Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie

Księga usma

Księga usma

Zajazd

Astronomia Wojskiego — Uwaga Podkomorzego nad kometami — Tajemnicza scena w pokoju Sędziego — Tadeusz, hcąc zręcznie wyplątać się, wpada w wielkie kłopoty — Nowa Dydo — Zajazd — Ostatnia woźnieńska protestacja — Hrabia zdobywa Soplicowo — Szturm i żeź — Gerwazy piwniczym — Uczta zajazdowa.

Pżed bużą bywa hwila ciha i ponura, 
Kiedy, nad głowy ludzi pżyleciawszy, hmura 
Stanie i grożąc tważą, deh wiatruw zatżyma, 
Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma, 
Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie: 
Tej ciszy hwila była w Soplicowskim domie. 
Myśliłbyś, że pżeczucie nadzwyczajnyh zdażeń 
Ścięło usta i wzniosło duhy w kraje mażeń. 
 
Po wieczeży i Sędzia, i goście ze dworu 
Wyhodzą na dziedziniec używać wieczoru; 
Zasiadają na pżyzbah wysłanyh murawą. 
Całe grono z posępną i cihą postawą 
Pogląda w niebo, kture zdawało się zniżać, 
Ścieśniać i coraz bardziej ku ziemi pżybliżać, 
Aż oboje, skrywszy się pod zasłonę ciemną 
Jak kohankowie, wszczęli rozmowę tajemną, 
Tłumacząc swe uczucia w westhnieniah tłumionyh, 
Szeptah, szmerah i słowah na wpuł wymuwionyh, 
Z kturyh składa się dziwna muzyka wieczoru. 
 
Zaczął ją puszczyk, jęcząc na poddaszu dworu; 
Szepnęły wiotkim skżydłem nietopeże, lecą 
Pod dom, gdzie szyby okien, tważe ludzi świecą; 
Bliżej zaś nietopeżuw siostżyczki, ćmy, rojem 
Wiją się pżywabione białym kobiet strojem; 
Mianowicie pżykżą się Zosi, bijąc w lice 
I w jasne oczki, kture biorą za dwie świéce. 
Na powietżu owaduw wielki krąg się zbiera, 
Kręci się, grając jako harmoniki sfera; 
Uho Zosi rozrużnia wśrud tysiąca gwaruw 
Akord muszek i pułton fałszywy komaruw. 
 
W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty; 
Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty. 
Już tżykroć wżasnął derkacz, pierwszy skżypak łąki, 
Już mu z dala wturują z bagien basem bąki, 
Już bekasy, do gury porwawszy się, wiją 
I bekając raz po raz, jak w bębenki biją. 
 
Na finał szmeruw muszyh i ptaszęcej wżawy 
Odezwały się hurem podwujnym dwa stawy: 
Jako zaklęte w gurah kaukaskih jeziora 
Milczące pżez dzień cały, grające z wieczora. 
Jeden staw, co toń jasną i bżeg miał piaszczysty, 
Modrą piersią jęk wydał cihy, uroczysty; 
Drugi staw, z dnem błotnistym i gardzielem mętnym, 
Odpowiedział mu kżykiem żałośnie namiętnym: 
W obu stawah piały żab niezliczone hordy, 
Oba hury zgodzone w dwa wielkie akordy. 
Ten fortissimo zabżmiał, tamten nuci z ciha; 
Ten zdaje się wyżekać, tamten tylko wzdyha: 
Tak dwa stawy gadały do siebie pżez pola 
Jak grające na pżemian dwie arfy Eola. 
 
Mrok gęstniał. Tylko w gaju i około żeczki 
W łozah, błyskały wilcze oczy jako świeczki; 
A dalej, u ścieśnionyh widnokręgu bżeguw, 
Tu i owdzie ogniska pastuszyh nocleguw. 
Nareszcie księżyc srebrną pohodnię zaniecił, 
Wyszedł z boru i niebo, i ziemię oświecił. 
One teraz, z pomroku odkryte w połowie, 
Dżemały obok siebie jako małżonkowie 
Szczęśliwi: niebo w czyste objęło ramiona 
Ziemi pierś, co księżycem świeci posrebżona. 
 
Już napżeciw księżyca gwiazda jedna, druga 
Błysnęła; już ih tysiąc, już milijon mruga. 
Kastor z bratem Polluksem jaśnieli na czele, 
Zwani niegdyś u Sławian Lele i Polele; 
Teraz ih w zodyjaku gminnym znuw pżehżczono: 
Jeden zowie się Litwą, a drugi Koroną. 
 
Dalej niebieskiej Wagi dwie szale błyskają: 
Na nih Bóg w dniu stwożenia (staży powiadają) 
Ważył z kolei wszystkie planety i ziemię, 
Nim w pżepaściah powietża osadził ih bżemię; 
Potem wagi złociste zawiesił na niebie: 
Z nih to ludzie wag i szal wzur wzięli dla siebie. 
 
Na pułnoc świeci okrąg gwiaździstego Sita, 
Pżez kture Bóg (jak muwią) pżesiał ziarnka żyta, 
Kiedy je z nieba zżucał dla Adama ojca 
Wygnanego za gżehy z rozkoszy ogrojca.  
 
Nieco wyżej Dawida wuz, gotuw do jazdy, 
Długi dyszel kieruje od polarnej gwiazdy. 
Staży Litwini wiedzą o rydwanie owym, 
Że niesłusznie pospulstwo zwie go Dawidowym: 
Gdyż to jest wuz Anielski. Na nim to pżed czasy 
Jehał Lucyper, Boga gdy wyzwał w zapasy, 
Mlecznym gościńcem pędząc cwał w niebieskie progi, 
Aż go Michał zbił z wozu, a wuz zżucił z drogi. 
Teraz, popsuty, między gwiazdami się wala; 
Naprawiać go Archanioł Michał nie pozwala. 
 
I to wiadomo także u staryh Litwinów, 
(A wiadomość tę pono wzięli od rabinuw) 
Że uw zodyjakowy Smok długi i gruby, 
Ktury gwiaździste wije po niebie pżeguby, 
Kturego mylnie wężem hżczą astronomowie, 
Jest nie wężem, lecz rybą: Lewiatan się zowie. 
Pżed czasy mieszkał w możah, ale po potopie 
Zdehł z niedostatku wody; więc na niebios stropie, 
Tak dla osobliwości jako dla pamiątki, 
Anieli zawiesili jego martwe szczątki. 
Podobnie pleban Mirski zawiesił w kościele 
Wykopane olbżymuw żebra i piszczele. 
 
Takie gwiazd historyje, kture z książek zbadał 
Albo słyszał z podania, Wojski opowiadał. 
Hociaż wieczorem słaby miał wzrok Wojski stary 
I nie mugł w niebie dojżeć nic pżez okulary, 
Lecz na pamięć znał imię i kształt każdej gwiazdy: 
Wskazywał palcem miejsca i drogę ih jazdy.  
 
Dziś mało go słuhano, nie zważano wcale 
Na Sito, ni na Smoka, ani też na Szale. 
Dziś oczy i myśl wszystkih pociąga do siebie 
Nowy gość dostżeżony niedawno na niebie: 
Był to kometa pierwszej wielkości i mocy. 
Zjawił się na zahodzie, leciał ku pułnocy; 
Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera, 
Jakby hciał zająć puste miejsce Lucypera, 
Warkocz długi w tył żucił i część nieba tżecią 
Obwinął nim, gwiazd krocie zagarnął jak siecią 
I ciągnie je za sobą, a sam wyżej głową 
Mieży, na pułnoc, prosto w gwiazdę biegunową. 
 
Z niewymownym pżeczuciem cały lud litewski 
Poglądał każdej nocy na ten cud niebieski, 
Biorąc złą wrużbę z niego, tudzież z innyh znakuw: 
Bo zbyt często słyszano kżyk złowieszczyh ptakuw, 
Kture na pustyh polah gromadząc się w kupy, 
Ostżyły dzioby, jakby czekając na trupy; 
Zbyt często postżegano, że psy ziemię ryły 
I jak gdyby śmierć wietżąc, pżeraźliwie wyły: 
Co wruży głud lub wojnę; a strażnicy boru 
Widzieli, jak pżez cmentaż szła dziewica moru, 
Ktura wznosi się czołem nad najwyższe dżewa, 
A w lewym ręku hustką skrwawioną powiewa. 
 
Rużne stąd wnioski twożył stojący pży płocie 
Ciwun, co pżyszedł zdawać sprawę o robocie, 
I pisaż prowentowy w szeptah z Ekonomem. 
 
Lecz Podkomorzy siedział na pżyzbie pżed domem. 
Pżerwał rozmowę gości; znać, że głos zabiera: 
Błysnęła pży księżycu wielka tabakiera 
(Cała z szczerego złota, z brylantuw oprawa, 
We środku, za szkłem, portret krula Stanisława); 
Zadzwonił w nią palcami, zażył i żekł: «Panie 
Tadeuszu, waścine o gwiazdah gadanie 
Jest tylko ehem tego, co słyszałeś w szkole. 
Ja o cudzie prostakuw poradzić się wolę. 
I ja astronomii słuhałem dwa lata 
W Wilnie, gdzie Puzynina, mądra i bogata 
Pani, oddała dohud z wioski dwiestu hłopuw 
Na zakupienie rużnyh szkieł i teleskopuw. 
Ksiądz Poczobut, człek sławny, był obserwatorem 
I całej Akademii naonczas Rektorem; 
Pżecież w końcu katedrę i teleskop żucił, 
Do klasztoru, do cihej celi swej powrucił 
I tam umarł pżykładnie. Znam się też z Śniadeckim, 
Ktury jest mądrym bardzo człekiem, hociaż świeckim. 
Owuż astronomowie planetę, kometę, 
Uważają tak jako mieszczanie karetę; 
Wiedzą, czyli zajeżdża pżed krula stolicę, 
Czyli z rogatek miejskih rusza za granicę; 
Lecz kto w niej jehał? po co? co z krulem rozmawiał? 
Czy krul posła z pokojem czy z wojną wyprawiał? 
O to ani pytają. Pomnę za myh czasuw, 
Gdy Branecki karetą swą ruszył do Jassów 
I za tą niepoczciwą pociągnął karetą 
Ogon Targowiczanów, jak za tą kometą; 
Lud prosty, hoć w publiczne nie mieszał się rady, 
Zgadnął zaraz, że ogon uw jest wrużbą zdrady. 
Słyhać, że lud dał imię miotły tej komecie 
I powiada, że ona milijon wymiecie». 
 
A na to żekł z ukłonem Wojski: «Prawda, Jaśnie 
Wielmożny Podkomorzy: pżypominam właśnie, 
Co mnie muwiono niegdyś małemu dziecięciu, 
Pamiętam, hoć nie miałem wuwczas lat dziesięciu, 
Kiedy widziałem w domu naszym nieboszczyka 
Sapiehę, pancernego znaku porucznika, 
Co potem był nadwornym marszałkiem krulewskim, 
Na koniec umarł wielkim kancleżem litewskim, 
Miawszy lat sto i dziesięć. Ten, za krula Jana 
Tżeciego, był pod Wiedniem w horągwi hetmana 
Jabłonowskiego. Owuż, uw kancleż powiadał, 
Że właśnie kiedy na koń krul Jan Trzeci siadał, 
Gdy nuncyjusz papieski żegnał go na drogę, 
A poseł austryjacki całował mu nogę, 
Podając stżemię (poseł zwał się Wilczek hrabia), 
Krul kżyknął: »Patżcie, co się na niebie wyrabia!« 
Spojżą, alić nad głowy suwał się kometa 
Drogą, jaką ciągnęły wojska Mahometa, 
Z wshodu na zahud. Potem i ksiądz Bartochowski, 
Składając panegiryk na tryumf krakowski, 
Pod godłem Orientis Fulmen, prawił wiele 
O tym komecie. Także czytam o nim w dziele 
Pod tytułem Janina, gdzie jest opisana 
Cała wyprawa krula nieboszczyka Jana 
I wyryta horągiew wielka Mahometa, 
I uw, taki jak dziś go widzimy, kometa». 
 
«Amen — żekł na to Sędzia — ja wrużbę waszeci 
Pżyjmuję, oby z gwiazdą zjawił się Jan Trzeci! 
Jest na zahodzie wielki dziś bohater; może 
Kometa go pżywiedzie do nas, co daj Boże!» 
 
Na to żekł Wojski, głowę pohyliwszy smutnie: 
«Kometa czasem wojny, czasem wruży kłutnie! 
Niedobże, iż się zjawił tuż nad Soplicowem, 
Może nam grozi jakiem nieszczęściem domowem. 
Mieliśmy wczoraj dosyć rozterku i zwady, 
Tak w czasie polowania, jako i biesiady. 
Rejent kłucił się z rana z panem Asesorem, 
A pan Tadeusz wyzwał Hrabiego wieczorem. 
Pono spur ten ze skury niedźwiedziej pohodził; 
I gdyby mnie Dobrodziej Sędzia nie pżeszkodził, 
Ja bym u stołu obu pżeciwnikuw zgodził. 
Bo hciałem opowiedzieć wypadek ciekawy, 
Podobny do zdażenia wczorajszej wyprawy, 
Co trafił się najpierwszym stżelcom za myh czasuw, 
Posłowi Rejtanowi i Księciu Denassów. 
Pżypadek był takowy: 
 
Jenerał Podolskich 
Ziem pżejeżdżał z Wołynia do swoih dubr polskih, 
Czy też, gdy dobże pomnę, na sejm do Warszawy. 
Po drodze zwiedzał szlahtę, już to dla zabawy, 
Już dla popularności; wstąpił więc do pana 
Tadeusza, dziś świętej pamięci, Rejtana, 
Ktury był potem naszym nowogrodzkim posłem 
I w kturego ja domu od dzieciństwa wzrosłem. 
Owuż Rejtan na pżyjazd księcia jenerała 
Zaprosił gości. Liczna szlahta się zebrała, 
Było teatrum (książę kohał się w teatże), 
Fajerwerk dawał Kaszyc, ktury mieszka w Jatrze, 
Pan Tyzenhauz tanceży pżysłał, a kapele 
Ogiński i pan Sołtan, co mieszka w Zdzieńciele. 
Słowem, dawano huczne nad podziw zabawy 
W domu, a w lasah wielkie robiono obławy. 
Wiadomo zaś waszmościom jest, że prawie wszyscy, 
Ile ih zapamiętać można, Czartoryscy, 
Hoć idą z Jagiellonów krwi, lecz do myślistwa 
Nie są bardzo pohopni, pewno nie z lenistwa, 
Lecz z gustuw cudzoziemskih; i książę jenerał 
Częściej do książek niźli do psiarni zazierał 
I do alkuwek damskih częściej niż do lasuw. 
 
W świcie księcia był książę niemiecki Denassów, 
O kturym powiadano, że w libijskiej ziemi 
Goszcząc, polował niegdyś z krulmi mużyńskiemi 
I tam tygrysa spisą w ręcznym boju zwalił, 
Z czego się bardzo książę uw Denassów hwalił. 
U nas zaś polowano na dziki w tę porę; 
Rejtan zabił ze sztućca ogromną maciorę, 
Z wielkim niebezpieczeństwem, bo z bliska wypalił. 
Każdy z nas trafność stżału wydziwiał i hwalił, 
Tylko Niemiec Denassów obojętnie słuhał 
Pohwał takih i hodząc, pod nos sobie dmuhał: 
Że trafny stżał dowodzi tylko śmiałe oko, 
Biała broń śmiałą rękę; i zaczął szeroko 
Znowu gadać o swojej Libiji i spisie, 
O swyh krulah mużyńskih i o swym tygrysie. 
Markotno to się stało panu Rejtanowi. 
Był człek żywy, udeżył po szabli i muwi: 
»Mości książę! kto patży śmiele, walczy śmiele, 
Warte dziki tygrysuw, a spis karabele«. 
I zaczynali z Niemcem dyskurs nazbyt żwawy. 
Szczęściem, książę jenerał pżerwał te rozprawy, 
Godząc ih po francusku: co tam gadał, nie wiem, 
Ale ta zgoda był to popiuł nad zażewiem. 
Bo Rejtan wziął do serca, okazyi czekał 
I dobrą sztukę spłatać Niemcowi pżyżekał; 
Tej sztuki ledwie własnym nie pżypłacił zdrowiem, 
A spłatał ją nazajutż, jak to wnet opowiem». 
 
Tu Wojski umilknąwszy prawą rękę wznosił 
I u Podkomorzego tabakiery prosił; 
Długo zażywa, kończyć powieści nie raczy, 
Jak gdyby hciał zaostżyć ciekawość słuhaczy. 
Zaczynał wreszcie, kiedy znowu mu pżerwano 
Powieść taką ciekawą, tak pilnie słuhaną! 
Bo do Sędziego nagle ktoś pżysłał człowieka, 
Donosząc, że z niezwłocznym interesem czeka. 
Sędzia, dając dobranoc, żegnał całe grono. 
Natyhmiast się po rużnyh stronah rozpieżhniono: 
Ci spać do domu, tamci w stodole na sianie; 
Sędzia szedł podrużnemu dawać posłuhanie. 
 
Inni już śpią. Tadeusz po sieniah się zwija, 
Hodząc jako wartownik około dżwi stryja, 
Bo musi w ważnyh żeczah rady jego szukać 
Dziś jeszcze, nim spać pujdzie. Nie śmie do dżwi stukać; 
Sędzia dżwi na klucz zamknął, z kimś tajnie rozmawia; 
Tadeusz końca czeka, a uha nadstawia.  
 
Słyszy wewnątż szlohanie. Nie trącając klamek, 
Ostrożnie dziurką klucza zagląda pżez zamek: 
Widzi żecz dziwną! Sędzia i Robak na ziemi 
Klęczeli, objąwszy się i łzami żewnemi 
Płakali; Robak ręce Sędziego całował, 
Sędzia księdza za szyję płacząc obejmował. 
Wreszcie po ćwierćgodzinnym pżerwaniu rozmowy 
Robak po cihu tymi odezwał się słowy: 
 
«Bracie! Bóg wie, żem dotąd tajemnic dohował, 
Kturem z żalu za gżehy w spowiedzi ślubował: 
Że Bogu i Ojczyźnie poświęcony cały, 
Nie służąc pysze, ziemskiej nie szukając hwały, 
Żyłem dotąd i hciałem umżeć bernardynem, 
Nie wydając nazwiska, nie tylko pżed gminem, 
Ale nawet pżed tobą i pżed własnym synem! 
Wszakże ksiądz prowincyjał dał mi pozwolenie 
In articulo mortis zrobić objawienie. 
Kto wie, czy wrucę żywy! kto wie, co się stanie! 
W Dobrzynie! Bracie! wielkie, wielkie zamieszanie! 
Francuz jeszcze daleko, nim pżeminie zima 
Tżeba czekać, a szlahta pono nie dotżyma. 
Możem zanadto czynnie z powstaniem się kżątał! 
Pono źle zrozumieli! Klucznik wszystko splątał! 
Ten wariat Hrabia, słyszę, pobiegł do Dobrzyna, 
Nie mogłem go upżedzić, ważna w tym pżyczyna: 
Stary Maciek mnie poznał, a jeśli odkryje, 
Potżeba będzie oddać pod Scyzoryk szyję. 
Nic Klucznika nie wstżyma! Mniejsza o mą głowę, 
Lecz tym odkryciem, spisku zerwałbym osnowę. 
Pżecież dziś tam być muszę! Widzieć, co się dzieje, 
Hoćbym zginął: beze mnie szlahta oszaleje! 
Bądź zdruw, najmilszy bracie! bądź zdruw, śpieszyć muszę. 
Jeśli zginę, ty jeden westhniesz za mą duszę; 
W pżypadku wojny, tobie cała tajemnica 
Wiadoma: kończ, com zaczął, pomnij, żeś Soplica!» 
 
Tu ksiądz łzy otarł, habit zapiął, kaptur włożył 
I okienicę tylną po cihu otwożył, 
Widać było, że oknem do ogrodu skakał; 
Sędzia, zostawszy jeden, siadł w kżeśle i płakał. 
 
Hwilę czekał Tadeusz, nim w klamkę zadzwonił; 
Otwożono mu, ciho wszedł, nisko się skłonił: 
«Stryjaszku dobrodzieju — żekł — ledwie dni kilka 
Pżebawiłem tu, dni te minęły jak hwilka; 
Nie miałem czasu z twoim domem się nacieszyć 
I z tobą, a odjeżdżać muszę, muszę spieszyć 
Zaraz, dzisiaj, stryjaszku, a jutro najdaléj: 
Wszak pamiętacie, żeśmy Hrabiego wyzwali. 
Bić się z nim to żecz moja, posłałem wyzwanie, 
W Litwie jest zakazane pojedynkowanie, 
Jadę więc na granicę Warszawskiego Księstwa. 
Hrabia, prawda, fanfaron, lecz mu nie brak męstwa, 
Na miejsce naznaczone zapewne się stawi, 
Rozprawim się; a jeśli Bóg pobłogosławi, 
Ukażę go, a potem za Łososny bżegi 
Pżepłynę, gdzie mnie bratnie czekają szeregi. 
Słyszałem, że mi ojciec testamentem kazał 
Służyć w wojsku, a nie wiem, kto testament zmazał». 
 
«Muj Tadeuszku — żekł stryj — czy waszeć kąpany 
W gorącej wodzie, czy też kręcisz jak lis szczwany, 
Co indziej kitą wije, a sam indziej bieży? 
Wyzwaliśmy, zapewne, i bić się należy. 
Ale jehać dziś, skądżeś waszeć tak się zaciął? 
Pżed pojedynkiem zwyczaj jest posłać pżyjaciuł, 
Układać się. Wszak Hrabia może nas pżeprosić, 
Deprekować; czekaj waść, czasu jeszcze dosyć. 
Hyba inny giez jaki waści stąd wygania, 
To gadaj szczeże, po co takie omawiania? 
Jestem twuj stryj; hoć stary, znam, co serce młode; 
Byłem ci ojcem (muwiąc gładził go pod brodę), 
Już w uho szepnął o tym mnie muj palec mały, 
Że waszeć masz tu jakieś z damami kabały. 
Za katy, prędko teraz młudź do dam się bieże! 
No, Tadeuszku, pżyznaj mi się waść, a szczeże». 
 
«Jużci — bąknął Tadeusz — prawda: są pżyczyny 
Inne, kohany stryju, może z mojej winy! 
Omyłka! cuż? nieszczęście! już trudno naprawić! 
Nie, drogi stryju, dłużej nie mogę tu bawić! 
Błąd młodości! Stryjaszku, nie pytaj o więcej, 
Ja muszę z Soplicowa wyjeżdżać co prędzej». 
 
«Ho! — żekł Stryj — pewnie jakieś miłośne zatargi! 
Uważałem, że waszeć wczoraj gryzłeś wargi, 
Poglądając spode łba na pewną dziewczynkę; 
Widziałem, że i ona miała kwaśną minkę. 
Znam ja te wszystkie głupstwa; kiedy dzieci para 
Koha się, to tam u nih nieszczęść co niemiara! 
To cieszą się, to znowu trapią się i smucą, 
To znowu, Bóg wie o co, do zębuw się kłucą, 
To stojąc w kątkah jakby mruki, nie gadają 
Do siebie, czasem nawet w pole uciekają. 
Jeżeli na was raptus podobny napada, 
Bądźcie tylko cierpliwi, już jest na to rada; 
Biorę na siebie wkrutce pżywieść was do zgody. 
Znam ja te wszystkie głupstwa, wszakże byłem młody. 
Powiedz mi wasze wszystko; ja może nawzajem 
Coś odkryję i tak się oba popżyznajem». 
 
«Stryjaszku — żekł Tadeusz, całując mu rękę 
I rumieniąc się — powiem prawdę. Tę panienkę, 
Zosię, wyhowanicę stryja, podobałem 
Bardzo, hoć tylko parę razy ją widziałem; 
A muwią, że stryj dla mnie za żonę pżeznacza 
Podkomorzankę, piękną i curkę bogacza. 
Teraz nie mugłbym z panną Różą się ożenić, 
Kiedy koham tę Zosię; trudno serce zmienić! 
Nieuczciwie, żeniąc się z jedną, kohać drugą. 
Czas może mnie uleczy; wyjadę — na długo». 
 
«Tadeuszku — stryj pżerwał — to mi dziwny sposub 
Kohania się: uciekać od kohanyh osub! 
Dobże, żeś szczery; widzisz, głupstwo byś wypłatał, 
Odjeżdżając: a co waść powiesz, gdybym swatał 
Sam waści Zosię? He? Cuż, nie skoczysz z radości?» 
 
Tadeusz żekł po hwili «Dobroć jegomości 
Dziwi mnie. Lecz cuż? Łaska stryja dobrodzieja 
Nie pżyda się już na nic! Ah, prużna nadzieja! 
Bo pani Telimena nie odda mi Zosi!» 
«Będziem prosić» żekł Sędzia. 
 
«Nikt jej nie uprosi — 
Pżerwał prędko Tadeusz — nie, czekać nie mogę, 
Stryjaszku, muszę prędko, jutro jehać w drogę. 
Daj mi, stryjaszku, tylko twe błogosławieństwo, 
Wszystko pżygotowałem, jadę zaraz w Księstwo». 
 
Sędzia, wąs kręcąc, z gniewem na hłopca spozierał: 
«To waść tak szczery? takeś mi serce otwierał? 
Napżud uw pojedynek, potem znowu miłość 
I ten wyjazd; oj, jest tu w tym jakaś zawiłość. 
Już mnie gadano, jużem kroki waści badał! 
Asan bałamut i tżpiot, asan kłamstwa gadał! 
A gdzież to asan hodził onegdaj wieczorem, 
Czego asan jak wyżeł tropił pode dworem? 
O Tadeuszku! jeśli może asan Zosię 
Zbałamucił i teraz uciekasz, młokosie, 
To się waści nie uda! Lubisz czy nie lubisz, 
Zapowiadam asanu, że Zosię poślubisz; 
A nie, to bizun — jutro staniesz na kobiercu! 
I gada mnie o czuciah! o niezmiennym sercu! 
Łgaż jesteś! pfe! Ja z waści, panie Tadeuszu, 
Zrobię śledztwo, ja waści jeszcze natrę uszu! 
Dziś dość miałem kłopotuw, aż mnie głowa boli; 
Ten mi jeszcze spokojnie zasnąć nie dozwoli! 
Idź mi waść spać!» To muwiąc, dżwi na wściąż otwierał 
I zawołał Woźnego, żeby go rozbierał. 
 
Tadeusz ciho wyszedł, opuściwszy głowę, 
Rozbierał w myśli pżykrą ze stryjem rozmowę: 
Pierwszy raz połajany tak ostro!... Ocenił 
Słuszność wyżutuw, sam się pżed sobą rumienił. 
Co począć? jeśli Zosia o wszystkim się dowie? 
Prosić o rękę? a cuż Telimena powie? 
Nie, czuł, że nie mugł dłużej zostać w Soplicowie. 
 
Tak zadumany ledwie zrobił krokuw parę, 
Gdy mu coś drogę zaszło; spojżał: widzi marę, 
Całą w bieliźnie, długą, wysmukłą i cienką. 
Suwała się ku niemu z wyciągniętą ręką, 
Od kturej odbijał się drżący blask miesięczny, 
I pżystąpiwszy, ciho jęknęła: «Niewdzięczny! 
Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz; 
Szukałeś rozmuw ze mną, dziś uszy zamykasz, 
Jakby w słowah, we wzroku mym była trucizna! 
Dobże mi tak, wiedziałam, kto jesteś: mężczyzna! 
Nie znając kokieterii, nie hciałam cię dręczyć, 
Uszczęśliwiłam; takżeś umiał mnie zawdzięczyć! 
Tryumf nad miękkim sercem serce twe zatwardził; 
Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt prędkoś nim wzgardził! 
Dobże mi tak! Lecz straszną nauczona probą, 
Wież mi, iż więcej niż ty gardzę sama sobą!» 
 
«Telimeno — Tadeusz żekł — dalbug nietwarde 
Mam serce ani ciebie unikam pżez wzgardę; 
Ale uważ no sama, wszak nas widzą, śledzą, 
Czyż można tak otwarcie? cuż ludzie powiedzą? 
Wszak to niepżyzwoicie, to dalbug jest gżehem». 
«Gżehem! — odpowiedziała mu z gożkim uśmiehem — 
Niewiniątko! baranek! Ja, będąc kobiétą, 
Jeśli z miłości nie dbam, hoćby mnie odkryto, 
Hoćby mnie osławiono; a ty, ty mężczyzna? 
Cuż szkodzi z was kturemu, hociaż się i pżyzna, 
Że ma romans z dziesięciu razem kohankami? 
Muw prawdę: hcesz mnie żucić?» Zalała się łzami. 
«Telimeno, cuż by świat muwił o człowieku — 
Żekł Tadeusz — ktury by teraz, w moim wieku, 
Zdruw, żył na wsi, kohał się: kiedy tyle młodzi, 
Tylu żonatyh od żon, od dzieci uhodzi 
Za granicę, pod znaki narodowe bieży? 
Hoćbym hciał zostać, czy to ode mnie zależy? 
Ojciec mnie testamentem kazał, abym służył 
W wojsku polskim, teraz stryj ten rozkaz powtużył: 
Jutro jadę, zrobiłem już postanowienie, 
I dalbug, Telimeno, już go nie odmienię». 
«Ja — żekła Telimena — nie hcę ci zagradzać 
Drogi do sławy, szczęściu twojemu pżeszkadzać! 
Jesteś mężczyzną, znajdziesz kohankę godniejszą 
Serca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą! 
Tylko dla mej pociehy, nieh wiem pżed rozstaniem, 
Że twoja skłonność była prawdziwym kohaniem, 
Że to nie był żart tylko, nie rozpusta płoha, 
Lecz miłość; nieh wiem, że mnie muj Tadeusz koha! 
Nieh słowo »koham« jeszcze raz z ust twyh usłyszę, 
Nieh je w sercu wyryję i w myśli zapiszę. 
Pżebaczę łacniej, hociaż pżestaniesz mnie kohać, 
Pomnąc jakoś mnie kohał!» I zaczęła szlohać. 
 
Tadeusz, widząc że tak płacze i tak błaga 
Czule, i tylko takiej drobnostki wymaga, 
Wzruszył się, pżejęły go szczery żal i litość, 
I jeżeliby badał serca swego skrytość, 
Może by się w tej hwili i sam nie dowiedział, 
Czyli ją kohał, czy nie, więc żywo powiedział: 
«Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił, 
Jeśli nie prawda, żem cię, dalbug, bardzo lubił, 
Czy kohał. Krutkie z sobą spędziliśmy hwile, 
Ale one mnie pżeszły tak słodko, tak mile, 
Że będą długo, zawsze myśli mej pżytomne, 
I dalibug, że nigdy ciebie nie zapomnę». 
 
Telimena skoczywszy padła mu na szyję: 
«Tegom się spodziewała! Kohasz mnie, więc żyję! 
Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrucić; 
Gdy mnie kohasz muj drogi, czyż możesz mnie żucić? 
Tobie oddałam serce, oddam ci majątek, 
Pujdę za tobą wszędzie; każdy świata kątek 
Będzie mnie z tobą miły! Z najdzikszej pustyni 
Miłość, wieżaj mi, ogrud rozkoszy uczyni». 
 
Tadeusz, wydarłszy się z objęcia pżemocą: 
«Jak to? — żekł — czyś z rozumu obrana? gdzie? po co? 
Jehać za mną? Ja, będąc sam prostym żołnieżem, 
Włuczyć, czy markietankę?» — «To my się pobieżem» 
Żekła mu Telimena. «Nie, nigdy! — zawoła 
Tadeusz.— Ja żenić się nie mam teraz zgoła 
Zamiaru, ni kohać się. Fraszki! dajmy pokuj! 
Proszę cię, moja droga, rozmyśl się! uspokuj! 
Ja jestem tobie wdzięczen, ale niepodobna 
Żenić się. Kohajmy się, ale tak — z osobna. 
Zostać dłużej nie mogę; nie, nie, jehać muszę. 
Bądź zdrowa, Telimeno moja; jutro ruszę». 
 
Żekł, nasuwał kapelusz, odwracał się bokiem, 
Hcąc iść; lecz go wstżymała Telimena okiem 
I tważą, jak Meduzy głową. Musiał zostać 
Mimowolnie; poglądał z trwogą na jej postać: 
Stała blada, bez ruhu, bez thu i bez życia; 
Aż wyciągając rękę jak miecz do pżebicia, 
Z palcem zmieżonym prosto w Tadeusza oczy: 
«Tego hciałam! — kżyknęła — ha, języku smoczy! 
Serce jaszczurcze! To nic, żem tobą zajęta 
Wzgardziła Asesora, Hrabię i Rejenta, 
Żeś mnie uwiodł i teraz pożucił sierotę, 
To nic! Jesteś mężczyzną, znam waszą niecnotę, 
Wiem, że jak inni, tak ty mugłbyś wiarę złamać, 
Lecz nie wiedziałam, że tak podle umiesz kłamać! 
Słuhałam pode dżwiami stryja! Więc to dziecko, 
Zosia, wpadła ci w oko i na nią zdradziecko 
Dybiesz? Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał, 
A jużeś pod jej okiem nowyh ofiar szukał! 
Uciekaj, lecz cię moje dosięgną pżekleństwa — 
Lub zostań, wydam światu twoje bezeceństwa; 
Twe sztuki już nie zwiodą innyh, jak mnie zwiodły! 
Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły!» 
 
Na obelgę śmiertelną dla uszu szlahcica, 
I kturej żaden nigdy nie słyszał Soplica, 
Zadrżał Tadeusz, tważ mu pobladła jak trupia, 
Tupnąwszy nogą, usta ścisnąwszy, żekł: «Głupia!» 
 
Odszedł; lecz wyraz «podłość» ehem się powtużył 
W sercu. Wzdrygnął się młodzian, czuł, że nań zasłużył, 
Czuł, że wyżądził wielką kżywdę Telimenie, 
Że go słusznie skarżyła, muwiło sumienie; 
Lecz czuł, że po tyh skargah tym mocniej ją zbżydził. 
O Zosi, ah! pomyślić nie ważył się, wstydził. 
Pżecież ta Zosia, taka piękna, taka miła! 
Stryj swatał ją! może by jego żoną była, 
Gdyby nie szatan, co go plącząc w gżeh za gżehem, 
W kłamstwo za kłamstwem, wreszcie odstąpił z uśmiehem! 
Złajany, pogardzony od wszystkih, w dni parę 
Zmarnował pżyszłość! Uczuł słuszną zbrodni karę. 
 
W tej buży uczuć jakby kotwica spoczynku 
Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku: 
«Zamordować Hrabiego! łotra! kżyknął w gniewie, 
Zginąć albo zemścić się!» A za co? sam nie wie; 
I ten gniew wielki, jak się zajął w mgnieniu oka, 
Tak wywietżał. Znuw zdjęła go żałość głęboka, 
Myślił: «Jeśli prawdziwe było postżeżenie, 
Że Hrabia z Zosią jakieś ma porozumienie, 
I cuż stąd? Może Hrabia koha Zosię szczeże, 
Może go ona koha, za męża wybieże? 
Jakimże prawem hciałbym zerwać to zamęście, 
I, sam nieszczęśnik, wszystkih mam zabużać szczęście?» 
 
Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu, 
Hyba ucieczkę prędką; gdzie? hyba do grobu!  
 
Więc kułak pżycisnąwszy na shylonym czole, 
Biegł ku łąkom, gdzie stawy błyszczały się w dole, 
I stanął nad błotnistym; w zielonawe tonie 
Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie 
Z rozkoszą ciągnął piersią, i otwożył usta 
Ku nim. Bo samobujstwo jak każda rozpusta 
Jest wymyślną; on w głowy szalonym zawrocie 
Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie. 
 
Lecz Telimena z dzikiej młodzieńca postawy 
Zgadując rozpacz, widząc że pobiegł nad stawy, 
Hociaż ku niemu takim słusznym gniewem pała, 
Pżelękła się; w istocie dobre serce miała. 
Żal jej było, że inną śmiał Tadeusz lubić, 
Hciała go skarać, ale nie myśliła zgubić. 
Więc puściła się za nim, wznosząc ręce obie, 
Kżycząc: «Stuj! głupstwo! kohaj czy nie! żeń się sobie 
Czy jedź! tylko stuj!» Ale on już szybkim biegiem 
Wypżedził ją daleko; już stanął nad bżegiem.  
 
Dziwnym zżądzeniem losuw, po tym samym bżegu 
Jehał Hrabia na czele dżokejuw szeregu, 
A zahwycony wdziękiem nocy tak pogodnej 
I harmonią cudną orkiestry podwodnej, 
Owyh horuw, co bżmiały jak arfy eolskie, 
(Żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie), 
Wstżymał konia i o swej zapomniał wyprawie, 
Zwrucił uho do stawu i słuhał ciekawie. 
Oczy wodził po polah, po niebios obszaże: 
Pewnie układał w myśli nocne peizaże. 
 
Zaiste, okolica była malownicza! 
Dwa stawy pohyliły ku sobie oblicza 
Jako para kohankuw: prawy staw miał wody 
Gładkie i czyste jako dziewicze jagody; 
Lewy, ciemniejszy nieco, jako tważ młodziana 
Smagława i już męskim puhem osypana. 
Prawy złocistym piaskiem połyskał się wkoło, 
Jak gdyby włosem jasnym; a lewego czoło 
Najeżone łozami, wieżbami czubate; 
Oba stawy ubrane w zieloności szatę. 
 
Z nih dwa strugi, jak ręce związane pospołu, 
Ściskają się. Strug dalej upada do dołu; 
Upada, lecz nie ginie, bo w rowu ciemnotę 
Unosi na swyh falah księżyca pozłotę; 
Woda warstami spada, a na każdej warście 
Połyskają się blasku miesięcznego garście, 
Światło w rowie na drobne dżazgi się roztrąca, 
Hwyta je i w głąb niesie toń uciekająca, 
A z gury znuw garściami spada blask miesiąca. 
Myślałbyś, że u stawu siedzi Świtezianka, 
Jedną ręką zdruj leje z bezdennego dzbanka, 
A drugą ręką w wodę dla zabawki miota 
Brane z fartuszka garście zaklętego złota.  
 
Dalej, z rowu wybiegłszy, strumień na ruwninie 
Rozkręca się, ucisza, lecz widać że płynie, 
Bo na jego ruhomej, drgającej powłoce 
Wzdłuż miesięczne światełko drgające migoce. 
Jako piękny wąż żmudzki, zwany giwojtosem, 
Hociaż zdaje się dżemać, leżąc między wżosem, 
Pełźnie, bo na pżemiany srebży się i złoci, 
Aż nagle zniknie z oczu we mhu lub paproci: 
Tak strumień kręcący się hował się w olszynah, 
Kture na widnokręgu czerniały kończynah, 
Wznosząc swe kształty lekkie, niewyraźne oku, 
Jak duhy na wpuł widne, na poły w obłoku.  
 
Między stawami w rowie młyn ukryty siedzi. 
Jako stary opiekun, co kohankuw śledzi, 
Podsłuhał ih rozmowę, gniewa się, szamoce, 
Tżęsie głową, rękami, i groźby bełkoce: 
Tak uw młyn nagle zatżąsł mhem obrosłe czoło 
I palczastą swą pięścią wykręcając wkoło, 
Ledwo klęknął i szczęki zębowate ruszył, 
Zaraz miłośną stawuw rozmowę zagłuszył 
I zbudził Hrabię.  
 
Hrabia widząc, że tak blisko 
Tadeusz naszedł jego zbrojne stanowisko, 
Kżyczy: «Do broni! łapaj!» Skoczyli dżokeje; 
Nim Tadeusz rozeznać mugł, co się z nim dzieje, 
Już go hwycili. Biegą do dworu, w podwuże 
Wpadają. Dwur budzi się, psy w hałas, w kżyk struże. 
Wyskoczył wpuł ubrany Sędzia; widzi zgraję 
Zbrojną, myśli, że zbujcy, aż Hrabię poznaje. 
«Co to jest?» pyta. Hrabia szpadą nad nim mignął, 
Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął: 
«Soplico — żekł — odwieczny wrogu mej rodziny, 
Dziś skażę cię za dawne i za świeże winy, 
Dziś zdasz mi sprawę z mojej fortuny zaboru, 
Nim pomszczę się obelgi mojego honoru!» 
 
Lecz Sędzia, żegnając się, kżyknął: «W Imię Ojca 
I Syna! tfu! mospanie Hrabia, czy waść zbojca? 
Pżebug! czy się to zgadza z pana urodzeniem, 
Wyhowaniem i z pana na świecie znaczeniem? 
Nie pozwolę skżywdzić się!» Wtem Sędziego słudzy 
Biegli, jedni z kijami, ze stżelbami drudzy; 
Wojski, stojąc z daleka, poglądał ciekawie 
W oczy panu Hrabiemu, a nuż miał w rękawie. 
 
Już mieli zacząć bitwę, lecz Sędzia pżeszkodził; 
Prużno było bronić się, nowy wrug nadhodził: 
Postżeżono w olszynie blask, wystżał rusznicy! 
Most na żece zahuczał tętentem konnicy 
I «Hejże na Soplicę!» tysiąc głosuw wżasło. 
Wzdrygnął się Sędzia: poznał Gerwazego hasło; 
«Nic to — zawołał Hrabia — będzie tu nas więcéj, 
Poddaj się Sędzio, to są moi spżymieżeńcy». 
 
Wtem Asesor nadbiegał, kżycząc: «Areszt kładę 
W imię Imperatorskiej Mości; oddaj szpadę, 
Panie Hrabio, bo wezwę wojskowej pomocy, 
A wiesz pan, że kto zbrojnie śmie napadać w nocy, 
Zastżeżono tysiącznym dwuhsetnym ukazem, 
Że jak zło...» Wtem go Hrabia w tważ udeżył płazem. 
Padł zgłuszony Asesor i skrył się w pokżywy; 
Wszyscy myśleli, że był ranny lub nieżywy. 
 
«Widzę — żekł Sędzia — że się na rozbuj zanosi». 
Jęknęli wszyscy; wszystkih zagłuszył wżask Zosi, 
Ktura kżyczała, Sędzię objąwszy rękami, 
Jako dziecko od Żydów kłute igiełkami. 
 
Tymczasem Telimena wpadła między konie, 
Wyciągnęła ku Hrabi załamane dłonie: 
«Na twuj honor! — kżyknęła pżeraźliwym głosem, 
Z głową w tył wyhyloną, z rozpuszczonym włosem — 
Pżez wszystko co jest świętym, na klęczkah błagamy! 
Hrabio, śmieszże odmuwić? proszą ciebie damy; 
Okrutniku, nas pierwej musisz zamordować!» 
Padła zemdlona. Hrabia skoczył ją ratować, 
Zadziwiony i nieco zmieszany tą sceną: 
«Panno Zofio — żecze — pani Telimeno! 
Nigdy się krwią bezbronnyh ta szpada nie splami; 
Soplicowie! jesteście moimi więźniami. 
Tak zrobiłem we Włoszech, kiedy pod opoką, 
Kturą Sycylianie zwą Birbante-rokką, 
Zdobyłem tabor zbujcuw: zbrojnyh mordowałem, 
Rozbrojonyh zabrałem i związać kazałem; 
Szli za końmi i tryumf muj zdobili świetny, 
Potem ih powieszono u podnuża Etny». 
 
Było to osobliwsze szczęście dla Sopliców, 
Że Hrabia, mając lepsze konie od szlahcicuw 
I hcąc spotkać się pierwszy, zostawił ih w tyle 
I biegł pżed resztą jazdy, pżynajmniej o milę, 
Ze swym dżokejstwem, kture posłuszne i karne, 
Stanowiło niejako wojsko regularne; 
Gdy inna szlahta była, zwyczajem powstania, 
Bużliwa i niezmiernie skora do wieszania. 
 
Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i gniewu, 
Przemyślał, jakby skończyć buj bez krwi rozlewu; 
Więc rodzinę Sopliców w domu zamknąć każe 
Jako więźniuw wojennyh; u dżwi stawi straże. 
 
Wtem «Hejże na Sopliców!» Wpada szlahta hurmem, 
Obstępuje dwur wkoło i bieże go szturmem, 
Tym łacniej, że wudz wzięty i pieżhła załoga; 
Lecz zdobywcy hcą bić się, wyszukują wroga. 
Do domu niewpuszczeni biegą do folwarkuw, 
Do kuhni. Gdy do kuhni weszli, widok garkuw, 
Ogień ledwie zagasły, potraw zapah świeży, 
Hrupanie psuw gryzącyh ostatki wieczeży, 
Hwyta wszystkih za serca, myśl wszystkih odmienia, 
Studzi gniewy, zapala potżebę jedzenia. 
Marszem i całodziennym znużeni sejmikiem, 
«Jeść! jeść!» po tżykroć zgodnym wezwali okżykiem, 
Odpowiedziano: «Pić! pić!»; między szlahty zgrają 
Stają dwa hury: ci pić, a ci jeść wołają. 
Odgłos leci ehami; gdzie tylko dohodzi, 
Wzbudza oskomę w ustah, głud w żołądkah rodzi. 
I tak na dane z kuhni hasło, niespodzianie 
Rozeszła się armija na furażowanie. 
 
Gerwazy, od pokojuw Sędziego odparty, 
Ustąpić musiał pżez wzgląd dla Hrabiowskiej warty. 
Więc nie mogąc zemścić się na niepżyjacielu, 
Myślił o drugim wielkim tej wyprawy celu. 
Jako człek doświadczony i biegły w prawnictwie, 
Hce Hrabiego osadzić na nowym dziedzictwie 
Legalnie i formalnie: więc za Woźnym biega, 
Aż go po długih śledztwah za piecem dostżega, 
Wnet porywa za kołnież, na dziedziniec wlecze 
I zmieżywszy mu w piersi Scyzoryk, tak żecze: 
«Panie Woźny, pan Hrabia śmie waćpana prosić, 
Abyś raczył pżed szlahtą bracią wnet ogłosić 
Intromisyją Hrabi do zamku, do dworu 
Sopliców, do wsi, gruntuw zasianyh, ugoru, 
Słowem, cum gais, boris et graniciebus, 
Kmetonibus, scultetis, et omnibus rebus 
Et quibusdam aliis. Jak tam wiesz, tak szczekaj, 
Nic nie opuszczaj!» «Panie Kluczniku, zaczekaj 
— Żekł śmiało, ręce za pas włożywszy Protazy — 
Gotuw jestem wypełniać wszelkie stron rozkazy, 
Ale ostżegam, że akt nie będzie miał mocy, 
Wymuszony pżez gwałty, ogłoszony w nocy». 
«Co za gwałty — żekł Klucznik — tu nie ma napaści, 
Wszak proszę pana gżecznie; jeśli ciemno waści, 
To Scyzorykiem skżesam ognia, że waszeci 
Zaraz w ślepiah jak w siedmiu kościołah zaświeci». 
 
«Gerwazeńku — żekł Woźny — po co się tak dąsać? 
Jestem Woźny, nie moja żecz sprawę roztżąsać; 
Wszak wiadomo, że strona Woźnego zaprasza 
I dyktuje mu, co hce, a Woźny ogłasza. 
Woźny jest posłem prawa, a posłuw nie każą, 
Nie wiem tedy, za co mnie tżymacie pod strażą. 
Wnet akt spiszę, nieh mi kto latarkę pżyniesie, 
A tymczasem ogłaszam: bracia, uciszcie się!» 
 
I by donośniej muwić, wstąpił na stos wielki 
Belek (pod płotem sadu suszyły się belki), 
Wlazł na nie i zarazem jakby go wiatr zdmuhnął, 
Zniknął z oczu. Słyszano, jak w kapustę buhnął; 
Widziano, po konopiah ciemnyh jego biała 
Konfederatka niby gołąb pżeleciała. 
Konewka stżelił w czapkę, ale hybił celu; 
Wtem zatżeszczały tyki, już Protazy w hmielu. 
«Protestuję!» zawołał; pewny był ucieczki, 
Bo za sobą miał łozę i bagniska żeczki. 
 
Po tej protestacyi, ktura się ozwała 
Jak na zdobytyh wałah ostatni stżał działa, 
Ustał już wszelki opur w Soplicowskim dwoże. 
Szlahta głodna plądruje, zabiera co może: 
Kropiciel, stanowisko zająwszy w oboże, 
Jednego wołu i dwa cielce w łby zakropił, 
A Brzytewka im szable w gardzielah utopił; 
Szydełko ruwnie czynnie używał swej szpadki, 
Kabany i prosięta koląc pod łopatki. 
Już żeź zagraża ptastwu. Czujne gęsi stado, 
Co niegdyś ocaliło Rzym pżed Galów zdradą, 
Darmo gęga o pomoc; zamiast Manlijusza, 
Wpada w kotuh Konewka, jedne ptaki zdusza, 
A drugie żywcem wiąże do pasa kontusza. 
Prużno gęsi szyjami wywijając, hrypią, 
Prużno gęsiory sycząc, napastnika szczypią; 
On bieży osypany iskżącym się puhem, 
Unoszony jak kułmi gęstyh skżydeł ruhem, 
Zdaje się być hohlikiem, skżydlatym złym duhem. 
 
Ale żeź najstraszniejsza, hociaż najmniej kżyku, 
Między kurami. Młody Sak wpadł do kurniku 
I z drabinek, stryczkami łowiąc, ciągnie z gury 
Kogutki i szurpate, i czubate kury, 
Jedne po drugih dusi i składa do kupy, 
Ptastwo piękne, karmione perłowymi krupy. 
Niebaczny Saku, jakiż zapał cię unosi! 
Nigdy już odtąd gniewnej nie pżebłagasz Zosi.  
 
Gerwazy pżypomina starodawne czasy: 
Każe sobie podawać od kontuszuw pasy 
I nimi z Soplicowskiej piwnicy dobywa 
Beczki starej siwuhy, dębniaku i piwa. 
Jedne wnet odgwożdżono, a drugie ohoczo 
Szlahta, gęsta jak mrowie, porywają, toczą 
Do zamku; tam na nocleg cały tłum się zbiera, 
Tam założona głuwna Hrabiego kwatera. 
 
Nakładają sto ognisk, ważą, skważą, pieką, 
Gną się stoły pod mięsem, trunek płynie żeką; 
Hce szlahta noc tę pżepić, pżejeść i pżeśpiewać. 
Lecz powoli zaczęli dżemać i poziewać; 
Oko gaśnie za okiem, i cała gromada 
Kiwa głowami, każdy, gdzie siedział, tam pada: 
Ten z misą, ten nad kotłem, ten pży wołu ćwierci. 
Tak zwycięzcuw zwyciężył w końcu sen, brat śmierci. 
 
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)