Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie

Księga tżecia

Księga tżecia

Umizgi

Wyprawa Hrabiego na sad — Tajemnicza nimfa gęsi pasie — Podobieństwo gżybobrania do pżehadzki cieniuw elizejskih — Gatunki gżybuw — Telimena w świątyni dumania — Narady tyczące się postanowienia Tadeusza — Hrabia pejzażysta — Tadeusza uwagi malarskie nad dżewami i obłokami — Hrabiego myśl o sztuce — Dzwon — Bilecik — Niedźwiedź, mospanie!

Hrabia wracał do siebie; lecz konia wstżymywał, 
Głową coraz w tył kręcił, w ogrud się wpatrywał. 
I raz mu się zdawało, że znowu z okienka 
Błysnęła tajemnicza, bieluhna sukienka 
I coś lekkiego znowu upadło z wysoka, 
I pżeleciawszy cały ogrud w mgnieniu oka, 
Pomiędzy zielonymi świeciło ogurki: 
Jako promień słoneczny, wykradłszy się z hmurki, 
Kiedy śrud roli padnie na kżemienia skibę 
Lub śrud zielonej łąki w drobną wody szybę. 
 
Hrabia zsiadł z konia, sługi odprawił do domu, 
A sam ku ogrodowi ruszył po kryjomu. 
Dobiegł wkrutce parkanu, znalazł w nim otwory 
I wcisnął się po cihu, jak wilk do obory. 
Nieszczęściem, trącił kżaki suhego agrestu: 
Ogrodniczka, jak gdyby zlękła się szelestu, 
Oglądała się wkoło, lecz nic nie spostżegła; 
Pżecież ku drugiej stronie ogrodu pobiegła. 
A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie, 
Między liście łopuhu, na rękah, po trawie, 
Skacząc jak żaba, ciho pżyczołgał się blisko, 
Wytknął głowę i ujżał cudne widowisko. 
 
W tej części sadu rosły tu i uwdzie wiśnie, 
Śrud nih zboże w gatunkah zmieszanyh umyślnie: 
Pszenica, kukuruza, bub, jęczmień wąsaty, 
Proso, groszek, a nawet kżewiny i kwiaty. 
Domowemu to ptactwu taki ohmistżyni 
Wymyśliła ogrudek: sławna gospodyni, 
Zwała się Kokosznicka, z domu Jendykowi- 
czuwna. Jej wynalazek epokę stanowi 
W domowym gospodarstwie; dziś powszehnie znany, 
Lecz w owyh czasah jeszcze za nowość podany, 
Pżyjęty pod sekretem od niewielu osub, 
Nim go wydał kalendaż, pod tytułem: Sposub 
Na jastżębie i kanie, albo nowy środek 
Wyhowywania drobiu — był to uw ogrodek. 
 
Jakoż, zaledwie kogut, co odprawia warty, 
Stanie i nieruhomie dzierżąc dziub zadarty, 
I głowę gżebieniastą pohyliwszy bokiem, 
Aby tym łacniej w niebo mugł celować okiem, 
Dostżeże wiszącego jastżębia śrud hmury, 
Kżyknie: zaraz w ten ogrud howają się kury, 
Nawet gęsi i pawie, i w nagłym pżestrahu 
Gołębie, gdy nie mogą shronić się na dahu. 
 
Teraz w niebie żadnego nie widziano wroga; 
Tylko skważyła słońca letniego pożoga. 
Od niej ptaki w zbożowym ukryły się lasku; 
Tamte leżą w murawie, te kąpią się w piasku. 
 
Śrud ptaszyh głuw sterczały głuwki ludzkie małe, 
Odkryte; włosy na nih krutkie, jak len białe; 
Szyje nagie do ramion; a pomiędzy nimi 
Dziewczyna głową wyższa, z włosami dłuższymi. 
Tuż za dziećmi paw siedział i piur swyh obręcze 
Szeroko rozpżestżenił w rużnofarbną tęczę, 
Na kturej głuwki białe, jak na tle obrazku, 
Żucone w ciemny błękit, nabierały blasku. 
Obrysowane wkoło kręgiem pawih oczu 
Jak wiankiem gwiazd, świeciły w zbożu jak w pżezroczu, 
Pomiędzy kukuruzy złocistymi laski, 
I angielską trawicą posrebżaną w paski, 
I szczyrem koralowym, i zielonym ślazem; 
Kturyh kształty i barwy mieszały się razem 
Niby krata ze srebra i złota pleciona, 
A powiewna od wiatru jak lekka zasłona. 
 
Nad gęstwą rużnofarbnyh kłosuw i badyluw 
Wisiała jak baldahim jasna mgła motyluw, 
Zwanyh babkami, kturyh poczwurne skżydełka 
Lekkie jak pajęczyna, pżejżyste jak szkiełka, 
Gdy w powietżu zawisną, zaledwo widome, 
I hociaż bżęczą, myślisz, że są nieruhome. 
 
Dziewczyna powiewała podniesioną w ręku 
Szarą kitką, podobną do piur strusih pęku; 
Nią zdała się oganiać głuwki niemowlęce 
Od złotego motyluw deszczu. W drugiej ręce 
Coś u niej rogatego, złocistego świeci, 
Zdaje się, że naczynie do karmienia dzieci: 
Bo je zbliżała dzieciom do ust po kolei; 
Miało zaś kształt złotego rogu Amaltei. 
 
Tak zatrudniona, pżecież obracała głowę 
Na pamiętne szelestem kżaki agrestowe, 
Nie wiedząc, że napastnik już z pżeciwnej strony 
Pżybliżył się, czołgając jak wąż pżez zagony, 
Aż wyskoczył z łopuhu. Spojżała — stał blisko, 
O cztery gżędy od niej, i kłaniał się nisko. 
Już głowę odwruciła i wzniosła ramiona, 
I zrywała się lecieć jak kraska spłoszona, 
I już lekkie jej stopy wionęły nad liściem, 
Kiedy dzieci, pżelękłe podrużnego wniściem 
I ucieczką dziewczyny, wżasnęły okropnie. 
Posłyszała, uczuła, że jest nieroztropnie 
Dziatwę małą, pżelękłą i samą pożucić: 
Wracała, wstżymując się, lecz musiała wrucić, 
Jak niehętny duh, wrużka pżyzwany zaklęciem, 
Pżybiegła z najkżykliwszym bawić się dziecięciem, 
Siadła pży nim na ziemi, wzięła je na łono; 
Drugie głaskała ręką i mową pieszczoną; 
Aż się uspokoiły, objąwszy w rączęta 
Jej kolana i tuląc głuwki jak pisklęta 
pod skżydło matki. Ona żekła: «Czy to pięknie 
Tak kżyczeć? Czy to gżecznie? Ten pan się zalęknie. 
Ten pan nie pżyszedł straszyć; to nie dziad szkaradny, 
To gość, dobry pan, patżcie tylko jaki ładny». 
 
Sama spojżała: Hrabia uśmiehnął się mile, 
I widocznie był wdzięczny jej za pohwał tyle; 
Postżegła się, umilkła, oczy opuściła 
I jako ruży pączek cała się spłoniła. 
 
W istocie był to piękny pan: słusznej urody, 
Tważ miał pociągłą, blade lecz świeże jagody, 
Oczy modre, łagodne, włos długi, białawy; 
Na włosah listki ziela i kosmyki trawy, 
Kture Hrabia oberwał pełznąc pżez zagony, 
Zieleniły się jako wieniec rozpleciony. 
 
«O ty — żekł — jakimkolwiek uczczę cię imieniem, 
Bustwem jesteś czy nimfą, duhem czy widzeniem! 
Muw: własna li cię wola na ziemię sprowadza, 
Obca li więzi ciebie na padole władza? 
Ah, domyślam się, — pewnie wzgardzony miłośnik, 
Jaki pan możny, albo opiekun zazdrośnik, 
W tym cię parku zamkowym jak zaklętą stżeże! 
Godna, by o cię bronią walczyli ryceże, 
Byś została romansuw heroiną smutnyh! 
Odkryj mi, piękna, tajnie twyh losuw okrutnyh! 
Znajdziesz wybawiciela. Odtąd twym skinieniem, 
Jak żądzisz sercem moim, tak żądź mym ramieniem». 
Wyciągnął ramię. 
 
Ona z rumieńcem dziewiczym, 
Ale z rozweselonym słuhała obliczem. 
Jak dziecię lubi widzieć obrazki jaskrawe 
I w liczmanah błyszczącyh znajduje zabawę, 
Nim rozezna ih wartość: tak się słuh jej pieści 
Z dźwięcznymi słowy, kturyh nie pojęła treści. 
Na koniec zapytała: «Skąd tu pan pżyhodzi? 
I czego tu po gżędah szuka pan dobrodziéj?» 
 
Hrabia oczy roztwożył. Zmieszany, zdziwiony, 
Milczał; wreszcie, zniżając swej rozmowy tony: 
«Pżepraszam — żekł — panienko! Widzę, żem pomieszał 
Zabawy! Ah, pżepraszam: jam właśnie pośpieszał 
Na śniadanie: już puźno, hciałem na czas zdążyć; 
Panienka wie, że drogą tżeba wkoło krążyć, 
Pżez ogrud zdaje mi się jest do dworu prościéj». 
Dziewczyna żekła: «Tędy droga jegomości; 
Tylko gżąd psuć nie tżeba. Tam, między murawą 
Ścieżka». — «W lewo — zapytał Hrabia — czy na prawo?» 
Ogrodniczka, podniusłszy błękitne oczęta, 
Zdawała się go badać ciekawością zdjęta: 
Bo dom o tysiąc krokuw widny jak na dłoni, 
A Hrabia drogi pyta? Ale Hrabia do niéj 
Hciał koniecznie coś muwić i szukał powodu 
Rozmowy: «Panna mieszka tu? blisko ogrodu? 
Czy na wsi? Jak to było, żem panny we dwoże 
Nie widział? czy niedawno tu? pżyjezdna może?» 
Dziewczę wstżąsnęło głową. — «Pżepraszam, panienko, 
Czy nie tam pokuj panny, gdzie owe okienko?» 
 
Myślił zaś w duhu: jeśli nie jest heroiną 
Romansuw, jest młodziuhną, pżeśliczną dziewczyną. 
Zbyt często wielka dusza, myśl wielka ukryta 
W samotności, jak ruża śrud lasuw rozkwita; 
Dosyć ją wynieść na świat, postawić pżed słońcem, 
Aby widzuw zdziwiła jasnyh barw tysiącem!  
 
Ogrodniczka tymczasem powstała w milczeniu, 
Podniosła jedno dziecię zwisłe na ramieniu, 
Drugie wzięła za rękę, a kilkoro pżodem 
Zaganiając jak gąski, szła dalej ogrodem.  
 
Odwruciwszy się żekła: «Czy też pan nie może 
Rozbiegłe moje ptastwo wpędzić nazad w zboże?» 
«Ja, ptastwo pędzać?» kżyknął Hrabia z zadziwieniem; 
Ona tymczasem znikła, zakryta dżew cieniem. 
Hwilę jeszcze z szpaleru, pżez majowe zwoje, 
Pżeświecało coś na wskroś jakby oczu dwoje. 
 
Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie. 
Dusza jego, jak ziemia po słońca zahodzie, 
Ostygała powoli, barwy brała ciemne; 
Zaczął mażyć, lecz sny miał bardzo niepżyjemne. 
Zbudził się, sam nie wiedząc, na kogo się gniewał: 
Niestety, mało znalazł! nadto się spodziewał! 
Bo gdy zagonem pełzał ku owej pasterce, 
Paliło mu się w głowie, skakało w nim serce; 
Tyle wdziękuw w tajemnej nimfie upatrywał, 
W tyle ją cuduw ubrał, tyle odgadywał! 
Wszystko znalazł inaczej: prawda, że tważ ładną, 
Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną! 
A owa pulhność licuw i rumieńca żywość, 
Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość! 
Znak, że myśl jeszcze dżemie, że serce nieczynne! 
I owe odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne! 
«Po cuż się łudzić — kżyknął — zgaduję po czasie: 
Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie!» 
 
Z nimfy zniknieniem, całe czarowne pżezrocze 
Zmieniło się. Te wstęgi, te kraty urocze 
Złote, srebrne: niestety! więc to była słoma?  
 
Hrabia z załamanymi poglądał rękoma 
Na snopek uwiązanej trawami mietlicy, 
Kturą brał za pęk strusih piur w ręku dziewicy. 
Nie zapomniał naczynia: złocista konewka, 
Uw rożek Amaltei, była to marhewka! 
Widział ją w ustah dziecka pożeraną hciwie: 
Więc było po uroku! po czarah! po dziwie!  
 
Tak hłopiec, kiedy ujży cykoryi kwiaty, 
Wabiące dłoń miękkimi, lekkimi bławaty, 
Hce je pieścić, zbliża się, dmuhnie: i z podmuhem 
Cały kwiat na powietżu rozleci się puhem, 
A w ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy 
Nagą łodygę szarozielonawej trawy. 
 
Hrabia wcisnął na oczy kapelusz i wracał 
Tamtędy, kędy pżyszedł; ale drogę skracał, 
Stąpając po jażynah, kwiatah i agreście, 
Aż, pżeskoczywszy parkan, odethnął nareście! 
Pżypomniał, że dziewczynie muwił o śniadaniu; 
Może już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu 
W ogrodzie, blisko domu? może szukać wyślą? 
Postżegli, że uciekał? kto wie, co pomyślą? 
Więc wypadało wrucić. Hyląc się u płotuw 
Około miedz i zielska, po tysiącah zwrotuw 
Rad był pżecież, że wyszedł w końcu na gościniec, 
Ktury prosto prowadził na dworski dziedziniec. 
Szedł pży płocie, a głowę odwracał od sadu. 
Jak złodziej od spihleża, aby nie dać śladu, 
Że go myśli nawiedzić albo już nawiedził: 
Tak Hrabia był ostrożny, hoć go nikt nie śledził; 
Patżył w stronę pżeciwną ogrodu, na prawo.  
 
Był gaj z żadka zarosły, wysłany murawą. 
Po jej kobiercah, na wskroś białyh pniuw bżozowyh, 
Pod namiotem obwisłyh gałęzi majowyh, 
Snuło się mnustwo kształtuw, kturyh dziwne ruhy, 
Niby tańce, i dziwny ubiur: istne duhy 
Błądzące po księżycu. Tamci w czarnyh, ciasnyh, 
Ci w długih, rozpuszczonyh szatah jak śnieg jasnyh; 
Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim, 
Ten z gołą głową; inni jak gdyby obłokiem 
Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony, 
Ciągnące się za głową, jak komet ogony. 
Każdy w innej postawie: ten pżyrusł do ziemi, 
Tylko oczyma kręci na duł spuszczonemi; 
Uw, patżąc wprost pżed siebie, niby senny kroczy, 
Jak po linie, ni w prawo, ni w lewo nie zboczy; 
Wszyscy zaś ciągle w rużne shylają się strony 
Aż do ziemi, jak gdyby wybijać pokłony. 
Jeżeli się pżybliżą albo się spotkają, 
Ani muwią do siebie, ani się witają, 
Głęboko zadumani, w sobie pogrążeni. 
Hrabia widział w nih obraz elizejskih cieni, 
Kture, hociaż boleściom, troskom niedostępne, 
Błąkają się spokojne, cihe, lecz posępne.  
 
Ktuż by zgadnął, że owi tak mało ruhomi, 
Owi milczący ludzie — są nasi znajomi, 
Sędziowscy toważysze? Z hucznego śniadania 
Wyszli na uroczysty obżęd gżybobrania. 
Jako ludzie rozsądni, umieją miarkować 
Mowy i ruhy swoje, aby je stosować 
W każdej okoliczności do miejsca i czasu. 
Dlatego, nim ruszyli za Sędzią do lasu, 
Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne, 
Służące do pżehadzki opończe płucienne, 
Kturymi osłaniają po wieżhu kontusze, 
A na głowy słomiane wdziali kapelusze. 
Stąd biali wyglądają jak czyśćcowe dusze. 
Młodzież także pżebrana, oprucz Telimeny 
I kilku po francusku hodzącyh. 
 
Tej sceny 
Hrabia nie pojął; nie znał wiejskiego zwyczaju: 
Więc zdziwiony niezmiernie biegł pędem do gaju. 
 
Gżybuw było w brud. Hłopcy biorą krasnolice, 
Tyle w pieśniah litewskih sławione lisice, 
Co są godłem panieństwa: bo czerw ih nie zjada, 
I dziwna, żaden owad na nih nie usiada. 
Panienki za wysmukłym gonią borowikiem, 
Kturego pieśń nazywa gżybuw pułkownikiem. 
Wszyscy dybią na rydza; ten wzrostem skromniejszy 
I mniej sławny w piosenkah, za to najsmaczniejszy, 
Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory, 
Czy zimą. Ale Wojski zbierał muhomory.  
 
Inne pospulstwo gżybuw, pogardzone w braku 
Dla szkodliwości albo niedobrego smaku, 
Lecz nie są bez użytku: one zwieża pasą 
I gniazdem są owaduw i gajuw okrasą. 
Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi 
Naczyń stołowyh sterczą: tu z krągłymi bżegi 
Surojadki srebżyste, żułte i czerwone, 
Niby czareczki rużnym winem napełnione; 
Koźlak, jak pżewrucone kubka dno wypukłe, 
Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmukłe, 
Bielaki krągłe, białe, szerokie i płaskie, 
Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie, 
I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona 
Purhawka, jak piepżniczka; zaś innyh imiona, 
Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku, 
Od ludzi nieohżczone; a jest ih bez liku. 
Ni wilczyh, ni zajęczyh nikt dotknąć nie raczy; 
A kto shyla się ku nim, gdy błąd swuj obaczy, 
Zagniewany, gżyb złamie albo nogą kopnie: 
Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie. 
 
Telimena ni wilczyh, ni ludzkih nie zbiera. 
Roztargniona, znudzona, dokoła spoziera, 
Z głową w gurę zadartą. Więc pan Rejent w gniewie 
Muwił o niej, że gżybuw szukała na dżewie; 
Asesor ją złośliwiej ruwnał do samicy, 
Ktura miejsca na gniazdo szuka w okolicy.  
 
Jakoż zdała się szukać samotności, ciszy. 
Oddalała się z wolna od swyh toważyszy, 
I szła lasem na wzgurek pohyło wyniosły, 
Ocieniony, bo dżewa gęściej na nim rosły. 
W środku szażał się kamień; strumień spod kamienia 
Szumiał, tryskał i zaraz, jakby szukał cienia, 
Hował się między gęste i wysokie zioła, 
Kture wodą pojone bujały dokoła; 
Tam uw bystry swawolnik, spowijany w trawy 
I liściem podesłany, bez ruhu, bez wżawy, 
Niewidzialny i ledwie dosłyszany szepce, 
Jako dziecię kżykliwe złożone w kolebce, 
Gdy matka nad nim zwiąże firanki majowe 
I liścia makowego nasypie pod głowę. 
Miejsce piękne i cihe: tu się często shrania 
Telimena, zowiąc je Świątynią dumania.  
 
Stanąwszy nad strumieniem, żuciła na trawnik 
Z ramion swuj szal powiewny, czerwony jak krwawnik; 
I podobna pływaczce, ktura do kąpieli 
Zimnej shyla się, nim się zanużyć ośmieli, 
Klęknęła i powoli hyliła się bokiem; 
Wreszcie, jakby porwana koralu potokiem, 
Upadła nań i cała wzdłuż się rozpostarła. 
Łokcie na trawie, skronie na dłoniah oparła, 
Z głową na duł skłonioną; na dole u głowy, 
Błysnął francuskiej książki papier welinowy; 
Nad alabastrowymi stronicami księgi, 
Wiły się czarne pukle i rużowe wstęgi.  
 
W szmaragdzie bujnyh traw, na krwawnikowym szalu, 
W sukni długiej, jak gdyby w powłoce koralu, 
Od kturej odbijał się włos z jednego końca, 
Z drugiego czarny tżewik; po bokah błyszcząca 
Śnieżną pończoszką, hustką, białością rąk, lica, 
Wydawała się z dala jak pstra gąsienica, 
Gdy wpełźnie na zielony liść klonu.  
 
Niestety! 
Wszystkie tego obrazu wdzięki i zalety 
Darmo czekały znawcuw, nikt nie zważał na nie, 
Tak mocno zajmowało wszystkih gżybobranie. 
Tadeusz pżecież zważał i w bok stżelał okiem, 
I nie śmiejąc iść prosto, pżysuwał się bokiem: 
Jak stżelec, gdy w ruhomej gałęzistej szopie, 
Usiadłszy na dwuh kołah, podjeżdża na dropie, 
Albo na siewki idąc, pży koniu się kryje, 
Stżelbę złoży na siodle lub pod końską szyję, 
Niby to bronę włuczy, niby jedzie miedzą, 
A coraz się pżybliża, kędy ptaki siedzą: 
Tak skradał się Tadeusz.  
 
Sędzia czaty zmieszał 
I pżeciąwszy mu drogę, do źrudła pośpieszał. 
Z wiatrem igrały białe poły sarafana 
I wielka hustka w pasie końcem uwiązana; 
Słomiany, podwiązany kapelusz od ruhu 
Nagłego hwiał się z wiatrem jako liść łopuhu, 
Spadając to na barki, to znowu na oczy; 
W ręku ogromna laska: tak pan Sędzia kroczy. 
Shyliwszy się i ręce obmywszy w strumieniu, 
Usiadł pżed Telimeną na wielkim kamieniu, 
I, wsparłszy się oburącz na gałkę słoniową 
Tżciny ogromnej, z taką ozwał się pżemową: 
 
«Widzi aśćka, od czasu jak tu u nas gości 
Tadeuszek, niemało mam niespokojności. 
Jestem bezdzietny, stary; ten dobry hłopczyna, 
Wszak to moja na świecie pocieha jedyna, 
Pżyszły dziedzic fortunki mojej. Z łaski nieba, 
Zostawię mu kęs niezły szlaheckiego hleba; 
Już mu też czas obmyśleć los, postanowienie; 
Ale zważaj no, aśćka, moje utrapienie! 
Wiesz, że pan Jacek, brat muj, Tadeusza ociec, 
Dziwny człowiek, zamiaruw jego trudno dociec, 
Nie hce wracać do kraju, Bóg wie gdzie się kryje, 
Nawet nie hce synowi oznajmić, że żyje, 
A ciągle nim zażądza. Napżud w legijony 
Hciał go posyłać; byłem okropnie zmartwiony. 
Potem zgodził się pżecie, by w domu pozostał 
I żeby się ożenił. Jużbyć żony dostał; 
Partyję upatżyłem. Nikt z obywateli 
Nie wyruwna z imienia ani z parenteli 
Podkomorzemu; jego starsza curka Anna 
Jest na wydaniu, piękna i posażna panna; 
Hciałem zagaić». Na to Telimena zbladła, 
Złożyła książkę, wstała nieco i usiadła. 
 
«Jak mamę koham — żekła — czy to, panie bracie, 
Jest w tym sens jaki, czy wy Boga w sercu macie? 
To myślisz Tadeusza zostać dobrodziejem, 
Jeśli młodego hłopca zrobisz grykosiejem? 
Świat mu zawiążesz! wież mi, kląć was kiedyś będzie! 
Zakopać taki talent w lasah i na gżędzie! 
Wież mi, ile poznałam, pojętne to dziecię, 
Warto, żeby na wielkim pżetarło się świecie. 
Dobże brat zrobi, gdy go do stolicy wyśle, 
Na pżykład do Warszawy? Lub wie brat, co myślę... 
Żeby do Peterburka? Ja pewnie tej zimy 
Pojadę tam dla sprawy; razem ułożymy, 
Co zrobić z Tadeuszem. Znam tam wiele osub, 
Mam wpływy: to najlepszy kreacyi sposub. 
Za mą pomocą, znajdzie wstęp w najpierwsze domy, 
A kiedy będzie ważnym osobom znajomy, 
Dostanie użąd, order; wtenczas nieh pożuci 
Służbę, jeżeli zehce, nieh do domu wruci, 
Mając już i znaczenie, i znajomość świata. 
I cuż brat myśli o tym?» — «Jużci, w młode lata — 
Żekł Sędzia — nieźle hłopcu trohę się pżewietżyć, 
Obejżeć się na świecie, między ludźmi pżetżéć; 
Ja za młodu niemało świata objehałem: 
Byłem w Piotrkowie, w Dubnie, to za trybunałem 
Jadąc jako palestrant, to własne swe sprawy 
Forytując, jeździłem nawet do Warszawy. 
Człek niemało skożystał! Hciałbym i synowca 
Wysłać pomiędzy ludzi, prosto jak wędrowca, 
Jak czeladnika, ktury terminuje lata, 
Ażeby nabył trohę znajomości świata. 
Nie dla rang ni orderuw! Proszę uniżenie, 
Ranga moskiewska, order: cuż to za znaczenie? 
Kturyż to z dawnyh panuw, ba, nawet dzisiejszyh, 
Między szlahtą w powiecie nieco zamożniejszyh, 
Dba o podobne fraszki? Pżecież są w estymie 
U ludzi; bo szanujem w nih rud, dobre imię, 
Albo użąd, lecz ziemski, pżyznany wyborem 
Obywatelskim, nie zaś czyimś tam faworem». 
 
Telimena pżerwała: «Jeśli brat tak myśli, 
Tym lepiej, więc go jako wojażera wyślij». 
 
«Widzi siostra — żekł Sędzia, skrobiąc smutnie głowę — 
Hciałbym bardzo: cuż, kiedy mam trudności nowe! 
Pan Jacek nie wypuszcza z opieki swej syna, 
I pżysłał mi tu właśnie na kark bernardyna 
Robaka, ktury pżybył z tamtej strony Wisły, 
Pżyjaciel brata, wszystkie wie jego zamysły; 
A więc o Tadeusza już wyżekli losie, 
I hcą, by się ożenił, aby pojął Zosię, 
Wyhowankę waćpani. Oboje dostaną, 
Oprucz fortunki mojej, z łaski Jacka wiano 
W kapitałah; wiesz aśćka, że ma kapitały, 
I z łaski jego mam też fundusz prawie cały: 
Ma więc prawo rozżądzać... aśćka pomyśl o tem, 
Żeby się to zrobiło najmniejszym kłopotem. 
Tżeba ih z sobą poznać. Prawda, bardzo młodzi, 
Szczegulnie Zosia mała, lecz to nic nie szkodzi. 
Czas by już Zośkę wreszcie wydobyć z zamknięcia. 
Bo wszakci to już pono wyrasta z dziecięcia». 
 
Telimena zdziwiona i prawie wylękła 
Podnosiła się coraz, na szalu uklękła; 
Zrazu słuhała pilnie, potem dłoni ruhem 
Pżeczyła, ręką żwawo wstżąsając nad uhem, 
Odpędzając jak owad niepżyjemne słowa 
Na powrut w usta muwcy — 
 
«A! a! to żecz nowa! 
Czy to Tadeuszowi szkodzi, czy nie szkodzi — 
Żekła z gniewem — sądź o tym sam waćpan dobrodziéj! 
Mnie nic do Tadeusza; sami o nim radźcie, 
Zrubcie go ekonomem lub w karczmie posadźcie, 
Nieh szynkuje lub z lasu nieh zwieżynę znosi: 
Z nim sobie, co zehcecie, zrubcie. Lecz do Zosi? 
Co waćpaństwu do Zosi? Ja jej ręką żądzę, 
Ja sama! Że pan Jacek dawał był pieniądze 
Na wyhowanie Zosi, i że jej wyznaczył 
Małą pensyjkę roczną, więcej pżyżec raczył, 
Toć jej jeszcze nie kupił. Zresztą, państwo wiecie, 
I dotąd jeszcze o tym wiadomo na świecie, 
Że hojność państwa dla nas nie jest bez powodu, 
Winni coś Soplicowie dla Horeszków rodu». 
(Tej części mowy Sędzia słuhał z niepojętem 
Pomieszaniem, żałością i widocznym wstrętem; 
Jakby lękał się reszty mowy, głowę skłonił, 
I ręką potakując, mocno się zapłonił.) 
 
Telimena kończyła: «Byłam jej piastunką, 
Jestem krewną, jedyną Zosi opiekunką. 
Nikt oprucz mnie nie będzie myślił o jej szczęściu». 
«A jeśli ona szczęście znajdzie w tym zamęściu? — 
Żekł Sędzia wzrok podnosząc. — Jeśli Tadeuszka 
Podoba?» — «Czy podoba? to na wieżbie gruszka! 
Podoba, nie podoba: a to mi żecz ważna! 
Zosia nie będzie, prawda, partyja posażna; 
Ale też nie jest z lada wsi, lada szlahcianka, 
Idzie z jaśnie wielmożnyh, jest wojewodzianka, 
Rodzi się z Horeszkówny; małżonka dostanie! 
Staraliśmy się tyle o jej wyhowanie! 
Hybaby tu zdziczała». Sędzia pilnie słuhał, 
Patżąc w oczy; zdało się, że się udobruhał, 
Bo żekł dosyć wesoło: «No, to i cuż robić! 
Bóg widzi, szczeże hciałem interesu dobić; 
Tylko bez gniewu. Jeśli aśćka się nie zgodzi, 
Aśćka ma prawo; smutno: gniewać się nie godzi. 
Radziłem, bo brat kazał; nikt tu nie pżymusza. 
Gdy aśćka rekuzuje pana Tadeusza, 
Odpisuję Jackowi, że nie z mojej winy 
Nie dojdą Tadeusza z Zosią zaręczyny. 
Teraz sam będę radzić. Pono z Podkomorzym 
Zagaimy swatowstwo i resztę ułożym». 
 
Pżez ten czas Telimena ostygła z zapału: 
«Ja nic nie rekuzuję, braciszku, pomału! 
Sam muwiłeś, że jeszcze za wcześnie — zbyt młodzi, — 
Rozpatżmy się, czekajmy, nic to nie zaszkodzi, 
Poznajmy z sobą państwo młodyh, będziem zważać; 
Nie można szczęścia drugih tak na traf narażać. 
Ostżegam tylko wcześnie: nieh brat Tadeusza 
Nie namawia, kohać się w Zosi nie pżymusza; 
Bo serce nie jest sługa, nie zna co to pany, 
I nie da się pżemocą okuwać w kajdany». 
 
Za czym Sędzia, powstawszy, odszedł zamyślony. 
Pan Tadeusz z pżeciwnej pżybliżył się strony, 
Udając, że szukanie gżybuw tam go zwabia. 
W tymże kierunku z wolna posuwa się Hrabia. 
 
Hrabia podczas Sędziego sporuw z Telimeną 
Stał za dżewami, mocno zdziwiony tą sceną. 
Dobył z kieszeni papier i ołuwek, spżęty, 
Kture zawsze miał z sobą, i na pień wygięty, 
Rozpiąwszy kartkę, widać, że obraz malował, 
Muwiąc sam z sobą: «Jakbyś umyślnie grupował: 
Ten na głazie, ta w trawie; grupa malownicza! 
Głowy harakterowe! z kontrastem oblicza!» 
 
Podhodził, wstżymywał się, lornetkę pżecierał, 
Oczy hustką obwiewał i coraz spozierał: 
«Miałożby to cudowne, śliczne widowisko 
Zginąć albo zmienić się, gdy podejdę blisko? 
Ten aksamit traw, będzież to mak i botwinie? 
W nimfie tej czyż obaczę jaką ohmistżynię?» 
 
Hoć Hrabia Telimenę już dawniej widywał 
W domu Sędziego, w kturym dosyć często bywał, 
Lecz mało ją uważał: zadziwił się zrazu, 
Rozeznając w niej model swojego obrazu. 
Miejsca piękność, postawy wdzięk i gust ubrania 
Zmieniły ją, zaledwo była do poznania. 
W oczah świeciły jeszcze niezagasłe gniewy; 
Tważ, ożywiona wiatru świeżymi powiewy, 
Sporem z Sędzią i nagłym pżybyciem młodzieńcuw, 
Nabrała mocnyh, żywszyh niż zwykle rumieńcuw. 
 
«Pani — żekł Hrabia — racz mej śmiałości darować; 
Pżyhodzę i pżepraszać, i razem dziękować. 
Pżepraszać, że jej krokuw śledziłem ukradkiem; 
I dziękować, że byłem jej dumania świadkiem. 
Tyle ją obraziłem! winienem jej tyle! 
Pżerwałem hwilę dumań; winienem ci hwile 
Nathnienia, hwile błogie! Potępiaj człowieka; 
Ale sztukmistż twojego pżebaczenia czeka! 
Na wielem się odważył, na więcej odważę: 
Sądź!» — tu ukląkł i podał swoje pejzaże. 
 
Telimena sądziła malowania proby 
Tonem gżecznej, lecz sztukę znającej osoby; 
Skąpa w pohwały, lecz nie szczędziła zahętu: 
«Brawo — żekła — winszuję, niemało talentu. 
Tylko pan nie zaniedbuj; szczegulniej potżeba 
Szukać pięknej natury! O, szczęśliwe nieba 
Krajuw włoskih! rużowe cezaruw ogrody! 
Wy, klasyczne Tyburu spadające wody! 
I straszne Pauzylipu skaliste wydroże! 
To, Hrabio, kraj malażuw! U nas, żal się Boże!... 
Dziecko muz, w Soplicowie oddane na mamki, 
Umże pewnie. Muj Hrabio, oprawię to w ramki, 
Albo w album umieszczę, do rysunkuw zbiorku, 
Kture zewsząd skupiałam: mam ih dosyć w biurku». 
 
Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitah, 
Morskih szumah i wiatrah wonnyh, i skał szczytah, 
Mieszając tu i uwdzie, podrużnyh zwyczajem, 
Śmieh i urąganie się nad ojczystym krajem. 
 
A pżecież wokoło nih ciągnęły się lasy 
Litewskie, tak poważne i tak pełne krasy! 
Czeremhy oplatane dzikih hmieluw wieńcem, 
Jażębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem, 
Leszczyna jak menada z zielonymi berły, 
Ubranymi jak w grona, w ożehowe perły; 
A niżej dziatwa leśna: gług w objęciu kalin, 
Ożyna czarne usta tuląca do malin. 
Dżewa i kżewy liśćmi wzięły się za ręce, 
Jak do tańca stające panny i młodzieńce 
Wkoło pary małżonkuw. Stoi pośrud grona 
Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona 
Wysmukłością kibici i barwy powabem: 
Bżoza biała, kohanka, z małżonkiem swym grabem. 
A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki 
Patżą, siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki, 
Tam matrony topole i mhami brodaty 
Dąb, włożywszy pięć wiekuw na swuj kark garbaty, 
Wspiera się, jak na grobuw połamanyh słupah, 
Na dębuw, pżodkuw swoih, skamieniałyh trupah. 
 
Pan Tadeusz kręcił się, nudząc niepomału 
Długą rozmową, w kturej nie mugł brać udziału. 
Aż, gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje, 
I wyliczać z kolei wszystkih dżew rodzaje: 
Pomarańcze, cyprysy, oliwki, migdały, 
Kaktusy, aloesy, mahonie, sandały, 
Cytryny, bluszcz, ożehy włoskie, nawet figi, 
Wysławiając ih kształty, kwiaty i łodygi: 
Tadeusz nie pżestawał dąsać się i zżymać, 
Na koniec nie mugł dłużej od gniewu wytżymać. 
 
Był on prostak, lecz umiał czuć wdzięk pżyrodzenia, 
I patżąc w las ojczysty, żekł pełen nathnienia: 
«Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie, 
Owe sławione dżewa rosnące na wshodzie 
I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi; 
Ktureż ruwnać się może z dżewami naszemi? 
Czy aloes z długimi jak konduktor pałki? 
Czy cytryna, karlica z złocistymi gałki, 
Z liściem lakierowanym, krutka i pękata, 
Jako kobieta mała, bżydka, lecz bogata? 
Czy zahwalony cyprys długi, cienki, hudy, 
Co zdaje się być dżewem nie smutku, lecz nudy? 
Muwią, że bardzo smutnie wygląda na grobie; 
Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie, 
Nieśmiejący rąk podnieść ani głowy skżywić, 
Aby się etykiecie niczym nie spżeciwić. 
 
«Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa bżezina, 
Ktura jako wieśniaczka, kiedy płacze syna, 
Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy 
Po ramionah do ziemi strumienie warkoczy! 
Niema z żalu, postawą jak wymownie szloha! 
Czemuż pan Hrabia, jeśli w malarstwie się koha, 
Nie maluje dżew naszyh, pośrud kturyh siedzi? 
Prawdziwie, będą z pana żartować sąsiedzi, 
Że mieszkając na żyznej litewskiej ruwninie, 
Malujesz tylko jakieś skały i pustynie».  
 
«Pżyjacielu — żekł Hrabia — piękne pżyrodzenie 
Jest formą, tłem, materią; a duszą — nathnienie, 
Kture na wyobraźni unosi się skżydłah, 
Poleruje się gustem, wspiera na prawidłah. 
Nie dość jest pżyrodzenia, nie dosyć zapału: 
Sztukmistż musi ulecieć w sfery ideału! 
Nie wszystko, co jest piękne, wymalować da się! 
Dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie. 
Co się tyczy malarstwa: do obrazu tżeba 
Punktuw widzenia, grupy, ansamblu i nieba, 
Nieba włoskiego! Stąd też w kunszcie pejzażuw, 
Włohy były, są, będą, ojczyzną malażuw! 
Stąd też, oprucz Brejgela (lecz nie van der Helle, 
Ale pejzażysty: bo są dwaj Brejgele) 
I oprucz Ruisdala, na całej pułnocy 
Gdzież był pejzażysta ktury pierwszej mocy? 
Niebios, niebios potżeba». — «Nasz malaż Orłowski, 
Pżerwała Telimena — miał gust soplicowski. 
(Tżeba wiedzieć, że to jest Sopliców horoba, 
Że im oprucz ojczyzny nic się nie podoba). 
Orłowski, ktury życie strawił w Peterburku, 
Sławny malaż (mam jego kilka szkicuw w biurku) 
Mieszkał tuż pży cesażu, na dwoże, jak w raju: 
A nie uwieży Hrabia, jak tęsknił po kraju! 
Lubił ciągle wspominać swej młodości czasy, 
Wystawiał wszystko w Polszcze: ziemię, niebo, lasy...» 
 
«I miał rozum! — zawołał Tadeusz z zapałem. — 
To państwa niebo włoskie, jak o nim słyszałem, 
Błękitne, czyste: wszak to jak zamarzła woda; 
Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda? 
U nas dość głowę podnieść: ileż to widokuw! 
Ileż scen i obrazuw z samej gry obłokuw! 
Bo każda hmura inna: na pżykład jesienna 
Pełznie jak żułw leniwa, ulewą bżemienna, 
I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi, 
Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi; 
Hmura z gradem, jak balon szybko z wiatrem leci, 
Krągła, ciemnobłękitna, w środku żułto świeci, 
Szum wielki słyhać wkoło; nawet te codzienne, 
Patżcie państwo, te białe hmurki, jak odmienne! 
Zrazu jak stada dzikih gęsi lub łabędzi, 
A z tyłu wiatr jak sokuł do kupy je pędzi: 
Ściskają się, grubieją, rosną — nowe dziwy! 
Dostają kżywyh karkuw, rozpuszczają gżywy, 
Wysuwają nug żędy i po niebios sklepie 
Pżelatują jak tabun rumakuw po stepie: 
Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się... nagle 
Z ih karkuw rosną maszty, z gżyw szerokie żagle, 
Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie 
Ciho, z wolna po niebios błękitnej ruwninie!» 
 
Hrabia i Telimena poglądali w gurę; 
Tadeusz jedną ręką pokazał im hmurę, 
A drugą ścisnął z lekka rączkę Telimeny. 
Kilka już upłynęło minut cihej sceny; 
Hrabia rozłożył papier na swym kapeluszu 
I wydobył ołuwek. Wtem pżykry dla uszu 
Odezwał się dzwon dworski i zaraz śrud lasu 
Cihego pełno było kżyku i hałasu. 
 
Hrabia, kiwnąwszy głową, żekł poważnym tonem: 
«Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem!... 
Rahunki myśli wielkiej, plany wyobraźni, 
Zabawki niewinności, uciehy pżyjaźni, 
Wylania się serc czułyh: gdy spiż z dala ryknie, 
Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!» 
Tu, obruciwszy czuły wzrok ku Telimenie, 
«Cuż zostaje?» A ona mu żekła: «Wspomnienie!» 
I hcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek, 
Podała mu urwany kwiatek niezabudek. 
Hrabia go ucałował i na pierś pżyszpilał; 
Tadeusz z drugiej strony kżak ziela rozhylał, 
Widząc, że się ku niemu tym zielem pżewija 
Coś białego: była to rączka jak lilija; 
Pohwycił ją, całował i usty po cihu 
Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielihu. 
Uczuł na ustah zimno; znalazł klucz i biały 
Papier w trąbkę zwiniony; był to listek mały. 
Porwał, shował w kieszenie; nie wie, co klucz znaczy, 
Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy. 
 
Dzwon wciąż dzwonił i ehem z głębi cihyh lasuw 
Odezwało się tysiąc kżykuw i hałasuw. 
Odgłos to był szukania i nawoływania, 
Hasło zakończonego na dziś gżybobrania; 
Odgłos nie smutny wcale ani pogżebowy, 
Jak się Hrabiemu zdało: owszem, obiadowy. 
Dzwon ten, w każde południe kżyczący z poddasza, 
Gości i czeladź domu na obiad zaprasza: 
Tak było w dawnyh licznyh dworah we zwyczaju 
I zostało się w domu Sędziego. Więc z gaju 
Wyhodziła gromada, niosąca krobeczki, 
Koszyki uwiązane końcami husteczki, 
Pełne gżybuw; a panny w jednym ręku niosły, 
Jako wahlaż zwiniony, borowik rozrosły, 
W drugim związane razem jakby polne kwiatki, 
Opieńki i rozlicznej barwy surojadki. 
Wojski miał muhomora. Z prużnymi pżyhodzi 
Rękami Telimena; z nią panicze młodzi. 
 
Goście weszli w pożądku i stanęli kołem. 
Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem: 
Z wieku mu i z użędu ten zaszczyt należy, 
Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży; 
Obok stał kwestaż; Sędzia tuż pży bernardynie. 
Bernardyn zmuwił krutki pacież po łacinie; 
Podano w kolej wudkę: za czym wszyscy siedli, 
I hołodziec litewski milczkiem żwawo jedli. 
 
Obiadowano ciszej, niż się zwykle zdaża; 
Nikt nie gadał, pomimo wezwań gospodaża. 
Strony biorące udział w wielkiej o psuw zwadzie, 
Myśliły o jutżejszej walce i zakładzie; 
Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza. 
Telimena, muwiąca wciąż do Tadeusza, 
Musiała ku Hrabiemu nieraz się odwrucić, 
Nawet na Asesora nieraz okiem żucić: 
Tak ptasznik patży w sidło, kędy szczygły zwabia, 
I razem w pastkę wrublą. Tadeusz i Hrabia, 
Obadwa radzi z siebie, obadwa szczęśliwi, 
Obaj pełni nadziei, więc niegadatliwi. 
Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejżenie, 
A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie, 
Czy uw kluczyk nie uciekł? Ręką nawet hwytał 
I kręcił kartkę, kturej dotąd nie pżeczytał. 
Sędzia Podkomorzemu węgżyna, szampana 
Dolewał, służył pilnie, ściskał za kolana, 
Ale do rozmawiania z nim nie miał ohoty 
I widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty.  
 
Pżemijały w milczeniu tależe i dania; 
Pżerwał nareszcie nudny tok obiadowania 
Gość niespodziany, szybko wpadając, gajowy; 
Nie zważał nawet, że czas właśnie obiadowy, 
Pobiegł do pana; widać z postawy i z miny, 
Że ważnej i niezwykłej jest posłem nowiny. 
Ku niemu oczy całe zwruciło zebranie. 
On, odethnąwszy nieco, żekł: «Niedźwiedź, mospanie!» 
Resztę wszyscy odgadli: że źwież z matecznika 
Wyszedł, że w zaniemeńską puszczę się pżemyka, 
Że go tżeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali, 
Hoć ani się radzili, ani namyślali; 
Spulną myśl widać było z uciętyh wyrazuw, 
Z gestuw żywyh, z wydanyh rozlicznyh rozkazuw, 
Kture, wyhodząc tłumnie, razem z ust tak wielu, 
Dążyły pżecież wszystkie do jednego celu. 
 
«Na wieś! — zawołał Sędzia — hej! konno, setnika! 
Jutro na bżask obława, lecz na ohotnika; 
Kto wystąpi z oszczepem, temu z robocizny 
Wytrącić dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny».  
 
«W skok — kżyknął Podkomorzy — okulbaczyć siwą, 
Dobiec w cwał do mojego dworu; wziąć co żywo 
Dwie pjawki, kture w całej okolicy słyną, 
Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Strapczyną; 
Zakneblować im pyski, zawiązać je w miehu, 
I pżystawić je tutaj konno dla pośpiehu». 
«Wańka! — kżyknął na hłopca Asesor po rusku — 
Tasak muj sanguszkowski pociągnąć na brusku: 
Wiesz, tasak co od księcia miałem w podarunku; 
Pas opatżyć, czy kula jest w każdym ładunku». 
«Stżelby — kżyknęli wszyscy — mieć na pogotowiu!» 
Asesor wołał ciągle: «Ołowiu, ołowiu! 
Formę do kul mam w torbie». — «Do księdza plebana 
Dać znać — dodał pan Sędzia — żeby jutro z rana 
Mszę miał w kaplicy leśnej: kruciuhna oferta 
Za myśliwyh, msza zwykła świętego Huberta». 
 
Po wydanyh rozkazah nastało milczenie; 
Każdy dumał i żucał dokoła wejżenie, 
Jak gdyby kogoś szukał; z wolna wszystkih oczy 
Sędziwa tważ Wojskiego ciągnie i jednoczy: 
Znak to był, że szukają na pżyszłą wyprawę 
Wodza i że Wojskiemu oddają buławę. 
Wojski powstał, zrozumiał toważyszuw wolę, 
I udeżywszy ręką poważnie po stole, 
Pociągnął złocistego z zanadża łańcuszka, 
Na kturym wisiał gruby zegarek jak gruszka: 
«Jutro — żekł — puł do piątej, pży leśnej kaplicy 
Stawią się bracia stżelcy, wiara obławnicy».  
 
Żekł i ruszył od stołu, za nim szedł gajowy; 
Oni obmyślić mają i użądzić łowy. 
 
Tak wodze, gdy na jutro bitwę zapowiedzą, 
Żołnieże po obozie broń czyszczą i jedzą, 
Lub na płaszczah i siodłah śpią prużni kłopotu, 
A wodze śrud cihego dumają namiotu. 
 
Pżerwał się obiad, dzień zszedł na kowaniu koni, 
Karmieniu psuw, zbieraniu i czyszczeniu broni; 
U wieczeży, zaledwo kto pżysiadł do stoła; 
Nawet strona Kusego z partyją Sokoła, 
Pżestała dawnym wielkim zatrudniać się sporem: 
Pobrawszy się pod ręce, Rejent z Asesorem 
Wyszukują ołowiu. Reszta spracowana 
Szła spać wcześnie, ażeby pżebudzić się z rana. 
 
Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)