Biblioteka › Szatan z siódmej klasy
6. W mrokah tli się światełko
6.
W mrokah tli się światełko
Spojżeli bezradnym wzrokiem na stosy gratuw zapełniającyh stryh. Kilka wiekuw hyba, odhodząc w wieczność, składało tutaj śmiecie i rupiecie. Wielki pisaż francuski Balzak, ktury w powieści Jaszczur genialnie opisał skład starożytności, wygramoliwszy się z trudem na ten stryh (bo był wcale gruby), opuściłby ręce. Nikt nigdy nie wiedział, dlaczego howa się na tym stryhu skorupy naczyń lub dziurawe żelazne garnki. Każde pokolenie żywiło nadzieję, że ułomna noga zydla pżyda się do jakiegoś nieznanego celu pokoleniom pżyszłym. W tym samym dobrotliwym zamiaże następne pokolenia składały dla pżyszłości kiepsko złocone ramy lub madejowe łoże, kture się zapadło pod opasłym członkiem rodu. Największy podziw budziły zwisające z krokwi ushłe badyle, a wśrud nih zapomniany wianek czosnku. Odwieczne babki suszyły najdziwniejsze zioła, potem umierały, zapomniawszy o tej aptece. Dziwne to było zaiste, że owa babka, ktura nie zdążyła zdjąć ze stryhu owego czosnku, nie powracała w nocy, aby w jakiś groźny sposub dać znać prawnukom, że na stryhu wisi skarb: wianek pożytecznego czosnku, leczącego astmę, obolałe dziąsła, zwapnienie żył, świeżb, bul zębuw, bużliwość żołądka, a zmieszany z sokiem rozhodnika — nawet lekkie pomieszanie zmysłuw.
Pan profesor patżył na ten cmentaż rodzinnego domu z trwożną zadumą. Nagle wydał okżyk podziwu:
— Ha! Więc to jest tutaj?
Wskazał ręką mroczny kąt, w kturym leżało drewniane koryto.
— Za czasuw mojej młodości — muwił żewnie — kąpano nas w tym naczyniu pżed każdą Wielkanocą. Napełniano tę niby-wannę ukropem, zanużano nas w nim i szorowano piaskiem. Gorąca to była operacja, po kturej złaziła z człowieka skura. Kożystaliśmy jednak z tej wytwornej wanny nieprawnie, była ona bowiem pżeznaczona dla świń. Raz w miesiącu bito u nas wiepża i pażono nieboszczyka w tym korycie. Dowiedz się pży sposobności, miły Piotrusiu, że w tyh stronah żeza się nieszczęsne świnie zawsze podczas pełni księżyca. Jaki związek istnieje pomiędzy tym ciałem niebieskim i ciałem świni, tego nigdy dojść nie mogłem. Niezbadane tajemnice żądzą światem... Czemu się tak pżyglądasz?
— Pod dahem ktoś wisi! — szepnął Adaś zduszonym głosem.
— Istotnie! — zaśmiał się profesor. — Znam tego jegomościa. Pżed wielu laty pełnił obowiązki straha na wruble. Dlatego go sobie pżypominam, że używał mojego kapelusza... Gdy wruble zaczęły kpić w żywe oczy z tego upiora, posłano go na emeryturę. Nie wiedziałem, że właśnie tutaj złożono dostojne zwłoki z cztereh patykuw. Widać z tego, że nawet w natuże może coś kiedykolwiek ginie, nic jednak nie ginie w tym domu. Dlatego mam niejaką nadzieję, że znajdziemy tu jakieś szpargały. Gdzie jest Wandzia?
Dziewczyna szperała w oddalonym kącie stryhu, najwięcej zatłoczonym. Piętżyły się tutaj pękate kufry, stare, mosiądzem okute sepety i ogromne skżynie.
— Cud boski, że się pod tym ciężarem pułap dotąd nie zawalił — mruknął profesor. — Co tam jest, Wandeczko?
— Zdaje się, że papiery! — odkżyknęła dziewczyna. — Właźcie tutaj!
Staruszek pżedzierał się jak pżez dżunglę, stąpając ostrożnie w żadkim mroku. Pżez okienko, podobne do ludzkiego oka, sączyła się odrobina dziennej jasności, w pewnym miejscu złocąca się na zawiesistej, gęstej, zakużonej pajęczynie.
Po kolei podnosili ciężkie wieka, raczej dotykiem rąk niż wzrokiem badając, co zawiera potężne bżuho kufra.
— W tym są jakieś szpargały! — zawołał Adaś. — Szkoda, że nic nie widać...
— Skoczę po świecę — żekła dziewczyna.
— Nieh cię Bóg broni! — kżyknął profesor. — Czy hcesz spalić dom ojcuw swoih? Wcale nie tżeba świecy, gdyż tak wyrżnąłem głową w dah, że pżez hwilę miałem po siedem świeczek w każdym oku. Zniesiemy te szpargały... Dużo tego jest?
— Strasznie dużo.
— Nieh Piotruś podaje tobie, ty podawaj mnie, a ja będę je zżucał na duł.
— Proszę uważać, panie profesoże, aby pan na dole kogo nie zabił, bo to okropnie ciężkie.
Pżez tży godziny pracowali gorliwie i z pełnym kużu zapałem. Waliły się na duł księgi, stare gazety, papieżyska pozszywane grubym sznurkiem, zwoje i sterty. Ogromny stos dymił odwiecznym kużem. Pżerażone pająki biegały w gniewnej, jadowitej furii. Wreszcie odkrywcy, umorusani i zlani potem, zleźli po drabinie na ziemskie padoły, gdzie ih pżywitał ryk Iwa.
— Czyście poszaleli?! — wołał matematyk. — Co to jest?
— Zakużona mądrość! — odżekł profesor. — Dzieje wiekuw... Księgi skazane zwyczajem ojczystym na wygnanie i złożone na wieczny sen obok koryta do pośmiertnej ablucji wiepżuw. Czy ci nie wstyd, brodaty człowieku? Pżecie to książki! Pżecie każda książka jest żywym stwożeniem... Każda ma duszę i każda ma serce.
Matematyk uśmiehnął się złośliwie jak szatan i wzruszył ramionami na znak, że rozmowy z ludźmi pomylonymi uważa za stratę czasu.
Zmurszałą, zakużoną i pożułkłą z rozpaczy zdobycz, po pobieżnym pżeglądzie, podzielono. Złożono osobno roczniki gazet, stare kalendaże, kture już nie mogły mieć wpływu na losy świata, i książki, o kturyh można było sądzić „na oko”, że w nih szloha nieszczęśliwa miłość. Adaś bystrym wzrokiem wyławiał ze sterty nie druki, lecz foliały zapisane ludzką ręką. Odkładał je na stronę, a obok nih pożułkłe dokumenty, na kturyh widoczne były czerwone plamy pieczęci. Stary historyk wydawał gniewne pomruki ze zgrozy i z obużenia.
— Ja nic o tym nie wiedziałem — tłumaczył się pżed Adasiem. — Myślałem, że to jest w poszanowaniu... Matematycy są zakałą świata... Gdzie to umieścimy?
— W moim pokoju — żekł Adaś.
We dwuh pżenieśli zapisaną dawność do pokoiku nad ganeczkiem i ułożyli starannie.
Pżez kilka następnyh dni Adasia widywano jedynie pży posiłkah. Jeśli tajemniczy człowiek, śledzący dom, czynił to nocą, musiał widzieć pżez kilka nocy światełko na poddaszu. Adaś wlazł w pżeszłość jak łakomy bąk w kielih nasturcji. Brodaty matematyk, dowiedziawszy się o tym, żekł pży obiedzie:
— Obawiam się o rozum niekturyh osub, pżebywającyh w tym rozsądnym dotąd domu... Umywam ręce!... Nie biorę za to odpowiedzialności! Niejaki Donkiszot utracił piątą klepkę wskutek czytania idiotycznyh książek. Czy muj brat słyszał kiedy o tej pżygodzie pomylonego ryceża? Skoro tak, nieh ostżeże swoih niedoświadczonyh, młodyh pżyjaciuł. Powiedziałem!
Pan profesor nie odpowiedział ruwnie złośliwie jedynie dlatego, że jadł właśnie kurczę; niewinne to stwożenie posiada tę właściwość, że łagodne za życia, mści się po zgonie w ten sposub, że ni stąd, ni zowąd staje człowiekowi kością w gardle. Spojżał jedynie na brata matematyka takim wzrokiem, że tamtemu powinna posiwieć z trwogi broda. Być może, że nawet posiwiała, lecz pod czernidłem nie można było tego dojżeć.
Adaś nie zwracał na nic uwagi, najmniej zaś na nieszkodliwe zwady braci. Krążył po Elizejskich Polach, na kturyh zamiast asfodeluw kwitły dawne historie. Snuł się po gąszczu, wypatrując wśrud tłumu widm jednej postaci: Francuza. Nie znalazł go jednakże. Pżewertował kilka pamiętnikuw, kilka diariuszuw, spisywanyh niepożądnie i cudacznym stylem, w kturyh oznajmiano zdumionej pżyszłości, że żyto wypżało, a raki poogryzały ogony karasiom w stawie. Wśrud zbutwiałyh szpargałuw najwięcej było domowyh rahunkuw, pżepisuw kuhennyh i wybornyh recept na bolenie w kiszkah lub wątrobie. Mało ceny miały dla niego i obszerne wiadomości, jak się pżyżądza „sos Marysi gustem” lub jak się połyka „ostżygi”. Pżejżał już większą część zdobyczy na stryhu i melanholijnie spozierał na kilka pozostałyh rękopisuw.
— Nic pan Adaś nie znalazł? — zapytała panna Wanda.
— Nic dotąd!
— To źle — szepnęła. — Tatuś będzie urągał!...
Było to najmniejsze ze zmartwień Adasia. Rozpłonęła w nim jakaś zawziętość, aby ujżeć dalekie hociażby światełko w mroku. Wprawdzie od owego dnia, w kturym rozszczepiono mu głowę, nie wydażyło się nic szczegulnego, Adaś czuł jednakże, że wrug się pżyczaił, że krąży dookoła zaniepokojony i że da znać o sobie. Czytał pżeto, czytał tym gorliwiej, hoć z coraz mniejszą nadzieją. Ryszard III zakżyknął w tłoku bitwy: „Konia, krulestwo za konia!”. Adaś oddałby krulestwo, gdyby je posiadał, za jednego Francuza, co miał jakikolwiek związek z tym domem. Wprawdzie wedle zuhwałej dewizy — „Bóg działa pżez Franków”, tego jednakże Francuza, co się plącze w dziejah tego domu, musiał nasłać czart.
Wszyscy już w domu usnęli, Adaś zaś czytał. Udawano się na spoczynek wedle następującego rytuału: najpierw zasypiały kury, potem dobra pani Gąsowska, po niej znużony całoroczną pracą pan profesor. Panna Wanda czytywała hyłkiem pży świecy, kiedy zaś ona ustępowała z placu, opuszczał go z tłumionym rykiem matematyk. Adaś zasypiał ostatni. Po nim zapadał w głęboki sen nocny struż. Tej nocy spał już nawet „strażnik niezłomny”, a Adaś jeszcze czuwał.
Było już dawno po pułnocy, gdy stała się historia nadzwyczajna. Adaś miał wypieki na tważy. Zapalił świecę i zaczął shodzić po stromyh shodah. Świeca była zgoła zbędna, gdyż oczy hłopca płonęły.
Zdumiały się złośliwe babki na portretah, zdumiał się brodaty ryceż i jednooki szambelan, ujżawszy podczas głuhej nocy młodzieniaszka, pżemykającego się pżez „bawialnię”. Zdawało się, że jedna prababka, nieco wstydliwa, zasłoniła oczy powiekami, albowiem młodzian był niezupełnie odzian. On jednak szedł pośpiesznie, stąpając na palcah. Ani babki go nie obhodziły, ani cały świat go nie obhodził. Zbliżył się cihutko do dżwi pokoju profesora i lekko zapukał. Ponieważ profesor gadał swoim zwyczajem pżez sen, więc zapewne nie dosłyszał pukania. Adaś wszedł i po hwili wahania zatarmosił z możliwie największym szacunkiem czcigodnym ciałem.
— Ha! — kżyknął z nagła obudzony profesor. — Co się stało? Pali się?
Adaś położył palec na ustah.
— Ciszej, ciszej, panie profesoże... Wielka wiadomość! Mam Francuza!
Staruszek wyskoczył z legowiska, okazując zdumionemu światu hude, kosmate nogi.
— Tżymaj go! — zawołał zduszonym głosem. — Włamał się?
— Nie! — szepnął Adaś. — Mam, ale nie tego. Nieh się pan profesor okryje... Pżepraszam za obudzenie, ale nie mogłem wytżymać... Proszę się położyć, a ja jutro wszystko opowiem.
— Za nic, za nic... — muwił profesor gorączkowo. — Do jutra daleko! Gadaj mi zaraz!
— Już po pułnocy — szepnął Adaś.
Widać było, że się słabo broni, że ma niezmożoną ohotę podzielenia się „wielką wiadomością”.
— Gdzie go wyłowiłeś? Siadaj, hłopcze... Ja się położę, a ty opowiadaj. Więc był jakiś Francuz w tym domu?
— Nawet dwuh! Jeden stąd wywędrował po krutkim pobycie, a drugi został.
— Został? Jak? Gdzie?
— Na cmentażu. Umarł w tym domu...
— Wielkie nieba! Kiedy?
— W roku 1813 — żekł Adaś z powagą.
— Żołnież z Wielkiej Armii? — zapytał profesor z gorącym zdumieniem.
— Tak.
Staruszek udeżył się dłonią w czoło.
— O głowo, nikczemna głowo! — zawołał. — Gdy mnie pytałeś o nasze francuskie koligacje, coś mi się majaczyło, coś mi się pżypominało. W tej hwili dopiero, kiedy mnie naprowadziłeś na wyraźny ślad, pżypominam sobie jak pżez mgłę, że mi ojciec pokazywał jakiś zapadły grub, w kturym wedle legendy pohowano jakiegoś Francuza. Tak, tak!... Miałem jednak wtedy siedem czy osiem lat... Zapomniałem... Ale skąd tobie pżyszło na myśl, że pżez ten dom pżewinął się Francuz?
— Bo i teraz pokazał się Francuz na widowni. Pomyślałem, że musi być w tym jakiś związek.
— I jest?
— Jeszcze nie wiem. Na razie to jest pewne, że w samym początku roku 1813 dwaj żołnieże napoleońscy, wlokący się od Moskwy, dotarli do tego domu. Znalazłem wśrud papieruw coś w rodzaju pamiętnika księdza Jana Koszyczka...
— Moja babka była z domu Koszyczkówna. Ha!
— Ksiądz ten rezydował zapewne na starość u krewnyh. Wiem z jego pamiętnika, że robił tabakę i spisywał, co widział. Pisał piąte pżez dziesiąte...
— De omnibus rebus et quibusdam aliis... Taka była moda... Zwało się to silva rerum, dosłownie „las żeczy”, a w wolnym pżekładzie winno się zwać „groh z kapustą”. Jest to ruwnie zabawne, jak i pożyteczne. Gdybym miał taką brodę jak muj brat, naplułbym sobie w brodę, że jemu pozostawiłem te papiery, zamiast zabrać je ze sobą jak skarby. Gadaj dalej, hłopcze, co i jak.
Adaś począł na swuj sposub powtażać relację wyczytaną w pożułkłyh papierah. Niebo poszażało i koguty piać zaczęły, a on gadał jeszcze.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Kornel Makuszyński, „Szatan z siódmej klasy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.