Biblioteka › Szatan z siódmej klasy
1. Diabeł wyskakuje z pudełka
Szatan z siudmej klasy
1.
Diabeł wyskakuje z pudełka
Pan profesor Gąsowski nauczał historii wedle własnej, nieco rozwihżonej metody. Niekture wielkie postacie, błąkające się po Elizejskich Polach albo krążące pośrud gwiazd, bardzo miłował, o niekturyh rozprawiał z drwiącym lekceważeniem, a w licznym, nieśmiertelnym tłumie były i takie, o kturyh nie hciał muwić wcale. Omijał je pży spotkaniu, udawał, że ih nie dostżega, nie kłaniał im się. O ukohanyh osobistościah muwił z gorącym zapałem, piejąc na ih cześć gurne hymny, po każdym zdaniu zasadzając wykżyknik jak cyprys na grobie. O Napoleonie, z ukohanyh najukohańszym, rozprawiał jak nathniony poeta. Zdawało się, że w każdej hwili zakżyknie gromko: „Nieh żyje Cesarz!” — i żuci się w buj, krwawy szatan. Napoleon, siedząc okrakiem na komecie jak na ognistym koniu, z wielką pżyjemnością pżysłuhiwał się panu profesorowi Gąsowskiemu. Gdyby mugł sięgnąć z nieba, pżypiąłby na jego piersi Krzyż Legii Honorowej. Mniej zadowolony z tyh wykładuw był piękny Alcybiades, o kturym pan profesor muwił z lekceważeniem, że „był to fircyk, elegancik i w ogule wydmuhana osobistość”. Nie można było dojść, czym sobie szlahetny Ateńczyk zasłużył na tę opinię. To go jedynie mogło pocieszyć, że o innyh nieśmiertelnyh pan profesor szeżył zgoła oszczerstwa. Cezar miał zamazaną hipotekę i gdyby to zależało od pana profesora Gąsowskiego, nieśmiertelność pozbawiałaby go prawa kożystania z niezmiernej hwały. Tym, o kturym pan profesor wcale nie hciał muwić, kturemu by się nie ukłonił i kturemu nie podałby ręki, był Hannibal. Dlaczego? O tym wiedzą jedynie kartagińscy bogowie, jeżeli w ogule o czymś wiedzą, bałwany opasłe. Hannibal miał wielu wroguw, straszliwyh wroguw, śmiertelnyh wroguw, ale nigdy i pżenigdy nie miał takiego, jakim był twardy, zawzięty i nieustępliwy pan profesor Gąsowski. Od wielu lat mieli ze sobą na pieńku. Nieszczęsny Hannibal, łypiąc jednym okiem, hwytał się za głowę i jęczał: „Co ja takiego mogłem uczynić, że mnie pan profesor Gąsowski tak nie znosi?”. Nikt tego nie wiedział. Wiedział tylko pan profesor.
Miał on duże, jasne oczy i taki w nih wyraz, jak gdyby zawsze był zdziwiony. Czasem z nagła pżerywał wykład, patżył daleko pżed siebie i długo się czemuś pżyglądał. Cała siudma klasa wpatrywała się w to samo miejsce, lecz nikt niczego nie mugł dojżeć, bo nie było w tym miejscu nawet mizernej muhy, podrygującej w wiosennym słońcu. Coś jednak musiało być... Może to właśnie Perykles, cieszący się dość dużą sympatią pana profesora, stąpał pżez ateński rynek? Może się tam toczyła bitwa? Może kżyżowcy zdobywają Antiochię? Kiedy widma pżesiały się pżez blask, pan profesor wzdyhał i patżył na tżydzieści rumianyh gęb z takim zdumieniem, jak gdyby je ujżał po raz pierwszy w życiu. Tżydzieści gęb patżyło w niego ciepłym spojżeniem, bo pan profesor był wielce miłowany. Klasa siudma, w kturej właśnie nauczał wzniosłyh dziejuw, znając dobże jego serce, zahłyśnięte pobożnym podziwem dla Napoleona, oddawała Cesarzowi pży każdej sposobności takie honory, że pan profesor Gąsowski promieniał. Gdyby Napoleon mugł wrucić na ziemię, hoćby na nowe „sto dni”, on byłby pohwycił sztandar, a klasa siudma pobiegłaby za nim. Nie samym jednak Napoleonem żyje człowiek, czasem musi też zajmować się tym opryszkiem Hannibalem. Trudno... Historia jest bigosem, ciężko strawną zbieraniną nie tylko z całego tygodnia, lecz z lat wielu tysięcy.
Pan profesor Gąsowski, wałęsając się pżez długie swoje życie po nieogarnionyh dziedzinah, pżeskakując pżez tysiąclecia jak pżez pżepaście, biorąc żywy i namiętny udział w wojnah, zawierając sojusze i podjudzając rewolucje, stał się niezwykle roztargniony. Nie jest to dziwne, skoro się zważy, że po nieszczęsnej jego głowie cwałowały wieki jak konie, a daty skakały jako te phły. Pan profesor miał w głowie huczący młyn. Twierdzili niektuży, że łatwo byłby sobie dał radę z kilkoma tysiącami lat, zamęt jednak w jego szlahetnej duszy spowodowało zmaganie się z kilku tysiącami urwipołciuw i małpoluduw, kturyh nauczał pżez tyle czasuw. Twierdzenie to jest wielce do prawdy podobne. Roztargnienie pana profesora Gąsowskiego było zdumiewające. Opowiadają o pewnym uczonym, że smarował masłem dłoń, głęboko pżekonany, że smaruje tżymaną na dłoni bułkę. Takie doskonałe pomysły byłyby drobnostką dla pana profesora Gąsowskiego. Nie jest natomiast prawdą, że to jemu właśnie zdażyła się koszmarna historia, hociaż byli tacy, co hcieli pżysięgać, że nikt inny nie mugł jej użądzić. Stwierdziliśmy niezbicie, że bohaterem jej był pewien głośny aktor, ktury razu jednego zapytał na scenie: „Jak ci na imię, Judyto?”. Otuż aktor ten (a nie profesor) kazał się obudzić w hotelu wcześnie rano. Pżez pomyłkę służący powiesił na jego dżwiah księżą sutannę. Roztargniony aktor, na puł jeszcze senny, wdział sutannę, a stanąwszy pżed lustrem, wykżyknął: „A cuż za bałwan, ten służący! Zamiast mnie, obudził jakiegoś księdza!”. Pan profesor Gąsowski nigdy by tak nie kżyknął, lecz byłby wyszedł w sutannie na ulicę, o niczym nie wiedząc, zamiast w lustże bowiem byłby się pżejżał albo w szafie, albo we dżwiah, albo w ścianie.
Zawsze roztargniony, nie znał dobże dźwięcznyh nazwisk swoih uczniuw i mieszał je, nigdy nie wiedząc, kture z nih do kturej należy gęby. Pży egzaminowaniu odczytywał je z notesu. Operacja ta odbywała się dwa razy tygodniowo, a na każde danie wybierał tżeh, nigdy więcej, nigdy mniej. Wywołany wyhodził z ławki, stawał tuż pży profesorskiej katedże i tam brany był na męki. Dlatego, hoć z niehęcią, używamy tego bolesnego słowa, że młody pawian bredził smętnie jak Piekarski na mękah. Zdażało się to jednak nad podziw żadko. W innyh klasah bywało rozmaicie, w klasie siudmej jednakże historia stała na wysokim poziomie. Zdawać się mogło, że tżydziestu wyjącyh derwiszuw zapałało niesłyhaną do tej nauki namiętnością. Dziwy, dziwy. Jeden z drugim recytował ze zdumiewającą lotnością. Gadał dobże jeden, gadał wybornie drugi i tżeci świetnie gadał. Pan profesor Gąsowski kiwał z uznaniem szlahetną swoją, bardzo już srebżystą głową, rad w duszy, że młodzi Lechici, o kturyh inni profesorowie wyrażali się z czarnym powątpiewaniem, z takim entuzjazmem służą muzie historii; aby okazać swoje zadowolenie, hwytał czasem młodziana za uho, gest ten pżejąwszy od Napoleona. Dumny był ze swojej rozkżyczanej hałastry, nazywanej klasą siudmą, jak Cesarz ze swojej gwardii. Zdaje się jednak, że gwardia cesarska mniej czyniła wżawy w bitewnym tłoku niźli klasa siudma w czasie pokoju. Bardzo pyskata była ta społeczność, bujna, rozbrykana i ponad ludzką miarę wesoła. Stado mustanguw na prerii nie rży tak radośnie na widok wody, jak umiała rżeć rozgłośnym śmiehem klasa siudma. Około tżydziestu dryblasuw umiało wypżąść pogodę z najczarniejszyh dni. W klasie siudmej, jak w państwie hiszpańskiego krula, nigdy nie zahodziło słońce. Śmiały się radośnie młode oczy, śmiały się pyzate gęby i śmiały się usta, napełnione niepoliczoną ilością zdrowyh zębuw. Gdy się kturemuś z klasy siudmej wykżywił smutkiem młodzieńczy, miły pysk, wierni toważysze tak długo zamawiali tę nagłą i niepżyjemną horobę i tak długo pocieszali zasmucone koleżeńskie osierdzie, że smutek odlatywał z wżaskliwym krakaniem wrony. Nie bardzo będziemy skłuceni z prawdą, ogłosiwszy, że klasa siudma pżypominała tajny jakiś związek, w kturym wszyscy pomieniali się na serca. Jest to handel zamienny połączony z najmniejszym prawdopodobieństwem cygaństwa. Pomienianie się na głowy byłoby interesem ryzykownym, można by bowiem otżymać baranią za jako tako ludzką. Klasa siudma złożona była z dobryh hłopcuw, z serdecznyh hłopcuw, głowy jednak były w niej rozmaite, rużnorakiego kalibru, rużnorakiej trwałości i pojemności. Tym bardziej musiało to zastanowić każdego bystrego człowieka, że wszystkie szlahetne łby tej klasy promieniały wyborną znajomością historii. Panu profesorowi Gąsowskiemu wystarczało to w zupełności do zadowolonego szczęścia. Wcale go to nie obhodziło, co się dzieje z matematyką, łaciną i innymi gałęziami dżewa wiadomości złego i dobrego. Wiedział o tym, że siudmoklasista, wywołany pżed katedrę, aby zdał sprawę z historycznyh mądrości, będzie śpiewał jako ten słowik. Na początku roku szkolnego szło z tym jakoś kulawo, od pewnego jednak czasu każdy egzamin był koncertem. Największy tępak w klasie, ktury lotnością inteligencji niewiele pżewyższał dębową szafę, historykiem był pierwszożędnym. Pan profesor był dumny, puszył się jak paw i nadymał w dobrej duszy.
Nie miało granic jego zdumienie, kiedy z początkiem czerwca, więc już ku końcowi szkolnego roku, wywołany jako pierwszy baszybuzuk, zwący się Kaczanowski, nie zerwał się jak zwykle z miejsca, nie zbliżył się jak zwykle tanecznym krokiem do katedry, lecz zgoła osłupiał.
— Kaczanowski! — wezwał go profesor po raz drugi.
Tamten spojżał na pana profesora zdumionym wzrokiem.
— Ja, proszę pana profesora? — zapytał jakby z wyżutem.
— Czy nazywasz się Kaczanowski?
— Tak, proszę pana profesora... Ale to jakaś pomyłka...
— Jaka pomyłka?
— Ja pżecie nie miałem być dzisiaj pytany... to znaczy...
Hciał cofnąć te słowa, ale nie mugł już shwytać ih w locie.
— To musi być pomyłka! — dodał już z rozpaczą.
Pan profesor Gąsowski spojżał na niego z niewymownym zdumieniem.
— Proszę wyjść w tej hwili z ławki!
— Dobże, panie profesoże — żekł Kaczanowski z goryczą. — Ale z tego i tak nic nie będzie.
Po klasie pżebiegł zatrwożony szmer, jakby wiher poruszył śpiące sitowie. Skazaniec zbliżył się do katedry i stał, zamieniony w słup soli, znękany, pobity, nieszczęsny, zdziwiony, rozżalony, pobladły i gotowy na śmierć. Klasa zaczęła dawać mu dziwaczne znaki, zahęcać go szeptami, ruhami rąk i mruganiem oczu. Siedzący w pierwszej ławce dobry kolega Cisowski „kżyknął” zduszonym szeptem bżuhomuwcy:
— Zawruć do Napoleona!
Była to rada dobra. Można było czasem, omijając zbyt trudne zawiłości, śmiałym pżeskokiem w stronę Cesarza ocalić straconą pozycję. Należało, rozprawiając o edykcie nantejskim, żec ni z tego, ni z owego: „Napoleon byłby z tego wybrnął”. — „Tak myślisz? — wtrącał wtedy pan profesor. — A jak?” Dalej szło już gładko, a czas mijał. W tej hwili jednak zbawienna rada niewarta była funta kłakuw. W zacnym profesoże obudziła się niezwykła czujność. Zawsze zdumione jego oczy były jeszcze więcej zdumione. Patżył długo na zbuntowanego młodzieńca i dziwnie kręcił głową.
— Co znaczą twoje słowa, że „z tego dzisiaj nic nie będzie”? — zapytał ponuro.
— Bo ja nie jestem pżygotowany — żekł Kaczanowski z determinacją.
— Nie może być! — zakżyknął pan profesor. — To niesłyhane... Nic nie umiesz?
— Nic, panie profesoże...
— Uczciwie się pżyznajesz?
— Najuczciwiej.
— Dlaczego? Bardzo proszę... Dlaczego?
— Bo ja...
— Pżestań! — kżyknął bżuhomuwca z pierwszej ławki.
— Bo co ty? Aha! Powiedziałeś, że nie miałeś być pytany. Na jakiej podstawie możesz tak twierdzić?
Kaczanowski milczał. Zaciął usta i pohylił głowę.
— Nadzwyczajne... — mruczał profesor. — Nadzwyczajne... Żegnam pana.
„Pan” Kaczanowski szedł do swojej ławki takim posuwistym i leniwym krokiem, jak gdyby tam miał kupić własną trumnę, a do tego na kredyt. Na klasę spadła cisza. Wszyscy patżyli na pohańbionego kolegę ze strwożonym wspułczuciem.
Pan profesor nie mugł pojąć, co się stało. W roztargnieniu rozgrabił siwą, bogatą czuprynę hudymi palcami i wpatżył się w ścianę, jak gdyby na niej miało się za hwilę ukazać ognistymi zgłoskami wypisane tłumaczenie, dlaczego miły młodzian Kaczanowski, hłopiec rozsądny i rozgarnięty „historyk”, nagle i niespodziewanie w bałwana pżemienion. Ponieważ na ścianie nic się nie ukazało, staruszek spojżał błagającym spojżeniem na piec. (Piec też pohodzi z rodziny dziedzicznyh idiotuw). Pżymknął pżeto oczy i spojżał w głąb roztropnego duha, z kturym musiał pogadać na rozum: roztropny duh wyjaśnił mu pokrutce, że jak jedna jaskułka wiosny nie czyni, tak jeden Kaczanowski nie zbuży jego radości i dumy. Kaczanowskiemu musiało udeżyć coś na rozum. Może upadł?... A może boli go ząb? Może się najadł niedojżałyh jabłek, co wobec tajemnyh związkuw żołądka z głową mogło osłabić zwyczajną jej sprawność? Nieh pżeto inny naprawi to, co zbużył Kaczanowski: „historyczną” sławę siudmej klasy... Pan profesor obudził się z mętnej zadumy, zajżał do swego notesu i nerwowym ruhem pżeżucił dziewięć, wyraźnie dziewięć kartek.
— Ostrowicki! — zakżyknął zduszonym głosem.
Cała klasa odwruciła się jak na komendę, młodzian bowiem tak zadzieżyście nazwany siedział w pżedostatniej ławce. A Ostrowicki omal nie zemdlał. Podniusł się wprawdzie, lecz nie mugł uczynić kroku, jak gdyby pod jego nogami rozwarła się pżepaść. Muwiono puźniej, że wyszeptał straszne słowa: „Raz kozie śmierć!” — ale to nie jest pewne. Pewne jest natomiast, że wobec jego złamanej i zgruhotanej postawy Kaczanowski wyglądał jak bohater.
— Czy mam na ciebie trąbić? — zawołał znowu zdumiony profesor.
Wesołe pżypuszczenie, że zacny profesor wzywać będzie na egzamin głosem arhanielskiej trąby, nikogo jednak nie rozweseliło. Nikt nigdy nie oglądał wesołej siudmej klasy w takiej topieli mroku i smętku.
Ostrowicki zbliżał się ku katedże krokiem idącego na ścięcie. Pżehodząc, kiwał głową na dwie strony, jak gdyby się żegnał na wieki z kolegami, z dobrymi mołojcami. „Idąc, kłaniał się damom, starcom i młodzieży...” — jak Podkomorzy w Panu Tadeuszu. Gdyby w klasie siudmej zasiadały damy, poruwnanie byłoby zgoła znakomite: był tam natomiast jeden „stażec”, bardzo zdumiony, i „młodzież” z takim na obliczah wyrazem, ktury nauka ścisła nazywa „zbaraniałym”.
— Ratuj, kto w Boga wieży! — szepnął nieszczęśnik pierwszym ławkom.
Pierwsze ławki jednakże nagła rozpacz pozbawiła czucia. Serca w nih struhlały.
— Ostrowicki, miły hłopcze — muwił łagodnie profesor Gąsowski. — Spotkała mnie dzisiaj wielka pżykrość... Bardzo wielka pżykrość... Co tobie jest, czemu się hwiejesz?
— Słabo mi, pani profesoże... — jęknął młodzian.
— Ha! — zdumiał się profesor. — Słabo ci? Ale odpowiadać będziesz?
— Nie mogę, proszę pana profesora...
— Dlaczego? Połuż rękę na sercu i powiedz dlaczego?
— Bo nie jestem pżygotowany... Nie umiem... Nie spodziewałem się.
— I ty? I ty, Brutusie? — kżyknął staruszek. — Czy wyście dzisiaj poszaleli?
— Nie, panie profesoże... — miesił Ostrowicki słowa jak ciasto. — Pojutże, w sobotę, umiałbym świetnie...
— A dzisiaj nie łaska?
— Dzisiaj jest pżecież czwartek! — żekł Ostrowicki z rozpaczą. — To nie muj dzień...
Pan profesor patżył na niego jak na łagodnego wariata. Zamykał oczy, jakby go raziło słońce, znowu je otwierał, aby nie utracić niezwykłego widoku, zbliżał się i oddalał.
— Aha... — muwił dziwnym głosem. — We czwartek jesteś bałwan... A w sobotę będziesz geniusz... Czy kpisz, młodzieńcze?
— Nieh Bóg broni! — zakżyknął hłopiec gorąco. — Ale tak jest naprawdę. Pan profesor nie może o tym wiedzieć, ale tak jest...
— Odejdź! Odejdź prędko! — zawołał staruszek.
Ostrowicki, wśrud śmiertelnej ciszy całej klasy, powlukł się do ławki, jak gdyby był naprawdę ciężko hory. Blady był, a na czole miał grube krople potu. Opadł na ławkę i dyszał.
Klasa spojżała z niepokojem na pana profesora Gąsowskiego.
Siwy człowiek, dobry człowiek, usiadł za katedrą i splecionymi rękami zasłonił tważ. Wyglądał jak ten, co płacze i pragnie pżed gawiedzią ukryć łzy. Musiało mu się coś popsuć w poczciwym sercu, bo wszystkim się wydało, że staruszek drży.
— Panie profesoże... — ozwał się ściszony głos z pierwszej ławki.
Profesor rozplutł ręce i niecierpliwym ruhem jednej z nih dał znak, aby mu nie mącono ciszy. Drugą zasłaniał sobie oczy.
Hociaż dzień był promieniście słoneczny i błękit lał się z nieba ogromną żeką, w szkolnej sali uczyniło się mroczno. A tak było pżeraźliwie ciho, że aż w ostatnih ławkah słyhać było zmęczony i nieruwny oddeh profesora. Zapadł w udręczone milczenie jak w tżęsawisko. Nie odsłaniał oczu, jakby nie hciał widzieć złośliwego świata. Tżydziestu hłopcuw wpatrywało się w niego spojżeniem, w kturym łzawił się ogromny smutek. Wszystko można znieść, tego jednak znieść nie można, aby dobry, oh, jak dobry człowiek — dręczył się. Ten i uw zaczął naradzać się najcihszym szeptem. Nagle znieruhomieli wszyscy, bo pan profesor Gąsowski coś muwi...
Muwi urywanym głosem, a słowa zataczają się, jakby były bezsilne:
— ...Nauczam od tżydziestu kilku lat... Jestem bardzo zmęczony i tego roku już na pewno odejdę ze szkoły... Ale nie skarżyłem się nigdy... Zdawało mi się, że kohali mnie zawsze ci, kturyh nauczałem. Nie byłem nigdy srogi, może nawet byłem zbyt miękki... Więc mnie nigdy nie spotkało to, co mnie dzisiaj spotkało... Byłem dumny z siudmej klasy i oto mam nagrodę: w siudmej klasie zakpiono sobie ze starego człowieka...
— Panie profesoże! — ozwał się jakiś głos z tylnyh ławek.
— ...Nie pżerywaj mi! Tak, dobże muwię: zakpiono sobie ze mnie. Moi hłopcy naigrawają się ze starego człowieka... Jeden muwi, że nie na niego pżypadła kolej, drugi nie hce odpowiadać, bo jest czwartek... Trudno. Mugłbym i jednego, i drugiego... Ale ja nie będę się mścił... Nie, moje dzieci... Jest mi tylko bardzo, bardzo smutno... Możecie się ze mnie śmiać... Bardzo proszę... Mścić się nie będę... Zbyt was kohałem... To moja wina... A teraz dość! Dzisiaj nie będę już pytał nikogo. Za hwilę rozpocznę wykład... Pżepraszam was, że się rozżaliłem...
— Panie profesoże!
— Słuham!
W pierwszej ławce podniusł się Cisowski. Był to nieforemny hłopak, nieco pękaty, z rozmieżwioną czupryną; sądząc po jego budowie, musiał być sprężysty i silny. Spojżenie miał śmiałe i dziwnie pżenikliwe. W tej hwili był blady i wzruszony. Pżemawiał głosem miękkim i melodyjnym.
— Panie profesoże — żekł z czułością. — Ja wszystko wytłumaczę.
— Pżede wszystkim: kto ty jesteś? Tważ oczywiście znam, lecz twoje nazwisko wymknęło mi się z pamięci.
— Nazywam się Adam Cisowski.
— Być może... Wszystko być może. Takie się dzisiaj między wami dzieją historie, że już zwątpiłem o wszystkim. Więc dobże... Jesteś Cisowski i hcesz mi coś wyjaśnić. Bardzo proszę... Już jestem spokojny i mogę słuhać. Co mi masz do powiedzenia?
— To tylko, panie profesoże, że ja jestem winien wszystkiemu. Nikt inny, tylko ja. Ani Kaczanowski, ani Ostrowicki.
Pan profesor Gąsowski podniusł się i powoli zbliżył się do pierwszej ławki. Spojżał głęboko w rozumne oczy hłopca i długo się w nie wpatrywał.
— Czy to mają być nowe kpiny? — zapytał ciho.
— Nie, panie profesoże. Ani dotąd nikt nie kpił, ani ja bym się nie ważył. Pan profesor może nawet o tym nie wie, że kohamy pana profesora uczciwie i serdecznie.
— I ty?
— I ja... Tylko że ja jestem zbrodniaż! Ja jestem winien wielkiego szahrajstwa, a nie mogę patżeć na to, jak pan profesor...
Głos mu się załamał i uwiązł w gardle. Cała klasa patżyła na niego z oszołomionym zdumieniem. Staruszek położył mu rękę na ramieniu i żekł szybko:
— Jesteś wzruszony... Pżestań! Możesz powiedzieć coś, czego będziesz żałował. Ja o niczym nie hcę wiedzieć.
— Ale ja muszę powiedzieć! Pan profesor ma żal w sercu. Nieh mnie pan profesor zehce posłuhać...
Jak gdyby się tego obawiał, że staruszek pżerwie mu niesłyhane wyznanie, zaczął muwić szybko, zdyszanym oddehem poganiając słowa pędzące na złamanie karku:
— Dzisiaj jest nasze Waterloo. Napoleon nie dojżał głębokiego rowu na polu bitwy, a ja nie pżewidziałem pomyłki pana profesora. Stąd pohodzi nasza sromotna klapa...
— Co stąd pohodzi?
— Klapa, czyli nieszczęście... Nie udało się, bo pan profesor się pomylił.
— Ja! — zdumiał się staruszek.
— Niestety! Wedle najściślejszyh obliczeń miał dzisiaj być pytany Napiórkowski, Stankiewicz i Wilczek. Tymczasem pan profesor zaczął szukać pżez roztargnienie o jedną kartkę bliżej, niż należało, i zaczął od Kaczanowskiego, wskutek czego automatycznie wylazł potem Ostrowicki, a jako tżeci miał wypaść Wnuk. To trujka z nadhodzącej soboty.
Pan profesor zaczął szybko mrugać oczami i patżył na Cisowskiego z nieukrywanym strahem.
— Młodzieńcze! — zawołał. — Czy ty jesteś pży zdrowyh zmysłah? Co to wszystko znaczy?
— To znaczy, panie profesoże, że pan profesor ma swoją metodę...
— Ja? Metodę?
— Tak jest... Odkryłem ją już bardzo dawno. Prawie każdy z panuw profesoruw ma jakiś swuj sposub i pożądek egzaminowania. Pan profesor egzaminuje każdego razu tżeh, a tyh tżeh wybiera z notesu wedle niezmiennego pożądku. Najpierw pierwszego, z kolei dziesiątego i dwudziestego, następnym razem drugiego, jedenastego i dwudziestego pierwszego i tak dalej. Ponieważ jest nas tu ruwno tżydziestu, a każdy w notesie pana profesora ma swuj numer, więc łatwo było obliczyć, kto i kiedy będzie pytany.
Pan profesor cofnął się nagle i patżył na Cisowskiego jak na czarownika.
— To pżecież było najgłębszą tajemnicą! — zakżyknął gromko.
— Z pewnością — muwił Cisowski. — Nie ma jednak na świecie takiej tajemnicy, kturej by nie można odgadnąć.
— Czekaj! Ani słowa więcej... Zaraz sprawdzimy!
Wydobył z kieszeni notes, zamknięty siedmioma pieczęciami tajemnicy, i począł go pżeglądać z niebywałym pośpiehem.
— Tak, tak... — muwił jakby pżerażony. — Kartki mi się zlepiły. Istotnie... Pomyliłem się... Jak to odkryłeś?! — kżyknął nagle wielkim głosem.
— To nie jest zbyt trudne — odżekł skromnie Cisowski. — Było to w miesiąc po rozpoczęciu roku. Patżyłem, ile kartek pan profesor odwraca, a ponieważ nazwiska nasze spisane są w pożądku alfabetycznym... Metoda pana profesora była zbyt pżejżysta...
— Diable! Szatanie! — zawołał staruszek.
Sam diabeł byłby wprawdzie wystarczył, lecz zdumienie ponad ludzką miarę podparło go szatanem.
— Bardzo, bardzo pżepraszam pana profesora... Cała klasa pżeprasza pana profesora... Ale zawiniłem tylko ja...
— Pasy z ciebie zedrę! — wołał pan profesor.
Ponieważ trudna ta operacja wymaga czasu i osobliwyh nażędzi, kturyh nie było pod ręką, więc bystry młodzian, odkrywający potężne tajemnice, nie okazał zbytniego pżerażenia.
Stał skruszony i smętny jak ten jawor, co w piosence „tam na polu stoi”, i czekał na potworne męki albo na krutki, zwarty, treściwy piorun, ten, co ukatrupił niecną Balladynę i wiele innyh gżesznyh postaci. Pan profesor jednakże — serce gołębie — nie był zdolny do zbrodni. Wszystkie muhy harcowały bezkarnie na jego srebrnej głowie, wiedząc, że straszliwy ten pasjonat, co grozi darciem pasuw, nie ukżywdziłby żadnej. Uniusł się jedynie gniewem potężnym i krwistym. Niemal pżez lat czterdzieści ukrywał swoją świetną, nieporuwnaną metodę egzaminowania, opartą na pżemyślnym dowcipie: tżeci — tżynasty — dwudziesty tżeci, dziesiąty — dwudziesty — tżydziesty i znowu z powrotem od pieca. W ten sposub żaden z urwipołciuw nie uniknął egzaminu, żaden nie wykpił się od dnia sądu, ale też nie był pokżywdzony powturnym pytaniem. Nikomu nigdy nie pżyszło do głowy, bo i jakże mogło pżyjść? Tżeba szatańskiego sprytu, aby odkryć szatański pomysł, a pżecie pomysł pana profesora Gąsowskiego był najsprytniejszym wybiegiem, godnym wielkiego dyplomaty. Hociaż tedy gniew go zalewał jak czerwone może, hociaż ręce dygotały mu z nadmiernego wzruszenia, spozierał z hmurnym podziwem na tego obwiesia z pierwszej ławki. Obwieś, bo obwieś, ale ma odwagę. Pżyznał się, aby go nie smucić. Co z nim zrobić? Zabić?... O tym będzie czas pomyśleć, w tej hwili bowiem panu profesorowi zamigotała w głowie myśl tak jaskrawa, jak rozżażona błyskawica. Znowu się zbliżył do złoczyńcy i muwił zduszonym głosem:
— Czy moją tajemnicę wyjawiłeś wszystkim?
— Tak, panie profesoże...
— Aha! Objawiłeś... Oczywiście: dobry kolega! W ten sposub każdy wiedział z całą pewnością z gury, kiedy będzie pytany, i na ten dzień był doskonale pżygotowany? Odpowiadaj!
— Niestety, panie profesoże — westhnął boleśnie największy opryszek nowyh czasuw.
— Dlatego Kaczanowski i ten drugi ani w ząb?
— Tak, bo to nie był ih dzień...
— Człowieku! — kżyknął pan Gąsowski. — Pżecie w ten sposub nie umiecie nic!
Odkrycie tej smutnej prawdy było tak piorunujące, że obstupuerunt omnes. Zacny profesor załamał ręce i wzniusł je rozpaczliwym ruhem ku milczącym ze zgrozy niebiosom. Muza historii, tak niecnie oszukiwana, hwyciła najbliższą, bardzo kanciastą gwiazdę i tłukła się nią po głowie. Czort z pierwszej ławki, uw Cisowski — miano to będzie w historii pżeklęte! — otwożył usta ze zdumienia, że jakoś ten szczeguł uszedł dotąd jego uwagi, ruwnocześnie jednak zmarszczył czoło na znak, że gwałtownie myśląc, szuka pociehy i dla swojego robaczywego sumienia, i dla pana profesora. Po hwili zaczął ciągnąć za włosy opierające mu się słowa, bardzo blade i bynajmniej nieodznaczające się zuhwałą pewnością.
— Tak źle nie jest, proszę pana profesora. My wszyscy wcale dobże znamy historię. Swoją lekcję zna każdy znakomicie, a inne tematy może nie tak dokładnie, ale wystarczająco.
Pan Gąsowski jęknął ciho, lecz pżejmująco.
— ...Za to epokę napoleońską znamy tak jak nikt — dokończył gorąco diabeł i szatan w jednej bezczelnej osobie.
— Tak, tak! — wytrysnęło kilka głosuw w klasie.
Zbiorowa deklaracja całej tej społeczności hytryh małpoluduw mogłaby być promykiem pociehy dla zasmuconej siwej duszy, ktura jednakże bardziej była wstżąśnięta z tego powodu, że została okradziona z mrocznej tajemnicy. Pan profesor głęboko był pżekonany, że tżydziestu zbujcuw hociaż po kwiecistej łące historii skakało z kępy na kępę, ze środy na piątek, wiele umie; hociaż bardzo roztargniony, nie zauważył w klasie siudmej zbyt wielkiej ilości zawodowyh i upartyh kretynuw. Tak ih teraz zresztą pżyciśnie, że będą jęczeli jak pod prasą tłoczącą wino. Będzie ih pżypiekał na rożnie, szybko obracając. Będzie jadowity, zły, kąśliwy, pżykry, dręczący, słowem — Herodes. Metodę, oczywiście, zmieni. Wynajdzie nową, tak piekielnie zawiłą, tak pżeraźliwie zagmatwaną, że nie jeden mizerny diabeł, lecz cała ih czereda nigdy jej nie wyśledzi. Szkoda tej, wedle kturej egzaminował pżez dziesiątki lat, była bowiem wygodna i tak się w niej wyćwiczył, że działał bez omyłki. Szkoda, wielka szkoda. W tej hwili pżyszło mu na myśl, że może ten sprytny urwipołeć pyszni się tylko i hełpi; może wpadł pżypadkiem jedynie na ślad, ale nie zna istoty tajemnicy. O tym należy się pżekonać.
— Muj panie — żekł głuho. — Czy nigdy się nie pomyliłeś?
— Nigdy, panie profesoże...
— Czy zawsze pytałem tyh, kturyh niecnie upżedziłeś?
— Niestety, zawsze, panie profesoże. Zdażało się czasem, że jeden z tyh tżeh był hory, i wtedy...
— Co ja robiłem wtedy? — zapytał szybko pan Gąsowski.
— Wtedy pan profesor egzaminował tylko dwuh, aby sobie nie popsuć pożądku.
„Lis, hytry lis! — pomyślał ze zdumieniem staruszek. — Wie o wszystkim...”.
Potarł ręką mądre czoło i żekł groźnie:
— Stało się! Ufność moja została ugodzona w samo serce... Trudno... Ale, moi mili kawalerowie, skończyły się dobre czasy.
Cała klasa westhnęła boleśnie na znak, że podziela to zdanie, hoć jej to sprawia wiele bulu.
— Już nikt nie będzie wiedział, co go czeka. Zrozumiano?
Podobny do jęku szmer klasy oznajmił pokornie, że zrozumiano.
— Nie będziecie wiedzieli ani dnia, ani godziny. Hytrość za hytrość... Upżedzam, że będę bez litości.
Klasa siudma opuściła głowy albo kiepskie ih imitacje na znak, że nie może się spodziewać pżebaczenia. Ten i uw uśmiehał się jednak nieznacznie, nie dowieżając katowskim zapowiedziom. Hmurny, ciężki i bużliwy nastruj pżemijał powoli, ani bowiem pan profesor nie umiał długo ważyć w dłoni piorunuw, ani też tżydziestu matołuw nie umiało zbyt długo trwać w pżygnębieniu.
Pan profesor Gąsowski, wysunąwszy wskazujący palec i mieżąc nim w oko Cisowskiego, jak gdyby na nie dybał i w ten sposub miał rozpocząć czarną serię zapowiedzianyh męczarni, muwił z urąganiem:
— Już ci się nie uda, potworny hłopcze, ocyganić mnie po raz drugi. Pżypadek wydał mnie w twoje ręce, a moje ręce mogą cię zmiażdżyć. Już ci się nie uda! „Ostżeżony — uzbrojony”. Rozumiesz? Twuj cały spryt nie jest wart funta kłakuw, bo na sposoby są sposoby.
— Na niego nie ma, panie profesoże! — zawołał ktoś z głębi „sceny”.
— Tak myślisz? — muwił pan Gąsowski drwiąco, nie raczywszy nawet spojżeć na bezczelnego śmiałka. — Taki on jest hytry? Ejże? Zje diabła, jeśli zdoła odgadnąć to, co ja teraz na was wymyślę. Czy pan słyszy, panie Cisowski? Zje pan diabła z buraczkami!
— Gdyby pan profesor pozwolił sprubować... — bąknął Cisowski nieśmiało.
Staruszek cofnął morderczo wysunięty palec, usiłował natomiast zamienić zdumione swoje oczy w dwa sztylety. Takim okropnym spojżeniem, sięgającym dna serca, umiał Napoleon pżewiercać na wylot swoih marszałkuw. Gdyby nieszczęsny Cisowski miał w sobie poczucie pżyzwoitości, powinien był w tej hwili zakwilić krutkim, cihym jękiem, za czym wykopyrtnąć się i wypuścić z siebie omdlałego duha, aby już więcej nie wstać. Pan profesor zdumiał się niepomiernie, że jeszcze pżed nim nie leży smętny kadawer, lecz że wciąż stoi krępy i zuhwały dryblas, ktury się nazywał Cisowski. Jeszcze żyje! I nie tylko żyje, lecz się łagodnie uśmieha... Z tym należy uczynić koniec.
— Pragniesz pruby? — zawołał staruszek wielkim głosem. — Okpiłeś mnie i myślisz, że ci się uda po raz drugi? A więc dobże! Sprubujemy się... Zapowiadam ci jednak, a wszystkih tu obecnyh wzywam, aby byli świadkami, że marny będzie twuj los. Może jestem słaby, może jestem nawet łagodny, ale dla ciebie nie będę ani słaby, ani łagodny. Pasy z ciebie... nie, to na nic!... Nie będę cię znał, imię twoje będzie dla mnie pżeklęte. Wyżucę cię za dżwi z mojego serca. Słyszysz? Precz z mojego serca... I całą klasę razem z tobą, bo to twoi wspulnicy. No i jakże będzie? Zgodzisz się na prubę?
Hłopiec zawahał się. Poza sobą usłyszał szmer, jakby cihe bżęczenie pszczoły: to szemrała trwoga całej klasy, widać bowiem było, że pżezacny staruszek, kturego można było pżyłożyć do rany, tym razem nie żartuje, a musi być pewny swego, gdyż dojżawszy cień zwątpienia na bladej tważy Cisowskiego, zaśmiał się jadowicie, oczywiście w granicah możliwości, jak kiepski aktor, ktury straszliwca udaje.
— Ha, ha! Thuż cię obleciał, co?! — wykżyknął, wielce z siebie rad. — Fugas hrustas! Trafiło się ślepej kuże ziarno, więc myśli, że wszystkie pojadła rozumy... Szatan z Kaczego Dołu, czarnoksiężnik z teatru dla dzieci. Siadaj, panie Cisowski, zakryj rękami bezczelną tważ i wstydź się!
— Sprubuję, panie profesoże — żekł hłopak. — Nieh pan profesor powie, jak mam to zrobić?
Szmer klasy zmienił się w trwożny pomruk.
Staruszek, cokolwiek stropiony, myślał pżez hwilę, potem muwił głosem tak zimnym, że słowa wyglądały jak lodowe sople:
— Zuhwałość twoja pżekracza wszelkie granice rozumu, ale hcącemu nie dzieje się kżywda. Dobże. Otuż w sobotę wywołam tżeh z waszej bandy. Jak dotąd... Pżedtem ja napiszę ih nazwiska na karteczce i ty napiszesz tży. Jeśli nie odgadniesz, kturyh ja wybrałem, wiesz, co cię czeka.
— A gdybym odgadnął?
— Gdybyś odgadnął? Tego nie biorę w rahubę. Żal mi cię, młodzieńcze... Będziesz starty na proh... Mam zaszczyt pożegnać panuw!
Uśmiehnął się drwiąco i zszedł z tragicznej sceny, mocno tżasnąwszy dżwiami, aby struhleli.
Dławiony gwar wybuhnął, jak gdyby wżał w garnku jak ukrop, a ktoś nagle podniusł pokrywę. Kożystając z dziesięciominutowej pauzy, klasa siudma rozpoczęła bużliwy wiec. Ponieważ zgiełk był splątany, a jeden okżyk usiłował stłumić drugi, nie można było dojść, czy splątanymi głosy gada trwoga i niepokuj, czy też butna zuhwałość i pewność, że się Cisowski wydobędzie z toni. Posiadał on zasłużoną sławę najbystżejszego hłopca w całej szkole. „I ja jestem mistżem w logice” — żekł sobie szatan. Pan profesor, mianując Cisowskiego szatanem, bardzo był bliski prawdy. Rozumując z hłodnym spokojem, hłopak ten umiał rozwikłać najtrudniejsze zagadki. Nie tylko patżył bystże, lecz i widział bystże. Ze spokojną, cierpliwą namiętnością obserwował wszystko i wszystkih. Sklejał z pżedziwną zręcznością niedopowiedziane słowo, ułamki zdażeń, okruhy i szczątki i umiał sklecić z tego znikomego materiału prawdopodobną całość. Posiadał wyobraźnię żywą, lotną i zataczającą ogromne koła; wybiegała ona daleko napżud, umiała cofnąć się w zapadający i gęstniejący mrok pżeszłości i widziała tam to, czego zwyczajne krutkowzroczne oczy już dojżeć nie mogły. W nauce też wypżedzał wszystkih, ponad podziw pojętny, pamięć pży tym miał znakomitą. Powolny z natury, myślał zawsze rozważnie, bez pośpiehu, z cierpliwością niezgodną z jego wiekiem, miał bowiem lat siedemnaście. Nigdy nie tracił spokoju ani nie unosił się gniewem. Pogodny i serdeczny kolega, wesoły i uśmiehnięty, uczynny i wspułczujący, zdobył sobie bez większego trudu miłość u wszystkih. Klasa siudma dumna była z Cisowskiego, toteż straszliwe zapowiedzi profesora Gąsowskiego dudniły jak dalekie gżmoty. Profesor jest najzacniejszym człowiekiem pod słońcem, kżywdy nikomu nie uczyni, lecz może dotżymać jednej groźby: nie z zemsty, lecz z żalu odsunie się od nih i wypowie im pżyjaźń. To byłoby smutne, więcej niż smutne. Tak bardzo kohali tego cudownego, siwego, pełnego ufności człowieka z duszą jasną i sercem ślicznym, że utrata jego pżyjaźni byłaby klęską sromotną i nie do odrobienia.
Cisowski uciszył zgiełk pżez podniesienie ręki.
— Nie kżyczcie wszyscy razem! — zawołał. — Czy to sztuba, czy klasa siudma? Słuhajcie! Zrobiliśmy staruszkowi pżykrość... Musiałem się pżyznać... Łajdactwo jest łajdactwem i na ten temat wszelkie rozważania są zbędne. Teraz tżeba będzie odrobić to szybko i uczciwie...
— Słusznie! — zakżyknął ktoś z głębokim pżekonaniem.
— ...pżerobić cały materiał i zaproponować staruszkowi, aby pytał, jak hce i kiedy hce. Zrobione?
— Zrobione! Zrobione! — zakżyknięto.
— Doskonale. O resztę nieh was głowa nie boli.
— Ale co będzie w sobotę? — zapytał drobny hłopczyna, jeszcze bardzo wstżąśnięty.
— Nie wiem — odżekł Cisowski ciho. — Namyślę się... Może byłem głupi, że się ważyłem na to wszystko. Jeśli mi się nie uda, ubłagam staruszka, aby tylko mnie wylał na łeb i szyję. Wy nie jesteście winni. O jedno tylko proszę: na sobotę ma być pżygotowany każdy bez wyjątku. Nieh tłucze łbem o ścianę, ale umieć musi. Skończyły się dobre czasy... I tak musi być do końca roku. Będzie tak?
— Będzie! Będzie!
— Teraz na miejsca. Szekspir powiada: „Palec mnie świeżbi, co dowodzi, że jakiś potwur tu nadhodzi”. Matematyka jest już za dżwiami...
Minęła godzina cyframi najeżona jak madejowe łoże kolcami, minęły inne godziny, smażące się w upale. Minął czwartek i piątek, pżez nieszczęsne ryby oczekiwany z rozpaczą, aż nadeszła wedle powszehnej umowy kalendażowej groźna sobota, dzień sądu, dies irae pana profesora i calamitatis Cisowskiego.
Cisowski był bardzo skupiony i milczący. Cała klasa siudma na odmianę milcząca i skupiona. Wszedł raźnym krokiem pan profesor Gąsowski, skupiony i milczący. Zdawało się, że cały świat jest w tym samym nastroju. Jeśli na gwiazdah mieszkają jakieś myślące istoty, musiały — też skupione i myślące — patżeć pżez teleskopy na pogrążoną w odmęcie zwątpienia klasę siudmą.
„...I była hwila ciszy. I powietże stało głuhe, milczące, jakby z trwogi oniemiało”. Jak w Panu Tadeuszu. Staruszek patżył na klasę, klasa patżyła na staruszka. Nagle ozwał się głos Cisowskiego. Zdawało się, że słowa jego tak zabżęczały, jakby ktoś nagle rozbił szybę, a rozpryśnięta cisza rozleciała się w tysiąc kawałkuw.
— Panie profesoże, hciałbym coś powiedzieć...
— Cofasz się? — zawołał z nietajoną radością pan Gąsowski.
— Nie. Hciałbym tylko najserdeczniej prosić pana profesora, aby w razie mego niepowodzenia pan profesor ukarał tylko mnie. Oni nie są winni.
— Pomyślę o tym... Widzę z pżyjemnością, że zahowałeś resztki sumienia. Czy to wszystko?
— Nie wszystko, panie profesoże... Pragnę jeszcze zapewnić pana profesora, że wedle jednomyślnej uhwały całej klasy wszystkie zaniedbania będą odrobione i nikt panu profesorowi nie pżyniesie wstydu. I tak będzie odtąd zawsze.
Blade oblicze staruszka pokraśniało i usta mu zadrgały. Hciał coś żec, ale nie żekł. Musiał sobie jednakże powtużyć w myśli włoskie pożekadło: Non c’è sabato senza sole! „Nie ma soboty bez promyczka słońca!” — bo się łagodnie uśmiehnął, a właśnie była sobota.
— A teraz jestem gotuw, panie profesoże — dokończył Cisowski.
Staruszek jeszcze rozmyślał, potem zaczął muwić powoli:
— Po takim oświadczeniu mogę dać spokuj wszystkiemu i o wszystkim zapomnieć. Skruha maże gżeh. Ostatecznie jesteście dobre hłopaki, hociaż wisielce... Jeżeli jednak pragniesz pruby, zrobimy ją, aby cię pżekonać, młodzieńcze, że ze mną nie tak łatwo. Zabawimy się. No?
— Jestem gotuw, panie profesoże.
— Dobże! — żekł staruszek z mocą. — Kto z nas ma pierwszy napisać tży nazwiska?
— Ja mam je już napisane.
— Oho! Masz już napisane?! Wybornie... Więc teraz ja je napiszę.
Widać było od razu, że pan profesor ma je też pżygotowane i zapisane w pamięci. Hytże jednak udał, że się głęboko namyśla i rozważa. Pżewracał kartki w notesie, po dwie, po tży, po dziesięć. Potem, niby utwierdziwszy się w wyboże, hwycił piuro i pisał. Cisowski nie odejmował wzroku z posuwającego się szybko piura, kiedy zaś staruszek napisał tżecie nazwisko — odethnął.
— Gotowe — żekł staruszek. — Połuż swoją kartkę na katedże, a ty z drugiej ławki... jak się nazywasz? — zresztą wszystko jedno! masz uczciwą tważ — weź moją kartkę. Nie czytaj. Tżymaj w ręku zwiniętą... Tak, dobże. Panowie, zaczyna się pżedstawienie!
Cała klasa siedziała zmartwiała w oczekiwaniu.
— Panie Cisowski! — zawołał staruszek uroczyście. — Kto ma być pytany dzisiaj według twego proroctwa, ty fałszywy proroku?
— Kaczanowski, Ostrowicki i Wnuk — odżekł hłopiec głośno.
Staruszek skoczył jak opażony.
— Pżeczytaj kartkę pana profesora — dodał Cisowski.
Kolega dzierżący dokument profesorski odczytał wśrud straszliwej ciszy:
— Kaczanowski — Ostrowicki — Wnuk.
Ogromny kamień stoczył się z hukiem z tżydziestokrotnego serca łajdackiej klasy siudmej.
Staruszek był tak zdumiony, jak gdyby był świadkiem czarnoksięstwa. Patżył na Cisowskiego z wyraźnym strahem. Powolnym ruhem wziął z katedry kartkę Cisowskiego i stwierdził, że jak tży byki sterczą na niej owe tży nazwiska. Spojżał na klasę: klasa miała na gębah uśmieh od uha do uha. Jedni od lewego ku prawemu, inni od prawego ku lewemu. Spojżał na Cisowskiego: ten się uśmiehał, ale nieznacznie, jak gdyby wcale nie hełpił się zdumiewającym zwycięstwem. Znać było jednak, że jest szczęśliwy.
— Czy pan profesor się gniewa? — zapytał bardzo ciepłym głosem.
— Człowieku! — wybuhnął staruszek. — To jest zdumiewające!
— Bynajmniej, panie profesoże. Tżeba było tylko pomyśleć...
— Ale pżecie i ja myślałem!
— Cała sztuka w tym, że i pan profesor, i ja wymyśliliśmy to samo. Jestem z tego dumny.
— Ale ja nie jestem dumny, piekielny hłopcze. Ja myślałem pżez dwa dni.
— Nieh mi pan profesor pżebaczy, ale ja tylko pżez jeden dzień, i to tylko po południu, bo rano byłem w szkole.
— Powiedz mi natyhmiast, jak to wymyśliłeś? Odkryj swoje czartowskie sposoby!
— Bardzo hętnie, panie profesoże. Pżede wszystkim starałem się wleźć w skurę pana profesora...
— Nie zazdroszczę... Ale co to znaczy?
— To znaczy, zacząłem myśleć tak, jak by wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien myśleć pan profesor. Pan profesor myślał tak: „Ten hłystek, ten smarkacz albo ten kretyn Cisowski...”
— Hłystek, hłystek! Pomyślałem: „hłystek...” — jęknął staruszek.
— Bardzo słusznie, panie profesoże... „Otuż ten hłystek Cisowski będzie robił sto tysięcy kombinacji na sto tysięcy sposobuw. A ja go użądzę. Postąpię jak najprościej, a to będzie najmniej spodziewane. Ponieważ w sobotę mieli być egzaminowani: Kaczanowski, Ostrowicki i Wnuk, czyli siudmy, siedemnasty i dwudziesty siudmy, na myśl nie pżyjdzie temu idiocie...” Czy pan profesor pomyślał o „idiocie”?
— Zapomniałem.
— Dziękuję serdecznie. Otuż: „na myśl nie pżyjdzie temu hłystkowi, że można zostawić sytuację taką, jaką miała być. On będzie szukał daleko, a ja go dopadnę z bliska. Na to nie wpadnie nigdy! Na każdą inną kombinację mugłby wpaść pżez łotrowski pżypadek, ale najprostszej nie odgadnie”. Czy pan profesor tak myślał? — dodał z niewinną miną.
— Słowo w słowo. To jest zdumiewające!
— Trohę też — muwił skromnie zuhwalec — liczyłem na to, że jeśli pan profesor układał swoją listę niezmiennie od wielu lat, to też tak łatwo jej nie zmieni. Zresztą muszę pżyznać, że pomysł pana profesora był nieskończenie hytry.
— Naprawdę? Czy muwisz uczciwie? — ucieszył się staruszek.
— Najuczciwiej muwię! Najprostsze zagadnienia są najtrudniejsze do rozwikłania. Pżywykliśmy szukać daleko na widnokręgu tego, co leży u naszyh stup.
— Więc jednak nie tak łatwo ze mną? Co?
— Wcale niełatwo, panie profesoże. Pżyznam się, że mnie strah obleciał, gdy pan profesor zaczął szybko pżeglądać nazwiska w notesie. Pomyślałem sobie: „A nuż staruszek...” O, bardzo pżepraszam pana profesora...
— Wal dalej! Młody nie jestem, a „staruszek” to pieszczotliwe słowo... Więc czemu cię strah obleciał?
— „A nuż pan profesor — myślałem — wyrwie z notesu tży nazwiska byle jakie, na hybi-trafi. Hoćby pierwsze, drugie, tżecie z kolei”. Byłoby po mnie... Ale się prędko uspokoiłem. Poznałem od razu, że pan profesor ma listę gotową.
— Skąd wiedziałeś?
— Bo pan profesor wprawdzie pżewracał szybko kartki, ale żadnego nazwiska nie czytał.
— Wężu! — zawołał staruszek niemal ze zgrozą. — Czytałeś we mnie jak w książce!
— Potem patżyłem pilnie, gdy pan profesor pisał, i odethnąłem. Jeszcze mogłem się mylić, ale już miałem połowę pewności.
— I cuż z tego, że patżyłeś na piuro?
— To, że pierwsze dwa nazwiska pisał pan profesor długo, stawiając wiele liter, a tżecie napisał jednym niemal pociągnięciem. Tżecie nazwisko musiało być „Wnuk”.
— Macte! — zawołał pan profesor Gąsowski. — Wygrałeś, szatanie! Jeśli cię nie powieszą za zbytek sprytu, możesz okazać się pożytecznym człowiekiem. Czy upżedziłeś tyh tżeh urwipołciuw?
— Nie, panie profesoże. To pżecie honorowa walka. Już odtąd, jak powiedziałem, wszyscy będą zawsze pżygotowani. Śmiem jednak poradzić panu profesorowi, aby mimo wszystko zmienił metodę, bo natura ludzka jest słaba i gżeszna.
— A ty tę metodę znowu odkryjesz?
— Nie opłaci się, panie profesoże, bo rok się już kończy — zaśmiał się wesoło piekielnik.
Pan profesor hodził po klasie i nad czymś dumał. Widać, że walczył ze sobą, lecz nie zdzierżył. Z niepewnym uśmiehem zbliżył się do Cisowskiego i żekł:
— Skoro jesteś taki ananas, rozwikłaj mi jedno zagadnienie...
— Z największą pżyjemnością, jeśli tylko potrafię...
— Sprawa jest taka: ubiegłej soboty napisałem tży listy do tżeh moih pżyjaciuł z prośbą, aby pżyszli do mnie w niedzielę zagrać w preferansa. To taka niewinna gra... No i żaden nie pżyszedł. Nie tylko nie pżyszedł, ale nawet nie odpisał. Czy jest jakakolwiek możliwość wytłumaczenia tego postępku? Rozumiałbym, gdyby nie odpisał jeden, ale dlaczego aż tżeh? Jak to wyjaśnić?
Cisowski rozmyślał pżez długą hwilę, potem żekł:
— Żaden z tyh panuw nie mugł pżyjść ani odpisać.
— Na Boga, dlaczego?!
— Gdyż, wedle mego mniemania, żaden z nih nie otżymał listu.
— Poczta zbankrutowała? Bredzisz, młodzieńcze! Dlaczego żaden z nih nie otżymał listu?
— Bo pan profesor ma te listy pży sobie... W kturejś kieszeni...
Staruszek łypnął oczami i zaczął niespokojnie i szybko pżetżąsać kieszenie. Wydobył z nih papiery, wycinki ze staryh gazet, tży hustki do nosa i tży listy.
Siudma klasa buhnęła niepowstżymanym śmiehem, a zacny pan profesor tżymał listy w ręce i pżyglądał się im zdumionym wzrokiem.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Kornel Makuszyński, „Szatan z siódmej klasy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.