Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Szatan z siódmej klasy

OPOWIEŚĆ KSIĘDZA JANA KOSZYCZKA nową modą pokrutce powtużona

OPOWIEŚĆ KSIĘDZA JANA KOSZYCZKA
nową modą pokrutce powtużona

Wieś Gąsowskich zapadła na uboczu jak kuropatwa w ściernisku. Lasami odgrodzona była od tego wielkiego traktu, kturym Wielka Armia toczyła się w złocistej, pysznej paradzie na zdobycie Moskwy. Zdawało się, że orły polatują nad nią, skwiżąc, i zdyszane gonią za tym, co pędzi pżed siebie jak gradowa hmura: za Cesarzem. Opowiadali ci, co go widzieli w Wilnie lub na popasah w zastrahanyh wiejskih dworkah, że oczy zmienia w dwie szpady; że blady jest bladością marmuru, jak gdyby już za życia był posągiem własnej niezmieżonej hwały, huczącej rykiem armat. W odwiecznym domu łapczywie nasłuhiwano wieści o tym pohodzie, jakby nasłuhiwano odgłosuw buży, co się za lasami pżewala. W duszah błękitniały nadzieje, w sercah rosły tęsknoty. Bóg wojny oczarował umysły, thnął wiarę w zrozpaczonyh i smutnyh. Powtażały to „dęby dębom, bukom buki”, a ludzie ludziom: gdzie jest, co czyni, jakie raczył wypowiedzieć słowo, co się potem toczyło jak gżmot pżez polskie ziemie. Gdy nieskończony wąż armii wczołgał się na niezmieżone pżestżenie, w ciszę zapadły wsie i zaścianki. Wojna krwawiła się gdzieś daleko, daleko... Czasem wieść, jak płomień ognisty, pżeleciała powietżem; ludzkie dusze stawały w ogniah. Łakome oczy wpatrywały się w gwiazdy, co drżały nad daleką pułnocą, jak gdyby hciały dojżeć, czy się zamgliły w krwawym opaże, czy świecą jaśniej jeszcze niźli dotąd. Latały gorące szepty o bitwah potężnyh i krwawyh, i zwycięskih; o nadludzkih czynah nieśmiertelnyh pułkuw nieśmiertelnego Cesarza; o Moskwie, pysznym mieście, malowanym złotem, co padła na struhlałą tważ i biła czołem pżed Niezwyciężonym.

Skżydlate wieści, jak gołębie, pżelatywały ponad lasami do Gąsowskich. Pani Domicela Gąsowska leżała obłożnie hora i hociaż obce jej były wojenne sprawy, ostatnim niemal them wypytywała o te straszliwości, co się pławiły we krwi w samym sercu rosyjskiego państwa. Ksiądz Koszyczek — sam na puł pżytomny od wzruszeń i ciekawości, hwytał wiadomości jak pajęczyny pżez powietże się snujące i znosił je do Bejgoły jako mąż świątobliwy i w nieustannym podniesieniu duha żyjący — poczuł w sobie pżedziwną moc prorokowania, więc wieścił wszystkim radośnie, że państwo cara Aleksandra runie z łoskotem i stoczy się w othłanie. Jesień złociła się rumiana i ślicznie ciha, co proroczego duha napełniało nieznaną błogością i mnożyło w nim tajemnicze moce. Ksiądz Koszyczek, siwy gołąb, czernią wybornej tabaki nieco tylko splamiony, oczekiwał w upojeniu na wieści ostateczne, co się oznajmią srebrnym graniem trąb.

Nie było ih jeszcze, gdy spadły pierwsze śniegi. Potem — widać — pżebrnąć nie mogły, gdyż zaczęły hulać zawieje i zamiecie. Ziemia skostniała, a mrozy zwaliły się takie, że ptactwo martwiało w locie. Zima nastała straszna i wczesna. Jeszcze liście drżały na gałęziah, gdy ona nadleciała, pżez Boreasza wściekłego pędzona. Pżez długie tygodnie nie wiedziano w starym domu Gąsowskich, co się dzieje za lasami. Pani Domicela Gąsowska dogorywała, lecz nie hciała puścić duha. Jakże jej odhodzić ze świata, nie dowiedziawszy się, co się stało na dalekiej pułnocy, gdzie zima jest okrutniejsza jeszcze? Wprawdzie ksiądz Koszyczek pocieszał ją ślicznie, że nawet żywioły muszą być posłuszne temu, co włada połową świata, była to jednakże pocieha więcej piękna niż rozumna. Wreszcie wieści pżebrnęły pżez śniegi. Wszystkim uczyniło się czarno pżed oczami, bo wieści były czarne. Nie śpiewały graniem srebrnyh trąb, lecz oznajmiały się krakaniem wron. Porażone śmiertelną trwogą serca nie hciały im dać wiary. Opowiadali ludzie (hyba szaleni!), że Cesarz, do wczoraj od rzymskich cezaruw potężniejszy, dzisiaj nędzaż, zgryzotami pobity, pomknął hyłkiem ku Warszawie, ukrywszy swoją wielkość, na zimnie skostniałą i głodną, pod pożyczonym nazwiskiem mizernego jakiegoś sekretaża. Z każdej wieści toczyły się łzy i marzły na mrozie. Pżybieżała wieść inna: straszliwa, skrwawiona jak ohłap, sina od bulu i rozpaczy, i opowiedziała czarnym szeptem, jak w bagnah Berezyny tonęły resztki potęgi, wlokącej się o kulah ku zahodowi.

Siwy gołąb, ksiądz Koszyczek, zapisał je wszystkie w swoim pamiętniku. Niekture w nim słowa trudno odczytać, bo wyglądają jakby zblakłe i jakby niekture litery pisane były nie atramentem, lecz wodą; nie woda to jednakże, miły czytelniku, lecz wielkie łzy księdza Koszyczka, niefortunnego proroka. Padał ci on na kolana i kżyżem leżał nocami, i szlohał, i modlił się, i Boga zaklinał żewnymi głosy, aby się wszystko okazało ludzkim łgarstwem i ponurą bajką. Bóg jednakże wyrokuw swoih odmienić nie raczył, zezwolił jedynie w niezmiernej swojej mądrej łaskawości, by ksiądz Koszyczek łgarstwem pocieszył odhodzącą duszę. Łgał pżeto ksiądz Koszyczek poczciwie i krewnej swojej, dogorywającej pani Domiceli, donosił — niby zdyszanym z radości głosem — że Cesarz uczynił sobie z carskiej stolicy zimowe gniazdo i stamtąd włada połową struhlałego świata. Stara jejmość patżyła rozumnymi oczami w jego oczy od starości zblakłe i nic nie muwiła. Może dlatego, że jej wreszcie mowę odjęło, a i to być może, że umierający więcej wiedzą i ostżej widzą lub też — co jest wielce do prawdy podobne — że już obcują z duhami, co tego samego dnia mogły być w Moskwie i pżelecieć do Bejgoły.

Kraczące wrony coraz to mniejsze zataczały koła, wreszcie poczęły krakać tuż nad starym domem Gąsowskich: o upiorah i żywyh trupah, co odziane w stżępy świetnyh pżed puł rokiem munduruw wloką się jak wygłodniałe wilki odbite od stada. Marudeży Wielkiej Armii, ostatnim them się wlokącej, rozleźli się po kraju jak żarłoczne robactwo. Na poły szaleni z głodu i udręki, zamienili się w bestie nielitościwe. Łupili i grabili, podhodząc hyłkiem i nocą jak szakale. Plądrowali kościoły, zdzierając złoto nawet z ołtażuw, a kiedy boskiego mienia zabrakło, zaczęli napastować gromadami ludzkie domy. Zadawali męczarnie, aby ze zrozpaczonyh ludzi wydobyć wyznanie, gdzie ukryli złoto. Maruder-żołnież, co utracił honor i w zabujcę się zmienił, stał się postrahem spokojnej wsi. Ksiądz Koszyczek, zasłyszawszy okropne opowieści o tym pohodzie ponuryh straceńcuw, drżał z trwogi, aby ih zły duh nie skierował do Bejgoły. Mało to było prawdopodobne, wioska Gąsowskich oddalona była bowiem od wielkiego traktu i spała zimowym snem na uboczu. Strużował nocami, modląc się ciho za lekką śmierć pani Domiceli, i nasłuhiwał czujnie, czy nagle nie usłyszy skowytu i wycia tyh ludzi, bardziej podobnyh do kościstej śmierci niż te figury, kture malują na pogżebowyh horągwiah.

Stało się! Pżyszli... Pżywlokło się dwuh... Bez jękuw i skowytu. Podpełzli ku domowi, milczkiem brnąc w skisłym, rozmokłym śniegu. Zdążali od wielkiego lasu, za kturym we dwuh milah wił się gościniec. Dziw to był, że się tak odbili od stada; mogłoby się wydawać, że uczynili to rozmyślnie. Ruh się uczynił w cihym domu; patżano na nih pełnymi lęku oczami. Jeden był starszy, już prawie siwy, z tważą tak udręczoną, że jedną wielką wyrażała boleść; zdawało się, że człowiek zamarzł na kość i że tylko oczy żyją w tej tważy. Widmo odziane było jak zapustna maszkara; owite w szmaty rużnej barwy, zażucone miało na plecah zielony ornat popi, szyty złotem, złupiony w jakiejś cerkwi. Człowiek ten wyglądał jak ogromny owad z zielonym odwłokiem. Głowę owinął czymś kolorowym — zapewne kiecką kobiecą. Stąpał z wyraźnym trudem, tym większym, że dźwigał wydęty tobołek na żemieniah na szyi zawieszony. Podpierał go młodszy i na oko silniejszy, hoć też do trupa podobny. Stanęli pżed domem i wyciągnęli ręce błagalnym żebraczym ruhem. Sami nie muwili nic, lecz oczy ih wyły strasznym głosem.

Zdrętwiała ze zgrozy dusza w siwym księdzu, zblakłe oczy napełniły się łzami na widok niewysłowionej nędzy. Nadbiegł pan Gąsowski, znający francuską mowę, i zaczął pytać, co i jak. Starszy nie mugł, widać, nawet muwić, odpowiadał mu pżeto młodszy, że zeszli z traktu, iść już nie mogąc, bo jego toważysz, oficer inżynierskiego pułku, ma nogi odmrożone i tak potwornie shożałe, że hyba nie ma już dla niego ratunku. Błagają o pomoc, o kawał hleba i hoćby wiązkę słomy; stajnia będzie dla nih pałacem, siano będzie edredońskim puhem. Nie są maruderami, nie mają na sumieniu ani rozbojuw, ani kradzieży. Oficer pohyleniem głowy zaświadczał prawdziwość każdego z tyh słuw, co tężały na mrozie jak łzy.

— To spokojni ludzie — szepnął ksiądz Koszyczek. — I nieszczęśliwi żołnieże... Ratujmy ih!

Pan Gąsowski szybko rozważał: we dwoże umiera jego żona, więc trudno będzie ih tam pomieścić; w południowej stronie parku jest jednakże mały domek z dwiema izbami, w kturym za dobryh czasuw mieszkał ogrodnik... Domek jest miły i zaciszny. Nieh go zajmą i siedzą w nim, jak długo zehcą. Zdyszanym kżykiem zwołał służbę, ciekawie patżącą zza węgłuw domu na srogie widma.

Wraz z księdzem Koszyczkiem ujął pod ramię słaniającego się oficera i wiedli go ostrożnie, powoli i z troską pżez posypane śniegiem parkowe drużki. Napalono w piecah tak, że huczało, i wszelkie nieszczęśliwym dano staranie. Ksiądz Koszyczek złapał się za głowę, ujżawszy straszne nogi oficera: jedna to była rana, czarna, ponura i groźna. O medyku nie mogło być mowy. Radzili staży ludzie gospodarscy, co i jak czynić należy, aby ratować nieszczęsne nogi, co zdeptały Europę i rosyjskie pustacie; pewien owczaż, bardzo w tyh sprawah biegły, radził, aby odwiecznym zwyczajem leczyć je pżykładaniem krowiego łajna, co taką zgrozą pżejęło Francuza, że kżyknął pżeraźliwie ze wstrętu i odrazy. Mniemali inni, że nogi należy odrąbać w krutkiej drodze.

Oficer zwał się Kamil de Berier; jego toważysz, młody żołnież, jakiś dług wdzięczności spłacając, nie opuścił go w rozpaczliwym nieszczęściu. Odpocząwszy i pożywiwszy się uczciwie, byłby dawno podążył ze srogiego kraju ku słonecznej Francji, dokąd już zapewne dotarli ci, co ocaleli, i gdzie już byli pży Cesarzu, co otżąsnąwszy z siebie śnieg i upiorne wspomnienie, pżygasłe swoje znowu zapalał słońce. Oficer jednakże musiał użyć jakihś zaklęć, musiał go wielkimi ubłagać prośbami, aby zaczekał albo na niego, albo na jego śmierć. Ponieważ we dwa tygodnie puźniej umarła w Bogu pani Domicela Gąsowska, odprowadzona do niebieskiej bramy modłami księdza Koszyczka, pżeniesiono horego oficera do dworu. Całymi dniami leżał w „bawialni” pod portretem brodatego ryceża i patżył nieruhomym spojżeniem na wiosenne słońce. Oczy miał mądre i dziwnie pżenikliwe. Czasem pżez czas długi nikt słowa jego nie usłyszał. Czasem zdawało się, że biedny człowiek szloha wśrud nocnej ciszy.

Dnia jednego ksiądz Koszyczek pżyniusł panu Gąsowskiemu nieprawdopodobną wiadomość:

— Oficer z nadludzkim wysiłkiem wyszedł w nocy z domu.

— Niepodobna! — zawołał pan Gąsowski.

— Widziano go... Noc była księżycowa...

— Po cuż wyhodził?

— Nie wiem, lecz wyhodził.

— Hyba w malignie! — szepnął zdumiony pan Gąsowski.

— Nie wydaje mi się. Od dni kilku dziwnie jest podniecony i jakby mu sił pżybyło. Coś nawet rysował na kawałku papieru i coś obliczał.

— Hyba testament pisze — odżekł zamyślony pan Gąsowski. — Hociaż uparta siedzi w nim siła. Żaden z nas nie pżeżyłby i połowy tego, co on pżeżył i co on pżetżymał. A on żyje i rusza się i, jak ksiądz powiada, nocą wyhodzi.

— Czołga się, nie hodzi — poprawił ksiądz. — Dajże mu, Panie Boże, aby się do Francji doczołgał. Może go zapytać o te nocne wyprawy?

Pan Gąsowski nie pozwolił. Nieh czyni, co mu się podoba. Co komu do tego?

Oficer zahowywał się dziwnie. We dnie nigdy nie opuszczał „bawialni”, jakby się trwożył o swoje żołnierskie mienie. Zawiniątko jego leżało pod łużkiem, w ciemnym kątku. Coraz częściej jednakże zaczęto szeptać, że oficer wędruje po nocy jak taki, kturego księżyc wodzi. Dnia jednego dziwnym wszystkih zdumiał pomysłem: nie pozwolił nikomu wejść do izby; wołał spoza dżwi, że mu niczego nie potżeba i że pragnie jedynie spokoju. Dopiero nazajutż — bardzo osłabł — prosił pana Gąsowskiego, aby go pżeniesiono z powrotem do małego domku, do toważysza. Spełniono, oczywiście, jego życzenie i pżeniesiono go na wygodnym fotelu.

Ksiądz Koszyczek szepnął panu Gąsowskiemu:

— Gdzie jest jego zawiniątko?

Z sobą go nie zabrał do małego domku, pod łużkiem go nie było.

Poczęli kręcić głowami, co mało jednakże pomaga w myśleniu. Pan Gąsowski, zatrwożony podejżeniem, że w jego uczciwym domu mugł ktoś skżywdzić horego żołnieża, pośpieszył do małego domku, aby dowiedzieć się prawdy.

— Panie oficeże! — zapytał pżez otwarte okno. — Czy nie zabrano panu tłumoczka?

— Mam go pży sobie! — odżekł szybko oficer. — Dlaczego pan o to pyta?

Ksiądz Koszyczek, ktury wiedział nie tylko o tym, co się dzieje w niebie, lecz i o tym, co się odbywa na ziemi, spenetrował, że oficer coś pisze i odbywa długie rozmowy ze swym rodakiem. Kulawa Weronika, posługująca pży Francuzach, a pży księdzu pełniąca funkcję dyplomatycznego wywiadowcy, zdołała zauważyć, że oficer wręczył żołnieżowi sznurkiem związane i zalakowane pismo, kture żołnież starannie zaszył w kabacie.

Żołnież, dobże pżez pana Gąsowskiego zaopatżony, wyruszył w drogę do swojej dalekiej ojczyzny. Pożegnał się z oficerem bez rozczuleń i bez tkliwości: po męsku podali sobie ręce, a oficer szepnął krutko:

— Pamiętaj! Pżysiągłeś!

— Tak, muj pułkowniku! — odżekł żołnież.

Oficer pozostał, aby wyzdrowieć lub umżeć. Gwałtowne ożywienie i gorączkowa pobudliwość, co się w nim rozpaliły w ostatnih dniah, zgasły niespodzianie, jakby mocny wiatr zdmuhnął dwa mizerne płomyki. Zapadł się, wsiąkł cały w milczenie i martwotę; nie gadał z nikim i leżał nieruhomo, z oczami wbitymi w pułap. Ksiądz Koszyczek zaglądał ciekawie pżez otwarte okno i pragnął zagadać do nieszczęsnego melanholika, lecz by się to na nic nie zdało, ksiądz bowiem nie znał francuskiej mowy. Zamyślał pżemuwić do niego kuhenną łaciną, napoleoński oficer inżynierii nie byłby jej jednakże zrozumiał. Coraz z nim zresztą było gożej. Nogi, smarowane pżedziwnymi maściami, spożądzanymi wedle domowyh pżepisuw, były jedną czarną zgożeliną. Źle zagojona rana na piersiah otwierała się podczas długiej słoty. Ten człowiek żył cudem boskim i własnym zawziętym uporem. Dnia jednego skinął z trudem na pana Gąsowskiego i szepnął:

— Jest pan dobrym człowiekiem... Dobrym szlahcicem... Dziękuję panu za wszystko...

— Muwić nie warto! — bronił się pan Gąsowski. — Czy tżeba panu czego?

— Tak... Jeszcze mam jedną prośbę, ostatnią... Panie Gąsowski! Nieh się pan nade mną nahyli... Nieh pan słuha: ja mam młodszego brata... Jest kapitanem w cesarskiej gwardii... Gdzie pżebywa w tej hwili — nie wiem... Napisałem do niego list... Nikogo więcej nie mam z rodziny na tym świecie, pozostaliśmy my dwaj tylko...

— Bardzo się pan zmęczył, pułkowniku. Jutro mi pan powie resztę!

— Nie, nie! Muszę dzisiaj... Jutro? Muj Boże... Bóg wie, co będzie jutro... Panie! Może się zdażyć, że muj brat zjawi się tutaj... Nie wiem kiedy — może za puł roku, może za rok... Na imię mu Armand... Nieh mu pan pozwoli pżebyć tutaj czas niejaki... Nieh go pan umieści w tym pokoju... i nieh pana nie zdziwi nic, co by uczynił. Czy może mi pan dać na to słowo szlahcica?

Pan Gąsowski, acz nieco zdziwiony, złożył uroczyste pżyżeczenie, że pżyjmie radośnie pana Armanda de Berier i zezwoli na wszystko.

— To dobże... To dobże!... — szepnął gorąco oficer.

Panu Gąsowskiemu pżyszło jednak coś na myśl.

— Panie oficeże — żekł po dłuższej hwili. — Europa znowu w płomieniah, a brat pański jest żołnieżem... Wszystko się może zdażyć... Czy ma pan jakieś polecenie na wypadek, gdyby brat pański nigdy się tu nie zjawił?

Śmiertelnie hory człowiek, znużony wysiłkiem rozmowy, wpatżył się w niego niepżytomnym wzrokiem, jak gdyby nie mugł pojąć zapytania lub jak gdyby w osłupienie wprawiła go ta słuszna wątpliwość. Musiał zrozumieć wreszcie, że pan Gąsowski stawia pytanie rozumne. Drgnął, sprężył się i z ostatecznym spoconym trudem wykżyknął:

— Wtedy... wtedy... wszystko pańskie... Pan był dobry...

— Nie rozumiem! — szepnął zdumiony szlahcic.

— Te dżwi! — jęknął oficer. — Te dżwi! Nieh pan patży...

I omdlał.

— Majaczy! — oświadczył smutno ksiądz Koszyczek, wysłuhawszy relacji pana Gąsowskiego.

— I ja tak myślę... Kazał mi patżeć na dżwi...

— Bo ujżał w nih śmierć. Dziwnym cudem tżyma się mizernego ciała ta cierpiąca, żołnierska dusza... Modlę się gorliwie, aby się Bóg nad nią zlitował!

Tej nocy zbudzono księdza Koszyczka, oficer bowiem toczył ostatni, beznadziejny, nieruwny buj ze śmiercią, co go goniła pżez rosyjskie pustynie i wreszcie odnalazła w tym cihym ukryciu, więc go dopadła — zadyszana. Żucał się niepżytomnie na łożu i wydawał dzikie okżyki, jakby oznajmiał komendę pośrud wżawy bitwy. Wreszcie kżyknął: „Nieh żyje Cesarz!” — i jakby w tym okżyku całe jego mieściło się życie, wykżyknął z nim i duszę. Okżyk ten był ostatnim wystżałem rozpalonego do gorącości działa.

Ksiądz Koszyczek żewnie błagał Boga, aby nieszczęsnej, udręczonej duszy dał spokuj wiekuisty.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Kornel Makuszyński, „Szatan z siódmej klasy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)