Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Lalka

XIV. Tempus fugit, aeternitas manet

XIV. Tempus fugit, aeternitas manet

Jakkolwiek sprawa z Maruszewiczem załatwiła się we cztery oczy, jednak wieść o niej rozeszła się... Wokulski powiedział o tym Rzeckiemu i kazał wykreślić z księgi żekomy dług barona. Maruszewicz zaś opowiedział baronowi dodając, że baron już nie powinien gniewać się na niego, ponieważ dług został umożony, a on, Maruszewicz, ma zamiar poprawić się.

— Czuję — muwił wzdyhając — że byłbym inny, gdybym miał hoć ze tży tysiące rubli rocznie... Nikczemny świat, na kturym tacy jak ja ludzie muszą się marnować!...

— No, daj spokuj, Maruszewicz — uspokajał go baron. — Koham cię, ale pżecie wszyscy wiedzą, że jesteś hultaj.

— Zaglądałeś, baron, w moje serce?... wiesz, jakie tam uczucia?... O, gdyby istniał jakiś trybunał, ktury umie czytać w duszy człowieka, zobaczylibyśmy, kto z nas lepszy: ja czy ci, co mnie sądzą i potępiają!...

W rezultacie tak Rzecki, jak baron, jak książę i paru hrabiuw, ktuży dowiedzieli się o „nowym figlu” Maruszewicza, wszyscy pżyznawali, że Wokulski postąpił szlahetnie, ale nie po męsku.

— To bardzo piękny czyn — muwił książę — ale... nie w stylu Wokulskiego. On mi wyglądał na jednego z tyh ludzi, ktuży w społeczeństwie stanowią siłę twożącą żeczy dobre, a karcącą łotruw. Tak jak postąpił Wokulski z Maruszewiczem, mugłby zrobić każdy ksiądz... Obawiam się, że ten człowiek traci energię.

W żeczywistości Wokulski nie stracił energii, ale zmienił się pod wieloma względami. Sklepem na pżykład nie zajmował się, nawet czuł do niego wstręt, ponieważ tytuł kupca galanteryjnego szkodził mu w oczah panny Izabeli. Natomiast zaczął goręcej zajmować się spułką do handlu z cesarstwem, ponieważ ona pżynosiła ogromne dohody, a tym samym zwiększała majątek, ktury hciał ofiarować pannie Izabeli.

Prawie od hwili kiedy oświadczył się i został pżyjęty, opanowała go dziwna żewność i wspułczucie. Zdawało mu się, że nie tylko nie umiałby nikomu zrobić pżykrości, ale nawet sam nie umiałby się bronić pżeciw kżywdom, byle te nie dotykały panny Izabeli.

Natomiast czuł niepokonaną potżebę robienia dobże innym. Oprucz zapisu dla Rzeckiego, pżeznaczył Lisieckiemu i Klejnowi, swoim byłym subiektom, po cztery tysiące rubli, tytułem wynagrodzenia szkud, jakie wyżądził im spżedając sklep Szlangbaumowi. Pżeznaczył ruwnież około dwunastu tysięcy rubli na gratyfikacje dla inkasentuw, woźnyh, parobkuw i furmanuw.

Węgiełkowi nie tylko sprawił huczne wesele, ale jeszcze do sumy obiecanej młodemu małżeństwu dołożył kilkaset rubli. Ponieważ w tym czasie furmanowi Wysockiemu urodziła się curka, więc tżymał ją do hżtu; gdy zaś sprytny ojciec dał dziecku imię Izabeli, Wokulski złożył dla niej pięćset rubli na posag.

Imię to było mu bardzo drogie. Nieraz, gdy siedział samotny, brał papier i ołuwek i bez końca pisał: Izabela... Iza... Bella... a potem palił, ażeby nazwisko ukohanej nie wpadło w obce ręce. Miał zamiar kupić pod Warszawą mały folwark, zbudować willę i nazwać ją Izabelinem. Pżypomniał sobie, że w czasie jego wędruwek po Górach Uralskich pewien uczony, ktury znalazł nowy minerał, radził się: jakby go nazwać? I wyżucał sobie, że nie znając wuwczas panny Izabeli, nie wpadł jednakże na pomysł nazwania go izabelitem. Nareszcie pżeczytawszy w gazetah o znalezieniu nowej planetoidy, kturej znalazca ruwnież kłopotał się o danie jej nazwiska, hciał pżeznaczyć dużą nagrodę temu z astronomuw, ktury odkryje nowe ciało niebieskie i nazwie je: Izabelą.

Odużające pżywiązanie do jednej kobiety nie wykluczało jednak myśli o drugiej. Niekiedy pżypominał sobie panią Stawską, o kturej wiedział, że wszystko gotowa była dla niego poświęcić, i czuł jakby wyżuty sumienia.

„No, co ja zrobię?... — muwił. — Com winien, że tę koham, a tamtą... Gdybyż ona zapomniała o mnie i była szczęśliwą.”

Na wszelki sposub postanowił zabezpieczyć jej pżyszłość i stanowczo dowiedzieć się o jej mężu.

„Nieh pżynajmniej nie potżebuje troszczyć się o jutro... Niehaj ma posag dla dziecka...”

Co kilka dni widywał pannę Izabelę w licznyh toważystwah, otoczoną młodszymi i starszymi ludźmi. Ale już nie raziły go ani umizgi mężczyzn, ani jej spojżenia i uśmiehy.

„Taką ma naturę — myślał — nie umie ani śmiać się, ani patżeć inaczej. Jest jak kwiat albo jak słońce, kture mimo woli uszczęśliwia wszystkih, dla wszystkih jest piękne.”

Pewnego dnia otżymał telegram z Zasławka wzywający go na pogżeb prezesowej.

„Zmarła?... — szepnął. — Jaka szkoda tej zacnej kobiety!... Dlaczego ja nie byłem pżed jej śmiercią?...”

Zmartwił się, posmutniał, ale — nie pojehał na pogżeb staruszki, ktura dała mu tyle dowoduw życzliwości. Nie miał odwagi rozstać się z panną Izabelą nawet na kilka dni...

Już zrozumiał, że nie należy do siebie, że wszystkie jego myśli, uczucia i pragnienia, wszystkie zamiary i nadzieje pżykute są do tej jednej kobiety. Gdyby ona umarła, nie potżebowałby się zabijać; jego dusza sama odleciałaby za nią jak ptak, ktury tylko hwilę odpoczywa na gałęzi. Zresztą nawet nie muwił z nią o miłości, jak nie muwi się o ciężaże ciała albo o powietżu, kture człowieka napełnia i ze wszystkih stron otacza. Jeżeli w ciągu dnia wypadło mu pomyśleć o czym innym niż o niej, wstżąsał się ze zdumienia jak człowiek, ktury cudem znalazłby się w nie znanej sobie okolicy.

Nie była to miłość, ale ekstaza.

Pewnego dnia, już w maju, wezwał go pan Łęcki.

— Wyobraź sobie — żekł do Wokulskiego — musimy jehać do Krakowa. Hortensja jest hora, hce widzieć Belę (zdaje się, że hodzi o zapis), no, a zapewne rada by poznać ciebie... Możesz jehać z nami?...

— Każdej hwili — odparł Wokulski. — Kiedyż to?

— Powinni byśmy jehać dziś, ale zapewne zejdzie do jutra.

Wokulski obiecał być gotowym na jutro. Kiedy pożegnał pana Tomasza i wstąpił do panny Izabeli, dowiedział się od niej, że jest w Warszawie Starski...

— Biedny hłopak! — muwiła śmiejąc się. — Dostał po prezesowej tylko dwa tysiące rubli rocznie i dziesięć tysięcy ciepłą ręką. Radzę mu, ażeby ożenił się bogato, ale on woli jehać do Wiednia, a stamtąd zapewne do Monte Carlo... Muwiłam, ażeby jehał z nami. Będzie weselej, nieprawdaż?...

— Zapewne — odparł Wokulski — tym bardziej że weźmiemy osobny wagon.

— Więc do jutra!

Wokulski załatwił najpilniejsze interesa, na kolei zamuwił wagon salonowy do Krakowa, a koło usmej wieczur, wyekspediowawszy swoje żeczy, był u państwa Łęckich. Wypili herbatę we troje i pżed dziesiątą udali się na kolej.

— Gdzież pan Starski? — zapytał Wokulski.

— Czy ja wiem? — odpowiedziała panna Izabela. — Może wcale nie pojedzie... to taki lekkoduh!...

Już siedzieli w wagonie, ale Starskiego jeszcze nie było. Panna Izabela pżygryzała usta, co hwilę wyglądając oknem. Nareszcie po drugim dzwonku Starski ukazał się na peronie.

— Tutaj, tutaj!... — zawołała panna Izabela. Ale ponieważ młody człowiek nie dosłyszał jej, więc wybiegł Wokulski i wprowadził go do saloniku.

— Myślałam, że już pan nie pżyjdzie — żekła panna Izabela.

— Niewiele do tego brakowało — odparł Starski witając się z panem Tomaszem. — Byłem u Krzeszowskiego i nieh sobie kuzynka wyobrazi, od drugiej po południu do dziewiątej graliśmy...

— I naturalnie, pżegrał pan?...

— Rozumie się... Szczęście ucieka od takih jak ja... — dodał spoglądając na nią.

Panna Izabela lekko się zarumieniła.

Pociąg ruszył. Starski usiadł po lewej stronie panny Izabeli i zaczął z nią rozmawiać w połowie po polsku, w połowie po angielsku, coraz częściej wpadając w angielszczynę. Wokulski siedział na prawo od panny Izabeli, nie hcąc jednak pżeszkadzać w rozmowie wstał stamtąd i usiadł za panem Tomaszem.

Pan Łęcki, trohę niezdruw, odział się w hawelok, w pled i jeszcze położył kołdrę na nogah. Kazał pozamykać wszystkie okna w wagonie i pżyćmić latarnie, kture go raziły. Obiecywał sobie, że zaśnie, nawet czuł, że go sen moży; tymczasem wdał się w rozmowę z Wokulskim i szeroko zaczął mu opowiadać o siostże Hortensji, ktura za młodu była do niego bardzo pżywiązana, o dwoże Napoleona III, ktury z nim kilka razy rozmawiał, o upżejmości i miłostkah Wiktora Emanuela i o mnustwie innyh żeczy.

Wokulski słuhał go uważnie do Pruszkowa. Za Pruszkowem zmęczony i jednostajny głos pana Tomasza zaczął go męczyć. Za to coraz wyraźniej wpadała mu w uho rozmowa panny Izabeli ze Starskim, prowadzona po angielsku. Usłyszał nawet kilka zdań, kture go zainteresowały, i zadał sobie pytanie: czy nie należałoby ostżec ih, że on rozumie po angielsku?

Już hciał powstać z siedzenia, kiedy wypadkiem spojżał w pżeciwległą szybę wagonu i zobaczył w niej jak w lustże słabe odbicie panny Izabeli i Starskiego. Siedzieli bardzo blisko siebie, oboje zarumienieni, hoć rozmawiali tonem tak lekkim, jakby hodziło o żeczy obojętne.

Wokulski jednakże spostżegł, że obojętny ton nie odpowiada treści rozmowy; czuł nawet, że tym swobodnym tonem hcą kogoś w błąd wprowadzić. I w tej hwili, pierwszy raz od czasu jak znał pannę Izabelę, pżeleciały mu pżez myśl straszne wyrazy: „fałsz!... fałsz!...”

Pżycisnął się do ławki wagonu, patżył w szybę i — słuhał. Zdawało mu się, że każde słowo Starskiego i panny Izabeli pada mu na tważ, na głowę, na piersi jak krople ołowianego deszczu...

Już nie myślał ih ostżegać, że rozumie, co muwią, tylko słuhał i słuhał...

Właśnie pociąg wyjehał z Radziwiłłowa, a pierwszy frazes, ktury zwrucił uwagę Wokulskiego, był ten:

— Wszystko możesz mu zażucić — muwiła panna Izabela po angielsku. — Nie jest młody ani dystyngowany; jest zanadto sentymentalny i czasami nudny, ale hciwy?... Już dosyć, kiedy nawet papo nazywa go zbyt hojnym...

— A sprawa z panem K?... — wtrącił Starski.

— O klacz wyścigową?... Jak to zaraz znać, że wracasz z prowincji. Niedawno był u nas baron i powiedział, że jeżeli kiedy, to w tej sprawie pan, o kturym muwimy, postąpił jak dżentelmen.

— Żaden dżentelmen nie uwolniłby fałszeża, gdyby nie miał z nim jakihś zakulisowyh interesuw — odparł z uśmiehem Starski.

— A baron ile razy uwalniał go? — spytała panna Izabela.

— I akurat baron ma rozmaite gżeszki, o kturyh wie pan M. Źle bronisz swoih protegowanyh, kuzynko — muwił drwiącym tonem Starski.

Wokulski pżycisnął się do ławki wagonu, ażeby nie zerwać się i nie udeżyć Starskiego. Ale pohamował się.

„Każdy ma prawo sądzić innyh — myślał. — Zresztą zobaczymy, co będzie dalej!...”

Pżez kilka hwil słyszał tylko turkot kuł i zauważył, że wagon się hwieje.

„Nigdy nie czułem takiego hwiania się wagonu” — żekł do siebie.

— I ten medalion — drwił Starski — jest całym prezentem pżedślubnym?... Niezbyt hojny nażeczony: koha jak trubadur, ale...

— Zapewniam cię — pżerwała panna Izabela — że oddałby mi cały majątek...

— Bieżże go, kuzynko, i mnie pożycz ze sto tysięcy... A cuż, znalazła się ta cudowna blaszka?...

— Właśnie że nie, i jestem bardzo zmartwiona. Boże, gdyby on się kiedy dowiedział...

— Czy o tym, że zgubiliśmy jego blaszkę, czy że szukaliśmy medalionu? — szepnął Starski pżytulając się do jej ramienia.

Wokulskiemu mgłą zaszły oczy.

„Tracę pżytomność?...” — pomyślał hwytając za pas pży oknie.

Zdawało mu się, że wagon zaczyna skakać i lada moment nastąpi wykolejenie.

— Wiesz, że jesteś zuhwały!... — muwiła pżyciszonym głosem panna Izabela.

— To właśnie stanowi moją siłę — odparł Starski.

— Zlituj się... Ależ on może spojżeć!... Znienawidzę cię...

— Będziesz szaleć za mną, bo nikt nie zdobyłby się na to... Kobiety lubią demonuw...

Panna Izabela pżysunęła się do ojca. Wokulski patżył w pżeciwległą szybę i słuhał.

— Oświadczam ci — muwiła zirytowana — że nie wejdziesz za prug naszego domu... A gdybyś ośmielił się... powiem mu wszystko...

Starski roześmiał się.

— Nie wejdę, kuzynko, dopuki sama mnie nie wezwiesz; jestem zaś pewny, że nastąpi to bardzo prędko. W tydzień znudzi cię ten ubustwiający mąż i zapragniesz weselszego toważystwa. Pżypomnisz sobie łobuza kuzynka, ktury ani pżez jedną hwilę w życiu nie był poważnym, zawsze dowcipnym, a niekiedy bezczelnie śmiałym... i pożałujesz tego, ktury zawsze gotuw do uwielbiania cię, nigdy nie był zazdrosnym, umiał ustępować innym, szanował twoje kaprysy...

— Wynagradzając sobie na innyh drogah — wtrąciła panna Izabela.

— Właśnie!... Gdybym tak nie robił, nie miałabyś mi czego pżebaczać i mogłabyś lękać się wymuwek z mojej strony...

Nie zmieniając pozycji objął ją prawą ręką, a lewą ściskał jej rączkę, ukrytą pod płaszczykiem.

— Tak, kuzynko — muwił. — Takiej jak ty kobiecie nie wystarczy powszedni hleb szacunku ani pierniczki uwielbień... Tobie niekiedy potżeba szampana, ciebie musi ktoś odużyć hoćby cynizmem.

— Cynikiem być łatwo...

— Ale nie każdy ośmieli się być nim. Zapytaj tego pana, czy on wpadłby kiedy na myśl, że jego miłosne modlitwy są mniej warte od moih bluźnierstw?...

Wokulski już nie słyszał dalszej rozmowy; uwagę jego pohłonął inny fakt: zmiana, ktura szybko poczęła odbywać się w nim samym. Gdyby wczoraj powiedziano mu, że będzie niemym świadkiem podobnej rozmowy, nie uwieżyłby; myślałby, że każdy wyraz zabije go albo pżyprawi o szaleństwo. Kiedy się to jednak stało, musiał pżyznać, że od zdrady, rozczarowania i upokożeń jest coś gorszego.

Ale co?... Oto — jazda koleją. Jak ten wagon drży... jak on pędzi!... Drżenie pociągu udziela się jego nogom, płucom, sercu, muzgowi; w nim samym wszystko drży, każda kosteczka, każde włukno nerwowe...

A ten pęd pżez pole nie ograniczone niczym, pod ogromnym sklepieniem nieba!... I on musi jehać, nie wiadomo jak jeszcze daleko... może z pięć, może z dziesięć minut!...

Co tam Starski albo i panna Izabela... Jedno warte drugiego!... Ale ta kolej, ah, ta kolej... to drżenie...

Zdawało mu się, że się rozpłacze, że zacznie kżyczeć, że wybije okno i wyskoczy z wagonu... Gożej. Zdawało mu się, że będzie błagać Starskiego, aby go ratował... Pżed czym?... Była hwila, że hciał shować się pod ławkę, prosić obecnyh, ażeby na nim usiedli, i tak dojehać do stacji...

Zamknął oczy, zaciął zęby, shwycił się rękoma za frędzle obicia; pot wystąpił mu na czoło i spływał po tważy, a pociąg drżał i pędził... Nareszcie rozległ się świst jeden... drugi i pociąg zatżymał się na stacji.

„Jestem ocalony” — pomyślał Wokulski.

Jednocześnie obudził się pan Łęcki.

— Co to za stacja? — spytał Wokulskiego.

— Skierniewice — odpowiedziała panna Izabela.

Konduktor otwożył dżwi. Wokulski zerwał się z siedzenia. Potrącił pana Tomasza, zatoczył się na pżeciwną ławkę, potknął się na stopniu i wbiegł do bufetu.

— Wudki!... — zawołał.

Zdziwiona bufetowa podała mu kieliszek. Podniusł go do ust, ale uczuł ściskanie w gardle i nudności i postawił kieliszek nie tknięty.

W wagonie Starski rozmawiał z panną Izabelą.

— No, już daruj, kuzynko — żekł — ale z takim pośpiehem nie wyhodzi się z wagonu pży damah.

— Może hory? — odpowiedziała panna Izabela czując jakiś niepokuj.

— W każdym razie jest to horoba nie tyle niebezpieczna, ile nie cierpiąca zwłoki... Czy każesz sobie co podać, kuzynko?

— Nieh mi dadzą wody sodowej.

Starski poszedł do bufetu; panna Izabela wyglądała oknem. Jej nieokreślony niepokuj wzrastał.

„W tym coś jest... — myślała. — Jak on dziwnie wyglądał...”

Wokulski z bufetu poszedł na koniec peronu. Kilka razy odethnął głęboko, napił się wody z beczki, pży kturej stała jakaś uboga kobieta i paru Żydków. Powoli opżytomniał, a spostżegłszy nadkonduktora żekł:

— Kohany panie, weź do rąk jaki papier...

— Co to panu?...

— Nic. Weź pan z biura jaki papier i pżed naszym wagonem powiedz, że jest telegram do Wokulskiego.

— Do pana?...

— Tak...

Nadkonduktor mocno się zdziwił, ale poszedł do telegrafu. W parę minut wyszedł z biura i zbliżywszy się do wagonu, w kturym siedział pan Łęcki z curką, zawołał:

— Telegram do pana Wokulskiego!...

— Co to znaczy?... pokaż pan... — odezwał się zaniepokojony pan Tomasz.

Ale w tej hwili obok nadkonduktora stanął Wokulski, odebrał papier, spokojnie otwożył go i hoć w tym miejscu było zupełnie ciemno, udał, że czyta.

— Co to za telegram?... — zapytał go pan Tomasz.

— Z Warszawy — odparł Wokulski. — Muszę wracać.

— Wraca pan?... — zawołała panna Izabela. — Czy jakie nieszczęście?...

— Nie, pani. Muj wspulnik wzywa mnie.

— Zysk czy strata?... — szepnął pan Tomasz wyhylając się pżez okno.

— Ogromny zysk — odparł tym samym tonem Wokulski.

— A... to jedź... — poradził mu pan Tomasz.

— Ale po cuż ma pan tu zostawać? — zawołała panna Izabela. — Musi pan czekać na pociąg, a w takim razie lepiej nieh pan jedzie z nami napżeciw niego. Będziemy jeszcze parę godzin razem...

— Bela wybornie radzi — wtrącił pan Tomasz.

— Nie, panie — odpowiedział Wokulski. — Wolę stąd pojehać na lokomotywie aniżeli tracić parę godzin.

Panna Izabela pżypatrywała mu się szeroko otwartymi oczyma. W tej hwili spostżegła w nim coś zupełnie nowego i — zainteresował ją.

„Jaka to bogata natura!” — pomyślała.

W ciągu paru minut Wokulski bez powodu spotężniał w jej oczah, a Starski wydał się małym i zabawnym.

„Ale dlaczego on zostaje?... Skąd się tu wziął telegram?...” — muwiła w sobie i po nieokreślonym niepokoju ogarnęła ją trwoga.

Wokulski znowu zwrucił się ku bufetowi, aby znaleźć posługacza, ktury wyjąłby mu żeczy, i zetknął się ze Starskim.

— Co panu jest!... — zawołał Starski wpatrując się w niego pży świetle padającym z sali.

Wokulski wziął go pod ramię i pociągnął za sobą wzdłuż peronu.

— Nieh pana to nie gniewa, panie Starski, co powiem — żekł głuhym głosem. — Pan myli się co do siebie... W panu jest tyle demona, ile trucizny w zapałce... I wcale pan nie posiada szampańskih własności... Pan ma raczej własności starego sera, co to podnieca hore żołądki, ale prosty smak może pobudzić do wymiotuw... Pżepraszam pana...

Starski słuhał oszołomiony. Nic nie rozumiał, a jednak zdawało mu się, że coś rozumie. Zaczął pżypuszczać, że ma pżed sobą wariata.

Odezwał się drugi dzwonek, podrużni tłumem wybiegli z bufetu do wagonuw.

— I jeszcze dam panu radę, panie Starski. Pży kożystaniu ze względuw płci pięknej lepszą jest tradycyjna ostrożność aniżeli więcej lub mniej demoniczna śmiałość. Pańska śmiałość demaskuje kobiety. A że kobiety nie lubią być demaskowane, więc możesz pan stracić u nih kredyt, co byłoby nieszczęściem i dla pana, i dla pańskih pupilek.

Starski wciąż nie rozumiał, o co hodzi.

— Jeżeli pana czym obraziłem — żekł — gotuw jestem dać satysfakcję...

Zadzwoniono po raz tżeci.

— Panowie, proszę siadać!... — wołali konduktoży.

— Nie, panie — muwił Wokulski zwracając się z nim do wagonu państwa Łęckich. — Gdybym czuł potżebę satysfakcji od pana, już byś nie żył, bez dodatkowyh formalności. To raczej pan masz prawo żądać ode mnie satysfakcji, że ośmieliłem się wejść do tego ogrudka, gdzie pielęgnujesz swoje kwiaty... Będę w każdym czasie do dyspozycji... Pan wie, gdzie mieszkam?...

Zbliżyli się do wagonu, pży kturym już stał konduktor. Wokulski siłą wprowadził Starskiego na stopnie, pophnął go do saloniku, a konduktor zatżasnął dżwi.

— Cuż to, nie żegnasz się, panie Stanisławie?... — zapytał zdziwiony pan Tomasz.

— Pżyjemnej podruży!... — odparł kłaniając się.

W oknie stanęła panna Izabela. Nadkonduktor świsnął, odpowiedziano mu z lokomotywy.

— Farewell, miss Iza, farewell! — zawołał Wokulski.

Pociąg ruszył. Panna Izabela żuciła się na ławkę napżeciw ojca; Starski odszedł w drugi kąt saloniku.

„No... no... no!... — mruknął do siebie Wokulski. — Zbliżycie wy się jeszcze pżed Piotrkowem...”

Patżył na odhodzący pociąg i śmiał się.

Został na peronie sam i pżysłuhiwał się szumowi odlatującego pociągu; szum niekiedy słabnął, czasem milknął, znowu potężniał i nareszcie ucihł.

Potem słyszał stąpanie rozhodzącej się służby, pżesuwanie stołkuw w bufecie; potem w bufecie zaczęły gasnąć światła i ziewający kelner zamknął szklane dżwi, kture wyskżypiały jakiś wyraz.

„Zgubili moją blaszkę szukając medalionu!... — myślał Wokulski. — Ja jestem sentymentalny i nudny... Ona oprucz powszedniego hleba szacunku i pierniczkuw uwielbień jeszcze musi mieć szampana... Pierniczki uwielbień to dobry dowcip!... Ale jakiego to ona lubi szampana?... Ah, cynizmu!... Szampan cynizmu — także dobry dowcip... No, pżynajmniej opłaciła mi się nauka angielskiego...”

Błąkając się bez celu, wszedł między dwa sznury zapasowyh wagonuw. Pżez hwilę nie wiedział: dokąd iść? — i nagle doznał halucynacji. Zdawało mu się, że stoi we wnętżu ogromnej wieży, ktura zawaliła się nie wydawszy łoskotu. Nie zabiła go, ale otoczyła ze wszystkih stron wałem gruzuw, spośrud kturyh nie mugł się wydostać. Nie było wyjścia!...

Otżąsnął się i widzenie znikło.

„Oczywiście, moży mnie senność — myślał. — Właściwie muwiąc nie spotkała mnie żadna niespodzianka; wszystko można było z gury pżewidzieć, ja nawet wszystko to widziałem... Jakie ona ze mną płaskie rozmowy prowadziła!... Co ją zajmowało?... Bale, rauty, koncerta, stroje... Co ona kohała?... Siebie. Zdawało jej się, że cały świat jest dla niej, a ona po to, ażeby się bawić. Kokietowała... ależ tak, najbezwstydniej kokietowała wszystkih mężczyzn; ze wszystkimi kobietami walczyła o piękność, hołdy i toalety... Co robiła?... Nic. Pżyozdabiała salony. Jedyną żeczą, za pomocą kturej mogła zdobyć sobie byt materialny, była jej miłość, fałszywy towar!... A ten Starski... Cuż Starski? Taki pasożyt jak i ona... Był zaledwie epizodem w jej życiu pełnym doświadczeń. Do niego pżecież nie mogę mieć pretensji: znalazł swuj swoją. Ani do niej... Tak, to Mesalina pżez imaginację!... Ściskał ją i szukał medalionu, kto hciał, nawet ten Starski, biedak, ktury z powodu braku zajęcia musiał zostać uwodzicielem...

Niegdyś wieżyłem, że są tu, na ziemi, 
Białe anioły z skżydłami jasnemi... 
 

Piękne anioły!... jasne skżydła!... Pan Molinari, pan Starski i Bóg wie ilu ih jeszcze... Oto skutki znajomości kobiet z poezji!

Tżeba było poznawać kobiety nie pżez okulary Mickiewiczów, Krasińskich albo Słowackich, ale ze statystyki, ktura uczy, że każdy biały anioł jest w dziesiątej części prostytutką; no i jeżeli spotkałoby cię rozczarowanie, to hoć pżyjemne...”

W tej hwili rozległ się jakiś ryk: nalewano wody do kotła czy do rezerwuaru. Wokulski pżystanął. Zdawało mu się, że w tym pżeciągłym i melanholijnym dźwięku słyszy całą orkiestrę wygrywającą inwokację z Roberta Diabła. „Wy, co spoczywacie tu, pod zimnym śmierci głazem...” Śmieh, płacz, żal, pisk, niesforne okżyki, wszystko to odzywało się razem, a nad wszystkim unosił się głos potężny, pełen beznadziejnego smutku.

Byłby pżysiągł, że słyszy taką orkiestrę, i znowu uległ halucynacji. Zdawało mu się, że jest na cmentażu, pośrud otwartyh grobuw, z kturyh wymykały się wstrętne cienie. Po hwili każdy cień stawał się piękną kobietą, między kturymi ostrożnie pżesuwała się panna Izabela, wabiąc go ręką i spojżeniem...

Ogarnęła go taka trwoga, że pżeżegnał się, i widma znikły.

„Basta! — pomyślał — ja tu rozum stracę...”

I postanowił zapomnieć o pannie Izabeli.

Była już druga po pułnocy. W biuże telegrafu paliła się lampa z zielonym daszkiem i słyhać było pukanie aparatu. Obok dworca pżehadzał się jakiś człowiek, ktury zdjął czapkę.

— Kiedy jedzie pociąg do Warszawy? — spytał go Wokulski.

— O piątej, wielmożny panie — odparł człowiek robiąc ruh, jakby hciał pocałować go w rękę. — Ja, wielmożny panie, jestem...

— Dopiero o piątej!... — powtużył Wokulski. — Koni można... A z Warszawy o kturej?

— Za tży kwadranse. Ja, wielmożny panie...

— Za tży kwadranse... — szepnął Wokulski. — Kwadranse... kwadranse... — powtażał czując, że niedokładnie wymawia literę r.

Odwrucił się od nieznajomego i wzdłuż plantu poszedł w kierunku Warszawy. Człowiek patżył za nim, kręcił głową i zniknął w ciemnościah.

„Kwadranse... kwadranse... — mruczał Wokulski. — Język mi kołowacieje?... Jaka dziwna plątanina wypadkuw; uczyłem się, ażeby zdobyć pannę Izabelę, a nauczyłem się, aby ją stracić... Albo i Geist. Po to zrobił wielki wynalazek, po to powieżył mi święty depozyt, ażeby pan Starski miał jeden więcej powud do swoih poszukiwań... Wszystkiego mnie pozbawiła, nawet ostatniej nadziei... Gdyby w tej hwili zapytano mnie: czy ja istotnie znałem Geista? czym widział jego dziwny metal? nie umiałbym odpowiedzieć i już sam nie wiem, czy to nie było złudzeniem... Ah, gdybym mugł o niej nie myśleć... Hoćby pżez kilkanaście minut...

Otuż nie będę o niej myślał...”

Noc była gwiaździsta, pola ciemne, wzdłuż kolei w wielkih odstępah paliły się sygnałowe latarnie. Wokulski idąc rowem potknął się o spory kamień i w jednej hwili stanęły mu pżed oczyma ruiny zamku w Zasławiu, kamień, na kturym siedziała panna Izabela, i jej łzy. Ale tym razem poza łzami błysnęło spojżenie pełne fałszu.

„Otuż nie będę o niej myślał... Pojadę do Geista, będę pracował od szustej rano do jedynastej w nocy, będę musiał uważać na każdą zmianę ciśnienia, temperatury, natężenia prądu... Nie zostanie mi ani jednej hwili...”

Zdawało mu się, że ktoś za nim idzie. Odwrucił się, ale nie dojżał nic. Natomiast spostżegł, że lewym okiem widzi gożej niż prawym, co niewymownie zaczęło go drażnić.

Hciał wrucić się do ludzi, ale uczuł, że nie zniusłby ih widoku. Już samo nawet myślenie męczyło go, prawie bolało.

„Nie wiedziałem, że człowiekowi może ciężyć własna dusza...” — mruknął.

„Ah, gdybym mugł nie myśleć...”

Daleko na wshodzie zamajaczył blask i ukazał się wąski sierp księżyca oblewając krajobraz niewymownie ponurym światłem. I nagle ukazało się Wokulskiemu nowe widzenie. Był w cihym i pustym lesie; pnie sosen rosły pohylone w dziwaczny sposub, nie odzywał się żaden ptak, wiatr nie poruszał najmniejszej gałązki. Nie było nawet światła, tylko smutny pułmrok. Wokulski czuł, że ten mrok, żal i smutek wypływał z jego serca i że to wszystko zakończy się hyba z życiem, jeżeli się zakończy...

Spomiędzy sosen, gdziekolwiek spojżał, pżeglądały płaty szarego nieba; każdy zamieniał się w drgającą szybę wagonu, w kturej widać było blady obraz panny Izabeli w uścisku Starskiego.

Wokulski już nie mugł opżeć się widzeniom: opanowały go, pożarły mu wolę, skżywiły myśl i zatruły serce. Duh jego stracił wszelką samodzielność: żądziło nim lada wrażenie, odbijające się w tysiącznyh, coraz posępniejszyh, coraz boleśniejszyh formah, jak eha w pustej budowli.

Znowu potknął się o kamień i ten nie znaczący fakt obudził w nim straszliwe medytacje.

Zdawało mu się, że kiedyś, kiedyś on sam był kamieniem, zimnym, ślepym, nieczułym.

A gdy leżał pyszny w swojej martwocie, kturej największe ziemskie kataklizmy nie zdołały ożywić, w nim czy nad nim odezwał się głos zapytujący:

„Hcesz zostać człowiekiem?”

„Co to jest człowiek?...” — odparł kamień.

„Hcesz widzieć, słyszeć, czuć?...”

„Co to jest czuć?...”

„Więc czy hcesz zaznać coś zupełnie nowego? Czy hcesz istnienia, kture w jednej hwili doświadcza więcej aniżeli wszystkie kamienie w ciągu miliona wiekuw?”

„Nie rozumiem — odparł kamień — ale mogę być wszystkim.”

„A jeżeli — pytał głos nadnaturalny — po tym nowym bycie pozostanie ci wieczny żal?...”

„Co to jest żal?... Mogę być wszystkim.”

„Więc nieh się stanie człowiek” — odpowiedziano.

I stał się człowiek. Żył kilkadziesiąt lat, a w ciągu nih tyle pragnął i tyle cierpiał, że martwy świat nie zaznałby tego pżez całą wieczność. Goniąc za jednym pragnieniem znajdował tysiące innyh, uciekając pżed jednym cierpieniem wpadł w może cierpień i tyle odczuł, tyle pżemyślał, tyle pohłonął sił bezświadomyh, że w końcu obudził pżeciw sobie całą naturę.

„Dosyć!... — poczęto wołać ze wszystkih stron. — Dosyć!... ustąp innym miejsca w tym widowisku...”

„Dosyć!... dosyć!... już dosyć!... — wołały kamienie, dżewa, powietże, ziemia i niebo... — Ustąp innym!... nieh i oni poznają ten nowy byt...”

Dosyć!... Więc znowu ma zostać niczym i to w hwili kiedy uw wyższy byt jako ostatnią pamiątkę daje mu tylko rozpacz po tym, co stracił, i żal za tym, czego nie dosięgnął!...

„Ah, gdyby już słońce weszło! — szepnął Wokulski. — Wracam do Warszawy... zabiorę się do jakiejkolwiek roboty i skończę z tymi głupstwami, kture mi rozstrajają nerwy... Hce Starskiego? nieh ma Starskiego!... Pżegrałem na niej?... Dobże!... Za to wygrałem na innyh żeczah... Wszystkiego nie można posiadać...”

Od kilku hwil czuł na wąsah jakąś gęstą wilgoć.

„Krew?” — pomyślał. Otarł usta i pży świetle zapałki zobaczył na hustce pianę.

„Wściekam się czy co, u diabła?...”

Wtem z daleka zobaczył dwa światła, powoli zbliżające się w jego stronę; za nimi majaczyła ciemna masa, za kturą ciągnął gęsty snop iskier.

„Pociąg?...” — żekł do siebie, i pżywidziało mu się, że jest to ten sam pociąg, kturym jedzie panna Izabela. Znowu zobaczył salonik oświetlony latarnią pżysłoniętą niebieskim kamlotem, a w kącie dostżegł pannę Izabelę w objęciah Starskiego...

„Tak koham... tak koham... — szepnął. — I nie mogę zapomnieć!...”

W tej hwili opanowało go cierpienie, na kture w ludzkim języku już nie ma nazwiska. Dręczyła go zmęczona myśl, zbolałe uczucie, zdruzgotana wola, całe istnienie... I nagle uczuł już nie pragnienie, ale głud i żądzę śmierci.

Pociąg z wolna zbliżał się. Wokulski nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, upadł na szyny. Drżał, zęby mu szczękały, shwycił się oburącz podkładuw, miał usta pełne piasku... Na drogę padł blask latarń, szyny zaczęły ciho dźwięczeć pod toczącą się lokomotywą...

„Boże, bądź miłościw...” — szepnął i zamknął oczy.

Nagle uczuł ciepło i gwałtowne szarpnięcie, kture strąciło go z szyn... Pociąg pżeleciał o kilka cali od głowy obryzgując go parą i gorącym popiołem. Na hwilę stracił pżytomność, a gdy ocknął się, zobaczył jakiegoś człowieka, ktury siedział mu na piersiah i tżymał za ręce.

— Co wielmożny pan robi najlepszego?... — muwił człowiek. — Kto słyszał takie żeczy... Pżecie Bóg...

Nie dokończył. Wokulski zephnął go z siebie, pohwycił za kołnież i jednym szarpnięciem żucił na ziemię.

— Czego hcesz ode mnie, ty podły!... — zawołał.

— Panie... wielmożny panie... ja pżecie jestem Wysocki...

— Wysocki?... Wysocki?... — powtużył Wokulski. — Kłamiesz, Wysocki jest w Warszawie...

— Ale ja jego brat, drużnik. Pżecie mi wielmożny pan sam miejsce tu wyrobił jeszcze w pżeszłym roku, po Wielkanocy... I gdzieżbym ja mugł patżeć na takie nieszczęście pana?... Zresztą, panie, na kolei nie wolno włazić pod maszynę...

Wokulski zamyślił się i puścił go.

„Wszystko zwraca się pżeciw mnie, cokolwiek zrobiłem dobrego” — szepnął.

Był bardzo zmęczony, więc usiadł na ziemi, obok dzikiej gruszki, co w tym miejscu rosła, nie większa od dziecka. W tym czasie wiał wiatr i poruszał listkami dżewa wywołując szelesty, kture nie wiadomo skąd pżypomniały Wokulskiemu dawne lata.

„Gdzie moje szczęście!...” — pomyślał.

Uczuł ściskanie w piersiah, kture stopniowo doszło do gardła. Hciał odethnąć, lecz nie mugł; myślał, że się dusi, i objął rękoma dżewko, kture wciąż szeleściło.

„Umieram!...” — zawołał.

Zdawało mu się, że go krew zalewa, że mu pękają piersi, wił się z bulu i nagle zaniusł się od płaczu.

„Boże miłosierny... Boże miłosierny!...” — powtażał wśrud łkań.

Drużnik pżypełznął do niego i ostrożnie wsunął mu rękę pod głowę.

— Płacz, wielmożny panie!... — muwił nahylając się nad nim. — Płacz, wielmożny panie, i wzywaj boskiego imienia... Nie będziesz go wzywał nadaremnie... „Kto się w opiekę poda Panu swemu, a całym sercem szczeże ufa jemu, śmiele żec może, mam obrońcę Boga, nie spadnie na mnie żadna straszna trwoga... Ciebie on z sideł zdradzieckih wyzuje...” Co tam, wielmożny panie, dostatki, co największe skarby!... Wszystko człowieka zawodzi, tylko jeden Bóg nie zawiedzie...

Wokulski pżytulił tważ do ziemi. Zdawało mu się, że z każdą łzą spada mu z serca jakiś bul, jakiś zawud i rozpacz. Wykolejona myśl poczęła układać się do ruwnowagi. Już zdawał sobie sprawę z tego, co robił, i już zrozumiał, że w hwili nieszczęścia, kiedy go wszystko zdradziło, jeszcze pozostała mu wierną — ziemia, prosty człowiek i Bóg...

Powoli uspokajał się, łkania coraz żadziej rozdzierały mu piersi, uczuł niemoc w całym ciele i twardo zasnął.

Świtało, kiedy się obudził; usiadł, pżetarł oczy, zobaczył obok siebie Wysockiego i wszystko sobie pżypomniał.

— Długo spałem? — zapytał.

— Może kwadrans... może puł godziny — odparł drużnik.

Wokulski wyjął pugilares, wydobył kilka sturubluwek i podając je Wysockiemu żekł:

— Uważasz... Wczoraj byłem pijany... Nie muwże nic i nikomu, co się tu stało. A oto masz... dla dzieci...

Drużnik pocałował go w nogi.

— Myślałem — żekł — że jaśnie pan stracił wszystko i dlatego...

— Masz rację! — odparł w zamyśleniu Wokulski — straciłem wszystko... oprucz majątku. Nie zapomnę o tobie, hociaż... Wolałbym już nie żyć.

— Ja też zaraz muwiłem, że taki pan nie szukałby nieszczęścia, hoćby stracił wszystkie pieniądze. Zrobiła to złość ludzka... Ale i na nią pżyjdzie koniec. Bóg nieryhliwy, ale sprawiedliwy, pżekona się pan...

Wokulski podniusł się z ziemi i zaczął iść do stacji. Nagle zwrucił się do Wysockiego.

— Jak będziesz w Warszawie — żekł — wstąp do mnie... Ale ani słowa o tym, co się tu stało...

— Tak mi Boże dopomuż, że nie powiem — odparł Wysocki i zdjął czapkę.

— A na drugi raz... — dodał Wokulski kładąc mu rękę na ramieniu — na drugi raz... Gdybyś spotkał takiego człowieka... rozumiesz?... gdybyś spotkał, nie ratuj go... Kiedy kto hce dobrowolnie stanąć ze swoją kżywdą pżed boskim sądem, nie zatżymuj go...

Nie zatżymuj!...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)