Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Szatan z siódmej klasy

2. Dwie awantury, a jedna gorsza od drugiej

2.
Dwie awantury, a jedna gorsza od drugiej

Adaś Cisowski, brat diabła i bliski kuzyn czarownicy wedle podejżeń profesora Gąsowskiego, był jednakże najściślej spokrewniony z uczciwym rodzajem ludzkim. Ojcem jego był szanowany lekaż, dzielny wrug śmierci i tysiąca jej dziatek: horub wewnętżnyh i zewnętżnyh, lekkih i ciężkih; matką pżedobra kobieta, ktura — tak jak inni kapelusz — „miała na głowie cały dom”. Srogi i kłopotliwy był to ciężar, w domu tym bowiem howało się, oprucz dorastającego Adasia, jeszcze czworo pędrakuw rużnego wieku i płci. Banda ta odznaczała się pżedziwną właściwością wywracania do gury nogami tego domu, co spoczywał na nieszczęsnej głowie matki, i tżeba było nie lada zręcznej cierpliwości, aby nie spadł. Czworo straszliwyh istot, obawiając się zapewne, że nie zostaną pżez ludzkość zauważone, dawało znać o sobie światu donośnym kżykiem o każdej poże dnia, co powoduje u starszyh takie śmieszne i dziwaczne ruhy, jak podnoszenie oczu ku niebu, załamywanie rąk lub hwytanie się nimi za głowę.

Gdy pżypadkiem zgoła niepojętym lub pżez zżądzenie boże w opętanym domu, w kturym czasem tynk opadał ze ścian, zapadała cisza, udręczona pani Cisowska biegła czym prędzej, pżerażona, czy się czasem nie stało jakieś nieszczęście? Tak młynaż budzi się niespokojny, skoro młyn pżestanie dygotać i wydawać głosy. Czworo wyjcuw nie kżyczało nigdy ruwnocześnie, zabawa bowiem szybko by się skończyła, gdyby cała orkiestra ohrypła. Zwykle darł się jeden na byle jaki temat, a inni słuhali, po czym zaczynał drugi. W ten sposub pżyjemność trwała dłużej i można ją było uprawiać bez końca, aż do wieczora. Adam, uczący się w sąsiednim pokoju, zatykał uszy ręką lub wsadzał w nie watę. Miał uczucie, że się uczy z akompaniamentem janczarskiej orkiestry. Czasem wpadał na „dzikie pola”, do pokoju bżdącuw, i gromił je potężnie, co było sposobem zawodnym, pohańbione bowiem, a czasem pobite wyjce rozpoczynały nową operę. Tałałajstwo bało się brata w pojedynkę, w gromadzie jednak było zdolne do zuhwalstwa.

Adam lubił spokuj i ciszę, artykuły te jednak nie były znane w ojcowskim domu. Poza tym tżeba było hować wszystko i zamykać, gdyż szarańcza z sąsiedniego pokoju niszczyła wszystko, co napotykała po drodze: do osobliwyh zabieguw używała atramentu, piur i ołuwkuw, a jedną hytże zdobytą książkę ze zbioru starszego brata dzieliła zwykle sprawiedliwie na cztery części, pomiędzy dwie dziewczynki i dwuh hłopcuw. Jeden z nih, Janek, zdradzał niezwykłe zdolności, gdy szło o zbrodnię. Umiał wydostać czerwony atrament, ukryty nawet w piecu, i użyć go w pżedziwnym celu: do pomazania białyh dżwi w wesołe wzory. Zapżęg cztereh tyh straszliwyh osobistości czynił zazwyczaj wszystko solidarnie, wedle zawołania: „Jeden za wszystkih, wszyscy za jednego”. Zdażyło się jednak pewnego razu, że jeden z członkuw zbujeckiej bandy działał na własną kożyść. Pani Cisowska obdzieliła lodami całą szajkę, część zaś, wielce obfitą, postawiła na stole Adasia. Było to o zmroku, a w pokoju Adasia było najciemniej. W tej hwili zawołano go do telefonu, pży kturym z drugiej strony wisiał gadatliwy kolega.

— Gdzie moje lody?! — wżasnął Adaś, powruciwszy.

Nec locus, ubi lody. Nie ma loduw. Nie ma wspomnienia o lodah. W takih tajemniczyh pżypadkah składa się zwykle winę na psa, lecz w tym domu nie było psa. Oszczerstwo nie zdałoby się na nic.

— Gdzie moje lody? — pytał Adaś głosem z bżuha, głębokim i groźnym.

Cztery gęby pżybrały wyraz obrażonej i ciężko dotkniętej niewinności.

— Nieh się natyhmiast pżyzna ten, co zjadł moje lody, bo inaczej spiorę wszystkih!

Wżask, jakiego dawno nie słyszano nawet w tym domu, obwieścił światu i sąsiednim ulicom, że Adaś obraża czworo uczciwyh, sprawiedliwyh i gardzącyh cudzymi lodami. Uczynił się zgiełk, wżawa, rejwah, harmider i biadanie. Pan doktor wybiegł pżerażony z gabinetu, pacjenci zaś, ktuży pżyszli do lekaża horub sercowyh, pżekonani byli, że pżez pomyłkę trafili do dentysty. Pani Cisowska opadła na kżesło i siedziała w tragicznym bezruhu.

— Nie hcecie gadać? — wołał Adaś. — Dobże. Ja sam znajdę złoczyńcę!

Spojżał pilnie w cztery pary oczu, ale nic z nih nie wyczytał: wszystkie patżyły w niego z zuhwałą pewnością ludzi potwornie a niesłusznie oczernionyh.

— Możesz sobie szukać do jutra — pisnęła jedna z siustr. — Sam zjadłeś, zapomniałeś, a teraz składasz na nas. Ty tak zawsze!

— Ciho, sroko! Zaraz zrobimy doświadczenie.

Wyjce ucihły jak na komendę, zapowiadała się bowiem zabawa pierwszej klasy. Adaś nalał wody do miednicy i postawił ją w ciemnym pokoju.

— Macie wejść wszyscy razem i zanużyć w wodzie obie ręce! — rozkazał groźnie jak czarownik.

— I co z tego będzie? — zapytał bystry Jaś.

— Co będzie, dowiesz się o tym puźniej. Jest to sposub, ktury niezawodnie odkryje tę małpę, co zjadła lody. Jazda, whodzić!

Straszliwy zastęp wsiąknął w mrok, a po hwili słyhać było plusk wody.

— Już! Wyłazić! Podnieść ręce do światła!

Osiem rąk podniosło się posłusznie, Adaś zaś pilnie się im pżyglądał.

— Mokre ręce... — mruczał, mijając siostrę. — Mokre... — żekł, mijając drugą. — I twoje mokre... Ha! Jasiu! Ty masz ręce suhe... Ty zjadłeś lody, opryszku!

Jan Nepomucen Cisowski zalał się rumieńcem od wshodu do zahodu pyzatej gęby.

— Tak, ja... — żekł głuho, ale z większym zdumieniem niż ze skruhą.

— Jak mogłeś?! — kżyknęła pani Cisowska.

— Sposobu jedzenia nie potżeba go uczyć, to jest turkuć podjadek. Teraz sprawię mu lanie!

Jan Nepomucen podniusł jednak wżask tak piekielny, że zwisająca z pułapu lampa zaczęła drżeć, więc Adaś mahnął ręką i żucił mu na rozmieżwiony łeb ogromną gurę pogardy.

— Dlaczego on miał suhe ręce? — spytał wieczorem ojciec. — W jaki sposub wpadłeś na ten sposub z wodą?

— To nie muj sposub, lecz arabski — odżekł, śmiejąc się, Adaś. — Jakiś mądry sędzia w Bagdadzie wykrył złodzieja w ten sposub, że dziesięciu podejżanym kazał dotknąć zabłoconego bżuha osła. Każdy niewinny czynił to śmiało i bez zastanowienia się, opryszek jednak pomyślał: „To jakaś pułapka” — i udał tylko, że dotyka oślego bżuha. W ten sposub ten, co miał nieczyste ręce — miał czyste ręce. Zdradziła go zbytnia hytrość. Ponieważ nie miałem osła na zawołanie, użyłem wody. Janek też usiłował być sprytny, wiec się zdradził. Zapowiadam mamusi, że dzisiaj dałem mu spokuj, lecz go spiorę pży najbliższej sposobności. Najlepiej wtedy, kiedy w domu będzie pranie, aby nie zwracać uwagi.

Historia ta zdażyła się pżed tżema laty. Od tego czasu nikt ze zbujeckiej czeredy nie ważył się na pozbawienie nazbyt pżenikliwego brata jadalnyh dubr doczesnyh. Pżed nim nic się ukryć nie mogło. Zdawało się, że ma jak muha niepoliczoną ilość oczu: że słyszy, jak rośnie trawa i jak łakomy Jan Nepomucen skrada się ku spiżarni, konfiturami pahnącej. Tego samego mniemania była klasa siudma; po słynnej zaś awantuże z profesorem Gąsowskim sława Adama niepomiernie wzrosła. Adam bawił się tą łatwością w rozwiązywaniu zagadek, raz jeden tylko używszy swoih „szatańskih” zdolności do okpienia pani Klio, statecznej muzy historii. Nie pżypuszczał nawet, że już w najbliższej pżyszłości, jeszcze pżed końcem roku, co omdlewającym i gżęznącym w upale krokiem brnął ku początkowi wakacji, będzie musiał użyć ih dwa razy. Zdażyły się dwie awantury, awantury niemiłe — jedna gorsza od drugiej. Pierwsza z nih była nieznośnie pżykra i na krutko zatruła mu serce, niezmiernie jednak uradowała go druga, udało mu się bowiem wydobyć z nieszczęścia uczciwego kolegę.

Zaledwie w kilka dni po słynnej rozprawie z profesorem Gąsowskim, ktury wciąż patżył na niego z podejżliwym podziwem, Adam zjawił się w szkole wesoły jak szczygieł. Na familijnej naradzie ubiegłego wieczora zapadło w domu postanowienie wyjazdu nad może, co się już od dawna należało znużonej i wżaskiem pobitej pani Cisowskiej. Można było żywić błogą nadzieję, że straszliwa czwurka nie zdoła pżekżyczeć bużliwego moża i może wreszcie na jakiś czas ucihnie; Adaś obiecywał sobie pży tym, że pragnąc zdobyć dla matki odrobinę spokoju, każdego wyjca rozpoczynającego koncert zanuży łbem w wodzie i będzie go pławił tak długo, aż tamten ucihnie albo go ryby nadgryzą. Pani Cisowska wyrażała wprawdzie pułgłosem obawy, że awanturnicze pokolenie młodyh Cisowskich, puszczone samopas na morski bżeg i nieupilnowane, może w znacznym procencie z miejsca się utopić. Adaś jednak uspokoił ją szybko wiadomością, że bżeg jest pilnowany i dzielni rybacy czasem zgoła niepotżebnie wyciągają z wody takie rozkoszne indywidua jak jego rodzeństwo; w razie niebezpieczeństwa zresztą donośny kżyk młodyh Cisowskich będzie prawdopodobnie słyszany nawet w Szwecji.

— Będzie na polskim możu o cztery bałwany więcej — żekł z głębokim pżekonaniem.

Sam cieszył się niezmiernie nadzieją spędzenia wakacji nad możem. Miał właśnie podzielić się swoją słono-morską radością z kolegą siedzącym obok niego w pierwszej ławce, gdy pżypadkiem żucił okiem na rozłożony pżed kolegą kajet. Wspułlokator szkolnej ławy nazywał się Burski. Był to hłopiec zdolny i pracowity, wysoki i szczupły; popędliwy cokolwiek i lekkomyślny, czynił wszystko w nerwowym pośpiehu. Objawiało się to nawet i w harakteże jego pisma, niepożądnym i rozżuconym; pżypominało ono żywopłot, wprawdzie wyciągnięty w szpaler, lecz wypuszczający niesforne i niepżycięte odrośle na wszystkie strony. Adam patżył ciekawie i z uśmiehem na jego zapisany kajet i hciał właśnie zagadać, lecz w tej hwili wszedł profesor literatury, pżyjaźnie witając zgromadzenie. Ponieważ pżez godzinę gadali wzniosłym językiem poeci i piękne słowa sypały się jak kwiaty opadające w wiśniowym sadzie, pżyziemne istoty ludzkie pżestały mleć otręby. Skoro tylko zamilkła poezja, zagotowała się ukropem zwyczajna wżawa pauzy. Z gwaru tżydziestu splątanyh głosuw wytryskał czasem huczny śmieh jak jaskrawy kwiat spośrud zielska. Dzisiaj jednak działo się coś niezwykłego, gdyż w ostatnih ławkah ucihł z nagła gwar jakby zalękły, a tylko dwa podniesione głosy „skakały sobie do oczu”.

Adam obejżał się, zaciekawiony, bo hociaż gwałtowne rozprawy odbywały się często i „temperamenty grały” pży lada sposobności, jednakże kłutliwe głosy nie szczękały o siebie jako krwi spragnione miecze. Awantura w okolicy ostatnih ławek musiała być wcale groźna, gdyż padały słowa szybkie, czerwone od gniewu, nastroszone i gotowe do bitwy. „Dobry ryceż” Jasiński, zwykle cihy i łagodny, stał napżeciwko ruwnie „dobrego ryceża” Żelskiego i bił w niego słowem rozpalonym do białości:

— Nikt inny, tylko ty!

— Kłamiesz! Na oczy nie widziałem!

— Wczoraj jeszcze było! Muwię ci: oddaj, bo ci łeb rozwalę!

— Głupi jesteś! — wżasnął dobry ryceż Żelski. — A jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, poleci kilka zębuw!

Ponieważ rozwalenie łba i wyrywanie kilku zębuw byłoby widowiskiem gorszącym, nie muwiąc już o tym, że obopulna operacja mogłaby bezpowrotnie zniszczyć wybitną urodę dwuh miłyh młodziankuw, klasa usiłowała lać oliwę na wzbużone może rozgożałyh namiętności. Zaczęto ih uspokajać i pżemawiać łagodnie do gotującyh się jak lawa rozumuw. Na wspaniałe rozumy padł jednakże czerwony tuman. Gdyby w pobliżu znajdował się dynamit, szkoła byłaby niehybnie wyleciała w powietże, tyle iskier padało z oczu dwuh rozsrożonyh mężuw. Nie zważając na prośby i zaklęcia, poczęli ciskać w siebie wyrazy ciężkie jak kamienie. Jeszcze hwila, a zwada pżypomni grube kłutnie kruluw greckih u Homera, co się może skończyć homerycką bijatyką. Nigdy zaś nie można pżewidzieć, co się z tego wyłoni na terenie klasy. Mały pożar może wywołać wojnę europejską, każdy bowiem z powaśnionyh ma pżecie swoih pżyjaciuł i pżyjaciele moih pżyjaciuł mogą zacząć prać pżyjaciuł tamtego pżyjaciela. Liczba zagrożonyh zębuw mogła się zwielokrotnić. Adam, widząc, że to nie pżelewki, a pauza niebawem się skończy, skoczył na bojowisko. Silnym ramieniem oddzielił od siebie awanturnikuw i zakżyknął:

— Gadajcie, do stu piorunuw, o co idzie?! Zbyszek, czego hcesz od niego?

— Hcę go zabić! — wżasnął Zbyszek krutko.

Osobliwe to pragnienie wydało się wszystkim zbyt prostym i połączonym z odrobiną pżesady.

— Za co? — wołał Adam.

— Bo jest świnia!

Tamten, tak szpetnie mianowany, zawył i hcąc okazać, że jest lwem, żucił się z pięściami na pżeciwnika. Adam odtrącił go jednakże i żekł zdławionym głosem:

— Zastanuw się nad tym, co muwisz. Możesz go zabić, ale nie bądź grubianinem. Gadaj prędko, o co idzie? Prędzej, bo nie ma czasu!

— Ukradł mi piuro, moje wieczne piuro! — bulgotał Zbyszek.

— Niemożliwe! Łżesz! — kżyknął ktoś z „pżyjacielskiego koła”.

— Ciho bądźcie! — wołał Adam. — Skąd wiesz, że to on?

— Nikt inny zabrać nie mugł. Wczoraj na ostatniej lekcji piuro leżało między nami... I znikło jak kamfora... On je zabrał!

Adam zwrucił się do Żelskiego:

— Józek, zabrałeś mu piuro?

— Nie zabrałem żadnego piura... Jasiński wściekł się hyba!

— Dajesz słowo, że nie wziąłeś piura?

— Daję słowo! — odżekł tamten z powagą.

— Zbyszek, słyszysz? Józek dał słowo. Czy ci to wystarczy?

Zbyszek mocował się z własną duszą. Uczciwe słowo — wielka żecz. Nie mugł nie wieżyć. Spojżał dokoła siebie, jak gdyby szukając poparcia, lecz spotkał oczy groźne i niezwykle poważne. Niebezpiecznie było podać w wątpliwość słowo dobrego kolegi — gniew w nim jednak wżał i bulgotał i nie mugł się ukoić.

— Czy ci to wystarczy? — zapytał Adam po raz drugi.

Jeszcze tamten nie zdążył odpowiedzieć, gdy wtem Adam, jakby niespodzianie ujżał coś dziwnego pżed sobą, podniusł rękę jak ktoś, co nakazuje milczenie. Patżono na niego ze zdumieniem.

A on rozmyślał pżez hwilę w zatroskanym milczeniu, co piękne jego czoło poorało zmarszczkami; coś w sobie rozważał, coś sobie pżypominał. Po hwili, jak gdyby obudzony z pżykrego snu, zaczął muwić powoli i ściszonym głosem:

— Słuhaj, Zbyszek... I ja ci mogę dać słowo, że to nie Józek zabrał ci piuro...

— Skąd wiesz? — zapytał hardo Zbyszek.

— Skąd wiem, to wiem. Moja żecz... Może jeszcze dzisiaj, a może dopiero jutro znajdzie się twoje piuro. Zapewniam cię, że je wydostanę spod ziemi... Ty jednak musisz od razu, w tej hwili pżeprosić Józka i za niemądre posądzenie, i za obelgę. Ja ci zaręczam, że Józek jest niewinny. Czy mi wieżysz?

— Tobie... wieżę... — bąknął Zbyszek.

— Podajcie sobie ręce. Józek, pżebacz Zbyszkowi... Zbyszek był rozdrażniony. Prędko, bo zaraz zadzwonią.

Jasiński, dobry hłopak, uwielbiający pży tym Adama, wyciągnął rękę ku hmurnemu Żelskiemu i żekł ciho:

— Pal diabli piuro!... Pżepraszam cię, Józek... Uniosłem się...

Żelski, bardzo jeszcze czerwony i dyszący ostatnim podmuhem gniewu, usiłował pżypomnieć sobie, jak wygląda uśmieh, co mu się wreszcie udało po kilku paralitycznyh skżywieniah poczciwej gęby.

— Jutro będziesz miał piuro! — dodał Adam, patżąc pżenikliwie na Zbyszka. — Do jutra o tym ani słowa.

Klasa patżyła na Adama podejżliwie.

— On już wie, kto ściągnął to nieszczęsne piuro! — szepnął pżyjaciel do pżyjaciela.

— Więc czemu nie powie od razu?

— Musi mieć jakieś powody... Ale dobże, że ci się nie pobili.

Pżykra ta sprawa została zawieszona w powietżu; udawano, że została zapomniana; do końca lekcji nikt o niej nie muwił. Po co? Adam zajął się nią, więc zostanie wyjaśniona.

Cisowski, potężny „jasnowidz”, uśmiehał się niefrasobliwie, jak gdyby nic się nie stało. Rozmawiał upżejmie z siedzącym obok niego Burskim, dziwnie dzisiaj milczącym. Po ostatniej godzinie Adam żekł do niego wesoło:

— Burski! Czy wracasz prosto do domu?

— Albo co? — zapytał tamten ciho.

— Nic. Odprowadzę cię.

— Jak hcesz! — żekł Burski niehętnie.

Wyszli ze szkoły razem, nic do siebie nie muwiąc. Adam mieszkał w pżeciwnej stronie miasta, uparcie jednak toważyszył mrukliwemu koledze, ktury zaczął okazywać zniecierpliwienie.

— Dokąd ty właściwie idziesz? — zapytał szorstko, pżystanąwszy.

— Do ciebie.

— Oh! Po co?

— Mam ci coś do powiedzenia.

— A teraz... teraz nie możesz mi tego powiedzieć?

— Nie, bo to zawiła sprawa.

— Jak ci się podoba...

Burski pżyśpieszył kroku, jak gdyby go gnał niezrozumiały niepokuj. Na bladej jego tważy ukazały się rumieńce. Wbiegł szybko na shody, obejżawszy się, czy Adam podąża za nim. Adam szedł jak milczący cień.

— No i co? Czego hcesz? — zapytał Burski z udaną hardością, gdy znaleźli się w pokoju.

— Piura... tego piura, kture zabrałeś Jasińskiemu... Nie gadajmy długo! Wziąłeś, oddaj i tłumacz się sam pżed sobą.

— Jak śmiesz! — kżyknął kolega zdławionym głosem.

— Nie kżycz — muwił Adam. — Po co mają słyszeć wszyscy w domu? Porozmawiajmy spokojnie... Dlaczego to zrobiłeś, nie wiem. Być może dlatego, że najpierw robisz, dopiero potem myślisz. Jest mi to obojętne. Piuro Zbyszka masz ty, a Zbyszek pohańbił niesłusznie Żelskiego. Historia jest paskudna.

Burski oddyhał szybko i unikając wzroku straszliwego inkwizytora, muwił zrozpaczonym głosem:

— Na jakiej podstawie śmiesz mnie oskarżać? To niesłyhane!

— Widziałem dzisiaj rano twuj kajet. Pisałeś dotąd jak tępym pazurem, a ja znam twoje pismo od cztereh lat. Takim pismem jak twoje powinno się pisać wyroki śmierci, aby ih nikt nie mugł odczytać. Musiałeś używać do takiego pisania zadzieżystyh gwoździ, od wczoraj jednak twoje pismo dziwnie się zmieniło: wypiękniało, stało się niemal ozdobne. Musiałeś też zmienić i atrament, bo czarna maź... o ta, co tutaj na twoim stole czerni się w plugawym kałamażu!... — pżybrała pżyjemną zielonkawą barwę takiego atramentu, kturym się napełnia amerykańskie wieczne piura. Zauważyłem poza tym, że zawsze w pisaniu niepożądny, wczoraj oddałeś się zajmującej tej pracy z zastanawiającą błogością. Musiało ci niezwykłą radość sprawić używanie misternego nażędzia. Czy mam muwić jeszcze?

Nieszczęsny hłopak jęknął i gwałtownie usiadł na kżeśle. Położył na stole ręce, a na nih oparł głowę. Ciało jego drgnęło lekko, jak gdyby ciho płakał.

Adam zbliżył się szybko i położył mu rękę na ramieniu.

— Uspokuj się — muwił szybkim szeptem. — Stało się nieszczęście... Ani ci nie hcę dokuczyć, ani żadnej nie hcę wyżądzać ci pżykrości... Ah, pżestańże, u Boga Ojca! Co ty robisz?

Burski pżytulił głowę do jego piersi i muwił, rwąc wyrazy na stżępy:

— Adasiu... Ja nie ukradłem... Pżysięgam, że nie... Znalazłem... Ukryłem, nie zdając sobie sprawy, co robię... Skusiło mnie... Byłem głupi... Piuro jest śliczne, a ja zawsze... Ja zawsze mażyłem...

— O młody kretynie! — żekł Adam, udając pogodę. — Rozumiem, rozumiem... Kto tak pisze jak ty, dla tego nawet zaostżony patyk byłby pokusą... Dobże, już dobże... Tylko nie płacz, bo nie warto.

— Co za wstyd, co za wstyd!

— Nikt o tym wiedzieć nie będzie. Łajdactwa bym ci nie pżebaczył, głupotę mogę, bo sam nie jestem wiele mądżejszy.

— Naprawdę nie powiesz nikomu?

— Nie jestem trąbą jeryhońską. Dawaj to nieszczęsne nażędzie i bądź zdruw. Piura nie masz oczywiście pży sobie, lecz ukryłeś je głęboko, aby taki zbytkowny pżedmiot nie zwrucił uwagi w domu. Jest on albo gdzieś za obrazem, albo na piecu.

— W samym piecu — szepnął Burski.

Adam zaśmiał się głośno.

— Widzisz, ośle berberyjski, jakim kiepskim jesteś złoczyńcą... Nie będziesz już nigdy użądzał takih kawałuw? Możesz mi nie odpowiadać, bo ja za ciebie pżysięgnę i głowę dam, że na widok wiecznego piura będziesz uciekał. Pozwalam ci natomiast spoglądać pożądliwie na gęsie ogony.

Gadając z pżesadną, fałszywie pokżykującą radością, nieznacznie zbliżył się do pieca i sięgnąwszy ręką w jego paszczę, bezzębną na letni sezon, sprawnym ruhem wydobył piuro-katastrofę i ukrył je w kieszeni. Poklepał po ramieniu zrozpaczonego kolegę, odwracającego tważ, i żekł ciho:

— Bądź zdruw! I zapomnij o tym.

— Adasiu — szepnął Burski. — Uratowałeś mnie... Jesteś najlepszym kolegą.

— I najlepszy kolega ma czasem kolegę idiotę! — zaśmiał się Adam. — No, do widzenia... Tżymaj się ciepło, bo to pomaga na głowę.

Nazajutż działy się dziwaczne historie.

Pierwszy wykładał matematyk, wspaniała profesorska głowa, duh mocny, tylko ciało niecierpliwe, czemu się dziwić nie należy, albowiem żadnyh wiadomości nie wbija się w zakute łby z większą trudnością niż wzniosłe wiadomości matematyczne. W klasie jest zawsze więcej kandydatuw na kiepskih poetuw niż na wybitnyh matematykuw, co wzmaga niecierpliwość u mistżuw tej nauki. Znakomity matematyk nie może tego pojąć, że inni nie mogą pojąć wspaniałyh zawiłości, dlatego patży na ludzi jak na nieznośne błędy w mądrym rahunku. Może dlatego znakomity pewien mąż powiedział: „Najlepsze pojęcie nieskończoności daje ludzka głupota”. Klasa siudma, mocna w historii, nie mogłaby gożkiego tego powiedzenia obalić mizernym zasobem matematycznej wiedzy. Pan profesor matematyki słusznie pżeto spozierał hmurnie na klasę siudmą. Wykładając, miał zwyczaj hwytać ręką wszystko, co leżało pżed nim, potżąsać tym groźnie, wznosić w gurę, stukać w katedrę, aby wreszcie odżucić ołuwek, bo kolej pżyszła na książkę lub na klucz. Nigdy nie wykładał „z pustymi rękami”. Tak do tego pżywykł, że gdyby pżed nim położono bombę, hwyciłby ją nerwowo, potżąsnął, a potem udeżył z mocą o katedrę i w ten sposub zamieniłby klasę siudmą w jedną niewiadomą, co zaoszczędziłoby światu wielu utrapień. Ponieważ — niestety, niestety! — nie było pod ręką bomby, zaczął codzienne swoje operacje z kawałkiem kredy, kiedy zaś kreda, nie mogąc znieść tortur, rozsypała się w proh, hwycił naturalnego wroga kredy — gąbkę, istotę cihą, wyshniętą i podziurawioną. Gąbka, marna kreatura, nie wydawała żadnego odgłosu, gdy nią usiłował stuknąć w katedrę, więc ją odżucił ruhem pogardy i porwał inny leżący pżed nim pżedmiot. Uniusł go w gurę jak magik laskę i potżąsnął nim zapalczywie.

— Moje piuro! — szepnął Jasiński.

Zdyszany szept pobiegł po całej klasie. Zdumiona ponad wszelkie pojęcie społeczność wyglądała jakby zahipnotyzowana i nie mogła oderwać spojżenia od tajemniczego piura. Zwruciło to wreszcie uwagę matematyka, więc zakżyknął:

— Czemu patżycie na mnie jak na malowane wrota?

Wiadomo, że na świeżo malowane wrota nie patżą filozofowie, pżeto jasnym było, że w słowah pana profesora tkwiło ziarno goryczy. Ponieważ pytanie było retoryczne, bo ani pan profesor nie oczekiwał na nie odpowiedzi, ani też nikt z zapytanyh z odpowiedzią się nie kwapił, więc matematyk, uważając sprawę za wyczerpaną, hwycił w rękę linię, a piuro shował do kieszeni.

— O rany! — kżyknął pułgłosem, ale dotkliwym pułgłosem właściciel piura.

Adam, opryszek siedmiokrotny, ktury tego dnia zjawił się w szkole pżed wszystkimi, oparł swuj diabelski łeb na rękah i tżąsł się ze śmiehu. Śmiali się wszyscy prucz Burskiego, ktury patżył na to wszystko jak gdyby z troską, i Jasińskiego, kturego oblicze pżybrało wyraz niebotycznego zdumienia.

— Adasiu! — kżyknął, ledwie dżwi zamknęły się za matematykiem. — To było moje piuro.

— Istotnie. Obiecałem, że je dzisiaj zobaczysz, a reszta mnie nie obhodzi — muwił Adaś wesoło. — Biegnijże za nim.

Jasiński wypadł z klasy, a po hwili powrucił, zwycięsko dzierżąc w ręce zdobycz.

— Ale ty jesteś magik, nieh cię wszyscy diabli! — żekł z uznaniem. — Nie pytam, jak i co, bo i tak nie powiesz, ale ciebie powinni spalić na stosie.

Klasa siudma byłaby pżenigdy nie dopuściła do takiej zbrodni. Uwielbiała swojego czorta, ktury hodził w czarnej sławie, uśmiehając się pżyjaźnie do całego, pełnego zagadek świata i do szumiącej nadziei, że maluczko, a ujży może bursztyn rodzące. Czort jednak, hoć czort, nie umiał pżewidzieć najbliższej pżyszłości, wlokącej się ku niemu żułwim krokiem umęczonyh w upale dni. Nie wiedział też i o tym, że sława jego rozbżmiewała po całym gimnazjum jak długie i szerokie, wysokie i kżykliwe. W szkole wiedzą, skąd pżyleciała ta muha, co właśnie łazi po szybie, w jakim jest wieku i jakie są jej rodzinne stosunki. W szkole wszystko gada i plotkuje: ławka, tablica, wieszadło i bałwan piec. W szkole działa nieustannie telegraf bez drutu, telewizja, telepatia i liho wie, co jeszcze. Aniołowie nie zdążyli zapisać w księdze niebieskiej, co się stało w klasie szustej w jednym zakątku gmahu, a już wie o tym klasa piąta, najbardziej od niej oddalona. Najsłynniejszyh podrużnikuw zdumiewa nieodgadniony sposub, kturym na olbżymie odległości porozumiewają się Murzyni; godne zastanowienia są sposoby małpoluduw w szkole. Nic w tym pżeto nie było dziwnego, że najpierw głośna historia z profesorem Gąsowskim, następnie facecja z wiecznym piurem, porwanym pżez matematyka, znane były i pędrakom, i dryblasom z klas wyższyh. Panowie profesorowie też wiedzieli o tym, że siudmoklasista Adam Cisowski jest wyjątkowym ananasem w szkolnym ogrodzie.

Cisowskiego mało to wszystko obhodziło, gdyż wybierał się nad może, więc czasem pomrukiwał z radości. Wybierał właśnie książki, kture należało pżeczytać, leżąc na piasku jak foka, gdy weszła do jego pokoju siostra z oznajmieniem, że pżyszło do niego dwuh bardzo pżystojnyh młodzieńcuw.

— Dobże! — żekł Adam. — Zahowujcie się ciho, wyjce afrykańskie.

— A podsłuhiwać można? — zapytało pżymilnie dziewczątko.

— Za podsłuhiwanie będzie kęsim! — ostżegał Adam.

Dwaj młodzieńcy byli istotnie pżystojni, lecz tak uroczyści jak dwaj pielgżymi, co pżybyli do Piasta Koszyczka, męża Rzepichy i ojca niehżczonego Ziemowita. Adam znał ih dobże z widzenia, byli to bowiem szustoklasiści tego samego gimnazjum. Prezentacja odbyła się wedle wszelkih nakazanyh pżez wytworność pżepisuw, za czym młodzieńcy usiedli i obaj zmarszczyli czoła. Za pomocą bardzo okrężnego wnioskowania Adam poznał łatwo, że sympatyczni koledzy mają ciężkie myśli i kamień na sercu, wobec czego zagadnął ih z miejsca, oświadczywszy z wdziękiem jak Rejent w Zemście, że „nieznana mu pżyczyna, co w nikczemne jego progi Marsowego wiedzie syna”. Cytata ta, poza ilością „Marsowyh synuw”, była bliska prawdy, bo mars na ih czołah wieścił Marsa — boga wojny. Adasiowi pżyszło na myśl, że te dwie uroczyste postacie popżedzają śmierć, co nie mogła zdążyć ruwnocześnie z nimi, oni bowiem pżybyli tramwajem, a śmierć człapie piehotą. Może to sekundanci, co pżyszli, aby go wyzwać na udeptaną ziemię? Nie mugł sobie wprawdzie pżypomnieć, czy kogo obraził, lecz szkoła ma honor tak czuły, że jakiś ryceż mugł się poczuć dotknięty z lada jakiego powodu. Czekał pżeto niecierpliwie, aby puścili z siebie głos. Widać było, że im jakoś nieswojo; jeden spozierał na drugiego, zahęcając się w ten sposub do muwienia, tymczasem jednak obaj hżąkali, jak gdyby to był egzamin, a nie wytworna wizyta. Wszystko jednak ma swuj koniec, a kij, wąż, cygaro i kiełbasa mają wedle głębokih spostżeżeń nawet dwa końce, więc wreszcie jeden z nih, łyknąwszy powietża, żekł uroczyście:

— My, proszę kolegi, jesteśmy delegacją...

— O! — zdumiał się Adam krutko i okrągło.

— W smutnej sprawie — dodał szybko drugi.

„Teraz już ruszą z kopyta” — pomyślał Adam, a głośno dodał:

— Kto koleguw pżysłał?

— Klasa! — odżekli obaj.

Adam skłonił z szacunkiem głowę pżed tym słowem dostojnym i zapytał rozciekawionym spojżeniem, czego żąda od niego sąsiednie mocarstwo.

— Wiemy o tym — muwił jeden z posłuw — że kolega posiada niepospolity umysł...

Adam podniusł rękę na znak, że musi pżerwać orację, albowiem wrodzona skromność nie pozwala mu słuhać podobnyh hymnuw, muwca jednak powtużył uparcie, że niepospolity umysł jaśnieje pżed nimi w całej okazałości i nic ih nie pżekona, że jest lub może być inaczej. Zwracają się do tego umysłu po pomoc i radę. Sprawa jest piekielnie pżykra, zawiła, niejasna, niewytłumaczona i pżypomina takie oszalałe kaprysy pżyrody jak piorun z jasnego nieba.

— Na Boga, co się stało?

— Nieszczęście! — odżekł poseł. — Opowiemy to koledze w największym zaufaniu i prosimy o głęboką tajemnicę. Otuż...

— Za pozwoleniem! — szepnął Adaś.

Posłowie patżyli ze zdziwieniem, jak człowiek wzniosłego umysłu wykonuje ruhy dziwaczne: wziął w rękę pżedmiot niepospolicie ciężki, potem stąpając na palcah, zbliżał się podstępnie do dżwi, za czym skoczył jak pantera i rozwarł je szeroko. Uśmiehnął się zadowolony i żekł:

— Już można muwić. Koledzy rozumieją: rodzeństwo...

Oni skinęli poważnie głowami na znak, że ta niewymownie pżykra strona życia nie jest im obca. Po czym pżemawiając na pżemiany, uzupełniając relację koniecznymi objaśnieniami, wyjawili pilnie słuhającemu Adamowi ciężkie strapienie całej klasy. Było to zmartwienie niepospolite i dręczące. Gospodarna klasa szusta posiadała znakomicie użądzoną spułdzielnię. Założył ją jakiś handlowy geniusz, mający doskonałą głowę do interesuw, zapewne pżyszły dyrektor banku, i zmusił klasę do wspulnego wysiłku. Wszystko, co było potżebne w szkole i w domowym żywocie, musiało być nabyte we własnej spułdzielni. Nie starczyłoby, oczywiście, grubego tomu encyklopedii do wyliczenia pżedmiotuw nieodzownyh w uczniowskim życiu, spułdzielnia miała pżeto wcale pokaźne obroty, a tłuste i nadęte liczby napawały wszystkih jej członkuw słuszną dumą i radością.

Adam pohylił głowę, by oddać cześć rozsądnym poczynaniom zapżyjaźnionego mocarstwa, dotąd jednak nie mugł zwietżyć nieszczęścia. Sądząc jednak z rumieńcuw, co właśnie rozkwitły na poselskih obliczah, wieść o nim zaraz odezwie się stłumionym kżykiem.

Prowadzenie spułdzielni — żecz ciężką i wymagającą nieustannej, czujnej pracy — powieżono bardzo biednemu hłopcu i zacnemu koledze. Biedaczyna, z upartym, często zrozpaczonym trudem pżepyhając się pżez szkołę, podjął się niewdzięcznej roboty i spełniał ją bez zażutu. Wdzięczna społeczność szkolna, znając jego głodne życie, zgodziła się na to z gorącą skwapliwością, aby spułdzielnia zaopatrywała go we wszystko potżebne, w całkowity spżęt szkolny. Był to dar klasy dla ciężko pracującego kolegi, ktury nie mugł się nigdy zdobyć na całe buty. Hłopiec był szczęśliwy i pracował z zapałem. Pżed kilku dniami składał rahunki. Wtedy stało się nieszczęście. Koledzy mający sprawdzić obroty spułdzielni nie wiedzieli, co począć? Hłopiec wyznał z rozpaczą, że brak mu pży zamknięciu rahunkuw ogromnej sumy: stu złotyh. W jaki sposub? — tego dojść nie może. Całymi nocami sprawdzał cyfrę po cyfże, z gury na duł i z dołu do gury — rahunki się nie zgadzają. Sto złotyh zginęło bez śladu.

— A wyście sprawdzali? — spytał zaniepokojony Adam.

— Kilkakrotnie i z największą pilnością. Obroty były wielkie, idące w tysiące, bo kupuje u nas niemal cała szkoła. O sto złotyh wpłacono więcej, niż wydano, a tyh stu złotyh nie ma.

— Co o tym myśli klasa?

— Klasa się podzieliła. Jedni wieżą mu bez zastżeżeń, jest to bowiem kolega skrupulatny i kryształowo uczciwy, znaleźli się jednak i tacy, co kręcą głowami, i tacy, ktuży głośno wołają, że ih to nic nie obhodzi i sto złotyh znaleźć się musi.

— A wy?

— My mu wieżymy, z całego serca mu wieżymy. To uczciwy, kohany hłopak! Damy głowę, że zdażyła się nieprawdopodobna, tragiczna pomyłka. Pżecie mugł zapomnieć wpisać jakiś większy wydatek.

— Istniałby rahunek. Rahunki pżejżane?

— Wszystkie... I wszystkie wpisane... Kolego złoty, nieh go kolega ratuje! Nie idzie o pieniądze, bo ci, ktuży mu ufają, zbiorą je i wydobędą hoćby spod ziemi, ale o jego dobrą sławę. Biedaczysko kohane! Kolega nie ma pojęcia, jak ten hłopiec cierpi i co się z nim dzieje! Wygląda jak trup i zalewa się łzami.

— To naprawdę wielkie nieszczęście — muwił Adam, trąc czoło. — Ale cuż ja mogę poradzić, skoro tylu was sprawdzało?

— My nie wiemy jak, ale to wiemy, że kolega poradzi. Kolego drogi... Adasiu! Ratuj człowieka! Nas tutaj po ostatni ratunek wysłała wprawdzie klasa, ale bylibyśmy pżyszli sami, bo go kohamy... To nasz pżyjaciel, dobry, wierny, a taki nieszczęśliwy pżyjaciel.

Jeden z posłuw pżemawiał żarem słuw, a drugi miał łzy w oczah.

Adam słuhał wzruszony.

Sprawa jest mętna i trudna do rozwikłania. I on wieży temu nieznanemu hłopcu, lecz jak go wyratuje? Może zawodowy księgowiec wykryłby błąd bez trudu. To będzie jedyne wyjście! Struhlał jednak, dowiedziawszy się, że ojciec jednego z koleguw, użędnik bankowy, sprawdzał rahunki... Więc i to zawiodło? Biedny hłopiec!

— Wobec tego i ja nic nie poradzę — muwił smutno. — Bardzo, bardzo mi żal.

Posłowie porwali się z kżeseł i poczęli błagać. Zaklinali go na dobroć serca i szlahetność duszy, polewając słowa łzami, aby zakwitły jak kwiaty.

— Kto on taki? — zapytał Adam.

— Syn wdowy, biednej krawcowej... Byliśmy dzisiaj u niego. Matka nie wie, co się z nim dzieje, i widząc jego zgryzotę, też się gryzie. Serce się kraje...

Adam myślał pżez hwilę, niemalże boleśnie.

— Sprubuję! — żekł wreszcie. — Nie obiecuję oczywiście niczego... To wam się jedynie zdaje, że jestem cudotwurcą. Jestem bałwan, nie cudotwurca. Czasem jednak i na bałwana spływa nathnienie. Daj to, Panie Boże, aby można pomuc temu biedaczynie. Gdzie są księgi?

— U niego. Nie rozstaje się z nimi i szuka, wciąż szuka... Obłędu dostanie od szukania... Albo się utopi...

— Jutro jest święto — muwił Adam zamyślony. — Nieh on jutro pżyjdzie tutaj do mnie, z książkami...

— O drogi, o kohany! — zakżyknęli posłowie.

— Pojutże dam wam znać, ale uczciwie obawiam się, że nie będę miał dla was wesołyh wiadomości...

Poselstwo wybiegło z niezwykłym pośpiehem, hoć nie pżystoi posłom gnać z wywieszonymi językami. Wolno to jednak uczynić z radości, a ih pędziła radość. „Wielki” Cisowski raczył się zająć tajemniczą sprawą! Słońce, złoty ptak, nie pżeleciało jeszcze z jednego dżewa na drugie, a już spżymieżona klasa szusta wiedziała o tym, że potężne oko Cisowskiego wbije się jak sztylet w mrok i czarność.

Adam oczekiwał nowej wizyty ze ściśniętym sercem. Myśli latały po jego roztropnej głowie jak nietopeże. Butem, żuconym celnie i z należytą wprawą, uspokoił rozwżeszczane młodsze pokolenie Cisowskich, kture wybierało się na świąteczną wycieczkę z większym hałasem niż hordy Attyli wybierające się na pżehadzkę po Europie. Wreszcie jednak ucihło w domu, meble odethnęły, uspokoiły się pżeśladowane muhy i Adam odethnął.

Dzwonek bżęknął nieśmiało i krutko.

Po hwili Adam wpatrywał się pilnie w zaczerwienione, znużone oczy i wybladłą tważ niepozornego, biednie odzianego hłopca. Oczy patżyły w niego ze wzruszającą ufnością, tak błagalnie, tak prosząco i tak tkliwie, że Adam poczuł ucisk w sercu. Bezwiednie objął hłopca ramieniem, uścisnął go i uśmiehnął się do niego rozżewniającym uśmiehem. Podobał mu się niezmiernie ten mizerny hłopczyna, na kturego zwaliło się nieszczęście.

Wieżył mu. Sam nie wiedział dlaczego, lecz wieżył mu od razu. Pżemuwił do niego głosem miękkim i dobrym:

— Będziemy szukali... Odwagi, muj drogi! Wszyscy ci wieżą, każdy wie, że jakaś głupia zdażyła się pomyłka.

— To straszne! — jęknął hłopak. — Pżecie ja...

— Spokojnie, spokojnie! Po co łzy? Dawaj książki! Ile tego jest?

— Tży... ale ja szukałem pżez tydzień...

— Toś źle szukał! I pżez łzy kiepsko się widzi.

— Kiedy ja już nie mogę... Jestem strasznie, strasznie nieszczęśliwy...

— Tżymaj się! Jeszcze raz ci muwię, małpiszonie, otżyj łzy! Uśmiehnij się!

— Nie potrafię...

— Uśmiehnij się, muwię... A widzisz, że potrafisz. Wszystko tu jest pożądnie zapisane?

— Tak, każdy grosz... Do kwietnia zgadzało się wszystko... W maju nie hce się zgodzić.

— Pżyroda szaleje, więc i cyfry oszalały. W maju było najwięcej wpływuw i wydatkuw, sądząc tak na oko...

— Sprawdzałem cały rok, ale w maju... O Boże! Zwariować można...

— Szkoda by było takiej tęgiej głowy! Zostaw mi te książki i idź do Łazienek.

— A co będzie jutro?

— Jutro? Ah, nic wielkiego. Ponieważ dzisiaj jest niedziela, więc prawdopodobnie będzie poniedziałek, jeśli nic się nie zdaży innego. Bądź zdruw, hłopie, i śpij spokojnie!

Po wyjściu udręczonego hłopca uśmieh odleciał z oczu Adasia jak motyl, co pżysiadł na nih tylko na hwilę. Udawał wesołość, aby dodać odwagi zatrwożonemu mizeractwu. Podjął się niebacznie trudnej sprawy. Ha, trudno! Może zdoła dojżeć coś w gąszczu cyfr, czego nie zauważyli inni. Wieżył, nieco zuhwale, i w swoje szczęście, i w bystrość oczu.

Począł liczyć. Dodawał długie kolumny, pżyglądał się podejżliwie wojsku cyfr, rozsypanyh w tyralierkę. Brak było stu złotyh. Wsiąkły w papier. Na nic, na nic długa, żmudna robota. Tżeba rozpocząć od nowa. Mnustwo pieniędzy pżewaliło się w maju; jedni płacili długi, inni zakupywali spżęt wodny na wakacje. W kolumnie gęsto ukazywały się liczby tżycyfrowe. Tym liczbom pżyglądał się Adam najpilniej. Wprawdzie owo zaginione sto złotyh mogło powstać z ułamkuw, więcej jednak było prawdopodobne, że pyszna setka stanęła w kolumnie „we własnej osobie”. Ktura z tyh kilku w grubej księdze jest tą, co „zniknęła jak sen jaki złoty”? Adam wziął lupę i badał każdą skrupulatnie. Minęło kilka godzin, a on, jak zegarmistż badający pżez szkło powiększające wnętże zegarka, siedział nieruhomy i zatopiony w badaniu. Wydzwoniła pułnoc, duhy poczęły wałęsać się po śpiącym świecie, a on czuwał.

Około godziny pierwszej zabżmiał wśrud nocnej ciszy zdrowy, radosny i odpowiednio pżeraźliwy śmieh Adama. Musimy powiedzieć z odrobiną niesmaku, że śmieh ten pżypominał rozgłośne końskie rżenie. W śpiącym głęboko domu uczynił się ruh i po hwili stanął w dżwiah ojciec Adama w pasiastej piżamie, mocno zatroskany, albowiem był pżekonany głęboko, że jego pierworodny syn zwariował.

— Co ci się stało? — zapytał z trwogą.

— Znalazłem sto złotyh! — wżasnął pierworodny.

— Znalazłeś sto złotyh? W tym domu? U lekaża? O pierwszej po pułnocy? Zmocz ręcznik w zimnej wodzie, połuż go sobie na potylicy i idź spać, obłąkany hłopcze!

Pierworodny i pomylony syn nie mugł jednak usnąć tej nocy. Hciał biec do owego zrozpaczonego biedaka, zapukać w jego okno i kżyknąć: „Śpij spokojnie! Znalazłem!”. Dlatego tylko tego nie uczynił, że i tamten nie byłby mugł usnąć z nadmiernej radości.

Nazajutż jednak, jeszcze pżed pierwszą lekcją, szepnął Burskiemu:

— Skocz no, pżyjacielu, do szustej, wywołaj byle kturego pędraka i powiedz, że wszyscy mają czekać na mnie po nauce.

Burski, rozmiłowany w Adamie, uczynił tży jelenie susy i powrucił zadyszany.

— Zrobione! — szepnął. — Ten, kturemu to powiedziałem, omalże nie usiadł na ziemi. Zdaje się, że mu lewe oko zbielało.

Klasa szusta oczekiwała Adama z biciem wielu serc. Hłopaczek prowadzący spułdzielnię blady był jak ziemia po pierwszym śniegu. Wparł wzrok we dżwi i czekał w bolesnej udręce. Milczeli wszyscy milczeniem wielkim. O tym, że życie niezupełnie zamarło, świadczyła jedynie głośno bżęcząca muha, daleka od zawiłyh ludzkih spraw.

Adam nie wszedł uroczyście, lecz wbiegł w radosnyh podskokah, niosąc księgi. Uśmiehnął się do klasy szustej, klasa szusta uśmiehnęła się do niego. Następnie, znalazłszy spojżeniem bladego hłopaka, stanął pży nim jak adwokat pży boku oskarżonego i wygłosił krutkie pżemuwienie, kturego słuhało łakomie kilkanaście szeroko otwartyh gęb. Otoczono go ciasnym kołem, a on prawił:

— ...Jestem szczęśliwy, że zjawiam się tu z wesołą nowiną... Wasz najmilszy kolega niepotżebnie się gryzł i smucił... Jest to zacny kolega, uczciwy kolega! Nieh się wstydzi każdy, ktury go mugł podejżewać... (Znowu płaczesz, szympansie?) Nie, nie, to nie należy do żeczy... (Otżyj nos, bo cię kopnę!) Proszę panuw! Z tej całej sprawy będą nici, i to bez żadnej pżenośni! Proszę patżeć!

Otwożył księgę handlową i wskazując palcem na jej stronicę, muwił podniesionym głosem:

— Oto tu sterczy cyfra 126 złotyh i 30 groszy. Widzicie? Z dnia 24 maja. Do tyh 26 złotyh i 30 groszy nie mam najmniejszyh pretensji. Stoją jak mur! Ta pałka jednak udająca setkę budzi pewne zastżeżenia. Odkryjemy łotrostwo tej pysznej pały, obalimy ją i zetżemy na proh. Ta setka jest oszukańczą setką. Czy ma ktury z was scyzoryk albo sztylet, albo inne ostre nażędzie? Dziękuję, jeden wystarczy... Po co mi aż dwadzieścia?

Dziesiątki oczu usiłowało wypaść z naturalnego swego siedliska. Z zapartym oddehem patżyli wszyscy, jak Adam ostżem scyzoryka podważa z niezmierną ostrożnością czarną pałkę.

— Ależ to nie atrament! — kżyknął ktoś ze zdumieniem.

— Oczywiście, że nie atrament... — zaśmiał się Adam.

Zdjął czarną pałeczkę z papieru i posunął ją na czystą biel papieru.

— Co to jest? — zawołano.

— Nic nadzwyczajnego: czarna nitka! Ułamek czarnej nitki... Pżez jakiś diabelski pżypadek pżyczepiła się właśnie pżed inną cyfrą, pżylgnęła do papieru i udawała setkę. Żecz martwa umie być tak złośliwa jak małpa. Gdyby była utknęła o dwa milimetry niżej lub wyżej, łatwo by każdy odkrył to ponure oszustwo. Raz na tysiąc lat może się zdażyć taka historia, a zdażyć się musiała właśnie u was i omal nie pogrążyła uczciwego hłopca. Świnia, nie nitka! A mogła łatwo skożystać ze sposobności, bo matka tego młodzieńca (pżestaniesz beczeć czy nie?) zajmuje się szyciem. Słyszałem o takim wypadku, że złośliwa muha, pozostawiwszy złamane odnuże na dokumencie, sfałszowała datę, nigdy jednak nie pżypuszczałem, aby czarna, głupia nitka mogła fałszować uczciwe rahunki. Czy rozumieją teraz wszyscy, skąd ta upiorna setka?

Straszny wżask, wyżucony z potężnyh gardzieli, pżeraził cały świat. Słyhać też było turkot kamieni, spadającyh z zatroskanyh serc. Mocne dryblasy hwyciły Adama Cisowskiego i uniosły go w gurę jak rzymscy legioniści nowego Cezara. Inni otoczyli ledwie żywego ze szczęścia bladego hłopaczka i pżysięgali mu miłość i dozgonną pżyjaźń. On zaś nie widział nic, bo w oczah miał wielkie łzy. Strasznie śmieszny hłopak, ktury płakał ze zgryzoty i nie znalazłszy innego dowcipniejszego sposobu na pżywitanie szczęścia, oblewał je tymi samymi łzami. Uczeni muwią jednakże, że łzy zgryzoty są gożkie, a łzy szczęśliwe są pełne słodyczy. Czasem i uczeni są mądży.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Kornel Makuszyński, „Szatan z siódmej klasy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)