Księga czwarta
Dyplomatyka i łowy
Zjawisko w papilotah budzi Tadeusza — Za puźne postżeżenie omyłki — Karczma — Emisariusz — Zręczne użycie tabakiery zwraca dyskusję na właściwą drogę — Matecznik — Niedźwiedź — Niebezpieczeństwo Tadeusza i Hrabiego — Trzy stżały — Spór Sagalasówki z Sanguszkówką rozstżygniony na stronę jednorurki horeszkowskiej — Bigos — Wojskiego powieść o pojedynku Doweyki z Domeyką pżerwana szczuciem kota — Koniec powieści o Doweyce i Domeyce.
Ruwienniki litewskih wielkih kniaziuw, dżewa
Białowieży, Świtezi, Ponar, Kuszelewa!
Kturyh cień spadał niegdyś na koronne głowy
Groźnego Witenesa, wielkiego Mindowy,
I Giedymina, kiedy na Ponarskiej Górze,
Pży ognisku myśliwskim, na niedźwiedziej skuże
Leżał, słuhając pieśni mądrego Lizdejki,
A Wilii widokiem i szumem Wilejki
Ukołysany, mażył o wilku żelaznym,
i zbudzony, za boguw rozkazem wyraźnym
Zbudował miasto Wilno, kture w lasah siedzi
Jak wilk pośrodku żubruw, dzikuw i niedźwiedzi.
Z tego to miasta Wilna, jak z rzymskiej wilczycy,
Wyszedł Kiejstut i Olgierd, i Olgierdowicy,
Ruwnie myśliwi wielcy jak sławni ryceże,
Czyli wroga ścigali, czyli dzikie źwieżę.
Sen myśliwski nam odkrył tajnie pżyszłyh czasuw:
Że Litwie tżeba zawsze żelaza i lasuw.
Knieje! do was ostatni pżyjeżdżał na łowy
Ostatni krul, co nosił kołpak Witoldowy,
Ostatni z Jagiellonów wojownik szczęśliwy,
I ostatni na Litwie monarha myśliwy.
Dżewa moje ojczyste! jeśli Niebo zdaży,
Bym wrucił was oglądać, pżyjaciele staży,
Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecie?
Wy, koło kturyh niegdyś pełzałem jak dziecię;
Czy żyje wielki Baublis, w kturego ogromie
Wiekami wydrążonym, jakby w dobrym domie,
Dwunastu ludzi mogło wieczeżać za stołem?
Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem?
I tam na Ukrainie czy się dotąd wznosi
Pżed Hołowińskch domem, nad bżegami Rosi,
Lipa tak rozrośniona, że pod jej cieniami
Sto młodzieńcuw, sto panien szło w taniec parami?
Pomniki nasze! ileż co rok was pożera
Kupiecka lub żądowa, moskiewska siekiera!
Nie zostawia pżytułku ni leśnym śpiewakom,
Ni wieszczom, kturym cień wasz tak miły jak ptakom.
Wszak lipa czarnoleska, na głos Jana czuła,
Tyle rymuw nathnęła! Wszak uw dąb gaduła
Kozackiemu wieszczowi tyle cuduw śpiewa!
Ja ileż wam winienem, o domowe dżewa!
Błahy stżelec, uhodząc szyderstw toważyszy
Za hybioną źwieżynę, ileż w waszej ciszy
Upolowałem dumań, gdy w dzikim ostępie,
Zapomniawszy o łowah, usiadłem na kępie,
A koło mnie srebżył się tu meh siwobrody,
Zlany granatem czarnej, zgniecionej jagody,
A tam się czerwieniły wżosiste pagurki,
Strojne w brusznice jakby w koraluw paciurki.
Wokoło była ciemność; gałęzie u gury
Wisiały jak zielone, gęste, niskie hmury;
Wiher kędyś nad sklepem szalał nieruhomym,
Jękiem, szumami, wyciem, łoskotami, gromem:
Dziwny, odużający hałas! Mnie się zdało,
Że tam nad głową może wiszące szalało.
Na dole jak ruiny miast: tu wywrut dębu
Wysterka z ziemi na kształt ogromnego zrębu;
Na nim oparte, jak ścian i kolumn obłamy,
Tam gałęziste kłody, tu wpuł zgniłe tramy
Ogrodzone parkanem traw. W środek tarasu
Zajżeć straszno, tam siedzą gospodaże lasu,
Dziki, niedźwiedzie, wilki; u wrut leżą kości
Na puł zgryzione jakihś nieostrożnyh gości.
Czasem wymkną się w gurę pżez trawy zielenie,
Jakby dwa wodotryski, dwa rogi jelenie,
I mignie między dżewa źwież żułtawym pasem,
Jak promień, kiedy wpadłszy gaśnie między lasem.
I znowu cihość w dole. Dzięcioł na jedlinie
Stuka z lekka i dalej odlatuje, ginie,
Shował się, ale dziobem nie pżestaje pukać,
Jak dziecko, gdy showane woła, by go szukać.
Bliżej siedzi wiewiurka, ożeh w łapkah tżyma,
Gryzie go; zawiesiła kitkę nad oczyma,
Jak piuro nad szyszakiem u kirasyjera:
Hociaż tak osłoniona, dokoła spoziera,
Dostżegłszy gościa, skacze gajuw tanecznica
Z dżew na dżewa, miga się jako błyskawica;
Na koniec w niewidzialny otwur pnia pżepada,
Jak wracająca w dżewo rodzime dryjada.
Znowu ciho.
Wtem, gałąź wstżąsła się trącona,
I pomiędzy jażębin rozsunione grona
Kraśniejsze od jażębin zajaśniały lica:
To jagud lub ożehuw zbieraczka, dziewica.
W krobeczce z prostej kory podaje zebrane
Bruśnice świeże jako jej usta rumiane.
Obok młodzieniec idzie, leszczynę nagina:
Hwyta w lot migające ożehy dziewczyna.
Wtem, usłyszeli odgłos roguw i psuw granie:
Zgadują, że się ku nim zbliża polowanie,
I pomiędzy gałęzi gęstwę, pełni trwogi,
Zniknęli nagle z oczu jako leśne bogi.
W Soplicowie ruh wielki. Lecz ni psuw hałasy,
Ani rżące rumaki, skżypiące kolasy,
Ni odgłos trąb dającyh hasło polowania
Nie mogły Tadeusza wyciągnąć z posłania;
Ubrany padłszy w łużko, spał jak bobak w noże.
Nikt z młodzieży nie myślał szukać go po dwoże;
Każdy sobą zajęty śpieszył, gdzie kazano;
O toważyszu sennym całkiem zapomniano.
On hrapał. Słońce w otwur, co śrud okienicy
Wyrżnięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy
Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło.
On jeszcze hciał zadżemać i kręcił się wkoło,
Hroniąc się blasku. Nagle usłyszał stuknienie,
Pżebudził się: wesołe było pżebudzenie.
Czuł się żeźwym jak ptaszek, z lekkością oddyhał,
Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiehał:
Myśląc o wszystkim, co mu wczora się zdażyło,
Rumienił się i wzdyhał, i serce mu biło.
Spojżał w okno, o dziwy! W promieni pżezroczu,
W owym sercu, błyszczało dwoje jasnyh oczu,
Szeroko otwożonyh, jak zwykle wejżenie,
Kiedy z jasności dziennej pżedziera się w cienie.
Ujżał i małą rączkę, niby wahlaż z boku
Nadstawioną ku słońcu dla ohrony wzroku;
Palce drobne, zwrucone na światło rużowe,
Czerwieniły się na wskroś jakby rubinowe.
Usta widział ciekawe, roztulone nieco,
I ząbki, co jak perły śrud koraluw świecą,
I lica, hoć od słońca zasłaniane dłonią
Rużową, same całe jak ruże się płonią.
Tadeusz spał pod oknem; sam ukryty w cieniu,
Leżąc na wznak, cudnemu dziwił się zjawieniu
I miał je tuż nad sobą, ledwie nie na tważy:
Nie wiedział, czy to jawa, czyli mu się maży
Jedna z tyh miłyh, jasnyh tważyczek dziecinnyh,
Kture pomnim widziane we śnie lat niewinnyh.
Tważyczka shyliła się — ujżał, drżąc z bojaźni
I radości, niestety! ujżał najwyraźniej,
Pżypomniał, poznał włos uw krutki, jasnozłoty,
W drobne, jako śnieg białe, zwity papiloty,
Niby srebżyste strączki, co od słońca blasku
Świeciły jak korona na świętyh obrazku.
Zerwał się i widzenie zaraz uleciało
Pżestraszone łoskotem; czekał, nie wracało!
Tylko usłyszał znowu tżykrotne stukanie
I słowa: «Nieh pan wstaje, czas na polowanie.
Pan zaspał». Skoczył z łużka i obu rękami
Phnął okienicę, że aż tżasła zawiasami
I rozwarłszy się w obie udeżyła ściany;
Wyskoczył, patżył wkoło zdumiony, zmieszany,
Nic nie widział, nie dostżegł niczyjego śladu.
Niedaleko od okna był parkan od sadu,
Na nim hmielowe liście i kwieciste wieńce
Hwiały się; czy je lekkie potrąciły ręce?
Czy wiatr ruszył? Tadeusz długo patżył na nie,
Nie śmiał iść w ogrud; tylko wsparł się na parkanie,
Oczy podniusł i z palcem do ust pżyciśnionym
Kazał sam sobie milczeć, by słowem kwapionem
Nie rozerwał milczenia; potem w czoło stukał,
Niby do wspomnień dawnyh uśpionyh w nim pukał,
Na koniec, gryząc palce, do krwi się zadrasnął
I na cały głos: «Dobże, dobże mi tak!» wżasnął.
We dwoże, gdzie pżed hwilą tyle było kżyku,
Teraz pusto i głuho jak na mogilniku:
Wszyscy ruszyli w pole. Tadeusz nadstawił
Uszu i ręce do nih jak trąbki pżyprawił;
Słuhał, aż mu wiatr pżyniusł, wiejący od puszczy,
Odgłosy trąb i wżaski polującej tłuszczy.
Koń Tadeusza czekał w stajni osiodłany.
Wziął więc flintę, skoczył nań i jak opętany
Pędził ku karczmom, kture stały pży kaplicy,
Kędy mieli się rankiem zebrać obławnicy.
Dwie hyliły się karczmy po dwuh stronah drogi,
Oknami wzajem sobie grożące jak wrogi.
Stara należy z prawa do zamku dziedzica;
Nową, na złość zamkowi, postawił Soplica.
W tamtej, jak w swym dziedzictwie, rej wodził Gerwazy,
W tej najwyższe za stołem brał miejsce Protazy.
Nowa karczma nie była ciekawa z pozoru.
Stara wedle dawnego zbudowana wzoru,
Ktury był wymyślony od tyryjskih cieśli,
A potem go Żydowie po świecie roznieśli:
Rodzaj arhitektury obcym budowniczym
Wcale nieznany; my go od Żydów dziedziczym.
Karczma z pżodu jak korab, z tyłu jak świątynia:
Korab, istna Noego czworogranna skżynia,
Znany dziś pod prostackim nazwiskiem stodoły;
Tam rużne są zwieżęta, konie, krowy, woły,
Kozy brodate; w guże zaś ptactwa gromady,
I płazuw hoć po paże, są też i owady.
Część tylna, na kształt dziwnej świątyni stawiona,
Pżypomina z pozoru uw gmah Salomona,
Ktury pierwsi ćwiczeni w budowań żemieśle
Hiramscy na Syjonie wystawili cieśle.
Żydzi go naśladują dotąd we swyh szkołah,
A szkuł rysunek widny w karczmah i stodołah.
Dah z dranic i ze słomy, spiczasty, zadarty,
Pogięty jako kołpak żydowski podarty.
Ze szczytu wytryskują krużganku krawędzie,
Oparte na drewnianym licznyh kolumn żędzie.
Kolumny, co jest wielkie arhitektuw dziwo,
Trwałe, hociaż wpuł zgniłe i stawione kżywo,
Jako w wieży pizańskiej, nie podług modeluw
Greckih, bo są bez podstaw i bez kapiteluw.
Nad kolumnami biegą wpułokrągłe łuki,
Także z dżewa, gotyckiej naśladowstwo sztuki.
Z wieżhu ozdoby sztuczne, nie rylcem, nie dłutem,
Ale zręcznie ciesielskim wyżezane sklutem,
Kżywe jak szabasowyh ramiona świecznikuw;
Na końcu wiszą gałki, coś na kształt guzikuw,
Kture Żydzi modląc się na łbah zawieszają
I kture po swojemu cyces nazywają.
Słowem, z daleka karczma hwiejąca się, kżywa,
Podobna jest do Żyda, gdy się modląc kiwa:
Dah jak czapka, jak broda stżeha roztżęsiona,
Ściany dymne i brudne jak czarna opona,
A z pżodu żeźba sterczy jak cyces na czole.
W środku karczmy jest podział jak w żydowskiej szkole:
Jedna część, pełna izbic ciasnyh i podłużnyh,
Służy dla dam wyłącznie i panuw podrużnyh;
W drugiej ogromna sala: koło każdej ściany
Ciągnie się wielonożny stuł wąski, drewniany;
Pży nim stołki, hoć niższe, podobne do stoła,
Jako dzieci do ojca.
Na stołkah dokoła
Siedziały hłopy, hłopki tudzież szlahta drobna,
Wszyscy żędem; ekonom sam siedział z osobna.
Po rannej mszy z kaplicy, że była niedziela,
Zabawić się i wypić pżyszli do Jankiela.
Pży każdym już szumiała siwą wudką czarka,
Ponad wszystkimi z butlą biegała szynkarka.
W środku arendaż Jankiel, w długim aż do ziemi
Szarafanie, zapiętym haftkami srebrnemi,
Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził,
Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził;
Żucając wkoło okiem rozkazy wydawał,
Witał whodzącyh gości, pży siedzącyh stawał
Zagajając rozmowę, kłutliwyh zagadzał,
Lecz nie służył nikomu: tylko się pżehadzał.
Żyd stary i powszehnie znany z poczciwości,
Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,
Nikt ze szlahty nie zaniusł nań skargi do dworu.
O cuż skarżyć? Miał trunki dobre do wyboru,
Rahował się ostrożnie, lecz bez oszukaństwa,
Ohoty nie zabraniał, nie cierpiał pijaństwa,
Zabaw wielki miłośnik: u niego wesele
I hżciny obhodzono, on w każdą niedzielę
Kazał do siebie ze wsi pżyhodzić muzyce,
Pży kturej i basetla była, i kozice.
Muzykę znał, sam słynął muzycznym talentem;
Z cymbałami, narodu swego instrumentem,
Hadzał niegdyś po dworah i graniem zdumiewał,
I pieśniami, bo biegle i uczenie śpiewał.
Hociaż Żyd, dosyć czystą miał polską wymowę,
Szczegulniej zaś polubił pieśni narodowe;
Pżywoził mnustwo z każdej za Niemen wyprawy,
Kołomyjek z Halicza, mazuruw z Warszawy;
Wieść, nie wiem czyli pewna, w całej okolicy
Głosiła, że on pierwszy pżywiuzł z zagranicy
I upowszehnił wuwczas, w tamecznym powiecie,
Ową piosenkę, sławną dziś na całym świecie,
A kturą po raz pierwszy na ziemi Auzonów
Wygrały Włochom polskie trąby legijonuw.
Talent śpiewania bardzo na Litwie popłaca,
Jedna miłość u ludzi, wsławia i wzbogaca:
Jankiel zrobił majątek; syt zyskuw i hwały,
Zawiesił dźwięcznostrunne na ścianie cymbały;
Osiadłszy z dziećmi w karczmie, zatrudniał się szynkiem,
Pży tym w pobliskim mieście był też podrabinkiem,
A zawsze miłym wszędzie gościem i domowym
Doradcą; znał się dobże na handlu zbożowym,
Na wicinnym: potżebna jest znajomość taka
Na wsi. Miał także sławę dobrego Polaka.
On pierwszy zgodził kłutnie, często nawet krwawe,
Między dwiema karczmami: obie wziął w dzierżawę;
Szanowali go ruwnie i staży stronnicy
Horeszkowscy, i słudzy Sędziego Soplicy.
On sam powagę umiał utżymać nad groźnym
Klucznikiem horeszkowskim i kłutliwym Woźnym;
Pżed Jankielem tłumili dawne swe urazy
Gerwazy, groźny ręką, językiem Protazy.
Gerwazego nie było; ruszył na obławę,
Nie hcąc, aby tak ważną i trudną wyprawę
Odbył sam Hrabia, młody i niedoświadczony;
Poszedł więc z nim dla rady tudzież dla obrony.
Dziś miejsce Gerwazego, najdalsze od progu,
Między dwiema ławami, w samym karczmy rogu,
Zwane pokuciem, kwestaż ksiądz Robak zajmował.
Jankiel go tam posadził. Widać, że szanował
Wysoko bernardyna: bo skoro dostżegał
Ubytek w jego szklance, natyhmiast podbiegał
I rozkazał dolewać lipcowego miodu.
Słyhać, że z bernardynem znali się za młodu,
Kędyś tam w cudzyh krajah. Robak często hadzał
Nocą do karczmy, tajnie z Żydem się naradzał
O ważnyh żeczah; słyhać było, że towary
Ksiądz pżemycał — lecz potważ ta niegodna wiary.
Robak, wsparty na stole, wpuł głośno rozprawiał,
Tłum szlahty go otaczał i uszy nadstawiał,
I nosy ku księdzowskiej hylił tabakieże;
Brano z niej, i kihała szlahta jak moździeże.
«Reverendissime — żekł kihnąwszy Skołuba —
To mi tabaka, co to idzie aż do czuba!
Od czasu jak nos dźwigam (tu głasnął nos długi)
Takiej nie zażywałem (tu kihnął raz drugi);
Prawdziwa bernardynka, pewnie z Kowna rodem,
Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem.
Byłem tam lat już...» — Robak pżerwał mu: «Na zdrowie
Wszystkim waszmościom, moi mościwi panowie!
Co się tabaki tyczy, hem, ona pohodzi
Z dalszej strony, niż myśli Skołuba dobrodziéj:
Pohodzi z Jasnej Góry. Księża paulinowie
Tabakę taką robią w mieście Częstochowie,
Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony,
Bogarodzicy Panny, Królowej Korony
Polskiej... zowią ją dotąd i Księżną Litewską —
Koronęć jeszcze dotąd piastuje krulewską...
Lecz na Litewskim Księstwie teraz syzma siedzi!»
«Z Częstochowy? — żekł Wilbik. — Byłem tam w spowiedzi,
Kiedym na odpust hodził lat temu tżydzieście.
Czy to prawda, że Francuz gości teraz w mieście,
Że hce kościuł rozwalać i skarbiec zabieże:
Bo to wszystko w Litewskim stoi Kuryjerze?»
«Nieprawda — żekł bernardyn — nie! Pan Najjaśniejszy,
Napoleon, katolik jest najpżykładniejszy:
Wszak go papież namaścił, żyją z sobą w zgodzie
I nawracają ludzi w francuskim narodzie,
Ktury się trohę popsuł. Prawda, z Częstochowy
Oddano wiele srebra na skarb narodowy
Dla ojczyzny, dla Polski; sam Pan Bóg tak każe:
Skarbcem ojczyzny zawsze są Jego ołtaże.
Wszakże w Warszawskim Księstwie mamy sto tysięcy
Wojska polskiego, może wkrutce będzie więcéj:
A ktuż wojsko opłaci? czy nie wy, Litwini?
Wy tylko grosz dajecie do moskiewskiej skżyni».
«Kat by dał — kżyknął Wilbik — gwałtem od nas biorą».
«Oj, dobrodzieju — hłopek ozwał się z pokorą,
Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę —
Już to szlahcie, to jeszcze bieda pżez połowę;
Lecz nas drą jak na łyka...» «Ham! — Skołuba kżyknął —
Głupi, tobieć to lepiej, tyś hłopie pżywyknął,
Jak węgoż do odarcia: lecz nam urodzonym,
Nam wielmożnym, do złotyh swobud wzwyczajonym!
Ah, bracia! wszak to dawniej szlahcic na zagrodzie...
(«Tak, tak — kżyknęli wszyscy — ruwny wojewodzie!»)
Dziś nam szlahectwa pżeczą, każą nam drabować
Papiery, i szlahectwa papierem prubować».
«Jeszcze Waszeci mniejsza — zawołał Juraha —
Waszeć z pradziaduw hłopuw uszlahcony szlaha;
Ale ja, z kniaziuw! Pytać u mnie o patenta,
Kiedym został szlahcicem? Sam Bóg to pamięta!
Niehaj Moskal w las idzie pytać się dębiny,
Kto jej dał patent rosnąć nad wszystkie kżewiny».
«Kniaziu — żekł Żagiel — świeć waść baki lada komu,
Tu znajdziesz pono mitry i w niejednym domu».
«Waść ma kżyż w herbie — wołał Podhajski — to skryta
Aluzyja, że w rodzie bywał neofita».
«Fałsz — pżerwał Birbasz — Przecież ja z tatarskih hrabiuw
Pohodzę, a mam kżyże nad herbem Korabiów».
«Poraj — kżyknął Mickiewicz — z mitrą w polu złotym,
Herb książęcy, Stryjkowski gęsto pisze o tym».
Za czym wielkie powstały w całej karczmie szmery.
Ksiądz bernardyn uciekł się do swej tabakiery;
W kolej częstował muwcuw. Gwar zaraz ucihnął;
Każdy zażył pżez gżeczność i kilkakroć kihnął.
Bernardyn, kożystając z pżerwy, muwił daléj:
«Oj, wielcy ludzie od tej tabaki kihali!
Czy uwieżycie państwo, że z tej tabakiery,
Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery?»
«Dąbrowski?» — zawołali. «Tak, tak, on, jenerał.
Byłem w obozie, gdy on Gdańsk Niemcom odbierał;
Miał coś pisać; bojąc się, ażeby nie zasnął,
Zażył, kihnął, dwakroć mię po ramieniu klasnął:
»Księże Robaku — muwił — księże bernardynie,
Obaczymy się w Litwie może nim rok minie;
Powiedz Litwinom, nieh mnie czekają z tabaką
Częstochowską, nie biorę innej tylko taką».
Mowa księdza wzbudziła takie zadziwienie,
Taką radość, że całe huczne zgromadzenie
Milczało hwilę; potem na puł cihe słowa
Powtażano: «Tabaka z Polski? Częstochowa?
Dąbrowski? Z ziemi włoskiej?...» Aż na koniec razem,
Jakby myśl z myślą, wyraz sam zbiegł się z wyrazem,
Wszyscy jednogłośnie, jak na dane hasło,
Kżyknęli: «Dąbrowskiego!» Wszystko razem wżasło,
Wszystko się uścisnęło: hłop z tatarskim hrabią,
Mitra z Krzyżem, Poraje z Gryfem i z Korabią;
Zapomnieli wszystkiego, nawet bernardyna,
Tylko śpiewali kżycząc: «Wudki, miodu, wina!»
Długo się pżysłuhiwał ksiądz Robak piosence,
Na koniec hciał ją pżerwać; wziął w obydwie ręce
Tabakierkę, kihaniem melodyję zmieszał,
I nim się nastroili, tak muwić pośpieszał:
«Hwalicie mą tabakę, mości dobrodzieje;
Obaczcież, co się wewnątż tabakierki dzieje».
Tu, wycierając hustką zabrudzone denko,
Pokazał malowaną armiję maleńką
Jak ruj muh; w środku jeden człowiek na rumaku,
Wielki jako hżąszcz, siedział, pewnie wudz orszaku;
Spinał konia, jak gdyby hciał skakać w niebiosa,
Jedną rękę na cuglah, drugą miał u nosa:
«Pżypatżcie się — żekł Robak — tej groźnej postawie:
Zgadnijcie czyja? — Wszyscy patżyli ciekawie.—
Wielki to człowiek, cesaż, ale nie Moskali,
Ih carowie tabaki nigdy nie bierali...»
«Wielki człowiek — zawołał Cydzik — a w kapocie?
Ja myśliłem, że wielcy ludzie hodzą w złocie:
Bo u Moskalów lada jenerał, mospanie,
To tak świeci się w złocie jak szczupak w szafranie».
«Ba — pżerwał Rymsza — pżecież widziałem za młodu
Kościuszkę, naczelnika naszego narodu:
Wielki człowiek! A hodził w krakowskiej sukmanie,
To jest czamarce». «W jakiej czamarce, mospanie? —
Odparł Wilbik. — To pżecież zwano taratatką».
«Ale tamta z frędzlami, ta jest całkiem gładką» —
Kżyknął Mickiewicz. Zatem wszczynały się swary
O rużnyh taratatki kształtah i czamary.
Przemyślny Robak, widząc, że się tak rozpryska
Rozmowa, jął ją znowu zbierać do ogniska,
Do swojej tabakiery; częstował, kihali,
Życzyli sobie zdrowia, on żecz ciągnął daléj:
«Gdy cesaż Napoleon w potyczce zażywa
Raz po raz, to znak pewny, że bitwę wygrywa.
Na pżykład pod Austerlitz: Francuzi tak stali
Z armatami, a na nih biegła ćma Moskali.
Cesaż patżył i milczał. Co Francuzi stżelą,
To Moskale pułkami jak trawa się ścielą:
Pułk za pułkiem cwałował i spadał z kulbaki;
Co pułk spadnie, to cesaż zażyje tabaki.
Aż w końcu, Aleksander ze swoim braciszkiem
Konstantym i z niemieckim cesażem Franciszkiem,
W nogi z pola; więc cesaż, widząc, że po walce,
Spojżał na nih, zaśmiał się i otżąsnął palce.
Otuż, jeśli kto z panuw, coście tu pżytomni,
Będzie w wojsku cesaża, nieh to sobie wspomni».
«Ah — zawołał Skołuba — muj księże kwestażu!
Kiedyż to będzie! Wszak to ile w kalendażu
Jest świąt, na każde święto Francuzów nam wrużą:
Wygląda człek, wygląda, aż się oczy mrużą;
A Moskal jak nas tżymał, tak tżyma za szyję.
Pono nim słońce wnidzie, rosa oczy wyje».
«Mospanie — żekł bernardyn — babska żecz nażekać,
A żydowska żecz ręce założywszy czekać,
Nim kto w karczmę zajedzie i do dżwi zapuka.
Z Napoleonem pobić Moskalów nie sztuka.
Jużci on Szwabom skurę tży razy wymłucił,
Bżydkie Prusactwo zdeptał, Anglików wyżucił
Het za może, Moskalom zapewne wygodzi;
Ale co stąd wyniknie, wie asan dobrodziéj?
Oto, szlahta litewska wtenczas na koń wsiędzie
I szable weźmie, kiedy bić się z kim nie będzie;
Napoleon sam wszystkih pobiwszy, nareszcie
Powie: »Obejdę się ja bez was, kto jesteście?«
Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić,
Tżeba czeladkę zebrać i stoły pownosić,
A pżed ucztą potżeba dom oczyścić z śmieci,
Oczyścić dom, powtażam, oczyścić dom, dzieci!»
Nastąpiło milczenie, potem głosy w tłumie:
«Jakże to dom oczyścić, jak to ksiądz rozumie?
Jużci my wszystko zrobim, na wszystko gotowi;
Tylko nieh ksiądz dobrodziej jaśniej się wysłowi».
Ksiądz poglądał za okno, pżerwawszy rozmowę;
Ujżał coś ciekawego, z okna wytknął głowę,
Po hwili żekł powstając: «Dziś czasu nie mamy;
Potem o tym obszerniej z sobą pogadamy.
Jutro będę dla sprawy w powiatowym mieście;
I do waszmościuw z drogi zajadę po kweście».
«Nieh też do Niehrymowa ksiądz na nocleg zdąży —
Żekł ekonom — rad będzie księdzu pan horąży;
Wszakże na Litwie stare powiada pżysłowie:
Szczęśliwy człowiek, jako kwestaż w Niehrymowie!»
«I do nas — żekł Zubkowski — wstąp jeżeli łaska;
Znajdzie się tam pułsztuczek płutna, masła faska,
Baran lub kruwka; wspomnij księże na te słowa:
Szczęśliwy człowiek, trafił jak ksiądz do Zubkowa».
«I do nas» — żekł Skołuba. «Do nas — Terajewicz —
Żaden bernardyn głodny nie wyszedł z Pucewicz».
Tak cała szlahta prośbą i obietnicami
Pżeprowadzała księdza; on już był za dżwiami.
On już pierwej pżez okno ujżał Tadeusza,
Ktury leciał gościńcem, w cwał, bez kapelusza,
Z głową shyloną, bladym, posępnym obliczem,
A konia ustawicznie budł i kropił biczem.
Ten widok bardzo księdza bernardyna zmieszał,
Więc za młodzieńcem kroki szybkimi pośpieszał
Do wielkiej puszczy, ktura, jako oko sięga,
Czerniła się na całym bżegu widnokręga.
Ktuż zbadał puszcz litewskih pżepastne krainy,
Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?
Rybak ledwie u bżeguw nawiedza dno moża;
Myśliwiec krąży koło puszcz litewskih łoża,
Zna je ledwie po wieżhu, ih postać, ih lice:
Lecz obce mu ih wnętżne serca tajemnice;
Wieść tylko albo bajka wie, co się w nih dzieje.
Bo gdybyś pżeszedł bory i podszyte knieje,
Trafisz w głębi na wielki wał pniuw, kłud, kożeni,
Obronny tżęsawicą, tysiącem strumieni
I siecią zielsk zarosłyh, i kopcami mrowisk,
Gniazdami os, szerszeniuw, kłębami wężowisk.
Gdybyś i te zapory zmugł nadludzkim męstwem,
Dalej spotkać się z większym masz niebezpieczeństwem:
Dalej co krok czyhają, niby wilcze doły,
Małe jeziorka, trawą zarosłe na poły,
Tak głębokie, że ludzie dna ih nie dośledzą
(Wielkie jest podobieństwo, że diabły tam siedzą).
Woda tyh studni sklni się, plamista rdzą krwawą,
A z wnętża ciągle dymi, zionąc woń plugawą,
Od kturej dżewa wkoło tracą liść i korę;
Łyse, skarłowaciałe, robaczliwe, hore,
Pohyliwszy konary mhem kołtunowate
I pnie garbiąc, bżydkimi gżybami brodate,
Siedzą wokoło wody jak czarownic kupa
Gżejąca się nad kotłem, w kturym ważą trupa.
Za tymi jeziorkami już nie tylko krokiem,
Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem,
Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem,
Co się wiecznie ze tżęskih opażelisk wznosi.
A za tą mgłą na koniec (jak wieść gminna głosi)
Ciągnie się bardzo piękna, żyzna okolica,
Głuwna krulestwa zwieżąt i roślin stolica.
W niej są złożone wszystkih dżew i ziuł nasiona,
Z kturyh się rozrastają na świat ih plemiona;
W niej, jak w arce Noego, z wszelkih zwieżąt rodu
Jedna pżynajmniej para howa się dla płodu.
W samym środku (jak słyhać) mają swoje dwory
Dawny Tur, Żubr i Niedźwiedź, puszcz imperatory;
Około nih na dżewah gnieździ się Ryś bystry
I żarłoczny Rosomak jak czujne ministry;
Dalej zaś, jak podwładni szlahetni wasale,
Mieszkają Dziki, Wilki i Łosie rogale.
Nad głowami Sokoły i Orłowie dzicy,
Żyjący z pańskih stołuw dworscy zausznicy.
Te pary zwieżąt głuwne i patryjarhalne,
Ukryte w jądże puszczy, światu niewidzialne,
Dzieci swe ślą dla osad za granicę lasu,
A sami we stolicy używają wczasu;
Nie giną nigdy bronią sieczną ani palną,
Lecz staży umierają śmiercią naturalną.
Mają też i swuj cmentaż, kędy bliscy śmierci,
Ptaki składają piura, czworonogi sierci:
Niedźwiedź, gdy zjadłszy zęby, strawy nie pżeżuwa,
Jeleń zgżybiały, gdy już ledwie nogi suwa,
Zając sędziwy, gdy mu już krew w żyłah kżepnie,
Kruk, gdy już posiwieje, sokuł, gdy oślepnie,
Ożeł, gdy mu dziub stary tak się w kabłąk skżywi,
Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi,
Idą na cmentaż. Nawet mniejszy zwież, raniony
Lub hory, bieży umżeć w swe ojczyste strony.
Stąd to w miejscah dostępnyh, kędy człowiek gości,
Nie znajdują się nigdy martwyh zwieżąt kości.
Słyhać, że tam w stolicy między zwieżętami
Dobre są obyczaje, bo żądzą się sami;
Jeszcze cywilizacją ludzką nie popsuci,
Nie znają praw własności, ktura świat nasz kłuci,
Nie znają pojedynkuw ni wojennej sztuki.
Jak ojce żyły w raju, tak dziś żyją wnuki,
Dzikie i swojskie razem, w miłości i zgodzie,
Nigdy jeden drugiego nie kąsa ni bodzie.
Nawet gdyby tam człowiek wpadł, hociaż niezbrojny,
Toby środkiem bestyi pżehodził spokojny;
One by nań patżyły tym wzrokiem zdziwienia,
Jakim w owym ostatnim szustym dniu stwożenia
Ojce ih pierwsze, co się w ogrujcu gnieździły,
Patżyły na Adama, nim się z nim skłuciły.
Szczęściem, człowiek nie zbłądzi do tego ostępu,
Bo Trud, i Trwoga, i Śmierć bronią mu pżystępu.
Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary,
Wpadłszy niebacznie między bagna, mhy i jary,
Wnętżnej ih okropności rażone widokiem,
Uciekają skowycząc z obłąkanym wzrokiem;
I długo potem ręką pana już głaskane,
Drżą jeszcze u nug jego strahem opętane.
Te puszcz stołeczne, ludziom nieznane tajniki,
W języku swoim stżelcy zowią: mateczniki.
Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział,
Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział;
Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność,
Czy uczułeś do owsa dojżałego skłonność,
Wyszedłeś na bżeg puszczy, gdzie się las pżeżedził,
I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził,
I zaraz obsaczniki, hytre nasłał szpiegi,
By poznać, gdzie popasasz i gdzie masz noclegi.
Teraz Wojski z obławą, już od matecznika
Postawiwszy szeregi, odwrut ci zamyka.
Tadeusz się dowiedział, że niemało czasu
Już pżeszło, jak ogary wpadły w othłań lasu.
Ciho. Prużno myśliwi natężają uha;
Prużno jak najciekawszej mowy każdy słuha
Milczenia, długo w miejscu nieruhomy czeka:
Tylko muzyka puszczy gra do nih z daleka.
Psy nurtują po puszczy, jak pod możem nurki,
A stżelcy, obruciwszy do lasu dwururki,
Patżą Wojskiego. Ukląkł, ziemię uhem pyta;
Jako w tważy lekaża wzrok pżyjaciuł czyta
Wyrok życia lub zgonu miłej im osoby,
Tak stżelcy, ufni w sztuki Wojskiego sposoby,
Topili w nim spojżenia nadziei i trwogi.
«Jest! jest!» — wyżekł pułgłosem, zerwał się na nogi.
On słyszał! Oni jeszcze słuhali; nareszcie
Słyszą: jeden pies wżasnął, potem dwa, dwadzieście,
Wszystkie razem ogary rozpieżhnioną zgrają
Doławiają się, wżeszczą, wpadły na trop, grają,
Ujadają. Już nie jest to powolne granie
Psuw goniącyh zająca, lisa albo łanie;
Lecz wciąż wżask krutki, częsty, ucinany, zjadły;
To nie na ślad daleki ogary napadły:
Na oko gonią. Nagle ustał kżyk pogoni,
Doszli zwieża. Wżask znowu, skowyt: zwież się broni
I zapewne kaleczy; śrud ogaruw grania
Słyhać coraz to częściej jęk psiego konania.
Stżelcy stali i każdy ze stżelbą gotową
Wygiął się jak łuk napżud z wciśnioną w las głową.
Nie mogą dłużej czekać! Już ze stanowiska
Jeden za drugim zmyka i w puszczę się wciska,
Hcą pierwsi spotkać źwieża: hoć Wojski ostżegał,
Hoć Wojski stanowiska na koniu obiegał,
Kżycząc, że czy kto prostym hłopem, czy paniczem,
Jeżeli z miejsca zejdzie, dostanie w gżbiet smyczem!
Nie było rady! Wszyscy pomimo zakazu
W las pobiegli. Tży stżelby huknęły od razu;
Potem wciąż kanonada, aż głośniej nad stżały
Ryknął niedźwiedź i ehem napełnił las cały.
Ryk okropny, boleści, wściekłości, rozpaczy;
Za nim wżask psuw, kżyk stżelcuw, trąby dojeżdżaczy
Gżmiały ze środka puszczy. Stżelcy — ci w las śpieszą,
Tamci kurki odwodzą, a wszyscy się cieszą;
Jeden Wojski w żałości, kżyczy, że hybiono.
Stżelcy i obławnicy poszli jedną stroną
Na pżełaj źwieża, między ostępem i puszczą,
A niedźwiedź, odstraszony psuw i ludzi tłuszczą,
Zwrucił się nazad w miejsca mniej pilnie stżeżone
Ku polom, skąd już zeszły stżelcy rozstawione,
Gdzie tylko pozostali z mnogih łowczyh szykuw
Wojski, Tadeusz, Hrabia, z kilką obławnikuw.
Tu las był żadszy. Słyhać z głębi ryk, tżask łomu;
Aż z gęstwy, jak z hmur, wypadł niedźwiedź na kształt gromu;
Wkoło psy gonią, straszą, rwą; on wstał na nogi
Tylne i spojżał wkoło, rykiem strasząc wrogi,
I pżednimi łapami to dżewa kożenie,
To pniaki osmalone, to wrosłe kamienie
Rwał, waląc w psuw i w ludzi, aż wyłamał dżewo.
Kręcąc nim jak maczugą na prawo, na lewo,
Runął wprost na ostatnih strażnikuw obławy:
Hrabię i Tadeusza. Oni bez obawy
Stoją w kroku, na źwieża wytknęli flint rury,
Jako dwa konduktory w łono ciemnej hmury;
Aż oba jednym razem pociągnęli kurki
(Niedoświadczeni!), razem zagżmiały dwururki:
Hybili. Niedźwiedź skoczył; oni tuż utkwiony
Oszczep jeden hwycili czterema ramiony,
Wydzierali go sobie. Spojżą, aż tu z pyska
Wielkiego, czerwonego dwa żędy kłuw błyska,
I łapa z pazurami już się na łby spuszcza;
Pobledli, w tył skoczyli i, gdzie żednie puszcza,
Zmykali. Zwież za nimi wspiął się, już pazury
Zahaczał, hybił, podbiegł, wspiął się znuw do gury
I czarną łapą sięgał Hrabiego włos płowy.
Zdarłby mu czaszkę z mozguw jak kapelusz z głowy,
Gdy Asesor z Rejentem wyskoczyli z bokuw,
A Gerwazy biegł z pżodu o jakie sto krokuw,
Z nim Robak, hoć bez stżelby — i tżej w jednej hwili
Jak gdyby na komendę razem wystżelili.
Niedźwiedź wyskoczył w gurę jak kot pżed hartami
I głową na duł runął, i czterma łapami
Pżewruciwszy się młyńcem, cielska krwawe bżemię
Waląc tuż pod Hrabiego, zbił go z nug na ziemię.
Jeszcze ryczał, hciał jeszcze powstać, gdy nań wsiadły
Rozjuszona Strapczyna i Sprawnik zajadły.
Natenczas Wojski hwycił na taśmie pżypięty
Swuj rug bawoli, długi, cętkowany, kręty
Jak wąż boa, oburącz do ust go pżycisnął,
Wzdął policzki jak banię, w oczah krwią zabłysnął,
Zasunął wpuł powieki, wciągnął w głąb puł bżuha
I do płuc wysłał z niego cały zapas duha,
I zagrał: rug jak wiher wirowatym dehem,
Niesie w puszczę muzykę i podwaja ehem.
Umilkli stżelcy, stali szczwacze zadziwieni
Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni.
Stażec cały kunszt, kturym niegdyś w lasah słynął,
Jeszcze raz pżed uszami myśliwcuw rozwinął;
Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy,
Jakby psiarnię w nie wpuścił i rozpoczął łowy.
Bo w graniu była łowuw historyja krutka:
Zrazu odzew dźwięczący, żeśki — to pobudka;
Potem jęki po jękah skomlą — to psuw granie;
A gdzieniegdzie ton twardszy jak gżmot — to stżelanie.
Tu pżerwał, lecz rug tżymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to eho grało.
Zadął znowu. Myśliłbyś, że rug kształty zmieniał
I że w ustah Wojskiego to grubiał, to cieniał,
Udając głosy zwieżąt: to raz w wilczą szyję
Pżeciągając się, długo, pżeraźliwie wyje;
Znowu jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się gardło,
Ryknął; potem beczenie żubra wiatr rozdarło.
Tu pżerwał, lecz rug tżymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to eho grało.
Wysłuhawszy rogowej arcydzieło sztuki,
Powtażały je dęby dębom, bukom buki.
Dmie znowu. Jakby w rogu były setne rogi,
Słyhać zmieszane wżaski szczwania, gniewu, trwogi,
Stżelcuw, psiarni i zwieżąt; aż Wojski do gury
Podniusł rug i tryumfu hymn udeżył w hmury.
Tu pżerwał, lecz rug tżymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to eho grało.
Ile dżew, tyle roguw znalazło się w boru,
Jedne drugim pieśń niosą jak z horu do horu.
I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,
Coraz cihsza i coraz czystsza, doskonalsza,
Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!
Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu
Rozkżyżował; rug opadł, na pasie żemiennym
Hwiał się. Wojski z obliczem nabżmiałym, promiennym,
Z oczyma wzniesionymi, stał jakby nathniony,
Łowiąc uhem ostatnie znikające tony.
A tymczasem zagżmiało tysiące oklaskuw,
Tysiące powińszowań i wiwatnyh wżaskuw.
Uciszono się z wolna i oczy gawiedzi
Zwruciły się na wielki, świeży trup niedźwiedzi.
Leżał krwią opryskany, kulami pżeszyty,
Piersiami w gęszczę trawy wplątany i wbity;
Rozpżestżenił szeroko pżednie kżyżem łapy,
Dyszał jeszcze, wylewał strumień krwi pżez hrapy,
Otwierał jeszcze oczy, lecz głowy nie ruszy;
Pijawki Podkomorzego dzierżą go pod uszy,
Z lewej strony Strapczyna, a z prawej zawisał
Sprawnik i dusząc gardziel krew czarną wysysał.
Za czym Wojski rozkazał kij żelazny włożyć
Psom między zęby i tak paszczęki roztwożyć.
Kolbami pżewrucono na wznak zwieża zwłoki
I znuw tżykrotny wiwat udeżył w obłoki.
«A co? — kżyknął Asesor, kręcąc stżelby rurą —
A co? fuzyjka moja? gurą nasi, gurą!
A co? fuzyjka moja? niewielka ptaszyna,
A jak się popisała? To jej nie nowina:
Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku.
Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku».
Tu pokazywał stżelbę pżedziwnej roboty,
Hoć maleńką, i zaczął wyliczać jej cnoty.
«Ja biegłem — pżerwał Rejent, otarłszy pot z czoła —
Biegłem tuż za niedźwiedziem; a pan Wojski woła:
»Stuj na miejscu!« Jak tam stać? Niedźwiedź w pole wali,
Rwąc z kopyta jak zając coraz daléj, daléj;
Aż mi duha nie stało, dobiec ni nadziei,
Aż spojżę w prawo: sadzi, a tu żadko w kniei,
Jak też wziąłem na oko: postujże, maruha,
Pomyśliłem, i basta: ot, leży bez duha!
Tęga stżelba, prawdziwa to Sagalasówka,
Napis: Sagalas London à Bałabanówka...
(Sławny tam mieszka ślusaż Polak, ktury robił
Polskie stżelby, ale je po angielsku zdobił)».
«Jak to — parsknął Asesor — do kroćset niedźwiedzi!
To to niby pan zabił? Co też to Pan bredzi?»
«Słuhaj no — odparł Rejent — tu, panie, nie śledztwo,
Tu obława, tu wszystkih weźmiem na świadectwo...»
Więc kłutnia między zgrają wszczęła się zawzięta:
Ci stronę Asesora, ci brali Rejenta.
O Gerwazym nie wspomniał nikt, bo wszyscy biegli
Z bokuw i, co się z pżodu działo, nie postżegli.
Wojski głos zabrał: «Teraz jest pżynajmniej za co;
Bo to, panowie, nie jest uw szarak ladaco,
To niedźwiedź; tu już nie żal poszukać odwetu,
Czy szerpentyną, czyli nawet z pistoletu.
Spur wasz trudno pogodzić, więc dawnym zwyczajem,
Na pojedynek nasze pozwolenie dajem.
Pamiętam, za myh czasuw żyło dwuh sąsiaduw,
Oba ludzie uczciwi, szlahta z prapradziaduw,
Mieszkali po dwuh stronah nad żeką Wilejką,
Jeden zwał się Domejko, a drugi Dowejko.
Do niedźwiedzicy oba razem wystżelili:
Kto zabił, trudno dociec; strasznie się kłucili
I pżysięgli stżelać się pżez niedźwiedzią skurę:
To mi to po szlahecku, prawie rura w rurę.
Pojedynek ten wiele narobił hałasu;
Pieśni o nim śpiewano za owego czasu.
Ja byłem sekundantem; jak się wszystko działo,
Opowiem od początku historyję całą...»
Nim Wojski zaczął muwić, Gerwazy spur zgodził.
On niedźwiedzia z uwagą dokoła obhodził,
Nareszcie dobył tasak, rozciął pysk na dwoje
I w tylcu głowy, muzgu rozkroiwszy słoje,
Znalazł kulę, wydobył, suknią ohędożył,
Pżymieżył do ładunku, do flinty pżyłożył,
A potem dłoń podnosząc i kulę na dłoni:
«Panowie — żekł — ta kula nie jest z waszej broni,
Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki
(Tu podniusł flintę starą, obwiązaną w sznurki),
Lecz nie ja wystżeliłem. O, tżeba tam było
Odwagi; straszno wspomnieć, w oczah mi się ćmiło!
Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie,
A niedźwiedź z tyłu już, już na Hrabiego głowie,
Ostatniego z Horeszków!... hociaż po kądzieli.
»Jezus Maria!« kżyknąłem i Pańscy anieli
Zesłali mi na pomoc księdza bernardyna.
On nas wszystkih zawstydził; oj, dzielny księżyna!
Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił,
On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił, wystżelił:
Między dwie głowy stżelić! sto krokuw! nie hybić!
I w sam środek paszczęki! tak mu zęby wybić!
Panowie! długo żyję: jednego widziałem
Człowieka, co mugł takim popisać się stżałem.
Uw głośny niegdyś u nas z tylu pojedynkuw,
Uw, co korki kobietom wystżelał z patynkuw,
Uw łotr nad łotry, sławny w czasy wiekopomne,
Uw Jacek, vulgo Wąsal — nazwiska nie wspomnę...
Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi;
Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi.
Hwała księdzu! dwom ludziom on życie ocalił —
Może i tżem: Gerwazy nie będzie się hwalił,
Ale gdyby ostatnie z krwi Horeszków dziecię
Wpadło w bestyi paszczę, nie byłbym na świecie,
I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości;
Pujdź, księże, wypijemy zdrowie jegomości».
Prużno szukano księdza; wiedzą tylko tyle,
Że po zabiciu źwieża zjawił się na hwilę,
Podskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi,
A widząc, że obadwa cali są i zdrowi,
Podniusł ku niebu oczy, ciho pacież zmuwił
I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił.
Tymczasem na Wojskiego rozkaz pęki wżosu,
Suhe hrusty i pniaki żucono do stosu.
Buha ogień, wyrasta szara sosna dymu,
I rozszeża się w guże na kształt baldakimu.
Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki,
Na grotah zawieszono bżuhate kociołki;
Z wozuw niosą jażyny, mąki i pieczyste,
I hleb.
Sędzia otwożył puzderko zamczyste,
W kturym żędami flaszek białe sterczą głowy;
Wybiera z nih największy kufel kryształowy
(Dostał go Sędzia w daże od księdza Robaka):
Wudka to gdańska, napuj miły dla Polaka.
«Nieh żyje — kżyknął Sędzia w gurę wznosząc flaszę —
Miasto Gdańsk, niegdyś nasze, będzie znowu nasze!»
I lał srebżysty likwor w kolej, aż na końcu
Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu.
W kociołkah bigos gżano. W słowah wydać trudno
Bigosu smak pżedziwny, kolor i woń cudną;
Słuw tylko bżęk usłyszy i rymuw pożądek,
Ale treści ih miejski nie pojmie żołądek.
Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
Tżeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.
Pżecież i bez tyh pżypraw potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jażyn dobryh sztucznie składa.
Bieże się doń siekana, kwaszona kapusta,
Ktura, wedle pżysłowia, sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z bżeguw naczynia war pryśnie
I powietże dokoła zionie aromatem.
Bigos już gotuw. Stżelcy z tżykrotnym wiwatem,
Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie;
Miedź gżmi, dym buha, bigos jak kamfora ginie;
Zniknął, uleciał; tylko w czeluściah saganuw
Wre para jak w krateże zagasłyh wulkanuw.
Kiedy się już do woli napili, najedli,
Źwieża na wuz złożyli, sami na koń siedli,
Radzi wszyscy, rozmowni, oprucz Asesora
I Rejenta; ci byli gniewliwsi niż wczora,
Kłucąc się o zalety, ten swej Sanguszkówki,
A ten bałabanowskiej swej Sagalasówki.
Hrabia też i Tadeusz jadą nieweseli,
Wstydząc się, że hybili i że się cofnęli:
Bo na Litwie, kto źwieża wypuści z obławy,
Długo musi pracować, nim poprawi sławy.
Hrabia muwił, że pierwszy do oszczepu godził,
I że spotkaniu z źwieżem Tadeusz pżeszkodził;
Tadeusz utżymywał, że będąc silniejszy
I do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy,
Hciał wyręczyć Hrabiego: tak sobie niekiedy
Pżemawiali śrud gwaru i wżasku czeredy.
Wojski jehał pośrodku; staruszek szanowny,
Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny.
Hcąc kłutnikuw zabawić i do zgody dowieść,
Kończył im o Doweyce i Domeyce powieść:
«Asesorze, jeżeli hciałem, byś z Rejentem
Pojedynkował, nie myśl, że jestem zawziętym
Na krew ludzką; broń Boże! Hciałem was zabawić,
Hciałem wam komedyję niby to wyprawić,
Wznowić koncept, ktury ja lat temu czterdzieście
Wymyśliłem — pżedziwny! Wy młodzi jesteście,
Nie pamiętacie o nim; lecz za moih czasuw,
Głośny był od tej puszczy do poleskih lasuw.
Domeyki i Doweyki wszystkie spżeciwieństwa
Pohodziły, żecz dziwna, z nazwisk podobieństwa
Bardzo niewygodnego. Bo gdy w czas sejmikuw,
Pżyjaciele Doweyki skarbili stronnikuw,
Szepnął ktoś do szlahcica: »Daj kreskę Doweyce«.
A ten, nie dosłyszawszy, dał kreskę Domeyce.
Gdy na uczcie wniusł zdrowie marszałek Rupejko:
»Wiwat Doweyko!« — drudzy kżyknęli: »Domeyko!«
A kto siedział pośrodku, nie trafił do ładu,
Zwłaszcza pży niewyraźnej mowie w czas obiadu.
Gożej było. Raz w Wilnie jakiś szlahcic pjany
Bił się w szable z Domeyką i dostał dwie rany;
Potem uw szlahcic, z Wilna wracając do domu,
Dziwnym trafem z Doweyką zjehał się u promu.
Gdy więc na jednym promie płynęli Wilejką,
Pyta sąsiada, kto on? odpowie: Doweyko —
Nie czekając, dobywa rapier spod kirejki:
Czah, czah! i za Domeykę podciął wąs Doweyki.
Wreszcie, jak na dobitkę, tżeba jeszcze było,
Żeby na polowaniu tak się wydażyło,
Że stali blisko siebie oba imiennicy,
I do jednej stżelili razem niedźwiedzicy.
Prawda, że po ih stżale upadła bez duhu;
Ale już pierwej niosła z dziesiątek kul w bżuhu.
Stżelby z jednym kalibrem miało wiele osub:
Kto zabił niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposub?
Tu już kżyknęli: »Dosyć! Tżeba raz żecz skończyć,
Bóg nas czy diabeł złączył, tżeba się rozłączyć;
Dwuh nas jak dwuh słońc pono zanadto na świecie!«
A więc do szerpentynek i stają na mecie.
Oba szanowni ludzie; co ih szlahta godzą,
To oni na się jeszcze zapalczywiej godzą.
Zmienili broń: od szabel szło na pistolety;
Stają, kżyczym, że nadto pżybliżyli mety;
Oni na złość, pżysięgli pżez niedźwiedzią skurę
Stżelać się: śmierć niehybna! prawie rura w rurę.
Oba tęgo stżelali — »Sekunduj, Hreczecha!«
»Zgoda — żekłem — nieh zaraz duł wykopie kleha:
Bo taki spur nie może skończyć się na niczym;
Lecz bijcie się szlaheckim trybem, nie żeźniczym.
Dosyć już mety zbliżać, widzę, żeście zuhy;
Hcecie stżelać się, rury oparłszy na bżuhy?
Ja nie pozwolę. Zgoda, że na pistolety;
Lecz stżelać się nie z dalszej ani z bliższej mety,
Jak pżez skurę niedźwiedzią. Ja rękami memi
Jako sekundant skurę rozciągnę na ziemi,
I ja sam was ustawię: Waść po jednej stronie
Stanie na końcu pyska, a Waść na ogonie«.
»Zgoda!« — wżaśli; czas? — jutro; miejsce? — karczma Usza.
Rozjehali się. Ja zaś do Wirgilijusza...»
Tu Wojskiemu pżerwał kżyk: «Wyczha!» Tuż spod koni
Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokół goni.
Psy wzięto na obławę wiedząc, że z powrotem
Na polu łatwo można napotkać się z kotem;
Bez smyczy szły pży koniah; gdy kota spostżegły,
Wpżud nim stżelcy poszczuli, już za nim pobiegły.
Rejent też i Asesor hcieli końmi natżeć;
Lecz Wojski wstżymał kżycząc: «Wara! stać i patżeć!
Nikomu krokiem ruszyć z miejsca nie dozwolę;
Stąd widzim wszyscy dobże, zając idzie w pole».
W istocie, kot czuł z tyłu myśliwyh i psiarnie,
Rwał w pole, słuhy wytknął jak dwa rużki sarnie,
Sam szażał się nad rolą długi, wyciągnięty,
Skoki pod nim sterczały jakby cztery pręty,
Żekłbyś, że ih nie rusza, tylko ziemię trąca
Po wieżhu, jak jaskułka wodę całująca.
Pył za nim, psy za pyłem; z daleka się zdało,
Że zając, psy i harty jedne twożą ciało:
Jakby jakaś pżez pole suwała się żmija,
Kot jak głowa, pył z tyłu jakby modra szyja,
A psami jak podwujnym ogonem wywija.
Rejent, Asesor patżą, otwożyli usta,
Deh wstżymali. Wtem Rejent pobladnął jak husta,
Zbladł i Asesor; widzą... fatalnie się dzieje:
Owa żmija im dalej, tym bardziej dłużeje,
Już rwie się wpuł, już znikła owa szyja pyłu,
Głowa już blisko lasu, ogony, gdzie z tyłu!
Głowa niknie; raz jeszcze jakby kto kutasem
Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem.
Biedne psy, ogłupiałe, biegały pod gajem,
Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem.
Wreszcie wracają, z wolna skacząc pżez zagony,
Spuściły uszy, tulą do bżuha ogony
I pżybiegłszy, ze wstydu nie śmieją wznieść oczu,
I zamiast iść do panuw, stały na uboczu.
Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło,
Asesor żucał okiem, ale niewesoło;
Potem zaczęli oba słuhaczom wywodzić:
Jak ih harty bez smycza nie nawykły hodzić,
Jak kot znienacka wypadł, jak źle był poszczuty
Na roli, gdzie psom hyba tżeba by wdziać buty,
Tak pełno wszędzie głazuw i ostryh kamieni...
Mądże żecz wyłuszczali szczwacze doświadczeni;
Myśliwi z tyh muw wiele mogliby kożystać,
Lecz nie słuhali pilnie. Ci zaczęli świstać,
Ci śmiać się w głos, ci, mając niedźwiedzia w pamięci,
Gadali o nim, świeżą obławą zajęci.
Wojski ledwie raz okiem za zającem żucił;
Widząc, że uciekł, głowę obojętnie zwrucił
I kończył żecz pżerwaną: «Na czym więc stanąłem?
Aha! na tym, że obu za słowo ująłem,
Iż będą stżelali się pżez niedźwiedzią skurę...
Szlahta w kżyk: »To śmierć pewna! Prawie rura w rurę!«
A ja w śmieh. Bo mnie uczył muj pżyjaciel Maro,
Że skura zwieża nie jest lada jaką miarą.
Wszak wiecie waćpanowie, jak krulowa Dydo
Pżypłynęła do Libów i tam z wielką biédą
Wytargowała sobie taki ziemi kawał,
Ktury by się wołową skurą nakryć dawał:
Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago!
Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą.
Ledwie dniało, już z jednej strony taradejką
Jedzie Doweyko, z drugiej na koniu Domeyko.
Patżą, aż tu pżez żekę leży most kosmaty,
Pas ze skury niedźwiedziej, pożniętej na szmaty.
Postawiłem Doweykę na źwieża ogonie
Z jednej strony, Domeykę zaś po drugiej stronie:
»Pukajcie teraz — żekłem — hoć pżez całe życie,
Lecz puty was nie spuszczę, aż się pogodzicie«.
Oni w złość; a tu szlahta kładnie się na ziemi
Od śmiehu, a ja z księdzem słowy poważnemi
Nuż im z Ewangelii, z statutuw dowodzić;
Nie ma rady: śmieli się i musieli zgodzić.
Spur ih potem w dozgonną pżyjaźń się zamienił,
I Doweyko się z siostrą Domeyki ożenił;
Domeyko pojął siostrę szwagra, Doweykównę,
Podzielili majątek na dwie części ruwne,
A w miejscu, gdzie się zdażył tak dziwny pżypadek,
Pobudowawszy karczmę, nazwali Niedźwiadek».