XVI. Dusza w letargu
XVI. Dusza w letargu
Leżąc albo siedząc w swoim pokoju Wokulski mahinalnie pżypominał sobie, w jaki sposub ze Skierniewic powrucił do Warszawy.
Około piątej rano kupił na dworcu bilet pierwszej klasy, nie był jednak pewny, czy takiego żądał, czy dano mu go bez żądania. Następnie wsiadł do pżedziału drugiej klasy i zastał tam księdza, ktury pżez cały czas podruży wyglądał oknem, tudzież rudego Niemca, ktury zdjął kamasze i oparłszy nogi w brudnyh skarpetkah na pżeciwległej ławce, spał jak zarżnięty. Wreszcie napżeciw siebie miał jakąś starą damę, kturą tak bolały zęby, że nawet nie obrażała się na postępowanie swego sąsiada w skarpetkah.
Wokulski hciał porahować liczbę osub jadącyh w pżedziale i z wielkim trudem zmiarkował, że bez niego jest ih tży, a z nim cztery. Potem zaczął rozmyślać: dlaczego tży osoby i jedna osoba stanowią razem cztery osoby — i zasnął.
W Warszawie opamiętał się dopiero w Alejach Jerozolimskich, już jadąc dorożką. Kto mu jednak wyniusł walizkę, jakim sposobem on sam znalazł się w dorożce? o tym nie wiedział i nawet nic go to nie obhodziło.
Do swego mieszkania dostał się ledwie po pułgodzinnym dzwonieniu, hoć była blisko usma rano. Otwożył mu służący zaspany, rozebrany, pżerażony jego nagłym powrotem. Wszedłszy zaś do sypialni Wokulski pżekonał się, że wierny sługa spał na jego własnym łużku. Nie robił mu jednak wymuwek, lecz kazał podać samowar.
Służący, otżeźwiony, ale i zakłopotany, szybko zmienił pżeścieradła i poszewki, Wokulski zaś zobaczywszy świeżo posłane łużko nie pił herbaty, ale rozebrał się i legł spać.
Spał do piątej po południu, a potem, umywszy się i ubrawszy jak do wyjścia, całkiem mimo woli usiadł na fotelu w salonie i dżemał do wieczora. Gdy zaś na ulicah zapłonęły latarnie, kazał podać światło i pżynieść befsztyk z restauracji. Zjadł go z apetytem, popił winem i około pułnocy znowu poszedł spać.
Na drugi dzień odwiedził go Rzecki, ale jak długo siedział i o czym rozmawiali, nie pamięta. Tylko następnej nocy, kiedy obudził się na hwilę, zdawało mu się, że widzi Rzeckiego z tważą bardzo zafrasowaną.
Potem zupełnie stracił rahubę czasu, nie spostżegał rużnic pomiędzy dniem i nocą, nie uważał, ażeby godziny mijały za prędko albo za wolno. W ogule nie zajmował się czasem, ktury dla niego jakby nie istniał. Czuł tylko pustkę w sobie i naokoło siebie i nie był pewny, czy nie powiększyło się jego mieszkanie.
Raz pżywidziało mu się, że leży na wysokim katafalku, i zaczął myśleć o śmierci. Zdawało mu się, że musi umżeć koniecznie na paraliż serca; ale ani pżerażało go to, ani cieszyło. Niekiedy z ciągłego siedzenia na fotelu cierpły mu nogi, a wuwczas myślał, że idzie śmierć i z obojętną ciekawością uważał, jak szybko owo cierpnięcie posuwa się do serca? Obserwacje te hwilowo robiły mu jakby cień pżyjemności, ale i one rozpływały się w apatii.
Służącemu nakazał nie pżyjmować nikogo; pomimo to kilka razy odwiedził go doktur Szuman.
Na pierwszej wizycie wziął go za puls i kazał pokazać język.
— Może angielski?... — spytał Wokulski, lecz wnet opamiętał się i wyrwał rękę.
Szuman bystro popatżył mu w oczy.
— Nie jesteś zdruw — żekł — co ci dolega?
— Nic. Czy znowu zajmujesz się praktyką?
— Spodziewam się! — zawołał Szuman — a pierwszą kurację zrobiłem na samym sobie: uleczyłem się z mażycielstwa.
— Bardzo pięknie — odparł Wokulski. — Rzecki wspominał mi coś o twoim wyleczeniu.
— Rzecki jest pułgłuwek... stary romantyk... To rasa już ginąca! Kto hce żyć, musi tżeźwo patżeć na świat... Uważaj no i po kolei zamykaj oczy. Kiedy ci powiem: lewe... prawe... prawe... Załuż nogę na nogę...
— Co ty robisz, muj kohany?... — zapytał Wokulski.
— Badam cię.
— O!... I masz nadzieję zbadać?
— Spodziewam się.
— A potem?
— Będę cię leczył.
— Z mażycielstwa?
— Nie, z neurastenii.
Wokulski uśmiehnął się i żekł po hwili:
— Czy możesz wyjąć człowiekowi jego muzg i włożyć na to miejsce inny?
— Tymczasem nie...
— No, to daj spokuj leczeniu.
— Mogę podsunąć ci nowe pragnienia...
— Już je mam. Hciałbym zapaść się pod ziemię, hoć tak głęboko jak... studnia w zasławskim zamku... I jeszcze hciałbym, ażeby mnie zasypały gruzy, mnie i muj majątek, i nawet ślad tego, że kiedykolwiek istniałem. Oto moje pragnienia, owoc wszystkih popżednih.
— Romantyzm!... — zawołał Szuman klepiąc go po ramieniu. — Ale i to pżejdzie.
Wokulski już nic nie odpowiedział. Gniewał się za swoje ostatnie wyrazy i dziwił się: skąd nagle pżyszła mu taka otwartość?... Głupia otwartość!... Co komu do jego pragnień?... Po co on to muwił?... Po co jak bezwstydny żebrak odsłonił swoje rany?
Po wyjściu doktora spostżegł, że coś się w nim zmieniło; oto na tle dotyhczas bezwzględnej apatii pojawiło się jakieś uczucie. Był to bezimienny bul, z początku bardzo mały, ktury szybko powiększył się i stanął w mieże. W pierwszej hwili można go było poruwnać do delikatnego ukłucia szpilką, a puźniej do jakiejś zawady w sercu, nie większej od laskowego ożeha. Już żałował apatii, kiedy pżyszło mu na myśl zdanie Feuchterslebena:
„Radowałem się w mojej boleści; bo zdawało mi się, żem spostżegł w sobie tę płodną walkę, ktura twożyła i twoży wszystko na tym świecie, gdzie bez pżerwy walczą nieskończone siły.”
„Jednakże co to jest?” — spytał siebie czując, że w jego duszy miejsce apatii zajmuje głuha boleść. I wnet odparł:
„Aha, jest to budzenie się świadomości...”
Powoli w jego umyśle, dotyhczas jakby zasnutym mgłą, począł zarysowywać się obraz. Wokulski ciekawie wpatrywał się w niego i dostżegł — sylwetkę kobiety w objęciah mężczyzny... Obraz ten miał z początku słaby blask fosforycznego światła, potem stał się rużowym... żułtawym., zielonawym... błękitnym... wreszcie zupełnie czarnym jak aksamit. Potem zniknął na kilka hwil i znowu zaczął ukazywać się kolejno we wszystkih barwah, począwszy od fosforycznej, kończąc na czarnej.
Jednocześnie bul wzmagał się.
„Cierpię, więc jestem!...” — pomyślał śmiejąc się Wokulski.
Tak upłynęło kilka dni na wpatrywaniu się już to w uw obraz zmieniający barwę, już to w bul, ktury zmieniał natężenie. Czasami zupełnie ginął, pojawiał się drobny jak atom, rusł, wypełniał serce, całą istotę, cały świat... I w hwili kiedy już pżekroczył wszelką miarę, znowu niknął ustępując miejsca absolutnemu spokojowi i zdziwieniu.
Z wolna zaczęło się rodzić w duszy coś nowego: pragnienie pozbycia się i tyh buluw, i tyh obrazuw. Było to podobne do iskry zapalającej się na tle nocy. Jakaś słaba otuha błysnęła Wokulskiemu.
„Czy tylko aby potrafię jeszcze myśleć?” — żekł do siebie.
Ażeby sprawdzić to, zaczął pżypominać sobie tabliczkę mnożenia, potem mnożyć liczby dwucyfrowe pżez jednocyfrowe i dwucyfrowe pżez dwucyfrowe. Nie dowieżając sobie zapisywał rezultaty działań, a potem sprawdzał je... Mnożenia na papieże zgadzały się z pamięciowymi i Wokulski odethnął.
„Jeszcze nie straciłem rozumu!” — pomyślał z radością.
Zaczął wyobrażać sobie rozkład własnego mieszkania, ulice Warszawy, Paryż... Otuha rosła; spostżegł bowiem, że nie tylko dokładnie pamięta, ale że jeszcze ćwiczenia te pżynoszą mu pewien rodzaj ulgi. Im więcej myślał o Paryżu, im żywiej pżedstawiały mu się tamtejszy ruh, budowle, targi, muzea, tym mocniej zacierała się sylwetka kobiety spoczywającej w objęciah mężczyzny...
Już zaczął spacerować po mieszkaniu i oczy jego pżypadkowo zatżymały się na stosie ilustracyj. Były tam kopie z galerii drezdeńskiej i monahijskiej, Don Quichot z rysunkami Dobrego, Hogart...
Pżypomniał sobie, że skazani na gilotynę najznośniej pżepędzają czas oglądając rysunki... I odtąd całe dnie shodziły mu na pżeglądaniu rysunkuw. Skończywszy jedną książkę, brał się do drugiej, tżeciej... i znowu powracał do pierwszej.
Bul głuhnął; widziadła ukazywały się coraz żadziej, otuha rosła...
Najczęściej jednak pżeglądał Don Quichota, ktury robił na nim potężne wrażenie.
Pżypomniał sobie tę dziwną historię człowieka, pżez kilkanaście lat żyjącego w sfeże poezji — tak jak on, ktury żucał się na wiatraki — jak on, był druzgotany — jak on, ktury zmarnował życie uganiając się za ideałem kobiety — jak on, i zamiast krulewny znalazł brudną dziewkę od kruw — znowu jak on!...
„A jednakże ten don Quichot był szczęśliwszy ode mnie! — myślał. — Dopiero nad grobem zaczął budzić się ze swyh złudzeń... A ja?...”
Im dłużej pżypatrywał się rysunkom, im bardziej oswajał się z nimi, tym mniej pohłaniały jego uwagę. Spoza don Quichota, Sancho Pansy i mulnikuw Dorégo, spoza Walki kogutuw i Ulicy pijackiej Hogarta, coraz częściej pokazywało mu się wnętże wagonu, drgająca szyba, a w niej niewyraźny obraz Starskiego i panny Izabeli...
Wtedy odżucił ilustracje i zaczął czytać książki znane mu jeszcze z epoki dzieciństwa albo z piwnicy Hopfera. Z niewymownym wzruszeniem odświeżał w pamięci: Żywot św. Genowefy, Różę z Tannenburgu, Rinaldiniego, Robinsona Kruzoe, a nareszcie — Tysiąc i jedną nocy. Znowu zdawało mu się, że już nie istnieje czas ani żeczywistość i że jego raniona dusza uciekłszy z ziemi błądzi po jakihś czarodziejskih krainah, gdzie biją tylko szlahetne serca, gdzie podłość nie stroi się w maskę obłudy, gdzie żądzi wieczna sprawiedliwość kojąca bule i nagradzająca kżywdy...
I tu udeżył go jeden dziwny szczeguł. Kiedy z własnej literatury wyniusł złudzenia, kture zakończyły się rozkładem jego duszy — ukojenie i spokuj znajdował tylko w literaturah obcyh.
„Czy my naprawdę — myślał z trwogą — jesteśmy narodem mażycieli i czy już nigdy nie zejdzie anioł, ktury by poruszył betsedejską sadzawkę obłożoną tylu horymi?...”
Pewnego dnia pżyniesiono mu z poczty gruby pakiet.
„Z Paryża?... — żekł. — Tak, z Paryża. Ciekawym, co to?...”
Ale ciekawość jego nie była dość silną, ażeby zahęcić go do otwożenia i pżeczytania listu.
„Taki gruby list!... Komu, u liha, hce się dziś tyle pisać?”
Żucił pakiet na biurko i w dalszym ciągu wziął się do czytania Tysiąca i jednej nocy.
Co to za rozkosz dla zmęczonego umysłu te pałace z drogih kamieni, dżewa, kturyh owocami były klejnoty!... Te kabalistyczne słowa, pżed kturymi ustępowały mury, te cudowne lampy, dzięki kturym można było zwalczać niepżyjaciuł, pżenosić się w mgnieniu oka o setki mil... A ci potężni czarodzieje!... Co za szkoda, że taka władza dostawała się ludziom złośliwym i nikczemnym!...
Odkładał książkę i śmiejąc się sam z siebie mażył, że on jest czarodziejem, ktury posiada dwie bagatelki: władzę nad siłami natury i zdolność stawania się niewidzialnym...
„Myślę — żekł — że po kilku latah mojej gospodarki świat wyglądałby inaczej... Najwięksi hultaje zmieniliby się na Sokratesów i Platonów.”
Wtem spojżał na list paryski i pżypomniał sobie Geista i jego słowa:
„Ludzkość składa się z gaduw i tygrysuw, między kturymi ledwie jeden na całą gromadę znajdzie się człowiek... Dzisiejsze niedole pohodzą stąd, że wielkie wynalazki dostawały się bez rużnicy ludziom i potworom... Ja nie popełnię tego błędu i jeżeli ostatecznie znajdę metal lżejszy od powietża, oddam go tylko prawdziwym ludziom. Nieh oni hoć raz zaopatżą się w broń na swuj wyłączny użytek, niehaj ih rasa mnoży się i rośnie w potęgę...”
„Niezawodnie byłoby lepiej — mruknął — gdyby tacy Ochoccy i Rzeccy mieli siłę, a nie Starscy i Maruszewicze...”
„To jest cel!... — myślał w dalszym ciągu. — Gdybym był młodszy... Hociaż... No i tutaj bywają ludzie, i tu jest niemało do zrobienia...”
Zaczął znowu czytać historię z Tysiąca nocy, lecz spostżegł, że i ona już nie absorbuje go. Dawny bul zaczął nurtować serce, a pżed oczyma coraz wyraźniej rysowała się sylwetka panny Izabeli i Starskiego.
Pżypomniał sobie Geista w drewnianyh sandałah, puźniej jego dziwny dom otoczony murem... I nagle pżywidziało mu się, że ten dom jest pierwszym stopniem olbżymih shoduw, na szczycie kturyh stoi posąg niknący w obłokah. Pżedstawiał on kobietę, kturej nie było widać głowy ani piersi, tylko spiżowe fałdy sukni. Zdawało mu się, że na stopniu, kturego dotykają jej nogi, czerni się napis: „Niezmienna i czysta.” Nie rozumiał, co to jest, ale czuł, że od stup posągu napływa mu w serce jakaś wielkość pełna spokoju. I dziwił się, że on, ktury był zdolnym doświadczać podobnego uczucia, mugł kohać czy gniewać się na pannę Izabelę albo zazdrościć jej Starskiemu!...
Wstyd udeżył mu na tważ, hoć nikogo nie było w pokoju.
Widzenie znikło, Wokulski ocknął się. Był znowu tylko człowiekiem zbolałym i słabym; ale w jego duszy huczał jakiś potężny głos niby eho kwietniowej buży, gżmotami zapowiadającej wiosnę i zmartwyhwstanie.
Pierwszego czerwca odwiedził go Szlangbaum. Wszedł zakłopotany, ale pżypatżywszy się Wokulskiemu nabrał otuhy.
— Nie odwiedzałem cię do tej pory — zaczął — bo wiem, żeś był niezdruw i nie hciałeś nikogo widywać. No, ale dzięki Bogu, już wszystko pżeszło...
Kręcił się na kżeśle i spod oka żucał spojżenia na pokuj; może spodziewał się znaleźć w nim więcej nieładu.
— Masz jaki interes? — zapytał go Wokulski.
— Nie tyle interes, ile propozycję... Właśnie kiedy dowiedziałem się, żeś hory, pżyszło mi na myśl... Uważasz... tobie potżeba dłuższego wypoczynku, usunięcia się od wszelkih zajęć, więc pżyszło mi na myśl, czybyś nie zostawił u mnie tyh stu dwudziestu tysięcy rubli... Miałbyś bez kłopotu dziesiąty procent.
— Aha!... — wtrącił Wokulski. — Ja moim wspulnikom bez kłopotu, nawet dla siebie, płaciłem piętnaście.
— Ale teraz cięższe czasy... Zresztą hętnie dam piętnasty procent, jeżeli mi zostawisz swoją firmę...
— Ani firmy, ani pieniędzy — odparł niecierpliwie Wokulski. — Firma bodajby nigdy nie istniała, a co do pieniędzy... Tyle ih mam, że mi wystarczy procent, jaki dają papiery. Aaa... i tego za dużo.
— Więc hcesz odebrać swuj kapitał na święty Jan? — spytał Szlangbaum.
— Mogę ci go zostawić do października, nawet bez procentu, pod warunkiem, że zatżymasz pży sklepie tyh ludzi, ktuży zehcą zostać.
— Ciężki warunek, ale...
— Jak hcesz.
Nastała hwila milczenia.
— Cuż myślisz robić ze spułką do handlu z cesarstwem? — zapytał Szlangbaum. — Bo muwisz tak, jakbyś się i z niej hciał wycofać...
— Jest to bardzo prawdopodobne.
Szlangbaum zarumienił się, hciał coś powiedzieć, ale dał spokuj. Pogadali jeszcze o żeczah obojętnyh i Szlangbaum wyszedł żegnając się z nim bardzo serdecznie.
„On, widzę, ma zamiar wszystko odziedziczyć po mnie — myślał Wokulski. — Ha! nieh dziedziczy... świat należy do tyh, ktuży go biorą.”
Swoją drogą Szlangbaum rozmawiający z nim w tej hwili o swoih interesah wydał mu się zabawny.
„Wszyscy w sklepie skarżą się na niego — myślał — muwią, że głowę zadziera, że wyzyskuje... Co prawda, o mnie muwili to samo...”
Spojżenie jego znowu padło na biurko, gdzie od kilku dni leżał list z Paryża. Wziął go do rąk, ziewnął, ale nareszcie odpieczętował.
Była to korespondencja od baronowej, mającej dyplomatyczne stosunki, tudzież kilka użędowyh aktuw. Pżejżał je i pżekonał się, że są to dowody śmierci Ernesta Waltera, inaczej Ludwika Stawskiego, ktury zmarł w Algierze.
Wokulski zamyślił się.
„Gdybym pżed tżema miesiącami dostał te papiery, kto wie, co by dziś było?... Stawska — piękna, a nade wszystko jaka szlahetna... jaka szlahetna!... Czy ja wiem, może ona naprawdę mnie kohała?... Stawska mnie, a ja tamtą... Co za ironia losu!...”
Żucił papiery na biurko i pżypomniał sobie ten mały, czysty salonik, w kturym tyle wieczoruw pżepędził z panią Stawską, gdzie czuł się tak spokojny.
„No — muwił — i odżuciłem szczęście, kture samo wpadło mi w ręce... Ale czy może być szczęściem to, czego nie pragniemy?... I jeżeli ona hoć pżez jeden dzień tyle cierpiała co ja?...
Okrutne jest to użądzenie świata, na kturym dwoje ludzi nieszczęśliwyh z tego samego powodu nie mogą sobie pomuc...”
Dokumenta o śmierci Stawskiego leżały kilka dni, a Wokulski jeszcze nie zdecydował się, co z nimi zrobić?
Z początku wcale o nih nie myślał, potem, gdy mu coraz częściej wpadały w oczy lub pod rękę, zaczął doświadczać wyżutuw sumienia.
„Ostatecznie — muwił — sprowadziłem je dla pani Stawskiej, więc tżeba to oddać pani Stawskiej; ale gdzie ona jest?... Nie wiem... Zabawna byłaby historia, gdybym się z nią ożenił... Miałbym toważystwo, Helunia miłe dziecko... miałbym cel w życiu. No, ale ona sama nie zrobiłaby interesu... Cuż bym jej wreszcie powiedział? Jestem hory, potżebuję dozorczyni i dlatego ofiaruję pani kilkanaście tysięcy rubli rocznie... Nawet pozwolę się pani kohać, hociaż sam... Mam już dosyć miłości...”
Dzień shodził za dniem, a Wokulski nie wymyślił sposobu odesłania papieruw pani Stawskiej. Tżeba by dowiedzieć się, gdzie mieszka, napisać list rekomendowany, oddać go na pocztę... W końcu pżypomniał sobie, że najprostszą żeczą będzie wezwać Rzeckiego (z kturym nie widział się od kilku tygodni) i jemu oddać dokumenta. Lecz hcąc wezwać Rzeckiego, tżeba dzwonić na lokaja, posłać go do sklepu...
„Aaa... dajcież mi spokuj!” — mruknął.
Wziął się znowu do czytania, tym razem podruży. Zwiedził Stany Zjednoczone, Chiny, ale papiery pani Stawskiej nie dawały mu spokoju. Rozumiał, że coś tżeba zrobić z nimi, a czuł, że on nic nie zrobi.
Taki stan duha jego samego zaczął dziwić.
„Myślę pżecież prawidłowo — muwił — no, o ile nie pżeszkadzają mi wspomnienia... Czuję prawidłowo... ah, nawet zanadto prawidłowo! Tylko... nie hce mi się załatwić tego interesu i zresztą żadnego... Jest to więc modna dzisiaj horoba woli... Pyszny wynalazek!... Ależ ja, u diabła, nigdy nie stosowałem się do mody... W końcu, co mi tam moda czy nie moda; jest mi z nią dobże, zatem...”
Właśnie kończył podruż do Chin, kiedy pżyszło mu na myśl, że gdyby on miał wolę, to mugłby prędzej czy puźniej zapomnieć i o pewnyh wypadkah, i o pewnyh osobah.
„A tak mnie to dręczy... tak dręczy!...” — szepnął.
Już zupełnie stracił rahubę czasu.
Pewnego dnia gwałtem wszedł do niego Szuman.
— No, jakże tam? — spytał. — Czytamy, widzę... powieści, dobże... podruże, doskonale... Nie miałbyś ohoty wyjść na spacer? Ładny dzień, a pżez pięć tygodni hyba nacieszyłeś się swoim mieszkaniem...
— Ty z dziesięć lat cieszyłeś się swoim — odparł Wokulski.
— Racja! Ale ja miałem zajęcie, badałem ludzkie włosy i myślałem o sławie. Nade wszystko zaś nie miałem na karku interesuw cudzyh i swoih. Pżecież za kilka tygodni będzie sesja tej spułki do handlu z cesarstwem...
— Wycofuję się z niej...
— Proszę... Dobra myśl — muwił z ironią Szuman. — I jeszcze, ażeby cię lepiej ocenili, pozwul im wziąć na dyrektora Szlangbauma. On ih użądzi!... tak jak mnie... Genialna rasa te Żydki, ale cuż to za łajdaki!...
— No, no, no...
— Tylkoż ty ih nie broń pżede mną — zawołał gniewnie Szuman — bo ja ih nie tylko znam, ale i odczuwam... Dałbym gardło, że już w tej hwili Szlangbaum kopie pod tobą doły w owej spułce i jestem pewny, że się tam wkręci, bo jakżeby polska szlahta mogła obejść się bez Żyda...
— Widzę, że nie lubisz Szlangbauma?
— Owszem, nawet podziwiam go i hciałbym naśladować, ale nie potrafię! A właśnie teraz zaczyna się budzić we mnie instynkt pżodkuw: skłonność do geszefciarstwa... O naturo! jakżebym hciał mieć z milion rubli, ażeby zrobić drugi milion, tżeci... i stać się młodszym bratem Rotszylda. Tymczasem nawet Szlangbaum wyprowadza mnie w pole... Tak długo kręciłem się w waszym świecie, żem w końcu utracił najcenniejsze pżymioty mojej rasy... Ale to wielka rasa: oni świat zdobędą, i nawet nie rozumem, tylko szahrajstwem i bezczelnością...
— Więc zerwij z nimi, ohżcij się...
— Ani myślę. Napżud, nie zerwę z nimi, hoćbym się ohżcił, a jestem znowu taki fenomenalny Żydziak, że nie lubię blagować. Po wture — jeżeli nie zerwałem z nimi, kiedy byli słabi, nie zerwę dziś, kiedy są potężni.
— Mnie się zdaje, że właśnie teraz są słabsi — wtrącił Wokulski.
— Czy dlatego, że ih zaczynają nienawidzieć?...
— No, nienawiść zbyt silne słowo.
— Dajże spokuj, nie jestem ślepy ani głupi... Wiem, co muwi się o Żydach w warsztatah, szynkah, sklepah, nawet w gazetah... I jestem pewny, że lada rok wybuhnie nowe pżeśladowanie, z kturego moi bracia w Izraelu wyjdą jeszcze mędrsi, jeszcze silniejsi i jeszcze solidarniejsi... A jak oni wam kiedyś zapłacą!... Szelmy spod ciemnej gwiazdy, ale muszę uznać ih geniusz i nie mogę wypżeć się sympatii... Czuję, że dla mnie brudny Żydziak jest milszym od umytego panicza; a kiedy po dwudziestu latah pierwszy raz zajżałem do synagogi i usłyszałem śpiewy, na honor, łzy mi w oczah stanęły... Co tu gadać... Pięknym jest Izrael triumfujący i miło pomyśleć, że w tym triumfie uciśnionyh jest cząstka mojej pracy!...
— Szuman, zdaje mi się, że masz gorączkę...
— Wokulski, jestem pewny, że masz bielmo, i to nie na oczah, ale na muzgu...
— Jakże możesz wobec mnie muwić o takih żeczah?...
— Muwię, bo napżud, nie hcę być gadem, ktury kąsa podstępnie, a po wture... ty, Stachu, już nie będziesz z nami walczył... Jesteś złamany, i to złamany pżez swoih... Sklep spżedałeś, spułkę pożucasz... Kariera twoja skończona.
Wokulski spuścił głowę na piersi.
— Pomyśl zresztą — ciągnął Szuman — kto dziś jest pży tobie?... Ja, Żyd, tak pogardzany i tak skżywdzony jak ty... I pżez tyh samyh ludzi... pżez wielkih panuw...
— Robisz się sentymentalny — wtrącił Wokulski.
— To nie sentymentalizm!... Bryzgali nam w oczy swoją wielkością, reklamowali swoje cnoty, kazali nam mieć ih ideały... A dziś, powiedz sam: co warte są te ideały i cnoty, gdzie ih wielkość, ktura musiała czerpać z twojej kieszeni?... Rok tylko żyłeś z nimi, niby na ruwnej stopie, i co z ciebie zrobili?... Więc pomyśl, co musieli zrobić z nami, kturyh gnietli i kopali pżez całe wieki?... I dlatego radzę ci: połącz się z Żydami. Zdublujesz majątek i jak muwi Stary Testament, zobaczysz niepżyjacioły twoje u podnużka nug twoih... Za firmę i dobre słowo oddamy ci Łęckich, Starskiego i nawet jeszcze kogo na pżykładkę... Szlangbaum to nie dla ciebie wspulnik, to błazen.
— A jak zagryziecie owyh wielkih panuw, to co?...
— Z konieczności połączymy się z waszym ludem, będziemy jego inteligencją, kturej dziś nie posiada... Nauczymy go naszej filozofii, naszej polityki, naszej ekonomii i z pewnością lepiej wyjdzie na nas aniżeli na swoih dotyhczasowyh pżewodnikah... Pżewodnikah!... — dodał ze śmiehem.
Wokulski mahnął ręką.
— Mnie się zdaje — żekł — że ty, ktury hcesz wszystkih leczyć na mażycielstwo, sam jesteś mażycielem.
— A toż znowu?... — zapytał Szuman.
— Tak... Nie macie gruntu pod nogami, a hcecie innyh brać za łeb... Myślcie wy lepiej o uczciwej ruwności z innymi, nie o zdobywaniu świata, i nie leczcie cudzyh wad pżed uleczeniem własnyh, kture mnożą wam niepżyjaciuł. Zresztą ty sam nie wiesz, czego się tżymać: raz gardzisz Żydami, drugi raz oceniasz ih zbyt wysoko...
— Gardzę jednostkami, szanuję siłę gromady.
— Wprost pżeciwnie aniżeli ja, ktury gardzę gromadami, a niekiedy szanuję jednostki.
Szuman zamyślił się.
— Rub, jak hcesz — żekł biorąc za kapelusz. — Faktem jest jednak, że jeżeli ty wyjdziesz ze swojej spułki, to ona wpadnie w ręce Szlangbauma i całej zgrai parszywyh Żydziaków. Tymczasem gdybyś został, mugłbyś tam wprowadzić ludzi uczciwyh i pżyzwoityh, ktuży mają niewiele wad, a wszystkie żydowskie stosunki.
— Tak czy owak, spułkę opanują Żydzi.
— Ale bez twej pomocy zrobią to Żydzi hederowi, a z tobą zrobiliby uniwersyteccy.
— Czy to nie wszystko jedno! — odparł Wokulski wzruszając ramionami.
— Nie wszystko. Nas z nimi łączy rasa i wspulne położenie, ale dzielą poglądy. My mamy naukę, oni Talmud, my rozum, oni spryt; my jesteśmy trohę kosmopolici, oni partykularyści, ktuży nie widzą dalej poza swoją synagogę i gminę. Gdy hodzi o wspulnyh niepżyjaciuł, są wybornymi spżymieżeńcami, ale gdy o postęp judaizmu... wuwczas są dla nas nieznośnym ciężarem! Dlatego w interesie cywilizacji leży, ażeby kierunek spraw był w naszyh rękah. Tamci mogą tylko zaplugawić świat hałatami i cebulą, ale nie posunąć go napżud... Pomyśl o tym, Stachu!...
Uściskał Wokulskiego i wyszedł pogwizdując arię: „Rahelo, kiedy Pan w dobroci niepojęty...”
„Tak tedy — myślał Wokulski — zanosi się na walkę między Żydami postępowymi i zacofanymi o naszą skurę, a ja mam brać w niej udział jako spżymieżeniec tyh albo tamtyh... Piękna rola!... Ah, jak mnie to nudzi i nuży...”
Zaczął mażyć i znowu zobaczył odrapany mur domu Geista i nieskończoną ilość shoduw, na szczycie kturyh siedział posąg spiżowej bogini, z głową w hmurah i z zagadkowym napisem u stup: „Niezmienna i czysta...”
Pżez hwilę, kiedy patżył na fałdy jej sukni, śmiać mu się hciało i z panny Izabeli, i z jej triumfującego wielbiciela, i z własnyh cierpień.
„Czy to podobna?... czy to podobna?... — szepnął. — Ażebym ja...”
Ale posąg wnet zniknął, a bul powrucił i rozsiadł się w jego sercu jak wielki pan, kturemu nikt nie sprosta.
W parę dni po wizycie Szumana zjawił się u Wokulskiego Rzecki.
Był bardzo mizerny, podpierał się laską i tak zmęczył się wejściem na pierwsze piętro, że zadyszany upadł na kżesło i z trudnością muwił.
Wokulski pżeraził się.
— Co tobie, Ignacy?... — zawołał.
— Et, nic!... Trohę starość, trohę... Ot, nic!...
— Ależ ty lecz się, muj drogi, wyjedź gdzie...
— Powiem ci, że prubowałem wyjeżdżać... Już nawet byłem na kolei. Ale ogarnęła mnie taka tęsknota za Warszawą i... za naszym sklepem — dodał ciszej — że... Iii... co tam!... Pżepraszam cię, żem tu pżyszedł...
— Ty mnie pżepraszasz, kohany stary?... Ja myślałem, że gniewasz się na mnie.
— Ja na ciebie?... — odparł Rzecki wpatrując się w niego z pżywiązaniem. — Ja na ciebie?... — Ale co tam!... Pżypędziły mnie tu interesa i ciężki kłopot...
— Kłopot?
— Wyobraź sobie, że Klejn aresztowany...
Wokulski cofnął się z kżesłem.
— Klejn i ci dwaj... pamiętasz?... Ten Maleski i Patkiewicz...
— Za co?
— Oni mieszkali w domu baronowej Krzeszowskiej, no i trohę, co prawda, szykanowali tego... tego Maruszewicza... On groził, a ci jeszcze lepiej... W końcu poleciał na skargę do cyrkułu... Zeszła policja, zrobił się jakiś skandal i wszystkih tżeh wzięto do kozy.
— Dzieciaki... dzieciaki!... — szepnął Wokulski.
— Ja to samo muwiłem — ciągnął Rzecki. — Naturalnie, nic im się nie stanie, ale zawsze niemiła historia. Ten osioł Maruszewicz sam pżestraszony... Wpadł do mnie, pżysięgał, że on temu nie winien... Nie mogłem już wytżymać i odpowiedziałem mu: „Żeś pan nie winien, jestem pewny; ale i to pewne, że w naszyh czasah Pan Bóg opiekuje się hultajami... Bo naprawdę, to pan powinieneś siedzieć dziś pod kluczem za fałszowanie podpisuw, ale nie te lekkoduhy...” Aż rozpłakał się. Pżysiągł, że odtąd wejdzie na dobrą drogę i że jeżeli dotyhczas nie wszedł na nią, to tylko z twojej winy.
„Byłem pełen najszlahetniejszyh zamiaruw — muwił — ale pan Wokulski, zamiast podać mi rękę, zamiast utwierdzić w zacnyh intencjah, zbył mnie lekceważeniem...”
— Poczciwa dusza! — rozśmiał się Wokulski. — Cuż więcej?
— W mieście gadają — muwił Rzecki — że opuszczasz spułkę...
— Tak...
— I że odstępujesz ją Żydom.
— No, pżecież moi wspulnicy nie są starą garderobą, ażebym mugł ih odstępować — wybuhnął Wokulski. — Mają pieniądze, mają głowy na karkah... Nieh znajdą ludzi i nieh sobie radzą.
— Kogo oni tam znajdą, a hoćby znaleźli, komu zaufają, jeżeli nie Żydom!... A Żydzi na serio myślą o tym interesie. Nie ma dnia, ażeby nie odwiedził mnie Szuman albo Szlangbaum, a każdy namawia, ażebym ja po tobie prowadził spułkę...
— Właściwie ty ją dziś prowadzisz.
Rzecki mahnął ręką.
— Twoimi pomysłami i pieniędzmi! — odparł. — Ale mniejsza... Z tego widzę, że Szuman należy do jednej partii, a Szlangbaum do drugiej i że potżebują sztromanuw... Pżede mną jeden na drugiego wiesza psy, ale wczoraj słyszałem, że obie partie już mają się porozumieć.
— Mądży! — szepnął Wokulski.
— Ale ja do nih straciłem serce — odparł Rzecki. — Jestem pżecie stary kupiec i muwię ci, że u nih wszystko stoi na bladze, szaherce i tandecie.
— Nie bardzo im wymyślaj — wtrącił Wokulski — boć to pżecie my ih wyhodowaliśmy...
— Nie my!... — zawołał gniewnie Rzecki — oni wszędzie tacy... Gdziekolwiek ih spotkałem: w Peszcie, Konstantynopolu, w Paryżu i w Londynie, zawsze widziałem jedną zasadę: dawać jak najmniej, a brać jak najwięcej, tak we względzie materialnym, jak i w moralnym... Blihtr... zawsze blihtr!...
Wokulski zaczął hodzić po pokoju.
— Szuman miał rację — żekł — że wzrasta do nih niehęć, kiedy nawet ty...
— Ja nie jestem niehętny... ja już shodzę z pola... Ale spojżyj tylko, co się tu dzieje?... Gdzie oni nie włażą, gdzie nie otwierają sklepuw, do czego nie wyciągają rąk?... A każdy, byle zajął jakie stanowisko, prowadzi za sobą cały legion swoih, bynajmniej nie lepszyh od nas, nawet gorszyh. Zobaczysz, co zrobią z naszym sklepem: jacy to tam będą subiekci, jakie towary... I ledwie zagarnęli sklep, już wkręcają się między arystokrację, już biorą się do twojej spułki...
— Nasza wina... Nasza wina!... — powtażał Wokulski. — Nie możemy odmawiać ludziom prawa do zdobywania stanowisk, ale możemy bronić własnyh.
— Ty sam opuszczasz stanowisko.
— Nie pżez nih; oni ze mną uczciwie wyhodzili.
— Boś był im potżebny. Z ciebie i twoih stosunkuw zrobili szczebel...
— No, co tam — pżerwał Wokulski — obaj nie pżekonamy się... Ale, ale... Mam tu użędowe papiery o śmierci Ludwika Stawskiego.
Rzecki zerwał się z fotelu.
— Męża pani Heleny?... Gdzie?... — muwił rozgorączkowany. — Ależ to ocalenie dla nas wszystkih!...
Wokulski podał dokumenta, kture Rzecki shwycił drżącymi rękoma.
— Wieczny odpoczynek i... hwała Bogu!... — prawił czytając. — No, kohany Stachu, dziś nie ma już żadnej pżeszkody... Żeń się z nią... Ah, gdybyś wiedział, jak ona cię koha... Zaraz doniosę o tym biedaczce, a papiery ty sam zawieź i... oświadcz się z miejsca... Już widzę, że spułka będzie uratowana, a może i sklep... Paruset ludzi, kturyh uhronisz od nędzy, pobłogosławi was... Co to za kobieta!... Pży niej dopiero znajdziesz spokuj i szczęście...
Wokulski stanął pżed nim i pokiwał głową.
— A ona ze mną znajdzie szczęście? — spytał.
— Szalenie cię koha... Ty nawet nie domyślasz się...
— A wie ona: co koha?... Czy ty nie widzisz, że ja już jestem tylko ruiną, najgorszą, bo moralną... Zatruć komu szczęście potrafię, ale dać!... I jeżeli mugłbym dać coś światu, to hyba pieniądze i pracę, ale... nie dla dzisiejszyh ludzi i jak najdalej od nih.
— Eh, pżestań!... — zawołał Rzecki. — Ożeń się z nią, a zaraz inaczej spojżysz...
Wokulski śmiał się smutno.
— Tak... ożenić się!... Spętać dobrą i niewinną istotę, wyzyskiwać najszlahetniejsze uczucia, a myślą być gdzie indziej... I może jeszcze za rok lub dwa wymawiać, że dla niej pożuciłem wielkie zamiary...
— Polityka?... — szepnął tajemniczo Rzecki.
— Co tam polityka!... już miałem czas i okazję rozczarować się do niej... Jest coś ważniejszego od polityki...
— Może wynalazek tego Geista?... — pytał Rzecki.
— A ty skąd wiesz?
— Od Szumana.
— Ah prawda!... Zapomniałem, że Szuman musi wiedzieć o wszystkim. To także talent...
— I bardzo pomocny. Swoją drogą, radzę ci: pomyśl o pani Stawskiej, bo...
— Ty mi ją odbijesz?... — uśmiehnął się Wokulski. — Odbij, odbij!... Gwarantuję wam, że nie zaznacie biedy.
— Tfy! dajże spokuj!... Ziemia by się zapadła, gdyby taki stary grat jak ja myślał o podobnej kobiecie. Ale jest tu ktoś niebezpieczniejszy... Mraczewski... Szaleje za nią, muwię ci, i już pojehał do niej tżeci czy czwarty raz... Serce kobiety nie kamień...
— O!... Mraczewski?... Już nie bawi się w socjalizm?
— Ale skąd! on muwi, że byle człowiek odłożył pierwszy tysiąc rubli, a jeszcze poznał taką piękną kobietę jak Stawska, zaraz polityka wywietżeje mu z głowy.
— Biedny Klejn był innego zdania — żekł Wokulski.
— Co tam Klejn, narwaniec!... Dobry hłopak, ale żaden subiekt... Mraczewski, oto była perła!... Piękny, paplał po francusku, a jak on spoglądał na klientki, jak podkręcał wąsy!... Ten zrobi interes na świecie i zdmuhnie ci panią Stawską... Zobaczysz!...
Zabrał się do wyjścia, ale jeszcze stanął i żekł:
— Żeń się z nią, Stachu, żeń... Uszczęśliwisz kobietę, uratujesz spułkę, a może i sklep ocalisz. Co tam wynalazki!... Rozumiałbym cele polityczne w tyh czasah, kiedy mogą zajść najdonioślejsze wypadki. Ale te mahiny latające... Hociaż może i one pżydałyby się? — dodał po namyśle. — Ha! zresztą rub, jak hcesz, ale prędko decyduj się co do Stawskiej, bo czuję, że Mraczewski nie zaśpi gruszek w popiele. To frant! Mahiny latające... Phy! czy ja wiem?... Może i to... może i to na coś się pżyda.
Wokulski został sam.
„Paryż czy Warszawa?... — myślał. — Tam wielki cel, ale niepewny, tu paruset ludzi... Na kturyh nie mogę patżeć...” — dodał po hwili.
Zbliżył się do okna i jakiś czas wyglądał na ulicę, po prostu ażeby się pżemuc. Ale wszystko drażniło go: ruh powozuw, bieganina pieszyh, ih zafrasowane lub uśmiehnięte tważe. Najbardziej zaś rozstrajał go widok kobiet. Zdawało mu się, że każda jest uosobieniem głupoty i fałszu.
„Każda znajdzie swego Starskiego, prędzej lub puźniej — myślał. — Każda go szuka.”
Wkrutce znowu odwiedził Wokulskiego Szuman.
— Muj drogi — zawołał od progu śmiejąc się — hoćbyś miał mnie wyżucić za dżwi, będę cię pżeśladował wizytami...
— Ale owszem, pżyhodź jak najczęściej — odparł Wokulski.
— Więc zgadzasz się?... Wybornie!... To połowa kuracji... Co znaczy jednakże silny muzg!... Po niecałyh siedmiu tygodniah ciężkiej mizantropii już zaczynasz tolerować gatunek człowieczy, i to jeszcze w mojej osobie... Ha! ha! ha!... Cuż by było, gdyby wpuścić do twej klatki jakąś szykowną kobietkę...
Wokulski zbladł.
— No, no... wiem, że jeszcze za wcześnie... Hoć już pora, ażebyś zaczął ukazywać się między ludźmi. To uleczyłoby cię do reszty. Bo weź za pżykład mnie — prawił Szuman. — Dopuki siedziałem w cztereh ścianah, nudziłem się jak diabeł w dzwonnicy; a dziś ledwiem pokazał się w świecie, już mam tysiące rozrywek. Szlangbaum hce mnie okpić i z jednego zdziwienia wpada w drugie, dzień po dniu pżekonywając się, że hoć mam tak naiwną minę, pżecież z gury pżewidziałem wszystkie jego cugi. To nawet zjednało mi u niego szacunek...
— Dosyć skromna zabawa — wtrącił Wokulski.
— Zaczekaj! Drugą uciehę sprawiają mi moi wspułwyznawcy ze sfer finansowyh, ponieważ zdaje im się, że ja mam nadzwyczajny spryt do interesuw i że pomimo to będą mną mogli kierować, jak im się podoba... Wyobrażam sobie ih bolesne rozczarowanie, kiedy pżekonają się, że ani jestem dość sprytnym do interesuw, ani dość głupim, ażeby stać się pionkiem w ih rękah...
— A tak namawiałeś mnie do wejścia w spułkę z nimi?...
— To co innego. Ja i dziś jeszcze cię namawiam. Na ostrożnej spułce z rozumnymi Żydami nikt nigdy nie stracił, pżynajmniej finansowo. Ale co innego być wspulnikiem, a co innego pionkiem, jakim mnie hcą zrobić... Ah, te Żydziaki!... zawsze szelmy, w hałatah czy we frakah...
— Co ci jednak nie pżeszkadza uwielbiać ih, a nawet łączyć się ze Szlangbaumem?...
— To znowu co innego — odparł Szuman. — Żydzi, moim zdaniem, są najgenialniejszą rasą w świecie, a pży tym moją rasą, więc ih podziwiam i w gromadzie koham. A co do porozumienia ze Szlangbaumem... Buj się Boga, Stachu! czyby to była żecz rozsądna z naszej strony, gdybyśmy się żarli między sobą wuwczas, kiedy idzie o uratowanie tak świetnego interesu jak spułka do handlu z cesarstwem?... Ty ją żucasz, więc albo runie, albo złapią ją Niemcy i w każdym razie kraj straci. A tak i kraj zyska, i my...
— Coraz mniej rozumiem cię — wtrącił Wokulski. — Żydzi są wielcy i Żydzi są szelmy... Szlangbauma tżeba wyżucić ze spułki i tżeba go znowu pżyjąć... Raz Żydzi na tym zyskują, to znowu kraj zyska... Kompletny haos!...
— Masz, Stachu, muzg pżewrucony... To żaden haos, to najjaśniejsza prawda... W tym kraju tylko Żydzi twożą jakiś ruh pżemysłowy i handlowy, a więc każde ih ekonomiczne zwycięstwo jest czystym zyskiem dla kraju... Nie mam racji?...
— Muszę się nad tym zastanowić — odparł Wokulski. — No, a jaką jeszcze masz uciehę?...
— Największą. Wyobraź sobie, że na pierwszą wieść o moih pżyszłyh sukcesah finansowyh już hcą mnie żenić!... Mnie, z moją żydowską mordą i łysiną!...
— Kto?... z kim?...
— Naturalnie że nasi znajomi, z kim?... Z kim zehcą. Nawet z hżeścijanką, i to z pięknej familii, bylem się ohżcił...
— A ty?
— Wiesz co, że gotuwem to zrobić pżez ciekawość. Po prostu dla dowiedzenia się w jaki sposub pżekona mnie o swej miłości hżeścijanka piękna, młoda, dobże wyhowana, a nade wszystko z pożądnej familii?... Tu już miałbym miliony zabaw. Bawiłbym się widząc jej konkury o moją rękę i serce. Bawiłbym się słysząc, jak muwi o swej wielkiej ofieże dla dobra rodziny, a może nawet ojczyzny. Bawiłbym się w końcu śledząc, w jaki sposub powetowałaby sobie swoją ofiarę: czy oszukiwałaby mnie starą metodą, to jest potajemnie, czy nową, to jest jawnie, i może nawet żądając mego pżyzwolenia?...
Wokulski shwycił się za głowę.
— Okropność... — szepnął.
Szuman patżył na niego spod oka.
— Stary romantyku!... stary romantyku!... — muwił. — Hwytasz się za głowę, bo w twojej horej wyobraźni ciągle jeszcze pokutuje himera idealnej miłości, kobiety z anielską duszą... Takih jest ledwie jedna na dziesięć, więc masz dziewięć pżeciw jednemu, że na taką nie trafisz. A hcesz poznać normę?... więc rozejżyj się w stosunkah ludzkih. Albo mężczyzna jak kogut uwija się między kilkunastoma kurami, albo kobieta, jak wilczyca w lutym, wabi za sobą całą zgraję ogłupiałyh wilkuw czy psuw... I powiadam ci, że nie ma nic bardziej upadlającego jak ściganie się w takiej gromadzie, jak zależność od wilczycy... W tym stosunku traci się majątek, zdrowie, serce, energię, a w końcu i rozum... Hańba temu, kto nie potrafi wydobyć się z podobnego błota!
Wokulski siedział milczący, z szeroko otwartymi oczyma. Wreszcie żekł cihym głosem:
— Masz rację...
Doktur pohwycił go za rękę i gwałtownie targając nią, zawołał:
— Mam rację?... ty to powiedziałeś?... A więc — jesteś ocalony!... Tak, jeszcze będą z ciebie ludzie... Pluń na wszystko, co minęło: na własną boleść i na cudzą nikczemność... Wybież sobie jaki cel, jakikolwiek, i zacznij nowe życie. Rub dalej majątek czy cudowne wynalazki, żeń się ze Stawską czy zawiąż drugą spułkę, byleś czegoś pragnął i coś robił. Rozumiesz? I nigdy nie pozwul nakrywać się spudnicą... rozumiesz? Ludzie twojej energii rozkazują, nie słuhają, prowadzą, nie zaś są prowadzeni... Kto mając do wyboru ciebie i Starskiego wybrał Starskiego, ten dowiudł, że niewart nawet Starskiego... Oto moja recepta, pojmujesz?... A teraz bądź zdruw i zostań z własnymi myślami.
Wokulski nie zatżymywał go.
— Gniewasz się? — żekł Szuman. — Nie dziwię się, wypaliłem ci tęgiego raka; a to, co jeszcze zostało, samo zginie. Bywaj zdruw.
Po odejściu doktora Wokulski otwożył okno i rozpiął koszulę. Było mu duszno, gorąco i zdawało mu się, że go krew zaleje. Pżypomniał sobie Zasławek i oszukiwanego barona, pży kturym on sam odgrywał wuwczas prawie taką rolę, jak dzisiaj pży nim Szuman...
Zaczął mażyć i obok wizerunku panny Izabeli w objęciah Starskiego ukazała mu się teraz gromada zziajanyh wilkuw uganiającyh się po śniegu za wilczycą... A on był jednym z nih!...
Znowu ogarnął go bul, a zarazem wstręt i obżydzenie do samego siebie.
„Jakim ja nikczemny i głupi!... — zawołał udeżając się w czoło. — Żeby tyle widzieć, tyle słyszeć i jednakże dojść do podobnego upodlenia... Ja... ja... ścigałem się ze Starskim i Bóg wie z kim jeszcze.”
Tym razem śmiało wywołał z pamięci obraz panny Izabeli; śmiało pżypatrywał się jej posągowym rysom, popielatym włosom, oczom mieniącym się wszystkimi barwami, od niebieskiej do czarnej. I zdawało mu się, że na jej tważy, szyi, ramionah i piersiah widzi jak piętna, ślady pocałunkuw Starskiego...
„Miał rację Szuman — pomyślał — jestem naprawdę uleczony...”
Powoli jednak gniew ostygł w nim, a jego miejsce znowu zajął żal i smutek.
Pżez kilka następnyh dni Wokulski już nic nie czytał. Prowadził ożywioną korespondencję z Suzinem i dużo rozmyślał.
Myślał, że w obecnym położeniu, prawie od dwu miesięcy zamknięty w swoim gabinecie, już pżestał być człowiekiem i zaczyna robić się czymś podobnym do ostrygi, ktura, siedząc na jednym miejscu, bez wyboru pżyjmuje od świata to, co jej żuci pżypadek.
A jemu co dał pżypadek?
Najpierw podsunął książki, z kturyh jedne oświeciły go, że jest don Quichotem, a inne obudziły w nim pociąg do cudownego świata, w kturym ludzie posiadają władzę nad wszelkimi siłami natury.
Więc hciał już nie być don Quichotem i zapragnął posiadać władzę nad siłami natury.
Potem kolejno wpadali do niego Szlangbaum i Szuman, od kturyh dowiedział się, że dwie partie żydowskie walczą między sobą o odziedziczenie po nim kierunku spułką... W całym kraju nie było nikogo, kto by mugł dalej rozwijać jego pomysły; nikogo, prucz Żydów, ktuży występowali z całą kastową arogancją, pżebiegłością, bezwzględnością i jeszcze kazali mu wieżyć, że jego upadek, a ih triumf — będzie kożystnym dla kraju...
Wobec tego poczuł taki wstręt do handlu, spułek i wszystkih zyskuw, że dziwił się samemu sobie: jakim sposobem on mugł, prawie pżez dwa lata, mieszać się do podobnyh żeczy?
„Zdobywałem majątek dla niej!... — pomyślał. — Handel... ja i handel!... I to ja zgromadziłem pżeszło puł miliona rubli w ciągu dwu lat, ja zmieszałem się z ekonomicznymi szulerami, stawiałem na kartę pracę i życie, no... i wygrałem... Ja — idealista, ja — uczony, ja, ktury pżecie rozumiem, że puł miliona rubli człowiek nie mugłby wypracować pżez całe życie, nawet pżez tży życia... A jedyną pociehą, jaką jeszcze wyniosłem z tej szulerki, jest pewność, żem nie kradł i nie oszukiwał... Widocznie Bóg opiekuje się głupcami...”
Potem znowu wypadek pżyniusł mu wiadomość o śmierci Stawskiego w liście z Paryża i od tej hwili kolejno budziły się w nim wspomnienia pani Stawskiej i Geista.
„Muwiąc prawdę — myślał — powinien bym ten wyszulerowany majątek zwrucić ogułowi. Biedy i ciemnoty u nas pełno, a ci ludzie biedni i ciemni są jednocześnie najczcigodniejszym materiałem... Jedyny zaś na to sposub byłby ożenić się ze Stawską. Ona z pewnością nie tylko nie paraliżowałaby moih zamiaruw, ale byłaby najwierniejszą pomocnicą. Ona pżecież zna pracę i biedę, i jest taka szlahetna!...
Tak rozumował, ale czuł co innego: pogardę dla ludzi, kturyh hciał uszczęśliwić. Czuł, że pesymizm Szumana nie tylko poderwał w nim namiętność dla panny Izabeli, ale jeszcze zatruł jego samego. Trudno mu było opędzić się pżed skutkami słuw, że rodzaj ludzki albo składa się z kur kokietującyh koguta, albo z wilkuw uganiającyh się za wilczycą. I że gdziekolwiek zwruci się, ma dziewięć razy więcej szans, że trafi na zwieżę aniżeli na człowieka!...
„Nieh go diabli wezmą z taką kuracją” — szepnął.
Teraz począł zastanawiać się nad Szumanem.
Tżej ludzie upatrywali w człowieczym gatunku cehy mocno zwieżęce: on sam, Geist i Szuman. Ale on sądził, że zwieżęta w ludzkiej postaci są wyjątkami, oguł zaś składa się z dobryh jednostek. Geist twierdził, pżeciwnie, że oguł ludzki jest bydlęcym, a jednostki dobre są wyjątkami; ale Geist wieżył, że z czasem rozmnożą się ci dobży ludzie, że opanują całą ziemię — i od kilkudziesięciu lat pracował nad wynalazkiem, ktury by umożliwił ten triumf.
Szuman także twierdził, że ogromna większość ludzi są zwieżętami, lecz ani wieżył w lepszą pżyszłość, ani w nikim nie budził tej otuhy. Dla niego ludzki rodzaj był już skazany na wiekuiste bydlęctwo, wśrud kturego odrużniali się tylko Żydzi, jak szczupaki między karasiami.
„Piękna filozofia!” — myślał Wokulski.
Czuł jednak, że w jego zranionej duszy, jak w świeżo zaoranym polu, pesymizm Szumana bystro się pleni. Czuł, że gaśnie w nim nie tylko miłość, ale nawet żal do panny Izabeli. Bo jeżeli cały świat składa się z bydląt, to nie ma dobrej racji ani szaleć za jednym z nih, ani gniewać się za to, że jest zwieżęciem, nie lepszym i zapewne nie gorszym od innyh.
„Piekielna jego kuracja! — powtażał. — Ale kto wie, czy nie słuszna?... Ja fatalnie zbankrutowałem na moih poglądah; kto mi zaręczy, że i Geist nie myli się w swoih albo że nie ma racji Szuman?... Rzecki bydlę, Stawska bydlę, Geist bydlę, ja sam bydlę... Ideały — to malowane żłoby, w kturyh jest malowana trawa, niezdolna nikogo nasycić!... Więc co się poświęcać dla jednyh albo uganiać za drugimi?... Po prostu tżeba się wyleczyć, a potem na odmianę jadać polędwicę albo ładne kobiety i popijać to dobrym winem... Czasami coś pżeczytać, czasami gdzie wyjehać, wysłuhać koncertu i tak doczekać starości!”
Na tydzień pżed sesją, ktura miała zdecydować o losah spułki, wizyty u Wokulskiego stały się coraz częstszymi. Pżyhodzili kupcy, arystokracja, adwokaci zaklinając go, ażeby nie opuszczał stanowiska i nie narażał instytucji, ktura pżecież jest jego dziełem. Wokulski pżyjmował interesantuw z tak lodowatą obojętnością, że nawet nie mieli ohoty wypowiedzieć mu swoih argumentuw; muwił, że jest znużony i hory i że musi się wycofać.
Interesanci odhodzili bez nadziei; każdy jednak pżyznawał, że Wokulski musi być ciężko hory. Wyhudł, odpowiadał krutko i cierpko, a w oczah paliła mu się gorączka.
— Zabił się hciwością! — muwili kupcy.
Na parę dni pżed ostatecznym terminem Wokulski wezwał swego adwokata i prosił go o zawiadomienie wspulnikuw, że stosownie do zawartej z nimi umowy, wycofuje kapitał i usuwa się ze spułki. Inni mogą zrobić to samo.
— A pieniądze? — spytał adwokat.
— Dla nih już są gotowe w banku; ja zaś mam rahunki z Suzinem.
Adwokat pożegnał go strapiony. Tegoż dnia pżyjehał do Wokulskiego książę.
— Słyszę nieprawdopodobne żeczy! — zaczął książę ściskając go za rękę. — Adwokat pański zahowuje się tak, jakby pan naprawdę miał zamiar nas opuścić...
— Czy książę myślał, że żartuję?...
— No, nie... Ja myślę, że pan spostżegł jakieś niedogodności w naszej umowie i...
— I targuję się, ażeby zmusić was do podpisania innej, ktura zmniejszy wasze procenta, a zwiększy moje dohody... — pohwycił Wokulski. — Nie, książę, usuwam się zupełnie na serio.
— Więc robi pan zawud swoim wspulnikom...
— Jaki? Panowie sami zawiązaliście ze mną spułkę tylko na rok i sami żądaliście takiego prowadzenia interesuw, ażeby w ciągu miesiąca po rozwiązaniu umowy każdy wspulnik mugł wycofać swuj wkład. To było wasze wyraźne żądanie. Ja zaś pżekroczyłem je o tyle, że zwrucę pieniądze nie w miesiąc dopiero, ale w godzinę po rozwiązaniu spułki.
Książę upadł na fotel.
— Spułka zostanie — żekł ciho — ale na miejsce pana wejdą do niej starozakonni.
— To już z wyboru panuw.
— Żydowszczyzna w naszej spułce!... — westhnął książę. — Oni nawet na posiedzeniah gotowi rozmawiać po żydowsku... Nieszczęsny kraj! Nieszczęsny język!...
— Nie ma obawy — wtrącił Wokulski — Większość naszyh wspulnikuw ma zwyczaj rozmawiać na sesjah po francusku i językowi nic się nie stało, więc hyba nie zaszkodzi mu kilka frazesuw w żargonie.
Książę zarumienił się.
— Ależ starozakonni, panie... obca rasa... Teraz jeszcze zaczęła się pżeciw nim jakaś niehęć...
— Niehęć tłumu niczego nie dowodzi. Lecz ktuż zresztą broni panom zebrać odpowiednie kapitały, jak to zrobili Żydzi, i powieżyć je nie Szlangbaumowi, ale kturemu z hżeścijańskih kupcuw?
— Nie znamy takiego, kturemu można by zaufać.
— A Szlangbauma znacie?...
— Pży tym u nas nie ma ludzi dość zdolnyh — wtrącił książę. — To są subiekci, nie finansiści...
— A ja czym byłem?... Także subiektem, i nawet restauracyjnym hłopcem; mimo to spułka pżyniosła zapowiedziany dohud.
— Pan jesteś wyjątkiem...
— Ktuż panom zaręczy, że nie znaleźlibyście więcej takih wyjątkuw w piwnicah i za kontuarami. Poszukajcie.
— Starozakonni sami do nas pżyhodzą...
— Otuż to!... — zawołał Wokulski. — Żydzi pżyhodzą albo wy do nih, ale hżeścijański parweniusz do was nawet pżyjść nie może, bo tyle napotyka zawad po drodze... Wiem coś o tym. Wasze dżwi tak szczelnie są zamknięte pżed kupcem i pżemysłowcem, że albo tżeba je zbombardować setkami tysięcy rubli, ażeby się otwożyły, albo wciskać się jak pluskwa... uhylcie trohę tyh dżwi, a może będziecie mogli obhodzić się bez Żydów.
Książę zasłonił rękoma oczy.
— O, panie Wokulski, to... bardzo słuszne, co pan muwi, ale i bardzo gożkie... bardzo okrutne... Mniejsza jednak... Rozumiem, pański żal do nas, ależ... są jakieś obowiązki względem ogułu...
— No, ja nie uważam tego za pełnienie obowiązkuw, że od mego kapitału miałem piętnaście procent rocznie. I nie sądzę, ażebym był gorszym obywatelem popżestając na pięciu...
— Ależ my wydajemy te pieniądze — odparł już obrażony książę. — Ludzie żyją około nas...
— I ja będę wydawał. Pojadę na lato do Ostendy, na jesień do Paryża, na zimę do Nizzy...
— Pżepraszam!... Nie tylko za granicą żyją z nas ludzie... Iluż tutejszyh żemieślnikuw...
— Czeka na swoje należności po roku i dłużej — pohwycił Wokulski. — My obaj, mości książę, znamy takih protektoruw krajowego pżemysłu, mieliśmy ih nawet w naszej spułce...
Książę zerwał się z fotelu.
— Aaa!... to się nie godzi, panie Wokulski — muwił zadyszany. — Prawda, są wśrud nas duże wady, są gżehy, ale żadnego z nih nie popełniliśmy względem pana... Miałeś naszą życzliwość... szacunek...
— Szacunek!... — zawołał śmiejąc się Wokulski. — Czy książę sądzi, że nie rozumiałem, na czym on polegał i jakie zapewniał mi stanowisko między wami?... Pan Szastalski, pan Niwiński, nawet... pan Starski, ktury nigdy nic nie robił i nie wiadomo, skąd brał pieniądze, o dziesięć pięter stali wyżej ode mnie w waszym szacunku. Co muwię... Lada zagraniczny pżybłęda bez trudu dostawał się do waszyh salonuw, kture ja musiałem dopiero zdobywać, hoćby... piętnastym procentem od powieżonyh mi kapitałuw!... To oni, to ci ludzie, nie ja, posiadali wasz szacunek, ba! mieli nieruwnie rozleglejsze pżywileje... Hoć każdy z tyh wyżej oszacowanyh mniej jest wart aniżeli muj szwajcar sklepowy, bo on coś robi i pżynajmniej nie gnoi ogułu...
— Panie Wokulski, kżywdzisz nas. Rozumiem, o czym pan muwisz, i na muj honor, wstydzę się... Ależ my nie odpowiadamy za występki jednostek...
— Owszem, wy wszyscy odpowiadacie, bo owe jednostki wyrosły pośrud was, a to, co książę nazywasz występkiem, jest tylko owocem waszyh pogląduw, waszej pogardy dla wszelkiej pracy i wszelkih obowiązkuw.
— Żal muwi pżez pana... — odparł książę zabierając się do wyjścia. — Żal słuszny, ale może niewłaściwie skierowany... Żegnam pana. Więc zostawiasz nas na pastwę starozakonnym?
— Mam nadzieję, że porozumiecie się z nimi lepiej niż z nami — żekł Wokulski z ironią.
Książę miał łzy w oczah.
— Myślałem — muwił wzruszony — że będziesz pan złotym mostem między nami a tymi, ktuży... coraz więcej odsuwają się od nas...
— Hciałem być mostem, ale podpiłowano go i zawalił się... — odpowiedział Wokulski kłaniając się.
— Wracajmy więc do okopuw Świętej Trójcy!...
— To jeszcze nie okopy... to dopiero spułka z Żydami.
— Pan tak muwisz?... — zapytał książę blednąc. — A więc ja... nie należę do tej spułki... Nieszczęsny kraj!...
Kiwnął głową i wyszedł.
Nareszcie odbyła się sesja rozstżygająca losy spułki do handlu z cesarstwem.
Pżede wszystkim zażąd, utwożony pżez Wokulskiego, złożył sprawozdanie za rok ubiegły. Okazało się, że obroty pżewyższały kilkanaście razy kapitał, ktury pżyniusł nie piętnaście, ale osiemnaście procent zysku. Wspulnicy słuhając tego byli wzruszeni i na wniosek księcia podziękowali zażądowi i nieobecnemu Wokulskiemu pżez powstanie.
Potem podniusł się adwokat Wokulskiego i oświadczył, że jego klient z powodu horoby wycofuje się nie tylko od zażądu, ale nawet od udziału w spułce. Wszyscy od dawna byli pżygotowani na tę wiadomość, niemniej zrobiła wrażenie bardzo pżygnębiające.
Kożystając z pżerwy książę poprosił o głos i zawiadomił obecnyh, że skutkiem usunięcia się Wokulskiego i on występuje ze spułki. Co powiedziawszy zaraz opuścił salę obrad; na odhodne zaś żekł do kturegoś ze swoih pżyjaciuł:
— Nigdy nie miałem zdolności do operacyj handlowyh, a Wokulski jest jedynym człowiekiem, kturemu mogłem powieżyć honor mego nazwiska. Dziś nie ma jego, więc i ja nie mam tu co robić.
— Ale dywidenda?... — szepnął pżyjaciel.
Książę spojżał na niego z gury.
— To, com robił, robiłem nie dla dywidendy, ale dla nieszczęśliwego kraju — odparł. — Hciałem do naszej sfery wlać trohę świeżej krwi i świeżyh pogląduw; muszę jednak wyznać, żem pżegrał, i to nie z winy Wokulskiego... Biedny ten kraj!...
Wyjście księcia, aczkolwiek nieoczekiwane, zrobiło mniejsze wrażenie; obecni bowiem już byli upżedzeni, że spułka utżyma się.
Teraz wystąpił jeden z adwokatuw i drżącym głosem odczytał bardzo piękną mowę, kturej treścią było to, że z usunięciem się Wokulskiego spułka traci nie tylko kierownika, ale i pięć szustyh kapitału. „Powinna by więc upaść — ciągnął muwca — i gruzami swoimi zasypać cały kraj, tysiące pracownikuw, setki rodzin...”
Tu pżerwał czekając na efekt. Ale obecni zahowywali się obojętnie, z gury wiedząc, co nastąpi dalej.
Adwokat zabrał znowu głos i wezwał obecnyh, ażeby nie tracili męstwa. „Znalazł się bowiem zacny obywatel, człowiek fahowy, nawet pżyjaciel i wspulnik Wokulskiego, ktury jest zdecydowany, jak Atlas niebo, podepżeć zahwianą spułkę. Mężem tym, ktury hce obetżeć łzy tysiącom, ocalić kraj od ruiny, handel pophnąć na nowe drogi...”
W tym miejscu wszyscy obecni zwrucili głowy ku kżesłu, na kturym siedział spotniały i zarumieniony Szlangbaum.
— Mężem tym — zawołał adwokat — jest pan...
— Muj syn, Henryś... — odezwał się głos z kąta.
Ponieważ ten efekt nie był oczekiwany, więc sala zatżęsła się od śmiehu. Swoją drogą zażąd spułki udał radosne zdziwienie, zapytał obecnyh: czy hcą pżyjąć pana Szlangbauma na wspulnika i kierownika? a otżymawszy jednomyślne zezwolenie, wezwał nowego kierownika na fotel prezydialny.
Tu znowu zrobiło się małe zamieszanie. Natyhmiast bowiem zażądał głosu Szlangbaum ojciec i wypowiedziawszy kilka pohwał synowi i zażądowi, postawił wniosek, że spułka nie może gwarantować wspulnikom więcej nad dziesięć procent rocznego zysku.
Powstał hałas, kilkunastu muwcuw zabrało głos i po bardzo ożywionyh rozprawah uhwalono, że spułka pżyjmuje nowyh członkuw, wskazanyh pżez pana Szlangbauma, a kierunek spraw powieża temuż panu Szlangbaumowi.
Ostatnim epizodem było pżemuwienie doktora Szumana, kturego wezwano na członka zażądu, ale ktury odmawiając pżyjęcia tak zaszczytnego stanowiska w szyderczy sposub pozwolił sobie zażartować ze spułki między arystokracją i Żydami.
„Jest to jakby nieślubne małżeństwo — muwił. — Ale ponieważ z takih związkuw rodzą się niekiedy genialne dzieci, miejmy więc nadzieję, że i nasza spułka wyda jakieś niezwykłe owoce...”
Zażąd był zaniepokojony, garstka obecnyh obużona; ale większość dała doktorowi żęsiste brawo.
Wokulski najdokładniej znał pżebieg sesji: pżez cały bowiem następny tydzień odwiedzano go i zasypywano listami lub anonimami.
Pży tej sposobności odkrył w sobie nowy i dziwny nastruj duszy. Zdawało mu się, że pękły w nim wszystkie nici łączące go z ludźmi, że są mu obojętni, że go nic nie obhodzi, co ih obhodzi. Słowem, że jest podobny do aktora, ktury skończywszy rolę na scenie, gdzie pżed hwilą śmiał się, gniewał lub płakał, zasiadł obecnie między widzami i na grę swoih koleguw patży jak na zabawę dzieci.
„Czego oni się tak żucają?... Co to za głupstwa!...” — myślał.
Zdawało mu się, że spoza świata patży na ten świat, a jego sprawy widzi z jakiejś nowej strony, kturej dotyhczas nie spostżegał.
Pżez parę pierwszyh dni nahodzili go wspulnicy, pracownicy albo klienci spułki, niezadowoleni z wejścia Szlangbauma, a może zatrwożeni o swoją pżyszłość. Ci po największej części namawiali go, ażeby wrucił na pożucone stanowisko, kture jeszcze może zająć, gdyż kontrakt ze Szlangbaumem nie podpisany.
Niektuży w tak smutnyh barwah pżedstawiali swoje położenie, a nawet płakali, że Wokulski doznał wzruszenia.
Lecz zarazem odkrył w sobie taką obojętność, taki brak wspułczucia dla cudzej niedoli, że sam się zadziwił.
„Coś we mnie umarło!...” — myślał i odprawił interesantuw z niczym.
Potem pżyszła druga fala odwiedzającyh, ktuży pod pozorem podziękowania mu za oddane usługi hcieli zaspokoić ciekawość i zobaczyć, jak wygląda ten niegdyś silny człowiek, o kturym teraz muwiono, że całkiem zniedołężniał?
Ci już nie prosili go, ażeby wszedł znowu do spułki, tylko wyhwalali jego minioną działalność i muwili, że nieprędko znajdzie się działacz podobny do niego.
Tżecia fala gości odwiedzała Wokulskiego nie wiadomo po co. Bo nawet już nie muwili mu komplimentuw, ale coraz częściej wspominali o Szlangbaumie, jego energii i zdolnościah.
Z gromady wizytującyh wyrużnił się furman Wysocki. Pżyszedł pożegnać się ze swoim dawnym hlebodawcą; hciał nawet coś powiedzieć, lecz nagle rozpłakał się, ucałował go w obie ręce i wybiegł z pokoju.
Mniej więcej to samo powtażało się w listah... W jednyh znajomi i nieznajomi zaklinali go, ażeby nie cofał się od interesuw, ustąpienie jego bowiem będzie klęską dla kraju. Inni hwalili jego minioną działalność lub żałowali go; jeszcze inni radzili mu połączyć się ze Szlangbaumem, jako z człowiekiem bardzo zdolnym i myślącym o dobru ogułu. Za to w anonimah wymyślano mu bez miłosierdzia, że zgubiwszy rok temu pżemysł krajowy pżez sprowadzanie obcyh wyrobuw, dziś zgubił handel spżedawszy go Żydom. Nawet wymieniano sumę.
Wokulski całkiem spokojnie rozmyślał nad tymi żeczami. Zdawało mu się, że już jest zmarłym człowiekiem, ktury patży na własny pogżeb. Widział tyh, co żałowali go, co go hwalili, co mu złożeczyli; widział swego następcę, do kturego dziś zaczęły zwracać się sympatie ogułu, a nareszcie zrozumiał, że jest zapomniany i nikomu niepotżebny. Był podobny do żuconego w wodę kamienia, nad kturym w pierwszej hwili powstaje wir i zamęt, a puźniej tylko rozbiegają się fale coraz mniejsze, coraz mniejsze... I w końcu nad miejscem, gdzie upadł, twoży się gładkie zwierciadło wody, gdzie znowu pżebiegają fale, lecz zrodzone już w innyh punktah wywołane pżez kogo innego.
„No, ale co dalej?... — muwił do siebie. — Z nikim nie żyję... nic nie robię... cuż dalej?...”
Pżypomniał sobie, że Szuman radził mu upatżyć jakiś cel w życiu. Rada dobra, ale... jak ją wykonać, kiedy on sam nie czuł żadnego pragnienia, nie miał sił ani ohoty?... Był jak zeshły liść, ktury tam pujdzie, gdzie nim wiatr żuci.
„Kiedyś pżeczuwałem ten stan — myślał — ale dziś widzę, że nie miałem o nim pojęcia...”
Pewnego dnia usłyszał w pżedpokoju głośny spur. Wyjżał i zobaczył Węgiełka, kturego lokaj nie hciał puścić do pokoju.
— Ah, to ty! — żekł Wokulski. — Hodźże no... Co u was słyhać?
Węgiełek z początku pżypatrywał mu się z miną niespokojną; stopniowo jednak ożywił się i nabrał otuhy.
— Muwili — żekł z uśmiehem — że wielmożny pan już na ostatnih nogah, ale widzę, łgali. Zmizerniał pan, bo zmizerniał, ale na księżą oborę to już żadnym sposobem pan nie patży...
— Co słyhać? — powtużył Wokulski.
Węgiełek szeroko opowiedział mu, że już ma dom, lepszy od tamtego, co się spalił, i że ma mnustwo roboty. Dlatego właśnie pżyjehał do Warszawy, ażeby kupić materiały i zabrać hoćby ze dwu pomocnikuw.
— Fabrykę mugłbym założyć, muwię wielmożnemu panu!... — zakończył Węgiełek.
Wokulski słuhał go milcząc. Nagle zapytał:
— A z żoną jesteś szczęśliwy?
Cień pżeleciał po tważy Węgiełka.
— Dobra kobieta, wielmożny panie, ale... Wreszcie pżed panem powiem jak pżed Bogiem... Trohę nam już nie tak... Zawsze to prawda, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal; ale jak raz zobaczą...
Otarł łzy rękawem.
— Co to znaczy!... — zdziwił się Wokulski.
— Ot, nic. Wiem pżecie, kogo wziąłem, alem był spokojny, bo kobieta dobra, ciha, pracowita i pżywiązana do mnie jak ten pies. No, ale co z tego?... Doputym był spokojny, dopukim nie zobaczył jej dawnego gaha czy jak tam...
— Gdzie?...
— W Zasławiu, panie — ciągnął Węgiełek. — Jednej niedzieli poszliśmy z Marysią na zamek; hciałem jej pokazać ten potok, gdzie zginął kowal, i ten kamień, co na nim wielmożny pan kazał mi wyciąć napis. Wtem patżę, jest powuz pana barona Dalskiego, co ożenił się z wnuczką nieboszczki pani Zasławskiej...
Dobra to była pani, nieh jej Bóg da wieczne odpocznienie!...
— Znasz barona? — spytał Wokulski.
— Ojej! — odparł Węgiełek — pżecie pan baron gospodaruje teraz dobrami po nieboszczce, dopuki się tam coś nie zrobi. A ja już za jego żąduw wyklejałem pokoje i poprawiałem okna. Znam go!... żetelny pan i hojny...
— Cuż dalej?
— Więc muwię wielmożnemu panu, stoimy w zamku z Marysią i patżymy na potok, aż ci na jeden raz włażą między gruzy: pani baronowa, niby wnuczka nieboszczki, i ten psubrat Starszczak...
Wokulski żucił się na kżeśle.
— Kto?... — szepnął.
— Ten pan Starski, także wnuk po nieboszczce pani Zasławskiej, co się podlizywał jej za życia, a teraz hce zwalić testament, bo muwi, że babka pżed śmiercią zwariowała... Taki to on!
Odpoczął i ciągnął dalej:
— Wzięli się z panią baronową pod ręce, patżyli na nasz kamień, ale więcej gadali ze sobą i hihotali. Wtem Starszczak ogląda się. Zobaczył moją żonę i roześmiał się do niej nieznacznie, a ona tak zbielała jak husta...
„Co ci to, Maryś?...” — muwię. A ona: „Nic mi...” A tymczasem pani baronowa i ten bisurman zbiegli z gurki zamkowej i poszli między leszczynę. „Co ci to?... — muwię jeszcze raz do Marysi. — Ino mi gadaj prawdę, bom zmiarkował, że się z tym holerą znasz...” A ona siadła na ziemi i w płacz: „Żeby go Bóg skarał! — muwi — pżecie on najpierwszy mnie zgubił...”
Wokulski pżymknął oczy, Węgiełek zirytowanym głosem opowiadał:
— Jakem to usłyszał, wielmożny panie, myślałem, że polecę za nim i hoć pży pani baronowej, nogami go zabiję na miejscu. Taki mnie żal zdjął. Ale wnet pżyszło mi do głowy: „Po cużeś się, durny, z nią ożenił? Wiedziałeś pżecie, co za jedna...” I w tym momencie serce mi zemdlało, żem się nawet bał zejść z gurki, a na żonę wcalem nie spojżał. Ona muwi: „Gniewasz się?...” A ja: „Pewnieście się tu spotykali?...” „Bogiem się świadczę — ona odpowiada — żem go tylko wtedy widziała...” „I dobżeście się sobie pżypatżyli!... — ja muwię. — Bodajem był pierwej oślepł, nimem na cię spojżał; bodajem zdehł, niżem się z tobą poznał...” A ona pyta się z płaczem: „Za co się gniewasz?...” Ja jej wtedy powiedziałem, pierwszy i ostatni raz: „Świnia jesteś, i tyle...” — bom już nie mugł wytżymać.
Wtem patżę, leci sam pan baron, zakaszlany, aż posiniał, i pyta: „Nie widziałeś, Węgiełek, mojej żony?...” Mnie coś wtedy do łba stżeliło, żem mu odpowiedział: „Widziałem, jaśnie panie, poszła w kżaki z panem Starskim. Już mu zabrakło pieniędzy na kupowanie dziewcząt, to teraz hwyta się mężatek...” No, jak on na mnie wtedy spojżał, hoć i pan baron!...
Węgiełek ukradkiem otarł oczy.
— Ot, takie jest moje życie, wielmożny panie. Byłem spokojny, dopukim nie zobaczył jednego gaha; ale teraz na kogo spojżę, wydaje mi się, że i on muj szwagier... A od żony, hoć jej o tym nie gadam, to tak mnie odpyha... tak mnie odpyha, jakby co między mną i nią stało... Nawet pocałować jej nie mogę po dawnemu i żeby nie święta pżysięga, to muwię panu, już bym pożucił dom i leciał gdzie na cztery strony... A wszystko tylko z tego idzie, żem do niej pżywiązany. Bo żebym ja jej nie lubił, to co mi tam!... Gospodyni staranna, dobże gotuje, pięknie szyje i w domu cihutka jak pajęczyna. Niehby tam miała gahuw.
Ale żem ją lubił, więc pżez to taki mam żal i złość, że się we mnie wszystko pali na popiuł...
Węgiełek drżał z gniewu.
— Z początku, wielmożny panie, jakeśmy się pobrali, tom ino wyglądał dzieci. Ale dziś to mnie strah bieże, ażebym zamiast mojego dziecka nie zobaczył gahowego. Bo pżecie wiadomo, że jak wyżlica ma raz szczenięta z kundlem, to puźniej żebyś jej dawał wyżły najlepsze, zawsze się odezwie kundel w pomiocie, widać pżez zapatżenie...
— Muszę wyjść — żekł nagle Wokulski — więc bądź zdruw... A pżed wyjazdem wstąp jeszcze do mnie...
Węgiełek pożegnał go bardzo serdecznie, w pżedpokoju zaś żekł do lokaja:
— Coś waszemu panu dolega... Zrazu tom myślał, że zdruw, hoć źle wygląda; ale on, widać, nietęgi... Nieh się wami Pan Bóg opiekuje!...
— A widzisz, muwiłem ci, żebyś tam nie właził i dużo nie gadał — odparł pohmurnie lokaj wypyhając go do sieni.
Po odejściu Węgiełka Wokulski wpadł w głęboką zadumę.
„Stali napżeciw mego kamienia i śmieli się!... — szepnął. — Nawet kamień musiał zbezcześcić, niewinny kamień.”
Pżez hwilę zdawało mu się, że znalazł nowy cel, hodziło tylko o wybur: czy wypalić w łeb Starskiemu wymieniwszy mu pierwej listę osub, kturym zrujnował szczęście, czyli też — zostawić go pży życiu, lecz doprowadzić do ostatecznej nędzy i upodlenia?...
Ale wnet pżyszedł rozmysł i wydało mu się żeczą dziecinną, a nawet niesmaczną, ażeby on miał poświęcać majątek, pracę i spokojność dla zemsty nad tego rodzaju człowiekiem.
„Wolałbym zastanawiać się nad tępieniem myszy polnyh albo karaluhuw, bo one są żeczywistą klęską, a taki Starski... liho wie, co to jest?... Zresztą niepodobna, ażeby człowiek tak ograniczony mugł być wyłączną pżyczyną tylu nieszczęść. On jest tylko iskrą, ktura podpala już gotowe materiały...”
Położył się na szezlongu i myślał:
„Mnie użądził — dlaczego?... Miał wspulniczkę najzupełniej godną siebie, no i drugą wspulniczkę: moją głupotę. Jak można było od razu nie poznać się na tej kobiecie i zrobić ją bożyszczem dlatego tylko, że pozowała na istotę wyższą?... Użądził też Dalskiego, ale kto winien Dalskiemu, że oszalał na starość dla osoby, kturej wartość moralna leżała jak na pułmisku... Pżyczyną klęsk świata nie są Starscy ani im podobni, ale pżede wszystkim głupota ih ofiar. A znowu ani Starski, ani panna Izabela, ani pani Ewelina nie spadli z księżyca, tylko wyhodowali się w pewnej sfeże, epoce i wśrud pewnyh pojęć. Oni są jak wysypka, ktura sama pżez się nie stanowi horoby, ale jest objawem zakażenia społecznyh sokuw. Co się tu mścić nad nimi, po co ih tępić...”
Tego wieczora Wokulski pierwszy raz wyszedł na ulicę i pżekonał się, jak jest osłabiony. Kręciło mu się w głowie od turkotu dorożek i ruhu pżehodniuw, i po prostu bał się zbyt daleko odhodzić od mieszkania. Zdawało mu się, że nie dojdzie do Nowego Światu, że nie trafi z powrotem albo że mimo woli zrobi jakiś śmieszny skandal. Nade wszystko zaś lękał się spotkania znajomej tważy.
Wrucił zmęczony i wzbużony, ale tej nocy spał dobże.
W tydzień po odwiedzinah Węgiełka wpadł Ochocki. Zmężniał, opalił się i wyglądał na młodego szlahcica.
— A pan skąd? — zapytał go Wokulski.
— Prosto z Zasławka, gdzie siedzę prawie od dwu miesięcy — odparł Ochocki. — A niehże ih w końcu diabli wezmą, w jakie wpadłem awantury!...
— Pan?...
— Ja, ja, panie, i w dodatku bez winy. Włosy panu powstaną na głowie!...
Zapalił papierosa i prawił:
— Nie wiem, czyś pan słyszał, że nieboszczka prezesowa, oprucz drobnej części, cały swuj majątek zapisała na cele dobroczynne. Szpitale, domy podżutkuw, szkułki, sklepy wiejskie et caetera... A książę, Dalski i ja należymy do grona wykonawcuw jej woli... Bardzo dobże!... Już zaczynamy wykonywać, a raczej starać się o zatwierdzenie testamentu, gdy wtem (będzie z miesiąc) wraca z Krakowa Starski i oświadcza nam, że w imieniu pokżywdzonej rodziny wytoczy proces o zwalenie testamentu. Naturalnie, książę ani ja nie hcemy o tym słyszeć; ale baron, kturego podbużyła żona, zbuntowana pżez Starskiego, otuż baron zaczyna mięknąć... Nawet z tej racji pżemuwiliśmy się parę razy, a książę wprost zerwał z nim stosunki...
Tymczasem co się dzieje — muwił Ochocki zniżając głos. — Pewnej niedzieli baron z żoną i ze Starskim pojehali do Zasławia na spacer. Co tam zaszło?... nie wiem, dość, że rezultat jest następujący. Baron jak najenergicznej oświadczył, że testamentu obalić nie pozwoli, ale to jeszcze nic... Bo tenże baron stanowczo rozwodzi się ze swoją ubustwianą małżonką (słyszałeś pan?...). Ale i to jeszcze nic: gdyż baron pżed dziesięcioma dniami stżelał się ze Starskim i dostał kulą po wieżhu żeber... Muwię panu, jakby mu kto hakiem rozdarł skurę od prawej do lewej strony piersi... Zły stary, wżeszczy, wymyśla, gorączkuje, ale żonie kazał natyhmiast wyjehać do familii i jestem pewny, że jej nie pżyjmie... To twarda sztuka!... A tak się bestia zawziął, że na łożu boleści kazał felczerowi, ażeby mu, na złość żonie, ufarbował łeb i zarost i dziś wygląda na dwudziestoletniego trupa.
Wokulski uśmiehnął się.
— Z panią dobże zrobił — żekł — ale ufarbował się niepotżebnie.
— No i po żebrah dostał niepotżebnie — wtrącił Ochocki. — A niewiele brakowało, ażeby pżeświdrował muzgownicę Starskiemu!... Kule zawsze ślepe. Muwię panu, żem pżehorował ten wypadek.
— I gdzież teraz jest ten bohater? — spytał Wokulski.
— Starski?... Dmuhnął za granicę, i nie tyle pżed impertynencjami, kture go zaczęły spotykać, ile pżed wieżycielami. Panie! co to za majster... Pżecież on ma ze sto tysięcy rubli długuw.
Nastało długie milczenie. Wokulski siedział tyłem do okna ze spuszczoną głową. Ochocki ciho pogwizdując rozmyślał.
Nagle ocknął się i zaczął muwić jakby do siebie:
— Co to za dziwna plątanina — życie ludzkie! Kto by się spodziewał, że taki cymbał Starski może zrobić tyle dobrego... I właśnie z racji, że jest cymbałem...
Wokulski podniusł głowę i pytająco spojżał na Ochockiego.
— Prawda, że dziwne?... — ciągnął Ochocki — a pżecież tak jest. Gdyby Starski był człowiekiem pżyzwoitym i nie awanturował się z młodą panią baronową, Dalski niezawodnie poparłby jego pretensje do testamentu, ba! dałby mu nawet pieniędzy na proces, gdyż zyskałaby na tym i jego żona. Ale że Starski jest cymbał, więc naraził się baronowi i... uratował zapisy. Tym sposobem nawet nie urodzone jeszcze pokolenia hłopuw zasławskih powinny błogosławić Starskiego za to, że umizgał się do baronowej...
— Paradoks!... — wtrącił Wokulski.
— Paradoks!... To są pżecie fakta. A cuż pan sądzisz, czy Starski nie ma zasługi, że uwolnił barona od takiej żony?... Muwiąc między nami, to żaba, nie kobieta. Myślała tylko o strojah, zabawah i kokietowaniu, ja nawet nie wiem, czy ona co kiedy czytała, czy na co patżyła z uwagą... Istny kawał mięsa pży kości, ktury udawał, że ma duszę, a miał zaledwie żołądek... Pan jej nie znałeś, pan nie wyobrażasz sobie, co to jest za automat i jak tam pod wszelkimi pozorami człowieczeństwa nie było nic ludzkiego... Że baron nareszcie poznał się na niej, toż to jakby wygrał wielki los...
— Boże miłosierny! — szepnął Wokulski.
— Co pan muwi? — zapytał Ochocki.
— Nic.
— Ale ocalenie zapisuw nieboszczki prezesowej i uwolnienie barona od takiej żony to dopiero cząstka zasług Starskiego...
Wokulski pżeciągnął się na kżeśle.
— Bo wyobraź pan sobie, że ten cymbał swoimi umizgami może pżyczynić się do faktu żeczywiście doniosłego — muwił Ochocki. — Żecz jest taka. Ja nieraz napomykałem Dalskiemu (i zresztą wszystkim, ktuży mają pieniądze), że warto by założyć w Warszawie gabinet doświadczalny do tehnologii hemicznej i mehanicznej. Bo pojmujesz pan, u nas nie ma wynalazkuw pżede wszystkim dlatego, że nie ma ih gdzie robić... Naturalnie, baron słuhał moih wywoduw jednym uhem, a drugim je wypuszczał. Coś mu z tego jednak ugżęzło w muzgu, bo dziś, kiedy Starski połaskotał go po sercu i po żebrah, muj baron, rozmyślając nad sposobami wydziedziczenia żony, gadał ze mną po całyh dniah o pracowni tehnologicznej. A na co się to zda?... A czy ludzie istotnie zrobią się mądżejsi i lepsi, gdyby im ufundować pracownię?... A ile by kosztowała i czy ja podjąłbym się użądzenia podobnej instytucji?... Kiedym zaś wyjeżdżał, żeczy tak stanęły, że baron wezwał do siebie rejenta i spisali jakiś akt, ktury, o ile mogę wnosić z pułsłuwek, dotyczy właśnie pracowni. Zresztą Dalski prosił mnie, ażeby mu wskazać facetuw zdolnyh do dyrygowania tym interesem. No i patż pan, czy to nie ironia losu, ażeby takie zero jak Starski, taki gatunek publicznego mężczyzny na pociehę nudzącyh się mężatek, ażeby ten frant był zarodkiem tehnologicznej pracowni!... I niehże mi teraz dowodzą, że na świecie jest coś niepotżebnego.
Wokulski otarł pot z tważy, ktura pży białej hustce wydawała się prawie popielatą.
— Ale może ja pana męczę?... — zapytał Ochocki.
— Owszem, nieh pan muwi... Hociaż... zdaje mi się, że pan trohę pżecenia zasługi tego... pana, a już całkiem zapomina pan...
— O czym?...
— O tym, że pracownia tehnologiczna wyrośnie z cierpień, z gruzuw ludzkiego szczęścia. I nawet nie zadaje pan sobie pytania, jaką drogę pżeszedł baron od miłości dla swojej żony do... pracowni tehnologicznej!...
— A cuż mnie to obhodzi! — zawołał Ochocki wyżucając rękoma. — Kupić postęp społeczny za cierpienia, hoćby najokropniejsze, jednostki, to dalibug! tanie kupno...
— A czy pan pżynajmniej wiesz, jakie bywają cierpienia jednostek? — spytał Wokulski.
— Wiem! wiem!... Wyrywali mi pżecież bez hloroformu paznokieć u nogi i jeszcze u wielkiego palca...
— Paznokieć? — powtużył w zamyśleniu Wokulski. — A czy pan zna ten dawny aforyzm: „Niekiedy duh ludzki rozdziera się i walczy z samym sobą?...” Kto wie, czy to nie gorsze od wyrywania paznokcia, a może od zdarcia całej skury?
— Iii... to jakaś niemęska dolegliwość! — odparł kżywiąc się Ochocki. — To może kobiety doświadczają czegoś podobnego pży porodah... Ale mężczyzna...
Wokulski roześmiał się głośno.
— Śmiejesz się pan ze mnie?... — ofuknął Ochocki.
— Nie, tylko z barona... A pan dlaczego nie podjąłeś się zorganizować pracowni tehnologicznej?
— Dajże mi pan spokuj! Wolę pojehać do gotowej pracowni, a nie dopiero twożyć nową, z kturej bym nie doczekał się owocuw i sam zmarniał. Na to tżeba mieć zdolności administracyjne i pedagogiczne, a już bynajmniej nie myśleć o mahinah latającyh...
— Więc?... — spytał Wokulski.
— Jakie więc?... Bylem odebrał muj kapitalik, jaki jeszcze mam na hipotece, a o ktury od tżeh lat nie mogę się doprosić, zmykam za granicę i na serio biorę się do roboty. Tutaj można nie tylko rozprużniaczyć się, ale zgłupieć i skwaśnieć...
— Pracować wszędzie można.
— Facecje!... — odparł Ochocki. — Bo nawet, pominąwszy brak pracowni, tu pżede wszystkim nie ma naukowego klimatu. Tu jest miasto karierowiczuw, między kturymi istotny badacz uhodzi za gbura albo wariata. Ludzie uczą się nie dla wiedzy, ale dla posady; a posadę i rozgłos zdobywają pżez stosunki, pżez baby, pżez rauty, czy ja wiem wreszcie pżez co!... Skąpałem się w tej sadzawce. Znam prawdziwie uczonyh, nawet ludzi z geniuszem, ktuży nagle zatżymani w swym rozwoju wzięli się do dawania lekcyj albo do pisania artykułuw popularnyh, kturyh nikt nie czyta, a hoćby czytał, nie rozumie. Rozmawiałem z wielkimi pżemysłowcami myśląc, że skłonię ih do popierania nauki, hoćby dla praktycznyh wynalazkuw. I wiesz pan, com poznał?... Oto oni mają takie wyobrażenie o nauce jak gęsi o logarytmah. A wiesz pan, jakie wynalazki zainteresowałyby ih?... Tylko dwa: jeden, ktury by wpłynął na zwiększenie dywidend, a drugi, ktury by nauczył ih pisać takie kontrakty obstalunkowe, żeby na nih można było okpić kundmana bądź na cenie, bądź na toważe. Pżecież oni, dopuki myśleli, że pan zrobisz szwindel na tej spułce do handlu z cesarstwem, nazywali pana geniuszem; a dziś muwią, że pan masz rozmiękczenie muzgu, ponieważ dałeś swoim wspulnikom o tży procent więcej, aniżeli obiecałeś.
— Wiem o tym — odparł Wokulski.
— No, więc sprubujże pan między takimi ludźmi pracować dla nauki. Zdehniesz z głodu albo zidiociejesz!... Ale za to jeżeli będziesz pan umiał tańczyć, grać na jakim instrumencie, występować w teatże amatorskim, a nade wszystko bawić damy, aaa... to zrobisz pan karierę. Natyhmiast ogłoszą pana za znakomitość i zajmiesz takie stanowisko, na kturym dohody dziesięć razy pżeniosą wartość pańskiej pracy. Rauty i damy, damy i rauty!... A ponieważ ja nie jestem lokajem, ażebym miał fatygować się na rautah, a damy uważam za bardzo pożyteczne, ale tylko do rodzenia dzieci, więc umknę stąd, hociażby do Zurychu.
— A do Geista nie pojehałbyś pan? — spytał Wokulski.
Ochocki zamyślił się.
— Tam tżeba setek tysięcy rubli, kturyh ja nie mam — odparł. — Zresztą, hoćbym je miał, musiałbym pierwej pżekonać się, co to jest naprawdę?... Bo owe zmniejszanie ciężaru gatunkowego ciał wygląda mi na bajkę.
— Pżecież pokazywałem panu blaszkę — żekł Wokulski.
— Aha, prawda... Nieh no ją pan pokaże!... — zawołał Ochocki.
Wokulskiemu wystąpił na tważ horobliwy rumieniec i szybko zniknął.
— Już jej nie mam!... — żekł stłumionym głosem.
— Cuż się z nią stało? — zdziwił się Ochocki.
— Mniejsza!... Pżypuść pan, że upadła gdzieś w kanał... Ale czy do Geista pojehałbyś pan mając na pżykład pieniądze?...
— Owszem, pojehałbym, ale najpierwej dla sprawdzenia faktu. Bo to, co ja wiem o materiałah hemicznyh, wybacz pan, ale nie godzi się z teorią zmienności ciężaruw gatunkowyh poza pewną granicą.
Obaj umilkli, a wkrutce Ochocki opuścił Wokulskiego. Wizyta Ochockiego zbudziła w Wokulskim nowy prąd myśli.
Poczuł nie tylko hęć, ale żądzę pżypomnienia sobie doświadczeń hemicznyh i tego samego dnia wybiegł na miasto, ażeby kupić retort, rurek, epruwetek tudzież rozmaityh preparatuw.
Pod wpływem tej myśli wyszedł śmiało na ulicę, nawet wsiadł w dorożkę; na ludzi patżył obojętnie i nie doznawał pżykrości widząc, że jedni ciekawie pżypatrują mu się, inni go nie poznają, a inni nawet uśmiehają się złośliwie na jego widok.
Ale już w magazynie szkieł, a jeszcze bardziej w składzie materiałuw aptecznyh pżyszło mu na myśl, jak dalece osłabła w nim nie tylko energia, ale wprost ludzka samodzielność, jeżeli rozmowa z Ochockim pżypomniała mu hemię, kturą nie zajmował się od kilku lat!...
„Wszystko jedno — mruknął — jeżeli mi to czas zapełni.”
Na drugi dzień zakupił wagę precyzyjną i kilka bardziej skomplikowanyh nażędzi i wziął się do roboty jak uczeń, ktury dopiero zaczyna studia.
Na początek otżymał wodur, co pżypomniało mu czasy akademickie, kiedy to wyrabiało się wodur we flaszce owiniętej ręcznikiem, pży pomocy puszek od szuwaksu. Jakie to były szczęśliwe czasy!... Potem pżyszły mu na myśl balony jego pomysłu, a potem Geist, ktury utżymywał, że hemia związkuw wodoru zmieni dzieje ludzkości...
„No, a gdybym tak ja za parę lat trafił na uw metal, kturego Geist poszukuje? — żekł do siebie. — Geist twierdzi, że odkrycie zależy od wyprubowania kilku tysięcy kombinacji; jest to więc loteria, a ja mam szczęście... Gdybym zaś znalazł taki metal, co wuwczas powiedziałaby panna Izabela?...”
Gniew zakipiał w nim na to wspomnienie.
„Ah — szepnął — hciałbym być sławnym i potężnym, ażebym mugł jej dowieść, jak nią gardzę...”
Potem pżyszło mu na myśl, że pogarda nie objawia się ani gniewem, ani hęcią upokożenia kogoś, i znowu zabrał się do roboty.
Elementarne doświadczenia z wodorem sprawiały mu najwięcej pżyjemności, toteż powtażał je najczęściej.
Jednego dnia zrobił sobie harmonijkę fizyczną i tak głośno na niej wygrywał, że nazajutż odwiedził go sam właściciel domu zapytując z całą upżejmością, czy nie zgodziłby się na odstąpienie swojego mieszkania od kwartału?
— A ma pan kandydata? — spytał Wokulski.
— To jest... tak jakby... Prawie mam — odpowiedział zakłopotany gospodaż.
— W takim razie odstąpię.
Gospodaż trohę się zdziwił gotowości Wokulskiego, ale pożegnał go bardzo zadowolony. Wokulski śmiał się.
„Oczywiście — myślał — uważa mnie za bzika albo za bankruta... Tym lepiej!... Prawdę bowiem powiedziawszy, mogę doskonale mieszkać w dwu pokojah zamiast ośmiu.”
Potem pżyhodziły hwile, że nie wiadomo dlaczego żałował pośpiehu w odstąpieniu mieszkania. Ale wuwczas pżypomniał sobie barona i Węgiełka.
„Baron — muwił — rozwodzi się z żoną, ktura romansowała z innym; Węgiełek stracił serce do swojej dlatego tylko, że na własne oczy zobaczył jednego z jej gahuw... Cuż bym więc ja powinien zrobić?...”
I znowu zabierał się do analiz, z pżyjemnością widząc, że nie bardzo stracił wprawę.
Zajęcia te wybornie go pohłaniały. Niekiedy pżez kilka godzin z żędu nie myślał o pannie Izabeli, a wtedy czuł, że jego zmęczony muzg naprawdę wypoczywa. Nawet pżygasła w nim obawa ludzi i ulic, i zaczął coraz częściej wyhodzić na miasto.
Jednego dnia pojehał aż do Łazienek; zrobił więcej, gdyż spojżał w aleję, po kturej niegdyś spacerował z panną Izabelą. Wtem zwabione pżez kogoś łabędzie rozpuściły skżydła i udeżając nimi o wodę pżyleciały do bżegu. Zwykły ten widok straszne zrobił wrażenie na Wokulskim: pżypomniał mu odjazd panny Izabeli z Zasławka... Jak szalony uciekł z parku, wpadł do dorożki i z zamkniętymi oczyma zajehał do domu.
Tego dnia nie zajmował się niczym, a w nocy miał dziwny sen.
Śniło mu się, że stanęła pżed nim panna Izabela i ze łzami w oczah zapytywała go: czemu ją pożucił?... Wszakże owa podruż do Skierniewic, rozmowa ze Starskim i jego umizgi były tylko snem. Wszakże jemu się to tylko śniło...
Wokulski zerwał się z pościeli i zapalił światło.
„Co tu jest snem?... — pytał się. — Czy podruż do Skierniewic, czy jej żal i wyżuty?...”
Do rana nie mugł zasnąć, trapiły go kwestie i wątpliwości największej wagi.
„Czy osoby, siedzące w słabo oświetlonym wagonie, mogły odbić się w szybie — myślał — i czy to, co widziałem wuwczas, nie było halucynacją?... Czy posiadam w tym stopniu język angielski, ażebym nie mugł pżesłyszeć się co do znaczenia niekturyh wyrazuw?... Jak ja wyglądam wobec niej, jeżelim zrobił tak straszny afront bez powodu?... Pżecież kuzyni, i jeszcze znający się od dziecka, mogą prowadzić nawet dość drastyczne rozmowy nie zdradzając niczyjego zaufania?...
Co ja zrobiłem, nieszczęśliwy, jeżelim się omylił tylko pod wpływem nieusprawiedliwionej zazdrości!... Wszakże ten Starski kohał się w baronowej, panna Izabela wiedziała o tym i już hyba nie miałaby wstydu romansując z cudzym kohankiem...”
Potem pżypomniał sobie swoje życie obecne, tak puste, tak okropnie puste!... Zerwał z dotyhczasowymi zajęciami, zerwał z ludźmi i już nie miał pżed sobą nic, no — nic. Co dalej pocznie?... Czy ma czytać fantastyczne książki? Czy robić bezcelowe doświadczenia? Czy jehać gdzie? Czy ożenić się ze Stawską?... Ależ cokolwiek z tego wybieże, gdziekolwiek pujdzie, nigdy nie pozbędzie się ani żalu, ani uczucia samotności!
„No, a baron?... — żekł do siebie. — Ożenił się ze swoją panną Eweliną i co?... Myśli dziś o założeniu pracowni tehnologicznej, on, ktury może nawet nie rozumie, co znaczy tehnologia...”
Dzień i kąpiel pod prysznicem nadała znowu inny kierunek myślom Wokulskiego.
„Mam, co najmniej, tżydzieści do czterdziestu tysięcy rubli rocznie; wydam na siebie dwa do tżeh tysięcy, cuż zrobię z resztą, co z majątkiem, ktury mnie wprost pżytłacza?... Za taką sumę mugłbym ustalić byt tysiącowi rodzin; ale co mi z tego, jeżeli jedne z nih będą nieszczęśliwymi jak Węgiełek, a inne odwdzięczą mi się tak jak drużnik Wysocki?...”
Znowu pżypomniał sobie Geista i jego tajemniczy warsztat, w kturym wykluwał się zarodek nowej cywilizacji. Tam włożony majątek i praca opłaciłaby się milion milionuw razy. Tam był i cel kolosalny, i sposub zapełnienia czasu, a w perspektywie sława i potęga, jakiej nie widziano na świecie... Pancerniki unoszące się w powietżu!... czy mogło być coś niezmierniejszego w skutkah?...
„A jeżeli nie ja znajdę uw metal, tylko ktoś inny, co jest bardzo prawdopodobne?...” — pytał sam siebie.
„No to i cuż? — odpowiadał. — W najgorszym razie należałbym do tyh kilku, ktuży wynalazek posunęli napżud. Taka sprawa warta pżecie ofiary z bezużytecznego majątku i bezcelowego życia. Więc lepiej tu zmarnować się w cztereh ścianah albo zgłupieć pży preferansie aniżeli tam sięgać po bezpżykładną hwałę?...”
Stopniowo w duszy Wokulskiego coraz wyraźniej począł zarysowywać się jakiś zamiar; lecz im dokładniej pojmował go, im więcej odkrywał w nim zalet, tym lepiej czuł, że do wykonania brakuje mu energii, a nawet pobudki.
Wola jego była zupełnie sparaliżowana; ocucić ją mogło tylko silne wstżąśnienie. Tymczasem wstżąśnienie nie pżyhodziło, a codzienny bieg wypadkuw pogrążał Wokulskiego w coraz głębszej apatii.
„Już nie ginę, ale gniję” — muwił do siebie.
Rzecki, ktury odwiedzał go coraz żadziej, patżył na niego z pżerażeniem.
— Źle robisz, Stachu — odzywał się nieraz. — Źle, źle, źle!... Lepiej nie żyć aniżeli tak żyć...
Pewnego dnia służący oddał Wokulskiemu list zaadresowany kobiecą ręką.
Otwożył go i pżeczytał:
„Muszę się z panem widzieć, czekam dziś o tżeciej po południu.
Wąsowska”
„Czego ona może hcieć ode mnie?...” — zapytał zdumiony.
Ale pżed tżecią pojehał.
Punkt o tżeciej Wokulski znalazł się w pżedpokoju Wąsowskiej. Lokaj, nawet nie pytając, kim jest, otwożył dżwi do salonu, po kturym szybkimi krokami spacerowała piękna wdowa.
Była w ciemnej sukni, doskonale uwydatniającej jej posągową figurę; rude włosy, jak zwykle, były zebrane w ogromny węzeł, ale zamiast szpilki tkwił w nih wąski sztylecik ze złotą rękojeścią.
Na jej widok ogarnęło Wokulskiego osobliwe uczucie radości i rozżewnienia; podbiegł do niej i gorąco ucałował jej rękę.
— Nie powinna bym muwić z panem!... — żekła pani Wąsowska wydzierając mu rękę.
— W takim razie po cuż mnie pani wezwała? — odparł zdziwiony. Zdawało mu się, że go na wstępie oblano zimną wodą.
— Nieh pan siada.
Wokulski siadł milcząc; pani Wąsowska wciąż hodziła po salonie.
— Doskonale się pan popisuje, nie ma co muwić!... — zaczęła po hwili wzbużonym głosem. — Naraził pan osobę z toważystwa na plotki, jej ojca na horobę, całą rodzinę na pżykrości... Zamyka się pan po parę miesięcy w domu, robi pan zawud kilkunastu ludziom, ktuży mu nieograniczenie ufali, a potem nawet poczciwy książę wszystkie pańskie dziwactwa nazywa „pżyczynkiem do działalności kobiet...” Winszuję panu... Gdybyż to jeszcze zrobił jaki student...
Nagle umilkła... Wokulski był strasznie zmieniony.
— Ah, cuż znowu, pżecież mi pan hyba nie zemdlejesz?... — żekła pżestraszona. — Dam panu wody albo wina...
— Dziękuję pani — odparł. Jego tważ bardzo szybko odzyskała naturalną barwę i spokojny wyraz. — Widzi pani, że naprawdę nie jestem zdruw.
Pani Wąsowska zaczęła mu się pilnie pżypatrywać.
— Tak — muwiła — trohę pan zeszczuplał, ale z tą brodą jest panu wcale nieźle. Nie powinien pan jej golić... Wygląda pan interesująco...
Wokulski rumienił się jak dzieciak. Słuhał pani Wąsowskiej i dziwił się czując, że jest wobec niej nieśmiały, prawie zawstydzony.
„Co się ze mną dzieje?” — pomyślał.
— W każdym razie powinien pan zaraz wyjehać na wieś — ciągnęła dalej. — Kto słyszał siedzieć w mieście na początku sierpnia?... O, basta, muj panie!... Pojutże zabieram pana do siebie, bo inaczej cień nieboszczki prezesowej nie dałby mi spokoju... Od dzisiejszego dnia pżyhodzi pan do mnie na obiady i kolacje; po obiedzie jedziemy na spacer, a pojutże... bądź zdrowa, Warszawo!... Dosyć tego...
Wokulski był tak zahukany, że nie umiał zdobyć się na odpowiedź. Nie wiedział, co zrobić z rękoma, i czuł, że na tważ biją mu ognie.
Zadzwoniła. Wszedł lokaj.
— Proszę podać wina — żekła pani Wąsowska. — Wiesz, tego maślacza... Panie Wokulski, nieh pan zapali papierosa.
Wokulski natyhmiast zapalił papierosa modląc się w duszy, żeby mugł zapanować nad drżeniem rąk. Lokaj pżyniusł wino i dwa kieliszki; pani Wąsowska nalała oba.
— Pij pan — żekła.
Wokulski wypił duszkiem.
— O tak, to lubię!... Za pańskie zdrowie! — dodała pijąc. — A teraz musi pan wypić za moje...
Wokulski wypił drugi kieliszek.
— A teraz wypije pan za spełnienie moih zamiaruw... Proszę... proszę... tylko natyhmiast...
— Za pozwoleniem pani — odparł — ale ja nie hcę upić się.
— Więc pan nie życzy mi spełnienia zamiaruw?
— Owszem, ale muszę je pierwej poznać.
— Doprawdy?... — zawołała pani Wąsowska. — A to coś zupełnie nowego... Dobże, nieh pan nie pije.
Zaczęła patżeć w okno udeżając nogą w podłogę. Wokulski zamyślił się. Milczenie trwało parę minut, nareszcie pżerwała je pani.
— Słyszałeś pan, co zrobił baron?... Jak się to panu podoba?...
— Dobże zrobił — odparł Wokulski już zupełnie spokojnym tonem.
Pani Wąsowska zerwała się z fotelu.
— Co?!... — zawołała. — Pan bronisz człowieka, ktury okrył hańbą kobietę?... Brutala, egoistę, ktury dla dogodzenia zemście nie cofnął się pżed najniższymi środkami...
— Cuż on zrobił?
— Ah, więc pan nic nie wiesz... Wyobraź pan sobie, że zażądał rozwodu z żoną i ażeby skandal zrobić jeszcze głośniejszym, stżelał się ze Starskim...
— To prawda — żekł Wokulski po namyśle. — Bo pżecież, nie muwiąc nikomu, mugł był tylko sobie w łeb stżelić zapisawszy pierwej żonie majątek.
Pani Wąsowska wybuhnęła gniewem.
— Z pewnością — żekła — tak by zrobił każdy mężczyzna mający iskrę szlahetności i poczucia honoru... Wolałby się sam zabić aniżeli ciągnąć pod pręgież biedną kobietę, słabą istotę, nad kturą tak łatwa jest zemsta, kiedy się ma za sobą majątek, stanowisko i pżesądy publiczne!... Ale po panu nie spodziewałam się tego... Ha! ha! ha!... I to jest ten nowy człowiek, ten bohater, ktury cierpi i milczy... O, wy wszyscy jesteście jednakowi!...
— Pżepraszam, ale... o co właściwie ma pani pretensję do barona?
Z oczu pani Wąsowskiej posypały się błyskawice.
— Kohał baron Ewelinę czy nie?... — zapytała.
— Wariował za nią!
— Otuż nieprawda, on udawał, że ją koha, kłamał, że ubustwia... Ale pży najpierwszej sposobności dowiudł, że nawet nie traktował jej jak ruwnego sobie człowieka, ale jak niewolnicę, kturej za hwilę słabości można założyć powruz na szyję, wyciągnąć na rynek, okryć sromotą... O, wy panowie świata, obłudnicy!... Dopuki was zaślepia zwieżęcy instynkt, włuczycie się u nug, gotowiście spełnić podłość, kłamiecie: ty najdroższa... ty ubustwiana... za ciebie oddałbym życie... Kiedy zaś biedna ofiara uwieży waszym kżywopżysięstwom, zaczynacie się nudzić, a jeżeli i w niej odezwie się ludzka, ułomna natura, depczecie ją nogami... Ah, jakie to obużające, jakie to nikczemne... Czy mi pan co nareszcie odpowiesz?...
— Czy pani baronowa nie romansowała z panem Starskim? — zapytał Wokulski.
— O!... zaraz romansowała. Flirtowała go, zresztą miała do niego feblik...
— Feblik?... Nie znałem tego wyrazu. Więc jeżeli miała feblik do Starskiego, to po cuż wyszła za barona?
— Bo ją o to błagał na klęczkah... groził, że odbieże sobie życie...
— Pżepraszam, ale... Czy on ją błagał tylko o to, ażeby raczyła pżyjąć jego nazwisko i majątek, czy też i o to, ażeby nie miała feblika do innyh mężczyzn?...
— A wy?... a mężczyźni?... co wyrabiacie pżed ślubem i po ślubie?... Więc kobieta...
— Proszę pani, nam jeszcze kiedy jesteśmy dziećmi, tłomaczą, żeśmy zwieżęta i że jedynym sposobem uczłowieczenia się jest miłość dla kobiety, kturej szlahetność, niewinność i wierność trohę powściągają świat od zupełnego zbydlęcenia. No, i my wieżymy w tę szlahetność, niewinność et caetera, ubustwiamy ją, padamy pżed nią na kolana...
— I słusznie, bo jesteście daleko mniej warci od kobiet.
— Uznajemy to na tysiące sposobuw i twierdzimy, że wprawdzie mężczyzna twoży cywilizację, ale dopiero kobieta uświęca ją i wyciska na niej idealniejsze piętno... Jeżeli jednak kobiety mają nas naśladować pod względem owej zwieżęcości, to niby czymże będą lepsze od nas, a nade wszystko: za co mamy je ubustwiać?...
— Za miłość.
— I to piękna żecz! Ale jeżeli pan Starski otżymuje miłość za swoje wąsiki i spojżenia, to znowu inny pan nie ma racji dawać za nią nazwiska, majątku i swobody.
— Ja pana coraz mniej rozumiem — żekła pani Wąsowska. — Uznajesz pan, że kobiety są ruwne mężczyznom czy nie?...
— W sumie są ruwne, w szczegułah nie! Umysłem i pracą pżeciętna kobieta jest niższą od mężczyzny; ale obyczajami i uczuciem ma być od niego o tyle wyższą, że kompensuje tamte nieruwności. Pżynajmniej tak nam to ciągle muwią, my w to wieżymy i pomimo wielu niższości kobiet stawiamy je wyżej od nas... Jeżeli zaś pani baronowa zżekła się swoih zalet, a że się ih od dawna zżekła, tośmy widzieli wszyscy, więc nie może dziwić się, że straciła i pżywileje. Mąż pozbył się jej jako nieuczciwego wspulnika.
— Ależ baron to niedołężny stażec!...
— Po cuż za niego wyszła, po co nawet słuhała jego miłosnyh paroksyzmuw?
— Więc pan nie pojmujesz tego, że kobieta może być zmuszoną do spżedania się?... — zapytała pani Wąsowska blednąc i rumieniąc się.
— Pojmuję, pani, bo... ja sam kiedyś spżedałem się, tylko nie dla zyskania majątku, ale z nędzy...
— Cuż dalej?
— Ale żona moja pżede wszystkim z gury nie posądzała mnie o niewinność, a ja jej, co prawda, nie obiecywałem miłości. Byłem bardzo lihym mężem, ale za to, jak człowiek kupiony, byłem najlepszym subiektem i najwierniejszym jej sługą. Hodziłem z nią po kościołah, koncertah, teatrah, bawiłem jej gości i faktycznie potroiłem dohody ze sklepu.
— I nie miałeś pan kohanek?
— Nie, pani. Tak gożko odczuwałem moją niewolę, żem po prostu nie śmiał patżeć na inne kobiety. Nieh więc pani pżyzna, że mam prawo być surowym sędzią pani baronowej, ktura spżedając się wiedziała, że nie kupowano od niej... jej pracy.
— Okropność! — szepnęła pani Wąsowska patżąc w ziemię.
— Tak, pani. Handel ludźmi jest żeczą okropną, a jeszcze okropniejszą handel samym sobą. Ale dopiero transakcje zawierane w złej wieże są żeczą haniebną. Gdy się taka sprawa wykryje, następstwa muszą być bardzo pżykre dla strony zdemaskowanej.
Jakiś czas oboje siedzieli milcząc. Pani Wąsowska była zirytowana, Wokulski sposępniał.
— Nie!... — zawołała nagle — ja muszę z pana wydobyć zdanie stanowcze...
— O czym?
— O rużnyh kwestiah, na kture mi pan odpowie jasno i wyraźnie.
— Czy to ma być egzamin?
— Coś na kształt tego.
— Słuham panią.
Można było myśleć, że się waha; pżemogła się jednak i zapytała:
— Więc utżymuje pan, że baron miał prawo odephnąć i zniesławić kobietę?...
— Ktura go oszukała?... Miał.
— Co pan nazywa oszustwem?
— Pżyjmowanie uwielbień barona pomimo feblika, jak pani muwi, do pana Starskiego.
Pani Wąsowska pżygryzła usta.
— A baron ile miał takih feblikuw?...
— Zapewne tyle, na ile mu starczyło ohoty i okazji — odparł Wokulski. — Ale baron nie pozował na niewinność, nie nosił tytułu specjalisty od czystości obyczajuw, nie był za to otaczany hołdami... Gdyby baron zdobył czyjeś serce twierdząc, że nigdy nie miał kohanek, a miał je, byłby także oszustem. Co prawda, nie tego w nim szukano.
Pani Wąsowska uśmiehnęła się.
— Wyborny pan jesteś!... A kturaż kobieta twierdzi czy zapewnia was, że nie miała kohankuw?...
— Ah, więc pani ih miała...
— Muj panie!... — wybuhnęła wduwka zrywając się.
Wnet jednak opamiętała się i żekła hłodno:
— Zastżegam sobie u pana niejaką względność w wyboże argumentuw.
— Na co to?... Pżecież oboje mamy ruwne prawa, a ja wcale się nie obrażę, jeżeli pani zapyta mnie o liczbę moih kohanek.
— Nie ciekawam.
Zaczęła hodzić po salonie. W Wokulskim zadrgał gniew, ale go opanował.
— Tak, pżyznaję panu — muwiła — że nie jestem wolną od pżesąduw. No, ale ja jestem tylko kobietą, mam muzg lżejszy, jak utżymują wasi antropologowie; zresztą jestem spętana stosunkami, nałogami i Bóg wie czym!... Gdybym, jednak była rozumnym mężczyzną jak pan i wieżyła w postęp jak pan, umiałabym otżąsnąć się z tyh naleciałości, a hoćby tylko uznać, że prędzej lub puźniej kobiety muszą być ruwnouprawnione.
— Niby pod względem tyh feblikuw?...
— Niby... niby... — pżedżeźniała go. — Właśnie muwię o tyh feblikah...
— O!... to po cuż mamy czekać na wątpliwe rezultaty postępu? Już dziś jest bardzo wiele kobiet ruwnouprawnionyh pod tym względem. Twożą nawet potężne stronnictwo, nazywające się kokotami... Ale dziwna żecz: posiadając względy mężczyzn, panie te nie cieszą się życzliwością kobiet...
— Z panem nie można rozmawiać, panie Wokulski — upomniała go wduwka.
— Nie można ze mną rozmawiać o ruwnouprawnieniu kobiet?
Pani Wąsowskiej zapłonęły oczy i krew udeżyła na tważ. Usiadła gwałtownie na fotelu i udeżywszy ręką w stuł, zawołała:
— Dobże!... otuż wytżymam pański cynizm i będę muwiła nawet o kokotah... Dowiedzże się pan, że tżeba mieć bardzo niski harakter, ażeby zestawiać te damy, kture spżedają się za pieniądze, z kobietami uczciwymi i szlahetnymi, kture oddają się z miłości...
— Ciągle pozując na niewinność...
— Hociażby.
— I po kolei oszukując naiwnyh, ktuży temu wieżą.
— A co im szkodzi oszustwo?... — zapytała, zuhwale patżąc mu w oczy.
Wokulski zaciął zęby, ale opanował się i muwił spokojnie:
— Proszę pani, co by też powiedzieli o mnie moi wspulnicy, gdybym ja zamiast sześciukroć stu tysięcy rubli majątku, jak to ogłoszono, miał sześć tysięcy i nie protestował pżeciw pogłoskom?... Hodzi pżecież tylko o dwa zera...
— Wyłączmy kwestie pieniężne — pżerwała pani Wąsowska.
— Aha!... A więc co sama pani powiedziałaby o mnie, gdybym ja na pżykład nazywał się nie Wokulski, ale — Wolkuski i za pomocą tak małego pżestawienia liter zdobył życzliwość nieboszczki prezesowej, wcisnął się do jej domu i tam miał honor poznać panią?... Jak by pani nazwała ten sposub robienia znajomości i pozyskiwania ludzkih względuw?...
Na ruhliwej tważy pani Wąsowskiej odmalowało się uczucie wstrętu.
— Jakiż to znowu ma związek ze sprawą barona i jego żony?... — odparła.
— Ma, proszę pani, ten związek, że na świecie nie wolno pżywłaszczać sobie tytułuw. Kokota może być zresztą użyteczną kobietą i nikt nie ma prawa robić jej wymuwek za specjalność; ale kokota maskująca się pozorami tak zwanej nieskazitelności jest oszustką. A za to już można robić wymuwki.
— Okropność!... — wybuhnęła pani Wąsowska. — Ale mniejsza... Powiedz mi pan jednak, co świat traci na podobnej mistyfikacji?...
Wokulskiemu zaczęło szumieć w uszah.
— Świat niekiedy zyskuje, jeżeli jakiś naiwny prostak wpada w obłęd zwany miłością idealną i za cenę największyh niebezpieczeństw zdobywa majątek, aby go złożyć u stup swego ideału... Ale świat czasem traci, jeżeli ten wariat odkrywszy mistyfikację upada złamany, do niczego niezdolny... Albo... nie rozpożądziwszy majątkiem żuca się... To jest: stżela się z panem Starskim i dostaje kulą po żebrah... Świat traci, pani, jedno zabite szczęście, jeden zwihnięty umysł, a może i człowieka, ktury mugł coś zrobić...
— Ten człowiek sam sobie winien...
— Ma pani rację: byłby winien, gdyby spostżegłszy się nie postąpił jak baron i nie zerwał ze swoim ogłupieniem i hańbą...
— Krutko muwiąc — żekła pani Wąsowska — mężczyźni nie zżekną się dobrowolnie swoih dzikih pżywilejuw wobec kobiet...
— To jest: nie uznają pżywileju zwodzenia...
— Kto zaś odżuca układy — muwiła z uniesieniem — ten rozpoczyna walkę...
— Walkę?... — powtużył śmiejąc się Wokulski.
— Tak, walkę, w kturej strona silniejsza zwycięży... A kto silniejszy, to dopiero zobaczymy!... — zawołała potżąsając ręką.
W tej hwili stała się żecz dziwna. Wokulski nagle shwycił panią Wąsowska za obie ręce i umieścił je między tżema palcami swojej.
— Cuż to znaczy?... — zapytała blednąc.
— Prubujemy, kto silniejszy — odparł.
— No... już dosyć żartuw...
— Nie, pani, to nie są żarty... To tylko mały dowud, że z panią, jako reprezentantką walki, mogę zrobić, co mi się podoba. Tak czy nie?
— Puść mnie pan — zawołała szarpiąc się — bo zawołam na służbę...
Wokulski puścił jej ręce.
— Ah, więc będziecie panie walczyć z nami pży pomocy służby?... Ciekawym, jakiego wynagrodzenia zażądaliby ci spżymieżeńcy i czy pozwoliliby nie dotżymywać zobowiązań?
Pani Wąsowska pżypatrywała mu się napżud z lekką trwogą, potem z obużeniem, w końcu wzruszyła ramionami.
— Wie pan, co mi na myśl pżyszło?
— Żem oszalał.
— Coś na kształt tego.
— Wobec tak pięknej kobiety i pży takiej dyskusji byłoby to żeczą naturalną.
— Ah, jakiż płaski kompliment!... — zawołała z grymasem. — W każdym razie muszę wyznać, żeś mi pan trohę zaimponował. Trohę... Ale nie wytżymałeś pan w roli, puściłeś mi ręce, i to mnie rozczarowało...
— O, ja potrafiłbym nie puścić rąk.
— A ja potrafiłabym zawołać na służbę...
— A ja, pżepraszam panią, potrafiłbym zakneblować usta...
— Co?... co?...
— To, co powiedziałem.
Pani Wąsowska znowu się zadziwiła.
— Wie pan — żekła zakładając po napoleońsku ręce — że pan jest albo bardzo oryginalny, albo... bardzo źle wyhowany...
— Wcale nie jestem wyhowany...
— Więc istotnie oryginalny — szepnęła. — Szkoda, że z tej strony nie dałeś się pan poznać Beli...
Wokulski osłupiał. Nie na dźwięk tego imienia, ale z powodu zmiany, jaką uczuł w sobie. Panna Izabela wydała mu się całkiem obojętna, a natomiast zaczęła go interesować pani Wąsowska.
— Tżeba jej było — ciągnęła — od razu wyłożyć swoje teorie tak jak mnie, a nie wynikłyby między wami nieporozumienia.
— Nieporozumienia?... — spytał Wokulski szeroko otwierając oczy.
— Tak, bo o ile wiem, ona panu gotowa pżebaczyć.
— Pżebaczyć?...
— Jesteś pan, widzę, jeszcze bardzo... osłabiony — muwiła obojętnym tonem — jeżeli nie czujesz, że postępek pański był brutalny... Wobec pańskih ekscentryczności nawet baron wygląda na eleganckiego człowieka.
Wokulski roześmiał się tak szczeże, iż jego samego to zaniepokoiło. Pani Wąsowska muwiła dalej:
— Śmiejesz się pan?... Wybaczam, ponieważ rozumiem taki śmieh... Jest to najwyższy stopień cierpienia...
— Pżysięgam pani, że od dziesięciu tygodni nie czułem się tak swobodnym... Boże muj!... nawet od paru lat... Zdaje mi się, że pżez cały ten czas szarpała mi muzg jakaś straszna zmora i pżed hwilą znikła... Teraz dopiero czuję, że jestem ocalony, i to dzięki pani...
Głos mu drżał. Wziął ją za obie ręce i całował prawie namiętnie. Pani Wąsowskiej zdawało się, że dostżegła w jego oczah coś na kształt łez.
— Ocalony!... Uwolniony!... — powtażał.
— Posłuhaj mnie pan — muwiła zimno, cofając ręce. — Wszystko wiem, co między wami zaszło... Postąpiłeś pan niegodziwie podsłuhując rozmowę, kturą znam w najdrobniejszyh szczegułah, a nawet więcej... Była to najzwyklejsza flirtacja...
— Ah, więc to jest flirtacja?... — pżerwał. — To, co robi kobietę podobną do restauracyjnej serwetki, kturą każdy może obcierać usta i palce?... To jest flirtacja, bardzo dobże!...
— Milcz pan!... — zawołała pani Wąsowska. — Nie pżeczę, że Bela postąpiła źle, ale... osądź pan sam siebie, jeżeli powiem, że ona pana...
— Koha, czy tak? — spytał Wokulski bawiąc się swoją brodą.
— O, koha!... Dopiero żałuje pana... Nie hcę się wdawać w szczeguły, dość, jeżeli powiem, że widywałam ją pżez dwa miesiące prawie co dzień... Że pżez ten czas muwiła tylko o panu i że najulubieńszym miejscem jej pżejażdżek jest... zamek zasławski!... Ile razy siadała na tym wielkim kamieniu z napisem, ile razy widziałam łzy w jej oczah... A nawet raz rozpłakała się na dobre, powtażając wyryty tam dwuwiersz:
Cuż pan na to?...
— Co ja na to?... — powtużył Wokulski. — Pżysięgam, że jedynym moim życzeniem w tej hwili jest, ażeby zaginął najdrobniejszy ślad mojej znajomości z panną Łęcką... A pżede wszystkim ten nieszczęśliwy kamień, ktury ją tak roztkliwia.
— Gdyby to była prawda, miałabym piękny dowud męskiej stałości...
— Nie, miałaby pani tylko dowud cudownej kuracji — muwił wzruszony. — O Boże!... zdaje mi się, że mnie ktoś na parę lat zamagnetyzował, że pżed dziesięcioma tygodniami zbudzono mnie nieumiejętnie i że dopiero dziś ocknąłem się naprawdę...
— Pan to muwisz na serio?...
— Czyliż pani nie widzi, jaki jestem szczęśliwy?... Odzyskałem siebie i znowu należę do siebie... Nieh mi pani wieży, że jest to cud, kturego najzupełniej nie rozumiem, ale ktury poruwnać można tylko z pżebudzeniem z letargu człowieka, ktury już leżał w trumnie.
— I czemu pan to pżypisuje?... — zapytała spuszczając oczy.
— Pżede wszystkim pani... A następnie temu, że nareszcie zdobyłem się na jasne sformułowanie pżed kimś żeczy, kturąm od dawna rozumiał, alem nie miał odwagi uznać. Panna Izabela to kobieta innego gatunku aniżeli ja i tylko jakieś obłąkanie mogło mnie pżykuć do niej.
— I co pan zrobi po tym ciekawym odkryciu?
— Nie wiem.
— Nie znalazł pan czasem kobiety swego gatunku?...
— Może.
— Zapewne jest nią ta pani... pani Sta... Sta...
— Stawska?... Nie. Prędzej byłaby nią pani.
Pani Wąsowska podniosła się z fotelu z miną bardzo uroczystą.
— Rozumiem — żekł Wokulski. — Mam już odejść?
— Jak pan uważa.
— I na wieś nie pojedziemy razem?
— O, to z pewnością... Hociaż... nie bronię panu pżyjehać tam... Zapewne będzie u mnie Bela...
— W takim razie nie pżyjadę.
— Nie twierdzę, że będzie.
— I zastałbym tylko samą panią?
— Pżypuszczam.
— I rozmawialibyśmy tak jak dzisiaj?... Jeździlibyśmy na spacer jak wuwczas?...
— I naprawdę rozpoczęłaby się między nami wojna — odparła pani Wąsowska.
— Ostżegam, że bym ją wygrał.
— Doprawdy?... I może zrobiłby mnie pan swoją niewolnicą?...
— Tak. Pżekonałbym, że potrafię mieć władzę, a puźniej u nug pani błagałbym, ażebyś pżyjęła mnie za swego niewolnika...
Pani Wąsowska odwruciła się i wyszła z salonu. Na progu zatżymała się hwilę i z lekka odwracając głowę żekła:
— Do widzenia... na wsi!...
Wokulski opuścił jej mieszkanie jak pijany. Znalazłszy się na ulicy szepnął:
„Oczywiście, zgłupiałem.”
Spojżał za siebie i zobaczył w oknie panią Wąsowską, ktura wyglądała spoza firanki.
„Do liha! — pomyślał. — Czy ja znowu nie wlazłem w jaką awanturę?...”
Idąc ulicą Wokulski wciąż zastanawiał się nad zmianą, jaka w nim zaszła.
Zdawało mu się, że z othłani, w kturej panuje noc i obłęd, wydobył się na jasny dzień. Pulsa biły mu silniej, oddyhał szeżej, myśli toczyły się z niezwykłą swobodą; czuł jakąś żeśkość w całym organizmie i nie dający się opisać spokuj w sercu.
Już nie drażnił go ruh uliczny, a cieszyły tłumy. Niebo miało ciemniejszą barwę, domy wyglądały zdrowiej, a nawet kuż nasycony potokami światła był piękny.
Największą jednak pżyjemność robił mu widok młodyh kobiet, ih giętkih ruhuw, uśmiehającyh się ust i wabiącyh spojżeń. Kilka z nih spojżało mu prosto w oczy z wyrazem słodkiej tkliwości i kokieterii; Wokulskiemu serce udeżyło śpieszniej, jakiś prąd drażniący pżeleciał po nim od stup do głuw.
„Ładne!...” — pomyślał.
Wnet jednak pżypomniał sobie panią Wąsowską i musiał pżyznać, że spomiędzy tyh ładnyh ona jest najładniejsza, a co lepiej, najponętniejsza... Co to za figura, jaki wspaniały kontur nogi, a płeć, a oczy mające w sobie coś z brylantuw i aksamitu... Byłby pżysiągł, że czuje zapah jej ciała, że słyszy spazmatyczny śmieh, i w głowie zaszumiało mu na samą myśl zbliżenia się do niej.
„Co to musi być za wściekła kobieta!... — szepnął. — Kąsałbym ją...”
Widmo pani Wąsowskiej tak go pżeśladowało i drażniło, że nagle pżyszedł mu projekt odwiedzić ją jeszcze dziś wieczorem.
„Pżecież zaprosiła mnie na obiady i kolacje — muwił do siebie, czując, że w nim coś kipi. — Wyżuci mnie za dżwi?... Po cuż by mnie kokietowała. Że nie ma do mnie wstrętu, wiem nie od dzisiaj, no, a ja, dalibug, mam na nią apetyt, ktury także coś wart...”
Wtem pżeszła obok niego jakaś szatynka z fiołkowymi oczyma i tważą dziecka, a Wokulski spostżegł ze zdziwieniem, że i ta mu się podoba.
O kilkanaście krokuw od swojego domu usłyszał wołanie:
— Hej!... hej!... Stachu!...
Wokulski odwrucił głowę i pod werendą cukierni zobaczył Szumana. Doktur zostawił nie dokończoną porcję loduw, żucił na stuł srebrną czterdziestuwkę i wybiegł do niego.
— Idę do ciebie — muwił Szuman biorąc go pod rękę. — Wiesz co, że dawno już nie miałeś tak byczej miny... Założę się, że wrucisz do spułki i porozpędzasz tyh parhuw... Co za fizjognomia... co za oko... Dziś dopiero poznaję dawnego Stacha!...
Minęli bramę, shody i weszli do mieszkania.
— A ja w tej hwili myślałem, że grozi mi jakaś nowa horoba... — żekł Wokulski ze śmiehem. — Hcesz cygaro?
— Dlaczego grozi?
— Wyobraź sobie, że może od godziny ogromne wrażenie robią na mnie kobiety... Jestem pżestraszony...
Szuman roześmiał się na cały głos.
— Pyszny jesteś... Zamiast wydać obiad na znak radości, to ten się boi... A cuż ty myślisz, że wuwczas byłeś zdruw, kiedyś wariował za jedną kobietą? Dziś jesteś zdruw, kiedy ci się wszystkie podobają, i nie masz nic pilniejszego jak postarać się o względy tej, ktura ci najlepiej pżypadnie do gustu.
— Bah!... A gdyby to była wielka dama?...
— Tym lepiej... tym lepiej... Wielkie damy są daleko smaczniejsze od pokojuwek. Kobiecość ogromnie zyskuje na szyku i inteligencji, a nade wszystko na dumie. Jakie czekają cię idealne rozmowy, jakie miny pełne godności... Ah, powiadam ci, to ze tży razy więcej warte...
Po tważy Wokulskiego pżeleciał cień.
— Oho! — zawołał Szuman — już widzę obok ciebie długie uho tego patrona, na kturym Chrystus wjeżdżał do Jerozolimy. Czego się kżywisz?... Właśnie umizgaj się tylko do wielkih dam, bo one mają ciekawość do demokracji.
W pżedpokoju rozległ się dzwonek i wszedł Ochocki. Spojżał na zacietżewionego doktora i zapytał:
— Pżeszkadzam panom?
— Nie — odparł Szuman — możesz pan nawet być pomocny. Bo właśnie radzę w tej hwli Stachowi, ażeby leczył się romansem, ale... nie idealnym. Z ideałami już dosyć...
— A wie pan, że tego wykładu i ja gotuw jestem posłuhać — żekł Ochocki zapalając podane cygaro.
— Awantura! — mruknął Wokulski.
— Żadna awantura — prawił Szuman. — Człowiek z twoim majątkiem może być kompletnie szczęśliwy, do rozsądnego bowiem szczęścia potżeba: co dzień jadać inne potrawy i brać czystą bieliznę, a co kwartał zmieniać miejsce pobytu i kohanki.
— Zabraknie kobiet — wtrącił Ochocki.
— Zostaw pan to kobietom, a już one postarają się, ażeby ih nie zabrakło — odparł szyderczo doktur. — Pżecież ta sama dieta stosuje się i do kobiet.
— Ta kwartalna dieta?... — spytał Ochocki.
— Naturalnie. Dlaczeguż one mają być gorsze od nas?
— Nieciekawa to jednak służba w dziesiątym lub dwudziestym kwartale.
— Pżesąd!... pżesąd!... — muwił Szuman. — Ani się pan spostżeżesz, ani się domyślisz, szczegulniej, jeżeli cię zapewnią, że jesteś dopiero drugim lub czwartym, i to tym prawdziwie kohanym, tym od dawna pżeczuwanym...
— Nie byłeś u Rzeckiego? — spytał Szumana Wokulski.
— No, jemu już nie zapiszę recepty na miłość — odparł doktur. — Stary kapcanieje...
— Istotnie, źle wygląda — dożucił Ochocki.
Rozmowa pżeszła na stan zdrowia Rzeckiego, potem na politykę, w końcu Szuman pożegnał ih.
— Bestia cynik!... — mruknął Ochocki.
— Nie lubi kobiet — dodał Wokulski — a w dodatku miewa gożkie dnie i wtedy wygaduje herezje.
— Czasami nie bez racji — żekł Ochocki — Ale też dobże trafił ze swymi poglądami... Bo akurat pżed godziną miałem uroczystą rozmowę z ciotką, ktura koniecznie namawia mnie, abym się ożenił, i dowodzi, że nic tak nie uszlahetnia człowieka jak miłość zacnej kobiety...
— On nie radził panu, tylko mnie.
— Ja też właśnie, gdym słuhał jego wywoduw, myślałem o panu. Wyobrażam sobie, jakbyś pan wyglądał zmieniając co kwartał kohanki, gdyby kiedy stanęli pżed panem ci wszyscy ludzie, ktuży dziś pracują na pańskie dohody, i zapytali: „Czym się wywdzięczasz nam za nasze trudy, nędzę i krutsze życie, kturego część tobie oddajemy?... Czy pracą, czy radą, czy pżykładem?...”
— Jacyż dziś ludzie pracują na moje dohody? — spytał Wokulski. — Wycofałem się z interesuw i zamieniam majątek na papiery.
— Jeżeli na listy zastawne ziemskie, to pżecież kupony od nih płacą parobcy; a jeżeli na jakieś akcje, to znowu ih dywidendy pokrywają robotnicy kolejowi, cukrowniani, tkaccy, czy ja zresztą wiem jacy?...
Wokulski jeszcze bardziej spohmurniał.
— Proszę pana — żekł — czy ja potżebuję myśleć o tym?... Tysiące żyją z procentuw i nie troszczą się podobnymi pytaniami.
— Ale ba — mruknął Ochocki. — Inni to nie pan... Ja mam wszystkiego pułtora tysiąca rubli rocznie, a jednak bardzo często pżyhodzi mi na myśl, że taka suma stanowi utżymanie tżeh albo cztereh ludzi i że jacyś faceci ustępują dla mnie ze świata albo muszą ograniczać swoje, już i tak ograniczone potżeby...
Wokulski pżeszedł się po pokoju.
— Kiedy pan jedziesz za granicę? — nagle zapytał.
— I tego nie wiem — odparł kwaśno Ochocki. — Muj dłużnik nie zwruci mi pieniędzy wcześniej jak za rok. Spłaci mnie dopiero nową pożyczką, a tej dziś niełatwo zaciągnąć.
— Duży daje procent?
— Siudmy.
— A pewna to lokacja?
— Pierwszy numer po Towarzystwie Kredytowym.
— A gdybym ja panu dał gotuwkę i wszedł w pańskie prawa, wyjehałbyś pan za granicę?
— Jednej hwili!... — zawołał Ochocki zrywając się. — Cuż ja tu wysiedzę?... Hyba z desperacji ożenię się bogato, a puźniej będę robił tak, jak radzi Szuman.
Wokulski zamyślił się.
— Cuż by to było złego ożenić się? — żekł pułgłosem.
— Dajże mi pan spokuj!... Ubogiej żony nie wykarmię, bogata wciągnęłaby mnie w sybarytyzm, a każda byłaby grobem moih planuw. Dla mnie tżeba jakiejś dziwnej kobiety, ktura by razem ze mną pracowała w laboratorium; a gdzież znajdę taką?...
Ochocki zdawał się być mocno rozstrojony i zabrał się do wyjścia.
— Więc, kohany panie — muwił żegnając się z nim Wokulski — sprawę pańskiego kapitału obgadamy. Ja gotuw jestem spłacić pana.
— Jak pan hce... Nie proszę o to, ale byłbym bardzo wdzięczny.
— Kiedy pan wyjeżdżasz do Zasławka?
— Jutro, właśnie pżyszedłem pożegnać pana.
— A więc interes gotuw — zakończył ściskając go Wokulski. — W październiku możesz pan mieć pieniądze.
Po wyjściu Ochockiego Wokulski położył się spać. Doznał dziś tylu silnyh i spżecznyh wrażeń, że nie umiał ih upożądkować. Zdawało mu się, że od hwili zerwania z panną Izabelą whodził na jakąś straszną wysokość, otoczoną pżepaściami, i dopiero dziś dosięgnął jej szczytuw, a nawet zeszedł na drugi skłon, gdzie ujżał jeszcze niewyraźne, lecz całkiem nowe horyzonty.
Jakiś czas snuły mu się pżed oczyma roje kobiet, a między nimi najczęściej pani Wąsowska; to znowu widział gromady parobkuw i robotnikuw, ktuży zapytywali go: co im dał w zamian za swoje dohody?
Nareszcie twardo zasnął.
Obudził się o szustej rano, a pierwszym wrażeniem było uczucie swobody i żeśkości.
Wprawdzie nie hciało mu się wstawać, lecz nie doznawał żadnego cierpienia i nie myślał o pannie Izabeli. To jest myślał, ale mugł nie myśleć; w każdym razie wspomnienie jej nie nurtowało go w sposub jak dotyhczas bolesny.
Ten brak cierpień znowu zatrwożył go.
„Czy to nie pżywidzenie?” — pomyślał.
Pżypomniał sobie historię dnia wczorajszego; pamięć i logika dopisywały mu.
„Może i wolę odzyskam?” — szepnął.
Na prubę postanowił, że wstanie za pięć minut, wykąpie się, ubieże i natyhmiast pujdzie na spacer do Łazienek. Patżył na posuwającą się skazuwkę zegarka i z niepokojem zapytał: „A może ja się nawet na to nie zdobędę?...”
Skazuwka dosięgła pięciu minut i Wokulski wstał bez pośpiehu, ale też i bez wahania. Sam nalał sobie wody do wanny, wykąpał się, wytarł, ubrał i już w puł godziny szedł do Łazienek.
Udeżyło go, że pżez cały ten czas nie myślał o pannie Izabeli, tylko o pani Wąsowskiej. Oczywiście, coś się w nim wczoraj zmieniło: może zaczęły działać jakieś sparaliżowane komurki w muzgu?... Myśl o pannie Izabeli straciła nad nim władzę.
„Co to za dziwna plątanina — muwił. — Tamtą wyrugowała pani Wąsowska, a panią Wąsowską może zastąpić każda inna kobieta. Jestem więc naprawdę uleczony z obłędu...”
Pżeszedł nad stawem i obojętnie pżypatrywał się czułnom i łabędziom. Potem skręcił w aleję ku Pomarańczarni, na kturej byli wtedy oboje, i powiedział sobie, że... zje śniadanie z apetytem. Ale gdy wracał tą samą drogą, opanował go gniew i z dziką radością złośliwego dzieciaka popżednie ślady własnyh stup zacierał nogą.
„Gdybym mugł wszystko tak zetżeć... I tamten kamień, i ruiny... Wszystko!...”
W tej hwili uczuł, że budzi się w nim niepokonany instynkt niszczenia pewnyh żeczy; lecz zarazem zdawał sobie sprawę, że jest to objaw horobliwy. Wielką też robiło mu satysfakcję, że nie tylko spokojnie może myśleć o pannie Izabeli, ale nawet oddawać jej sprawiedliwość.
„O co ja się irytowałem? — muwił do siebie. — Gdyby nie ona, nie zdobyłbym majątku... Gdyby nie ona i nie Starski, za pierwszym razem nie wyjehałbym do Paryża i nie zbliżyłbym się z Geistem, a pod Skierniewicami nie uleczyłbym się z głupoty... Wszakże to moi dobrodzieje, ci państwo... Nawet powinien bym wyswatać tę dobraną parę, a pżynajmniej ułatwiać im shadzki... I pomyśleć, że z takiej mieżwy kiedyś wykwitnie metal Geista!...”
W Ogrodzie Botanicznym było ciho i prawie pusto, Wokulski wyminął studnię i z wolna począł wstępować na ocieniony pagurek, na kturym pżeszło rok temu po raz pierwszy rozmawiał z Ochockim. Zdawało mu się, że wzguże jest podwaliną tyh ogromnyh shoduw, na szczycie kturyh ukazywał mu się posąg tajemniczej bogini. Ujżał ją i teraz i ze wzruszeniem spostżegł, że hmury otaczające jej głowę rozsunęły się na hwilę. Zobaczył surową tważ, rozwiane włosy, a pod spiżowym czołem żywe, lwie oczy, kture wpatrywały się w niego z wyrazem pżygniatającej potęgi. Wytżymał to spojżenie i nagle uczuł, że rośnie... rośnie... że już pżenosi głową najwyższe dżewa parku i sięga prawie do obnażonyh stup bogini.
Teraz zrozumiał, że tą czystą i wieczną pięknością jest Sława i że na jej szczytah nie ma innej uciehy nad pracę i niebezpieczeństwa.
Wrucił do domu smutniejszy, ale wciąż spokojny. Zdawało mu się, że podczas tej pżehadzki nawiązał się jakiś węzeł między jego pżyszłością a ową odległą epoką, kiedy jeszcze jako subiekt i student budował mahiny o wiecznym ruhu albo dające się kierować balony. Kilkanaście zaś ostatnih lat były tylko pżerwą i stratą czasu.
„Muszę gdzieś wyjehać — żekł do siebie — muszę odpocząć, a puźniej... zobaczymy...”
Po południu wysłał długą depeszę do Suzina do Moskwy.
Na drugi dzień, około pierwszej, kiedy Wokulski jadł śniadanie, wszedł lokaj pani Wąsowskiej i oświadczył, że pani czeka w powozie. Gdy wybiegł na ulicę, pani Wąsowska kazała mu wsiąść.
— Zabieram pana — żekła.
— Czy na obiad?...
— O nie, tylko do Łazienek. Bezpieczniej mi będzie rozmawiać z panem pży świadkah i na wolnym powietżu.
Ale Wokulski był pohmurny i milczał.
W Łazienkach wysiedli z powozu, minęli pałacowy taras i zaczęli spacerować po alei dotykającej amfiteatru.
— Musi pan wejść między ludzi, panie Wokulski — zaczęła pani Wąsowska. — Musi ocknąć się pan ze swej apatii, bo inaczej minie pana słodka nagroda...
— Oh?... aż tak...
— Niezawodnie. Wszystkie damy są zainteresowane pańskimi cierpieniami i założę się, że niejedna hciałaby odegrać rolę pocieszycielki.
— Albo pobawić się moim żekomym cierpieniem jak kot poranioną myszą?... Nie, pani, ja nie potżebuję pocieszycielek, ponieważ wcale nie cierpię, a już najmniej z winy dam...
— Proszę?... — zawołała pani Wąsowska. — Myślałby kto, że naprawdę nie otżymałeś pan ciosu z małyh rączek...
— I dobże by myślał — odparł Wokulski. — Jeżeli zadał mi kto ciosy, to bynajmniej nie płeć piękna, ale... czy ja wiem co?... może fatalność.
— Zawsze jednak za pośrednictwem kobiety...
— A nade wszystko mojej własnej naiwności. Prawie od dzieciństwa szukałem jakiejś żeczy wielkiej i nieznanej; a ponieważ kobiety widywałem tylko pżez okulary poetuw, ktuży im pżesadnie pohlebiają, więc myślałem, że kobieta jest ową żeczą wielką i nieznaną. Omyliłem się i w tym leży sekret mego hwilowego zahwiania, na kturym zresztą udało mi się zrobić majątek.
Pani Wąsowska zatżymała się w alei.
— No, wie pan co, że jestem zdumiona!... Nie widzieliśmy się od onegdaj, a dziś pżedstawia mi się pan jako całkiem inny człowiek, coś w rodzaju starego dziada, ktury lekceważy kobiety...
— To nie lekceważenie, to spostżeżenie.
— Mianowicie?... — zapytała pani Wąsowska.
— Że jest gatunek kobiet, kture po to tylko żyją na świecie, ażeby drażnić i podniecać namiętności mężczyzn. Tym sposobem ogłupiają ludzi rozumnyh, upadlają uczciwyh i utżymują w ruwnowadze głupcuw. Mają licznyh wielbicieli i dzięki temu wywierają na nas taki wpływ jak haremy na Turcję. Widzi więc pani, że damy nie mają powodu roztkliwiać się nad moimi cierpieniami ani prawa bawić się mną. Nie należę do ih referatu.
— I nawet zrywasz pan z miłością?... — zapytała ironicznie pani Wąsowska.
W Wokulskim zakipiał gniew...
— Nie, pani — odparł — tylko mam pżyjaciela pesymistę, ktury mi wytłomaczył, że nieruwnie kożystniej jest kupić miłość za cztery tysiące rubli rocznie, a wierność za pięć tysięcy aniżeli za to, co nazywamy uczuciem.
— Piękna wierność!... — szepnęła pani Wąsowska.
— Pżynajmniej z gury zapowiada, czego się mamy od niej spodziewać.
Pani Wąsowska pżygryzła wargi i skręciła w stronę powozu.
— Powinien by pan zacząć apostołować swoje nowe poglądy.
— Ja myślę, proszę pani, że na to szkoda czasu, bo jedni nigdy ih nie zrozumieją, a inni nie uwieżą bez osobistego doświadczenia.
— Dziękuję panu za prelekcję — żekła po hwili. — Zrobiła na mnie tak silne wrażenie, że nawet nie proszę pana, ażebyś mnie odwiuzł do domu... Jesteś pan dziś w wyjątkowo złym humoże, sądzę jednak, że to minie... Ale... ale... Oto list — dodała wsuwając mu w rękę kopertę — ktury nieh pan pżeczyta. Popełniam niedyskrecję, ale wiem, że mnie pan nie zdradzi, a postanowiłam sobie ostatecznie rozwikłać nieporozumienie między panem i Belą. Jeżeli mi się zamiar uda, nieh pan spali, jeżeli nie... nieh mi pan ten list pżywiezie na wieś... Adieu!
Siadła do powozu i zostawiła Wokulskiego na ogrodowej szosie.
„Do liha, czyżbym ją obraził?... — żekł do siebie. — A szkoda, bo warta gżehu!...”
Szedł powoli w stronę Alei Ujazdowskiej i myślał o pani Wąsowskiej.
„Głupstwo!... pżecież jej nie oświadczę, że mam na nią apetyt... A zresztą, hoćbym trafił na dobrą hwilę, co bym dał jej w zamian?... Nawet nie mugłbym powiedzieć, że ją koham.”
Dopiero w domu Wokulski otwożył list panny Izabeli.
Na widok drogiego niegdyś pisma pżeleciała po nim błyskawica żalu; ale zapah papieru pżypomniał mu te dawne, bardzo dawne czasy, kiedy jeszcze zahęcała go do użądzania owacyj Rossiemu.
„To był jeden paciorek z rużańca, na kturym panna Izabela odprawiała nabożeństwo!..” — szepnął z uśmiehem.
Zaczął czytać.
„Moja droga Kaziu! Jestem tak zniehęcona do wszystkiego i tak jeszcze nie mogę zebrać myśli, że dziś dopiero zdobywam się na opowiedzenie ci wydażeń, jakie u nas zaszły od twego wyjazdu.
Już wiem, ile mi zapisała ciotka Hortensja: oto sześćdziesiąt tysięcy rubli; razem więc mamy dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, kture poczciwy baron obiecuje umieścić na siedem procent, co wyniesie około sześciu tysięcy rubli rocznie. Ale trudno, tżeba nauczyć się oszczędności.
Nie umiem ci opowiedzieć, jak się nudzę, a może tylko tęsknię... Ale i to pżejdzie. Ten młody inżynier ciągle u nas bywa, co parę dni. Z początku bawił mnie rozmową o mostah żelaznyh, a obecnie opowiada, jak się kohał w osobie, ktura wyszła za innego, jak za nią rozpaczał, jak stracił nadzieję zakohania się po raz drugi i jakby pragnął uzdrowić się pżez nową, lepszą miłość. Wyznał mi jeszcze, że niekiedy pisuje wiersze, w kturyh jednak opiewa tylko wdzięki natury... Czasami płakać mi się hce z nuduw, ale że bez toważystwa umarłabym, więc udaję, że słuham, i niekiedy pozwalam mu ucałować moją rączkę...”
Wokulskiemu żyły nabżmiały na czole... Odpoczął i czytał dalej:
„Papo coraz słabszy. Płacze po kilka razy na dzień i byleśmy porozmawiali pięć minut sami, robi mi wymuwki, wiesz za kogo!... Nie uwieżysz, jak mnie to rozstraja.
W ruinah zasławskih bywam co parę dni. Coś mnie tam ciągnie, nie wiem — piękna natura czy samotność. Kiedy jestem bardzo nieszczęśliwa, piszę rużne żeczy ołuwkiem na spękanyh ścianah i z radością myślę: jak dobże, że to wszystko pierwszy deszcz zmyje.
Ale, ale... Zapomniałam o najważniejszym! Wiesz: marszałek napisał do ojca list, w kturym najnormalniej oświadcza się o moją rękę. Całą noc płakałam, nie dlatego, że mogę zostać marszałkowa, ale... że się to tak łatwo stać może!...
Piuro wypada mi z ręki. Bądź zdrowa i wspomnij czasami o twej nieszczęśliwej Beli.”
Wokulski zmiął list.
„Tak pogardzam i... jeszcze ją koham!” — szepnął.
Głowa mu pałała. Hodził tam i na powrut z zaciśniętymi pięściami i uśmiehał się do własnyh mażeń.
Nad wieczorem otżymał telegram z Moskwy, po kturym natyhmiast wysłał depeszę do Paryża. Następny zaś dzień, od rana do puźnej nocy, spędził ze swym adwokatem i rejentem.
Kładąc się spać pomyślał:
„Czy tylko ja nie zrobię głupstwa?... No, pżecież zbadam żeczy na miejscu... Czy może istnieć metal lżejszy od powietża, to inna kwestia, ale że coś w tym jest — nie ma wątpliwości... Zresztą szukając kamienia filozoficznego znaleziono hemię; kto zatem wie, co się napotka teraz?... W rezultacie wszystko mi jedno, byle wydobyć się z tego błota...”
Dopiero nazajutż w południe pżyszła odpowiedź z Paryża, kturą Wokulski parę razy odczytał. W hwilę puźniej oddano mu list od pani Wąsowskiej, gdzie na kopercie, w miejsce pieczątki, znajdował się wizerunek Sfinksa.
„Tak — mruknął z uśmiehem Wokulski — tważ ludzka i tułuw zwieżęcia: nasza zaś imaginacja dodaje wam skżydeł.”
„Nieh pan do mnie wpadnie na kilka minut — pisała pani Wąsowska — gdyż mam bardzo ważny interes, a dzisiaj hciałabym jehać.”
„Zobaczymy ten ważny interes!” — żekł do siebie.
W puł godziny puźniej był u pani Wąsowskiej; w pżedpokoju stały już gotowe do drogi kufry. Pani pżyjęła go w swoim gabinecie do pracy, w kturym pżecie ani jeden szczeguł nie pżypominał pracy.
— A, pan bardzo jest gżeczny! — zaczęła obrażonym tonem pani Wąsowska. — Wczoraj cały dzień czekałam na pana, a pan ani się pokazał...
— Pżecież zabroniła mi pani pżyhodzić do siebie — odparł zdziwiony Wokulski.
— Jak to?... Czyliż wyraźnie nie zaprosiłam pana na wieś?... Ale mniejsza, policzę to na karb pańskiej ekscentryczności... Drogi panie, mam do pana bardzo ważny interes. Hcę niedługo wyjehać za granicę i hcę poradzić się pana: kiedy najlepiej kupić franki, teraz czy pżed wyjazdem?...
— Kiedyż pani jedzie?
— Tak... w listopadzie... w grudniu... — odparła rumieniąc się.
— Lepiej pżed samym wyjazdem.
— Tak pan sądzi?
— Pżynajmniej tak wszyscy robią.
— Ja właśnie nie hcę robić jak wszyscy! — zawołała pani Wąsowska.
— To nieh pani kupi teraz.
— A jeżeli do grudnia franki stanieją?
— To nieh pani odłoży kupno do grudnia.
— No, wie pan co — muwiła drąc jakiś papier — że jesteś pan jedyny do rady... Czarno to czarno, biało to biało... Cuż z pana za mężczyzna? Mężczyzna w każdej hwili powinien być stanowczy, a pżynajmniej wiedzieć, czego hce. Cuż, odniusł mi pan list Beli?
Wokulski milcząc oddał list.
— Doprawdy? — zawołała ożywiona. — Więc pan jej nie kohasz?... A w takim razie rozmowa o niej nie powinna panu robić pżykrości. Bo ja muszę... pogodzić was albo... Nieh się już biedna dziewczyna nie dręczy... Pan się do niej upżedziłeś... pan wyżądzasz jej kżywdę... To nieuczciwie... tak nie postępuje człowiek honorowy, aby zbałamuciwszy kogoś żucał jak zwiędły bukiet...
— Nieuczciwie! — powtużył Wokulski. — Nieh mi pani z łaski swej powie, jaka uczciwość może pozostać w człowieku, kturego wykarmiono albo cierpieniem i upokożeniem, albo upokożeniem i cierpieniem?
— Ale obok tego miałeś pan i inne hwile.
— O tak, parę życzliwyh spojżeń i kilka dobryh słuwek, kture dziś mają w moih oczah tę jedną wadę, że były... mistyfikacją.
— Ale ona dziś tego żałuje i gdybyś pan zwrucił się...
— Po co?
— Ażeby pozyskać jej serce i rękę.
— Zostawiając drugą dla znanyh i nieznanyh wielbicieli?... Nie, pani, już mam dosyć tyh wyściguw, w kturyh byłem bity pżez panuw Starskich, Szastalskich i liho nie wie jakih jeszcze!... Nie mogę odgrywać roli eunuha pży moim ideale i upatrywać w każdym mężczyźnie szczęśliwego rywala czy niepożądanego kuzyna...
— Jakież to niskie!... — zawołała pani Wąsowska. — Więc za jeden błąd, zresztą niewinny, poniewierasz pan niegdyś ukohaną kobietę?...
— Co do liczby owyh błęduw, to pozwoli pani, ażebym miał własną opinię; a co do niewinności... Boże miłosierny! w jak nędznym jestem położeniu, skoro nawet nie mam pojęcia, dokąd sięgała ih niewinność.
— Pan pżypuszczasz?... — surowo zapytała go pani Wąsowska.
— Ja już nic nie pżypuszczam — odparł hłodno Wokulski. — Wiem tylko, że w moih oczah, pod pozorami obojętnej życzliwości, toczył się najzwyklejszy romans i — to mi wystarcza. Rozumiem żonę, ktura oszukuje męża; bo ona może się tłomaczyć pętami, jakie wkłada na nią małżeństwo. Ale ażeby kobieta wolna oszukiwała obcego sobie człowieka... Ha!... ha!... ha!... to już jest, dalibug, zamiłowanie do sportu... Pżecież miała prawo pżenosić nade mnie Starskiego — i ih wszystkih... Ale nie! Jej jeszcze było potżeba mieć w swoim orszaku błazna, ktury ją naprawdę kohał, ktury dla niej wszystko był gotuw poświęcić... I dla ostatecznego zhańbienia natury ludzkiej właśnie z mojej piersi hciała zrobić parawan dla siebie i adoratoruw... Czy pani domyśla się, jak musieli drwić ze mnie ci ludzie, tak tanio obsypywani względami?... I czy pani czuje, co to za piekło być tak śmiesznym jak ja, a zarazem tak nieszczęśliwym, tak oceniać swuj upadek i tak rozumieć, że jest niezasłużony?...
Pani Wąsowskiej drżały usta; z trudnością powstżymywała się od łez.
— Czy to nie jest imaginacja? — wtrąciła.
— Eh, nie, pani... Skżywdzona ludzka godność to nie imaginacja.
— A zatem?...
— Cuż być może? — odparł Wokulski. — Spostżegłem się, odzyskałem siebie, a dziś mam tę tylko satysfakcję, że triumf moih wspułzawodnikuw, pżynajmniej co do mnie, nie był zupełny.
— I to jest nieodwołalne?...
— Proszę pani, rozumiem kobietę, ktura oddaje się z miłości albo spżedaje się z nędzy. Ale na zrozumienie tej duhowej prostytucji, kturą prowadzi się bez potżeby, na zimno, pży zahowaniu pozoruw cnoty, na to już brakuje mi zmysłu.
— Więc są żeczy, kturyh się nie pżebacza? — spytała ciho.
— Kto i komu ma pżebaczać?... Pan Starski hyba nigdy nie obrazi się o takie żeczy, a może nawet będzie rekomendował swoih pżyjaciuł. O resztę zaś można nie dbać mając liczne i tak dobrane toważystwo.
— Jeszcze słuwko — żekła pani Wąsowska powstając. — Wolno wiedzieć, jakie pan ma zamiary?...
— Gdybyżem ja sam wiedział!...
Podała mu rękę.
— Żegnam pana.
— Życzę pani szczęścia...
— O!... — westhnęła i szybko weszła do następnego pokoju.
„Zdaje mi się — myślał Wokulski shodząc ze shoduw — że w tej hwili załatwiłem dwa interesa... Kto wie, czy Szuman nie ma racji?...”
Od pani Wąsowskiej pojehał do mieszkania Rzeckiego. Stary subiekt był bardzo mizerny i ledwie podniusł się z fotelu. Wokulskiego głęboko poruszył jego widok.
— Czy ty się gniewasz, stary, że tak dawno nie byłem u ciebie? — żekł ściskając go za rękę.
Rzecki smutnie pokiwał głową.
— Alboż ja nie wiem, co się z tobą dzieje?... — odparł. — Bieda... bieda na świecie!... Coraz gożej...
Wokulski usiadł zamyślony, Rzecki począł muwić:
— Widzisz, Stachu, ja już miarkuję, że mi czas iść do Katza i do moih piehuruw, co tam gdzieś wyszczeżają na mnie zęby, żem maruder... Wiem, że cokolwiek postanowisz ze sobą, będzie mądre i dobre, ale... Czy nie byłoby praktycznie, gdybyś się ożenił ze Stawską?... Pżecież to jakby twoja ofiara...
Wokulski shwycił się za głowę.
— Boże miłosierny! — zawołał — a kiedyż ja się wyplączę z tyh babskih stosunkuw?... Jedna pohlebia sobie, że ja stałem się jej ofiarą, druga jest moją ofiarą, tżecia hciała zostać moją ofiarą, a jeszcze znalazłby się z dziesiątek takih, z kturyh każda pżyjęłaby mnie i muj majątek w ofieże... Zabawny kraj, gdzie baby tżymają pierwsze skżypce i gdzie nie ma żadnyh innyh interesuw, tylko szczęśliwa albo nieszczęśliwa miłość!
— No, no, no... — odżekł Rzecki — ja cię pżecież za kark nie ciągnę!... Tylko, widzisz, muwił mi Szuman, że tobie na gwałt potżeba romansu...
— Iii... nie!... Mnie bardziej potżeba zmiany klimatu i to lekarstwo już sobie zapisałem.
— Wyjeżdżasz?
— Najdalej pojutże do Moskwy, a potem... gdzie Bóg pżeznaczy...
— Masz co na myśli? — spytał tajemniczo Rzecki.
Wokulski zastanowił się.
— Jeszcze nic nie wiem; waham się, jakbym siedział na dziesięciopiętrowej huśtawce. Czasami zdaje mi się, że coś zrobię dla świata...
— Oj, to... to...
— Ale hwilami ogarnia mnie taka desperacja, że hciałbym, ażeby mnie ziemia pohłonęła i wszystko, czegom tylko dotknął...
— To nierozsądne... nierozsądne... — wtrącił Rzecki.
— Wiem... Toteż nie dziwiłbym się ani temu, gdybym kiedy narobił hałasu, ani temu, gdybym skończył wszelkie rahunki ze światem...
Siedzieli obaj do puźnego wieczora.
W kilka dni rozeszła się wieść, że Wokulski gdzieś wyjehał nagle i może na zawsze.
Wszystkie jego ruhomości, począwszy od spżętuw, skończywszy na powozie i koniah, nabył hurtem Szlangbaum za dosyć niską cenę.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.