Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Szatan z siódmej klasy

13. Ktuż to z płaskiego nie hce jeść tależa?

13.
Ktuż to z płaskiego nie hce jeść tależa?

— Na Boga! Co się stało? — spytała z trwożnym zdumieniem pani Gąsowska, kiedy nagle w połowie śniadania cihy zawsze pan profesor począł się dżeć jak opętany.

Wszyscy spojżeli na niego z zatroskaniem, można było bowiem pżypuścić, że czcigodny historyk postradał nagle zmysły. A on, na nic nie zważając, potężnym wżaskiem trwożył pżyrodę, utkwiwszy spojżenie w jeden punkt. Ponieważ śniadanie spożywano na ganeczku pżed domem, więc wszyscy zwrucili oczy w stronę bramy, tam bowiem rozkżyczany profesor ujżał coś, o czym całemu oznajmiał światu.

— Adaś idzie! — zawołała panna Wanda i pożuciwszy dary boże, pobiegła jak sarna.

— Ona go jeszcze pocałuje... — szepnęła ze strahem pani Gąsowska, widząc serdeczne powitanie.

— A cuż by w tym było złego? — żekł profesor głosem już jako tako ludzkim. — Hej, hłopcy, prędzej tu do nas!

— „Ah, co widzę — tu śniadanie!” — muwił Adaś, z radosnym rżeniem wygłaszając wiersz Papkina z Zemsty. — Staszek, do roboty!

Najpierw jednakże odbyło się powitanie wzruszające i rozżewniające, zanim młodość poczęła pożerać razowy hleb, ktury wydaje zapah na ziemi najpiękniejszy. Pani Gąsowska patżyła z rozczuleniem dobrej kobiety, ktura by wszystką młodość świata pragnęła pżytulić do serca. „Były matematyk” pomrukiwał z zadowoleniem gżejącego się na słońcu niedźwiedzia, tym zaś bliższe prawdy było to poruwnanie, że w głębokiej misie złocił się na stole miud, złota krew lata... Fiołkowe oczy panny Wandy pociemniały i zwilgotniały.

„Czemu ta dziewczyna ciągle płacze? — pomyślał profesor. — Dziwnym stwożeniem jest kobieta! Smutno jej było — płakała, teraz znowu płacze, bo jej wesoło. Jest to ponad rozumne pojęcie, że dwa odmienne uczucia kobieta umie tym samym wyrażać sposobem...”.

Adaś opowiadał nadzwyczajne historie, słuhano go zaś w głębokim milczeniu.

— Mamy wielkie nowiny! — ogłaszał donośnym głosem. — Bardzo wielkie nowiny... Udało mi się poczynić niezwykłe odkrycie... Żadnej w tym nie ma mojej zasługi, gdyż więcej zdziałał pżypadek. Nie jestem jeszcze pewny, lecz prawie pewny! Jeśli moje obliczenia nie zawiodły, mogę powiedzieć, że wielka tajemnica napoleońskiego oficera została wyjaśniona.

— Muw ciszej, młodzieńcze! — ostżegł go „były matematyk”.

Adaś jednakże w zapale nie zwrucił wcale uwagi na roztropną pżestrogę, gdyż muwił coraz głośniej:

— Znalazłem nowe dokumenty, o kturyh istnieniu nikt nie wiedział.

— Gdzie je znalazłeś? — zapytał profesor.

— Podczas mojej wędruwki. Nie będę opowiadał, jak i gdzie, bo to nie ma znaczenia. Proszę państwa! Ja wiem, w kturym miejscu oficer napoleoński zakopał to, co pżyniusł ze sobą spod Moskwy.

— Nie może być! — zawołał profesor. — A może wiesz, co ze sobą pżyniusł?

— Tego wiedzieć nie mogę. Dzisiaj o zmieżhu będziemy o wszystkim wiedzieli.

— Czemu dopiero o zmieżhu?

— Jasny dzień nie spżyja podobnym sprawom. O zahodzie słońca poproszę panuw, aby zehcieli udać się ze mną. Panie, niestety, będą musiały pozostać. Czeka nas robota gruba i ciężka.

Żuciwszy rozpaloną pohodnię w łatwopalną słomę wyobraźni, skłonił się wdzięcznie i mrugnąwszy lewym okiem na adiutanta, Staszka Burskiego, zniknął z pola widzenia. Powiudł pżyjaciela do swojej izdebki na tajną naradę.

— Widziałeś coś? — zapytał ciho.

— Patżyłem za każdy kżak i za każde dżewo, ale nikogo nie widziałem.

— Nadaremnie zrywałem sobie gardło — muwił Adaś w zamyśleniu. — Do wieczoru jednak daleko... Jak myślisz? Czy wiedzą już, że tu jesteśmy?

— Trudno na to odpowiedzieć. Nasza warta w obozie też niczego nie zauważyła, ale to nie jest żaden dowud. Jestem pewny, że jeżeli dotąd nas nie wyśledzili, wyśledzą nas w najbliższym czasie. To nie jest wielka sztuka... Uf! Ale jestem śpiący!

— Ja też. Noc była pracowita... Spać jednak nie będę, bo mam pełną głowę i muszę myśleć. Ty możesz się pżespać, ale śpij z otwartymi oczami.

— To dobre dla zająca! — westhnął Staszek. — Dokąd się wybierasz?

— Znikam, bo mi będziesz hrapaniem pżeszkadzał w zamyśleniu.

Adaś znikł dlatego pżede wszystkim, że nie mugł spokojnie usiedzieć. Pżygotowywał „wielką scenę”, w zawiłym i mrocznym dramacie na wiele się ważąc. Tżeba mu było dla tej sceny romantycznego oświetlenia: tajemniczego mroku i ogromnyh cieniuw, więc czekał wieczora. Pżekonany był, że obmyślił wszystko i że wszystko pżewidział, wciąż jednak powracał myślą do tego, co się ma rozegrać, zatrwożony, że mugł w podnieceniu pżeoczyć coś, co zepsuje cały dramat.

Dzień mu się dłużył okropnie. Patżyli na niego wszyscy jak na czarodzieja, lecz nikt już o nic nie pytał. Ciekawość płonęła we wszystkih oczah, tak że każda z osub zebranyh w Bejgole mogłaby spojżeniem podpalić skład prohu. Jedynie we wzroku profesora tliła się — obok ciekawości — odrobina żalu, że wierny jego druh i toważysz awantury nie powieżył mu tajemnicy.

Wreszcie słońce — „oko dnia pięknego” — zaczęło zahodzić srebżystą mgłą, potem czerwienieć i gasnąć. Wietżyk zaszemrał w listowiu. Wieczur zaczął padać jak czarny śnieg.

Zamyślony Adaś ożywił się jak wudz, co odpoczywał pżed bitwą, a teraz duha natęża i pręży. Zgromadziwszy wszystkih, oznajmił suho i twardo:

— Idziemy na wyprawę... Pan Gąsowski weźmie rydel, pan profesor łopatę.

— Wezmę łopatę! — nie wiadomo dlaczego oświadczył profesor.

— Burski poniesie latarnię, lecz nieh jej teraz nie zapala, aż mu dam znak. Ja będę szukał drogi... Potem porobię obliczenia... Proszę o ciszę i spokuj! Rozmawiać nie wolno! Pujdziemy w rozsypce, aby gromadą nie zwracać uwagi. Ja idę pierwszy, Burski na samym końcu. Nie! Jeszcze nie możemy pujść. Pan profesor musi zmienić struj!

— Czemu?

— Nie można być odzianym biało, skoro się idzie na nocną wyprawę. Pana profesora można by w tym białym odzieniu dojżeć wśrud najgłębszej ciemności.

— Oczywiście — szepnął profesor i podreptał do swego pokoju, skąd powrucił po hwili jako widmo czarne i piekielne.

— Idziemy! — wydał rozkaz Adaś. — Panie nieh zamkną dom i czekają bez lęku. Nie otwierać nikomu, tylko nam, i to wtedy, gdy panie usłyszą tżykrotny głos żaby. Burski wybornie udaje żabę.

— W imię Ojca i Syna! — jęknęła w trwodze pani Gąsowska.

— Będziemy nasłuhiwały — żekła panna Wanda.

Szli hyłkiem pżez ścieżyny parku jak mroczni i milczący Indianie. Adaś wiudł ih pżez opętane drogi, pomiędzy haszcze i gęsto rosnące tarniny, o kture czasem pan Gąsowski zaczepiał brodą. Odpoczywali często, a wtedy Adaś czujnie nasłuhiwał. W pewnej hwili zbliżył się do Staszka, kroczącego wilczym hodem w tylnej straży, i szepnął:

— Słyszałeś coś?

— Zdaje mi się, że coś słyszałem...

— Z kturej strony?

— Z lewej... Jakby ktoś ruw pżesadził... Nie boisz się?

— Czego? Nic się pżecież stać nie może. Hodźmy!

Pżez dziurę w płocie (mieli ih do wyboru siedemdziesiąt siedem) pżeleźli na niewielką łączkę, na kturej było prawie widno.

— Baczność, panowie! — żekł Adaś głośniej niż dotąd. — Jesteśmy u celu. Teraz będziemy szukali. Staszek, zapal latarnię!

Wydobył z zanadża jakiś pożułkły papier i zbliżywszy go do latarni, pżyglądał mu się długo i ze zmarszczonym czołem.

— W kturej stronie jest droga? — zapytał, zwracając się do pana Gąsowskiego.

— O dwadzieścia krokuw stąd, za tymi dżewami... Ot, tam!

— Dobże. Musimy mieżyć w stronę drogi od tego wzgurka.

Zajżał znuw do dokumentu i żekł:

— Od tego wzgurka należy odliczyć ku pułnocnej stronie dziesięć krokuw. Muszą to być kroki duże, męskie, gdyż takimi odległość tę odmieżano. Nieh pan profesor odliczy dziesięć krokuw! Ku pułnocy! Tak, dobże...

Profesor, niezmiernie pżejęty swoją rolą, zaczął kroczyć z powagą sekundanta, co pżed pojedynkiem wytycza metę śmierci. Wszyscy szli za nim w milczeniu.

— Dziesięć! — oznajmił profesor. — Nie pomyliłem się!

Adaś sprawdzał coś pżez dłuższą hwilę w swoim papieże, po czym żekł:

— A teraz jedenaście krokuw ku zahodowi w najprostszej linii!

— Jedenaście ku zahodowi w prostej linii! — powtużył profesor bezbarwnym głosem jak sternik okrętu, ktury musi powtużyć komendę oficera.

Widma szły za nim, skupione i do głębi pżejęte. Gromadka znalazła się tuż pżed zwartą ścianą dżew. Adaś udając, że patży w dokument, hyłkiem pżebiegł spojżeniem mrok pod dżewami.

— Jesteśmy na miejscu — oznajmił głosem bardzo drżącym. — Tu będziemy kopali. Nieh pan Gąsowski świeci, a ja z Burskim zabieżemy się do roboty.

— A co ja? — zapytał profesor z żalem.

— Pan profesor będzie patżył dokoła i da nam natyhmiast znać, gdyby dojżał coś podejżanego.

— Gwizdać?

— Wszystko jedno! Staszek, kop!

Dwa rydle poczęły krajać ziemię z niespokojnym pośpiehem. Po hwili pot zaczął się lać ze szlahetnyh młodzieńczyh czuł.

— Niżej światło! — zawołał Adaś.

Pan Gąsowski pohylił skwapliwie latarnię.

— Jest coś? — zapytał.

— Jeszcze nic... „To” musi być zakopane głęboko. Panie profesoże, nic podejżanego?

— Spokuj i cisza! — odżekł profesor.

— Kopmy!

Pracowali z zawziętym, milczącym uporem. Duł był już głęboki, lecz na nic jeszcze nie natrafiono.

— Jest coś! — kżyknął nagle Burski zduszonym głosem. — Ostrożnie!

Pan Gąsowski wetknął latarnię w duł, a Adaś, padłszy szybko na ziemię, wetknął tam głowę.

— Coś jest, coś jest! — oznajmił z głębokim wzruszeniem. — Staszek, właź!

Burski wskoczył do dołu i zniknął w nim razem z głową. Musiał się z czymś mocować, gdyż słyhać było pracowite postękiwanie.

— Masz? — zawołał Adaś.

— Mam — odpowiedział głos z bżuha ziemi. — Jakaś żelazna skżynka!

— Nadzwyczajne! — huknął pan Gąsowski.

Burski podał coś Adasiowi i wygramolił się z dołu.

— Stara, żelazna skżynka! — żekł Adaś. — Udało się! Proszę bliżej z latarnią... Strasznie stara, lecz doskonale zahowana.

— Otwożyć, otwożyć! — wołał pan Gąsowski.

— Nie da się, bo na głuho zabita!... Bez nażędzi nie damy rady... Ależ ciężka! Panowie, zabieramy skżynkę i...

— Baczność! — wżasnął pżeraźliwie pan profesor.

— Ręce do gury! — wżasnął ruwnocześnie głos inny.

— Oh! — kżyknął Adaś niezmiernie zdumiony, podnosząc powoli ręce do gury.

— Żucić to! — rozkazał głos obcy, hrapliwy i drżący ze wzruszenia.

Dzielny pan profesor, dojżawszy nieludzko hudą postać z rewolwerem w ręce, hwycił rydel i zamieżył się nim na zbrojne widmo, co wyszło z leśnego mroku.

— Żucić to natyhmiast, bo stżelę! — muwił hudzielec groźnie.

— Proszę usłuhać, panie profesoże! — zawołał Adaś. — Jesteśmy bezbronni! Ten pan ma nas w swojej mocy...

Patżył czujnie na hudego człowieka, co się zbliżył powoli, wodząc czarnym okiem rewolweru po struhlałej gromadce. Stanąwszy pżed Adasiem, muwił powoli, jadowicie barwiąc słowa:

— O wszystkim pamiętałeś, hłopaczku, tylko o mnie zapomniałeś... A ja ciebie stżegłem jak źrenicy oka! Bardzo ci dziękuję za piękną robotę! Doskonale to zrobiłeś! Hwalisz się tylko zbyt głośno i trąbisz jak jeryhońska trąba!... Ale poza tym jesteś mądry! Ho, ho. Nie wiedziałeś, kiedy cię pytałem, co znaczy 10 i 11 we francuskim liście, a teraz wiesz... Dziesięć krokuw i jedenaście krokuw... Nie ruszaj się! Szkoda by było takiej mądrej głowy. Posuń nogą tę skżynkę w moją stronę.

— Nie mogę, za ciężka... — odżekł Adaś zdławionym głosem.

— To dobże, że ciężka... Więc ty sam tży kroki w tył! I ten brodaty! Prędzej!... Nie mam czasu na rozmowy...

Adaś kroczył w tył, wpatżony bystże w lufę broni.

Hudy człowiek zbliżył się tygrysim ruhem i porwawszy skżynkę, ujął ją lewą ręką i umieścił pod pahą. Prawą wciąż wodził po osłupiałym zgromadzeniu.

— Mugłbym ci w łeb stżelić — muwił głuho — abyś mnie kiedyś puźniej nie wytropił. Twoje szczęście, że hałas jest niepotżebny. No i wdzięczny ci jestem! A nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz... Żegnam was, panowie! Pan znowu hwyta za rydel? — zaśmiał się niemiło, zwruciwszy się do profesora. — Bardzo dzielny z pana staruszek.

— Łotże! — kżyknął pan profesor.

Tamten dał niespodzianie susa i pżepadł wśrud dżew.

— Gońmy go! — wżasnął pan Gąsowski.

— Ani kroku! — zawołał Adaś zdławionym głosem. — Ani kroku! Czy panu życie niemiłe? Zresztą...

Nie dokończył, bo zaczął nasłuhiwać. W niewielkiej odległości zgżytliwym głosem zawarczał motor.

— ...Zresztą on ma auto. Niewysokiej widać marki, bo kiha i szczeka, ale jedzie. Niehże sobie jedzie na złamanie karku.

— Ależ skarb, skarb! — zahuczał „były matematyk”. — Hłopcze! Czy z pżestrahu straciłeś zmysły? Czemu się śmiejesz, u stu diabłuw! I ty też? — kżyknął, spojżawszy na Staszka.

— A cuż mamy robić? — spytał Adaś spokojnie.

— Gonić go!

— Jak? Na nogah?

— Damy znać... Nieh go hwytają!...

— A ja mażę o tym, aby on uciekł na kraniec świata i aby go nigdy nie shwytano. Ja panu wszystko wyjaśnię... Nieh się pan zehce uspokoić...

Pan profesor, jedyny Bayard armii, pżysłuhiwał się, ruwnie zdumiony, tej rozmowie. Nie rozumiał dziwacznego postępowania swego beniaminka, ale ani pżez hwilę nie wieżył, by Adaś „stracił zmysły ze strahu”.

„Coś w tym tkwi!” — pomyślał. A potem żekł głośno:

— Uspokuj się, bracie, i wracajmy do domu.

— Z pustymi rękami? — kżyknął „były matematyk”.

— Mamy łopaty... — bąknął profesor.

Powrut odbywał się w mrocznym milczeniu. Gromadka wlokła się ospale jak niedobitki Konrada Wallenroda z wyprawy lub jak szczątki cesarskiej armii po pżebrnięciu pżez czarne topiele Berezyny. Pan Gąsowski czasem pżystawał i hwytając się zrozpaczonym ruhem rąk za głowę, pomrukiwał lwim pomrukiem.

Staszek zakwakał jak stara żaba, co była primadonną w żabiej opeże.

Panie, ujżawszy hmurami zasnute oblicza, pżelękły się i już dobra pani Gąsowska hciała się też hwytać za głowę, kiedy Adaś żekł szybko:

— Wszystko w pożądku, proszę pani!

Uśmiehnął się ruwnocześnie, lecz tak był roztargniony, że zamiast do dobrej mamy, uśmiehnął się do ślicznej curki.

— I cuż nam teraz powiesz, bohaterski młodzieńcze? — zapytał pan Gąsowski, ktury gryzł to pytanie jak kwaśne jabłko podczas powrotnej drogi.

— Nieh państwo zehcą usiąść! — poprosił wdzięcznie Adaś. — Historia jest dość długa, a tylko wielki Tacyt umiał opowiadać historię stylem zwartym i nad podziw treściwym.

— Wie o tym ode mnie! — żekł z dumą profesor. — Muw, dobry Piotrusiu, jak umiesz!

— Sprawa jest taka — rozpoczął Adaś. — Znalazłem owe słynne dżwi u księdza Kazury...

— To święty człowiek! — szepnęła pani Gąsowska.

— ...znalazłem więc i dżwi, i Francuza. I znalazłem napis na dżwiah... Jeśli ten napis, o kturym powiem puźniej, nie jest napisanym okżykiem człowieka bredzącego w gorączce, znajdę drogę do kryjuwki.

— Pżecie jużeśmy ją znaleźli pżed godziną... — huknął pan Gąsowski.

— Eh! — zaśmiał się Adaś. — Ta była fałszywa... Bo ja użądziłem komedię, proszę pana... Dość zresztą niebezpieczną... A musiałem ją użądzić, wiedziałem bowiem, że byłem śledzony. Gdybym poszedł prosto do prawdziwej kryjuwki, odebrano by nam prawdziwą żecz znalezioną. Za wszelką cenę musiałem się pozbyć tyh, co za mną szli krok w krok. Gdy wilki gonią człowieka, człowiek żuca im byle ohłap, aby się wilki zatżymały. Uczyniłem podobnie. Widziałem wśrud gratuw na stryhu starą okutą skżynkę, napełnioną szpargałami. Zabrałem ją w nocy, o czym wiedział tylko pan profesor...

— Ha! — zawołał pan profesor, pomalowawszy to słuwko podziwem, zdumieniem i prawdą.

— ...Ze Staszkiem Burskim napełniliśmy skżynkę starym żelaziwem, pżytwierdziliśmy wieko gwoździami, wbitymi na amen, i zakopaliśmy ją dokładnie w tym miejscu, gdzieśmy ją dzisiaj wieczorem odkopali.

— Zdumiewające! — zagżmiał pan Gąsowski.

— Myślałem tak: opryszki pilnują każdego mego kroku, niehże więc wiedzą, co czynię, byle nie wiedzieli wszystkiego. Dlatego dzisiaj rano tak głośno opowiadałem podczas śniadania o znalezieniu skarbu. Kturyś z nih musiał to słyszeć i czekał wieczora. Użądziłem pżedstawienie, głęboko pżekonany, że z zarośli podglądają nas jakieś oczy... Gdyby panowie byli wtajemniczeni, nie odegraliby swoih rul z taką wyborną naturalnością, z jaką to uczynili, i sprytny opryszek mugłby się spostżec, że użądzamy komedię. Dlatego nie powiedziałem wam ani słowa. I te wszystkie hokus-pokus z zaglądaniem do starego niby dokumentu i z liczeniem krokuw były komedią. Umyślnie liczyłem krokuw dziesięć i jedenaście, gdyż opryszki znały te liczby z listu napoleońskiego oficera, więc podsłuhującemu wydały się prawdopodobne.

— Świetnie, świetnie! — wołał profesor.

— Wcale nieświetnie, panie profesoże... — żekł Adaś. — Odważyłem się na awanturę, byłem bowiem pżekonany, że ci ludzie, ujżawszy wykopaną skżynkę, zakradną się w nocy do domu i dopiero wtedy ją zabiorą, tym łatwiej, że zostawiłbym niedomknięte okno, a skżynkę ukryłbym tak, że znalazłby ją nawet ślepy. Nie pżewidziałem jednak zuhwałej odwagi tego hudego człowieka, co nas zaskoczył. Komedia mogła się łatwo zamienić w tragedię, gdyby ten pan stżelił w podnieceniu, dlatego tak usilnie prosiłem pana Gąsowskiego o spokuj.

— Młodzieńcze, ty nie zginiesz własną śmiercią! — zawołał „były matematyk”, patżąc na Adasia ze szczerym podziwem.

— Bardzo też i pana, i pana profesora pżepraszam za tę awanturę — muwił Adaś z uśmiehem. — Nie było innej rady, aby się pozbyć pżeśladowcuw, hociaż na pewien czas, obawiam się bowiem, że zbadawszy cenny łup, wpadną w szał. W tym mam tylko nadzieję, że nie pżyjdzie im na myśl komedia. Skżynka jest stara, żelaziwo zardzewiałe. Pomyślą raczej, że i oni, i my zostaliśmy oszukani; że zawartość skżynki dawno już znikła i ktoś, zabrawszy skarby, napełnił ją żelastwem. Skżynkę zbadają dzisiejszej nocy i albo jutro powrucą, albo dadzą wszystkiemu spokuj. Ponieważ nie jestem pewny, więc pżez dwa, tży dni nie będziemy zaczynali niczego. Udawajmy, że jesteśmy pogrążeni w rozpaczy...

— Kiedy mnie się hce śmiać! — żekł pan profesor.

— Śmiać się wolno, ale w kułak, drogi panie profesoże. Niepokoi mnie bowiem sprawa inna jeszcze.

— Jaka, jaka?

— Owyh ludzi było tżeh, a my widzieliśmy tylko jednego. Gdzie są tamci? Pżynajmniej jeden, naprawdę groźny, uw fałszywy malaż. Być może, że tamten szuka Francuza, być też może, że szedł jak cień za tym hudym, zwietżywszy zdradę... Nie wiem! Dlatego proszę o spokuj i rozpłakaną ciszę pżez dwa dni. Ja tymczasem będę rozważał, gdyż czeka mnie trudne zadanie. A na koniec hcę bardzo serdecznie pżeprosić panią, że śmiałem bez pozwolenia zabrać ze stryhu ową skżynkę... Zdaje mi się, że niewiele była warta, ale to wszystko jedno. I hociaż pan profesor pozwolił...

Pan profesor, zmarszczywszy brwi, począł sobie pżypominać usilnie, kiedy wydał to pozwolenie, dobra zaś pani Gąsowska zahodziła w głowę, dlaczego ten pżyjemny hłopak, prosząc o pżebaczenie mamy, znowu patży na curkę, co jednakże wcale nie zdziwiło curki.

Nakazany pżez Adasia smutek, cętkowany rozpaczą, zasnuł dom jak dym z zepsutego pieca. Profesor rozmawiał szeptem z bratem, ktury zaniehawszy matematyki, coraz częściej zaczął spoglądać na gwiazdy, słuszną tym budząc we wszystkih obawę, że zleciawszy z jednego konia, będzie usiłował wygramolić się na drugą kobyłę, tym razem astronomiczną. Panna Wanda jedynie nie mogła się nagiąć do pogżebowego nastroju i trapiła pana profesora rozmowami na temat Adasia: a jaki on mądry, a jaki pżystojny, a gdzie on może być, o czym on myśli? Pan profesor odpowiadał, jak umiał, zdumiony był jednakże niewypowiedzianie, kiedy uparta dziewczyna pżyparła go do muru i bystże patżąc mu w oczy, muwiła:

— Czy stryjaszek wszystko wie o swoih uczniah?

— Odnoszę wrażenie, że oni wiedzą o mnie sto razy więcej, ale coś niecoś wiem... O cuż idzie?

— O nic... Ja tak sobie... A o Adasiu stryjaszek co wie?

— A cuż mogę wiedzieć więcej, niż wiemy wszyscy?

— No tak... A czy stryjaszek nie wie pżypadkiem... Mnie to wcale a wcale nie obhodzi i tylko tak sobie pytam, bo mi się nudzi... Czy stryjaszek nie wie, czy on się w kimś koha?

— Czy się koha? A skądże ja mogę wiedzieć? Pżecie mnie tego nie powie!

— Pewnie, że nie, bo o takih sprawah się nie muwi... Ale czy w szkole był kiedyś smutny?

— Nie zauważyłem...

— A nie wzdyhał?

— Dziewczyno, pżestań męczyć starego człowieka!

— A czy nie pisał wierszy?

— Wierszy? On? To rozumny hłopak.

— A czy nie zamyślał się tak, że nie wiedział, co się dzieje dokoła niego?

Pan profesor podniusł obie ręce w stronę nieba.

— Stryjaszek nic a nic na tym się nie rozumie! — żekła panna Wanda z goryczą. — Ja wiedziałabym wszystko od pierwszego dnia.

— Skoroś taka ciekawa, to go sama zapytaj, bo właśnie nadhodzi z tym drugim Ajaksem. Czemu uciekasz? Sfiksowała dziewczyna — mruknął zdumiony.

Adaś nie „nadhodził”, tylko nadbiegł, powiewając z daleka białą płahtą gazety, pżeto wyglądał jak parlamentaż białą horągwią wzywający wroga, aby nie stżelał.

— Ciekawe wiadomości, panie profesoże! — wołał z daleka.

— Na Boga! Hyba nie o nas napisali! — zatrwożył się profesor.

— Nie o nas, tylko dla nas!

Zwołana naprędce „rada familijna” dowiedziała się, że w marnym jakimś zajeździe wileńskim doszło do zbrojnej rozprawy między dwoma dżentelmenami, kturyh starano się pogodzić w komisariacie policji państwowej. Wyszło na jaw pży tej miłej sposobności, że są to osobistości szeroko znane i że władza zbrojna tęskniła za nimi jak słowik za wiosną, więc ih pżyjęto radośnie i na czas długi pżytulono do policyjnego serca. Powszehny podziw wzbudziło to, że owi dwaj mężowie, z kturyh jeden usiłował zakatrupić drugiego, wiedli buj o starą skżynkę, napełnioną zardzewiałym żelaziwem.

— Szatańskie zdażenie! — żekł pan Gąsowski.

Adaś odethnął.

— Teraz możemy szukać w spokoju! Jeszcze dzisiaj zaczniemy.

Tego dnia jednakże nie można było pżystąpić do wielkiego dzieła, około południa bowiem ujżano zmieżającą ku domowi dziwną postać: jak gdyby apostoł kroczył w pyle drogi. Odziany w biały, płucienny kitel szedł powoli, podpierając się laską wysoką, jakby pielgżymią. Brak było tylko uwiązanej u szczytu laski tykwy na wodę, aby pozur pielgżyma wędrującego do Jerozolimy był zupełny.

— Do nas idzie — żekła pani Gąsowska. — Znam tę postać...

— Ksiądz Kazuro! — zawołał radośnie Adaś.

— Pokuj temu domowi, młodziankowie święci! — muwił starowina, bardzo znużony. — W imię Ojca i Syna! A ty tu skąd? — zdumiał się, ujżawszy Adasia. — I ten drugi młodzianek święty też tutaj?

Witali go niezmiernie czule i usadowili za stołem, aby odpoczął. Ksiądz Kazuro opowiadał dziwne żeczy.

— Od wczoraj wędruję — muwił — bo mam wielkie zmartwienie. Wyobraźcie sobie, że ten święty młodzianek pżyniusł do mnie horego Francuza...

— My o wszystkim wiemy, księże dobrodzieju! — huknął pan Gąsowski.

Staruszek spojżał na niego z zahwytem.

— Ależ pan ma głos, młodzianku święty, aż miło słuhać. Gdybym miał w kościele organy, musiałbyś co niedzieli śpiewać u mnie na huże... Potężny głos!... Może to jednak lepiej, że nie śpiewasz, bobyś mi kościuł tym głosem rozwalił. Ale o czym to ja muwiłem? Aha! Otuż temu Francuzowi naprostowaliśmy rękę. Kżyczał tak, że się cała wieś zbiegła, ale od razu ozdrowiał. Nazajutż pżyhodzę ja rano, aby pogadać z nim na migi, bośmy doskonale rozmawiali, a Francuza nie ma. Tylko pod lihtażem karteczka i banknot. Sto złotyh! Młodziankowie święci! Jak długo żyję, nie widziałem takiego banknotu. Wytłumaczyła mi panienka z Wiliszek, panna Niemczewska, że Francuz napisał na karteczce: „Dla biednyh kohanego księdza proboszcza”. Ładnie napisał, ale teraz mam zgryzotę. Wielką zgryzotę!

— Jakąż to, księże dobrodzieju?

— Te pieniądze spadły mi z nieba, bo właśnie tżeba było ratować jedną wielką nędzę. I ot co! Mam pieniądze i nic nie mogę zrobić.

— Nie rozumiem! — żekł pan Gąsowski.

— A to takie jasne, młodzianku święty!

Żewny ten tytuł dziwnie nie pżystawał do brodatego męża, do kturego czarnej brody powinno się muwić raczej „krwawy Herodzie!”. Nikt jednak nie zwrucił na to uwagi, każdy bowiem zahodził w głowę, skąd się wywodzi zgryzota dobrego człowieka?

— Od wczoraj hodzę po całej okolicy — muwił ksiądz — i usiłuję zmienić ten olbżymi banknot. Byłem w siedmiu dworah, u siedmiu znakomityh dziedzicuw. Wszędzie mi powiadają: „Może by się udało w jesieni, kiedy spżedamy zboże!”. A czy ja mogę czekać do jesieni, kiedy mi nędza nad uhem płacze? Powiadam im: „Zbieżcie do kupy, co ktury ma, młodziankowie święci, a potem się policzycie!”. Zebrali razem w siedmiu dziewięć złotyh i parę groszy. Czysta rozpacz! Więc pżywędrowałem tutaj, może wy zmienicie?

— Doskonale! — zagżmiał pan Gąsowski. — Muj brat, profesor, zawsze pżyjeżdża z gotuwką. Pawle! Zmień księdzu proboszczowi sto złotyh.

Pan profesor bardzo poczerwieniał: zaczął kręcić się niespokojnie.

— Dziwna żecz... — zaczął bąkać niepewnie. — Roztargniony jestem... zapomniałem...

Pani Gąsowska hciała coś żec, może o tym komorniku, co tu był niedawno, ale pan profesor spojżał na nią tak srodze, że umilkła. Adaś, patżący na to spod oka, zawołał gromko:

— Staszek!

— Jestem...

— Nieh jeden harceż weźmie pieniądze, a dwuh nieh idzie jako straż i co thu do miasteczka. Szostak musi pujść jako znawca, aby nie dali jakiejś fałszywej monety.

— Rozkaz! — wżasnął Burski. — Proszę o pieniądze, księże proboszczu.

— To nie tak łatwo, młodzianku święty! — żekł uradowany ksiądz Kazuro. — Najpierw muszę zdjąć but, za pozwoleniem pani dobrodziejki, bo ja dla ostrożności showałem je w bucie.

Wspulnym wysiłkiem ściągnięto mu z lewej nogi pżenośny bank i Staszek pogonił do obozu.

— Uważaj, młodzianku święty! — wołał za nim zaniepokojony ksiądz. — Pżecie to majątek!

Puł dnia trwała podruż i powrut wyprawy, co pżyniosła z triumfem całą kopalnię srebra. Ksiądz Kazuro nie hciał pozostać ani hwili dłużej.

— Głodni czekają — żekł ciho.

Prosił tylko, aby mu starodawnym obyczajem zaszyto pieniądze w płutno, i opasawszy się tym wężem, żegnał się czule.

— Młodzianku święty! — muwił do Adasia. — A gdybyś napotkał drugiego takiego Francuza, to go pżynieś do mnie.

— Będę się starał! — odżekł Adaś z wielką powagą.

Nie ukrywał radości.

— Złyh ludzi wzięto na pżehowanie — muwił na wielkiej naradzie — Francuz zaś odżegnywał się od wszystkiego. Pole jest wolne. Teraz możemy zaczynać. Obawiam się naprawdę, że napoleoński oficer nie był, biedaczysko, pży zdrowyh zmysłah.

Opowiedziawszy, w jaki sposub znalazł dżwi i napis, ukryty pod żelaziwem zamku, oznajmił zdumionym słuhaczom:

— Napis ten jest nową wskazuwką, lecz niezwykłą i dziwną. Odczytałem na dżwiah takie słowa: „W wielkim domu znajdziesz dwie malowane brody. Nie patż poza siebie. Patż pżed siebie i czytaj w brodzie”.

Kiedy wygłaszał te słowa powoli i dobitnie, wszystkie spojżenia, jak na komendę, utkwiły w czarnej brodzie pana Gąsowskiego. A pan Gąsowski, też jakby użeczony, podniusł ją ręką i spojżał na nią ze zdziwieniem. Nagle ocknąwszy się, udeżył pięścią w stuł.

— Co to wszystko znaczy? Czy kpisz, młodzieńcze?

— Niehże mnie Bóg broni! — żekł Adam z pośpiehem. — Ale tak istotnie bżmi napis.

— Dwie brody?

— Tak. Dwie malowane brody. To pżecie pżypadek, że i pan ma czarną brodę.

— Oczywiście, że pżypadek... Ale co to znaczy?

— Właśnie zaczynam nad tym rozmyślać. Czy państwo pozwolą, abyśmy się nad tym dziwacznym napisem zastanowili wspulnie?

— My z pewnością niczego nie wymyślimy! — wtrąciła dobra pani Gąsowska.

— Ale on wymyśli! — zawołał profesor. — Piotrusiu, rusz głową!

— Ruszam, ruszam, ale bardzo niezdarnie. Czytajmy jednak słowo po słowie: „W wielkim domu znajdziesz...”. Gdzie jest wielki dom? To jasne! Oficer leżał w małym domku, więc kieruje kroki brata do „wielkiego domu”, do tego, w kturym znajdujemy się w tej hwili. O innym nie może być mowy. Ksiądz Koszyczek opowiada, że oficer pżez czas pewien zajmował bawialnię. Myślę pżeto, że tam należy podążać za myślą oficera. Dobże by było, abyśmy się tam pżenieśli...

— Wybornie! — żekł profesor.

Zajęli miejsca w mrocznym pokoju i siedzieli w milczeniu, jakby w teatże. Adaś stojąc, rozważał:

— Mamy znaleźć w tym domu dwie brody... Dobże! Najprostsze byłoby pżypuszczenie, że w owym czasie mieszkali tu jacyś dwaj brodaci mężowie. Takih tu jednak nie było!

— Skąd wiesz?

— Ksiądz Koszyczek nie wspomina o tym, a sam pżecie brodaty nie był. Nic nie muwił o dwuh ludziah, kturyh by z pewnością wspomniał. Zresztą to były „malowane” brody. A ktuż... O nieba! Jedną już mam! Patżcie, państwo, na to malowidło! Wszakże to „malowana” broda!

Brodaty ryceż na portrecie spojżał na niego nienawistnym, zimnym spojżeniem.

— O, jaki on mądry! — szepnęła panna Wanda do Staszka, ktury zrobił minę na temat: „A pani o tym nie wiedziała?”.

Zdumieli się wszyscy i patżyli z zahwytem na łopatę brody groźnego ryceża.

— Ale to dopiero jeden! — muwił Adaś gorączkowo, stojąc pżed malowidłem. — Jak bżmią następne słowa: „Nie patż poza siebie!” Pżeto druga broda musi być w tyle.

Odwrucił się szybko i kżyknął:

— Jest i druga!

— Gdzie? Gdzie?

— W lustże! Lustro jest na wpuł umarłe, więc ledwie ją można dostżec, pżed stu laty jednakże widać ją było doskonale. Na tę brodę brat oficera nie ma zwracać uwagi... Oczywiście! A co ma robić? „Patż pżed siebie i czytaj w brodzie!” Więc czytajmy i my!

Pohwycił stare, pokraczne kżesło, stanął na nim i zbliżył tważ do malowanej brody.

— Nic nie widać... Proszę pani! Trohę ciepłego mleka i jakiś gałganek!

Panna Wandzia, szybko jak Iris, „posłanka boguw”, pobiegła i wruciła z tą alhemią.

Adaś zaczął tżeć ostrożnie, nie zwracając uwagi na piekielne spojżenia ryceża. Zdawało się, że ryceż zgżytał zębami.

— Czy nie ma w domu powiększającego szkła? — wołał Adaś.

— Ja mam szkło powiększające! — zawołał pan Gąsowski. — Kiedy jeszcze byłem matematykiem...

Mahnął ręką, nie dokończywszy, i podreptał szybko.

Po hwili Adaś badał brodę pżez szkło.

— Ciemno! — muwił, nie odwracając głowy. — Otwużcie okna i nieh ktoś odgarnie dzikie wino... Tak... Teraz lepiej... Widać litery... Jakiś napis wśrud skrętuw brody...

— Możesz odczytać?

— To dziwne! — oznajmił Adaś. — Litery i nielitery... Napis i nie-napis. Ah! Słowa są pisane odwruconym sposobem!

— Sztuczka dla kmiotkuw! — pouczał pan Gąsowski. — Byli jednak i geniusze, co z ostrożności używali tej dziecinnej metody. Pismo Leonarda da Vinci tżeba odczytywać w lustże.

— Ja mam pży sobie lusterko... — żekła panna Wanda. — Pżypadkiem...

Adaś odczytywał w nim z trudem, dodając literę do litery.

— Nieh pan notuje, panie profesoże!

Wszyscy słuhali z zapartym them, a Adaś dyktował.

— To wszystko! — ogłosił, zeskakując z kżesła.

— A cuż to znaczy? Muw prędzej, Adasiu!

— Tłumaczę dosłownie:

Znajdziesz w domu tego, co powruci wkrutce z Egiptu i nigdy nie jadał na uczcie z płaskiego tależa.

— Co takiego?! — huknął pan Gąsowski.

— Mało to dwuh zagadek, znalazła się na pociehę tżecia — muwił zatroskany profesor. — Ktuż ją zdoła odgadnąć?

— Jak to, kto? — zawołała panna Wanda, niemal ze zgorszeniem. — Pan Adaś!

Adaś spojżał na nią, jakby się pżed nim niebo otwarło, a ona siedziała na hmuże.

— Coraz bardziej jestem pżekonany — żekł — że napoleoński oficer niezbyt dobże rozumiał, co czyni. Hociaż, czy ja wiem? Dotąd wszystko było na podziw ostrożne i bardzo dowcipnie ukryte. Te malowane brody wymyślił doskonale. Musiał jednak bardzo wieżyć w domyślność swego brata, skoro go tak wodził po bezdrożah. Może być, że dla Francuza byłoby to łatwe. Ja pżyznam się, że nie umiem myśleć tak lotnie. Panie profesoże, co pan myśli o tej nowej zagadce?

— Myślę, że jest ze wszystkih najtrudniejsza. Łatwiej było się domyślić cytaty z Danta i pży tak wspaniałej pżemyślności jak twoja odnaleźć dwie brody. Ale teraz ani w ząb!

Wielka troska jak czarny ptak pżelatywała z czoła na czoło, a wszystkie były zmarszczone. Dobra pani Gąsowska nie zajmowała się jednak rozwiązaniem zagadki; ją trapiło bowiem co innego.

— Żeby tylko Adaś nie rozhorował się z wysiłku — muwiła do curki. — Mnie pękłaby głowa.

— Jemu nie pęknie! — odpowiedziała panna Wanda w zamyśleniu i nagle, nie zapowiedziawszy „wielkiej sceny”, żuciła się matce na szyję. — Oh, mamusiu, mamusiu! — szeptała ruwnocześnie gorąco i łzawo.

— Co ci się stało, moje dziecko? — zdumiała się matka. — Czy to pżypadkiem nie z żołądka?

Nie było to jednak z żołądka, tylko z serca, na co medycyna nie zna lekarstwa. Adaś byłby to pżejżał w jednej hwili. Adaś był jednak całkowicie stracony dla świata. Pżyczaił się w jakimś ciemnym kącie i zapadł się w siebie.

— Adaś rozmyśla! — ogłosił Staszek szeptem całemu domowi. — Nie pżeszkadzajmy mu!

— Hyba muj brat mu pżeszkodzi — odżekł profesor. — Nie widziałeś gdzie mojego brata?

— Jest u siebie... Słyszałem, jak pan Gąsowski zamykał dżwi na klucz.

„O, to niedobże!” — pomyślał pan profesor.

Zaniepokojony, że na „byłego matematyka” nowe padło opętanie, pośpieszył czym prędzej i nasłuhiwał hwilę pod dżwiami. Usłyszał plusk wody, co go niepomiernie zdumiało. Zastukał i pytał:

— Co ty tam wyprawiasz, Iwonie? Kąpiesz się?

— Zostawcie mnie w spokoju! — zagżmiało spoza dżwi. — Robię to, co mi się podoba.

Profesor wzruszył ramionami i wałęsał się aż do obiadowej pory. Gdy wszedł do jadalni, zakżyknął i cofnął się: za stołem siedział jego brat, lecz jakże odmieniony. Quantum mutatus! Pżed kilkoma godzinami czarna, kruczoczarna jeszcze broda osiwiała, hociaż snuły się po niej brunatne pasma, kturyh nie można było usunąć naprędce.

— I cuż cię tak dziwi? — dawnym basem żekł pan Gąsowski, głosu bowiem odmienić nie zdołał. — Znudziło mi się być czarnym, więc posiwiałem. „Malowane” brody dobre są do zagadek.

— Ja się nie dziwię! — żekł dobrotliwie profesor. — Ja się cieszę... Jesteś bardzo pżystojnym człowiekiem, muj stary!

— Stary? To za wiele powiedziane...

— Nie w tym sensie, nie w tym sensie! — zaśmiał się brat.

Bohaterski czyn pana Gąsowskiego zdumiał wszystkih prucz Adasia. Zdawało się, że Adaś jest niepżytomny. Jadł, nie wiedząc, co je, i nie zauważył, że pokaźna muha, znudzona życiem, żuciła się do jego zupy, aby umżeć. Adaś zjadł zupę, zjadł muhę i patżył pżed siebie szklanym wzrokiem. Gdy postawiono pżed nim płaski tależ, pżyjżał mu się z obudzoną nagle ciekawością.

— „...Nigdy nie jadał na uczcie z płaskiego tależa...” — gadał sam do siebie. — Panie profesoże! — żekł głośno. — Coś mi świta...

— Ejże! — uradował się profesor.

— Kto nie jadł na uczcie z płaskiego tależa?

— Zabij mnie...

— Lis zaprosił raz na ucztę bociana...

— I dał mu jedzenie na tależu! — kżyknął profesor.

— Lis nie mugł jeść z flaszki, a bocian z tależa. Bocian!

— Tak mi się zdaje... A kto „wkrutce powruci z Egiptu”?

— Panie profesoże! Francuzi pżyszli do Bejgoły wśrud zimy... Siedzieli tu długi czas... Zbliżała się wiosna... Bociany wracają z Egiptu... Jeszcze nie powruciły, ale kiedy oficer malował swoje znaki na brodzie, miały powrucić lada hwila... „Znajdziesz w domu tego...”

— Dokąd pędzisz, Piotrusiu?

Adaś hwycił widelec, wybiegł z pokoju, a wszyscy za nim. On pżez dżwi, oni za nim. On na zajazd pżed domem, oni za nim.

Na tważy miał czerwone wypieki, a oczy błyszczące.

— Oto jest dom tego, co nie jadł nigdy z płaskiego tależa! — wołał wymahując widelcem.

Wśrud gęstyh zarośli sterczał odwieczny dąb, stżaskany kiedyś pżez piorun; pozostał po nim jedynie niewysoki, gruby pień, potężny i nieozdobny jak dorycka kolumna. Na jej ściętym szczycie umieszczono koło od wozu na bocianie gniazdo.

— Jak długo pamięta pan to gniazdo, panie profesoże? — pytał Adaś gorączkowo.

— Od najwcześniejszyh moih dni... To gniazdo było tutaj zawsze... W tej hwili jest puste, bo małe brodzą już po łąkah. Więc ty myślisz?

— Nie może być inaczej!

Odwrucił się szybko i wskazał ręką.

— Patżcie, państwo! Ten pień sterczy napżeciwko okien bawialni. Oficer leżący na łużku i rozmyślający nad wyborem showka patżył pżez okna pżez długie zapewne godziny... Dojżał to gniazdo... Wtedy niewątpliwie zrodził się w jego głowie ten pomysł. Musi wyjść z domu potajemnie ze swoim ciężarem. Do lasu by może nie doszedł, bo ma nogi obolałe, a to gniazdo jest blisko. Może się uda... Dokoła pnia rosną haszcze, nikt tu nie zahodzi... I udało mu się. Panie profesoże! Jestem najpewniejszy, że znaleźliśmy showek, najzupełniej pewny!

— Drabinę! Dawajcie prędko drabinę! — wołał siwobrody pan Gąsowski.

Adaś powstżymał go ruhem ręki.

— Wydaje mi się, że drabina będzie niepotżebna...

— Gniazdo jest dość wysoko...

— Tak. Skoro jednak nam potżebna by była drabina, nie mugłby się bez niej obejść i oficer. Ksiądz Koszyczek pisze, że oficer nie hodził, lecz że się niemal czołgał. Jakże by mugł pżywlec gdzieś z daleka ciężką drabinę i jakże by mugł wleźć na nią z ciężarem? Nie! Oficer nie whodził na drabinę — muwił Adaś bardzo powoli, pilnie oglądając pień dębu. — A jeżeli nie whodził na drabinę, a tutaj wybrał showek, wynalazł zapewne taki, do kturego mugł łatwo sięgnąć ręką. Co to jest? — zapytał, wskazując palcem.

— To ja kazałam zamazać gliną — żekła pani Gąsowska. — Był otwur w pniu.

— Otwur w pniu? Więc pień jest albo zmurszały, albo go piorun wypalił. Staszek, masz nuż?

Pożyteczne harcerskie nażędzie: fiński nuż, łatwo wykruszyło zashłą na słońcu glinę.

Adaś obnażył ramię i wetknął je w otwur. Gżebał długo palcami w rozkruszonym na miał miąższu dżewa. Pżymknął oczy, jakby spojżenie ih zagłębił w ciemną czeluść.

— Jest! — wyżekł zdławionym głosem.

Z trudem dobywał coś, co było ciężkie, z trudem pżesunął pżez otwur skużany mieszek, oblepiony zbutwiałym pruhnem.

— Oddaję to w ręce pani — żekł głosem bardzo zmęczonym.

Pan Gąsowski pohwycił pożucony na ziemi nuż i rozdarł nim skurę mieszka.

— Oh, oh! — wykżyknął.

W słońcu zamigotały siedmioma kolorami diamenty i ciemną czerwienią błysnęły wielkie rubiny.

Wszyscy patżyli w zalękłym milczeniu.

— Setki tysięcy ludzi zginęło dla takiego jak ten łupu — żekł po hwili bardzo ciho profesor. — Te rubiny nasycone są ludzką krwią...

Adaś, niezwykle znużony, nie patżył na te bogactwa, co były jak stężałe łzy. I panna Wanda zaledwie żuciła na nie okiem. Dwie młode istoty patżyły sobie w oczy i nagle zaczęły się uśmiehać ku sobie radośnie. Oczy fiołkowe pełne były blaskuw.

„Fiołki są piękniejsze od wszystkih diamentuw świata! — pomyślał Adaś. — A czyste serce czerwieńsze od wszystkih rubinuw...”.

Był to bowiem hłopak mądry i bardzo pżenikliwy.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Kornel Makuszyński, „Szatan z siódmej klasy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)