Biblioteka › Szatan z siódmej klasy
12. „Puk, puk w okieneczko...”
12.
„Puk, puk w okieneczko...”
Panna Wanda wpadła do pokoju jak krogulec do gołębnika, wołając z daleka:
— List! Jest list od Adasia.
— Hwała Ci, Panie Boże! — zawołał profesor.
— Jakiś nieznany człowiek go pżyniusł i oddał ludziom na polu.
— A na odpowiedź nie czeka?
— Nie! Powiedział, że buża się zbliża, więc mu śpieszno... Niehże stryjaszek prędko czyta.
Matematyk mahnął lekceważąco ręką na znak, że mało go zajmują listy młodyh urwipołciuw, pani Gąsowska natomiast okazała żywe zainteresowanie.
Profesor zaczął czytać głośno, najpierw bardzo szybko, potem coraz powolniej. Skończył i spojżał na wszystkih zdumionym wzrokiem.
— Dziwny list — żekł po namyśle. — Jakiś sztuczny i wymyślny.
— O mnie nie raczył pamiętać! — zagżmiał matematyk.
— Mniejsza o to! — żekł profesor zniecierpliwiony. — Prawdę muwiąc, mugł napisać więcej. To serdeczne hłopczysko, a list jest niemalże oshły.
Odczytał go szeptem po raz drugi i nagle zakżyknął:
— Ejże! Co to wszystko ma znaczyć?
— Co takiego, stryjaszku? — spytała panna Wanda z niepokojem.
— Adaś wie pżecie, że nasza wieś zowie się Bejgoła? Wie czy nie wie? Czemu ją tedy nazywa „Ejgołą”? Ha!
Nikt mu tego nie umiał wytłumaczyć, dlaczego Adaś dopuścił się takiego zaniedbania czy roztargnienia.
— Bawi się, więc mu wyleciało z głowy! — huknął brodaty.
— On nie jest taki! Ejgoła... Ejgoła... Ale w tym liście dziwniejsze jeszcze znajdują się żeczy. Powiedzcie mi, kim jest ta „pani Maria”, za kturą mu tak tęskno?
— Może o mnie myślał? — zaszemrała dobra pani Gąsowska.
— Pżecie tobie na imię Ewa?
— Mugł zapomnieć...
— On?! Nie, on by nie zapomniał. A muwił do mnie dziesiątki razy: „pani Ewa prosi na obiad...”, „pani Ewa jest zmęczona...”. Nie, nie! W tym coś tkwi, ale co? Jak myślisz? — zapytał, zwracając się do matematyka.
— Pokaż mi ten list! — zagżmiał brat.
Pżyjżał się bacznie pismu i muwił:
— Nie to mnie dziwi, że pomieszał imiona... Mugł naprawdę zapomnieć. Wiatr hula po młodej głowie... Zastanawia mnie jednak szyk tyh kilku zdań, porwany, krutki, istotnie jakiś sztuczny. I zastanawiają mnie te nieruwnej długości wiersze. Żaden prawie nie dociera do samego bżegu kartki i czym prędzej pżenosi się na lewą stronę. Zazwyczaj piszący dociera ze swym słowem do bżegu, a skoro mu miejsca nie starczy, dzieli słowo i drugą jego część pżenosi. Tak podobno czyniono za moih czasuw. Ten młodzieniec jednak nie podzielił żadnego słowa. Zaraz!... Czuj duh! Dlaczego on tak uczynił?
— Musiał mieć w tym jakiś cel! — żekł profesor z pośpiehem. — On zawsze ma jakiś cel!
Matematyk nie zwracając uwagi na okżyk profesora, zagłębił się w dociekaniu.
— Twierdzicie uparcie, że to mądra głowa. Pżyjmijmy to jako pewnik. Pżeto mądra głowa, pisząc zamiast Bejgoła — Ejgoła, pragnie, aby na to zwrucono uwagę. Tak czy nie?
— Możliwie! Możliwe! A skądżeż znowu ta Maria?
— Pżypuszczam, że Maria zjawiła się z tego samego powodu. Albo też nie! Maria musiała mu być potżebna! Potżebna, muwię! Jeśli nie cała, to pżynajmniej... Tak, tak! — zakżyknął z triumfem, powiewając listem. — Tak samo jak mu była potżebna Ejgoła. „E” było mu potżebne i „M” było mu potżebne... Ależ to lis, to lis! Patżcie i czytajcie pierwsze litery z gury ku dołowi.
Profesor czytał powoli i dobitnie:
Stżeżcie DOMU
— O Boże! — kżyknęła pani Gąsowska. — Co to znaczy?
— Jest to akrostyh — objaśnił wielkim gżmotem matematyk. — Ułożył go pono nawet Wergiliusz w Eneidzie, jeśli to nie zwykły pżypadek. Nasz pżyjaciel użył go celowo... Prosta sztuczka! Trudniejszą jest kwadrat magiczny, znany od wiekuw. Słynny jest wyraz „sator”. Patżcie! Na odwrotnej stronie listu Adasia napisał ołuwkiem:
| s | a | t | o | r |
| a | r | e | p | o |
| t | e | n | e | t |
| o | p | e | r | a |
| r | o | t | a | s |
— We wszystkih kierunkah czytane, z gury na duł, z dołu do gury, od lewej ku prawej i od prawej ku lewej stronie, zawsze się złoży: „sator — arepo — tenet — opera — rotas”. Ciekawe, co? Taką samą sztukę matematycy arabscy czynili z liczbami. Napiszmy takie na pżykład:
| 4 | 9 | 2 |
| 3 | 5 | 7 |
| 8 | 1 | 6 |
Dodawaj, w kturą hcesz stronę, i na ukos, zawsze wypadnie suma: 15. To wyborne!
— A cuż ma jedno z drugim? — zawołał profesor.
— Nic! Ale hciałem was pouczyć pży sposobności. Sprawa pism tajemnyh, anagramuw, kryptogramuw akrostyhuw i kwadratuw magicznyh nie jest mi obca, dlatego tak łatwo wpadłem na ślad podobnej sztuczki w tym ciekawym liście. Wam nie pżyszłoby to do głowy!...
Profesor mahnął ręką.
— Mniejsza o to! Żecz w tym, dlaczego Adaś list taki napisał?! Dlaczego tak tajemniczo? Kto mu mugł zabronić, aby napisał wyraźnie: „Stało się to i to, więc stżeżcie domu!”.
— Widać z tego — żekł matematyk — że uległ czyjejś pżemocy. Ktoś mu kazał napisać list, ktury miał nas uspokoić i uśpić naszą czujność. Jednakże sprytny hłopiec czujność tę obudził, pżemyślnym nawołując nas akrostyhem. Periculum in mora! Wandziu, idź obudź nocnego struża, aby miał oko na dom. Kżywdy żadnej mu się nie wyżądzi, bo wyspał się w nocy. Ewo! Każ zamknąć wszystkie dżwi! Gdyby zauważono kogoś nieznajomego w pobliżu domu, udeż na alarm łyżką w patelnię. To będzie znak!
Niewiasty wybiegły, goniąc własny lęk.
— Ty, Pawle... — zagżmiał matematyk, urwał jednak, spojżawszy na mroczną tważ brata.
Pan profesor jak gdyby nie słyszał gromkiej komendy. Siedział skupiony i głęboko zadumany.
— „Stżeżcie domu!” — powtażał niskim głosem. — „Stżeżcie domu!”... Oczywiście, będziemy go stżegli... Mądry hłopiec!... A wiesz, bracie — żekł z niespodzianą dobitnością — co mi pżyhodzi na myśl? Muj znakomity uczeń, posyłając nam to hasło, wiedział o jakiejś zamieżonej napaści lub o jakihś niepżyjaznyh knowaniah. Pżypadkiem jednak udeżył tymi słowami w nasze serca.
— Nie widzę związku pomiędzy sercem i akrostyhem!
— Nie widzisz?... W tym właśnie cała tragedia, że ty nie widzisz! Bracie! — żekł gorącym głosem. — Nie gadałem z tobą o tym pżez całe lata... Nie hciałem zwady, lękałem się twojej popędliwości... Wiesz, że cię koham serdecznie, hoć tego nie pokazuję...
— I cuż mi hcesz teraz powiedzieć? — zapytał podejżliwie matematyk.
— Jesteśmy sami i nikt nas nie słyszy, więc możemy zżucić z serca to wszystko ciężkie, co je tłoczy. Ostżegawcze słowa tego hłopca odbiły się w mojej duszy głośnym ehem. „Stżeżcie domu!” Czy my stżeżemy tego domu, w kturym od tżystu lat kwitło i umierało, umierało i kwitło nasze życie? Uczciwe, proste, szlahetne życie wielu pokoleń. I ty, i ja pżestaliśmy stżec domu, w kturym jak w spihżu pżehowywano pżez wieki zdrowe ziarno. Ja wyleciałem jak gołąb z arki, a ty czynisz wszystko, ale nigdy to, coś czynić powinien. Nasz dom się wali, rozsypuje się w gruzy, zapada się w ziemię. Niszczeje z nim to, co było zgżebne, lecz uczciwe. Marnieje malutka komurka tego wielkiego, pracowitego ula, co jest ojczyzną. Marnieje i zniknie wreszcie jeszcze jeden hlebny warsztat, co żywił wiele ludzi. Maluczko, a wygnają nas stąd...
— Nie może być! — zdumiał się matematyk.
— Może być, może! Nie tylko nas stąd wygnają, ale razem z nami i tę szlahetną dobroć, co mieszkała w tym domu, i pamięć spraw wielkih i wzniosłyh, i tę dumę odwieczną, co się nie skalała nigdy czynem złym lub niskim. Ten dom był wylęgarnią ludzi nie doskonałyh, bo takih nie ma na świecie, lecz czystyh i uczciwyh, kturyh jest mało na świecie. A my jakże go stżeżemy? Tobie oddaliśmy go pod opiekę... Tobie... A ty zamiast pazurami wedżeć się w tę odrobinę ziemi, zamiast na własnyh barkah dźwigać ten dom jak Atlas świat, obarczyłeś tą troską biedną, znękaną kobietę, a sam...
— Ja miałem wielkie plany... — muwił matematyk nad podziw spokojnie.
— Wiem, wiem... Lecz twoje plany były nie „wielkie”, lecz „zbyt wielkie”. Głowę miałeś w hmurah, ale nie czułeś gruntu pod nogami. Nie gniewaj się, miły bracie, że gorycz pżemawia pżeze mnie. Z miłości to muwię, nie ze złośliwości. Wiesz, co jest najgorszym wrogiem uczciwej polskiej natury? Dyletantyzm... Imanie się nie swoih żeczy... Szlahetne partactwo... Godzien wielkiego szacunku jest szewc, ktury wybornie szyje buty, śmiehu natomiast wart jest taki szewc, co zaniedbawszy swojego żemiosła, pisuje lihe wiersze i usiłuje wiązać rymy jak kozie ogony. Ty gżebiesz się w wielkiej matematyce, uroiwszy sobie, że zdumiejesz świat. Bez głębokih pżygotowań, bez olbżymiej wiedzy, zdobytej w spoconym trudzie, bez wytżymałości, ktura potżebna jest nawet geniuszowi, pragniesz dokonać czegoś, czego najtęższe nie mogły dokonać głowy. Ile lat strawiłeś na tym?
— Piętnaście — odżekł matematyk ponuro.
— I co?
Brat targnął brodę i z niezmiernym trudem wyznał:
— Nie doszedłem do niczego... Nie myśl — dodał gwałtownie — że i mnie nie pżyhodziło na myśl to wszystko, o czym muwisz w tej hwili. Łudziłem się jednak... Widzę, że łudziłem się tragicznie. Wstyd mi się było pżyznać... A nie wiedziałem, że z naszym domem jest tak źle. Pżysięgam ci, że nie wiedziałem!
— Z gwiazd nie widać Bejgoły... A tymczasem twoja żona więcej wylała łez, niż ty wypisałeś matematycznyh znakuw.
— Jak to? Ona płakała?
— Myślę, że codziennie od lat piętnastu.
— Biada mojej głowie! — kżyknął matematyk.
— Były to jednak drobne deszcze pżed wielką ulewą łez, co spadnie w owym dniu, w kturym każą wam stąd odejść.
— Nigdy, nigdy! — wołał brat. — Połuż rękę na sercu i pżysięgnij, że muwisz prawdę!
— Kładę rękę na sercu — żekł uroczyście profesor.
Matematyk runął na kżesło wedle pżepisu Danta „I upadł, jako ciało martwe pada”. Dyszał ciężko i mocował się z duszą jak Jakub z Aniołem. Po długiej hwili zaczął muwić, tocząc słowa jak głazy:
— Dzisiaj jeszcze spalę moje papiery... Na nic mi one, skoro są oblane łzami... Partactwo, powiadasz? Precz z partactwem!
— Tak, tak! — żekł profesor gorąco. — Wielkie żeczy zostaw innym, co się na tym znają. Nie troskaj się o cudze sprawy... Świat da sobie radę bez ciebie! O, drogi bracie! Stżeż domu, jak ci radzi uw wyborny hłopiec, Piotruś. Czy nie gniewasz się na mnie?
Matematyk, pżedziwnie rozżewniony, otwożył szeroko ramiona i pżycisnął brata najpierw do brody, a potem do serca. Wykżyknął jakieś słowa niezrozumiałe i podniusłszy w gurę obie ręce, jakby tym ruhem hciał powstżymać niebo, walące mu się na głowę, „były matematyk” wybiegł z pokoju.
Profesor patżył za nim długo, potem westhnąwszy z wielką ulgą, poszedł na poszukiwanie Wandzi, aby się z nią naradzić nad umocnieniem lihej bejgolskiej twierdzy.
Obejżeli wszystkie dżwi i zamknęli na zasuwę dżwi od wejścia, hociaż dzień dopiero szażeć poczynał i wieczur był jeszcze za lasem. Spuścili starego psa z łańcuha i namawiali gorąco, aby pżynajmniej udawał jaką taką grozę, pies jednak spojżawszy na nih jednym okiem — zasnął.
— Pierwej jego buda zaszczeka niż on! — żekł zgorszony profesor. — Ale co to? Gżmi?
— Nie, to tatuś wydaje jakieś okżyki...
Po niedługiej jednakże hwili zagżmiało naprawdę i błyskawica rozorała pociemniałe niebo od wshodu do zahodu. Wielkie dżewa skłoniły się sobie w szumnym pokłonie, jak gdyby żegnały się pżed śmiercią. Ptactwo poczęło krążyć w niespokojnym locie, szukając kryjuwek. Artyleria niebieska z hukiem zajeżdżała na pozycje na najwyższym wzgużu, uczynionym pżez hmury. Błyskawice latały jak sztafety. Wreszcie huk zwalisty, potworny, nagły i taki wielki jak cały świat dał znak do rozpoczęcia bitwy czarnyh, skłębionyh mocy.
— Koniec świata! — żekł profesor.
— Co robi w tej hwili Adaś? — zapytała Wandzia bardzo ciho.
— Nieh mu Bóg pomaga — westhnęła pani Gąsowska.
Pan Bóg, wysłuhawszy serdecznej tej prośby, oświetlał tymi samymi błyskawicami więzienie Adasia.
Buża toczyła się leniwie, zanim zapadła w zahodnią czeluść nieba. A nikt o tym nie wiedział — bo profesor pżypuszczał tylko — że buża, jeszcze sroższa, szaleje w duszy brodatego męża. Jak czarnoksiężnik, w kturego komnacie harcuje horda szatanuw, siedział on wśrud kłębowiska hmur, co się wiły dokoła jego głowy. Otwożył piec i wetknął w zahłanne jego gardło zapisane karty papieru. W rozpaczliwym porywie pragnął ręką shwytać rozpaloną błyskawicę na niebie i tą pohodnią lucyferową podpalić w piecu. Ponieważ jednakże błyskawice wiły się jak śliskie, nieuhwytne węże, więc uśmiehnąwszy się boleśnie, użył do tego celu marnej zapałki. Pżytknął ją do papieru i patżył z kamiennym spokojem, jak płomień najpierw polizał papier, jak pies — czerwonym ozorem, a potem zaczął go pożerać bez pośpiehu, zgoła niehętnie. Ogień zjada z lubością jedynie listy miłosne. Stare gazety, rahunki i akta zjada z opryskliwym tżaskaniem, mocno dymiąc. Za oknami ulewa zalewała świat, ale na myśl jej nie pżyszło, aby hoć jedną kroplą zalać to całopalenie.
„To moje życie płonie! — pomyślał czarno »były matematyk«. — Ha! Oczyszczam duszę w ogniu!”.
Mahnął ręką i poszedł spać.
Spał głęboko, hociaż już dzień się rozzłocił, jasny i czysty po wczorajszej buży.
W tej hwili rozbżęczał się rozpaczliwy głos patelni, gwałtownie bitej po wydętym bżuhu.
— Alarm! — zakżyknął „były matematyk”, zrywając się z łoża jak dzik z legowiska na odgłos stżału. — Alarm! Wrug się zbliża... Co się stało? — spytał gromko, gdy Wandzia wetknęła głowę pżez dżwi.
— Jakiś obcy! — zameldowała.
— Zbujca?
— Nie! Hłopiec... Harceż... Powiada, że od Adasia!
— Wpuścić! Wołać stryja! — rozkazał.
Staszek Burski zdumiał się niezmiernie, że go z takimi pżyjmują honorami, hoć zamiast biciem w bębny biciem w patelnię.
— Na Boga! Ja znam tę tważ! — zawołał profesor na jego widok. — Hłopcze! My musieliśmy się już spotkać kiedyś w życiu?
— Tak jest, panie profesoże — odparł Staszek wesoło. — W ostatnim roku siedziałem z Adasiem na jednej ławce.
— Zdumiewające! Gura z gurą się nie zejdzie... Skąd pżybywasz, jakie pżynosisz wieści?
— Najdziwniejsze!
Cokolwiek onieśmielony, że słuha go tyle osub, począł opowiadać wspaniałą historię, pełną jękuw w podziemnym lohu, buży, piorunuw, złyh ludzi, wściekłej wody, co zatopiła łudź, a pżede wszystkim pełną... Adasia. Gdy nabierał oddehu pżed nowym rozdziałem piekielnej awantury, słuhacze wydawali okżyki podziwu, zdumienia lub grozy. Profesor spozierał po słuhaczah, wołając każdym spojżeniem: „A co? Nie muwiłem?”. Emerytowany matematyk pomrukiwał pomrukiem zadowolonego lwa. Damy wyrażały swuj podziw zamykaniem oczu, jak gdyby nie mogły patżeć w mroczną tważ grozy.
— Adaś zjawi się tu lada hwila — muwił Burski. — Jakeśmy się umuwili... Może nawet już jest w naszym obozie, aby za dnia nie whodzić do domu, bo go mogą pilnować... Bo my, proszę pani, z polecenia Adasia założyliśmy obuz poza parkiem, nie zapytawszy nawet o pozwolenie...
— Załużcie go nawet w samym parku! — żekła serdecznie pani Gąsowska.
— Bardzo dziękuję... Jeżeli jednak, proszę pani, zginie na folwarku jaka kura lub kaczka, nieh to nie idzie na nasz rahunek, bo my nie jadamy mięsa.
— Ale jabłka jecie, co? — huknął pan Iwo.
— Z pżyjemnością — uśmiehnął się Burski.
— Cały sad do was należy!
— Bardzo dziękujemy — żekł hłopiec, pżymykając oczy z zahwytu. — Co mam powiedzieć Adasiowi, gdyby był w obozie?
— Że czuwamy i że czekamy go całym sercem! — zawołał szybko pan profesor.
Burski wymknął się z domu kuhennymi dżwiami i pżelazłszy pżez mizerny mur chiński, jakim jest płot, dał nurka w zarośla.
Profesor pozostał z Wandzią, aby raz jeszcze odbyć pżegląd pżygud Adasia. Nie wymawiał zwykłyh słuw, lecz je sadził jak wyniosłe cyprysy, każde bowiem było wykżyknikiem, wykżyknik zaś pżypomina kształtem to stżeliste dżewo.
— Dzielny hłopiec! — tak wołał. — Mądra ryba!... I wszystko dla nas!... Dla obcyh!... Mogli mu tam łeb ukręcić, a on nic! Nowe pokolenie! Odważne pokolenie!
Spojżał na dziewczynę z nagłym zajęciem i zapytał, zdumiony:
— A ty czemu płaczesz jak głupia?
— A skąd ja mogę wiedzieć, dlaczego płaczę? — żekła Wandzia, oblewając słowa żęsistymi łzami. — Stryjaszek niczego nie rozumie!
Wybiegła z pokoju, gubiąc łzy po drodze.
Stary profesor wzruszył ramionami, dziwując się tej niezgłębionej tajemnicy: płacze, a sama nie wie dlaczego? I jeszcze się zżyma, że on nie rozumie tego, czego i ona nie rozumie.
— Salomon też by nic nie rozumiał — pocieszył się profesor.
Oczekiwał Adasia pżez cały dzień, lecz go się nie doczekał. Ani on, ani inni, niecierpliwie czekający. A panna Wanda pżypominała marcowy dzień, co to popłacze odrobinę, osuszy łzy błyskiem słońca i znowu popłakuje.
— Ujżymy go jutro o świcie! — pocieszył ih profesor.
Gdy legł na łoże, westhnął siedem razy, bo nigdy nie wzdyhał do pary, zgasił świecę i zanużył się w sen jak w ciepłą wodę. Nagle mu się wydało, że ktoś leciutko stuka w szybę. Nie mugł pżez dłuższą hwilę zrozumieć, czy to naprawdę ktoś puka, czy to tylko jego serce, oczekując gwałtownyh zdażeń. Nie, to nie serce! Więc ostrożnie zwlukł się z łoża i ostrożnie zbliżył do okna. Ten ktoś za oknem, ujżawszy blade widmo w nocnej koszuli, zaczął mu dawać znaki, a znaki były pżyjazne.
— Adaś, jak mi Bóg miły! — szepnął profesor.
Otwożył okno w wielkiej cihości i wyciągnął ręce.
— Panie profesoże! — szepnął Adaś. — Czy mogę wejść pżez okno?
— Czemu pżez okno?
— Mugłby się ktoś obudzić. I Staszek Burski jest ze mną...
— Właźcie prędko!
— Nieh pan profesor nie zapala światła... My widzimy w nocy jak koty... Staszek, właź!
Po hwili zaczęły latać w ciemności gorące szepty:
— Panie profesoże! Znalazłem dżwi!
— Nie może być!
— I dżwi znalazłem, i napis. Wszystko wiem! Teraz trudno o tym opowiadać. Ja tylko na hwilę. Panie profesoże najdroższy! Nieh pan teraz o nic nie pyta, bo nie mamy czasu. Czy w domu wszyscy śpią?
— Być może, że tylko Wandzia płacze... Pżez cały dzień dzisiaj płakała...
— Oh! — westhnął Adaś cihutko.
Pżez moment milczenie nasiąkało mrokiem, po czym Adaś zaczął muwić:
— Nieh pan profesor będzie taki dobry i pujdzie zobaczyć, czy ktoś nie śpi. We wszystkih oknah ciemno, ale tżeba być ostrożnym.
— Nie rozumiem, o co idzie, ale pujdę. Dziwne żeczy, dziwne żeczy!
Jak białe widmo w długiej koszuli, tak długiej jak opowieści o duhah, zniknął za dżwiami.
Obaj hłopcy oczekiwali jego powrotu.
— Czemu panna Wanda pżez cały dzień płakała? — spytał Staszek szeptem.
— Skąd ja mogę wiedzieć?
— Śliczna dziewczyna... — szeptał Burski rozmażony.
— Staszek! Ja...
— Nie kończ! Rozumiem... Byłbym ostatnia małpa... Ciho! Pan profesor powraca...
Biały duh, tym się od zawodowego duha rużniący, że nie kłapał zębami i nie hżęścił piszczelami, wsunął się do pokoju.
— Cały dom śpi! — oznajmił. — A co teraz?
— Teraz my pujdziemy na stryh, a pan profesor nieh stoi na czatah. Gdyby shody skżypnęły i gdyby się kto obudził, nieh go pan profesor uspokoi.
— Na stryh? Teraz? Piotrusiu! Gdybym nie wiedział, że jesteś pży zdrowyh zmysłah...
Adaś zaśmiał się cihutko.
— Nieh pan profesor będzie spokojny. Staszek!... Miej latarkę w pogotowiu... Tędy!
Profesor usiadł na łużku i łowił uhem każdy szmer.
„Czego oni szukają o pułnocy na stryhu? — rozmyślał zaniepokojony. — Straszny hłopiec! Jakaś wielka pżygotowuje się awantura... Długo nie wracają... Nic nie słyhać... Oho! Są...”.
— Wszystko w pożądku, panie profesoże — szeptał Adaś rozradowanym szeptem. — Bardzo pżepraszam za obudzenie. Jutro się zjawię. Ah! Panie profesoże... Pżyjdę ze Staszkiem rano w poże śniadania i wcale się nie będę ukrywał. Pżeciwnie, o jedno proszę: nieh pan profesor uczyni wielki zgiełk na moje powitanie. Taki zgiełk, żeby z daleka go słyszano. I nieh pan profesor będzie zdumiony, że mnie widzi.
— Ja w ogule będę zdumiony!
— O to idzie, aby nikt nawet nie pżypuszczał, że ja tu byłem w nocy.
— Rozumiem! Mam być hytry!... Będę hytry. I będę się darł wniebogłosy. Zresztą gdybym ja tego zaniedbał, muj brat huknie tak, że słyhać będzie na tży mile. Co ty tu masz, hłopcze?
— Nic. Taki sobie drobiazg...
— Na stryhu go znalazłeś?
— Tak. Pżypomniałem sobie, że to widziałem, kiedyśmy zwiedzali stryh. Pamięta pan profesor? Ale my już musimy iść — żekł szybko, jakby unikając dalszyh pytań.
— Znowu pżez okno?
— „Z księżycem pżez szpary!”, jak muwi Słowacki. Do widzenia, panie profesoże! Staszek, wyłaź pierwszy!
— Hłopcy, na Boga, dokąd wy idziecie?
— „Z dali w dal!”, jak muwi poeta — zaśmiał się ciho Adaś.
— Nie żartuj, Piotrusiu! Czy nic wam nie grozi? Daj mi słowo, że się nie narażasz na niebezpieczeństwo!
— Oho! Staszek-ptaszek już wyleciał! — szepnął Adaś, nie odpowiedziawszy na bolesne pytanie. — Dobranoc, drogi panie profesoże! Nieh pan cihutko zamknie okienko... I nikomu ani słowa...
— Piotrusiu!
„Piotrusia” jednakże już nie było. Dwa cienie, skulone i zgarbione, zaczerniły się na hwilę i wsiąkły w mrok jak dwie atramentowe plamy w bibułę.
— Boję się! — jęknął duh w długiej nocnej koszuli i wreszcie stał się podobny do zawodowego duha, gdyż z zimna zaszczękał zębami.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Kornel Makuszyński, „Szatan z siódmej klasy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.