Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Lalka

XV. Pamiętnik starego subiekta

XV. Pamiętnik starego subiekta

Sytuacja polityczna zarysowuje się coraz wyraźniej. Mamy już dwie koalicje. Z jednej strony Rosja z Turcją, z drugiej strony Niemcy, Austria i Anglia. A jeżeli tak jest, więc znaczy, że lada hwilę może wybuhnąć wojna, w kturej zostaną rozstżygnięte bardzo, ale to bardzo ważne sprawy.

Czy tylko będzie wojna? bo my zawsze lubimy się łudzić. Otuż będzie, tym razem niezawodnie. Muwił mi Lisiecki, że ja co roku zapowiadałem wojnę i nigdy się nie sprawdziło. Głupi on, uczciwszy uszy... Co innego było w tamtyh latah, a co innego dziś.

Czytam na pżykład w gazetah, że Garibaldi agituje we Włoszech pżeciw Austrii. Dlaczeguż on agituje?... Bo spodziewa się wielkiej wojny. I nie na tym koniec, gdyż w kilka dni puźniej słyszę, że jenerał Türr na wszystkie świętości zaklina Garibaldiego ażeby nie robił kłopotu Włochom...

Co to znaczy?... To znaczy, pżetłomaczone na ludzki język, że: „wy, Włosi, nie ruszajcie się, bo i bez tego Austria da wam Triest, jeśli wygra. Gdyby zaś z waszej winy pżegrała, nie dostaniecie nic...”

To są ważne zapowiedzi te agitacje Józia Garibaldiego i uspakajania Türra. Józio agituje, bo widzi wojnę na długość ręki, a Türr uspakaja, bo widzi dalsze interesa.

Ale czy zaraz wybuhnie wojna? w końcu czerwca czy w lipcu?... Tak by myślał niedoświadczony polityk, ale nie ja. Niemcy bowiem nie rozpoczęłyby wojny nie zabezpieczywszy się od Francji.

Jakże się zaś zabezpieczą?... Szprot muwi, że na to nie ma sposobu, ale ja widzę, że jest, i jeszcze bardzo prosty. O, Bismarck to sprytny ptaszek, zaczynam się do niego pżekonywać!...

Bo i po co Niemcy i Austria wciągnęły do związku Anglię?... Rozumie się po to, ażeby mieć plaster na Francję i ją namuwić do pżymieża. Zrobi się to w następujący sposub:

W wojsku angielskim służy młody Napoleonek, Lulu, i bije się z Zulusami w Afryce jak jego dziadek, Napoleon Wielki. Kiedy zaś Anglicy skończą wojnę, mianują Napoleonka jenerałem i powiedzą do Francuzów te słowa:

— Moi kohani! Macie tu Bonapartego, ktury wojował w Afryce i okrył się tam nieśmiertelną hwałą jak jego dziad. Zrubcie go więc waszym cesażem jak dziada, a my za to wypolitykujemy u Niemców Alzację i Lotaryngię. Zapłacicie im kilka miliarduw, no, ale to lepsze aniżeli pżeprowadzić nową wojnę, ktura będzie kosztowała z dziesięć miliarduw i jest dla was wątpliwa...

Francuzi, naturalnie, zrobią Lulu cesażem, odbiorą swoją ziemię, zapłacą, wejdą w pżymieże z Niemcami, a wtedy Bismarck mając tyle pieniędzy pokaże swoją sztukę!...

O, Bismarck mądra ryba i jeżeli kto, to tylko on może taki plan pżeprowadzić. Ja już od dawna czułem, że to frant szpakami karmiony, i miałem do niego słabość, hociaż się z nią taiłem... To, panie, ziułko!... Jest on ożeniony z Puttkamerówną; wiadomo zaś, że Puttkamerowie są spokrewnieni z Mickiewiczem. Pży tym podobno pasjami lubi Polaków, a nawet synowi następcy tronu niemieckiego radził uczyć się po polsku...

No, jeżeli w tym roku nie będzie wojny... Dopieroż to Lisieckiemu powiem bajkę o kpie! On, biedak, myśli, że polityczna mądrość polega na tym, ażeby w nic nie wieżyć. Głupstwo!... Polityka polega na kombinacjah, kture wynikają z pożądku żeczy.

A więc nieh żyje Napoleon IV!... Bo hociaż dzisiaj nikt o nim nie myśli, ja pżecie jestem pewny, że w tym rozgardiaszu on głuwną odegra rolę. A jeżeli potrafi się wziąć do żeczy, to nie tylko odzyska Alzację i Lotaryngię darmo, ale jeszcze granice Francji może posunąć do Renu na całej linii. Byle Bismarck nie spostżegł się za wcześnie i nie zmiarkował, że posługiwać się Bonapartym znaczy to samo, co lwa zapżęgać do taczek. Zdaje mi się nawet, że w tej jednej kwestii Bismarck pżerahuje się. I powiem prawdę, że nie będę go żałował, bo nigdy nie miałem do niego zaufania.


Jakoś z moim zdrowiem nie jest dobże. Nie powiem, ażeby mi coś dolegało, ale ot tak... Hodzić wiele nie mogę, apetyt straciłem, nawet nie bardzo hce mi się pisać.

W sklepie prawie nie mam zajęcia, już tam bowiem żądzi Szlangbaum, a ja — tylko na pżypżążkę załatwiam interesa Stacha. Pżed październikiem ma nas Szlangbaum spłacić zupełnie. Biedy nie zaznam, bo poczciwy Stach zapewnił mi pułtora tysiąca rubli dożywotniej pensji; ale jak sobie człowiek pomyśli, że niedługo już nic nie będzie znaczył w sklepie, do niczego nie będzie miał już prawa...

Nie warto żyć... Gdyby nie Stach i nie Napoleonek, to czasem jest mi tak ciężko na świecie, że zrobiłbym sobie co... Kto wie, stary kolego Katz, czy nie najmądżej postąpiłeś? Nie masz wprawdzie żadnyh nadziei, ale też i nie boisz się zawoduw... Nie twierdzę, ażebym się ih lękał, bo pżecie ani Wokulski, ani Bonaparte... Ale zawsze... tak coś...

Jaki ja jestem zmęczony; już nawet ciężko mi pisać. Tak bym gdzie pojehał... Muj Boże, dwadzieścia lat nie wyjżałem za warszawskie rogatki!... A tak mi czasami tęskno, ażeby jeszcze hoć raz pżed śmiercią spojżeć na Węgry... Może na dawnyh polah bitew znalazłbym bodaj kości kamratuw... Ej, Katz, ej, Katz!... pamiętasz ty ten dym, ten świst, te sygnały?... Jaka wtedy była zielona trawa i jak świeciło nam słońce?...

Nic nie pomoże, muszę wybrać się w podruż, spojżeć na gury i lasy, wykąpać się w słońcu i w powietżu szerokih ruwnin i zacząć nowe życie. Może nawet wyniosę się gdzie na prowincję, w sąsiedztwo pani Stawskiej, bo i cuż więcej pozostaje emerytowi?...

Ten Szlangbaum dziwny człowiek; anibym myślał znając go biedakiem, że on tak potrafi zadzierać nosa. Już widzę, zapoznał się pżez Maruszewicza z baronami, pżez baronuw z hrabiami, a tylko jeszcze nie może dostać się do księcia, ktury z Żydami jest bardzo gżeczny, ale i bardzo z daleka.

I kiedy tak Szlangbaum zadziera nosa, w mieście na Żydów kżyk. Ile razy wstąpię na piwo, zawsze ktoś napada mnie i wymyśla, że Stach spżedał sklep Żydom. Radca nażeka, że Żydzi zabierają mu tżecią część emerytury; Szprot utyskuje, że Żydzi popsuli mu interesa; Lisiecki płacze, że mu Szlangbaum wymuwił miejsce od świętego Jana, a Klejn milczy.

Już i w gazetah zaczynają pisać pżeciw Żydom, ale co dziwniejsze, że nawet doktur Szuman, hoć sam starozakonny, miał raz ze mną taką rozmowę:

— Zobaczysz pan, że pżed upływem kilku lat z Żydami będzie jakaś awantura.

— Za pozwoleniem — muwię — pżecie sam doktur niedawno hwaliłeś ih!...

— Hwaliłem, bo to genialna rasa, ale podłe haraktery. Wyobraź pan sobie, że Szlangbaumy, stary i młody, mnie hcieli okpić, mnie...

„Aha! — myślę sobie — zaczynasz się znowu nawracać, kiedy cię połaskotali za kieszeń...”

I muwiąc prawdę, do reszty straciłem serce dla Szumana.

A co oni wygadują na Wokulskiego!... Mażyciel, idealista, romantyk... Może za to, że nigdy nie zrobił świństwa.

Kiedy Klejnowi opowiedziałem moją rozmowę z Szumanem, nasz mizerny kolega odparł:

— On muwi, że dopiero za kilka lat będzie awantura z Żydami?... Uspokuj go pan, będzie wcześniej...

— Rany Chrystusowe! — muwię — dlaczego ma być?...

— Bo my dobże ih znamy, hoć się i do nas umizgają... — odpowiedział Klejn. — To migdały! ale pżerahowali się... My wiemy, do czego oni są zdolni, gdyby mieli siłę.

Uważałem Klejna za człowieka bardzo postępowego, może nawet zanadto postępowego, ale teraz myślę, że to jest wielki zacofaniec. Zresztą, co znaczą owe: my — nas?...

I to ma być wiek, ktury nastąpił po XVIII, po tym XVIII wieku, co napisał na swoih sztandarah: wolność, ruwność, braterstwo?... Za cuż ja się, u diabła, biłem z Austriakami?... Za co ginęli moi kamraci?...

Facecje! pżywidzenia! wszystko to odrobi cesaż Napoleon IV.

Wuwczas i Szlangbaum pżestanie być arogantem, i Szuman pżestanie hełpić się swoim żydostwem, i Klejn nie będzie im groził.

A niedalekie to czasy, bo nawet Stach Wokulski...

Ah, jaki ja jestem zmęczony... Muszę gdzieś wyjehać.


Nie jestem pżecie taki stary, ażebym miał myśleć o śmierci; ale, muj Boże, kiedy z wody wyjmą rybę, hoćby najmłodszą i najzdrowszą, musi zdyhać, gdyż nie ma właściwego sobie żywiołu...

Bodaj czy ja nie stałem się taką rybą wyciąganą z wody; w sklepie już rozpanoszył się Szlangbaum i ażeby zamanifestować swoją władzę, wypędził szwajcara i inkasenta za to tylko, że nie okazywali mu dosyć szacunku.

Kiedy prosiłem za biedakami, odparł z gniewem:

— Patż pan, jak oni mnie traktują, a jak Wokulskiego!... Jemu nie kłaniali się tak nisko, ale w każdym ruhu, w każdym spojżeniu było widać, że by za nim poszli w ogień...

— Więc i pan, panie Szlangbaumie, hcesz, ażeby za tobą szli w ogień? — spytałem.

— Naturalnie. Pżecie jedzą muj hleb, mają u mnie zarobki! ja im płacę pensję...

Myślałem, że Lisiecki, ktury posiniał słuhając tyh bredni, palnie go w uho. Pohamował się jednak i tylko spytał:

— A czy wiesz pan, dlaczego my za Wokulskim poszlibyśmy w ogień?...

— Bo on ma więcej pieniędzy — odparł Szlangbaum.

— Nie, panie. Bo on ma to, czego pan nie masz i mieć nie będziesz — żekł Lisiecki bijąc się w piersi.

Szlangbaum zaczerwienił się jak upiur.

— Co to jest?... — zawołał. — Czego ja nie mam?... My nie możemy razem pracować, panie Lisiecki... pan obrażasz moje obżądki religijne...

Shwyciłem Lisieckiego za rękę i odciągnąłem za szafy. Śmieli się wszyscy panowie z tej obrazy Szlangbauma... Tylko Zięba (on jeden zostaje pży sklepie) zapeżył się i zawołał:

— Pryncypał ma rację... nie można drwić z wyznania, bo wyznanie to święta żecz!... Gdzież wolność sumienia?... gdzie postęp?... cywilizacja?... emancypacja?...

— Lizus bestia — mruknął Klejn, a potem żekł mi do uha:

— Czy nie ma Szuman racji, że oni muszą się doczekać awantury?... Widziałeś go pan, jaki był, kiedy do nas nastał, a jaki jest dzisiaj?...

Naturalnie, że zgromiłem Klejna, bo i co on ma za prawo straszyć swoih wspułobywateli awanturami? Nie mogę jednak ukryć pżed sobą, że Szlangbaum mocno zmienił się w ciągu roku.

Dawniej był potulny, dziś arogant i pogardliwy; dawniej milczał, kiedy go kżywdzono, dziś sam rozbija się bez powodu. Dawniej mianował się Polakiem, dziś hełpi się ze swego żydostwa. Dawniej nawet wieżył w szlahetność i bezinteresowność, a teraz muwi tylko o swoih pieniądzah i stosunkah. Może być źle!...

Za to wobec gości jest uniżony, a hrabiom, a nawet baronom właziłby pod podeszwy. Ale wobec swoih podwładnyh istny hipopotam: ciągle parska i depcze ludzi po nogah. To nawet nie jest pięknie... Swoją drogą radca, Szprot, Klejn i Lisiecki nie mają racji grozić mu jakimiś awanturami.

Cuż więc ja dziś znaczę w sklepie pży takim smoku? Gdy hcę zrobić rahunek, on zagląda mi pżez ramię; wydam jaką dyspozycję, on ją zaraz głośno powtaża. Ze sklepu usuwa mnie coraz bardziej, pży znajomyh gościah ciągle muwi: „Muj pżyjaciel Wokulski... muj znajomy baron Krzeszowski... muj subiekt Rzecki...” Gdy zaś jesteśmy sami, nazywa mnie „kohanym Rzesiem”...

Parę razy w najdelikatniejszy sposub dałem mu do zrozumienia, że te pieszczotliwe nazwiska nie robią mi pżyjemności. Ale on, biedak, nawet nie poznał się na tym; ja zaś mam zwyczaj długo czekać, nim komu nawymyślam. Lisiecki robi to z miejsca, więc Szlangbaum szanuje go.

Swoją drogą Szuman miał rację muwiąc wtedy, że my, z dziada pradziada, myślimy: jak trwonić pieniądze? a oni: jakby je zrobić? Pod tym względem byliby już dziś pierwszymi na świecie, gdyby ludzka wartość zasadzała się tylko na pieniądzah. Ale co mi tam!...

Ponieważ w sklepie nie mam wiele zajęcia, więc coraz częściej myślę o podruży do Węgier. Pżez dwadzieścia lat nie widzieć ani zboża, ani lasu... To strah!...

Zacząłem się już starać o paszport; myślałem, że mi zejdzie z miesiąc. Tymczasem wziął się do tego Wirski i paf!... traf!... wyrobił mi paszport w ciągu cztereh dni. Ażem się pżestraszył...

Nie ma co, tżeba wyjehać hoćby na kilka tygodni. Zdawało się, że pżygotowania do wyjazdu zabiorą mi trohę czasu... Gdzie tam!... Znowu wmieszał się Wirski, jednego dnia kupił mi podrużny kufer, drugiego dnia spakował mi żeczy i muwi: „Jedź!...”

Ażem się rozgniewał. Czego oni, u diabła, hcą mnie się pozbyć?... Kazałem im na złość rozpakować żeczy i kufer nakryć dywanem, bo mnie to już drażni. Ale swoją drogą, tak bym gdzieś pojehał... tak bym jehał...

Muszę jednak pierwej trohę sił nabrać. Wciąż brak mi apetytu, hudnę, źle sypiam, hoć pżez cały dzień jestem senny; miewam jakieś zawroty, bicia serca... Eh! wszystko to pżejdzie...


Klejn także zaczyna się zaniedbywać. Spuźnia się do sklepu, znosi jakieś książeczki, hodzi na sesje nie wiadomo z kim?... Ale to najgorsze, że z sumy pżeznaczonej mu pżez Wokulskiego wziął już tysiąc rubli i wydał w ciągu jednego dnia. Na co?...

Pomimo to wszystko dobry hłopak! A najlepszą miarą jego poczciwości jest fakt, że nawet baronowa Krzeszowska nie wyżuciła go ze swego domu, gdzie po dawnemu mieszka na tżecim piętże, zawsze cihutki, nikomu nie mącąc wody.

Gdyby tylko wydobył się z tyh niepotżebnyh stosunkuw; bo z Żydami może nie być awantury, ale z nim!...

Nieh go tam Pan Bóg oświeca i hroni.


Zabawną historię i pouczającą opowiedział mi Klejn. Uśmiałem się do łez, a zarazem pżybył mi jeden więcej dowud sprawiedliwości boskiej nawet w drobiazgowyh żeczah.

„Krutki jest triumf bezbożnikuw” — muwi, zdaje mi się, Pismo święte czy może jaki ojciec Kościoła. Ktokolwiek zresztą powiedział, jest niezawodnym, że zdanie to sprawdziło się i na baronowej, i na Maruszewiczu.

Wiadomo, że baronowa raz pozbywszy się Maleskiego i Patkiewicza zapowiedziała strużowi, ażeby pod żadnym pozorem nie wynajmował mieszkania na tżecim piętże studentom, hoćby miało stać pustką. Żeczywiście, pokuj studencki pżez parę miesięcy był nie zajęty, ale pani miała pżynajmniej satysfakcję.

Tymczasem wrucił do niej mąż, baron, i naturalnie objął zażąd kamienicy. A ponieważ baron ciągle potżebuje pieniędzy, więc mocno korcił go i uw pusty pokuj, i zakaz baronowej, ktury zmniejszał dohody o sto dwadzieścia rubli rocznie.

Nade wszystko jednak buntował go Maruszewicz (już się pogodzili!...), ktury znowu ciągle od Krzeszowskiego pożycza pieniędzy.

— Co baron — muwił mu nieraz — masz sprawdzać, czy kandydat na lokatora jest czy nie jest studentem? Na co ten kłopot? Byle nie pżyszedł w munduże, to już nie student; a jak z gury za miesiąc zapłaci, to brać, i kwita.

Baron mocno wziął do serca te rady; nakazał nawet strużowi, ażeby gdy trafi się lokator, nie pytając pżysłał go na gurę. Struż, rozumie się, powiedział o tym swej żonie, a żona Klejnowi, kturemu znowu hciało się mieć sąsiaduw najlepiej odpowiadającyh jego gustowi.

Więc w parę dni po owej dyspozycji zjawia się u barona jakiś elegant z dziwną fizjognomią, a jeszcze dziwniej ubrany: jego spodnie nie pasowały do kamizelki, kamizelka do surduta, a krawat do wszystkiego.

— W domu pana barona jest kawalerski pokuj do wynajęcia — muwił elegant — za dziesięć rubli miesięcznie?

— A tak — muwi baron — może go pan obejży.

— O, to zbyteczne! Jestem pewny, że pan baron nie wynajmowałby złego mieszkania. Czy mogę dać zadatek?

— Proszę — odpowiada baron. — A ponieważ pan ufasz mi na słowo, więc i ja nie będę żądał bliższyh informacyj...

— O, jeżeli pan baron życzy sobie...

— Między ludźmi dobże wyhowanymi wystarcza wzajemne zaufanie — odparł baron. — Mam więc nadzieję, że ani ja, ani moja żona, a nade wszystko moja żona nie będzie miała powodu skarżyć się na panuw...

Młody człowiek gorąco ścisnął go za rękę.

— Daję panu słowo — żekł — że nigdy nie zrobimy pżykrości pańskiej żonie, ktura może niesłusznie upżedziła się...

— Dość! dość!... panie — pżerwał baron. Wziął zadatek i wydał kwit.

Po wyjściu młodzieńca wezwał do siebie Maruszewicza.

— Nie wiem — żekł strapiony baron — czy nie palnąłem głupstwa... bo lokatora już mam, ale sądząc z opisu obawiam się, czy nie będzie nim jeden z tyh młodyh ludzi, kturyh właśnie wypędziła moja żona...

— Wszystko jedno! — odparł Maruszewicz — byle z gury płacili.

Na drugi dzień z rana wprowadzili się do pokoiku tżej młodzi ludzie, ale tak ciho, że nikt ih nawet nie widział. Nikt nawet nie uważał, że wieczorami sesjonują z Klejnem. Zaś w kilka dni puźniej wpadł do barona mocno zirytowany Maruszewicz wołając:

— A wie baron, że to istotnie są ci hultaje, kturyh wyżuciła baronowa. Maleski, Patkiewicz...

— Wszystko jedno — odpowiada baron. — Żonie mojej nie dokuczają, więc byle płacili...

— Ale mnie dokuczają! — wybuhnął Maruszewicz. — Jeżeli okno otwożę, jeden z nih stżela do mnie grohem pżez świstułę, co wcale nie jest pżyjemne. Gdy się zaś zejdzie u mnie parę osub albo kturaś z dam (dodał ciszej), bębnią mi grohem w okna tak, że wysiedzieć nie można... To mi pżeszkadza... to mnie kompromituje. Ja pujdę na skargę do cyrkułu!...

Baron naturalnie opowiedział o tym swoim lokatorom prosząc ih, aby nie stżelali do okien Maruszewicza. Ci pżestali stżelać, ale za to, jeżeli Maruszewicz pżyjmuje u siebie jaką damę, co trafia mu się dosyć często, zaraz jeden z hłopakuw wyhyla się pżez okno i wżeszczy:

— Strużu! strużu!... a nie wiecie, jaka to pani poszła do pana Maruszewicza?

Naturalnie, struż nie wie nawet, czy jaka poszła, ale po podobnym zapytaniu dowiaduje się o tym cała kamienica.

Maruszewicz jest wściekły na nih, tym bardziej że baron na jego skargi odpowiada:

— Sam mi radziłeś, ażebym nie tżymał pustego lokalu...

I baronowa spokorniała, bo z jednej strony boi się męża, a z drugiej studentuw.

Takim sposobem baronowa za swoją złość i mściwość, a Maruszewicz za intrygi, z jednej i tej samej ręki ponoszą karę; uczciwy zaś Klejn ma toważystwo, jakiego pragnął.

O, jest sprawiedliwość na świecie!...


Ten Maruszewicz, dalibug, jest bezwstydny!

Pżyleciał dziś do Szlangbauma ze skargą na Klejna.

— Panie — muwił — jeden z pańskih oficjalistuw, ktury mieszka w domu baronowej Krzeszowskiej, po prostu kompromituje mnie...

— Jak on pana kompromituje? — zapytał Szlangbaum otwierając oczy.

— On bywa u tyh studentuw, kturyh okno wyhodzi na podwuże. A oni, panie, zaglądają w moje okna, stżelają do mnie grohem, a jeżeli zbieże się kilka osub, wżeszczą, że u mnie jest szulernia!...

— Pan Klejn już nie będzie u mnie służył od lipca — odparł Szlangbaum. — Więc nieh pan rozmuwi się z panem Rzeckim, oni znają się dawniej.

Maruszewicz z kolei wpadł na mnie i znowu opowiedział historię studentuw, ktuży nazywają go szulerem albo kompromitują damy bywające u niego.

„Pożądne damy!” — pomyślałem, głośno zaś odparłem:

— Pan Klejn cały dzień siedzi w sklepie, więc nie może odpowiadać za swoih sąsiaduw.

— Tak, ale pan Klejn ma z nimi jakieś konszahty, namuwił ih, ażeby znowu sprowadzili się do kamienicy, bywa u nih, pżyjmuje ih u siebie.

— Młody hłopak — odparłem — woli pżestawać z młodymi.

— Ale ja z tego powodu nie hcę cierpieć!... Nieh więc ih uspokoi albo... wszystkim wytoczę proces.

Dzika pretensja, ażeby Klejn uspakajał studentuw, a może jednał u nih sympatię dla Maruszewicza! Swoją drogą, ostżegłem Klejna i dodałen, że byłby to bardzo pżykry wypadek, gdyby on, subiekt Wokulskiego, miał proces o jakieś studenckie awantury.

Klejn wysłuhał i wzruszył ramionami.

— Co mnie to obhodzi! — odparł. — Ja może powiesiłbym takiego nicponia, ale mu w okna grohu nie żucam i nie nazywam go szulerem. Co mnie do jego szulerki?...

Ma rację! Toteż nie odezwałem się ani słowa więcej.

Tżeba jehać... tżeba jehać!... Żeby tylko Klejn nie wdeptał się w jakie głupstwo. Strah, co to za dzieciaki: hcieliby świat pżebudować, a jednocześnie robią tak płaskie figle.


Albo jestem w grubym błędzie, albo znajdujemy się w pżededniu nadzwyczajnyh wypadkuw.

W maju jednego dnia pojehał Wokulski z panną Łęcką i z panem Łęckim do Krakowa i wyraźnie mi zapowiedział, że nie wie, kiedy wruci, może dopiero za miesiąc.

Tymczasem wrucił nie za miesiąc, ale na drugi dzień, taki sponiewierany, że litość brała patżeć na niego. Okropność, co się zrobiło z tym człowiekiem pżez jedną dobę!

Kiedym go pytał: co się stało? dlaczego wrucił? z początku wahał się, a potem powiedział, że otżymał telegram od Suzina i że pojedzie do Moskwy. Lecz znowu po upływie doby rozmyślił się i oświadczył, że do Moskwy nie pojedzie.

— A jeżeli to ważny interes?... — spytałem.

— Pal diabli interesa! — mruknął i mahnął ręką.

Teraz po całyh dniah nie wyhodzi z domu i po większej części leży. Byłem u niego, ale pżyjął mnie rozdrażniony; od lokaja zaś dowiedziałem się, że nikogo nie każe pżyjmować.

Posłałem mu Szumana, ale Stach i z Szumanem nie hciał gadać, tylko powiedział mu, że nie potżebuje doktoruw. Szumanowi to jednak nie wystarczyło; a że jest trohę wścibski, więc zaczął śledztwo na własną rękę i dowiedział się dziwacznyh żeczy.

Muwił, że Wokulski wysiadł z pociągu około pułnocy w Skierniewicach, udając, że otżymał telegram, że potem zniknął spżed stacji i wrucił dopiero nad ranem powalany ziemią i jakby pijany. Na stacji myślą, że on naprawdę podhmielił sobie i zasnął gdzieś w polu.

Wyjaśnienie to nie trafiło do pżekonania ani mnie, ani Szumanowi. Doktur twierdzi, że Stach musiał zerwać z panną Łęcką i może nawet prubował jakiej niedożeczności... Ale ja myślę, że on naprawdę miał telegram od Suzina.

W każdym razie tżeba jehać, dla zdrowia. Jeszcze nie jestem inwalidem i dla hwilowego osłabienia nie mogę się wyżekać pżyszłości.


Jest tu Mraczewski i mieszka u mnie. Wygląda hłopak jak bernardyński prowincjał, zmężniał, opalił się, utył. A ile on świata obleciał pżez parę ostatnih miesięcy...

Był w Paryżu, potem w Lyonie; z Lyonu wpadł pod Częstochowę do pani Stawskiej i z nią pżyjehał do Warszawy. Potem odwiuzł ją pod Częstochowę, siedział z tydzień i podobno pomugł jej do użądzenia sklepu. Następnie poleciał aż do Moskwy, stamtąd znowu wrucił pod Częstochowę, do pani Stawskiej, znowu u niej siedział trohę i obecnie jest u mnie.

Mraczewski twierdzi, że Suzin wcale nie telegrafował do Wokulskiego, a pży tym jest pewny, że Wokulski zerwał z panną Łęcką. Musiał nawet coś muwić pani Stawskiej, gdyż ten anioł, nie kobieta, będąc pżed paroma tygodniami w Warszawie raczyła mnie odwiedzić i mocno wypytywała się o Stacha.

„A czy zdruw?... a czy bardzo zmieniony i smutny?... a czy już nigdy nie wydobędzie się ze swej rozpaczy?...”

Z jakiej rozpaczy?... Gdyby nawet zerwał z panną Łęcką, to jeszcze, dzięki Bogu, nie brak kobiet i jeżeli Stach zehce, może się ożenić hoćby z panią Stawską.

Złote, diamentowe kobiecisko, jak ona go kohała i kto wie, czy teraz nie koha?... Dalibug, śmiałbym się, żeby Stach powrucił do niej. Taka piękna, taka szlahetna, tyle w niej poświęcenia... Jeżeli jest ład na świecie (o czym niekiedy wątpię), to Wokulski powinien by się ożenić ze Stawską.

Ale musi się spieszyć, bo jeżeli się nie mylę, naprawdę zaczyna o niej myśleć Mraczewski.

— Panie! — muwi nieraz do mnie załamując ręce. — Panie, co to za kobieta, co to za kobieta... Gdyby nie ten nieszczęsny jej mąż, już bym się jej oświadczył.

— A pżyjęłaby cię? — pytam.

— Otuż nie wiem — westhnął.

Padł na kżesło, aż zatżeszczało, i muwił:

— Kiedy ją spotkałem pierwszy raz po jej wyjeździe z Warszawy, jakby we mnie piorun tżasł, tak mi się podobała...

— No, ona i dawniej robiła na tobie wrażenie.

— Ale nie takie. Po pżyjehaniu z Paryża do Częstochowy byłem rozmażony, a ona taka blada, z takimi smutnymi oczyma, że zaraz pomyślałem: nuż mi się uda?... i dalejże w umizgi. Tymczasem ona po pierwszyh słowah odpyha mnie, a gdym upadł pżed nią na kolana i pżysiągłem, że ją koham... rozbeczała się!... Ah, panie Ignacy, te łzy... Zupełnie straciłem głowę, zupełnie... Gdyby raz tego jej męża diabli wzięli albo gdybym miał pieniądze na rozwud... Panie Ignacy!... po tygodniu życia z tą kobietą albo umarłbym, albo jeździłbym wuzkiem... Tak, panie... Dziś dopiero czuję, jak ją koham.

— A gdyby ona kohała się w innym? — pytam.

— W kim?... Może w Wokulskim?... Ha! ha!... Kto w tym mruku może się kohać?... Kobiecie potżeba okazywać uczucie, namiętność, muwić jej o miłości, ściskać za ręce, a jeżeli można, to i... A czy ten głaz potrafiłby coś podobnego?... Wystawał do panny Izabeli jak wyżeł do kaczki, bo mu się zdawało, że wejdzie w stosunki z arystokracją i że panna ma posag. Ale gdy poznał stan żeczy, uciekł ze Skierniewic. O panie, z kobietami tak nie można...

Wyznaję, że nie podobają mi się zapały Mraczewskiego. Jak zacznie padać do nug, skomleć, płakać, to w końcu zawruci głowę pani Stawskiej. A Wokulski może tego żałować, bo, na muj honor oficerski, była to jedyna kobieta dla niego.

Ale zaczekajmy, a tymczasem jedźmy... jedźmy!...


Brr!... Otuż i pojehałem... Kupiłem bilet do Krakowa, na Dworcu Warszawsko-Wiedeńskim siadłem do wagonu i kiedy już było po tżecim dzwonku, wyskoczyłem...

Nie mogę ani na hwilę rozstać się z Warszawą i ze sklepem... Żyć bym bez nih nie potrafił...

Żeczy odebrałem z kolei dopiero na drugi dzień, gdyż zajehały aż do Piotrkowa.

Jeżeli wszystkie moje plany spełnią się w taki sposub, to winszuję...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)