Uzupełnienie
Uzupełnienie
Prawie w tej samej hwili, kiedy Rzecki studiował licytację domu Łęckich, w jego własnym mieszkaniu naradzali się dwaj panowie: jednym z nih był Wokulski, drugim moskiewski kupiec Suzin.
Suzin był to niski olbżym, z potężną głową, potężnymi plecami i jeszcze potężniejszymi rękoma; robił wrażenie ogniotrwałej szafy odzianej w surdut źle skrojony z bardzo cienkiego sukna. Z całej jego figury pżeglądała niezmierna siła, a z czerwonej tważy o nieregularnyh rysah tryskało prawie kompromitujące zdrowie. Nosił długie konopiaste włosy, już gęsto pżypruszone siwizną, podcięte pży kołnieżu i rozdzielone nad czołem, tudzież wielką brodę, ruwnież konopiastą w białe pasy. Na grubyh palcah miał kilka pierścieni z ogromnymi brylantami, a na szyi złoty łańcuh, pży kturym śmielej można było pżyczepić berlinkę niż zegarek. Spod brwi, pżypominającyh kżaki jałowcu, wyglądały mu nieduże siwe oczki, iskżące się sprytem.
Wokulski siedział w fotelu zamyślony, Suzin pżeglądał jakieś papiery, pił sodową wodę z koniakiem od gorąca i muwił:
— Twoje prykaszczyki, Stanisławie Piotrowiczu, to same pożądne panowie, polska szlahta... Nu, ale gdzie im do naszyh!... Ten Żyd, jak jego zwą, Szlajmans?... on wygląda, jakby po tobie miał sklep wziąć. (Pżegnaj Żydów, Stanisławie Piotrowiczu! a zresztą jak sobie hcesz...) A ten Klejn, on — nihilist... Mraczewski także nihilist, ale on taki, co za dziewkami lata; a Klejn hudy nihilist, mizerny i już jak co zmaluje — nie daj Boże!...
Znowu czytał papiery, popijał wodę z koniakiem i ciągnął:
— A ja zawsze do swojego, jak ten gubernator rzymski (nie pomnisz?), co to gadał: zawsze taki zbużyć Kartaginę!... I ja tobie zawsze będę gadał: jedź ze mną dziś na noc do Paryża. Piętnaście tysięcy rubli gwarantuję tobie od zaraz, a jak mnie się uda jedna sprawa — może i pięćdziesiąt... Aj! pan Wokulski, szkoda takih pieniędzy... Ulituj się nade mną i nad sobą i jedź dzisiaj... Po co tu siedzieć? co wysiedzisz?... Ty już zupełnie nie ten, co byłeś; padło tobie na muzgi, i co?... Do Moskwy nie zaglądasz, na listy nie odpowiadasz i takimi pieniędzmi gardzisz!... A już stary Suzin u ciebie gożej sobaki. Doktoruw by zwołał, do Karlsbadu by jehał, ha?...
W tej hwili dżwi ostrożnie uhyliły się i wszedł mizerny Klejn podając Wokulskiemu list w bladoniebieskiej kopercie, z litografowanym pęczkiem niezapominajek. Wokulski szybko hwycił list, pobladł, zarumienił się, żucił na stuł rozerwaną kopertę i począł czytać:
„Wieniec jest pżeśliczny; odsyłam go panu na powrut i z gury dziękuję w imieniu Rossiego. Niehże pan koniecznie, ale to koniecznie, pżyjdzie do nas jutro na obiad, bo jeszcze musimy porozmawiać o tej kwestii.
Życzliwa — Izabela Łęcka”
— Ma czekać na odpowiedź? — spytał cihym głosem Klejn.
— Nie.
Klejn zniknął jak teatralny duh między kulisami, a Wokulski wciąż czytał list, drugi raz, tżeci i czwarty. Suzin odsunął papiery i z najwyższym skupieniem począł mu się pżypatrywać swymi małymi oczkami. Potem wziął do rąk bladoniebieską kopertę, obejżał i znowu zatopił spojżenie w Wokulskim, nieznacznie uśmiehając się, z odcieniem łagodnej ironii.
Kiedy Wokulski shował list, rozglądając się po pokoju jak człowiek dopiero co zbudzony, Suzin wskazał kopertę i żekł:
— Rozumie się, od kobiety list... Czort z tymi babami!... nie wejdzie do pokoju, a poznasz, że jest... Nosem poznasz. Raz mnie jeden batiuszka muwił, że Adam w raju musiał zjeść zakazany owoc, bo dżewo, na kturym on wyrusł, pahniało jak kobieta... Czort z tymi babami!... Ale zawsze taki ona tobie musiała coś zadać, Stanisławie Piotrowiczu...
— Kto?
— A ta, co pżysłała tę kopertę. Zmieniłeś się tak, żem się zdziwił. Prędko z nią kończ, bo popadniesz w jakie nieszczęście...
— Gdybyż to można skończyć... — westhnął Wokulski.
Suzin zaśmiał się.
— Ah, ty gołąbku!... Co nie można?... Wszystko można... Ja był raz na jednej opeże, jakiego to Niemca (już pozwul, a Niemcy mają rozum!), gdzie sam diabeł nie wynalazł na kobietę lepszego sposobu jak brylanty... Zaniusł jej brylantuw (może być na dziesięć, może być na piętnaście tysięcy rubli), nu i wszystko dobże...
— Co wygadujesz, Suzin!... — szepnął Wokulski, opierając głowę na ręku.
— Ah, ty pan! ah, ty bezmozgi szlahcic polski! — śmiał się Suzin. — Ot, co was gubi wszystkih Polaków, u was na wszystko: i na handel, i na politykę, i na kobiety, u was na wszystko — serce i serce... I to jest wasze głupstwo. Na wszystko ty miej kieszeń, a serce tylko dla siebie, ażeby radować się z tego, co kupisz za pieniądze. Osobliwie kobieta jest taki twur, że już u niej za serce nie wytargujesz nic, jak od Żyda za pacieże... Bo ona sobie z serca twojego zrobi umeblowanie, a pżyjdzie inny bez serca, i z nim będzie kohać się, całować w twoih oczah... Ty mnie do niej poszlij, Stanisławie Piotrowiczu, a jej powiem krutkie słowo: „Ot, madamka — ty zadała co to panu szlahcicu Wokulskiemu, a wzięła jemu rozum. Oddaj jego rozum, a ja tobie dam — tuzin tuzinuw katażynek... Może mało?... Dam dwa razy tyle, i szabasz!...”
Wokulski wyglądał tak okropnie, że Suzin pżerwał, a potem zmienił temat rozmowy.
— A ty wiesz — ciągnął — co mnie pżed wyjazdem muwiła Maria Siergiejewna o swojej curce?... „Ot — muwiła — głupia Luboczka! wciąż tęskni i tęskni za tym padlecem Wokulskim. Ja jej tłomaczę: ty i nie myśl o panu Wokulskim. Pan Wokulski siedzi sobie w Warszawie i gra na fortepiano: Jeszcze Polska nie zginęła!... a o takiej głupiej dziewczynie i nie pomyśli... A Luboczka nic, jak kamień...” I jeszcze muwi Maria Siergiejewna: „Czort mnie do ih parszywej Polski, niehaj ona i nie zginęła, ale mnie dziecka żal...”
No, pomyśl tylko, Stanisławie Piotrowiczu: dziewczyna jak malina, Smolny Instytut skończyła, wzięła medal, tży miliony rubli położy tobie od razu na stuł, i tańcuje, i maluje, i jeden pułkownik gwardyjski starał się o nią... Żeń się z nią, a będziesz miał pieniądze na tży tutejsze madamy, byle Bóg dał zdrowie, bo kobiety nie takih Samsonów zjadły...
Dżwi pokoju otwożyły się po raz drugi.
— Pan Łęcki prosi pana — żekł Klejn, ukazując jeden mankiet i wieżh głowy.
Wokulski drgnął, Suzin ciężko podniusł się z kanapy.
— No, Stanisławie Piotrowiczu, to i ja już pujdę pżespać się. Żuć wszystko, radzę tobie i jedź ze mną dziś do Paryża; a nie dziś, to jutro albo pojutże. Ja jeszcze wstąpię do Berlina popatżyć na Bismarcka, a ty pżyjeżdżaj...
Ucałowali się i Suzin wyszedł kiwając głową.
— Gdzie jest pan Łęcki? — spytał Wokulski Klejna.
— W gabinecie.
— Idę natyhmiast.
Klejn wyszedł, Wokulski szybko zebrał papiery ze stołu i ruwnież opuścił mieszkanie pana Ignacego.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.