęk ogniuw wylata, 
Tysiąc rac kżyżuje się po okręgu świata, 
A oko słońca weszło. Jeszcze nieco senne, 
Pżymruża się, drżąc wstżąsa swe żęsy promienne, 
Siedmią barw błyszczy razem: szafirowe razem, 
Razem krwawi się w rubin i żułknie topazem; 
Aż rozlśniło się jako kryształ pżezroczyste, 
Potem jak brylant światłe, na koniec ogniste, 
Jak księżyc wielkie, jako gwiazda migające: 
Tak po nieźmiernym niebie szło samotne słońce. 
 
Dziś pospulstwo litewskie z całej okolicy 
Zebrało się pżed wshodem wokoło kaplicy, 
Jak gdyby na nowego ogłoszenie cudu. 
Zbiur ten pohodził w części z pobożności ludu, 
A w części z ciekawości: bo dziś w Soplicowie 
Na nabożeństwie mają być jenerałowie, 
Sławni dowudcy owi naszyh legijonuw, 
Kturyh lud znał imiona i czcił jak patronuw, 
Kturyh wszystkie tułactwa, wyprawy i bitwy 
Były ewangeliją narodową Litwy. 
 
Już pżyszło oficeruw kilku, tłum żołnieży; 
Lud ih otacza, patży, ledwie oczom wieży, 
Oglądając rodakuw mundury noszącyh, 
Zbrojnyh, wolnyh i polskim językiem muwiącyh. 
 
Wyszła msza. Nie obejmie świątynia maleńka 
Całego zgromadzenia: lud na trawie klęka; 
Patżąc we dżwi kaplicy, odkrywają głowy. 
Włos litewskiego ludu, biały albo płowy, 
Pozłacał się jako łan dojżałego żyta; 
Gdzieniegdzie kraśna głuwka dziewicza wykwita, 
Ubrana w świeże kwiaty albo w pawie oczy 
I wstęgi rozplecione, ozdoby warkoczy, 
Śrud głuw męskih jak w zbożu bławat i kąkole. 
Klęczący rużnobarwny tłum okrywa pole, 
A na głos dzwonka, niby na wiatru powianie, 
Hylą się wszystkie głowy jak kłosy na łanie. 
 
Wieśniaczki dziś na ołtaż Matki Zbawiciela 
Niosą pierwszy dar wiosny, świeże snopki ziela; 
Wszystko wkoło ubrane w bukiety i w wianki, 
Ołtaż, obraz, a nawet dzwonica i ganki. 
Czasem poranny wietżyk, gdy ze wshodu wionie, 
Zrywa wianki i żuca na klęczącyh skronie, 
I rozlewa jak z mszalnej kadzielnicy wonie. 
 
A gdy w kościele było po mszy i kazaniu, 
Wyszedł pżewodniczący całemu zebraniu 
Podkomorzy, niedawno pżez powiatu stany 
Zgodnie konfederackim marszałkiem obrany. 
Miał mundur wojewudztwa: żupan złotem szyty, 
Kontusz grodeturowy z frędzlą i pas lity, 
Pży kturym karabela z głownią jaszczurową; 
Na szyi świecił wielką szpilką brylantową; 
Konfederatka biała, a na niej pęk gruby 
Drogih piurek, były to białyh czapel czuby 
(Na fest kładzie się tylko kitka tak bogata, 
Kturej każde piureczko kosztuje dukata). 
Tak ubrany, na wzgurek wstąpił pżed kościołem, 
Wieśniacy i żołnierstwo ścisnęło się kołem, 
On żekł: 
 
«Bracia! ogłosił wam ksiądz na ambonie 
Wolność, kturą cesaż-krul pżywrucił Koronie, 
A teraz Litewskiemu Księstwu, Polszcze całej 
Pżywraca; słyszeliście żądowe uhwały 
I zwołujące walny sejm uniwersały. 
Ja tylko mam słuw parę pżemuwić do gminy, 
W żeczy, ktura się tycze Sopliców rodziny, 
Tutejszyh panuw. 
 
Cała pomni okolica, 
Co tu zbroił nieboszczyk pan Jacek Soplica: 
Ale kiedy o gżehah jego wszyscy wiecie, 
Czas i zasługi jego ogłosić na świecie. 
Obecni tu są naszyh wojsk jenerałowie, 
Od kturyh usłyszałem wszystko, co wam muwię. 
Ten Jacek nie był umarł (jak głoszono) w Rzymie, 
Tylko odmienił życie dawne, stan i imię, 
A wszystkie pżeciw Bogu i Ojczyźnie winy 
Zgładził pżez żywot święty i pżez wielkie czyny. 
 
On to pod Hohenlinden, gdy Ryszpans jenerał 
Na puł pobity już się do odwrotu zbierał, 
Nie wiedząc, że Kniaziewicz ciągnie ku odsieczy, 
On to Jacek, zwan Robak, wśrud grotuw i mieczy 
Pżeniusł od Kniaziewicza listy Ryszpansowi 
Donoszące, że nasi biorą tył wrogowi. 
On potem w Hiszpaniji, gdy nasze ułany 
Zdobyły Samosiery gżbiet oszańcowany, 
Obok Kozietulskiego był ranny dwa razy! 
Następnie, jak wysłaniec, z tajnymi rozkazy 
Biegał po rużnyh stronah duha ludzi badać, 
Toważystwa tajemne wiązać i zakładać; 
Na koniec w Soplicowie, w swym ojczystym gnieździe, 
Gdy gotował powstanie zginął na zajeździe. 
Właśnie o jego śmierci nadeszła wiadomość 
Do Warszawy w tę hwilę, gdy cesaż jegomość 
Raczył mu dać za dawne czyny bohaterskie 
Legiji honorowej znaki kawalerskie. 
 
Owoż te wszystkie żeczy mając na uwadze, 
Ja, reprezentujący wojewudztwa władzę, 
Moją konfederacką ogłaszam wam laską: 
Że Jacek wierną służbą i cesarską łaską 
Zniusł infamiji plamę, powraca do cześci, 
I znowu się w żęd prawyh patryjotuw mieści. 
Więc kto będzie śmiał Jacka zmarłego rodzinie 
Wspomnieć kiedy o dawnej zagładzonej winie, 
Ten podpadnie za karę takiego wyżutu, 
Gravis notæ maculæ, wedle słuw Statutu 
Każącyh tak militem jak i skartabella, 
Co by siał infamiją na obywatela; 
A że teraz jest ruwność, więc artykuł tżeci 
Obowiązuje ruwnie i mieszczan, i kmieci. 
Ten wyrok marszałkowski pan pisaż umieści, 
W aktah jeneralności, a Woźny obwieści. 
 
Co się tycze legiji honorowej kżyża, 
Że puźno pżyszedł, nic to sławie nie ubliża; 
Jeśli Jackowi nie mugł służyć ku ozdobie, 
Nieh służy ku pamiątce: wieszam go na grobie. 
Tży dni tu będzie wisiał, potem do kaplicy 
Złoży się, jako wotum dla Boga Rodzicy». 
 
To powiedziawszy, order wydobył z pokrowca, 
I zawiesił na skromnym kżyżyku grobowca 
Uwiązaną w kokardę wstążeczkę czerwoną 
I kżyż biały gwiaździsty ze złotą koroną; 
Pżeciw słońcu promienie gwiazdy zajaśniały 
Jako ostatni odbłysk ziemskiej Jacka hwały. 
Tymczasem lud na klęczkah Anioł Pański mowi, 
Upraszając o wieczny pokuj gżesznikowi; 
Sędzia obhodzi gości i wiejską gromadę, 
Wszystkih do Soplicowa wzywa na biesiadę. 
 
Ale na pżyźbie domu usiedli dwaj starce, 
Mając u kolan pełne miodu dwa pułgarce. 
Patżą w sad, gdzie wśrud pączkuw barwistego maku 
Stał ułan jak słonecznik, w błyszczącym kołpaku 
Strojnym blahą złocistą i piurem koguta; 
Pży nim dziewczę w zielonej sukience jak ruta 
Pozioma, wznosi oczki błękitne jak bratki 
Ku oczom hłopca; dalej panny rwały kwiatki 
Po ogrodzie, umyślnie odwracając głowy 
Od kohankuw, żeby im nie mieszać rozmowy. 
 
Ale starce miud piją, tabakierką z kory 
Częstując się nawzajem, toczą rozhowory.  
 
«Tak, tak, muj Protazeńku» żekł Klucznik Gerwazy. 
«Tak, tak, muj Gerwazeńku» żekł Woźny Protazy. 
«Tak to, tak!» powtużyli zgodnie kilka razy, 
Kiwając w takt głowami; wreszcie Woźny żecze: 
«Iż proces nasz skończy się dziwnie, ja nie pżeczę. 
Wszakże, były pżykłady: pamiętam procesy, 
W kturyh się działy gorsze niż u nas ekscesy, 
A intercyza cały zakończyła kłopot: 
Tak z Borzdobohatymi pogodził się Łopot, 
Krepsztulowie z Kupściami, Putrament z Pikturną, 
Z Odyńcami Mackiewicz, z Kwileckimi Turno. 
Co muwię! wszak Polacy miewali zamieszki 
Z Litwą, gorsze niżeli z Soplicą Horeszki, 
A gdy na rozum wzięła krulowa Jadwiga, 
To się bez sąduw owa skończyła intryga. 
Dobże, gdy strony mają panny albo wdowy 
Na wydaniu: to zawsze kompromis gotowy. 
Najdłuższy proces zwykle bywa z duhowieństwem 
Katolickim albo też z bliskim pokrewieństwem: 
Bo wtenczas sprawy skończyć nie można małżeństwem. 
Stąd to Lachy z Rusami w sporah nieskończonyh, 
Idąc z Lecha i Rusa, dwu braci rodzonyh; 
Stąd się tyle procesuw litewskih ciągnęło 
Długo z księżmi Krzyżaki, aż wygrał Jagiełło; 
Stąd na koniec pendebat długo pżed aktami 
Sławny uw proces Rymszów z dominikanami, 
Aż wygrał wreszcie syndyk klasztorny ksiądz Dymsza, 
Skąd jest pżysłowie: większy Pan Bóg niż pan Rymsza; 
Ja zaś dołożę, lepszy miud od Scyzoryka». 
To muwiąc, pułgarcuwką pżepił do Klucznika. 
 
«Prawda! prawda! — żekł na to Gerwazy wzruszony. — 
Dziwneć to były losy tej naszej Korony 
I naszej Litwy! Wszak to jak małżonkuw dwoje! 
Bóg złączył, a czart dzieli; Bóg swoje, czart swoje! 
Ah, bracie Protazeńku! że to oczy nasze 
Widzą! że znowu do nas ci Koronijasze 
Zawitali! Służyłem ja z nimi pżed laty; 
Pamiętam, dzielne były z nih konfederaty! 
Gdyby nieboszczyk pan muj Stolnik dożył hwili! 
O Jacku! Jacku!... lecz cuż będziemy kwilili? 
Skoro dziś znowu Litwa łączy się z Koroną, 
Toć tym samym już wszystko zgodzono, zgładzono». 
 
«I to dziw — żekł Protazy — że o tej to Zosi, 
 
O kturej rękę teraz nasz Tadeusz prosi, 
Było pżed rokiem omen, jakoby znak z nieba!» 
«Panną Zofiją — pżerwał Klucznik — zwać ją tżeba; 
Bo już dorosła, nie jest dziewczyną maluczką, 
Pży tym z krwi dygnitarskiej, jest Stolnika wnuczką». 
«Owoż — kończył Protazy — był to znak proroczy 
O jej losie, widziałem znak na własne oczy. 
Pżed rokiem tu siedziała w święto czeladź nasza 
Pijąc miud; alić patżym: pęc, pada z poddasza 
Dwuh wrubluw bijącyh się; oba samcy stare, 
Jeden młodszy cokolwiek miał podgarle szare, 
Drugi czarne; dalejże tłuc się po podwużu, 
Pżewracać kulki, że aż zaryli się w kużu — 
My patżym, a tymczasem szepcą sobie sługi, 
Że ten czarny nieh będzie Horeszko, a drugi 
Soplica; więc ilekroć szary był na guże 
Kżyczą: »Wiwat Soplica, pfe Horeszki thuże!« 
A gdy spadał, wołali: »Popraw się Soplica, 
Nie daj się magnatowi, to wstyd na szlahcica!« 
Tak śmiejąc się, czekamy, kto kogo pokona; 
Wtem Zosieńka, nad ptastwem litością wzruszona, 
Podbiegła i nakryła rączką te ryceże; 
Jeszcze się w ręku bili, aż leciało pieże, 
Taka była zawziętość w tym maleńkim lihu. 
Baby patżąc na Zosię, gadały po cihu, 
Że pewnie pżeznaczeniem będzie tej dziewczyny 
Pogodzić dwie od dawna zwaśnione rodziny. 
A widzę, że się dzisiaj ziścił omen babi. 
Prawdać to, że naonczas myślano o Hrabi, 
Nie zaś o Tadeuszu». 
 
Na to Klucznik żecze: 
«Dziwne są sprawy w świecie, kto wszystko dociecze! 
Ja też powiem waszeci żecz hoć nie tak cudną 
Jak uw omen, a pżecież do pojęcia trudną. 
Wiesz, iż dawniej rad bym był Sopliców rodzinę 
W łyżce wody utopić; a tego hłopczynę, 
Tadeusza, od dziecka niezmierniem polubił! 
Uważałem, że gdy się z hłopiętami czubił, 
Zawsze ih zbił; więc ilekroć do zamku biegał, 
Jam go zawsze do trudnyh imprezuw podżegał. 
Wszystko mu się udało: czy wydżeć gołębie 
Na wieży, czy jemiołę oberwać na dębie, 
Czyli z najwyższej sosny złupić wronie gniazdo: 
Wszystko umiał; myśliłem: pod szczęśliwą gwiazdą 
Urodził się ten hłopiec, szkoda że Soplica! 
Ktuż by zgadł, że w nim zamku powitam dziedzica, 
Męża panny Zofiji, mej wielmożnej pani!» 
 
Tu skończyli rozmowę, piją zadumani; 
Słyhać tylko niekiedy te krutkie wyrazy: 
«Tak, tak, panie Gerwazy» — «Tak, panie Protazy». 
 
Pżyzba tykała kuhni, kturej okna stały 
Otworem i dym jako z pożaru buhały; 
Aż z kłębuw dymu, niby biała gołębica, 
Mignęła świecąca się kuhmistża szlafmyca: 
Wojski pżez okno kuhni, ponad starcuw głowy, 
Wytknąwszy głowę, milczkiem słuhał ih rozmowy, 
I podał im nareszcie filiżanki spodek 
Pełen biszkoktuw, muwiąc: «Zakąście wasz miodek. 
A ja wam też opowiem historią ciekawą 
Sporu, ktury miał bitwą zakończyć się krwawą, 
Gdy polujący w głębi nalibockih lasuw, 
Rejtan wypłatał sztukę książęciu Denassów. 
Tej sztuki omal własnym nie pżypłacił zdrowiem: 
Jam kłutnię panuw zgodził, jak — to wam opowiem». 
Ale Wojskiego powieść pżerwali kuhaże, 
Pytając komu serwis ustawiać rozkaże. 
 
Wojski odszedł, a starcy zaczerpnąwszy miodu, 
Zadumani zwrucili oczy w głąb ogrodu, 
Gdzie uw dorodny ułan rozmawiał z panienką. 
Właśnie ułan ująwszy jej dłoń lewą ręką, 
(Prawą miał na temlaku, widać, że był ranny) 
Z takimi odezwał się słowami do panny: 
 
«Zofijo, musisz to mnie koniecznie powiedzieć, 
Nim zamienim pierścionki, muszę o tym wiedzieć. 
I cuż, że pżeszłej zimy byłaś już gotowa 
Dać słowo mnie? Ja wtenczas nie pżyjąłem słowa: 
Bo i cuż mnie po takim wymuszonym słowie? 
Wtenczas bawiłem bardzo krutko w Soplicowie; 
Nie byłem taki prużny, ażebym się łudził, 
Żem jednym mym spojżeniem miłość w tobie wzbudził; 
Ja nie fanfaron, hciałem mą własną zasługą 
Zyskać twe względy, hoćby pżyszło czekać długo. 
Teraz jesteś łaskawa twe słowo powtużyć: 
Czymże na tyle łaski umiałem zasłużyć? 
Może mnie bieżesz, Zosiu, nie tak z pżywiązania, 
Tylko że stryj i ciotka do tego cię skłania? 
Ale małżeństwo, Zosiu, jest żecz wielkiej wagi! 
Radź się serca własnego; niczyjej powagi 
Tu nie słuhaj, ni stryja gruźb, ni namuw cioci. 
Jeśli nie czujesz dla mnie nic oprucz dobroci, 
Możem te zaręczyny czas jakiś odwlekać; 
Więzić twej woli nie hcę; będziem, Zosiu, czekać. 
Nic nas nie nagli, zwłaszcza że wczora wieczorem 
Dano mi rozkaz zostać w Litwie instruktorem 
W pułku tutejszym, nim się z myh ran nie wyleczę. 
I cuż kohana Zosiu?» 
 
Na to Zosia żecze, 
Wznosząc głowę i patżąc w oczy mu nieśmiało: 
«Nie pamiętam już dobże, co się dawniej działo; 
Wiem, że wszyscy muwili, iż za mąż iść tżeba 
Za pana: ja się zawsze zgadzam z wolą Nieba 
I z wolą starszyh». Potem, spuściwszy oczęta, 
Dodała: «Pżed odjazdem, jeśli pan pamięta, 
Kiedy umarł ksiądz Robak w ową bużę nocną, 
Widziałam, że pan jadąc żałował nas mocno; 
Pan łzy miał w oczah; te łzy, powiem panu szczeże, 
Wpadły mnie aż do serca; odtąd panu wieżę 
Że mnie lubisz; ilekroć muwiłam pacieże 
Za pana powodzenie, zawsze pżed oczami 
Stał pan z tymi dużymi błyszczacymi łzami. 
Potem Podkomorzyna do Wilna jeździła, 
Wzięła mnie tam na zimę; alem ja tęskniła 
Do Soplicowa i do tego pokoiku, 
Gdzie mnie pan napżud w wieczur spotkał pży stoliku, 
Potem pożegnał... Nie wiem, skąd pamiątka pana, 
Coś niby jak rozsada w jesieni zasiana, 
Pżez całą zimę w moim sercu się kżewiła, 
Że, jako muwię panu, ustawniem tęskniła 
Do tego pokoiku, i coś mi szeptało, 
Że tam znuw pana znajdę — i tak się też stało. 
Mając to w głowie, często też miałam na ustah 
Imię pana — było to w Wilnie na zapustah; 
Panny muwiły, że ja jestem zakohana: 
Jużci, jeżeli koham, to już hyba pana». 
Tadeusz rad z takiego miłości dowodu, 
Wziął ją pod rękę, ścisnął i wyszli z ogrodu 
Do pokoju damskiego, do owej komnaty, 
Kędy Tadeusz mieszkał pżed dziesięcią laty.  
 
Teraz bawił tam Rejent cudnie wystrojony, 
I usługiwał damie, swojej nażeczonéj, 
Biegając i podając sygnety, łańcuszki, 
Słoiki i flaszeczki, i proszki, i muszki; 
Wesoł, na pannę młodą patżył tryumfalnie. 
Panna młoda kończyła robić gotowalnię: 
Siedziała pżed zwierciadłem radząc się bustw wdzięku; 
Pokojowe zaś, jedne z żelazkami w ręku 
Odświeżają nadstygłe warkoczuw pierścionki, 
Drugie klęcząc pracują około falbonki. 
 
Gdy się tak Rejent bawi ze swą nażeczoną, 
Kuhcik stuknął doń w okno: kota spostżeżono! 
Kot, wykradłszy się z łozy, pżeśmignął po łące 
I wskoczył w sad pomiędzy jażyny wshodzące; 
Tam siedzi: wystraszyć go łacno z rozsadniku 
I uszczuć, postawiwszy harty na pżesmyku. 
Bieży Asesor, ciągnąc za obruż Sokoła; 
Pośpiesza za nim Rejent i Kusego woła. 
Wojski obu z hartami pży płocie ustawił, 
A sam się z placką muszą do sadu wyprawił. 
Depcąc, świszcząc i klaszcząc, bardzo zwieża trwoży; 
Szczwacze, tżymając każdy harta na obroży, 
Ukazują palcami, skąd zając wyruszy, 
Cmokają z ciha; harty nadstawiły uszy, 
Wytknęły pyski na wiatr i drżą niecierpliwie, 
Jak dwie stżały złożone na jednej cięciwie. 
Wtem Wojski kżyknął: «Wyczha!» Zając smyk zza płotu 
Na łąkę; harty za nim; i wnet bez obrotu 
Sokół i Kusy razem spadli na szaraka 
Ze dwuh stron w jednej hwili, jak dwa skżydła ptaka, 
I zęby mu jak szpony zatopili w gżbiecie. 
Kot jęknął raz, jak nowo narodzone dziecię, 
Żałośnie! Biegą szczwacze: już leży bez duha, 
A harty mu sierść białą targają spod bżuha. 
 
Szczwacze pogłaskali psy, a Wojski tymczasem 
Dobył nożyk stżelecki wiszący za pasem, 
Odeżnął skoki i żekł: «Dziś ruwną odprawę 
Wezmą pieski, bo ruwną pozyskali sławę, 
Ruwna ih była rączość, ruwna była praca; 
Godzien jest pałac Paca, godzien Pac pałaca, 
Godni są szczwacze hartuw, godne szczwaczuw harty. 
Otuż skończony spur wasz długi i zażarty; 
Ja, kturegoście sędzią zakładu obrali, 
Wydaję wreszcie wyrok: obaście wygrali. 
Wracam fanty, nieh każdy pży swoim zostanie, 
A wy podpiszcie zgodę». Na starca wezwanie 
Szczwacze zwrucili na się rozjaśnione lice 
I długo rozdzielone złączyli prawice. 
 
Wtem żekł Rejent: «Stawiłem niegdyś konia z żędem, 
Opisałem się także pżed ziemskim użędem, 
Iż pierścień muj sędziemu w salarijum złożę: 
Fant postawiony w zakład wracać się nie może. 
Pierścień niehaj pan Wojski na pamiątkę pżymie, 
I każe na nim wyryć albo swoje imię, 
Lub gdy zehce, herbowne Hreczechów ozdoby; 
Krwawnik jest gładki, złoto jedenastej proby. 
Konia teraz ułani pod jazdę zabrali, 
Żęd został pży mnie; każdy znawca ten żęd hwali 
Iż jest wygodny, trwały, a piękny jak cacko: 
Kulbaczka wąska modą z turecka kozacką, 
Kula na pżodzie, w kuli są drogie kamienie, 
Poduszeczka z rubrontu wyścieła siedzenie; 
A kiedy na łęk wskoczysz, na tym miękkim puszku 
Między kulami siedzisz wygodnie jak w łużku; 
A gdy w galop puścisz się (tu Rejent Bolesta, 
Ktury, jako wiadomo, bardzo lubił gesta, 
Rozstawił nogi jakby na konia wskakiwał, 
Potem galop udając, powoli się kiwał) 
A gdy w galop puścisz się, natenczas z czapraka 
Blask bije, jakby złoto kapało z rumaka, 
Bo tabenki są gęsto złotem nakrapiane, 
I szerokie stżemiona srebrne pozłacane; 
Na żemieniah munsztuka i na uździenicy 
Połyskają guziki perłowej macicy, 
U napierśnika wisi księżyc w kształt Leliwy, 
To jest w kształt nowiu. Cały ten spżęt osobliwy, 
Zdobyty (jak wieść niesie) w boju podhajeckim 
Na jakimś bardzo znacznym szlahcicu tureckim, 
Pżyjm, Asesorze, w dowud mojego szacunku». 
 
A na to żekł Asesor, wesuł z podarunku: 
«Ja niegdyś darowane od księcia Sanguszki 
Stawiłem w zakład moje pżeśliczne obrużki 
Jaszczurem wykładane z kolcami ze złota, 
I utkaną z jedwabiu smycz, kturej robota 
Ruwnie droga jak kamień co się na niej świeci. 
Hciałem spżęt ten zostawić w dziedzictwie dla dzieci; 
Dzieci pewnie mieć będę: wiesz, że się dziś żenię; 
Ale ten spżęt, Rejencie, proszę uniżenie, 
Bądź łaskaw pżyjąć w zamian za twuj żęd bogaty 
I na pamiątkę sporu, co długimi laty 
Toczył się i nareszcie zakończył zaszczytnie 
Dla nas obu. Nieh zgoda między nami kwitnie». 
Więc wracali do domu oznajmić za stołem, 
Że się skończył spur między Kusym i Sokołem. 
 
Była wieść, że zająca tego Wojski w domu 
Wyhodował i w ogrud puścił po kryjomu, 
Ażeby szczwaczuw zgodzić zbyt łatwą zdobyczą. 
Staruszek tak swą sztukę zrobił tajemniczo, 
Że oszukał zupełnie całe Soplicowo. 
Kuhcik w lat kilka puźniej szepnął o tym słowo, 
Hcąc Assesora skłucić z Rejentem na nowo; 
Ale prużno kżywdzące hartuw wieści szeżył: 
Wojski zapżeczył i nikt kuhcie nie uwieżył. 
 
Już goście zgromadzeni w wielkiej zamku sali, 
Czekając uczty, wkoło stołu rozmawiali, 
Gdy pan Sędzia w munduże wojewudzkim whodzi 
I pana Tadeusza z Zofią pżywodzi. 
Tadeusz lewą dłonią dotykając głowy, 
Pozdrowił swyh dowudcuw pżez ukłon wojskowy; 
Zofija z opuszczonym ku ziemi wejżeniem, 
Zapłoniwszy się, gości witała dygnieniem 
(Od Telimeny pięknie dygać wyuczona). 
Miała wianek na głowie jako nażeczona, 
Zresztą ubiur ten samy, w jakim dziś w kaplicy 
Składała snop wiosenny dla Boga Rodzicy. 
Użęła znuw dla gości nowy snopek ziela; 
Jedną ręką zeń kwiaty i trawy rozdziela, 
Drugą swuj sierp błyszczący poprawia na głowie. 
Brali ziułka, całując jej ręce, wodzowie; 
Zosia znowu dygała w kolej zapłoniona. 
 
Wtem jenerał Kniaziewicz wziął ją za ramiona, 
I złożywszy ojcowski całus na jej czole, 
Podniusł w gurę dziewczynę, postawił na stole, 
A wszyscy klaszcząc w dłonie zawołali: «Brawo!» 
Zahwyceni dziewczyny urodą, postawą, 
A szczegulniej jej strojem litewskim, prostaczym. 
Bo dla tyh wodzuw, ktuży w swym życiu tułaczym 
Tak długo błąkali się w obcyh stronah świata, 
Dziwne miała powaby narodowa szata, 
Ktura im wspominała i młode ih lata, 
I dawne ih miłostki. Więc ze łzami prawie 
Skupili się do stołu, patżyli ciekawie. 
Ci proszą, aby Zosia wzniosła nieco czoło 
I oczy pokazała; ci, ażeby wkoło 
Raczyła się obrucić; dziewczyna wstydliwa 
Obraca się, lecz oczy rękami zakrywa. 
Tadeusz patżył wesuł i zacierał ręce. 
 
Czy ktoś Zosi poradził wyjść w takiej sukience, 
Czy instynktem wiedziała (bo dziewczyna zgadnie 
Zawsze instynktem, co jej do tważy pżypadnie): 
Dosyć, że Zosia pierwszy raz w życiu dziś z rana 
Była od Telimeny za upur łajana, 
Nie hcąc modnego stroju, aż wymogła płaczem 
Że ją tak zostawiono, w ubraniu prostaczem. 
 
Spudniczkę miała długą, białą; suknię krutką 
Z zielonego kamlotu z rużową obwudką; 
Gorset także zielony, rużowymi wstęgi 
Od łona aż do szyi sznurowany w pręgi; 
Pod nim pierś jako pączek pod listkiem się tuli. 
Od ramion świecą białe rękawy koszuli, 
Jako skżydła motyle do lotu wydęte, 
U dłoni skarbowane i wstążką opięte. 
Szyja także koszulką obciśniona wąską, 
Kołnieżyk zadzieżgniony rużową zawiązką; 
Zauszniczki wyrżnięte sztucznie z pestek wiszni, 
Kturyh się wyrobieniem Sak Dobrzyński pyszni 
(Były tam dwa serduszka z grotem i płomykiem 
Dane dla Zosi, gdy Sak był jej zalotnikiem); 
Na kołnieżyku wiszą dwa sznurki bursztynu, 
Na skroniah zielonego wianek rozmarynu; 
Wstążki warkoczuw Zosia żuciła na barki, 
A na czoło włożyła, zwyczajem żniwiarki, 
Sierp kżywy, świeżym żęciem traw oszlifowany, 
Jasny jak nuw miesięczny nad czołem Dyjany. 
 
Wszyscy hwalą, klaskają. Jeden z oficeruw 
Dobył z kieszeni portefeuille z plikami papieruw, 
Rozłożył je, ołuwek pżyciął, w ustah zmoczył, 
Patży w Zosię, rysuje. Ledwie Sędzia zoczył 
Papiery i ołuwki, poznał rysownika; 
Hoć go bardzo odmienił mundur pułkownika, 
Bogate szlify, mina prawdziwie ułańska 
I wąsik poczerniony i brudka hiszpańska. 
Sędzia poznał: «Jak się masz, muj jaśnie wielmożny 
Hrabio, i w ładownicy masz twuj spżęt podrużny 
Do malarstwa!» W istocie, był to Hrabia młody; 
Niedawny żołnież: lecz że wielkie miał dohody 
I swoim kosztem cały pułk jazdy wystawił, 
I w pierwszej zaraz bitwie wybornie się sprawił, 
Cesaż go pułkownikiem dziś właśnie mianował; 
Więc Sędzia witał Hrabię i rangi winszował, 
Ale Hrabia nie słuhał, a pilnie rysował. 
 
Tymczasem weszła druga para nażeczona: 
Asesor, niegdyś cara, dziś Napoleona 
Wierny sługa; żandarmuw oddział miał w komendzie, 
A hoć ledwie dwadzieścia godzin był w użędzie, 
Już włożył mundur siny z polskimi wyłogi 
I ciągnął kżywą szablę i dzwonił w ostrogi. 
Obok poważnym krokiem szła jego kohanka 
Ubrana bardzo strojnie, Tekla Hreczeszanka; 
Bo Asesor już dawno Telimenę żucił, 
I aby tę kokietkę tym mocniej zasmucił, 
Ku Wojszczance afekty serdeczne obrucił. 
Panna nie nadto młoda, już pono pułwieczna, 
Lecz gospodyni dobra, osoba stateczna 
I posażna: bo oprucz swej dziedzicznej wioski 
Sumką z daru Sędziego powiększała wnioski. 
 
Tżeciej pary daremnie czekają czas długi. 
Sędzia niecierpliwi się i wysyła sługi; 
Wracają: powiadają, że tżeci małżonek, 
Pan Rejent, szczując kota, zgubił swuj pierścionek 
Ślubny, szuka na łące; a Rejenta dama 
Jeszcze u gotowalni, hoć spieszy się sama 
I hoć jej pomagają służebne kobiety, 
Nie mogła w żaden sposub skończyć toalety: 
Ledwie będzie gotowa na godzinę czwartą. 
 
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)